MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl 

 

« To była miłość od pierwszego wejrzenia. W dodatku połączona z jakimś dziecięcym zachwytem, który budzi się w człowieku nagle i bez względu na wiek w kontakcie z naturalnym pięknem. To uczucie, jakiego doznałem wówczas nad zatoką Rincón, dojrzewało we mnie latami, rozwijało się z każdym kolejnym pobytem w Dominikanie. Dotąd podróżowałem do tego cudownego karaibskiego kraju 10-krotnie. Tylko raz zdarzyło się tak, że nie mogłem odwiedzić Las Galeras, co uważam za osobiste nieszczęście... Pozostałe wizyty były zawsze intensywną przygodą, tropikalną idyllą albo zabawą w odkrywanie raju ponad 500 lat po Krzysztofie Kolumbie. »

 

W czerwcu 2007 r. mieszkałem w hotelu Real Bella Vista w Santo Domingo. Zajmowałem tani pokój z wiatrakiem łopoczącym na suficie i z widokiem na wybujały, owocujący mangowiec. W małej lodówce trzymałem podstawowe zapasy: piwo Presidente, dwie–trzy soczyste sztuki mango (jakże wspaniale smakują na zimno!) i maść na wszystko. Laptop miałem zawsze oblepiony sokiem owocowym i wszędobylskimi mrówkami. Pracowałem wówczas jako fotoreporter dla jednego z dzienników internetowych w dominikańskiej stolicy. Jeździłem po kraju wzdłuż i wszerz, od Boca Chica po Pedernales czy od San Cristóbal po Puerto Plata. Wieczorami przygotowywałem materiały zdjęciowe dla redakcji, planowałem kolejne dni, co nieco pisałem. 

 

Szczególnie zapadł mi w pamięć powrót z półwyspu Samaná. Znowu byłem oszołomiony dzikością tego regionu, bogactwem przyrody, rozmaitością pejzaży i serdecznością mieszkańców. Pierwszy raz dotarłem tam ponad rok wcześniej z Kingą, wtedy moją dziewczyną, dzisiaj żoną. Mógłbym sparafrazować początek powieści kolumbijskiego pisarza Gabriela Garcíi Márqueza Sto lat samotności, pisząc, że Las Galeras było wówczas niewielką osadą – dwadzieścia chat z trzciny oblepionej gliną […]. Świat był jeszcze tak młody, że wiele rzeczy nie miało nazwy i mówiąc o nich trzeba było wskazywać palcem.

 

 

KRAINA KOKOSA

W 2007 r., korzystając z lokalnego transportu publicznego, jechałem z niezmiernie kolorowego miasta Santa Bárbara de Samaná (lub po prostu Samaná) do tego wymarzonego Las Galeras. Ówczesna droga sprawiała wrażenie tymczasowej. Dziurawa i nierówna, wołała o pomstę do nieba. Za to atmosfera samej podróży była wspaniała, pełna chwil, które zostają w człowieku na długo. W takim dominikańskim środku lokomocji zawsze znajdzie się trochę przestrzeni, aby usiąść wśród ludzi, choć z reguły na pierwszy rzut oka miejsc brakuje. Jednak radosny kolektyw daje wewnątrz popis błyskawicznej samodyscypliny: jedni się przesuną, drudzy przegrupują, inni ścieśnią, starszyzna przycupnie bliżej środka, dzieci wezmą na kolana ich rodzice albo dziadkowie, dziewczyna usiądzie na kolanach swojego narzeczonego. W ten sposób kolejny pasażer wpasuje się w całość bez trudu i bólu. Dominikana powinna otrzymać Nagrodę Nobla za sztukę „kompresji” pasażerów w środkach transportu publicznego! Zresztą nieco ścisku w minibusie albo na pace pick-upa sprzyja zacieśnianiu więzi, a przecież o to chodzi. Usłyszałem wtedy od czarnoskórej współpasażerki, sędziwej señory: Witamy, chłopcze, w „tierra de coco”, w „krainie kokosa”. Mimo wieku kobieta tryskała energią i zarażała humorem. Jej urzekający uśmiech obnażał uzębienie zdrowe i białe jak wnętrze orzecha. Wracała z targu, gdzie handlowała rybami, które o świcie złowił jej mąż. Wszystkie sprzedałam! – zakomunikowała, wskazując pustą miskę, w której pozostały jedynie srebrzyste łuski i rybi śluz. Intensywny morski zapach uderzał w nozdrza. Okoliczne wzgórza pokrywały majestatyczne gaje palm kokosowych. Tuż przed dotarciem do celu usłyszałem od mojej uroczej towarzyszki: Pośpiesz się, młody człowieku, i znajdź tu jeszcze swoje miejsce!.

