ELŻBIETA PAWEŁEK

 

<< Ma wszystko, czym można uwieść gości – spektakularną scenerię Pirenejów, rwące górskie potoki, parki przyrody i piękne szlaki wędrowne. Narciarzom oferuje biały raj na stokach Grandvaliry, smakoszom – wyborną kuchnię, łowcom okazji – zakupy w strefie wolnocłowej. Na dodatek znajduje się tutaj jedno z największych górskich SPA w Europie! Tak wielu pokusom nikomu nie uda się oprzeć. >>

 

Andora powierzchnią ustępuje Warszawie i jest znakomitym przykładem na to, że małe jest piękne. W księstwie nie ma kryzysu ekonomicznego, a wskaźnik bezrobocia pozostaje bardzo niski. Niegdyś był to kraj rolników, pasterzy i mekka… szmuglerów. Dziś przeżywa gospodarczy i turystyczny boom, wprawiając w zdumienie ekonomistów. – Jako niewielkie państwo wciąż jesteśmy słabo znani przez Polaków. Ale to się szybko zmieni – wyraził nadzieję Francesc Camp Torres, minister turystyki i środowiska Księstwa Andory, podczas czerwcowego pobytu w Polsce.  

 

Andorczycy chwalą się, że mają w swoim kraju 300 słonecznych dni w roku. Może to dzięki temu są często uśmiechnięci i pełni pozytywnej energii. Według statystyk przeżywają wszystkich ludzi na świecie – średnia wieku przekracza tu 83 lata! Nic dziwnego, że liczba mieszkańców Andory zwiększa się z roku na rok. Jeszcze sto lat temu w księstwie żyło jedynie 3 tys. osób, dziś – już ponad 80 tys. Najwyraźniej służy im górski klimat, czyste powietrze, względny spokój od stuleci i pieniądze płynące wartkim nurtem z turystyki.

 

Łowcy okazji

Nie ściągałoby tu jednak aż 9 mln turystów rocznie, gdyby nie raj podatkowy. Przyciąga on jak magnes amatorów bezcłowych zakupów, wśród których przodują Francuzi, Hiszpanie i Rosjanie. Nie przeoczą żadnej cenowej okazji w 5 tys. tutejszych sklepów. Największymi atrakcjami kusi zakupowych turystów ponad 20-tysięczna Andorra la Vella (po katalońsku Stara Andora), stolica kraju. Jej główna aleja – l’avinguda Meritxell – aż mieni się od świateł luksusowych butików, prezentujących ostatnie kolekcje Yvesa Saint Laurenta, Prady czy Valentino, i perfumerii z flakonami od Chanel, Diora czy Armaniego. Tuż obok czekają na klientów rzędy sklepów z alkoholem z całego świata, gdzie sprzedaż trunków połączona jest z degustacją. Możemy więc wejść tylko po to, aby spróbować ulubionego wina, ale jak powstrzymać się przed nabyciem wyśmienitego porto czy miejscowego likieru z ziół po 5 euro za litr…

Podobnie działają sklepy z wędlinami. Cieniutkie plastry katalońskich szynek krojonych na naszych oczach rozchodzą się błyskawicznie, a obok nich kuszą jeszcze kozi ser i różne rodzaje słodyczy. Po degustacji pora obejrzeć cacka jubilerskie, zegarki, narty z ostatniej kolekcji Rossignola i Salomona, sprzęt dla wspinaczy… Na każdej wystawie napisy mówiące o „wielkiej wyprzedaży”, „promocji”, „okazji” zapraszają do środka. Można od tego stracić głowę i mnóstwo euro, które stanowi tu oficjalną walutę, choć Andora nie należy do Unii Europejskiej. Na szczęście centrum zakupowe stolicy zajmuje tylko kilka ulic. Samo miasto również nie jest duże i doskonale nadaje się na piesze wędrówki. Jednak ze względu na górzyste ukształtowanie terenu mniej wysportowani spacerowicze mogą dostać zadyszki, zwłaszcza gdy niosą torby z zakupami.

 

Andorczycy jak Polacos

Za najpiękniejszą część stolicy uchodzi Barri Antic, czyli starówka. Magicznie wygląda zwłaszcza o zachodzie słońca, gdy rozbłyskują pierwsze uliczne latarnie. Warto zobaczyć XI-wieczny Kościół św. Szczepana (Església de Sant Esteve). Kilka kroków dalej stoi były andorski parlament (pełnił tę funkcję do 2011 r.) – Casa de la Vall. Budynek z surowego kamienia, ze strzelistą wieżą przypomina warowną rezydencję. Nie wydaje się duży, ale i posłów urzędowało w nim tylko 28. Przechowuje się tutaj symboliczne klucze do siedmiu parafii (z katalońskiego parròquies), na które podzielono kraj. Zgodnie z tradycją początki państwa andorskiego sięgają 805 r., kiedy to cesarz Karol Wielki w ramach wdzięczności za waleczność mieszkańców podczas bitew z Maurami przybyłymi z Afryki nadał Andorze prawa miejskie. W 1278 r. kataloński biskup z Urgell i hrabiowie Foix z pobliskiej Francji zawarli układ, że będą wspólnie rządzić tym obszarem. Do dziś Andora ma dwie głowy państwa: hiszpańskiego biskupa z miasta Urgell (Seo de Urgel) i prezydenta Republiki Francuskiej, choć jest to zwierzchnictwo czysto formalne. W marcu 1993 r. Andorczycy opowiedzieli się w referendum za suwerennym księstwem parlamentarnym. Hiszpanie w żartach mówią o nich czasami polacos (Polacy), bo za urzędowy język przyjęli kataloński, który wydaje im się równie egzotyczny jak polski. Określenie to przyjęło się jednak przede wszystkim w stosunku do Katalończyków.

