MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Nowożytna historia Republiki Dominikańskiej (Dominikany), znanej dziś jako „raj Karaibów”, zaczyna się 5 grudnia 1492 r., kiedy Krzysztof Kolumb odkrył wyspę La Española (po angielsku Hispaniola, po polsku Haiti). Ujrzawszy ją, miał stwierdzić, że „jest to najpiękniejsze miejsce, jakie ludzkie oko widziało”. To właśnie tutaj rozpoczęła się kolonizacja Ameryki przez Europejczyków. Na tej ziemi Bartłomiej Kolumb, brat Krzysztofa, założył w 1496 r., na wschodnim brzegu rzeki Ozama, Santo Domingo – pierwsze europejskie miasto w Nowym Świecie, obecną stolicę Dominikany. Wznoszą się tu m.in. najstarsza katedra, uniwersytet, klasztor i zamek w Ameryce. Turyści mogą je dzisiaj podziwiać w Ciudad Colonial (Kolonialnym Mieście), historycznym centrum dominikańskiej metropolii, wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To stąd wyruszano niegdyś na podbój Nowego Świata. Warto poznać bliżej to wyspiarskie państwo, a poczujemy wówczas z pewnością wszechobecną tutaj karaibską atmosferę luzu, relaksu, dobrej zabawy i zadowolenia z życia oraz odkryjemy pasjonującą historię Republiki Dominikańskiej.

 

Ta pierwsza kolonia hiszpańska w Ameryce ma do zaoferowania obecnie wiele wspaniałych atrakcji: pozostałości po Indianach Taino, liczne zabytki architektury kolonialnej, porośnięte bujną roślinnością najwyższe góry Antyli (Kordyliera Środkowa na czele z Pico Duarte), jedne z najpiękniejszych plaż i najlepszych resortów typu all inclusive (w skali całego świata), szalone imprezy karnawałowe (słynny Carnaval Vegano w La Vega), wspaniałą muzykę i tańce (merengue i bachata), wyśmienite trunki i cygara, aromatyczną kawę czy doskonałe pola golfowe. Dominikana to także cudowni ludzie – zawsze uśmiechnięci, cieszący się życiem, przyjaźni, życzliwi, gościnni, rozśpiewani i roztańczeni. Ich dewizą jest no hay problema, czyli nie ma problemu, oraz todo bienwszystko w porządku. Dominikańczycy przywiązują dużą uwagę do swojego wyglądu zewnętrznego (zwłaszcza kobiety). Niezależnie od statusu społecznego i materialnego, każdy chodzi tu schludnie i czysto ubrany. Mieszkańcy Dominikany uwielbiają świętować przy głośnej muzyce, tańcach i śpiewach oraz dobrym jedzeniu i piciu.

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC, MINISTRY OF TOURISM

O Dominikańczykach mówi się, że ich dzieci zanim nauczą się dobrze chodzić, znają już podstawowe kroki merengue. Nic w tym dziwnego, bowiem muzyka i taniec są tu wszechobecne – w biurach, szkołach, sklepach, na ulicach, w środkach transportu, domach czy na plażach. Niemal wszędzie słyszy się żywe i radosne rytmy merengue, które wpadają szybko w ucho i wprawiają każdego w dobry nastrój. Dominikana dała też światu, coraz popularniejszą również i w Polsce, spokojną, sentymentalną i romantyczną bachatę. Nie możemy zapominać, że twa dwa rodzaje muzyki korzystają z instrumentów i rytmów dawnych Indian Taino. Wystarczy choćby wspomnieć o używaniu przez współczesnych wykonawców tarki (güira) czy marakasów (maracas). A kim byli ci tajemniczy Tainowie, którym zawdzięczają tak wiele dzisiejsi Dominikańczycy…?  

 

ZIEMIA TAINÓW

Przed przybyciem Hiszpanów na terenie wyspy La Española (dzisiejszych krajów Haiti i Republiki Dominikańskiej) żyli od wielu stuleci Indianie Taino, rdzenni mieszkańcy Karaibów. Ten wymarły prekolumbijski lud dotarł tu z obszarów obecnego wschodniego wybrzeża Wenezueli, głównie ze słynnej delty rzeki Orinoko. Co o nim wiemy w dzisiejszych czasach? Otóż Tainowie zajmowali się głównie rolnictwem, uprawiali m.in. maniok jadalny, ziemniaki, kukurydzę, orzechy ziemne, pieprz, ananasy, bataty, bawełnę czy tytoń. Polowali na małe gryzonie, iguany, pewne gatunki ptaków i węży. Łowili też ryby przy użyciu różnych technik – haczyków, sieci czy trucizn. Wyrabiali również np. czółna (kanu – canoa) mogące pomieścić od 2 do 150 osób (zazwyczaj ok. 15–20), gliniane naczynia, bawełniane hamaki, drewniane krzesła (duho) i łóżka (coyes). Fermentowali maniok, żeby otrzymać napój alkoholowy nazywany uicú lub cusubí. Z mąki pochodzącej z tej rośliny uprawnej (tapioki) wytwarzali casabe de yuca (casabe) – rodzaj cienkiego i okrągłego bezdrożdżowego chleba, wypiekanego na słońcu albo ogniu, który stanowił ważną część ich codziennej diety i który jest do dzisiaj chętnie spożywany w regionie Karaibów (głównie w Republice Dominikańskiej, Wenezueli i na wschodzie Kuby). Kolumb opisywał Tainów jako ludzi łagodnych i spokojnych, o wielkiej prostocie. Według niego La Española miała być pełna zasobów naturalnych, wielkich bogactw, które czekały tu na konkwistadorów i koronę hiszpańską. Niestety, przybysze z Hiszpanii zaczęli źle traktować miejscową ludność oraz przywlekli ze sobą nieznane wcześniej w Nowym Świecie choroby z Europy (przede wszystkim ospę i tyfus). Biali kolonizatorzy, owładnięci wizją szybkiego wzbogacenia się, zburzyli spokojne życie Tainów. Przynieśli na wyspę chaos, zniszczenie, nienawiść, cierpienie i śmierć. W 1508 r. – według hiszpańskiego zakonnika Bartolomé de Las Casas (1484–1566), kronikarza i obrońcy Indian, autora słynnej książki Brevísima relación de la destrucción de las Indias (Krótka relacja o wyniszczeniu Indian) – żyło tutaj jeszcze ok. 60 tys. rdzennych mieszkańców. Jednak w wyniku ich niewolniczej eksploatacji przez Hiszpanów oraz epidemii chorób pochodzenia europejskiego, na które nie byli odporni, liczba ta zaczęła gwałtownie spadać, aby dojść do tylko 600 osób w 1531 r. W końcu biedni Tainowie zniknęli zupełnie z powierzchni ziemi...     

