JERZY PAWLETA

 

Choć nie należy do największych państw Afryki, pod względem powierzchni nie może się z nim równać żaden europejski kraj oprócz Rosji (ma aż ponad 800 tys. km²). Turystów przyciąga szczególnie jego stolica – Maputo, gdzie powstały budynki zaprojektowane przez francuskiego inżyniera Gustawa Eiffla – znanego na całym świecie twórcy obiektów z żelaza i stali. Popularnością cieszy się też nieduża wyspa Mozambik, położona na Oceanie Indyjskim, na której portugalski żeglarz Vasco da Gama zbudował fortecę. Jeśli będziemy jednak postrzegać ten kraj jedynie przez pryzmat związków z Europejczykami, popełnimy duży błąd. Jego prawdziwa dusza jest na wskroś afrykańska, a wyczuć ją możemy wśród drewnianych nadmorskich chat pokrytych słomianymi dachami i w twarzach uśmiechniętych mozambickich kobiet ubranych w niezmiernie kolorowe stroje. Warto więc zdobyć się na odrobinę odwagi, aby poznać prawdziwy Mozambik.

 FOT. BENGUERRA LODGE

Od kilkunastu lat kraj ten, przez długi okres targany konfliktami, zaczyna budować swoją nową przyszłość. Dlatego też ludzie, dla których pasją życia stała się Afryka, powinni koniecznie odwiedzić również ten jej region. Przemierzając go, odkryjemy nie tylko ślady jego bogatej historii nierozłącznie związanej z wyprawami portugalskich odkrywców. Na własne oczy zobaczymy także, jak odradza się pełen życia naród...   

Do rozciągniętego wzdłuż Oceanu Indyjskiego Mozambiku najprościej dotrzeć na dwa sposoby: od południa przez RPA oraz od północy przez Tanzanię. Do wyboru mamy jeszcze jedną możliwość – lot do Maputo, stolicy kraju, jednak ze względu na cenę biletu jest to zdecydowanie najdroższa wersja (ok. 4,5–5 tys. zł). Ciekawym rozwiązaniem może być natomiast dojazd z południowoafrykańskiego Johannesburga wynajętym samochodem z napędem na cztery koła.

 

Maputo – rewolucyjny postkolonializm

Ja dotarłem do stolicy Mozambiku z sąsiedniego Suazi typowym afrykańskim środkiem transportu, czyli dość starym minibusem zapakowanym do granic wytrzymałości. Zamieszkałem w klimatycznym Fatima’s Place przy Av. Mao Tse Tung (15 minut piechotą do nabrzeża i centrum miasta) – miejscu popularnym wśród backpackersów, czyli osób podróżujących indywidualnie z plecakiem. Noc w pokoju 1-osobowym z prywatną łazienką kosztuje tu 1250 MZN (ok. 150 zł; 1 metical to ok. 12 polskich groszy). Otrzymałem też mapkę z zaznaczonymi atrakcjami, barami z muzyką na żywo, bankomatami oraz rejonami, których zdecydowanie należy unikać. W toalecie powieszono kartkę z ostrzeżeniem: Nie zabieraj na miasto noża, policja na pewno ci go skonfiskuje!

Czas ruszyć na zwiedzanie, aby zobaczyć, co w rewolucyjnym Mozambiku pozostało z czasów kolonialnych. Udało mi się odnaleźć kilka perełek, a wśród nich białą, strzelistą, jakby kubistyczną Catedral Metropolitana de Nossa Senhora da Conceição (Katedrę Metropolitalną Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia) oraz budynki Ratusza (przy Praça da Independência) i Centro Cultural Franco-Moçambicano (Centrum Kultury Francusko-Mozambickiej). Ten ostatni charakteryzuje się finezyjnym połączeniem kolonializmu i współczesności ze znakomitym wykorzystaniem koloru w przestrzeni urbanistycznej. W niedalekim Museu Nacional de Arte (Narodowym Muzeum Sztuki) przy Av. Ho Chi Minh (wstęp za darmo, ale mile widziane datki na utrzymanie placówki) otrzymuję zaproszenie na wernisaż, który ma odbyć się następnego dnia. Samo muzeum zawiera wiele interesujących przykładów afrykańskiej sztuki współczesnej, od malarstwa po rzeźbę, w tym dzieła sławnego mozambickiego artysty – Malangatany Ngwenya (1936–2011).

Idąc dalej w dół w stronę nabrzeża, trafiam na otwartą mimo późnej pory Fortecę (Fortaleza de Maputo). Prezentuje się imponująco w czerwonym świetle zachodzącego słońca odbitego od ciemnych chmur zawieszonych tuż nad miastem. W jej wnętrzach można obejrzeć ciekawą wystawę lalek ozdobionych tradycyjnymi capulanas, czyli kolorowymi bawełnianymi materiałami, z których Mozambijki robią spódnice, bluzki, chusty czy też nakrycia głowy chroniące ją podczas przenoszenia na niej dużych ciężarów.

Nocny powrót przez miasto nie potwierdza ostrzeżeń, które docierały do mnie z różnych stron. Jeśli tylko unikamy miejsc uchodzących za niebezpieczne i robienia zdjęć nieodpowiednim ludziom, nic nam się nie stanie.

Obfite śniadanie w postkolonialnej Café Continental kosztowało mnie 300 MZN (ok. 35 zł). Ale już dla samej atmosfery miejsca i widoku na tętniące porannym życiem miasto, rozpościerającego się z usytuowanych na zewnątrz foteli, warto wydać tę sumę. Wcześniej odwiedziłem niezwykły kolonialny Iron House (Casa de Ferro) zaprojektowany przez sławnego Gustawa Eiffla. W tym piętrowym, wykonanym z nitowanych płyt szarej blachy budynku mieści się obecnie oddział Ministerstwa Edukacji i Kultury. Jednak nikt nie zwrócił mi uwagi podczas zwiedzania i fotografowania jego wnętrza.  

