JERZY PAWLETA

 

Choć nie należy do największych państw Afryki, pod względem powierzchni nie może się z nim równać żaden europejski kraj oprócz Rosji (ma aż ponad 800 tys. km²). Turystów przyciąga szczególnie jego stolica – Maputo, gdzie powstały budynki zaprojektowane przez francuskiego inżyniera Gustawa Eiffla – znanego na całym świecie twórcy obiektów z żelaza i stali. Popularnością cieszy się też nieduża wyspa Mozambik, położona na Oceanie Indyjskim, na której portugalski żeglarz Vasco da Gama zbudował fortecę. Jeśli będziemy jednak postrzegać ten kraj jedynie przez pryzmat związków z Europejczykami, popełnimy duży błąd. Jego prawdziwa dusza jest na wskroś afrykańska, a wyczuć ją możemy wśród drewnianych nadmorskich chat pokrytych słomianymi dachami i w twarzach uśmiechniętych mozambickich kobiet ubranych w niezmiernie kolorowe stroje. Warto więc zdobyć się na odrobinę odwagi, aby poznać prawdziwy Mozambik.

 FOT. BENGUERRA LODGE

Od kilkunastu lat kraj ten, przez długi okres targany konfliktami, zaczyna budować swoją nową przyszłość. Dlatego też ludzie, dla których pasją życia stała się Afryka, powinni koniecznie odwiedzić również ten jej region. Przemierzając go, odkryjemy nie tylko ślady jego bogatej historii nierozłącznie związanej z wyprawami portugalskich odkrywców. Na własne oczy zobaczymy także, jak odradza się pełen życia naród...   

Do rozciągniętego wzdłuż Oceanu Indyjskiego Mozambiku najprościej dotrzeć na dwa sposoby: od południa przez RPA oraz od północy przez Tanzanię. Do wyboru mamy jeszcze jedną możliwość – lot do Maputo, stolicy kraju, jednak ze względu na cenę biletu jest to zdecydowanie najdroższa wersja (ok. 4,5–5 tys. zł). Ciekawym rozwiązaniem może być natomiast dojazd z południowoafrykańskiego Johannesburga wynajętym samochodem z napędem na cztery koła.

 

Maputo – rewolucyjny postkolonializm

Ja dotarłem do stolicy Mozambiku z sąsiedniego Suazi typowym afrykańskim środkiem transportu, czyli dość starym minibusem zapakowanym do granic wytrzymałości. Zamieszkałem w klimatycznym Fatima’s Place przy Av. Mao Tse Tung (15 minut piechotą do nabrzeża i centrum miasta) – miejscu popularnym wśród backpackersów, czyli osób podróżujących indywidualnie z plecakiem. Noc w pokoju 1-osobowym z prywatną łazienką kosztuje tu 1250 MZN (ok. 150 zł; 1 metical to ok. 12 polskich groszy). Otrzymałem też mapkę z zaznaczonymi atrakcjami, barami z muzyką na żywo, bankomatami oraz rejonami, których zdecydowanie należy unikać. W toalecie powieszono kartkę z ostrzeżeniem: Nie zabieraj na miasto noża, policja na pewno ci go skonfiskuje!

Czas ruszyć na zwiedzanie, aby zobaczyć, co w rewolucyjnym Mozambiku pozostało z czasów kolonialnych. Udało mi się odnaleźć kilka perełek, a wśród nich białą, strzelistą, jakby kubistyczną Catedral Metropolitana de Nossa Senhora da Conceição (Katedrę Metropolitalną Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia) oraz budynki Ratusza (przy Praça da Independência) i Centro Cultural Franco-Moçambicano (Centrum Kultury Francusko-Mozambickiej). Ten ostatni charakteryzuje się finezyjnym połączeniem kolonializmu i współczesności ze znakomitym wykorzystaniem koloru w przestrzeni urbanistycznej. W niedalekim Museu Nacional de Arte (Narodowym Muzeum Sztuki) przy Av. Ho Chi Minh (wstęp za darmo, ale mile widziane datki na utrzymanie placówki) otrzymuję zaproszenie na wernisaż, który ma odbyć się następnego dnia. Samo muzeum zawiera wiele interesujących przykładów afrykańskiej sztuki współczesnej, od malarstwa po rzeźbę, w tym dzieła sławnego mozambickiego artysty – Malangatany Ngwenya (1936–2011).

Idąc dalej w dół w stronę nabrzeża, trafiam na otwartą mimo późnej pory Fortecę (Fortaleza de Maputo). Prezentuje się imponująco w czerwonym świetle zachodzącego słońca odbitego od ciemnych chmur zawieszonych tuż nad miastem. W jej wnętrzach można obejrzeć ciekawą wystawę lalek ozdobionych tradycyjnymi capulanas, czyli kolorowymi bawełnianymi materiałami, z których Mozambijki robią spódnice, bluzki, chusty czy też nakrycia głowy chroniące ją podczas przenoszenia na niej dużych ciężarów.

Nocny powrót przez miasto nie potwierdza ostrzeżeń, które docierały do mnie z różnych stron. Jeśli tylko unikamy miejsc uchodzących za niebezpieczne i robienia zdjęć nieodpowiednim ludziom, nic nam się nie stanie.

Obfite śniadanie w postkolonialnej Café Continental kosztowało mnie 300 MZN (ok. 35 zł). Ale już dla samej atmosfery miejsca i widoku na tętniące porannym życiem miasto, rozpościerającego się z usytuowanych na zewnątrz foteli, warto wydać tę sumę. Wcześniej odwiedziłem niezwykły kolonialny Iron House (Casa de Ferro) zaprojektowany przez sławnego Gustawa Eiffla. W tym piętrowym, wykonanym z nitowanych płyt szarej blachy budynku mieści się obecnie oddział Ministerstwa Edukacji i Kultury. Jednak nikt nie zwrócił mi uwagi podczas zwiedzania i fotografowania jego wnętrza.  