Andora przypomina istną wieżę Babel. Rozbrzmiewają w niej niemal wszystkie języki świata. I to nie tylko za sprawą rzeszy turystów. W księstwie mieszka dwa razy więcej cudzoziemców (głównie Hiszpanów, Portugalczyków i Francuzów) niż rdzennych Andorczyków. Dlaczego tak się dzieje? – Gwarantujemy stabilność, spokój, a do tego jesteśmy podatkowym rajem – tłumaczy mi Justo, właściciel knajpki w Barri Antic. Zna wielu obcokrajowców, których skusiły w Andorze dobre kontrakty, niektórzy z nich zajmują wysokie stanowiska menedżerskie. Justo wątpi jednak, czy uda im się zdobyć andorskie obywatelstwo, ponieważ czeka się na nie 20 lat i nawet ślub z Andorką lub Andorczykiem niczego nie przyspieszy. 

 

W cudownym Meritxell

Andora nie ma zbyt wielu zabytków. Na uwagę zasługują głównie romańskie kościoły z IX–XIII w. Część z nich zachowała się w całkiem dobrym stanie, wraz z oryginalnymi, średniowiecznymi malowidłami i rzeźbami. Najsłynniejszą ze świątyń jest Sant Joan de Caselles w parafii Canillo, będąca wizytówką Andory. W środku panuje półmrok, przez małe okna wpada niewiele światła, a my czujemy, jakby czas się zatrzymał… Kolejnym naszym przystankiem powinno być Santuari de Meritxell (Mare de Déu de Meritxell), czyli Sanktuarium Matki Boskiej z Meritxell (położone na wysokości 1527 m n.p.m.), równie ważne dla Andorczyków jak dla Polaków Jasna Góra. W święto Matki Boskiej z Meritxell (8 września) z całego kraju ściągają tu pielgrzymki. Według legendy miejscowy pasterz zobaczył na śniegu kwitnący krzew, a pod nim drewnianą figurkę Maryi z Dzieciątkiem. Próbowano przenieść ją do pobliskich kościołów. Za każdym razem jednak nagle znikała i wracała zawsze w to samo miejsce, gdzie wzniesiono w końcu sanktuarium. Obecna drewniana rzeźba jest kopią oryginalnej figury z XII w.

Wiele tajemnic i zabytków kryją też tutejsze muzea. Do moich ulubionych należy Museu de la Miniatura (Muzeum Miniatury) w Ordino. Wystawia tu swoje prace Nikolaï Siadristyi, ukraiński artysta mieszkający na stałe w Andorze. Z podziwem oglądam jego mikroskopijne dzieła sztuki w złocie: różę osadzoną w środku wypolerowanego ludzkiego włosa, piramidy egipskie nie większe od główki od szpilki itd. Poza tym warto odwiedzić także Museu del Perfum (Muzeum Perfum) w Escaldes-Engordany, Museu del Tabac (Muzeum Tytoniu) w dawnej fabryce w Sant Julià de Lòria czy Museu Nacional de l'Automòbil (Narodowe Muzeum Samochodu) w Encamp z ciekawą kolekcją starych aut, motorów i rowerów.

 

Nieskalane królestwo przyrody

Wydaje się, że natura i wspaniałe krajobrazy Pirenejów stanowią największe walory Andory. Surowa sceneria granitowych skał, z których buduje się też tutejsze domy, budzi respekt i kusi poszukiwaczy przygód na wędrownych szlakach. Wystarczy założyć wygodne buty i wyruszyć w drogę. Trasy są dobrze oznakowane i prowadzą przez parki przyrody i górskie przełęcze, wzdłuż maleńkich, leśnych strumyków oraz rwących rzek, które wspaniale nadają się do uprawiania raftingu. Z każdej strony dociera tu szum wody, a co kilka kroków spotykamy kamienne mostki i kapliczki. Im wyżej, tym krajobraz staje się bardziej dziki, a wokół słychać jedynie odgłos krowich dzwonków. W słońcu błyszczą oczka jezior, będących pod całkowitą ochroną – nie wolno się w nich kąpać ani łowić ryb. Andorę można śmiało nazwać ekologicznym rajem, ponieważ nie rozwinął się tutaj żaden przemysł. Na rowerzystów czeka dwadzieścia wspaniałych szlaków. Niektóre z nich wymagają sporych umiejętności, zwłaszcza na odcinkach, gdzie gościły słynne wyścigi kolarskie – Tour de France i Vuelta a España. Najdłuższa trasa (Port d’Envalira) liczy 26 km i prowadzi z Escaldes-Engordany przez Encamp do Canillo. Wyróżnia się zapierającymi dech w piersiach widokami i uroczymi zabytkami, m.in. Santuari de Meritxell i romańską świątynią Sant Joan de Caselles. Jeśli znudzą się nam wycieczki rowerowe, możemy pojeździć konno lub zagrać w golfa.