 

INDIAŃSKIE KORZENIE

Pozostawili po sobie jednak wiele cennych pamiątek, które możemy odkrywać i podziwiać teraz na wyspie La Española, nazywanej przez nich Quisqueya, co oznacza wielką matkę Ziemi. Warto wspomnieć choćby o kilku z nich. Otóż na podstawie badań DNA przeprowadzonych w latach 2006–2008 szacuje się, że wśród ok. 15–18 proc. Dominikańczyków dominują geny pochodzące bezpośrednio od wymarłych Tainów. Mieli je zachować w najwyższym stopniu mieszkańcy położonego na północy kraju regionu Cibao (prowincji Puerto Plata, Espaillat i Santiago). Nic w tym dziwnego, bowiem według dawnych archiwów już w 1514 r. aż 40 proc. hiszpańskich konkwistadorów posiadało indiańskie żony. W dzisiejszych czasach nadal używa się do określenia Republiki Dominikańskiej słowa pochodzącego z języka Tainów Quisqueya. Dominikańczycy lubią zresztą mówić na siebie Quisqueyanos. Ta nazwa pojawia się nawet na początku hymnu narodowego: Quisqueyanos valientes… (Dzielni synowie wyspy Quisqueya). Do języka hiszpańskiego (a dzięki temu i polskiego) przeszły setki słów zaczerpniętych od Indian Taino, m.in. canoa (kanu), huracán (huragan), hamaca (hamak), caimán (kajman), barbacoa (barbecue), tabaco (tytoń), maraca (marakas), iguana (iguana), manatí (manat) czy Caribe (Karaiby). Bardzo wiele miast, osad, rzek, gór i jaskiń na wyspie nosi indiańskie nazwy, np. Nagua, Samaná, Ozama, Sosua czy Yaque. Większość drzew i owoców określa się w dalszym ciągu słowami z języka Tainów – cajuil (nerkowiec), caoba (mahoń), ceiba (puchowiec), guayaba (gujawa, gruszla), guanábana (flaszowiec miękkociernisty, guanabana, graviola) itd. To samo tyczy się zresztą różnych roślin oraz setek owadów, ptaków, ryb i innych zwierząt. Uprawa tytoniu (tabaco) i zwyczaj jego palenia (niezmiernie popularny w całej Republice Dominikańskiej) wywodzi się także z kultury Indian Taino. Rząd Dominikany wykorzystuje obecnie wizerunki znanych indiańskich kacyków (wodzów) jako bohaterów narodowych na znaczkach pocztowych, banknotach i monetach. Warto wspomnieć w tym miejscu, że kiedy Krzysztof Kolumb dotarł na wyspę Quisqueya, jej terytorium było podzielone na 5 cacicazgos – Marién, Maguá, Maguana, Higüey i Jaragua. Należały one do kacyków (caciques), którzy mieli władzę absolutną. I tak Marién rządził wówczas Guacanagarix, Maguá – Guarionex, Maguana – Caonabo, Higüey – Cayacoa, a Jaragua znajdowała się pod kontrolą Bohechío (po jego śmierci ok. 1502 r. zastąpiła go siostra Anacaona). Postaci sławnych wodzów indiańskich używa się dzisiaj na Dominikanie także jako pewnego rodzaju maskotek firmujących następujące produkty: Soda Enriquillo, Guarina Saladitas (słone krakersy), Ron Siboney (jeden z najlepszych dominikańskich rumów) czy galletas Hatuey (pyszne herbatniki). Istnieje tu też popularne piwo – Cerveza Quisqueya. Nazwa pochodząca od Tainów ma gwarantować Dominikańczykom powodzenie biznesu. Widać to dziś również w turystyce – wierzy w to wielu przedsiębiorców hotelowych. Zwiedzając wyspę, widziałem choćby skromny Hotel Cacique w mieście Barahona (Santa Cruz de Barahona) w południowej części kraju, nad Oceanem Atlantyckim, czy też komfortowy Hotel Be Live Grand Marién przy przepięknym Costa Dorada (Złotym Wybrzeżu) koło Puerto Plata oraz luksusowy ośrodek wypoczynkowy Gran Bahía Príncipe Cayacoa rozłożony nad malowniczą zatoką Samaná. Jak więc widać, korzenie tradycyjnej dominikańskiej kultury wywodzą się właśnie z cywilizacji Indian Taino. Tak naprawdę ta rdzenna ludność Dominikany nigdy nie zginęła. Spotkamy ją tutaj na każdym kroku. Wystarczy tylko bacznie rozejrzeć się dookoła, a wszędzie odkryjemy pamiątki po niej. Odwiedzając Republikę Dominikańską, warto pamiętać o tym, że obecni mieszkańcy tego kraju w dużej mierze pochodzą właśnie od Tainów.     