Maputo dzieli się na dystrykty administracyjne, które składają się z mniejszych dzielnic. Mnie najbardziej zaciekawiła Alto Maé, usytuowana pomiędzy starym dworcem kolejowym o pistacjowej barwie (zaprojektowanym również przez Eiffla) a futurystycznym centrum handlowym. Znajdziemy tu ogromny meczet wciśnięty w ciasną zabudowę wąskiej uliczki czy gwarną halę targową Mercado Municipal z imponującą bramą wejściową. Wybudowane opodal nowe centrum handlowe wygląda zupełnie inaczej niż otaczająca go architektura. Błyszczące i kolorowe, wypełnione jest stolikami knajpek wystawionymi w obszernym patio i butikami światowych firm. Zaglądają tutaj najbogatsi mieszkańcy miasta i okolicy. Życie dookoła toczy się jednak swoim zwyczajnym rytmem. Uliczni sprzedawcy oferują różnorodne towary, w długiej kolejce na prom czekają kobiety z pakunkami na głowach i hałaśliwe, głośno śmiejące się dzieci, a w każdym możliwym miejscu stoją rozklekotane samochody.

Nadbrzeżna promenada, ciągnąca się przez kilka kilometrów i obsadzona palmami, zachęca do długiego spaceru, mimo iż sąsiaduje z uważaną za niebezpieczną dzielnicą Central. Spotkamy na niej także nieco natrętnych sprzedawców francuskich perfum i podróbek roleksów. Na koniec wstępuję do przyjaznej restauracji i baru mariny Maputo Waterfront, gdzie zamawiam sałatkę grecką za 300 MZN (ok. 35 zł) i piwo z beczki za 65 MZN (ok. 8 zł). Obok znajduje się również basen, więc chętnie korzystam z możliwości zanurzenia się w orzeźwiającej wodzie, zadowolony, że wziąłem ze sobą kąpielówki.

Następnego dnia rano (o 5.00) czeka mnie ponad 7-godzinny przejazd busem na trasie Maputo–Tofo (ok. 500 km).

 

Praia do Tofo – Boże Narodzenie na plaży

Do Praia do Tofo koło Inhambane dotarłem nieco zaniepokojony informacjami o tłumach Południowoafrykańczyków przybywających tu w okresie świąt Bożego Narodzenia. Bus zatrzymał się niemal na piaszczystej plaży, od której dzielił mnie drewniano-słomiany budynek Fatima’s Nest – obiektu popularnego wśród backpackersów. Roztacza się stąd wspaniała panorama na Ocean Indyjski zamknięty z prawej strony niewielką zatoką z wioską rybacką. Moje obawy okazały się bezpodstawne, gdyż bez problemu dostałem miejsce (1250 MZN za noc – ok. 150 zł) w przytulnym pokoju 1-osobowym z prywatną łazienką.

Czas dzielący mnie od świąt spędziłem na leniuchowaniu na plaży, spacerach długim wybrzeżem i rozmowach ze sprzedawcami bransoletek, kokosów czy świeżych ryb. Odwiedziłem też miejscowy targ. Pełno na nim afrykańskich pamiątek, kolorowych capulanas, owoców, których cena rośnie wraz z liczbą przybywających turystów, czy pieczonych na prowizorycznym grillu ryb.

W wigilijny wieczór wylądowałem w przylegającej do targu małej restauracji. Jej personel ubrany był w mikołajowe czapki. Zamiast karpia dostałem całkiem smaczną barakudę, a kolędy zastąpiła przebojowa afroamerykańska muzyka wydobywająca się z  wiekowych kolumn. Kolację umilał widok na bajecznie kolorowe tkaniny, podświetlone zachodzącym słońcem i fruwające na wietrze nad głowami ich równie barwnie prezentujących się sprzedawczyń.

Moje śniadanie następnego dnia uświetnił występ filharmoników wiedeńskich ubranych w żółto-czerwono-zielone czapki lub rewolucyjne koszulki Mozambiku, grających gorące rytmy afrykańskie, słoneczną muzykę reggae lub sentymentalne pieśni portugalskie fado. Wyciągnąłem się na plaży, wsłuchując się w pomruk potężnych fal ciepłego oceanu, i życzyłem sobie: Wesołych Świąt!

 

Archipelag Bazaruto – przygoda na morzu

Wybrzeże Mozambiku ma ok. 2,5 tys. km. Aby przedostać się z południa na północ za pomocą transportu publicznego, trzeba sporo wyrozumiałości dla jakości dróg.  

Późnym popołudniem docieram do Vilanculos (Vilankulo) i udaję się na targowisko. Tutaj z jednego z telefonów, ustawionych na stoliku z parasolem, dzwonię do uprzedzonego o moim przyjeździe Juniora, organizującego wyprawy łodzią w stronę bajkowego archipelagu Bazaruto, objętego ochroną parku narodowego (Parque Nacional do Arquipélago do Bazaruto). Przyjeżdża po chwili i oferuje mi nocleg z widokiem na wyspy. Zwyczajowo zbijam cenę (z 700 na 500 MZN, czyli ok. 60 zł) i ląduję w krytym strzechą pokoju, którego balkonowe drzwi wychodzą wprost na plażę. Kolację (pyszną rybę w cenie 200 MZN – ok. 25 zł) jem w niedalekim Baobab Beach, wśród wiklinowych dachów i drewnianych pawiloników ustawionych wprost na piasku. Gdy podnoszę pojemnik z przyprawami, znajduję szarozieloną jaszczurkę, która natychmiast znika w jednej ze szpar stołu.

                                                                                             FOT. JERZY PAWLETA

Wyprawa motorowo-żaglową łodzią Juniora, obejmująca lunch, wędkowanie i nurkowanie ze sprzętem (maska z rurką, płetwy), to wydatek rzędu 1500 MZN (ok. 180 zł). Wyruszamy następnego dnia rano – mniej więcej o 9.00. Gdy cały ekwipunek, jedzenie i kilkunastoosobowa grupa turystów są już na pokładzie, odpalamy silnik i suniemy leniwie w stronę widocznej z brzegu wyspy. Kiedy docieramy na miejsce, zaczyna się odpływ. Kształt pięknego, piaszczysto-kamiennego brzegu zmienia się w oczach, jak i kolor otaczającej go wody, która przybiera barwy od błękitnoniebieskiej po turkusową. Z czasem na środku dużego akwenu pojawiają się wielkie piaszczyste łachy. Wędrujące po błękitnym niebie chmury z białych stają się szare.