 

Pirenejski raj dla narciarzy

Zimą Andora zamienia się w mekkę miłośników białego szaleństwa, którym oferuje dwa nowoczesne ośrodki narciarskie i 300 km tras. Można tu poszaleć na terenach należących do stacji Vallnord (100 km nartostrad, dwie trasy FIS), chętnie wybieranej przez młodych ludzi, albo Grandvaliry, będącej największym centrum sportów zimowych w całych Pirenejach. Odkąd sześć lat temu dołączono do niej stoki Porte des Neiges po francuskiej stronie, jej areał narciarski liczy już 2 tys. hektarów, a oprócz tego 67 wyciągów, dwa oświetlone snowparki, ponad tysiąc armatek śnieżnych oraz windy i schody ruchome ułatwiające komunikację. Uroki tutejszych ośrodków odkryło już wielu polskich miłośników białego szaleństwa m.in. dzięki tanim przelotom linii Wizz Air do pobliskiej Barcelony (z Warszawy, Gdańska, Katowic i Poznania) czy bezpośrednim połączeniom naszego LOT-u ze stolicą Katalonii oraz popularnym w mediach Polskim Dniom w Andorze, które organizowane są od kilku lat pod koniec sezonu narciarskiego przez zespół Infoski.pl. Ostatnia impreza (w marcu 2012 r.) ściągnęła wiele gwiazd i celebrytów. Swój koncert dał podczas niej Grzegorz Turnau.

Na początku tego roku (10–12 lutego) na czarnej trasie w Grandvalira-Soldeu odbywały się zawody Pucharu Świata Kobiet w Narciarstwie Alpejskim. Przyciągnęły one aż 14 tys. widzów. Warto wspomnieć, że każda z malowniczych miejscowości Grandvaliry ma swój charakter. Leżąca najwyżej Pas de la Casa słynie z życia nocnego. Jeśli się bawić, to właśnie tutaj! Grau Roig stawia zaś na zimową przygodę. Oferuje jazdę na skuterach śnieżnych, wycieczki psimi zaprzęgami, na rakietach śnieżnych, loty na paralotni czy wyprawy heliski. Spokojne Canillo z kolei w sam raz nadaje się dla początkujących narciarzy i rodzin z dziećmi. Stąd nowoczesną gondolą łatwo dostaniemy się na stoki El Forn – jedno z piękniejszych miejsc w Andorze. Jeśli zaś lubimy freestyle, najlepiej wybrać El Tarter. Na wyciągnięcie ręki będziemy mieli jeden z najlepszych snowparków w Europie! Miłośnikom górskich kolei można polecić Encamp. Stąd przeskoczą szybką Funicamp (wagonik dla 24 osób) na Cortals, jeden z najwyższych szczytów Grandvaliry (2502 m n.p.m.).  

Po kilku godzinach białego szaleństwa czas rozejrzeć się za jakąś knajpką. Na głód najlepszy okazuje się chleb nacierany czosnkiem i pomidorami, maczany w aromatycznej oliwie. To pa amb tomàquet, moim zdaniem, największy andorski przysmak. Dodatkowo warto zamówić rostes amb mel – szynkę zapiekaną w miodzie, której wyśmienity smak jest zasługą świeżych lokalnych produktów. Coś na wzmocnienie można wypić w Iglú Bar, znajdującym się w rejonie Pla de les Pedres (2150 m n.p.m.), tuż przy trasie narciarskiej. Jeśli natomiast zapragniemy rozgrzać się po zimowych rozrywkach, czekają na nas tutejsze termy. Kosmiczny budynek ze szkła i stali Caldea Thermoludic Centre, jednego z największych górskich SPA w Europie, robi ogromne wrażenie. Do wyboru mamy sauny, łaźnie tureckie, baseny zewnętrzne z gorącą wodą, masaże podwodne i kąpiele w solankach. Wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Ale nic w tym dziwnego, ponieważ – jak ktoś mi kiedyś powiedział – w Andorze spełniają się marzenia.

 

POLSKIE FIRMY W ANDORZE

Małe, ale piękne Księstwo Andory przyciąga coraz większą liczbę Polaków. Obsługę w języku polskim zapewniają m.in. miejscowe biura turystyczne Eventhalia z Arinsal i Internova Turisme z Escaldes-Engordany. Z kolei organizatorem cyklicznych wyjazdów narciarskich do Andory z czterech lotnisk w Polsce (Gdańsk, Katowice, Poznań i Warszawa) jest od kilku lat firma Infoski.pl.

 

Artykuły wybrane losowo

Iran – oaza w niespokojnym świecie

 

Marcin Wesołowski

www.wesolowski.co

 

Fantazyjne formacje skalne w pobliżu niezmiernie gorącego miasta Szahdad

kalout-kerman-iran-001

 © MR HASSANI/GOLDENDAYS TRAVEL GROUP/WWW.KERMAN.IRANGOLDENDAYS.COM

 

Współcześnie trudno ignorować kwestie bezpieczeństwa. Strach coraz częściej wpływa na decyzje o podróżach, a miejsca uchodzące jeszcze nie tak dawno za idealny cel wakacyjnych wyjazdów, takie jak Tunezja, Egipt czy Turcja, przestały się cieszyć dużą popularnością. W niezwykle interesującym świecie islamu na pierwszy plan zaczął wysuwać się jednak w ostatnim czasie kraj, który choć kiedyś został uznany za państwo osi zła przez prezydenta USA George’a W. Busha, dziś jawi się jako oaza spokoju na Bliskim Wschodzie. Co sprawia, że Iran kusi coraz większe rzesze podróżnych? Wpływa na to z pewnością kilka czynników. Oficjalną religią w tej teokratycznej republice jest islam szyicki, nurt, który ma zdecydowanie mniej wyznawców na świecie i w tym jego regionie niż sunnizm. Wiele osób fascynuje niezmiernie długa i ciekawa historia dawnej Persji, a także sami jej mieszkańcy, różniący się znacznie od Arabów. Ten bezpieczny i przyjazny dla zagranicznych gości kraj staje się dzisiaj znakomitą alternatywą dla osób interesujących się wyprawami na Bliski Wschód.