 

KARNAWAŁ NA WYSPIE QUISQUEYA                          FOT. DOMINICAN REPUBLIC, MINISTRY OF TOURISM

Zaskakujący jest fakt, jak wiele indiańskich tradycji, zwyczajów i praktyk przetrwało do naszych czasów. Możemy to zobaczyć wyraźnie w okresie karnawału. Dominikańskie kobiety zakładają wówczas często stroje, które nosiły niegdyś Indianki Taino. Malują też twarze w taki sam sposób, jak czyniły to one ponad 600 lat temu.

                A jak obchodzi się karnawał na Dominikanie? Za jeden z najsłynniejszych i najstarszych (nie tylko na wyspie, ale w całej Ameryce) uważa się Carnaval Vegano odbywający się w mieście Concepción de La Vega (La Vega) w środkowej części kraju. Charakterystyczne jest to, że uroczystości karnawałowe w Republice Dominikańskiej łączy się ze świętami narodowymi – Dniem Niepodległości (27 lutego) i Dniem Restauracji (16 sierpnia). Wiele miejscowości organizuje wtedy huczne karnawały. Jednak największe i najpopularniejsze wydarzenie tego typu ma miejsce w lutym i sierpniu właśnie w La Vega. Carnaval Vegano słynie z wielkiego bogactwa artystycznego, radosnych fiest na ulicach, barwnych parad oraz wyborów króla i królowej karnawału.

 

500 LAT SZALONEJ ZABAWY

Concepción de La Vega jest stolicą prowincji La Vega i szóstym pod względem liczby mieszkańców miastem Republiki Dominikańskiej (po stołecznym Santo Domingo, Santiago de los Caballeros, San Felipe de Puerto Plata, La Romana i San Cristóbal). Leży w malowniczej i żyznej dolinie La Vega Real. Tą dzisiaj niemal 250-tysięczną miejscowość założył w 1494 r. sam Krzysztof Kolumb. Jej historia zaczyna się wraz z powstaniem tu twierdzy La Concepción. Miasto musiało zostać jednak trochę przesunięte w stosunku do swojego pierwotnego położenia po wielkim trzęsieniu ziemi, które nawiedziło te okolice w 1562 r. Przeniesiono je wówczas na drugi brzeg rzeki Camú. Concepción de La Vega rozwijała się na początku dzięki odlewni złota oraz uprawie i przetwórstwie trzciny cukrowej. To właśnie tutaj wybito pierwszą monetę na Dominikanie, a w 1512 r. utworzono siedzibę najstarszego biskupstwa na wyspie. W związku z tym zostali wysłani do tego miasta dominikanie Bartolomé de Las Casas i Pedro de Córdoba – sławni obrońcy praw Indian. Dokonano tu pierwszego podziału ziemi, którą przekazano do uprawy Tainom.

Historię karnawału w La Vega zapoczątkowali hiszpańscy kolonizatorzy już na początku XVI w. Według niektórych badaczy zorganizowano go w mieście (dzisiejszych ruinach La Vega Vieja) w lutym 1520 r. z okazji wizyty brata Bartolomé de Las Casas. Mieszkańcy mieli się wówczas przebrać za Maurów i chrześcijan oraz przygotować specjalne zabawy, które we współczesnej formie możemy oglądać również i dzisiaj. Niemal 500-letni Carnaval Vegano zachował w większości charakter typowy dla karnawałów hiszpańskich z fiestą Moros y Cristianos, ekspresyjną teatralnością, bogatymi strojami czy tańcem ze wstążkami. Dominują tu jednak Diablos Cojuelos – kolorowe postacie (na ogół czerwone, niebieskie, żółte lub zielone) z maskami typowymi dla średniowiecznych wizerunków diabła, makabrycznymi i odstraszającymi, z wielkimi uszami, otwartą buzią i wystającymi strasznymi zębami. Często dodaje się też charakterystyczne dla kultury kreolskiej koźle elementy, np. capią brodę. Każdej lutowej niedzieli wieczorem Diablos Cojuelos wychodzą na ulicę, uzbrojeni w baty z byczej skóry, strasząc i bijąc nimi lekko wszystkich tych, którzy ośmielą się opuścić swoje domostwa, pomijając jedynie osoby przebywające i bawiące się cały czas na chodniku lub jezdni. Centrum karnawałowego szaleństwa stanowi ulica Padre Adolfo Nouel (nazwana tak na cześć słynnego dominikańskiego księdza i pedagoga, prezydenta kraju w latach 1912–1913), niezmiernie barwne korowody przebierańców przechodzą również przez Parque de las Flores (Park Kwiatów). To właśnie tutaj diabły chłoszczą przechodniów, którzy ich prowokują lub opuszczą jezdnię. To tu także ma miejsce kulminacja kolorowej i wesołej parady. Ostatnio wzięło w niej udział ponad 80 grup przebierańców. W tych widowiskowych uroczystościach, będących spadkiem po czasach kolonialnych, odnajdziemy też obecnie elementy kultury afroamerykańskiej, które przynieśli ze sobą imigranci z Kuby oraz mieszkańcy biedniejszych dzielnic miasta. Warto również dodać, że w trzecią i ostatnią niedzielę lutego odbyły się w tym roku spektakularne koncerty karnawałowe na Stadionie Olimpijskim (Estadio Olímpico) w La Vega. Zgromadziły one łącznie ponad 65 tys. widzów, którzy bawili się doskonale podczas występów znanych gwiazd muzyki latynoamerykańskiej (reggaeton i merengue): Portorykańczyków Rakim & Ken-Y, Zion & Lennox, Cosculluela, Tito El Bambino i Dominikańczyka El Cata. Mniej popularna w trakcie karnawału jest spokojna, romantyczna i niezmiernie uczuciowa bachata (słucha się jej wówczas na ogół w domu). Królują zdecydowanie żywe, doskonałe do tańczenia rytmy – wszędzie słychać więc reggaeton i merengue.