Nadszedł czas na nurkowanie. Krystalicznie czyste wody kryją wielkie bogactwo krabów w podwodnych skalnych rozpadlinach i ławice bajecznie kolorowych ryb, które przepływają tuż koło mojego nosa. Daję się nieść niewidocznym prądom. Słońce przebijające przez powierzchnię oceanu maluje swoimi promieniami barwny podwodny świat. Mógłbym tak pływać bez końca, gdyby nie powstrzymał mnie wzmagający się głód. Lunch jemy na plaży przy zastawionym w cieniu palm stole. Przygotowane w wielkich misach na afrykańską modłę dania smakują wyśmienicie.

Po posiłku idziemy na spacer po plaży, potem znów zanurzamy się w słonej wodzie oceanu. W końcu zbliża się pora powrotu. Wiatr się wzmaga, stawiamy więc żagiel zawieszony na poprzecznej do masztu rei. Cieszę się z przyjemności żeglowania po afrykańskich wodach. Wieje coraz mocniej, ciemnych chmur szybko przybywa. Gdy nasz sternik, aby ułatwić sobie pracę, przybija do burty grubą linę utrzymującą rozpięty materiał, nieoczekiwany silny boczny podmuch przekręca łódź w poprzek. Następny porywa żagiel, napina go bez kontroli załogi i łamie reję. Dzięki temu jednak nie grozi już nam wywrotka. Na szczęście burza szybko ustaje. Następnego dnia Junior zdradza mi, że był to pierwszy rejs tej łodzi z większą liczbą turystów na pokładzie.

 

Ilha de Moçambique – brylant portugalskich kolonii

Po przebyciu setek kilometrów lokalnymi środkami lokomocji z radością witam 3,5-kilometrowy wąski most prowadzący na Ilha de Moçambique (wyspę Mozambik), ginącą w niebieskawych szarościach zmroku. Zarzucam swój bagaż na plecy i maszeruję nad płytkim tu oceanem. Jest ciepło i duszno, moja koszulka staje się całkiem mokra od potu, ale nie psuje mi to przyjemności marszu, bowiem przede mną znajduje się niezwykłe miejsce na mapie świata. Cieszy mnie wizja spędzenia najbliższych dni w dawnej stolicy Portugalskiej Afryki Wschodniej.

Przechodząc koło zielonego meczetu usytuowanego na granicy wioski rybackiej i zabytkowego Cidade de Pedra (Kamiennego Miasta”), naciskam dzwonek Patio Dos Quintalinhos (Casa do Gabriel Guest House). Czarnoskóry opiekun pensjonatu prowadzi mnie przez gustowne patio do jedynego wolnego pokoju. Płacę 700 MZN za dobę.

Po dobrze przespanej nocy i lekkim śniadaniu z chrupiącymi bułeczkami, wliczonym w cenę pokoju, wyruszam na fotograficzny wypad. Na plaży niedaleko zielonego meczetu, na który wychodzą drzwi Patio Dos Quintalinhos, rybacy czyszczą sieci. Obok znajduje się mały bazar i targ rybny przyklejony do odrapanych ścian okazałych budynków, pamiętających dawną świetność tego miejsca. Rozpadające się zabytkowe kamienne molo wychodzi z jednego z nich. Widok na nabrzeże od jego strony jest doprawdy niezwykły. Przypomina dzieła romantycznego malarstwa europejskiego, poświęconego podróżom do Afryki Wschodniej. Tło stanowi fantazyjna w formie kolonialna architektura. Na plaży i w wodzie stoją afrykańskie kolorowe łodzie. Między nimi krzątają się rybacy, baraszkują małe dzieci. Odziane w wielobarwne capulanas kobiety z pakunkami na głowach sprzedają świeże ryby. Na pierwszym planie niebieskoturkusowym kolorem mieni się powierzchnia oceanu. Artyści, nie tworzący w nurcie realizmu, niewątpliwie nie uwiecznili jednak na płótnie części po łodziach i śmieci…

Idę dalej, zaczepiany co rusz bądź to pozdrowieniami i pytaniami, skąd jestem, bądź to ofertą kupna dosłownie wszystkiego, od kart telefonicznych po szklane paciorki, bądź wprost prośbą o pieniądze. Dzieciaki pchają się przed obiektyw i rzucają jedyny angielski zwrot, który wszystkie znają, czyli give me money!  

Kolonialne miasto zachwyca swoim kolorytem i atmosferą. Niestety, poraża stanem, w jakim się znajduje. Trudno jest mi przejść obojętnie obok tych zaniedbanych pereł afrykańskiej i światowej architektury. Niektórzy moi czarnoskórzy rozmówcy twierdzą, że wyspę uratuje UNESCO. Organizacja ta może jednak ocalić jedynie wybrane obiekty. O resztę muszą zadbać lokalne władze i mieszkańcy Ilha de Moçambique.

Wędruję dalej, podziwiając okazały neoklasycystyczny szpital z potężnymi schodami wychodzącymi na plac ozdobiony wielkimi drzewami. Zarówno na nich, jak i na białych słupach bramy szpitalnej jaskrawą farbą namalowano czerwone wstążki – symbol walki z AIDS. Tuż obok stoi biały budynek wzorowany na portugalskich kościołach. Kilka okolicznych kamienic oparło się dziejowym zawieruchom. Jedną z nich przejął i odnowił bank. Obok znajduje się również bankomat, choć nie zawsze są w nim pieniądze, jak to często bywa w Afryce.

O wyznaczonej porze Samuel, mój muzułmański przewodnik, którego poznałem dzień wcześniej, czeka pod pensjonatem. Pokazuje mi kilka magicznych miejsc, w tym bramę do dawnego domu portugalskiego żeglarza Vasco da Gamy. Odkrywca przywiózł ją z Indii wraz z kamiennymi ozdobami upiększającymi portal. Dalej oglądamy bordowoczerwony Pałac i Kaplicę São Paulo, mieszczące obecnie muzeum z ciekawymi wnętrzami z epoki oraz informację turystyczną. Przed nimi wznosi się pokaźny pomnik Vasco da Gamy. Opodal znajduje się magiczna świątynia Igreja da Misericórdia (Kościół Miłosierdzia) z Museu de Arte Sacra (Muzeum Sztuki Sakralnej).