Maputo dzieli się na dystrykty administracyjne, które składają się z mniejszych dzielnic. Mnie najbardziej zaciekawiła Alto Maé, usytuowana pomiędzy starym dworcem kolejowym o pistacjowej barwie (zaprojektowanym również przez Eiffla) a futurystycznym centrum handlowym. Znajdziemy tu ogromny meczet wciśnięty w ciasną zabudowę wąskiej uliczki czy gwarną halę targową Mercado Municipal z imponującą bramą wejściową. Wybudowane opodal nowe centrum handlowe wygląda zupełnie inaczej niż otaczająca go architektura. Błyszczące i kolorowe, wypełnione jest stolikami knajpek wystawionymi w obszernym patio i butikami światowych firm. Zaglądają tutaj najbogatsi mieszkańcy miasta i okolicy. Życie dookoła toczy się jednak swoim zwyczajnym rytmem. Uliczni sprzedawcy oferują różnorodne towary, w długiej kolejce na prom czekają kobiety z pakunkami na głowach i hałaśliwe, głośno śmiejące się dzieci, a w każdym możliwym miejscu stoją rozklekotane samochody.

Nadbrzeżna promenada, ciągnąca się przez kilka kilometrów i obsadzona palmami, zachęca do długiego spaceru, mimo iż sąsiaduje z uważaną za niebezpieczną dzielnicą Central. Spotkamy na niej także nieco natrętnych sprzedawców francuskich perfum i podróbek roleksów. Na koniec wstępuję do przyjaznej restauracji i baru mariny Maputo Waterfront, gdzie zamawiam sałatkę grecką za 300 MZN (ok. 35 zł) i piwo z beczki za 65 MZN (ok. 8 zł). Obok znajduje się również basen, więc chętnie korzystam z możliwości zanurzenia się w orzeźwiającej wodzie, zadowolony, że wziąłem ze sobą kąpielówki.

Następnego dnia rano (o 5.00) czeka mnie ponad 7-godzinny przejazd busem na trasie Maputo–Tofo (ok. 500 km).

 

Praia do Tofo – Boże Narodzenie na plaży

Do Praia do Tofo koło Inhambane dotarłem nieco zaniepokojony informacjami o tłumach Południowoafrykańczyków przybywających tu w okresie świąt Bożego Narodzenia. Bus zatrzymał się niemal na piaszczystej plaży, od której dzielił mnie drewniano-słomiany budynek Fatima’s Nest – obiektu popularnego wśród backpackersów. Roztacza się stąd wspaniała panorama na Ocean Indyjski zamknięty z prawej strony niewielką zatoką z wioską rybacką. Moje obawy okazały się bezpodstawne, gdyż bez problemu dostałem miejsce (1250 MZN za noc – ok. 150 zł) w przytulnym pokoju 1-osobowym z prywatną łazienką.

Czas dzielący mnie od świąt spędziłem na leniuchowaniu na plaży, spacerach długim wybrzeżem i rozmowach ze sprzedawcami bransoletek, kokosów czy świeżych ryb. Odwiedziłem też miejscowy targ. Pełno na nim afrykańskich pamiątek, kolorowych capulanas, owoców, których cena rośnie wraz z liczbą przybywających turystów, czy pieczonych na prowizorycznym grillu ryb.

W wigilijny wieczór wylądowałem w przylegającej do targu małej restauracji. Jej personel ubrany był w mikołajowe czapki. Zamiast karpia dostałem całkiem smaczną barakudę, a kolędy zastąpiła przebojowa afroamerykańska muzyka wydobywająca się z  wiekowych kolumn. Kolację umilał widok na bajecznie kolorowe tkaniny, podświetlone zachodzącym słońcem i fruwające na wietrze nad głowami ich równie barwnie prezentujących się sprzedawczyń.

Moje śniadanie następnego dnia uświetnił występ filharmoników wiedeńskich ubranych w żółto-czerwono-zielone czapki lub rewolucyjne koszulki Mozambiku, grających gorące rytmy afrykańskie, słoneczną muzykę reggae lub sentymentalne pieśni portugalskie fado. Wyciągnąłem się na plaży, wsłuchując się w pomruk potężnych fal ciepłego oceanu, i życzyłem sobie: Wesołych Świąt!

 

Archipelag Bazaruto – przygoda na morzu

Wybrzeże Mozambiku ma ok. 2,5 tys. km. Aby przedostać się z południa na północ za pomocą transportu publicznego, trzeba sporo wyrozumiałości dla jakości dróg.  

Późnym popołudniem docieram do Vilanculos (Vilankulo) i udaję się na targowisko. Tutaj z jednego z telefonów, ustawionych na stoliku z parasolem, dzwonię do uprzedzonego o moim przyjeździe Juniora, organizującego wyprawy łodzią w stronę bajkowego archipelagu Bazaruto, objętego ochroną parku narodowego (Parque Nacional do Arquipélago do Bazaruto). Przyjeżdża po chwili i oferuje mi nocleg z widokiem na wyspy. Zwyczajowo zbijam cenę (z 700 na 500 MZN, czyli ok. 60 zł) i ląduję w krytym strzechą pokoju, którego balkonowe drzwi wychodzą wprost na plażę. Kolację (pyszną rybę w cenie 200 MZN – ok. 25 zł) jem w niedalekim Baobab Beach, wśród wiklinowych dachów i drewnianych pawiloników ustawionych wprost na piasku. Gdy podnoszę pojemnik z przyprawami, znajduję szarozieloną jaszczurkę, która natychmiast znika w jednej ze szpar stołu.