Carnaval Vegano został uznany za Narodowe Dziedzictwo Folklorystyczne (Patrimonio Folklórico Nacional) przez dominikański parlament. Nic w tym dziwnego, bowiem jest to dzisiaj najważniejsze wydarzenie kulturalne w całej Republice Dominikańskiej, mające prawie 500 lat historii. Aby je obejrzeć i wziąć udział w szalonej zabawie razem z sympatycznymi i radosnymi Dominikańczykami, do miejscowości La Vega zjeżdżają tłumnie w lutym i sierpniu turyści ze wszystkich zakątków świata (ostatnio podczas karnawału spotkałem nawet Słoweńców, Rosjan, Czechów i Węgrów!).   

Pobyt na pasjonującej Dominikanie, nazywanej słusznie „rajem Karaibów”, szczycącej się cennymi pamiątkami po Indianach Taino, wspaniałą muzyką i tańcami (merengue i bachata), niesamowitym karnawałem (Carnaval Vegano), doskonałymi (i tanimi tutaj!) rumami i cygarami, z pewnością pozostanie na długo w pamięci każdego turysty. Jeszcze wiele miesięcy po powrocie do domu przed naszymi oczami przewijać się będą niemal przez cały czas obrazy nie tylko białych, bajecznych tropikalnych plaż o delikatnym piasku, ocienionych wysmukłymi palmami kokosowymi i oblewanych ciepłymi, krystalicznie czystymi, turkusowymi wodami, ale także wesołych, nieustannie uśmiechniętych, rozśpiewanych, roztańczonych i życzliwych przybyszom Dominikańczyków. Natomiast w naszych uszach na naprawdę długo zagoszczą skoczne, radosne, słoneczne i niezmiernie pozytywne rytmy merengue...    


          

Artykuły wybrane losowo

Korsyka – szalony wybryk natury

20148949

Snorkeling przy plaży Acciaju w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

MICHAŁ MOC

www.composer.pl

 

Miejsca i rzeczy najprościej opisuje się poprzez podobieństwa do innych, powszechnie znanych. Fakt, że Korsykę tak scharakteryzować wyjątkowo trudno, jest bodaj największą zachętą, aby poznać ją bliżej. Najwyższa pora odkryć ten wciąż niezadeptany kawałek lądu piętrzący się między Europą a Afryką, tuż obok włoskiej Sardynii.

 

Wśród kuszących turystycznym rajem wysp Morza Śródziemnego ta francuska nadal pozostaje ewenementem. Korsyka nie jest typową krainą piaszczystych plaż ze zdjęć z katalogów biur podróży – tutaj krajobrazy zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Zamiast setek obwarowujących wybrzeże komfortowych resortów wypoczynkowych znajdziemy na niej porozrzucane między morzem a górami niewielkie hotele, domy do wynajęcia i rodzinne pensjonaty oraz inne zdecydowanie bardziej kameralne obiekty noclegowe.

 

Warto przygotować się na tę odmienność, aby w pełni z niej skorzystać. Można tu leniwie wylegiwać się nad krystalicznie czystym morzem, spacerować po ocienionych wąwozach, wybrać się na górski trekking lub rejs po okolicy czy delektować się wykwintnym jedzeniem. Do wyboru jest mnóstwo rozmaitych tras, z których rozpościerają się urzekające widoki. Korsyką łatwo się zauroczyć właśnie ze względu na jej dziewicze oblicze, możliwość ucieczki od zgiełku codzienności i idealne warunki do aktywnego spędzania czasu. A wszystko to na wyciągniecie ręki, niecałe 2 godz. lotu z wybranych europejskich lotnisk (np. Frankfurtu nad Menem, Düsseldorfu, Paryża czy Wiednia-Schwechatu).