Chwilę odpoczywamy w cieniu arkad pobliskiego hoteliku z basenem, popijając zimne soki owocowe, i znów wyruszamy na zwiedzanie. Wędrujemy ciasnymi, krętymi uliczkami do pierwszego w całym Mozambiku meczetu, fantazyjnej bramy dawnego portu i potężnej portugalskiej twierdzy Fortaleza de São Sebastião, do której przylega szczególnie lubiana przez miejscową śmietankę towarzyską plaża z niewielką knajpką. Za 250 MZN wykupuję dla nas obu wstęp do fortecy i kaplicy. W ogromnym obiekcie, wyposażonym w żeliwne armaty, zbudowano basen, do którego spływa z dachów woda deszczowa służąca do gotowania, picia, prania czy mycia się. Historia fortu związana jest z przybyciem w te strony Portugalczyków. W 1498 r. monsunowe wiatry przywiały Vasco da Gamę, wytyczającego morski szlak z Europy do Indii, na wysepkę u wschodnich brzegów Afryki. Zaskoczony znalazł na niej arabską placówkę handlową. Od imienia kierującego nią Mussy Ben-Bique (Mussy Bin-Bique albo Mussy Al-Mbique), który jako pierwszy tu zawitał i później zamieszkał, nadał jej nazwę Ilha de Moçambique – wyspa Mozambik. Stąd właśnie pochodzi nazwa całego kraju.   

Portugalczycy budowę swojej bazy zaczęli od wzniesienia kaplicy przy artyleryjskim bastionie stworzonym jeszcze przez Vasco da Gamę. Z czasem stała się ona częścią Fortecy św. Sebastiana. Ukończona w 1522 r. Capela de Nossa Senhora do Baluarte – Kaplica Matki Boskiej Bastionowej, uważana jest dziś za jedną z najstarszych europejskich budowli na półkuli południowej. Podziw budzi jej niezmieniona od niemal pięciu wieków manuelińska forma. Wewnątrz Samuel pokazuje mi wkomponowane w kamienną posadzkę płyty nagrobne kolejnych biskupów wyspy Mozambik. Ilha de Moçambique na przestrzeni wieków stała się najważniejszą placówką w regionie, ale dopiero w 1752 r. została stolicą Portugalskiej Afryki Wschodniej. Podstawą bytu kolonii był handel kością słoniową, złotem oraz niewolnikami. Utrzymywano kontakty przede wszystkim z arabskimi kupcami. Fort oparł się wielu atakom wojsk, głównie holenderskich, pozostając najważniejszą portugalską bazą wypadową do Indii.

Kolejnym miejscem, które chce mi pokazać Samuel, jest Cidade de Macuti – wioska rybacka przylegająca do kolonialnego „Kamiennego Miasta” (Cidade de Pedra). W okolicy białego Igreja de Santo António (Kościoła św. Antoniego) gramy z tubylcami w bao, afrykańską grę podobną nieco do naszych szachów czy warcabów. Chwilę rozmawiamy z rybakami i puszczamy wraz z dziećmi żelazne obręcze po kamiennych uliczkach. W końcu zwabieni odgłosami muzyki uczestniczymy w dziecięcym festiwalu tańca.

Zachód słońca podziwiam już samotnie z tarasu usytuowanego na dachu mojego pensjonatu, z którego niemal można sięgnąć ręką do wieżyczek zielonego meczetu. Z drugiej strony ponad dachami wioski bielą się budynek szpitala i przyległej kamienicy. Lampka schłodzonego białego wina smakuje tutaj wyśmienicie.


 

Artykuły wybrane losowo

Podróż przez Mozambik

JERZY PAWLETA

 

Choć nie należy do największych państw Afryki, pod względem powierzchni nie może się z nim równać żaden europejski kraj oprócz Rosji (ma aż ponad 800 tys. km²). Turystów przyciąga szczególnie jego stolica – Maputo, gdzie powstały budynki zaprojektowane przez francuskiego inżyniera Gustawa Eiffla – znanego na całym świecie twórcy obiektów z żelaza i stali. Popularnością cieszy się też nieduża wyspa Mozambik, położona na Oceanie Indyjskim, na której portugalski żeglarz Vasco da Gama zbudował fortecę. Jeśli będziemy jednak postrzegać ten kraj jedynie przez pryzmat związków z Europejczykami, popełnimy duży błąd. Jego prawdziwa dusza jest na wskroś afrykańska, a wyczuć ją możemy wśród drewnianych nadmorskich chat pokrytych słomianymi dachami i w twarzach uśmiechniętych mozambickich kobiet ubranych w niezmiernie kolorowe stroje. Warto więc zdobyć się na odrobinę odwagi, aby poznać prawdziwy Mozambik.

 FOT. BENGUERRA LODGE

Więcej…

Z wizytą na południu Francji

 20159095

Modny kurort Saint-Tropez, widok z XVII-wiecznej cytadeli

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

ALEKSANDRA ŚWISTOW

www.pojechana.pl

                               

Francja kojarzy się wielu osobom głównie z winem i serami (wszak Francuzi sami się chwalą, że mają inny gatunek sera na każdy dzień roku, choć w rzeczywistości istnieje ich jeszcze więcej). Co ciekawe, ten kraj wciąż nie należy do tych najchętniej wybieranych przez Polaków na cel podróży. Wyjątek stanowi – oczywiście – Paryż, europejska stolica miłości, mody, kultury i wykwintnej kuchni, która cieszy się niezmiennie ogromną popularnością. Jednak we Francji jest znacznie więcej do zobaczenia niż tylko słynne miasto zakochanych.

 

20097929

Abbaye Notre-Dame de Sénanque otoczone polami kwitnącej lawendy

© ATOUT FRANCE/EMMANUEL VALENTIN

 

Gdy przychodzą pierwsze przymrozki zwiastujące zimę, wielu miłośników szaleństw na białym puchu zaczyna planować wyjazd na ośnieżone francuskie stoki Alp. Chamonix-Mont-Blanc z widokiem na najwyższy szczyt Europy czy region narciarski Trzy Doliny (Les Trois Vallées) to doskonały wybór na pierwsze rendez-vous z południem Francji. Warto rozwijać tę znajomość, gdyż ta część kraju naprawdę potrafi zauroczyć.