                                                                                             FOT. JERZY PAWLETA

Wyprawa motorowo-żaglową łodzią Juniora, obejmująca lunch, wędkowanie i nurkowanie ze sprzętem (maska z rurką, płetwy), to wydatek rzędu 1500 MZN (ok. 180 zł). Wyruszamy następnego dnia rano – mniej więcej o 9.00. Gdy cały ekwipunek, jedzenie i kilkunastoosobowa grupa turystów są już na pokładzie, odpalamy silnik i suniemy leniwie w stronę widocznej z brzegu wyspy. Kiedy docieramy na miejsce, zaczyna się odpływ. Kształt pięknego, piaszczysto-kamiennego brzegu zmienia się w oczach, jak i kolor otaczającej go wody, która przybiera barwy od błękitnoniebieskiej po turkusową. Z czasem na środku dużego akwenu pojawiają się wielkie piaszczyste łachy. Wędrujące po błękitnym niebie chmury z białych stają się szare.

Nadszedł czas na nurkowanie. Krystalicznie czyste wody kryją wielkie bogactwo krabów w podwodnych skalnych rozpadlinach i ławice bajecznie kolorowych ryb, które przepływają tuż koło mojego nosa. Daję się nieść niewidocznym prądom. Słońce przebijające przez powierzchnię oceanu maluje swoimi promieniami barwny podwodny świat. Mógłbym tak pływać bez końca, gdyby nie powstrzymał mnie wzmagający się głód. Lunch jemy na plaży przy zastawionym w cieniu palm stole. Przygotowane w wielkich misach na afrykańską modłę dania smakują wyśmienicie.

Po posiłku idziemy na spacer po plaży, potem znów zanurzamy się w słonej wodzie oceanu. W końcu zbliża się pora powrotu. Wiatr się wzmaga, stawiamy więc żagiel zawieszony na poprzecznej do masztu rei. Cieszę się z przyjemności żeglowania po afrykańskich wodach. Wieje coraz mocniej, ciemnych chmur szybko przybywa. Gdy nasz sternik, aby ułatwić sobie pracę, przybija do burty grubą linę utrzymującą rozpięty materiał, nieoczekiwany silny boczny podmuch przekręca łódź w poprzek. Następny porywa żagiel, napina go bez kontroli załogi i łamie reję. Dzięki temu jednak nie grozi już nam wywrotka. Na szczęście burza szybko ustaje. Następnego dnia Junior zdradza mi, że był to pierwszy rejs tej łodzi z większą liczbą turystów na pokładzie.

 

Ilha de Moçambique – brylant portugalskich kolonii

Po przebyciu setek kilometrów lokalnymi środkami lokomocji z radością witam 3,5-kilometrowy wąski most prowadzący na Ilha de Moçambique (wyspę Mozambik), ginącą w niebieskawych szarościach zmroku. Zarzucam swój bagaż na plecy i maszeruję nad płytkim tu oceanem. Jest ciepło i duszno, moja koszulka staje się całkiem mokra od potu, ale nie psuje mi to przyjemności marszu, bowiem przede mną znajduje się niezwykłe miejsce na mapie świata. Cieszy mnie wizja spędzenia najbliższych dni w dawnej stolicy Portugalskiej Afryki Wschodniej.

Przechodząc koło zielonego meczetu usytuowanego na granicy wioski rybackiej i zabytkowego Cidade de Pedra (Kamiennego Miasta”), naciskam dzwonek Patio Dos Quintalinhos (Casa do Gabriel Guest House). Czarnoskóry opiekun pensjonatu prowadzi mnie przez gustowne patio do jedynego wolnego pokoju. Płacę 700 MZN za dobę.

Po dobrze przespanej nocy i lekkim śniadaniu z chrupiącymi bułeczkami, wliczonym w cenę pokoju, wyruszam na fotograficzny wypad. Na plaży niedaleko zielonego meczetu, na który wychodzą drzwi Patio Dos Quintalinhos, rybacy czyszczą sieci. Obok znajduje się mały bazar i targ rybny przyklejony do odrapanych ścian okazałych budynków, pamiętających dawną świetność tego miejsca. Rozpadające się zabytkowe kamienne molo wychodzi z jednego z nich. Widok na nabrzeże od jego strony jest doprawdy niezwykły. Przypomina dzieła romantycznego malarstwa europejskiego, poświęconego podróżom do Afryki Wschodniej. Tło stanowi fantazyjna w formie kolonialna architektura. Na plaży i w wodzie stoją afrykańskie kolorowe łodzie. Między nimi krzątają się rybacy, baraszkują małe dzieci. Odziane w wielobarwne capulanas kobiety z pakunkami na głowach sprzedają świeże ryby. Na pierwszym planie niebieskoturkusowym kolorem mieni się powierzchnia oceanu. Artyści, nie tworzący w nurcie realizmu, niewątpliwie nie uwiecznili jednak na płótnie części po łodziach i śmieci…

Idę dalej, zaczepiany co rusz bądź to pozdrowieniami i pytaniami, skąd jestem, bądź to ofertą kupna dosłownie wszystkiego, od kart telefonicznych po szklane paciorki, bądź wprost prośbą o pieniądze. Dzieciaki pchają się przed obiektyw i rzucają jedyny angielski zwrot, który wszystkie znają, czyli give me money!  

Kolonialne miasto zachwyca swoim kolorytem i atmosferą. Niestety, poraża stanem, w jakim się znajduje. Trudno jest mi przejść obojętnie obok tych zaniedbanych pereł afrykańskiej i światowej architektury. Niektórzy moi czarnoskórzy rozmówcy twierdzą, że wyspę uratuje UNESCO. Organizacja ta może jednak ocalić jedynie wybrane obiekty. O resztę muszą zadbać lokalne władze i mieszkańcy Ilha de Moçambique.

Wędruję dalej, podziwiając okazały neoklasycystyczny szpital z potężnymi schodami wychodzącymi na plac ozdobiony wielkimi drzewami. Zarówno na nich, jak i na białych słupach bramy szpitalnej jaskrawą farbą namalowano czerwone wstążki – symbol walki z AIDS. Tuż obok stoi biały budynek wzorowany na portugalskich kościołach. Kilka okolicznych kamienic oparło się dziejowym zawieruchom. Jedną z nich przejął i odnowił bank. Obok znajduje się również bankomat, choć nie zawsze są w nim pieniądze, jak to często bywa w Afryce.