LENIUCHOWANIE NA PIASKU

 

Po wylądowaniu w Bastii (położonej na północno-wschodnim brzegu wyspy) niełatwo zdecydować, od której z plaż rozpocząć urlop. Wschodnie wybrzeże to niemalże nieprzerwany pas piasku, oblewany przejrzyście czystą, słoną wodą. Gdziekolwiek zboczy się z wygodnej, wyjątkowo prostej głównej drogi, oczom ukazuje się nadmorski raj, tu i ówdzie urozmaicony małymi hotelami stojącymi przy miniaturowej promenadzie (jak choćby nieopodal Moriani). Częściej jednak trafia się po prostu na pusty brzeg zapraszający do plażowania. W opinii większości osób stale odwiedzających Korsykę odcinek ten jest jedynie przedsmakiem pocztówkowych zatok południa. Jeśli ktoś przybył na wyspę własnym autem (z któregoś z portów w kontynentalnej części Włoch), to wybrzeże rozciągające się od Bastii stanowi dla niego również pierwszy przystanek po zjechaniu z promu.

 

Kiedy podąża się drogą RT10 na południe, plaże kuszą nieprzerwanie. Szczególnie trudno sobie odmówić postoju, gdy trasa za miejscowością Sari-Solenzara zaczyna się robić kręta i mija się kolejne najbardziej popularne i wysoko oceniane zatoki. Wśród nich znajdują się plaże Saint-Cyprien i Cala Rossa, a nieco dalej te najsłynniejsze: Palombaggia czy Rondinara. Woda jest tu zazwyczaj spokojna, do tego czysta i ciepła. W pasie płycizny, niemal wszędzie wydłużonym, mogą kąpać się nawet młodsze dzieci. Upstrzone wysepkami i zakolami półwyspów południowo-wschodnie wybrzeże to raj dla rodzin. Takie warunki, w połączeniu z gęstą siecią kempingów, sprawiają, że na leniwy wypoczynek najlepiej wybrać się właśnie tutaj. W zatokach porośniętych od strony lądu m.in. palmami da się czasem odnieść wrażenie, że uciekliśmy znacznie dalej od kontynentalnej Europy. Na niemal wszystkich plażach można także spędzić popołudnie przy drinku, a wieczorem spróbować potraw korsykańskiej kuchni w restauracjach położonych kilkanaście metrów od wody. Delektowanie się lokalnymi serami (na czele ze słynnym brocciu z owczego lub koziego mleka), winem, rybami, daniami z figami lub kasztanami nad brzegiem morza przy stoliku z bajecznym widokiem relaksuje w stopniu niemożliwym do oddania słowami. A jeśli obok przejedzie konna wycieczka lub przypomni nam się poranne nurkowanie z maską i rurką, to szybko uświadomimy sobie, że znaleźliśmy się na wyspie idealnej na udany urlop, który na długo pozostanie w pamięci.

 

Po paru dniach spędzonych na plażowaniu wokół Porto-Vecchio na pewno będziemy chcieli wrócić na Korsykę. Jest tu w końcu jeszcze mnóstwo miejsc do zobaczenia. Wśród nich znajduje się perła południowego wybrzeża, usytuowane na wysokich klifach Bonifacio. Widoki z wycieczkowego rejsu, jak i ze ścieżek ciągnących się na południowy wschód od miasta zapierają dech w piersiach. Ale dużo przyjemności daje też samo przekraczanie miejskich bram, szwendanie się po uliczkach starej twierdzy, poznawanie miejscowej kulturalnej oferty, pokonywanie Schodów Króla Aragonii (L’Escalier du Roi d’Aragon), wreszcie szukanie otwartej restauracji na obiad (po południu w większości z nich podaje się najwyżej drinki, bo pełne menu wraca na stoły dopiero wieczorem, ok. godz. 19.00). Można również próbować znaleźć tu ślady pobytu Napoleona Bonapartego. W Bonifacio, jak i w Ajaccio (gdzie urodził się cesarz), stoi dom, w którym mieszkał francuski wódz. Oczywiście, trudno nie dostrzec wokół nastawienia na turystę, ale ponieważ miasto jest niewielkie (wraz z urokliwym cmentarzem da się je zwiedzić w jedno popołudnie lub wieczór), przyjezdni wciąż jeszcze mogą poczuć się w nim choć trochę jak odkrywcy, a nie jedynie klienci. Atrakcje południa dopełniają rzecz jasna kolejne piaszczyste plaże, ciągnące się aż po słusznie wychwalaną Roccapinę i bliźniaczą piękną Erbaju. Co prawda do tych ostatnich prowadzi kilkukilometrowa gruntowa droga, jednak warto podjąć wysiłek dotarcia do nich (chyba że kierowca czuje się niepewnie na zadrzewionych, wąskich trasach lub prześwit auta jest wyjątkowo mały).

 

Tutaj także kończy się opisywana dotąd część wybrzeża – region głównie wypoczynkowy, łatwy w eksploracji i przygotowany na potrzeby turystów. Na ten jego turystyczny charakter składają się parkingi (położone również przy plażach), które bywają płatne, nieco łatwiejszy dostęp do nadmorskiej infrastruktury i toalet czy więcej miejsc zakwaterowania (w sezonie trzeba się liczyć z wyższymi cenami). Stosunkowo szybko można też przemieszczać się wzdłuż brzegu, gdyż trasę z Bastii do Bonifacio lub Roccapiny da się pokonać samochodem w 4 godz. Natomiast przejechanie niewiele dłuższego odcinka na północno-zachodnim wybrzeżu albo w górzystym wnętrzu wyspy zajmie nam zdecydowanie więcej czasu.