 

Pierwsze miesiące 2015 r. wyznaczały nowy kierunek, w którym podążać miał Iran. Wzdłuż alei Ferdousiego, jednej z głównych ulic jego stolicy Teheranu, codziennie zbierały się tłumy ludzi nerwowo sprawdzających kursy walut. Trwały właśnie intensywne negocjacje władz państwa z przedstawicielami mocarstw nuklearnych w sprawie zamrożenia irańskiego programu atomowego, otwarcia się na świat i anulowania nałożonych przed laty sankcji spowalniających rozwój gospodarki. Zanim podpisano ostateczne porozumienie normalizujące stosunki między zainteresowanymi stronami, w tym przede wszystkim z USA, pojawiły się pojedyncze znaki wskazujące na to, że w Iranie nadchodzą zmiany. Dzięki liberalizacji przepisów wizowych, braku nie tak dawnych długich kontroli na granicy i wciąż zwiększającej się liczbie tanich lotów z Europy do Teheranu o tym kraju mówiło się coraz lepiej i więcej.

 

My w naszą podróż ruszaliśmy z mnóstwem pytań, na które odpowiedzi szukaliśmy z pomocą jednego z tutejszych najbardziej znanych prywatnych przewodników. W młodości, za panowania ostatniego szacha Mohammada Rezy Pahlawiego (1919–1980) latał wojskowymi myśliwcami. Po irańskiej rewolucji islamskiej z 1979 r. postanowił jednak nie wiązać się z władzami i przez całe swoje życie konsekwentnie pracował jako mały przedsiębiorca. Podczas zwiedzania najpopularniejszych miejsc w Iranie poznawaliśmy ten kraj dzięki długim rozmowom z Alim i spotkaniom z Irańczykami, w trakcie których nasz towarzysz służył za tłumacza.

 

Miasto kontrastów

 

Trudno opowiadać o Teheranie jak o klasycznej atrakcji turystycznej. Jest inny od pozostałych tutejszych miast i regionów, podobnie jak Nowy Jork nie przypomina reszty Stanów Zjednoczonych, Taszkent – Uzbekistanu, a Moskwa – Rosji. To miejsce, które przyjezdni często po prostu omijają i od razu wyruszają na poszukiwania Persji z Księgi tysiąca i jednej nocy. Mimo wielu negatywnych opinii o irańskiej metropolii, jej złej jakości powietrzu i ogromnym ruchu samochodowym, zdecydowanie warto zostać w niej choć na chwilę, gdyż taka wizyta pozwoli nam lepiej zrozumieć współczesny Iran.

 

Wszystkie zmiany w kraju zawsze rozpoczynają się w Teheranie i nic nie dzieje się tu bez ostatniego słowa teherańczyków. W mieście współistnieją ze sobą równoległe, a przy tym bardzo odmienne światy. Z jednej strony stanowi ono centrum reżimu ajatollahów, ale z drugiej uchodzi za najbardziej tolerancyjne i otwarte na różnorodność miejsce w Iranie. Stolicę charakteryzują bardzo widoczne granice – północna jej część to oaza bogatych i liberalnych mieszkańców, w rejonie południowym żyją biedni obywatele o najczęściej konserwatywnych poglądach. Niełatwo jest poznać i zrozumieć Teheran, podobnie jak i się po nim poruszać. Jego główne atrakcje są znacznie od siebie oddalone, dlatego warto przemieszczać się pociągami teherańskiego metra i od czasu do czasu skorzystać z usług taksówkarzy.

 

Na początku podróży po tym kraju nic nie będzie bardziej wymowne i symboliczne niż wizyta przed byłą amerykańską ambasadą. Jej zajęcie w trakcie irańskiej rewolucji islamskiej przyczyniło się do zerwania stosunków dyplomatycznych między oboma państwami. Spacer wzdłuż murów, na których wymalowano antyamerykańskie hasła, przypomina o ostatnich trudnych dziesięcioleciach i uświadamia, jak długą drogę Iran przebył od tamtego czasu do dziś.

 

W Teheranie pełno jest muzeów i pałaców, jednak o wiele ciekawsze wydaje się obserwowanie życia jego mieszkańców. Odwiedziny na Wielkim Bazarze są idealną okazją, aby zobaczyć Irańczyków w codziennych sytuacjach, a nic nie prezentuje lepiej kultury i zasad ta’arofu, czyli irańskiej etykiety, niż zachowania i rozmowy teherańczyków na tym targowisku leżącym w sercu miasta. Żeby podejrzeć, jak miejscowi spędzają czas wolny, warto z kolei wybrać się do znajdującego się na wzgórzu Darbandu, jednej z najpopularniejszych oaz w stolicy, która dzięki położeniu na dużej wysokości pozwala schronić się przed smogiem i zgiełkiem.

