PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

<< Chiny są jednym z najciekawszych rejonów w Azji. W Pekinie, Hongkongu czy Szanghaju wspomnienie dawnej świetności cesarstwa ustępuje miejsca współczesnemu rozwojowi gospodarczemu. W ten sposób historia zatacza koło i Państwo Środka jak przed laty znów jawi się jako licząca się w świecie potęga handlowa. >

 FOT. WIKIPEDIA.COM/CHENSYUAN

Chińska Republika Ludowa, rządzona od 1949 r. przez Komunistyczną Partię Chin, stanowi trzeci pod względem powierzchni (ok. 9,6 mln km²) i pierwszy pod względem liczby ludności (prawie 1,4 mld) kraj na ziemi. To jednak tylko suche fakty, które nie wystarczą nam, aby zrozumieć Chiny i ich mieszkańców. Pomoże nam w tym natomiast odrobina historii.

Pióropusze sztucznych ogni rozświetliły niebo nad Portem Wiktorii w Hongkongu, gdzie Brytyjczycy panowali przez ostatnie 150 lat. W centrum konferencyjnym zasiedli przedstawiciele Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej: następca tronu książę Karol, premier Tony Blair i gubernator Hongkongu Chris Patten. Delegacja Chin na czele z przewodniczącym Chińskiej Republiki Ludowej Jiang Zeminem i premierem Li Pengiem z trudem ukrywała radość. Wkrótce 509 żołnierzy chińskiej armii przekroczyło granicę lądową między Państwem Środka i Hongkongiem. 1 lipca 1997 r. to jedno z najbogatszych miast na ziemi wróciło w ręce Chińczyków. Tego dnia Chiny ostatecznie zamknęły wstydliwy rozdział podległości wobec Zachodu i rozpoczęły marsz ku świetlanej przyszłości.

 

 

Hongkong w oparach opium

                                                                                                               FOT. WIKIPEDIA.COM/CHENSYUAN

W XVIII w. cesarz Qianlong (1711–1799) ogłosił, że Chiny są centrum świata i posiadają już wszystko, czego tylko potrzebują, i dlatego wszystkie produkty chińskie mają być kupowane za pomocą srebra. Układ ten przynosił znaczne korzyści cesarstwu. Dlatego też powstanie brytyjskiego portu na wyspie Hongkong było jednocześnie początkiem końca chińskiej potęgi. Najpierw po I wojnie opiumowej (1839–1842) Chiny straciły ten teren, potem w wyniku II wojny opiumowej (1856–1860) – południową część półwyspu Koulun, co wiązało się ze złamaniem monopolu Kantonu na handel opium i herbatą. Kolejne porty zostały otwarte, a cesarstwo nie kontrolowało już wymiany handlowej z Europejczykami.

Skrajnie niekorzystne postanowienia traktatów pokojowych nie tylko otworzyły Chiny na obcy handel, ale też umożliwiły ewangelizację kraju. Zachodnie państwa ustanowiły przedstawicielstwa dyplomatyczne w Pekinie. Świat, w którym Chińczycy podbijali obce terytoria i wysyłali ambasadorów oraz podróżników daleko poza granice imperium, odszedł do przeszłości.

 

Centrum świata

Przez tysiąclecia Chiny słusznie uważały się za centrum kultury i myśli ludzkiej, najbardziej rozwinięty kraj na świecie, przedstawiany na mapach jako Państwo Środka – pełne przełomowych wynalazków, które zadziwiały współczesnych. Do największych z nich należą papier, druk, proch i kompas.

Ten pierwszy został wynaleziony prawdopodobnie już na początku drugiego stulecia naszej ery, ale jako materiał do pisania posłużył dopiero jakieś 100 lat później. Po kolejnych trzech wiekach Chińczycy zaczęli używać papieru toaletowego. Za dynastii Song (960–1279) pojawiły się papierowe banknoty. Logiczną konsekwencją tego wynalazku był druk. Ruchome czcionki wypalano najpierw w glinie (XI w.), następnie rzeźbiono w drewnie (XIII w.), aż w końcu zaczęto je wytwarzać z metalu (XV w.).

Proch wymyślili w IX stuleciu podczas eksperymentów taoistyczni alchemicy poszukujący eliksiru życia. Szybko okazał się niebezpiecznym materiałem, z którym należy obchodzić się ostrożnie, aby nie doprowadzić do przykrych wypadków. W 1280 r. w okolicy Yangzhou doszło do eksplozji arsenału. Wybuch był na tyle silny, że szczątki ponad 100 ludzi znajdowano w promieniu 2, 3 kilometrów.   