 

Do najciekawszych rejonów należą tutaj Alpy, Prowansja, Lazurowe Wybrzeże czy Oksytania. Właśnie je chciałabym tym razem Wam przybliżyć, drodzy Czytelnicy magazynu All Inclusive. Południe Francji można odwiedzić o każdej porze roku, bo zawsze prezentuje się niezmiernie atrakcyjnie.

 

 20101026163213-90eea71b

Katedra i górująca nad nią bazylika w Lyonie

© GALERIE LYON FRANCE/JULIA BIDAULT

 

WIDOK NA SZCZYTY

 

Najbardziej rozpoznawalną górą francuskich Alp jest Mont Blanc (4808,72 m n.p.m.). Wznosi się ona na granicy z Włochami, ale jej najwyższy wierzchołek znajduje się właśnie na terytorium Francji (przynajmniej tak twierdzą źródła francuskie). Śmiałkowie pragnący zdobyć ten najwyższy szczyt Europy zjeżdżają do położonej u jego podnóży urokliwej miejscowości Chamonix-Mont-Blanc przez cały rok. Nie trzeba być jednak znakomitym alpinistą, żeby przybyć w te strony i podziwiać słynny ośnieżony masyw. Z centrum miasteczka w 20 min. wjedziemy kolejką linową na szczyt Aiguille du Midi (3842 m n.p.m.), oddalony zaledwie 8 km od Mont Blanc, który widać stąd jak na dłoni. Można tu wystawić na próbę swoje nerwy i stanąć na szklanej platformie nad przepaścią oraz zjechać na nartach lub snowboardzie jedną z najpiękniejszych tras w Europie (a według niektórych osób nawet na świecie), wijącą się przez 20 km w Białej Dolinie (Vallée Blanche). Zbocza masywu najwyższej góry Alp pokrywają liczne lodowce. Największy z nich, Morze Lodu (Mer de Glace), ma ok. 7 km długości! Pod jego południowy kraniec, do stacji Montenvers (1913 m n.p.m.) od niemal 110 lat jeździ z Chamonix-Mont-Blanc kolej zębata (Chemin de fer du Montenvers). Tuż obok znajduje się wejście do jednej z lokalnych atrakcji – wykutej w Mer de Glace jaskini z lodowymi rzeźbami i korytarzami.

 

Jednak prawdziwą gratką dla miłośników białego szaleństwa jest we Francji obszar Trzy Doliny (Les Trois Vallées), położony w Sabaudii. Zajmuje pierwsze miejsce na świecie pod względem łącznej długości tras dostępnych bez zdejmowania nart (według lokalnych wyliczeń wynosi ona ok. 600 km). Znajduje się tu również leżąca najwyżej w Europie stacja narciarska (Val Thorens – 2300 m n.p.m.). To właśnie dzięki usytuowaniu na dużej wysokości w okolicy najważniejszych stacji Trzech Dolin (są to Courchevel, Orelle, La Tania, Méribel, Les Menuires, Saint-Martin-de-Belleville i Brides-les-Bains) można korzystać z doskonałych warunków od połowy grudnia do końca kwietnia. W rejonie Val Thorens zdecydowana większość tras jest położona powyżej 2000 m n.p.m., a osiem przełęczy i szczytów – powyżej 3000 m n.p.m., dlatego poszusujemy tutaj nawet od połowy listopada do pierwszych dni maja. Co ważne, tereny narciarskie Les Trois Vallées są dostosowane do różnych poziomów zaawansowania. Początkujący narciarze mają duży wybór oślich łączek i łatwych stoków. Liczne szerokie, dobrze przygotowane trasy zadowolą średnio zaawansowanych. Najbardziej wymagający mogą spróbować swoich sił na trasach czarnych, wśród których największą sławą cieszy się Combe de Caron, rozpoczynająca się na wysokości 3200 m n.p.m. i zachwycająca wspaniałymi widokami.

 

Francuskie Alpy to jednak nie tylko kurorty narciarskie. Znajduje się tu także mnóstwo szlaków trekkingowych, poza tym panują świetne warunki do uprawiania wspinaczki, paralotniarstwa, speleologii, kanioningu, wędkarstwa, kolarstwa i jazdy konnej w malowniczych parkach krajobrazowych, takich jak Naturalny Park Regionalny Masywu Bauges (Parc naturel régional du Massif des Bauges), mający status geoparku UNESCO. Oprócz tego region urozmaicają przepiękne jeziora polodowcowe. Są idealne na wyprawy kajakowe i rejsy łodzią żaglową, można na nich uprawiać wakeboarding, kitesurfing i inne sporty wodne. Jednym z najczystszych w Europie jest jezioro Annecy (o powierzchni ponad 27,5 km2 i głębokości sięgającej miejscami nawet 82 m). W jego turkusowej wodzie odbijają się górskie szczyty, w tym Tournette (2351 m n.p.m.). Na północnym krańcu jeziora znajduje się urokliwe górskie miasto, które również zwie się Annecy. Ze względu na przepiękne centrum poprzecinane kanałami bywa ono nazywane alpejską Wenecją. Koniecznie należy w nim wejść do jednej z restauracji, aby spróbować lokalnych przysmaków: fondue, czyli sera roztopionego w białym winie, tartiflette – ziemniaków zapiekanych z boczkiem i alpejskim serem reblochon oraz opiekanych plastrów sera raclette podawanych z gotowanymi ziemniakami, szynką parmeńską, korniszonami i marynowanymi grzybami.

 

W regionie Rodan-Alpy znajduje się też ponad 500-tysięczny Lyon, położony malowniczo nad Rodanem i Saoną. To jedno z najstarszych miast we Francji (założone przez Rzymian w 43 r. p.n.e. jako Lugdunum) szczyci się rozległym historycznym centrum, wpisanym w 1998 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Trzeba tu zdecydowanie zwiedzić romańsko-gotycką Katedrę św. Jana Chrzciciela, zobaczyć panoramę Lyonu rozpościerającą się ze schodów XIX-wiecznej Bazyliki Najświętszej Marii Panny z Fourvière, zgubić się w labiryntach przejść zwanych traboules i przespacerować po placu Terreaux (Place des Terreaux), na którym szczególną uwagę warto zwrócić na budynek Ratusza (Hôtel de Ville de Lyon). Miłośnicy nowoczesnej architektury muszą koniecznie odwiedzić powstałą na terenach poprzemysłowych dzielnicę La Confluence, a osoby lubiące sztukę – liczne galerie na ulicy Burdeau (rue Burdeau). W mieście spodoba się również amatorom wykwintnych kulinariów: znajduje się w nim sześć restauracji słynnego francuskiego szefa kuchni Paula Bocuse’a („Le Nord”, „Le Sud”, „L’Est”, L’Quest”, „Marguerite” i „Argenson”). Ci, którzy preferują tradycyjne dania, powinni zajrzeć do „Café Comptoir Abel” (lokalu gastronomicznego typu bouchon). Po zaspokojeniu głodu najlepiej wybrać się na drinka na jedną z barek zacumowanych wzdłuż brzegu Rodanu lub do baru „L’Antiquaire”, gdzie pracują najlepsi barmani we Francji.