 

Przed wyruszeniem w dalszą podróż należy zatrzymać się na chwilę przed teherańską Wieżą Azadi. Paradoksalnie w kraju, gdzie nadal niektóre wolności bywają ograniczane, najważniejszym symbolem jest właśnie 45-metrowa Wieża Wolności. Zbudowano ją w 1971 r. z okazji obchodów 2500-lecia imperium perskiego. To miejsce było jedną z głównych aren irańskiej rewolucji, która obaliła rządy ostatniego szacha i ustanowiła Islamską Republikę Iranu. Pod nią też w 2009 r. zbierali się protestujący, gdy w wyniku sfałszowanych wyborów Mahmud Ahmadinedżad (Mahmud Ahmadineżad) wybrany został na drugą kadencję prezydencką.

 

Północny Teheran osłaniany przez imponujące pasmo górskie Elburs

DSCF8854

 

 

Święte miasto

 

W czerwcu 2009 r., podczas kampanii prezydenckiej jeden z najbardziej konserwatywnych szyickich duchownych kraju – ajatollah Mohammad Tagi Mesbah-Jazdi – wydał podobno fatwę (religijne rozporządzenie mające moc prawną) stanowiącą, że ludzie odpowiedzialni za przeprowadzanie wyborów mogą nimi manipulować tak, aby wygrał kandydat najwierniejszy zasadom islamu. Zwyciężył wspomniany bardzo niepopularny MahmudAhmadinedżad, człowiek, który konsekwentnie utwierdzał Zachód w przekonaniu, że Iran jest państwem terrorystycznym, a samych Irańczyków pchał (jak się zdawało, wbrew ich własnej woli) w objęcia fundamentalizmu religijnego nakazującego kontrolować każdy aspekt życia ludzkiego.

 

W trakcie lądowania na Międzynarodowym Lotnisku ImamaChomejniego można zauważyć biegnącą w nieskończoność, dziwną jasną nitkę pośród całkowitej ciemności. Jeśli przyjrzymy się jej dokładnie, zdamy sobie sprawę z tego, że to droga. Ta rzęsiście oświetlona autostrada łączy Teheran z oddalonym od niego o ok. 125 km na południowy zachód miastem Kom (Ghom). Jedzie nią każdy udający się na zwiedzanie Iranu turysta. Ma ona pokazywać, jak ważne miejsce na tutejszej mapie stanowi ten niepozorny ośrodek. Jeden z naszych rozmówców powiedział, że Kom słynie z produkcji dwóch rzeczy – świetnych słodyczy i licznych mułłów, szyickich duchownych, którzy trzymają w ryzach cały kraj.

 

W Iranie popularna była jeszcze niedawno opowieść o tym, jak diabeł spędza swój tydzień. Z reguły cztery dni w tygodniu przebywa w USA, czasem wejdzie do głowy prezydenta Baracka Obamy, czasem namiesza w umysłach republikanów, bo z nimi ma łatwiej. Na pozostałe trzy dni wraca natomiast na szkolenie do Kom. To jedno z najświętszych i najważniejszych miast dla szyitów. Odwiedziny w nim i poznanie jego historii pomagają zrozumieć specyfikę regionu, w jakim znajduje się Iran.

 

Islam szyicki, religia dominująca w państwie od czasów panowania dynastii Safawidów (1501–1736), jest inny niż sunnicki. Oprócz różnic w doktrynie, które pojawiły się już po śmierci proroka Mahometa w 632 r., odmienne zasady dotyczą też życia codziennego. Gdy Persja została podbita przez Arabów, przyjęła nowy system religijny, ale bardzo szybko dostosowała go do swojej starej i bogatej kultury. Nie zaakceptowano m.in. reguły nakazującej niszczenie wizerunków ludzi i zwierząt. Irańczycy nie mogą zapomnieć o tym, że najeźdźcy zdewastowali mnóstwo perskich zabytków w pierwszych dziesięcioleciach swojego panowania. Co ważniejsze jednak, szyizm uznaje, iż tekst Koranu podlega interpretacjom, które opracowują szyiccy duchowni. Sunnici, czyli 87–90 proc. muzułmanów na świecie, uważają szyitów za heretyków. Niechęć i nieufność są szczególnie widoczne między Irańczykami i Arabami, ale wynikają one nie tylko z różnic religijnych, lecz także uwarunkowań historycznych i kulturowych. Persowie (stanowiący większość w Iranie – ok. 65 proc. populacji) to dumny i bardzo stary naród, który ludy arabskie uważa za prostych mieszkańców pustyni żyjących w sztucznych krajach stworzonych przez kolonialne potęgi i utrzymujących się wyłącznie dzięki wydobywaniu ropy. Napięcia między zwolennikami szyizmu i sunnizmu istniały od zawsze. Jednak współcześnie stały się jeszcze bardziej jaskrawe ze względu na działalność Państwa Islamskiego, którego Irańczycy są wielkimi przeciwnikami.

 

Kom jest miastem niezmiernie konserwatywnym. Pielgrzymują do niego ogromne rzesze wiernych nie tylko z Iranu. Mimo to szyicki fundamentalizm wciąż pozostaje bardzo daleki od ideologii terrorystycznego Państwa Islamskiego.

 

W perskiej baśni

 

Po opuszczeniu Teheranu i Komu podróżnicy przemierzają coraz bardziej pustynne krajobrazy kraju i powoli wkraczają w baśniowy świat Persji, o którym marzyli przed wyjazdem. Po wjechaniu do miasta Isfahan trafia się w końcu do tej fantastycznej krainy. Plac Nagsz-e dżahan, inaczej zwany też placem Imama, stanowi pępek irańskiego wszechświata. To przy nim znajdują się najpiękniejsze zabytki perskiej architektury – Meczet Szejka Lotfallaha, pałac Ali Kapu (Ali Ghapu) i Meczet Imama. Ich widok zapiera dech w piersiach. Turystów zachwyca także pełen życia bazar, którego bramy przylegają do rozległego placu Imama. Niesamowitych wrażeń dostarcza również oaza spokoju, jaką jest dziedziniec Hotelu Abbasi. Tutaj mogliśmy wypić najpiękniej podaną herbatę w cudownych wiosennych promieniach słońca. Taką chwilę trudno zapomnieć.