Już ok. XI w. Chińczycy używali kompasu. Dzięki temu urządzeniu nastąpił znaczny rozkwit kraju za panowania dynastii Ming (1368–1644), kiedy rozwinęła się wymiana handlowa z Japonią, Indiami i Azją Południowo-Wschodnią. Admirał Zheng He (1371–1433) dotarł aż do Egiptu i Mozambiku. W jego ostatniej, siódmej wyprawie (1430–1433) wzięło udział ponad 27 tys. ludzi, którzy wypłynęli na 300 statkach.

 

Podróże Marca Polo   

Od końca XIII w. również przeludniona Europa wyruszała na podbój świata. Kościół nie twierdził już, że za wielką wodą znajduje się piekło, władcy europejscy szukali nowych szlaków handlowych i cennych towarów. Na dalekie wyprawy wysyłano także podróżników szpiegów. Jednym z nich miał być kupiec wenecki Marco Polo (1254–1324), który podczas swojej podróży do Chin (rozpoczętej wraz z ojcem i stryjem w 1271 r.) zyskał niezwykłe względy u Kubilaj-chana (1215–1294), wnuka Czyngis-chana i założyciela dynastii Yuan.  

Wenecjanin spędził w Państwie Środka aż 17 lat. W tym czasie zrobił karierę na dworze władcy Chin, który jako pierwszy z Mongołów postanowił osiąść w jednym miejscu na stałe. Kubilaj-chan przeniósł najważniejszy ośrodek państwowy imperium mongolskiego z Karakorum leżącego w Azji Centralnej do Chanbałyku (Miasta Chana), czyli dzisiejszego Pekinu.

 

Pekin Terzaniego

Włoski reporter i korespondent zagraniczny Tiziano Terzani (1938–2004), który w latach 80. XX w. jako jeden z pierwszych zachodnich dziennikarzy zamieszkał w Pekinie, pisał, że zewnętrzny porządek architektury i przestrzeni miejskiej stolicy Chin odzwierciedlał geometrię wszechświata. W starym, jeszcze cesarskim mieście, budowano domy typu siheyuan.Na planie kwadratu wznoszono jednopiętrowe budynki mieszkalne wokół dziedzińca, na którym rosły drzewa, stały ławki, a nawet zakładano małe stawy. Brama znajdowała się zazwyczaj na południu naprzeciwko głównej części zabudowań, mężczyźni mieszkali po stronie wschodniej, a kobiety – po zachodniej. Według podobnych planów konstruowano świątynie, pałace i klasztory. Skupisko  takich domów, otoczonych murami, określano mianem hutongu. I również tutaj zasady projektowania były ściśle określone – ulice nie przekraczały na ogół 9 metrów szerokości, często mają nawet tylko 3 lub 4 metry.       

  FOT. CHINATRIPINFO.NET 

Terzani zakochał się w takim Pekinie, który jednak zaczął szybko się zmieniać, niszczony przez komunistyczne władze. Dla nich priorytet stanowiły nowe fabryki, centra handlowe i wielkie blokowiska. Hutongi, perełki architektury, metodycznie wyburzano. Przy okazji znikały też świątynie i parki, zamieniane na magazyny i boiska dla żołnierzy. Harmonia zabudowy stolicy została trwale naruszona. Pozostałe hutongi przekształciły się w przeludnione dzielnice robotnicze. Do dotychczasowych mieszkańców, uważanych często za burżuazyjną, reakcyjną klasę społeczną, dokwaterowywano robotników, przesiedleńców z innych części Chin, budujących nowy Pekin. Pod koniec lat 40. XX w. w mieście było jeszcze 7 tys. takich zespołów architektonicznych, tymczasem dziś jest ich już tylko niespełna 2 tys.   

Włoski dziennikarz, doskonale znający kulturę i język chiński, często uciekający nadzorującym go tajniakom, w końcu naraził się komunistycznej władzy, gdy opublikował w słynnym niemieckim tygodniku Der Spiegel ostry tekst o umieraniu starego Pekinu. W 1984 r. został aresztowany i trafił do więzienia, a w końcu wydalono go z kraju. Dla tego znanego reportera stało się to osobistą tragedią. Wkrótce wydał książkę Zakazane wrota (La porta proibita), którą – mimo upływu ponad 25 lat – uważa się za najlepszy przewodnik po Chinach, ich kulturze i mieszkańcach.