 

SIELSKA KRAINA LAWENDY

 

Chociaż Alpy dochodzą aż do wybrzeża Morza Liguryjskiego, to nie z nimi kojarzy się Prowansja, a z ciągnącymi się po horyzont polami lawendy, winnicami i gajami oliwnymi, przytulnymi kamiennymi miasteczkami, w których wąskich uliczkach aż chce się zgubić, pachnącą ziołami kuchnią i pełnymi wrzawy targowiskami ze świeżymi warzywami, winami, wędlinami, serami, chrupiącymi wypiekami i wyrobami lokalnego rękodzieła artystycznego. Na tych ostatnich można spróbować pieczywa fougasse z rozmarynem, oliwek po prowansalsku i słynnego koziego sera z Banon owiniętego w liście kasztanowca, kupić pachnące lawendą mydła, białe naczynia ceramiczne w tradycyjne prowansalskie wzory i oliwę z Les Baux-de-Provence. Po udanych zakupach warto napić się szklaneczki anyżowego likieru pastis i wyruszyć na zwiedzanie niezmiernie urokliwej Prowansji.

 

Tutejsze miasteczka łączy sielankowa atmosfera niespiesznego celebrowania prostej codzienności. W każdym z nich czekają nas inne widoki i atrakcje. Nad miejscowością Sisteron, zwaną Bramą Prowansji, góruje monumentalna skała o spiczastych graniach (Rocher de la Baume), w którą wrosła okazała Cytadela Sisteron (Citadelle de Sisteron). W Orange, tzw. Mieście Książąt, można podziwiać doskonale zachowane pozostałości świetności imperium rzymskiego: Łuk Triumfalny z czasów panowania cesarza Oktawiana Augusta (27 r. p.n.e.–14 r. n.e.) i starożytny teatr z wykutą w zboczu wzgórza widownią na ponad 9 tys. osób. Roussillon to spokojne miasteczko w kolorze ochry położone na rdzawych wzniesieniach, których ziemia bogata jest w związki żelaza.

 

W leżącym nad Rodanem Arles, w charakterystycznym Żółtym Domu mieszkał i tworzył urzeczony prowansalskimi krajobrazami malarz Vincent van Gogh. To tu namalował swoje najsłynniejsze dzieła i stracił ucho. Nie jest to jedyna gratka dla wielbicieli sztuki w tym uroczym mieście – jak mówi legenda, na tutejszym cmentarzu Alyscamps spoczywa główny bohater Pieśni o Rolandzie, a sama nekropolia została opisana przez Dantego Alighieri w Boskiej komedii. W Arles znajdują się też ruiny antycznego teatru i doskonale zachowana rzymskaarena (Arènes d’Arles) wybudowana między 80 a 90 r., na której niegdyś odbywały się walki gladiatorów i wyścigi rydwanów oglądane przez nawet 25 tys. widzów, a dziś organizowane są walki byków. Za nie lada atrakcję okolicy uchodzi miasteczko L’Isle-sur-la-Sorgue zbudowane na wyspach i zwane prowansalską Wenecją, a słynące z handlu antykami. W pierwszą niedzielę sierpnia odbywa się tu coroczny pływający targ, podczas którego rzeka i kanały zapełniają się łódkami ze świeżymi warzywami i owocami, miodem lawendowym i innymi specjałami.

 

Podczas wizyty w Prowansji nie wolno ominąć Awinionu, dawnej siedziby papieży (w latach 1309–1377). Tutejszy Pałac Papieski (Palais des Papes) stojący w centrum otoczonej wysokimi murami historycznej części miasta to jedna z największych gotyckich budowli Europy. Kolejnym symbolem Awinionu i słynną atrakcją turystyczną jest częściowo zachowany XII-wieczny most św. Benedykta (pont Saint-Bénézet, znany również jako pont d’Avignon – most Awinioński), który podziwiać można np. z ogrodów papieskich. Zawsze pełne turystów miasto nabiera szczególnego charakteru w lipcu, kiedy odbywa się teatralny Festival d’Avignon, należący do najważniejszych wydarzeń tego rodzaju na świecie.

 

W tym rejonie Francji wartoteżodwiedzić zbudowaną na tarasach wykutych w wapiennej skale miejscowość Gordes z potężnym renesansowym zamkiem. Jednak to nie XVI-wieczna budowla stanowi tu największą atrakcję. Turystów przyciąga amfiteatralne położenie Gordes i zabudowa z jasnego kamienia, a także brukowane uliczki zachęcające do spacerów oraz fakt, że niedaleko leży najbardziej znany symbol Prowansji – Abbaye Notre-Dame de Sénanque, czyli założone w 1148 r. opactwo cysterskie otoczone polami lawendy.

 

Kolejnym słynnym kamiennym miasteczkiem położonym malowniczo na prowansalskich wzgórzach jest Bonnieux z przepięknymi rezydencjami z XVI, XVII i XVIII stulecia. Roztacza się stąd wspaniały widok na okolicę – dostrzec można Gordes, Roussillon i Mont Ventoux (1911 m n.p.m.), wietrzną górę, na której już 10 razy kończyły się etapy Tour de France. Choć wieją tu silne, nieprzyjemne wiatry (ich prędkość na szczycie często dochodzi do 100 km/godz., a notowano nawet wartości powyżej 300 km/godz.), warto się wybrać na Mont Ventoux, bo należy do tych niewielu miejsc, z których przy dobrej widoczności da się zobaczyć jednocześnie Morze Śródziemne, Alpy i Pireneje.