 

Warto jednak zdawać sobie sprawę, że Isfahan nie należy do spokojnych miejsc. Łatwo zaobserwować w nim wzrost ruchu turystycznego, a co za tym idzie, postępującą komercjalizację i napływ tanich pamiątek. Miasto było popularne na długo przed niedawnym otwarciem się Iranu na świat, dlatego jeśli ktoś planuje kupić rękodzieło, nie powinien raczej robić tego na fascynującym isfahańskim bazarze, lecz skorzystać z takiej okazji w Szirazie.

 

Wspomnienie imperium

 

Plac Nagsz-e dżahan w centrum Isfahanu

Isfahan 2

© PARS TOURIST AGENCY/KEY2PERSIA.COM

 

Z Isfahanu większość turystów wybiera się na południe, do ruin antycznego Persepolis położonych obok wspomnianego miasta Sziraz. W tym ostatnim urodził się w pierwszej połowie XIV stulecia jeden z najzdolniejszych i najbardziej podziwianych poetów perskich Hafiz (Hafez). Sziraz fascynuje swoją ciekawą historią. Poza tym produkowano w nim kiedyś najlepsze wino na Bliskim Wschodzie. Dziś jest miastem uczciwych handlarzy, szczyci się pięknym Różowym Meczetem, wspaniałymi świątyniami i majestatyczną Cytadelą Karima Chana, w której obecnie mieszczą się pracownie lokalnych artystów. Choć w porównaniu z wcześniej odwiedzonymi przez nas dużymi ośrodkami to prawdziwa oaza, jako miłośnika historii ciągnęło mnie do pobliskich słynnych ruin starożytnego miasta Persepolis. W końcu słyszałem i uczyłem się o nim, będąc jeszcze dzieckiem.

 

W już niemal letnich promieniach słońca wkraczaliśmy do miejsca, które było świadkiem wielkiej historii. Aby do niego dotrzeć, przemierza się bajkowe krajobrazy rozpościerające się wokół drogi łączącej Isfahan z Szirazem i wspina się na wysokie wzniesienia gór Zagros (z najwyższym punktem Zard Kuh – 4548 m n.p.m.). W ten sposób trafia się do prawdziwego serca Persji. Stąd wywodzi się wszystko, co w tej krainie najważniejsze, łącznie z jej nazwą. Ostan (rodzaj jednostki administracyjnej) Fars, stanowi region symboliczny, z którym związane są pasjonujące dzieje narodzenia i upadku imperium. Nazwa ta pochodzi od staroperskiego słowa „Pârs”, została zmieniona przez Arabów ze względu na brak głoski „p” w języku arabskim.

 

Równie piękne słońce jak podczas naszej wizyty świeciło nad całym tym rejonem, gdy w połowie października 1971 r. ostatni irański szach, Mohammad Reza Pahlawi, postanowił zwrócić oczy świata na swoją ojczyznę i pokazać wszystkim, że Iran jest potężny, ale również szczyci się niezmiernie bogatą kulturą i długą historią. Jak opowiadają Irańczycy, Amerykanie z wielkich firm zatrudnieni w tych stronach powszechnie żądali dodatków za pracę w tym „dzikim kraju”. Ówczesny władca chciał więc przekonać światową opinię publiczną, że jego państwo to spadkobierca wspaniałej cywilizacji. Okazją do tego miały być obchody 2500. rocznicy powstania imperium Persów z pięciodniową uroczystością w Persepolis. Mohammad Reza Pahlawi wiedział, że może sobie pozwolić na każdą formę ekstrawagancji. Petrodolary stale zasilały budżet Iranu, który wciąż się rozwijał. Mimo to nie robiono zbyt wiele, aby poprawić los zwykłych ludzi. W społeczeństwie narastało niezadowolenie, coraz większe wpływy zaczynali zyskiwać szyiccy mułłowie. W październiku 1971 r. świat miał być świadkiem ponownego narodzenia imperium, odrodzenia Persji. Przygotowania do obchodów trwały 10 lat. Wybudowano nowe drogi i lotniska i stworzono całą niezbędną infrastrukturę. Jednak wszystkie te starania tak naprawdę przyczyniły się jedynie do upadku władzy. Najgłośniej grzmiał ajatollah Ruhollah Chomejni (1902–1989) nazywający całe przedsięwzięcie festiwalem diabłów. Inni wypominali szachowi marnotrawienie publicznych pieniędzy, opowiadali o luksusowych namiotach przeznaczonych dla prawie 60 przywódców z całego świata, w których łazienki wykonano z marmuru. Natomiast wykwintne jedzenie i wina dla gości miały być transportowane z paryskiej restauracji „Maxim’s”. Choć Iran rzeczywiście olśnił wszystkich swoim bogactwem, wśród jego obywateli wzrastało oburzenie. Ta fala powoli wzbierała przez kilka lat, aż do chwili, gdy rewolucja islamska zakończyła rządy ostatniego szacha.