 

Stolica wielu twarzy

Nazwa Pekin oznacza Północną Stolicę (natomiast Nankin – poprzedni główny ośrodek kraju –

Południową Stolicę). Wcześniej miasto zwano m.in. Dadu, czyli Wielką Stolicą. Wspomniany już Kubilaj-chan sprowadził tutaj zagranicznych architektów, w tym Nepalczyka Araniko (1245–1306). Był on jednym z najbardziej oryginalnych artystów swojej epoki – w znakomity sposób łączył styl chiński i indyjski. W Pekinie zaprojektował m.in. Białą Dagobę (czyli buddyjską stupę), której budowa trwała ok. 10 lat. Ta 50-metrowa konstrukcja była jedną z największych budowli sakralnych w regionie. Stupa nie została zniszczona podczas tzw. rewolucji kulturalnej w latach 60. XX w., ponieważ ówczesny premier Zhou Enlai uznał ją za dziedzictwo narodowe.   

Rewolucja nie pożarła też Placu Niebiańskiego Spokoju (Tian’anmen). Jednak w miejscu dawnych zabudowań ministerialnych postawiono Wielką Halę Ludową i Mauzoleum Mao Zedonga. Największy miejski plac świata był świadkiem m.in. proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej oraz masowych demonstracji w 1976 i 1989 r. W Pekinie zachował się także piękny Pałac Letni (Yiheyuan) oraz monumentalne Wieża Dzwonu i Wieża Bębna. Niecałe 50 kilometrów na północ od centrum stolicy Chin rozciąga się na przestrzeni aż 40 km2 wspaniała nekropolia władców dynastii Ming.   

W południowo-wschodniej części miasta znajduje się ogromny kompleks świątynny poświęcony taoizmowi, zwany Świątynią Nieba lub Ołtarzem Nieba (Tian Tan), który wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Aż do 1912 r. nikt poza cesarzem, jego rodziną i dworem nie miał tu prawa wstępu. Budowla ta została wzniesiona w okresie powstania słynnego Zakazanego Miasta (między 1406 a 1420 r.).

Według tradycji, Laozi, uchodzący za twórcę taoizmu, żył w VI w. p.n.e., tak jak Konfucjusz, który zapoczątkował powstanie drugiego rozpowszechnionego w Chinach systemu filozoficzno-religijnego. Konfucjanizm jest głęboko zakorzeniony w mentalności Chińczyków. Czerpały z niego kolejne ustroje polityczne, w tym również chiński komunizm. Opiera się na zbiorze reguł postępowania, norm etycznych, których każdy musi przestrzegać. Człowiek w swoim życiu powinien wypełniać określone obowiązki. Dlatego to, co robi, ma czynić nie dla nagrody i bez względu na efekt. Wyniki wszelkich działań zależą od przeznaczenia, którego nie da się uniknąć. Liczy się natomiast wysiłek włożony w jak najlepsze spełnianie przez ludzi ich powinności. Na tereny Chin przeniknęły także idee buddyzmu. Czasy najnowsze zdominowała jednak ideologia komunizmu, zgodnie z którą wszelkie religie są szkodliwe i jako takie powinny być zwalczane.

 

W Zakazanym Mieście

Pozostałości dawnego Pekinu to jednak przede wszystkim Zakazane Miasto, czyli kompleks pałacowy z początku XV w., zbudowany przez cesarza Yongle (1360–1424) z dynastii Ming. To on przeniósł stolicę państwa z Nankinu do Pekinu, który pełnił już wcześniej tę funkcję za czasów panowania dynastii Yuan. Jednakże tym razem najważniejsze miasto imperium miało przyćmić wszystko to, co dotychczas zbudowano na ziemi. Na 720 tys. m2 Zakazanego Miasta znalazło się ok. 980 budynków z prawie 10 tys. pokoi i sal.

Ten wspaniały kompleks pałacowy na mniej więcej 500 lat stał się siedzibą władców, którym przypisywano boskie pochodzenie. Sam cesarz był określany tytułem Syna Niebios i uważany za pośrednika między światem ludzkim i niebiańskim. Przysłużyły się temu legendy o Nefrytowym Cesarzunajwyższym bogu, władcy nieba. Jedna z nich mówi o tym, że zanim zasiadł na tronie, był księciem, który pomagał wszystkim potrzebującym. Inna wyjaśnia, w jaki sposób powstały znaki chińskiego zodiaku. Otóż cesarz, mimo iż rządził już długi czas światem, nigdy nie zawitał na ziemię. Dlatego zaprosił na swój dwór zwierzęta. Te, które stawiły się przed jego obliczem, znalazły się potem w chińskim zodiaku. 

 

Szanghaj przyszłości

Rozwój Chin doskonale widać w szybko rosnącym, wiecznie zakorkowanym Pekinie, przypominającym

wielki plac budowy. Jednak potencjał gospodarczy najwyraźniej daje się odczuć podczas podróży koleją dużych prędkości ze stolicy do Szanghaju. Trasę 1300 km pociąg pokonuje w ok. 5,5 godz., czyli ze średnią prędkością prawie 240 km/godz. (cena biletu w jedną stronę wynosi mniej więcej 300 zł).