O wyznaczonej porze Samuel, mój muzułmański przewodnik, którego poznałem dzień wcześniej, czeka pod pensjonatem. Pokazuje mi kilka magicznych miejsc, w tym bramę do dawnego domu portugalskiego żeglarza Vasco da Gamy. Odkrywca przywiózł ją z Indii wraz z kamiennymi ozdobami upiększającymi portal. Dalej oglądamy bordowoczerwony Pałac i Kaplicę São Paulo, mieszczące obecnie muzeum z ciekawymi wnętrzami z epoki oraz informację turystyczną. Przed nimi wznosi się pokaźny pomnik Vasco da Gamy. Opodal znajduje się magiczna świątynia Igreja da Misericórdia (Kościół Miłosierdzia) z Museu de Arte Sacra (Muzeum Sztuki Sakralnej).

Chwilę odpoczywamy w cieniu arkad pobliskiego hoteliku z basenem, popijając zimne soki owocowe, i znów wyruszamy na zwiedzanie. Wędrujemy ciasnymi, krętymi uliczkami do pierwszego w całym Mozambiku meczetu, fantazyjnej bramy dawnego portu i potężnej portugalskiej twierdzy Fortaleza de São Sebastião, do której przylega szczególnie lubiana przez miejscową śmietankę towarzyską plaża z niewielką knajpką. Za 250 MZN wykupuję dla nas obu wstęp do fortecy i kaplicy. W ogromnym obiekcie, wyposażonym w żeliwne armaty, zbudowano basen, do którego spływa z dachów woda deszczowa służąca do gotowania, picia, prania czy mycia się. Historia fortu związana jest z przybyciem w te strony Portugalczyków. W 1498 r. monsunowe wiatry przywiały Vasco da Gamę, wytyczającego morski szlak z Europy do Indii, na wysepkę u wschodnich brzegów Afryki. Zaskoczony znalazł na niej arabską placówkę handlową. Od imienia kierującego nią Mussy Ben-Bique (Mussy Bin-Bique albo Mussy Al-Mbique), który jako pierwszy tu zawitał i później zamieszkał, nadał jej nazwę Ilha de Moçambique – wyspa Mozambik. Stąd właśnie pochodzi nazwa całego kraju.   

Portugalczycy budowę swojej bazy zaczęli od wzniesienia kaplicy przy artyleryjskim bastionie stworzonym jeszcze przez Vasco da Gamę. Z czasem stała się ona częścią Fortecy św. Sebastiana. Ukończona w 1522 r. Capela de Nossa Senhora do Baluarte – Kaplica Matki Boskiej Bastionowej, uważana jest dziś za jedną z najstarszych europejskich budowli na półkuli południowej. Podziw budzi jej niezmieniona od niemal pięciu wieków manuelińska forma. Wewnątrz Samuel pokazuje mi wkomponowane w kamienną posadzkę płyty nagrobne kolejnych biskupów wyspy Mozambik. Ilha de Moçambique na przestrzeni wieków stała się najważniejszą placówką w regionie, ale dopiero w 1752 r. została stolicą Portugalskiej Afryki Wschodniej. Podstawą bytu kolonii był handel kością słoniową, złotem oraz niewolnikami. Utrzymywano kontakty przede wszystkim z arabskimi kupcami. Fort oparł się wielu atakom wojsk, głównie holenderskich, pozostając najważniejszą portugalską bazą wypadową do Indii.

Kolejnym miejscem, które chce mi pokazać Samuel, jest Cidade de Macuti – wioska rybacka przylegająca do kolonialnego „Kamiennego Miasta” (Cidade de Pedra). W okolicy białego Igreja de Santo António (Kościoła św. Antoniego) gramy z tubylcami w bao, afrykańską grę podobną nieco do naszych szachów czy warcabów. Chwilę rozmawiamy z rybakami i puszczamy wraz z dziećmi żelazne obręcze po kamiennych uliczkach. W końcu zwabieni odgłosami muzyki uczestniczymy w dziecięcym festiwalu tańca.

Zachód słońca podziwiam już samotnie z tarasu usytuowanego na dachu mojego pensjonatu, z którego niemal można sięgnąć ręką do wieżyczek zielonego meczetu. Z drugiej strony ponad dachami wioski bielą się budynek szpitala i przyległej kamienicy. Lampka schłodzonego białego wina smakuje tutaj wyśmienicie.


 

Artykuły wybrane losowo

Etiopia – ginący świat

KATARZYNA DUDEK

 

                                                                                                                 FOT. MAJKA SZURA/WWW.POLKATRAVEL.PL 

<< Etiopia to kraj, który pozostaje w sercu na zawsze, a podróżowanie po nim jest łatwiejsze niż myślimy. Powinni się o tym przekonać szczególnie ci, którzy nie odwiedzili jeszcze tzw. Rogu Afryki. Z pewnością będą zachwyceni bezcennymi skarbami dawnej Abisynii. >>

Podróżującym po Etiopii polecam wybór kompletnej trasy, tzn. zwiedzenie terenów północnych (do Aksum) połączone z wyprawą na południe (aż do granic słonego Jeziora Turkana, dawniej Jeziora Rudolfa). Ten program można wzbogacić o wycieczkę do położonego na wschodzie muzułmańskiego miasta Harar (Harer) oraz na plantacje kawy na zachodzie lub wymagający idealnego zdrowia wyjazd do Kotliny Danakilskiej (Afaru) – depresji w zapadlisku tektonicznym wchodzącym w skład Wielkich Rowów Afrykańskich. Dlaczego warto przemierzyć ten kraj wzdłuż i wszerz, żeby zobaczyć jak najwięcej miejsc? Otóż tempo zachodzących tu zmian jest tak duże, że trzeba się śpieszyć, aby zdążyć poznać prawdziwą afrykańską Etiopię. 