 

PLAŻUJĄCE KROWY

 

20159090

Klimatyczny historyczny plac w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

Na północ od stolicy Korsyki – Ajaccio – przeważają plaże bardziej kamieniste, po krótkim pasie gruboziarnistego piasku lub żwiru pojawiają się tu gwałtowne uskoki. Brzeg wypiętrza się w trudne do opisania kamienne nacieki, postrzępione hałdy i strzeliste wieże. Za uroczą miejscowością Piana jedna z najpiękniejszych widokowych dróg Europy wije się wąską nitką między takimi formacjami. Wzdłuż jej kilkukilometrowego odcinka rozpoczyna się wiele tras spacerowych. Kierowcy trudno skupić się w tym rejonie na prowadzeniu również z powodu aut stojących na krawędziach skalnych półek lub w pojedynczych wnękach wydrążonych w zboczach. Takie parkowanie nie jest przejawem braku umiejętności (wręcz przeciwnie!), po prostu ukształtowanie terenu wymusza wciskanie się w każdą szczelinę. W tej oszałamiającej kształtami krainie można zatrzymać się na odległym parkingu leżącym zaraz za wspomnianą Pianą, aby wyruszyć na długi trekking. Jeżeli po Calanques de Piana będzie komuś wciąż mało wrażeń, powinien zjechać górską, asfaltową dróżką do samego morza i wybrać się na krótki, kilkunastominutowy spacer do pięknej ukrytej zatoki z plażą Ficajola.

 

Gdy podążamy dalej na północ, siłą rzeczy budzi się w nas zmysł odkrywcy, a to ze względu na brak ludzi nie tylko na drogach, ale i na plażach. O piasek tu już trudno i aby swobodnie wejść do wody, a w szczególności później z niej wyjść, przydaje się obuwie do pływania. Nagrodą za trudy są urocze zakątki. Na północnym zachodzie Korsyki na początku lub pod koniec sezonu nadal można odnieść wrażenie, że ta zielona wyspa czeka właśnie na nas, a nie peleton wczasowiczów. To rzadkie uczucie w popularnych wśród turystów miejscach dzisiejszej Europy. Jeśli więc kogoś nie odstraszają niezliczone zakręty i konieczność poczekania z kąpielą na dzień z mniejszymi falami, powinien zdecydować się na odpoczynek w tym rejonie.

 

W tej części Korsyki mamy też szansę na poznanie jej najbardziej autentycznego oblicza, nieco rustykalnego, prostego, niekiedy odbiegającego od standardów, do jakich jest przyzwyczajony europejski turysta. Spotkanie z rodowitym Korsykaninem, nie podejmującym rozmowy w innym języku niż jedyny mu znany, a w dodatku jakby nieprzyjemnie zaskoczonym, że będzie nas gościć (choć dokonaliśmy internetowej rezerwacji), trzeba uznać za doświadczenie wpisujące się w odkrywanie lokalnej kultury. Jednak dzięki rosnącym przed tarasem kwiatom, odmianom cytrynowych drzew niemal wpychających gałęzie do kuchni, domowym konfiturom z fig i towarzyszącemu nam poczuciu, że oto oddychamy pełną piersią, a nie tylko odbywamy zasłużony urlop, odpoczniemy tu znacznie lepiej niż na oddzielonym serpentynami południu wyspy. Jeżeli komuś nie wystarczy siły lub przekonania, by samodzielnie poznawać ten region, powinien przynajmniej wybrać się na rejs do Rezerwatu Naturalnego Scandola (Réserve Naturelle de Scandola; z Ajaccio lub Porto) – oszałamiająco pięknej, dziewiczej okolicy wybrzeża z zachwycającymi formami skalnymi, grotami i zatokami z plażami.

 

Pętlę wokół Korsyki domyka nadmorska trasa z Calvi na Cap Corse – półwysep wyrastający za Bastią. Samo Calvi, północny odpowiednik Bonifacio, nie jest w stanie przyćmić swoim urokiem malowniczej miejscowości z południa, ale konkuruje z nią nie bez powodu, gdyż dużo łatwiej się do niego dostać i także okalają je plaże (m.in. z pięknym widokiem na miasto i odpowiednią infrastrukturą). W dodatku można tu też dotrzeć pociągiem, który jedzie trasą wiodącą zachwycającymi wąwozami i wijącą się wśród wzgórz opanowanych przez stada kóz i krów. Jeżeli ma się dość czasu i zapału oraz samochód terenowy, warto wyruszyć na północ na trudno dostępną, ale interesującą ze względu na swój pustynny charakter i odizolowanie, plażę Saleccia. To wspaniała wyprawa na cały dzień. Koniecznie należy zaopatrzyć się we własny prowiant, ponieważ po pokonaniu kilkunastu kilometrów pustkowia na końcu oprócz pola kempingowego na turystę czeka już tylko piasek. Inną ciekawą propozycję stanowi objechanie Cap Corse. W trakcie takiej wycieczki odwiedza się uroczą artystyczną Erbalungę i zabytkowe kościoły (np. Kościół św. Julii w miejscowości Nonza). Odważniejsi przy bezwietrznej pogodzie wjeżdżają pozbawioną barierek drogą na szczyt Serra di Pigno i podziwiają niezapomniane widoki podczas spaceru ścieżką rozpoczynającą się kilkaset metrów przed końcem asfaltowej nawierzchni. Jeśli wyprawa po górach nie zakręci komuś w głowie zbyt mocno, zrobią to z pewnością lokalne wina, bo winnic (które zresztą można odwiedzać także w celu degustacji) w okolicy nie brakuje. Również każdy sklep, czy to prywatny, czy sieciowy, oferuje imponujący wybór korsykańskich trunków. I choć nie wszystko na wyspie spełnia standardy kontynentalnej Francji, selekcja win, ich oznaczenie i dbałość o istotne informacje w opisach poświadczają, że przynależność regionu do kraju z bogatymi tradycjami winiarskimi nie stanowi przypadku.