Szanghaj jest kolejnym portem obok Hongkongu i Guangzhou (Kantonu), który ma duży wpływ na gospodarkę Chin. Jego aglomerację zamieszkuje aż ponad 23 mln ludzi. Leży u ujścia rzeki Jangcy i stanowi trzeci pod względem wielkości port morski na świecie (po Rotterdamie i Singapurze). Na znaczeniu zyskał jednak dopiero podczas wspomnianych wojen opiumowych. W swojej historii znajdował się w rękach Europejczyków i Stanów Zjednoczonych, a później Japończyków. Obecnie współzawodniczy z Hongkongiem o miano gospodarczej stolicy kraju. Mieści się tu Szanghajska Giełda Papierów Wartościowych oraz jedna z najważniejszych światowych giełd towarowych.

W Szanghaju przez wieki ścierały się ze sobą wpływy różnych kultur, dlatego stał się miastem wielu religii. Warto wybrać się więc na wyprawę szlakiem najciekawszych budowli sakralnych i odwiedzić Świątynię Nefrytowego Buddy, buddyjską Świątynię Longhua, taoistyczną Świątynię Boga Miasta (Chenghuang Miao) znajdującą się w pobliżu malowniczego Ogrodu Yuyuan, konfucjańską Wen Miao i w końcu katolickie kościoły – Katedrę św. Ignacego oraz Bazylikę Sheshan.   

 

Milionowe kontrakty w Kantonie

Kanton, a obecnie Guangzhou, był od zawsze ważnym chińskim portem. Działał już w III w. p.n.e. W VIII stuleciu pojawili się tutaj perscy i arabscy kupcy, a w XVI w. przypłynęli Portugalczycy. Europejczycy stali się jednak przekleństwem dla miasta – wojny opiumowe skierowane były właśnie przeciw handlowemu monopolowi Kantonu.  

                Jego gospodarcza potęga odradza się jednak dzięki międzynarodowym Targom Kantońskim (największym w Chinach). W maju 2012 r. w ich 111. edycji (odbywają się dwa razy w roku – wiosną i jesienią) wzięły udział firmy z 213 państw świata. W Kantonie nie brakuje także atrakcji turystycznych. Powinniśmy zobaczyć przede wszystkim buddyjską Świątynię Sześciu Banianów, ok. 55-metrową pagodę przypominającą swoim kształtem kwiat, Rzekę Perłową z europejską, kolonialną enklawą na wyspie Shamian, XIV-wieczną Wieżę Zhenhai lub targ nefrytowy w okolicy deptaku Shangxiajiu.

 

Nie tylko biznes

Chiny nie są tylko krajem gospodarczego cudu i bogatej przeszłości. Można tu znaleźć także wiele wspaniałych miejscowości wypoczynkowych. Wyspę Hajnan (zwaną Jadeitową Wyspą), gdzie znajdują się też dwa międzynarodowe lotniska – Meilan w Haikou i Phoenix w uroczym kurorcie Sanya, uznaje się za chińskie Hawaje. Nie bez przyczyny – plaże ciągną się tutaj na przestrzeni ok. 30 kilometrów, a temperatura powietrza w lecie sięga 25–30°C. Oprócz sportów wodnych i kąpieli słonecznych popularnością cieszy się tu podglądanie żółwi morskich. Co ciekawe, w XVII w. na wyspę zawitał nasz rodak Michał Boym – jezuita, który sporządził dokładne jej mapy (jako pierwszy Europejczyk).  

 

Powiedział mi wróżbita

W 1976 r. w Hongkongu Tiziano Terzani usłyszał od chińskiego wróżbity, że latanie samolotem w 1993 r. może się dla niego zakończyć śmiercią. Włoski reporter postanowił więc pod koniec 1992 r. odbyć swoją kolejną podróż po Dalekim Wschodzie drogą lądową i wodną. Jak później wspominał, to było najbardziej niezwykłe dwanaście miesięcy w jego życiu, podczas których odżył na nowo (o czym można przeczytać w jego książce z 1995 r. Powiedział mi wróżbita). Pozostaje nam tylko życzyć wszystkim wybierającym się do Chin takich samych cudownych wrażeń…


 

Artykuły wybrane losowo

Kuba – najlepsza podróż w moim życiu

O swojej wizycie na Kubie w maju 2018 r. opowiada Victor Borsuk, siedmiokrotny mistrz Polski i czterokrotny wicemistrz Polski w kitesurfingu, wielokrotnie stający na podium w Pucharze Polski, Świata i Europy, doświadczony trener szkolący amatorów i profesjonalistów, z zamiłowania podróżnik, współpracujący ściśle z magazynem All Inclusive, z którym był ostatnio na 38. Międzynarodowych Targach Turystyki – FITCuba 2018 odbywających się na Los Cayos de Villa Clara.