Więcej…

Poza utartym szlakiem w Tajlandii

 

Kinga Bielejec

www.gadulec.me

 

 Sukhotai z zabytkami związanymi z początkami architektury tajskiej

Sukhothai-000597

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Tajlandia to jeden z najczęściej odwiedzanych krajów świata. Słynie z pięknych piaszczystych plaż, przejrzystych wód i przepysznej kuchni. Znajduje się tutaj mnóstwo buddyjskich świątyń i posągów. Tajlandzka stolica – Bangkok – nigdy nie zasypia. Nie wszyscy jednak wiedzą, że na krajobraz Tajlandii składają się też bujne zielone lasy i małe sielskie miasteczka, w których czas się zatrzymał.

 

Najlepsza pora na odwiedzenie tego azjatyckiego państwa to okres między listopadem a lutym. Trwa wtedy pora sucha, średnia temperatura powietrza waha się od 28 do 32°C, a opady należą do rzadkości. Jedynie na wschodnim wybrzeżu (w okolicy m.in. Koh Samui, Koh Tao, Phangan) może sporadycznie popadać. Te miesiące są również szczytem sezonu turystycznego, więc hotele w najpopularniejszych miejscach (w czasie Bożego Narodzenia i zabaw sylwestrowych do bardzo chętnie odwiedzanych zaliczają się szczególnie obiekty na wyspach) warto zarezerwować wcześniej.

 

Choć w biurach podróży Tajlandia cieszy się dużym zainteresowaniem, zazwyczaj turystom oferuje się program obejmujący mniej więcej te same atrakcje. Dlatego chciałabym zaproponować zejście z utartego szlaku zwiedzania. W tym kraju pozostało jeszcze wiele do odkrycia.

 

ZAGUBIENI W STOLICY

 

Przy wyborze zakwaterowania w stolicy Tajów korzystałam z portalu Couchsurfing. Ludzie z całego świata oferują w nim nocleg w swoim mieszkaniu i często wspólne spędzanie czasu. Zatrzymaliśmy się u Hosta, z pochodzenia Holendra. Które mniej znane miejsca w Bangkoku warto odwiedzić? – zapytałam go tuż po przylocie do tej prawie 10-milionowej metropolii. Najlepsze, co można zrobić, to się zgubić – odpowiedział. I faktycznie była to wskazówka idealna.

 

Okazało się, że największe miasto Tajlandii to nie tylko słynna ulica Khao San, okryty złą sławą Patpong (dzielnica występów ping pong show, ladyboyów, barów i ledwo trzymających się na nogach turystów), Wielki Pałac Królewski i liczne świątynie, lecz także targi oraz bazary pełne smaków, kolorów i zapachów. Koło ruchliwych skrzyżowań sprzedaje się kawałki kurczaka na patyku czy pad thai (smażony makaron z dodatkami), a na ulicznych straganach piętrzą się świeże egzotyczne owoce. Tutaj najlepszymi przewodnikami są nogi i nos. Do nieco mniej znanych, ale bardzo ciekawych atrakcji należą ulica industrialna (koło Kościoła Świętego Różańca) i Park Pałacowy Dusit, w którym znajdują się Pałac Vimanmek (największa budowla ze złotego drewna tekowego na świecie), sale tronowe, posąg króla Czulalongkorna (Chulalongkorna, Ramy V) i ogród zoologiczny.

 

TAJSKI ANGKOR WAT

 

W drodze z Bangkoku do Chiang Mai (na północy kraju) warto wysiąść na stacji Phitsanulok i wsiąść w autobus do Sukhothai. Początki tego miasta sięgają XIII w., a jego złoty okres przypada na panowanie króla Ramkhamhaenga (urodzonego między 1237 a 1247 i zmarłego w 1298 r.). To wtedy je rozbudowano i stało się jednym z największych na świecie ośrodków buddyzmu. Mniej więcej sto lat później, kiedy swoimi wpływami objęło te tereny Królestwo Ajutthaja (Królestwo Ayutthaya), Sukhothai straciło na znaczeniu. Zainteresowanie wzbudziło ponownie dopiero w XIX w. Przyczynił się do tego król Mongkut, Rama IV (1804–1868).

 

Obecnie odrestaurowane pozostałości tej historycznej stolicy Królestwa Sukhotai znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Leżą one w odległości ponad 10 km od współczesnego miasteczka nazywanego Nowym Sukhothai (Sukhothai Thani). Aby dotrzeć do wspaniałych ruin, najlepiej wypożyczyć skuter na dworcu autobusowym lub podjechać tuk-tukiem (trójkołową motorikszą). Należy jednak pamiętać, że kompleks jest duży i dzieli się na kilka stref (wejście płatne osobno), pomiędzy którymi łatwiej (i szybciej) porusza się środkami transportu.

 

W DŻUNGLI ŻYCIA

 

Przepiękny wodospad Thi Lo Su na rzece Maeklong w dystrykcie Umphang

UMPHANGTak-000299

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Z Sukhothai można udać się autobusem do Mae Sot, mało znanego miasta tuż przy granicy z Birmą (Mjanmą). Wyruszają stąd wycieczki do Umphang, miejscowości położonej na skraju dżungli, do której jedzie się ok. 165 km asfaltową drogą z 1219 zakrętami. Już sama podróż to niezapomniane przeżycie – nierzadko siedzi się w pick-upie wraz z miejscowymi żującymi betel oraz ich kurami i kogutami. Przewożenie ludzi (i zwierząt) na dachu samochodu jest tutaj normą. Na dodatek otaczające nas widoki zapierają dech w piersiach. A to dopiero początek przygody!