 

WYBRZEŻE SKĄPANE SŁOŃCEM

 

Kojarzoną głównie z palmami, złotym piaskiem i luksusem Riwierę Francuską co roku odwiedza ponad 10 mln turystów. Senne miasteczka sąsiadują na niej z głośnymi kurortami, pełne przepychu wydarzenia filmowe odbywają się koło wprawiających w zadumę nad uciekającym czasem wystaw w galeriach sztuki i muzeach. Trekkingowe ścieżki prowadzą na punkty widokowe, z których z jednej strony podziwiać można zapraszające do wypoczynku plaże, z drugiej – ośnieżone alpejskie szczyty. Na przystaniach luksusowych jachtów słychać echa gwaru lokalnych bazarów, szampan leje się na zmianę z wodą sodową. Na Côte d’Azur każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie.

 

Stolicą Lazurowego Wybrzeża okrzyknięto położoną nad Zatoką Aniołów 350-tysięczną Niceę, gdzie słońce świeci 320 dni w roku. Symbolem miasta jest nadmorska Promenada Anglików (Promenade des Anglais), wzdłuż której ciągnie się kamienista plaża. Koniecznie należy w nim odwiedzić Muzeum Masséna(Musée Masséna), funkcjonujące w zabytkowej willi, i Muzeum Narodowe Marca Chagalla (Musée National Marc Chagall) otwarte przez samego artystę w 1973 r. Warto też udać się na słynny targ kwiatowo-warzywno-owocowy na Cours Saleya.

 

Zaledwie mniej więcej 30 km od Nicei leży jedno z najważniejszych miast światowej kinematografii – Cannes, goszczące w maju międzynarodowy filmowy Festival de Cannes. Co roku zgromadzona na Lazurowym Wybrzeżu publiczność ogląda nowe filmy. Przy pełnym przepychu bulwarze Croisette (Boulevard de la Croisette) stoją drogie luksusowe hotele: InterContinental Carlton Cannes, Grand Hyatt Cannes Hôtel Martinez i Hôtel Barrière Le Majestic Cannes, w których zatrzymują się największe gwiazdy Hollywoodu zjeżdżające nad Morze Śródziemne, aby pojawić się na czerwonym dywanie Pałacu Festiwali i Kongresów (Palais des Festivals et des Congrès de Cannes). Po drodze do Cannes warto zatrzymać się w Antibes i Juan-les-Pins, widowiskowo wrośniętych w nadmorskie skały.

 

Z kinem związane jest też inne miasto Riwiery Francuskiej, a mianowicie Saint-Tropez, znane głównie ze względu na komiczną postać żandarma granego przez legendarnego Louisa de Funèsa. To ulubiony letni kurort sław i bogaczy, z bajecznie kolorowymi fasadami domów zwróconymi do portu, w którym cumują luksusowe łodzie. Będzie idealnym miejscem na popołudniowy kieliszek szampana. W okolicach Saint-Tropez leżą dwie słynne piaszczyste plaże: Pampelonne i L’Escalet (obie usytuowane są w Ramatuelle).

 

Być na Lazurowym Wybrzeżu i nie odwiedzić 860-tysięcznej Marsylii byłoby dużym błędem, gdyż w tym malowniczo położonym kosmopolitycznym mieście znajduje się mnóstwo atrakcji. Należy do nich przepięknie zdobionaBazylika Najświętszej Marii Panny z La Garde (Basilique Notre-Dame-de-la-Garde)z drugiej połowy XIX w.,imponujące wielkością Opactwo św. Wiktora (AbbayeSaint-Victor) z zabytkowymi kryptami i liczne ogrody miejskie z kojącym widokiem na morze, m.in. Parc Valmeri Jardin des Vestiges, w którym zachowały się pozostałości antycznego portu. Po zwiedzaniu warto zajrzeć do pełnej tawern i restauracji starej dzielnicy portowej i spróbować lokalnych przysmaków, np. słynnej zupy rybnej bouillabaisse.

 

W SĄSIEDZTWIE HISZPANII

 

Regionem Francji wysuniętym najdalej na południe jest Oksytania, od południowego wschodu ograniczona przez Morze Śródziemne, nad którym leży ponad 200 km skąpanych w słońcu plaż. Wzdłuż granicy z Hiszpanią rozciągają się dla odmiany Pireneje. To z tej części kraju pochodzą znane na cały świat francuskie specjały, takie jak ostry ser owczy roquefort (z miasteczka Roquefort-sur-Soulzon), anchois de Collioure czy ostrygi z Bouzigues. Historyczna kraina Oksytania słynie także z winnic położonych w rejonie Corbières, Minervois i Cahors. Prawdziwi smakosze powinni też spróbować winiaku armagnac.

 

Funkcję stolicy regionu pełni 470-tysięczna Tuluza, nazywana Różowym Miastem ze względu na charakterystyczny kolor cegieł, z jakich powstała większość budynków w centrum. Choć jest czwartym pod względem liczby mieszkańców miastem we Francji i jednym z największych ośrodków akademickich w kraju, nie przytłacza wielkością. Na co dzień tętni życiem, zaprasza w progi przytulnych kawiarenek i gwarnych pubów. Do najważniejszych zabytków Tuluzy należy romańska Bazylika św. Saturnina (Basilique Saint-Sernin), będąca ważnym miejscem na szlaku pielgrzymkowym prowadzącym do Santiago de Compostela w hiszpańskiej Galicji, i ogromny gotycki kościół przy klasztorze jakobinów (Couvent des Jacobins). Centralny punkt historycznej części miasta stanowi plac Kapitolu (place du Capitole), przy którym stoi Kapitol (Capitole), obecnie siedziba rady miejskiej i teatru (Théâtre du Capitole). Niektóre z sal są otwarte dla zwiedzających (m.in. wypełniona dziełami sztuki Salle des Illustres). Warto też odwiedzić Muzeum Augustianów (Musée des Augustins) we wnętrzach XIV-wiecznego klasztoru, a następnie spróbować tradycyjnego dania o nazwie cassoulet, przyrządzanego z białej fasoli i mięsa i pieczonego w glinianym naczyniu (cassole).