Więcej…

Dominikana – raj dla każdego

MARCIN WESOŁY

<< Dominikana odcisnęła głęboki ślad w mojej duszy chyba za sprawą emocji, jakie towarzyszą zazwyczaj inicjacji. Pierwszy raz ujrzałem ją ponad 8 lat temu. Wtedy była dla mnie poniekąd tropikalnym zauroczeniem, po którym chce się od razu więcej. Z wprawą prawdziwej łamaczki serc usidliła mnie, oszołomiła i zatrzymała przy sobie na dłużej. Do dzisiaj zresztą pozostaję jej wierny. Dlatego opowiadam o mojej miłości z niegasnącym entuzjazmem. >>

Więcej…

Japońska droga do doskonałości

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

<< O Japonii marzyłem już od dziecka. Zaczęło się od japońskiej kreskówki „Dragon Ball” (powstałej na podstawie mangi Akiry Toriyamy), którą oglądałem na kanale telewizyjnym RTL 7. Z pewnością zresztą nie tylko ja nie mogłem się zawsze doczekać godziny 15.00, kiedy to emitowano kolejny odcinek. Gdy myślę o tym wspomnieniu, wydaje mi się całkiem zabawne, że fascynacja często zaczyna się od tak prostych przyjemności, które zaszczepiają w umyśle dziecka pozytywne skojarzenia. >>

 

Góra Fudżi i pagoda Chureito z 1963 r. znajdująca się koło jeziora Kawaguchi

©© FUJIYOSHIDA CITY/JNTO

 

Ten serial animowany zainspirował mnie do zmiany, zacząłem chcieć ciągle się rozwijać. Jego bohaterzy przez setki odcinków ćwiczyli, trenowali, walczyli z najeźdźcami z wszechświata i bronili naszej planety. Być może brzmi to mało oryginalnie, ale właśnie ta chęć nieustannego uczenia się, aby stale zwyciężać, nadała nowy sens mojemu życiu. Oczywiście, nie miałem w planach obrony świata, ale ciągłe stawanie się lepszą wersją siebie. Znakomicie oddaje to japońska praktyka ustawicznego doskonalenia się – kaizen (kai oznacza „zmiany”, a zen– „dobro”, „dobry”).

Kiedy byłem dzieckiem, nie do końca rozumiałem moją fascynację, ale szybko zapisałem się na treningi karate. Na zajęciach w lekkim rozkroku wyprowadzałem ciosy, licząc w języku japońskim (ichi, ni, san, shi…). Czułem dumę płynącą z tego, że wprowadzałem kulturę Japonii w swoje życie. Im więcej czytałem o Kraju Kwitnącej Wiśni, jego mieszkańcach, ich zwyczajach i kulcie pracy, tym bardziej byłem nim zafascynowany. Zrozumiałem, że nie będę mógł spać spokojnie, jeżeli w końcu się tam nie wybiorę. Zajęło mi to 17 lat. W tym czasie stosowałem na co dzień zasady kaizen, polegające na stawianiu małych kroków i nieustannym rozwoju.

 

 

SZUKANIE PASJI

W 14. roku życia zainteresowałem się sportem, który stał się moją prawdziwą pasją. Wcześniej próbowałem swoich sił w lekkiej atletyce, karate, piłce nożnej, kick-boxingu czy akrobatyce, żeby ciągle doskonalić się w nowych dziedzinach i dorównać bohaterom z uwielbianego przeze mnie japońskiego serialu. Pewnego dnia po raz pierwszy zobaczyłem na wodzie kitesurferów, którzy skakali na wysokość nawet 6 m w górę i po prostu wsiąkłem. Nie byłem – niestety – najbardziej utalentowany i opanowanie nowej dyscypliny sportowej zajęło mi prawie pół roku. Jednak systematycznie ćwiczyłem w domu na drążku, oglądałem filmy na komputerze, uczyłem się każdej ewolucji – najpierw rozpisywałem ją sobie na kartce krok po kroku, potem wykonywałem na sucho, a na sam koniec powtarzałem do skutku na wodzie. Po dwóch latach zostałem wicemistrzem Polski, potem siedmiokrotnym mistrzem Polski, zdobywcą pucharów Azji i Europy. W drodze do tych zwycięstw właściwie nieświadomie korzystałem z podstawowych zasad japońskiego kaizen, które mówią, że jeśli chce się osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, nie wolno stawiać sobie nierealnych celów, mogących osłabiać motywację. Jeżeli pragnie się coś zmienić, trzeba zacząć od małych kroków, ale posuwać się do przodu systematycznie i konsekwentnie.