 

Do najpopularniejszych należą wycieczki czterodniowe. Pierwszego dnia dojeżdża się do Umphang i tu nocuje. Nazajutrz, tuż po śniadaniu, wyrusza się na spływ po niezbyt rwącej rzece Maeklong (Mae Klong). Kilka lat temu zmieniono przepisy i drewniane tratwy zastąpiono dmuchanymi pontonami. Po drodze można spotkać dzikie zwierzęta (węże, gibony, mundżaki, warany, krokodyle różańcowe) i wykąpać się w gorących źródłach. Po lunchu następuje główny punkt programu – kilkugodzinny trekking w dżungli. Oczywiście, cały czas jest się pod opieką doświadczonego lokalnego przewodnika, który zna te rejony od dziecka. Najlepiej nocować w namiocie pośrodku utworzonego w 1989 r. Sanktuarium Dzikiej Przyrody Umphang (Umphang Wildlife Sanctuary), gdzie zasypia się wśród niesamowitych odgłosów. Trzeciego dnia odwiedza się największy wodospad w Tajlandii o wdzięcznej nazwie Thi Lo Su (również Thee Lor Sue lub The Lor Sue). Ma ok. 250 m wysokości i 450 m szerokości. Robi ogromne wrażenie, w dodatku można się w nim kąpać, a niekiedy nawet z niego skakać (wszystko zależy od stanu wody). Popołudniu znów wyrusza się na trekking, a po kilku godzinach dociera się do wioski Karenów. Posługują się oni językami kareńskimi, całkiem innymi niż tajski, i dopiero od kilkunastu lat uczą się w szkołach podstawowych języka urzędowego kraju. W Tajlandii mieszka ok. 400 tys. Karenów. Zajmują się głównie rolnictwem i hodowlą. W wiosce, którą odwiedziliśmy w 2014 r., nie było zasięgu sieci komórkowych czy internetowych. Miejscowi kontaktowali się z resztą świata za pomocą aparatu umieszczonego w jedynej budce telefonicznej. Uczestnicy wycieczki śpią u lokalnej rodziny i razem z nią spożywają kolację i śniadanie. Czwartego dnia wracają do Umphang. Wiele agencji proponuje wyprawy urozmaicone półtoragodzinną przejażdżką na słoniu, po której wszyscy udają się jeepem do miasteczka. Warto dopytać o szczegóły takiej oferty, ponieważ dość często zdarza się, że zwierzęta są źle traktowane, bite i zakute w łańcuchy.

 

Okolice Mae Sot i Umphang rzadko bywają wspominane w przewodnikach czy na blogach podróżniczych. Z jednej strony można nad tym ubolewać, ponieważ to jeden z ciekawszych rejonów w Tajlandii, a z drugiej dzięki temu właśnie miejsce to nie stało się jeszcze tak oblegane przez turystów jak chociażby miasto Chiang Mai. W okolicy znajduje się także jaskinia Takobi i wspierany przez UNICEF 13-tysięczny obóz dla uchodźców z Birmy (głównie Karenów) – Umpiem Mai.

 

ODPOCZYNEK W PAI

 

Omijamy wspomniane turystyczne, chodź bardzo interesujące, Chiang Mai i udajemy się do Pai – jednego z najbardziej niezwykłych miasteczek w tym kraju. Tutaj czas się zatrzymał, życie płynie powoli, podobnie jak pobliska rzeka o tej samej nazwie. To idealne miejsce na odpoczynek od zgiełku i tłumów z całego świata. Mieszkańcy Pai mają tatuaże i dredy i słuchają Boba Marleya. Ciężko stwierdzić, czy właśnie oni przyciągnęli podobnych do siebie turystów, czy sami zaczęli naśladować styl Europejczyków, Amerykanów i Australijczyków. Jedno jest pewne – dziś to leniwe miasteczko uchodzi za mekkę backpackerów ze wszystkich stron świata. Znajdują się tu hostele, nieco bardziej luksusowe bungalowy z hamakami, na których można przeleżeć tydzień, klimatyczne restauracje i kafejki. Młodzi ludzie przyjeżdżają na 2–3 dni i zostają na tydzień (lub znacznie dłużej).

 

W Pai każdy spędzi przyjemnie czas. Jeśli odpoczynek już nam się znudzi, wystarczy wynająć skuter lub zapisać się na zorganizowaną wycieczkę. W okolicy jest mnóstwo atrakcji – kanion (Pai Canyon, Kong Lan), wodospady (w tym szczególnie malowniczy Pam Bok), gorące źródła, Most Pamięci. Po drodze warto wstąpić na pyszną kawę i ciasto do przepięknie położonej kawiarni „Coffee in Love”.

 

SŁONIE I LUDZIE

 

W odległości ok. 10 km od centrum Pai znajduje się Thom’s Elephant Camp, czyli wioska słoni, która oferuje kilkugodzinne przejażdżki na grzbiecie tych inteligentnych i wrażliwych zwierząt bądź kąpiele z nimi w pobliskiej rzece. Aby poznać je jeszcze bliżej, można odbyć tygodniowy lub dwutygodniowy wolontariat. Sens funkcjonowania miejsc, w których główną atrakcją są żywe stworzenia, to niezmiernie trudny i dyskusyjny temat. Nie inaczej jest w tej sytuacji.

 

Słonie od tysięcy lat pomagają tutejszym mieszkańcom w pracy i życiu codziennym. Niegdyś wykorzystywano je w trakcie działań wojennych i przy wycinaniu lasów. Obecnie stały się machiną do zarabiania pieniędzy. Prawie zawsze w wioskach słoni pracują samice, ponieważ samce są nieposłuszne i trudniej je kontrolować. Młode zabiera się od matek i tresuje, aby w przyszłości służyły człowiekowi. Takie szkolenia bywają niezwykle brutalne, gdyż panuje przekonanie, że każdego osobnika trzeba złamać. Trener, tzw. mahout, musi pokazać słoniowi, iż ma nad nim władzę. Nierzadko stosuje się łańcuchy i ostro zakończone kije – zarówno w trakcie szkolenia, jak i później, już podczas wykonywania określonych zadań. Zwierzęta i mahouci pracują od rana do wieczora, 7 dni w tygodniu, praktycznie przez okrągły rok, jeśli tylko jest na to zapotrzebowanie.