 

Kiedy odwiedzamy różne miejsca w kraju, z ich historii układamy sobie współczesny obraz tego regionu i jego mieszkańców. Persepolis nie po raz pierwszy odegrało rolę w spektaklu o upadku władzy. Niegdyś, przed wieloma wiekami marzenia Persów o wiecznym i potężnym imperium zniweczył Aleksander Wielki, który najechał, zdobył i spalił tę starożytną stolicę w 330 r. p.n.e. Płomienie strawiły bajeczny pałac Dariusza I Wielkiego (ok. 550–486 r. p.n.e.), bo choć zbudowany został z kamienia, wszystkie jego stropy były drewniane. Płonące elementy konstrukcyjne uszkadzały kamienne kolumny i ściany, a te przewracały się i burzyły kolejne części budowli. Mimo ogromnych zniszczeń ruiny i pozostałe piękne płaskorzeźby nadal pozwalają wyobrazić sobie, jak niezwykłe musiało być Persepolis niemal 2,5 tys. lat temu.

 

Oślepiające blaskiem wnętrze w mauzoleum Szach Czeragh w Szirazie

DSCF9147

© MARCIN KAWA/CZAJKA TRAVEL (CZAJKAPODROZE.PL)

 

Na środku pustyni

 

Po wizycie w Szirazie i starożytnej stolicy Persów warto skierować się na północny wschód do miasta Jazd, położonego na granicy Wielkiej Pustyni Słonej i Wielkiej Pustyni Lota. To podróż z rejonów pustynnych do krainy jeszcze surowszej i mniej przyjaznej człowiekowi. Samotne ostre szczyty wznoszą się na płaskiej przestrzeni. Podczas jazdy autem mamy wrażenie, że prowadząca przez pustynię szosa ciągnie się w nieskończoność i gdzieś przed nami rozmywa się pod wpływem wysokiej temperatury. Jednak różne miasteczka mijane po drodze pełne są życia, a my z fascynacją podziwiamy architektoniczne perły miejscowej architektury. Wyróżniają się tutaj różnego rodzaju wieże, np. ta w Abarkuh – ogromna konstrukcja, która w upalne miesiące pozwalała na przechowywanie powstałego w zimie lodu, służącego do chłodzenia napojów mieszkańcom tych niezwykle gorących i suchych terenów.

 

Jazd, typowo pustynne miasto, kryje w sobie wiele więcej, niż wydaje się turystom patrzącym na jego kolejne piękne meczety i inne ciekawe budowle. Ponieważ panuje w nim prowincjonalny spokój (mimo ponad 500 tys. mieszkańców), trudno uwierzyć, że ta ziemia wydała dwóch prezydentów wrogich sobie państw, którzy pełnili swoje funkcje w tym samym czasie. Historia ta pokazuje dobitnie, jak bardzo złożonym i niejednoznacznym miejscem jest Iran.

 

Rodzina Mosze Kacawa, prezydenta Izraela w latach 2000–2007, opuściła Jazd w 1951 r. Z każdym rokiem społeczność żydowska tego miasta kurczyła się coraz bardziej. Obecnie wynosi jedynie kilkanaście osób. Mosze Kacaw obejmował swoje stanowisko 3 lata po tym, jak kadencję prezydencką zaczął w Iranie Mohammad Chatami, urodzony w Ardakanie w ostanie Jazd. Przedstawiciele obu zwaśnionych krajów mieli okazję się spotkać, gdy przybyli do Watykanu pożegnać zmarłego papieża Jana Pawła II. Na placu św. Piotra 8 kwietnia 2005 r. zgromadziła się większość przywódców państw świata. Pod koniec uroczystości pogrzebowej Mohammad Chatami, który ze względu na rozmieszczenie gości według alfabetycznej listy nazwisk siedział dość blisko Mosze Kacawa, wyciągnął do niego dłoń i pozdrowił go w języku perskim (farsi). Choć po powrocie do Iranu prezydent temu zaprzeczał, świadkowie zajścia potwierdzali, że ta sytuacja naprawdę się wydarzyła.

 

Jazd wypełniają wspaniałe zabytki architektury: począwszy od Meczetu Zgromadzenia (Masdżid-e Dżame) przez ogromną liczbę wież wiatrowych zwanych badgirami po kompleks Amira Chakmagha (Amira Czakmagha). Także w tym mieście zapoznać się możemy z historią zaratusztrianizmu, jednej z najstarszych religii monoteistycznych świata, która upowszechniła się na obszarach Persji przed islamem. Znajdują się tu dwa niezmiernie ważne miejsca z nią związane – świątynia ognia i wieża milczenia. Na szczycie tej ostatniej odbywały się tzw. powietrzne pogrzeby zaratusztrian (zwłoki wystawiano na żer ptakom).

 

Z Jazdu kierujemy się już na północ, ku stolicy. Robimy jeszcze krótki przystanek w mieście Kaszan, gdzie podziwiać można niezwykłe rezydencje i ogrody oraz pełen życia bazar. Powrót do Teheranu to ponownie bardzo interesujące, a zarazem ciężkie przeżycie. Gęsty smog i zapach spalin znów zwala nas z nóg i zmusza do powtórnej aklimatyzacji do tutejszych warunków.