W ten sposób docieramy do finału tej historii. Przez 17 lat marzyłem o tym, żeby pojechać do Japonii i sprawdzić, czy rzeczywistość sprosta moim oczekiwaniom. Byłem tak zafascynowany kulturą tego kraju, że jej elementy starałem się wprowadzać w swoje życie, więc gdy nadarzyła się okazja, aby osobiście odwiedzić ojczyznę Japończyków, odczuwałem pewnego rodzaju przerażenie. Obawiałem się, że stworzyłem sobie w głowie zbyt wyidealizowany obraz Japonii albo zupełnie błędny. Jednak podobno do odważnych świat należy. Nie mogłem dłużej czekać i wyruszyłem w podróż.

 


Osaka Aquarium Kaiyukan – jedno z największych publicznych akwariów na świecie

©© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

SPEŁNIENIE MARZEŃ

Wreszcie nadszedł upragniony dzień, o którym marzyłem od wielu lat. W końcu wsiadłem do samolotu lecącego do Tokio. Byłem tak podekscytowany, że nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. Już na pokładzie nasłuchiwałem, czy ktoś obok nie mówi po japońsku. W głowie mnożyłem pomysły, co będę robić w trakcie pobytu w Japonii. Wiedziałem, że nie będzie czasu na sen. Minuty pozostałe do lądowania przeciągały się w nieskończoność. Wreszcie w głośniku nad głową usłyszałem komunikat: Boarding crew, prepare for landing.

Gdy tylko opuściłem samolot, złapałem mój plecak i wybiegłem z lotniska. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w mieście. Wcale nie przeszkadzało mi, że leje deszcz, woda sięga po kostki, dookoła jeżdżą samochody ochlapujące chodniki, a ja nie mam nawet parasola, który stanowi tak ważne akcesorium w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wiedziałem, że to będzie mój wyjazd. Najzabawniejsze jest to, że do tej pory przeleciałem już cały świat, mieszkałem w Australii i Azji, ale Japonia była tym miejscem, na które cały czas nie czułem się gotowy. Miałem pewność, że tej podróży nie mogę potraktować jak zwykłej wyprawy turystyczno-sportowej, musiała być czymś wyjątkowym.

 

OSOBLIWE MIASTO

Miałem 7 dni i 21 zadań do wykonania, więc czekało mnie spore wyzwanie. Zacząłem od stołecznego Tokio, noszącego do 1868 r. nazwę Edo. To właśnie tu można pracować w zawodzie jedynym w swoim rodzaju – jako oshiya („upychacz”) w białych rękawiczkach dopychać ludzi do wagonów w metrze. Nie mogłem sobie odpuścić okazji do podróżowania w godzinach szczytu po jednym z najbardziej zaludnionych miast na świecie. Zaskoczyło mnie jednak to, że pomimo gigantycznych tłumów na stacjach wszędzie panuje porządek. Ludzie stają w równych kolejkach na wyznaczonych pasach, czekają cierpliwie, gdy inni opuszczają wagon. Wbrew pozorom w tym ścisku można się swobodnie obracać. Czułem się, jakbym odwiedzał inny świat. Choć mam buntowniczą naturę, sam zacząłem poruszać się grzecznie według strzałek umieszczonych na peronie.

Jednak ze względu na niesprzyjającą pogodę na początku mojego pobytu w Japonii i fakt, że przemokła mi każda para butów, jeden dzień spędziłem w rejonie położonym wokół stacji Akihabara w tokijskiej dzielnicy Chiyoda. Uchodzi on za znaczące centrum elektroniki, dlatego też nazywa się go często Elektrycznym Miastem Akihabara. W stojących tu budynkach znajdują się liczne automaty do gier, przy których Japończycy potrafią stać godzinami. Niesamowitym doświadczeniem było obserwowanie graczy. Aby dojść do takiego poziomu zaawansowania, musieli spędzać na grze całe dnie, kibicując sobie nawzajem, rywalizując ze sobą i ciągle się rozwijając.

 