 

W Thom’s Elephant Camp w Pai słonie nie mają założonych łańcuchów, a turyści siedzą bezpośrednio na ich karku, a nie w niewygodnych, ciężkich krzesłach. Mimo wszystko zwierzęta muszą pracować bardzo dużo i spędzają całe życie w niewoli, posłusznie służąc swoim opiekunom. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się przekształcenie wszystkich takich ośrodków w rezerwaty przyrody, jednak wtedy zatrudnienie straciłyby tysiące mahoutów, którzy najczęściej utrzymują wieloosobowe rodziny. Prawdopodobnie Tajlandia nie jest gotowa na tak radykalne zmiany, ale przed przejażdżką na słoniu powinniśmy zastanowić się nad wszystkimi wadami i zaletami tego typu atrakcji. Być może lepiej będzie odwiedzić wioskę, w której te piękne i dostojne zwierzęta dożywają swojej starości po latach pracy, a w Thom’s Elephant Camp jedynie dać słonicom banana i pogłaskać je po trąbie, a potem stąd odjechać.

 

NIEZWYKŁA ŚWIĄTYNIA

 

Na północy Tajlandii, tuż przy granicy z Laosem i Birmą leży miasto Chiang Rai. Można tu przyjechać na jednodniową wycieczkę z Chiang Mai lub zajrzeć w drodze do innego kraju Azji Południowo-Wschodniej. Kilka kilometrów od centrum znajduje się świątynia buddyjska inna niż wszystkie – Wat Rong Khun, zwana również White Temple (Białą Świątynią). Jej nowoczesny gmach zaprojektował tajski artysta Chalermchai Kositpipat. Budowa obiektu rozpoczęła się w 1997 r. i trwa do dzisiaj. Podobno pomysłodawca powiedział kiedyś, że zostanie ukończona ok. 60–90 lat po jego śmierci. Biała Świątynia jest pełna różnego rodzaju symboli. Do głównego budynku (ubosot) prowadzi mostek, który otacza las powykręcanych rąk i dłoni należących do udręczonych dusz próbujących wydostać się z piekła. Wnętrze, z pozoru mało interesujące, zdobią wizerunki bohaterów współczesnej kultury popularnej: Batmana, Spidermana, Supermana, Jacka Sparrowa czy Harry’ego Pottera (a nawet minionków, Angry Birds i Hello Kitty). Postacie te zostały umieszczone wraz z płonącymi wieżami nowojorskiego World Trade Center, co sugeruje, że nie są w stanie uratować naszego świata. W całym obrazie dominującą rolę odgrywa natomiast wielki demon, w oczach którego znajdują się twarze Osamy bin Ladena i George’a W. Busha. Ten osobliwy mural ma uświadomić patrzącemu, że tylko Budda może zbawić ludzkość.

 

Drugą interesującą budowlą w Chiang Rai jest Baan Dam, czyli Czarny Dom. Kompleks ten stworzył Taj Thawan Duchanee. Składa się na niego kilkadziesiąt budynków z drewna, szkła, terakoty i innych tworzyw. W ich wnętrzach można podziwiać m.in. ogromny zbiór trofeów myśliwskich artysty.

 

NA RAJSKICH WYSPACH

 

Wat Rong Khun – główna świątynia i prowadzący do niej mostek

IMG 3507

© KINGA BIELEJEC/GADULEC.ME

 

Południe Tajlandii to przede wszystkim liczne wyspy i piękne plaże. Tutaj trudniej o miejsca poza utartym szlakiem. Przy wschodnim wybrzeżu, w Zatoce Tajlandzkiej leżą jedne z najciekawszych wysp. Koh Tao to mekka nurków, na Koh Phangan odbywa się słynne Full Moon Party, a Koh Samui jest najspokojniejsza z całej trójki. Na każdej z nich warto wynająć skuter, aby zwiedzać okolicę we własnym tempie. Znajdziemy tu zarówno spektakularnie położone punkty widokowe (np. John-Suwan Viewpoint lub Chalok Viewpoint na Koh Tao), jak i rajskie plaże (chociażby Thian Og na Koh Tao czy Chaloklum albo Haad Salad na Koh Phangan).

 

Wody otaczające Koh Tao stanowią idealny rejon na kurs nurkowania. Przystępne ceny, instruktorzy mówiący w wielu językach i niezwykły podwodny świat sprawiają, że to właśnie na tę wyspę przyjeżdżają turyści spragnieni nowych doznań. W jej bezpośrednim sąsiedztwie wyróżnia się 25 atrakcyjnych miejsc nurkowych, wśród których najbardziej znane są Japanese Gardens, Red Rock, Shark Island, White Rock, Southwest Pinnacle, Mango Bay, Chumporn Pinnacle, Green Rock, Hin Wong, Sail Rock czy Twins Peak. Średnia głębokość wynosi mniej więcej 12–18 m, jednak bez problemu znajdziemy punkty dla bardziej zaawansowanych nurków (do 45 m głębokości). Widoczność sięga ok. 15, a nawet 30–40 m w sprzyjających warunkach.

 

Full Moon Party, Half Moon Party, zabawa sylwestrowa czy Boże Narodzenie – na Koh Phangan okazji do świętowania jest bez liku. Na plaży Haad Rin raz w miesiącu gromadzi się od 10 do 30 tys. młodych ludzi z całego świata. Ściągają tutaj, aby słuchać muzyki, tańczyć i popijać drinki z napoju energetycznego, soku i alkoholu (najczęściej lokalnego rumu) podawane z lodem w plastikowych wiaderkach, a zwane buckets. Imprezowicze krążą do białego rana między kilkoma różnymi scenami wystawionymi nad brzegiem Zatoki Tajlandzkiej. Wszyscy mają pomalowane twarze i odblaskowe koszulki, a kolejka do studia tatuażu ciągnie się przez pół ulicy. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się w 1985 r., kiedy po raz pierwszy podczas pełni księżyca bawiła się tu grupa 20–30 turystów. Obecnie to jedna z największych plażowych imprez na świecie. Oprócz tego na Koh Phangan organizuje się także Black Moon Party na plaży Baan Tai (raz w miesiącu, gdy księżyc jest w nowiu) i Half Moon Party w małym lesie leżącym ok. 2 km w głąb lądu (dwa razy w miesiącu, w czasie pierwszej i ostatniej kwadry).