 

Jednak postrzeganie Korsyki jedynie przez pryzmat samego tylko wybrzeża jest błędne. Na prawdziwie aktywny wypoczynek pośród cudownych pejzaży zaprasza górzysty środek lądu. Wybór szlaków pieszych mamy ogromny: od prostych i krótkich, jak popularny, a niewymagający szczególnej kondycji odcinek z malowniczej miejscowości Ota do równie urokliwej Évisy prowadzący przez spektakularny wąwóz (Gorges de Spelunca), po trudne trasy z panoramicznymi widokami, położone powyżej 1500 m n.p.m. Górskie jeziora, a zwłaszcza wpadające do nich rzeki w wielu miejscach zachęcają do orzeźwiającej kąpieli w krystalicznie czystej wodzie i to mimo licznych spadków, wyżłobień i rynien. Wyspecjalizowane firmy umożliwiają korzystanie z tych naturalnych basenów i zjeżdżalni z wynajętym przewodnikiem i w ochronnych kombinezonach.

 

Należy zdawać sobie sprawę, że jeśli Korsykanin, przywykły do panujących na wyspie warunków, nazywa ścieżkę łatwą, może nas czekać porządna wspinaczka, a szlaki według niego trudne to już zwykle wyzwania dla osób z doświadczeniem. Jednak nawet niespieszna przedpołudniowa wycieczka do polodowcowego jeziora Melo (1710 m n.p.m.) na końcu wąwozu Restonica albo wyprawa łagodnym podejściem na przełęcz Bavella (Col de Bavella – 1218 m n.p.m.) są zdecydowanie warte rozważenia i pozwalają poczuć dzikość korsykańskiego interioru. Z górskich dróg, takich jak choćby Scala di Santa Regina czy kilkunastokilometrowa trasa wąwozem Asco (zakończona węzłem pięknych pieszych szlaków), rozpościerają się wspaniałe widoki, ale trzeba przyznać, że wymagają one od kierowcy pewnego doświadczenia. Jeżeli już przetrwa on irytującą swawolę gnających na złamanie karku miejscowych, może zawahać się, gdy zobaczy stado krów czekających za zakrętem, kozy wskakujące przed samochód albo kilkanaście… świń. Szczególnie te ostatnie budzą wśród przyjezdnych tyle samo ciekawości, ile niechęci z powodu trudnego do opisania zapachu. Tutejsze krowy i świnie lubią przebywać na ciepłym asfalcie i na plażach, przy czym z turystami łączy je to, że preferują miejsca wolne od tłoku. W każdym razie na górskich drogach w środku wyspy czy też którejkolwiek z mniej uczęszczanych tras należy być przygotowanym na spotkanie ze zwierzętami hodowlanymi i nie wolno zakładać, że na widok auta rozpierzchną się w popłochu. To my będziemy musieli się do nich dostosować, wszak są u siebie i swoim zachowaniem zdają się ten fakt demonstrować.

 

20159096

Wyprawa rowerowa szlakiem wiodącym przez tereny rezerwatu Punta di Spanu

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

GOTOWI DO DROGI

 

Na takie okrążenie Korsyki zgodnie z ruchem wskazówek zegara, urozmaicone wizytami we wnętrzu lądu albo pobytem w jednym z opisanych regionów, trzeba przeznaczyć tygodniowy (wówczas będzie to bardzo intensywny wyjazd) lub lepiej dwutygodniowy urlop. Przed podróżą należy uwzględnić jeszcze kilka istotnych faktów. Najlepszym czasem na wypoczynek na wyspie połączony z plażowaniem i kąpielami w krystalicznej wodzie jest zdecydowanie lato, ale ponieważ w tym okresie bywa nieznośnie gorąco (i tłoczno), warto zdecydować się na przyjazd w czerwcu bądź wrześniu. Temperatura powietrza za dnia nierzadko wynosi wtedy powyżej 25°C, koszty pobytu będą niższe i można cieszyć się większą prywatnością.