DWIE RÓŻNE STOLICE

Tokio to przede wszystkim nowoczesne miasto biznesu i handlu. Kult pracy i konsumpcjonizmu jest w nim widoczny na każdym kroku. Na ulicach spotyka się Japończyków w garniturach i z teczką w ręku udających się do firm, żeby później móc wydawać pieniądze, na co zapragną. To miejsce przypominało mi Londyn, który też pędzi i bywa wypełniony ludźmi. Kiedy zaspokoiłem pierwszą ciekawość, postanowiłem wyruszyć ze stolicy Japonii w podróż do magicznego Kioto. Jego zabytki wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To naprawdę fascynujące miejsce. Zwiedzałem je wypożyczonym rowerem. W trakcie swojej wizyty odwiedziłem słynny Złoty Pawilon (Kinkaku-ji), spałem w prawdziwym japońskim ryokanie (zajeździe) z 400-letnią tradycją i widziałem gejsze, czyli kobiety, które mają za zadanie bawić gości rozmową i występami artystycznymi. Trudno pomylić je z kimś innym – noszą tradycyjne stroje, włosy układają w misterne koki, a twarze malują na biało. Są specjalistkami od ceremonii parzenia herbaty, zwanej po japońsku chanoyu. Ma ona długą tradycję, a przeprowadza się ją według ściśle określonych zasad obejmujących także zachowanie gości. Napój przygotowany ze sproszkowanej zielonej herbaty (matchy), wymieszany specjalną bambusową miotełką (chasen), pije się z małych czarek powoli, w skupieniu, aby nie burzyć panującego nastroju.

                Obecnie 1,5-milionowe Kioto, dawna stolica Japonii i siedziba cesarza (od 794 do 1868 r.), związane jest też z kulturą samurajów. Kierowali się oni niepisanym kodeksem etycznym bushidō(określenie tłumaczy się jako droga wojownika). Stosowali w życiu reguły podobne do zasad kaizen. Skupiali się na samodoskonaleniu pod względem zarówno fizycznym, jak i duchowym. Do wartości, jakie cenili, należały m.in. lojalność, wierność, skromność, dobroć, współczucie, uprzejmość, prawdomówność, odwaga, wytrwałość w walce i honor, które są bliskie także i mnie.

 

Uroczysta ceremonia przyrządzania herbaty w specjalnym pawilonie w ogrodzie

©© SHIZUOKA CITY/JNT

 

CIAŁO I DUSZA

Japonia jest niezmiernie ciekawa nie tylko ze względu na mnóstwo atrakcji turystycznych. W tych najbardziej obleganych miejscach trudno poznać jej prawdziwe oblicze właśnie z powodu tłumów, a naprawdę warto to uczynić, bo Kraj Kwitnącej Wiśni potrafi zachwycić swoim pięknem. Można w nim przeżyć doświadczenia, które poruszają najwrażliwsze struny duszy.

Ja jestem jednak przede wszystkim sportowcem i uważam, że nic tak nie rozwija i nie relaksuje jak dobry trening. Podczas moich podróży koncentruje się głównie na turystyce aktywnej. Dlatego też zamierzam w tym roku wrócić na Wyspy Japońskie, aby u ich wybrzeży uprawiać kitesurfing. Kiedy brałem udział w Pucharze Azji, spotkałem się z mistrzem Japonii w tej dyscyplinie, pochodzącym z Osaki Hironobu Nakano, z którym walczyłem w finale. Polubiliśmy się i zaproponował mi, żebym odwiedził go na wyspie Okinawa (kolebce karate), gdzie obecnie mieszka i trenuje.

W Kraju Kwitnącej Wiśni większą popularnością niż kitesurfing cieszy się jednak surfing. Ta dyscyplina sportowa, podobnie jak karate, zadebiutuje na XXXII Letnich Igrzyskach Olimpijskich, które w 2020 r. odbędą się w Tokio. Zawodnicy będą walczyć ze sobą na falach Oceanu Spokojnego w rejonie plaży Shidashita w prefekturze Chiba. Mieszkańcy stolicy Japonii najczęściej surfują w regionie Shōnan, Kanagawie (części Jokohamy) i właśnie Chibie. Poza tym amatorzy pływania na desce odwiedzają także Okinawę, Sikoku i Kiusiu (np. Miyazaki). Na półwyspie Izu, usytuowanym na zachód od Tokio, w rejonie plaży Shirahama w miejscowości Shimoda uprawia się również wind- i kitesurfing. Na początku marca woda jest jeszcze zimna, ale w piance, butach i rękawiczkach da się spokojnie wytrzymać cały dzień. W tym okresie w górach zwykle leży jeszcze śnieg, więc podczas wyjazdu można połączyć różne rodzaje aktywności: jazdę na nartach czy snowboardzie ze sportami wodnymi. Najlepsza pogoda panuje w maju, czerwcu i listopadzie. Latem na plaże – niestety – ściągają tłumy ludzi.