 

Na zachodnim wybrzeżu kraju znajdują się m.in. miasta Krabi i Ao Nang. Same w sobie nie są zbyt ciekawe, jednak będą doskonałymi bazami wypadowymi na maleńkie wysepki lub półwyspy. W Tajlandii obowiązkowo należy odwiedzić plażę Railay (Rai Leh) i archipelag Phi Phi. Na Koh Phi Phi Leh był kręcony słynny film Niebiańska plaża (2000 r.) z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Półwysep Railay jest z kolei świetnym miejscem na odpoczynek i znakomitym rejonem dla miłośników wspinaczki skalnej. Niestety, zarówno jego, jak i archipelag Phi Phi oblegają tłumy turystów, szczególnie w okresie ferii świątecznych.

 

Blisko granicy z Malezją znajduje się wyspa idealna dla osób kochających dziką przyrodę, ceniących spokój i ciszę. Infrastruktura turystyczna na Koh Tarutao jest bardzo ograniczona, dlatego jej rejon pozostaje niemal dziewiczy i niezmieniony przez człowieka. Biuro Narodowego Parku Morskiego Tarutao udostępnia bungalowy do wynajęcia, można też rozbić tutaj namiot (swój lub wypożyczony na miejscu).

 

ULICZNE JEDZENIE

 

Tajska kuchnia uchodzi za jedną z najsmaczniejszych na świecie. Co ciekawe, bardzo często jedzenie uliczne, przygotowywane w budkach przez starsze kobiety, jest dużo lepsze niż w restauracjach. Do najpopularniejszych potraw należy pad thai – podsmażony makaron ryżowy z pastą z tamaryndowca, sosem rybnym, sokiem z limonki, jajkiem, chili, czosnkiem, kiełkami fasoli mung i kurczakiem lub krewetkami. Kolejne danie, którego trzeba spróbować w Tajlandii, to tom yum (tom yam). W tej kwaśno-ostrej zupie bazę stanowi wywar z kurczaka bądź wieprzowiny wzbogacony trawą cytrynową, liśćmi papedy, sokiem z limonki, przyprawą galangal, sosem rybnym i chili. Występuje w dwóch wersjach – z mleczkiem kokosowym i bez niego. Miłośnicy ostrych smaków powinni skosztować sałatki z zielonej papai (som tam). Oprócz cienkich pasków tego owocu dodaje się do niej m.in. fasolę, pomidory, czosnek, orzeszki ziemne, sos rybny, sok z limonki, cukier palmowy i chili. Koniecznie należy również spróbować różnych rodzajów curry – zielonego, żółtego i czerwonego. A na koniec warto zjeść jeden z najpyszniejszych deserów świata – mango sticky rice (khao niao mamuang), czyli kleisty ryż z mleczkiem kokosowym i świeżym mango. To prawdziwe niebo w gębie!

 

KRÓL TAJLANDII

 

W artykule o Tajlandii nie można pominąć tak istotnej kwestii, jaką jest rodzina królewska. Bhumibol Adulyadej (Rama IX) zmarł 13 października 2016 r. w Bangkoku w wieku 88 lat. Był najdłużej panującym monarchą na świecie (wstąpił na tron w czerwcu 1946 r.). Rodacy uwielbiali swojego króla, stanowił dla nich ogromny autorytet, zdjęcia z jego podobizną wisiały wszędzie, a o rodzinie królewskiej nie wypadało powiedzieć złego słowa. Tuż po śmierci władcy miliony osób opłakiwały go na ulicach, na tydzień (a nawet miesiąc) zamknięto wiele barów i klubów, w państwie ogłoszono roczną żałobę. Jego jedyny syn i następca, Maha Vajiralongkorn (Rama X), ma niezmiernie trudne zadanie. Król Bhumibol Adulyadej był powszechnie szanowany. Jego potomek natomiast jest równie powszechnie nielubiany.

 

Tajlandia to kraj kontrastów, rozmaitych smaków i kolorów. Mimo iż z roku na rok odwiedza ją coraz więcej turystów, wciąż można tu znaleźć miejsca mniej popularne, leżące z dala od zgiełku i rewirów naganiaczy. Niekiedy dotarcie do takich zakątków zajmuje sporo czasu, ale na pewno warto zejść z utartego szlaku i odwiedzić dżunglę w okolicy Umphang czy kanion i wodospady koło Pai. Promocje na loty do Bangkoku zdarzają się coraz częściej, aż żal z nich nie skorzystać. Na koniec trzeba dodać, że Tajlandia sprawdza się idealnie jako kraj na pierwszą podróż do Azji – jest egzotyczna, ale nie tak bardzo osobliwa i obca dla Europejczyka jak Indie bądź Indonezja.

 

Koh Phi Phi Leh – rajska zatoka Maya

ao-maya-mu-ko-phi-phi - Kopia

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

 

Gruzja winem płynąca

MARIUSZ KAPCZYŃSKI
REDAKTOR NACZELNY PORTALU VINISFERA.PL

 

<< Wyprawy do Gruzji w ostatnich latach cieszą się wśród Polaków dużą popularnością. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co tak szczególnego przyciąga ich w te strony: niesamowite krajobrazy, wiekowe zabytki kultury chrześcijańskiej, smaczna regionalna kuchnia i wyjątkowe wina czy wreszcie życzliwi mieszkańcy, traktujący gości jak członków rodziny. Być może zresztą wszystkie te aspekty razem wzięte sprawiają, że w tym niewielkim kraju skrytym w cieniu gór łatwo poczuć się jak w domu. >>

Więcej…