 

Informacje praktyczne

 

Iran jest obecnie świetnie połączony z Europą. Wygodne i niedrogie loty odbywają się z takich miast jak Frankfurt nad Menem i Monachium (Lufthansa), Wiedeń (Austrian Airlines), Londyn (British Airways), Rzym (Alitalia), Amsterdam (KLM), Paryż (Air France), Stambuł (Turkish Airlines) czy Kijów (Ukraine International Airlines – UIA). Możemy też wybrać np. podróż z Warszawy liniami Emirates z międzylądowaniem w Dubaju albo samolotem Qatar Airways z przystankiem w Dosze. Poza tym – co najważniejsze dla turystów z Polski – Polskie Linie Lotnicze LOT planują w najbliższym czasie uruchomienie nowego bezpośredniego połączenia z Warszawy do Teheranu. Ostatnio nastąpiła również duża liberalizacja przepisów wizowych, dlatego wielu zagranicznych gości decyduje się na uzyskanie wizy tuż po wylądowaniu, na lotnisku w stolicy Iranu (visa on arrival).

 

Przed podróżą warto zaopatrzyć się w odpowiednią ilość gotówki na bieżące wydatki i jej zapas na wszelki wypadek, gdyż nadal nie ma możliwości płacenia na miejscu kartami kredytowymi i płatniczymi, co jest skutkiem wieloletnich sankcji i odcięcia od międzynarodowego systemu bankowego. Najbezpieczniejszymi walutami na wymianę są dolary amerykańskie i euro, przy czym należy pamiętać, że banknoty (szczególnie dotyczy to dolarów) muszą być w idealnym stanie, aby zostały zaakceptowane w kantorach. Jeżeli chodzi o koszty pobytu, to niejeden turysta będzie zaskoczony faktem, iż ceny hoteli i dań w restauracjach bywają raczej dosyć zbliżone do tych w Polsce.

 

Podróżowanie po Iranie nie jest skomplikowane. Kraj oplata sieć bardzo dobrych dróg, można korzystać z niezłych połączeń autobusowych i kolejowych. Nadal trudno tu jednak o dostęp do internetu. Transfer danych bywa wolny i często bez użycia specjalnych aplikacji nie wejdziemy na najpopularniejsze serwisy społecznościowe.

 

Irańczycy są niezmiernie przyjaznymi ludźmi, dlatego pod względem bezpieczeństwa Iran należy do jednych z najlepszych regionów do organizowania samodzielnych wypraw. Aby zrozumieć nieraz bardzo zaskakujące zachowania miejscowych, warto zapoznać się z pojęciem ta’arof. Jest to dość skomplikowana formuła grzecznościowa praktykowana przez mieszkańców tego kraju od wieków. Jej zastosowanie najlepiej wytłumaczyć na przykładzie. Po odwiezieniu nas pod wskazany adres taksówkarz może odmówić przyjęcia pieniędzy. Tak naprawdę nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy zapłacić za jego usługę, wręcz przeciwnie, trzeba nalegać, aż w końcu kierowca skapituluje. Podobnie jeśli Irańczyk oferuje nam coś za darmo, wcale nie świadczy to o tym, iż chce nam tę rzecz zwyczajnie podarować. Z takimi sytuacjami spotkamy się na targach, w sklepach, restauracjach czy wielu innych przypadkach. Należy pamiętać o tym, jak zareagować na tego typu bardzo specyficzną grzeczność. Jeżeli nie zapłacimy za usługę lub towar, wprawimy drugą stronę w ogromne zakłopotanie. Żeby lepiej zrozumieć Iran, warto sięgnąć po książki o tym kraju, w szczególności polecam pozycje autorstwa irańsko-amerykańskiego dziennikarza Hoomana Majda (Ajatollah śmie wątpić, Demokracja ajatollahów czy Ministerstwo Przewodnictwa uprasza o niezostawanie w kraju), który urodził się w Teheranie w 1957 r.

 

Apetyt na Gruzję

NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

<< Podróżowanie po tym usytuowanym na Kaukazie Południowym (Zakaukaziu), na pograniczu Europy i Azji, pięknym, dzikim i szalonym państwie to doświadczanie świata wszystkimi zmysłami. Podczas podziwiania majestatycznych kaukaskich szczytów rozlewamy do kieliszków kolejną butelkę aromatycznego czerwonego wina Saperavi lub białego Rkatsiteli. W naszych ustach rozpływają się wyborne, domowej roboty sery, a na suto zastawionym stole czekają kolejne przysmaki, które kuszą apetycznym wyglądem, zapachem i przede wszystkim smakiem. Pora wznieść toast za przodków i rozpocząć gruzińską „suprę”, czyli huczną i radosną ucztę. „Gaumardżos!” – „Na zdrowie!”. Niech żyje Gruzja! >>

Więcej…

Wyspy Zielonego Przylądka – na styku Europy i Afryki

szwed-cabo-verde-santo-antao-ribeiry01-1

Ribeira – głęboka, wypełniona roślinnością dolina na Santo Antão

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Miejscowa legenda głosi, że Wyspy Zielonego Przylądka (po portugalsku Cabo Verde) powstały, gdy zadowolony ze stworzenia świata Bóg otrzepał ręce, a okruchy z jego palców niezauważenie spadły do wody. Znalazły się więc na oceanie niejako przypadkowo i takie również okazały się ich losy. Kraj ten bardzo długo nie mógł decydować o sobie (aż do 5 lipca 1975 r.), a zależny był od rozgrywek mocarstw z każdej strony Atlantyku. Dziś w pełni samorządna Republika Zielonego Przylądka stoi przed szansą umocnienia swojej pozycji. Przyciąga też coraz więcej osób chcących nie tylko podziwiać różnorodne krajobrazy i piękno przyrody, ale i obcować z bogatą kulturą.

Więcej…