Japonia jest też znakomitym miejscem na wyprawy rowerowe. Sami Japończycy często korzystają z jednośladów, więc kierowcy są przyzwyczajeni do obecności rowerzystów na drogach, poza tym starają się jeździć według przepisów. Co ciekawe, na trasach istnieją tu nawet specjalne tunele przeznaczone dla cyklistów. Poza tym w Kraju Kwitnącej Wiśni można także uprawiać kolarstwo górskie. Na wyspie Honsiu idealnie nadaje się do tego górzysty obszar prefektury Nagano. W tej części Japonii znajduje się również popularny ośrodek sportów zimowych Hakuba z kompleksem skoczni narciarskich. Do Nagano przyjeżdża się też na wyprawy trekkingowe i wspinaczkowe. Krajobrazy Alp Japońskich (z najwyższym szczytem Kita – 3193 m n.p.m.) są naprawdę wspaniałe, co sprawia, że takie wycieczki stają się niezapomnianym przeżyciem. Po aktywnie spędzonym dniu można tutaj odpocząć w onsenach – gorących źródłach zamienionych w łaźnie publiczne. Z kąpieli w wodach termalnych chętnie korzystają nawet makaki japońskie, które spotyka się w położonym na wysokości ok. 850 m n.p.m. Parku Małp Jigokudani (Jigokudani Yaen-koen).

W najbliższym czasie zamierzam także złożyć wizytę naszej rodaczce Patrycji Yamaguchi na półwyspie Izu. Ona i jej mąż mieszkają w Shimodzie. Razem prowadzą firmę turystyczną Ryoko. Od kwietnia do listopada uczą tu surfingu, poza tym organizują wyprawy w góry, rowerowe i narciarskie. W ofercie mają również programy podróży w głąb duszy – połączenie turystyki z pobytami w klasztorach i ośrodkach medycyny naturalnej. Dla polskich korporacji przygotowywali też wyjazdy o tematyce kaizen i filozofii perfekcji. W malowniczej okolicy Izu chcę uprawiać surfing. Mam także nadzieję, że wspólnie z Patrycją wybierzemy się na rowerach na najwyższy szczyt Kraju Kwitnącej Wiśni – górę Fudżi (3776 m n.p.m.).

Oprócz tego z naszym rodakiem Michałem Grzybowskim z GMTravel – Japonia.travel planuję znów zwiedzać pełne atrakcji Tokio oraz jego okolice. Poza tym pragnę z nim wziąć udział m.in. w ceremonii parzenia herbaty, pokazie sztuki walki mieczem samurajskim (kataną), wycieczce kulinarnej połączonej z degustacją tradycyjnych japońskich potraw, porannym treningu zawodników sumo czy wreszcie kolacji z gejszą. Jego licencjonowane biuro podróży z polskojęzycznymi przewodnikami znajduje się w okręgu specjalnym Shinjuku, który słynie z licznych drapaczy chmur. Wśród nich warto wymienić choćby charakterystyczny wieżowiec zwany Mode Gakuen Cocoon Tower (o wysokości 204 m) czy Tokyo Metropolitan Government Building (242,9 m). W tym ostatnim budynku, będącym siedzibą tokijskich władz, usytuowane są dwa tarasy widokowe dostępne bezpłatnie (po jednym na każdej z dwu wież). Mieszczą się one na 45. piętrze, na wysokości 202 m, i rozciąga się z nich zapierająca dech w piersiach panorama japońskiej metropolii. Dzielnica Shinjuku kojarzy się również z pięknym parkiem – Shinjuku Gyoen. Na wiosnę Japończycy zbierają się w nim, aby podziwiać kwitnące drzewa wiśniowe (sakura). Ten tradycyjny zwyczaj ma nawet swoją nazwę – hanami. Ciekawe miejsce stanowi również obszar Arakichō, niegdyś dystrykt gejszy. Dziś znajdują się tutaj chętnie odwiedzane restauracje, knajpki i bary typu izakaya.

Zresztą kto wie, może uda mi się zobaczyć więcej niż zaplanowałem. W Japonii jest przecież jeszcze m.in. malownicza miejscowość Hakone nad jeziorem Ashi, wspaniałe, zabytkowe kompleksy świątynne w Nikkō czy leżące nad Morzem Japońskim miasto Kanazawa z pięknie odrestaurowanym zamkiem. Za skarb tego ostatniego uchodzi czarujący prywatny ogród założony w latach 20. XVII stulecia – Kenroku-en (jeden z Trzech Wielkich Ogrodów Japonii, obok Kōraku-en w Okayamie i Kairaku-en w Mito). Przed wyjazdem do Kraju Kwitnącej Wiśni warto też wiedzieć, że od 4 stycznia 2018 r. można w nim oprowadzać turystów bez licencji, ale zajmować się turystyką, nawet przyjazdową, bez takich uprawnień już nie wolno.

Kocham Japonię i chciałbym ją poznać z każdej możliwej strony. Myślę, że moja kolejna wizyta, którą chcę spędzić na zwiedzaniu i uprawianiu sportu w połączeniu z doskonaleniem zasad kaizen, będzie prawdziwą podróżą w głąb siebie.

 

Wydanie Wiosna 2018