 

Niedaleko Tuluzy przepływa wpisany w 1996 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO Kanał Południowy (Canal du Midi) łączący rzekę Garonnę z Étang de Thau – akwenem nad Morzem Śródziemnym. Ma on długość 241 km. Wybudowano go w XVII stuleciu z wykorzystaniem najnowszych osiągnięć inżynierii (w okolicy stanowiska archeologicznego Oppidum d’Ensérune przechodzi przez długi na 173 m tunel Malpas przebity pod wzgórzem, co było pierwszym tego typu rozwiązaniem w Europie). Dziś Canal du Midi pełni głównie funkcje rekreacyjne, a najlepiej można mu się przyjrzeć podczas rejsu komfortową barką turystyczną. Po drodze warto zatrzymywać się na degustacje serów i win oraz zwiedzanie malowniczych miast Oksytanii, takich jak słynne Carcassonne z przepięknym średniowiecznym centrum i potężnymi fortyfikacjami czy Muzeum Sztuk Pięknych (Musée des Beaux-Arts) z bogatymi zbiorami europejskiego malarstwa od XVII w. do dziś.

 

W tym francuskim regionie na zainteresowanie zasługuje także Montpellier. Jego średniowieczne uliczki (rue de la Valfère, rue du Bras-de-Fer czy rue de l’Argenterie) urzekają turystów z całego świata. Jedną z największych atrakcji miasta jest Musée Fabre. Muzeum to szczyci się bogatą kolekcją obrazów malarzy francuskich, włoskich, hiszpańskich, flamandzkich i holenderskich z okresu od renesansu aż do czasów obecnych. W Montpellier znajduje się również bardzo interesujące centrum sztuki współczesnej La Panacée, w którym odbywają się liczne wystawy.

 

Nie można też zapomnieć o oksytańskim antycznym mieście i byłej rzymskiej kolonii (Colonia Nemausus), czyli Nîmes, zwanym francuskim Rzymem. Rzymianie zostawili w nim po sobie m.in. wzniesiony w drugiej połowie I w. amfiteatr na nawet 24 tys. widzów (Arènes de Nîmes) i świątynię Maison Carrée – obydwie budowle są dziś jednymi z najlepiej zachowanych zabytków starożytnych na całym świecie. Park (Jardins de la Fontaine) założony w XVIII stuleciu przy dawnym sanktuarium kryje takie skarby jak świątynia Diany i ponad 30-metrowa wieża Magne. Przez cały rok odbywają się tu liczne festiwale, koncerty, spektakle teatralne i rekonstrukcje historyczne. Ciekawostkę stanowi fakt, że Pont du Gard, rzymski akwedukt sprzed 2 tys. lat, uważany za jeden z najatrakcyjniejszych francuskich zabytków, został wybudowany po to, aby dostarczać wodę właśnie do Nîmes.

 

Oksytania to nie tylko niezmiernie urokliwe miasta o długiej historii. Zachwycają w niej również piękne krajobrazy i niezwykłe cuda natury. W podróż do środka Ziemi zabiera jaskinia Gouffre de Padirac w dolinie rzeki Dordogne. Ma aż 103 m głębokości i 35 m średnicy i jest uznawana za największą ciekawostkę geologiczną Francji. Jej pierwszego badacza, Édouarda-Alfreda Martela (1859–1938), uważa się za twórcę nowoczesnej speleologii. Do jaskini można dostać się schodami z 208 stopniami, windą lub... na linie. W środku czeka nas rejs po podziemnej rzece, która zamienia się w przepiękne jezioro. Potem przechodzi się do sali nazywanej Grand Dôme. To wielka podziemna katedra o wysokości 94 m, udekorowana wspaniałymi naturalnymi rzeźbami.

 

Dla odmiany przy samej granicy z Hiszpanią znajduje się Cirque de Gavarnie, czyli cyrk lodowcowy o średnicy ok. 6 km, który leży w Parku Narodowym Pirenejów (Parc National des Pyrénées). Na parkowym terenie nad rwącym strumieniem na wysokości mniej więcej 1500 m n.p.m. wnosi się też monumentalny kamienny most (Pont d’Espagne). Okolica doskonale nadaje się na piesze wędrówki, wspinaczkę, jazdę na rowerze czy loty na paralotni, a także do uprawiania wszelkich sportów zimowych, w tym wspinaczki po zamarzniętych wodospadach. Jak widać, pełne wspaniałych atrakcji południe Francji zaprasza o każdej porze roku.

 

 

 

CRTMP 0019893 MD - Gavarnie 

Szlak w okolicy Cirque de Gavarnie w Parku Narodowym Pirenejów

© CRT MIDI-PYRÉNÉES/PATRICE THEBAULT

 

„G’day, Aussieland” – z wizytą na antypodach

KAROLINA SYPNIEWSKA
www.karolinasypniewska.pl


<< „No worries, mate” (z ang. „nie ma sprawy, stary”) powtarzają ciągle Australijczycy z uśmiechem na twarzy. Ten popularny zwrot pokazuje ich beztroskie podejście do przeciwności losu. W Australii każdy jest „mate” – kolegą, kumplem, dobrym znajomym. Z drugiej strony ten kontynent wydaje się bardzo niebezpiecznym miejscem dla człowieka. Czyhają tu na niego rekiny, włochate pająki i najbardziej jadowite na świecie węże. Czy jednak naprawdę powinniśmy się bać? Nie dowiemy się, jeśli nie zaryzykujemy. Zapraszam do niezmiernie interesującej krainy kangurów! >>

W II w. n.e. na mapie Ptolemeusza, greckiego astronoma, matematyka i geografa, pojawił się tajemniczy ląd, którego istnienie uczony założył na podstawie teorii mówiącej, że północny region świata musi równoważyć na południu jakaś ziemia. Zaczęto określać go mianem Terra Australis bądź Terra Australis Incognita (z łac. Ziemia Południowa, Nieznana Ziemia Południowa). To właśnie od tego wyrażenia wywodzi się nazwa najmniejszego na naszej planecie kontynentu (8,6 mln km² powierzchni) oraz 6. pod względem wielkości państwa na świecie (zaraz po Rosji, Kanadzie, Chinach, USA i Brazylii), które na nim leży. W kraju tym żyje prawie 24 mln ludzi, z czego 85 proc. mieszka w odległości 50 km od wybrzeża. Suchy i nieprzyjazny interior zasiedla rdzenna ludność tych stron – wyjątkowo wytrzymali Aborygeni.

Więcej…