 

Ceny podstawowych artykułów są wyższe niż w Polsce, lecz nie osiągają poziomu tych ze Skandynawii czy najsłynniejszych europejskich kurortów. Osoby oszczędniejsze nie muszą zamartwiać się o stan budżetu wyjazdowego, jeśli postawią na zakupy w marketach. Wizyta dla dwojga w wysoko ocenianej restauracji to przy posiłku składającym się z dań głównych i miejscowego wina wydatek 40–50 euro. Za pełną wykwintną kolację zapłacimy już 100 euro, nawet jeżeli zamówimy specjały szefa kuchni i wyśmienite desery. Korsykanie są zazwyczaj gościnni, ale poza droższymi lokalami często można odnieść wrażenie, że jest się… intruzem, którego należy zlekceważyć lub zignorować. Błędem byłoby jednak dać się zirytować zbyt szybko! Pod maską surowości i nieprzystępności kryje się często prawdziwa serdeczność. Inna sprawa, że wyspiarze bywają rozdarci między uzależnieniem od dobrodziejstw turystyki a pragnieniem spokoju i wolności od trosk reszty świata. Nic więc dziwnego, że wspomniany brak sympatii w pierwszych kontaktach, o ile nie sfrustruje przybysza, zmienia się po pewnym czasie w życzliwość.

 

Po Korsyce najwygodniej poruszać się wypożyczonym samochodem. Ceny wynajmu auta są nieco wyższe niż na kontynencie, a niedoświadczeni kierowcy będą skupiać się na mozolnym pokonywaniu zakrętów, ale korzystanie z własnego środka transportu pozwala na pełną niezależność. Dzięki tego rodzaju wolności można naprawdę poznać wyspę. Zresztą zdecydowaniu się na takie rozwiązanie sprzyja fakt, że brak tu typowych hotelowych kurortów, w których wykupuje się pobyty w formie all inclusive. Czy chcemy, aby okolica była płaska czy górzysta, wolimy zatokę otoczoną skałami czy lasem palmowym, widok na otwarte morze i cumujące łódki czy sąsiedztwo portu i restauracji, towarzystwo zagranicznych turystów czy raczej miejscowych – wybór zakwaterowania na Korsyce przypomina bardziej szukanie wakacyjnego domu niż obiektu o odpowiedniej liczbie gwiazdek. Ta wyspa stawia na indywidualizm i aktywność.

 

To oczywiste, że dopiero na miejscu ma się szansę sprawdzić, które z rozmaitych wyspiarskich atrakcji będą idealne dla nas. Jednak choć nie sposób oddać w krótkim artykule całego uroku Korsyki – opisać przyjemności, jaką sprawia muśnięcie delikatnej morskiej bryzy, i pieszczot turkusowej wody, można być pewnym, że podczas pobytu tutaj przeżyje się wiele zaskakujących doświadczeń. Widok górskiej kozy stojącej w ekwilibrystycznej pozie na ledwo przylegającym do ściany urwiska kamieniu, smak dzikich jeżyn na kolejnym 180-stopniowym zakręcie, imponujący wodospad droczący się z podmuchami wiatru – wszystko to działa na wyobraźnię i zdaje się udowadniać, że wciąż istnieją nieznane doznania, na których poszukiwanie umysł wyrusza dopiero w takich miejscach. Słynny korsykański śpiew (w sezonie koncerty odbywają się w wielu miejscowościach) z podziałem na kilka głosów doskonale obrazuje charakter tego zjawiska. Jak twierdzą sami Korsykanie, dopiero gdy podstawowe głosy zespolą się, zabrzmią wspólnie, pojawia się nowy, dodatkowy głos. Umysł mamiony harmonią tego, co już go otacza, odkrywa jeszcze więcej. To dopiero sztuka! Dla takich cudownych przeżyć, kontemplowania niezwykłości i odkrywania świata warto wybrać się na fascynującą Korsykę.

 

20118221

Restauracja przed XVI-wiecznym zamkiem w Algajoli

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

Peru – duch Inków

PIOTR MACIEJ MAŁACHOWSKI

 

Peru jest fascynującym państwem, ale może też rozczarować tych, którzy nie znają choć trochę historii kraju Inków, jeśli po przyjeździe tutaj nie spotkają nie tylko żadnego z nich, a nawet ich potomków. Pod względem bogactwa dziedzictwa historycznego Peru zajmuje trzecie miejsce na świecie, zaraz po Włoszech i Izraelu. Tak wynika z analizy marek państw przeprowadzonej przez globalną organizację FutureBrand. W pozostałych czterech wskaźnikach – poziom oferty turystycznej, klimat dla przedsiębiorczości, jakość życia i system wartości – kraju utożsamianego z Inkami nie ma nawet w pierwszej trzydziestce.

Więcej…

Żeglarskie raje

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Żeglarstwo dla wielu osób stało się pasją życia. Nie wyobrażają sobie oni udanych wakacji bez rejsu jachtem lub katamaranem. To dla nich nie tylko szansa na przeżycie wspaniałej przygody, ale również okazja do poznania odmiennych kultur, interesujących atrakcji turystycznych oraz fascynujących zakątków Europy i świata. Zapaleni żeglarze co roku myślą o nowych trasach oraz o ciekawszych i bardziej egzotycznych akwenach. Większość z nich wybiera ciepłe morza, regiony i kraje – Chorwację, Grecję, Włochy, Francję, Turcję, Hiszpanię, Baleary i Wyspy Kanaryjskie, Karaiby, Seszele czy Polinezję Francuską. Są to bez wątpienia najpiękniejsze akweny żeglarskie świata. Oferują uczestnikom rejsów moc atrakcji. Na załogi jachtów lub katamaranów czeka na nich prawdziwe pełnomorskie pływanie lub powolna włóczęga od zatoki do zatoki, od portu do portu…   

Więcej…