Dwanaście lat później ta odległa osada, leżąca gdzieś na krawędzi dominikańskiej mapy, jest wciąż tak samo malownicza. Nadal przyciąga swojskością, kameralną atmosferą i spokojem. Człowiek, który chcąc wyrwać się z europejskiego porządku czy uciec przed zimowymi szarościami i paraliżującymi temperaturami, pokona kilka tysięcy kilometrów dzielących go od tego miejsca, znajdzie tu kawałek swojego szczęścia wśród ludzi żyjących po swojemu i to zbawienne, wyczekiwane słońce, dodające życiu wigoru i barw. Przyjeżdżających do Las Galeras od razu oczarowuje miejscowa gościnność. Rozczulające jest także to, jak szybko człowiek przestaje czuć się tutaj obco, jak łatwo zaczyna funkcjonować w lokalnym rytmie i jak mu z tym dobrze. Oczywiście byłem naiwny, myśląc, że zachowam to miejsce dla siebie w stanie nietkniętym. Przecież zachwycałem się nim wielokrotnie, nie potrafiłem utrzymać języka za zębami. W duszy podróżnika, czy tego chce czy nie, ścierają się egoista z altruistą. W moim przypadku, mimo iż konflikt ten był burzliwy, wolałem się dzielić. Poza tym przekonałem się, jaką przyjemność daje pokazywanie znajomym czy najbliższym takich dominikańskich perełek, jak choćby półwysep Samaná. Chyba lubię przystanąć z boku i spojrzeć, jak inni reagują, kiedy na własne oczy widzą miejsca, które sam dobrze znam, i jakie przeżywają przy tym emocje. Wtedy podróż staje się jakby kompletna i przez to ciekawsza – dopełnia ją nowa dawka entuzjazmu, mnogość świeżych wrażeń. Bez wątpienia w samym Las Galeras widać zmiany, lecz są one raczej stopniowe niż gwałtowne, mimo napływu turystów. Obecnie do miejscowości prowadzi już porządna droga, a niedawno okolica doczekała się własnej stacji paliw. Jednocześnie handel benzyną w butelkach po piwie Presidente kwitnie jak dawniej. Każdemu wedle potrzeb – butelki są w trzech rozmiarach: małym, średnim i dużym. Stoją po kilkanaście sztuk na drewnianych kramikach przy poboczach dróg. Nie potrzebują lodówki i solidnego chłodzenia, jak w przypadku ich pierwotnej zawartości. Płaci się i przelewa paliwo z butelki do baku. Ten lokalny biznes to swoją drogą zmyślna forma recyklingu. Niektórych rzeczy po prostu nie można zmienić, i bardzo dobrze. Jedźmy więc do Las Galeras!

 

Benzyna oferowana w szklanych butelkach po piwie Presidente przez przedsiębiorczych dominikańczyków

© MARCINWESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

NA PACE DO RAJU

Taksówkarze przyjechali tak, jak zostało uzgodnione dzień wcześniej. Uśmiechnięci, zadowoleni, mimo wczesnej pory – znowu trafił im się opłacalny kurs. Dwie taksówki dla ośmiu osób; od rana przyzwoity zarobek. Ruszamy na dworzec autobusowy w Santo Domingo. Stąd wybieramy się do miasta Samaná, leżącego na półwyspie… Samaná, nad zatoką… Samaná, w prowincji… Samaná.

Zawsze jeżdżę na tej trasie żółtymi autobusami przewoźnika Caribe Tours z terminalu przy alei 27 Lutego (Avenida 27 de Febrero), lecz tym razem zapomniałem wspomnieć o tym taksówkarzom. Usłyszeli jedynie nazwę „Samaná”, po czym zrobili swoje. Podrzucili nas tam, gdzie ich zdaniem było najlepiej, czyli na stację syndykatu transportowego Asotrapusa, wyglądającą jak skrzyżowanie hangaru z porządnie wyremontowaną stodołą. Rozkład jednak był aktualny, zrelaksowani kierowcy spokojnie popijali kawę, bagażowi dbali o resztę. W sumie ucieszyło mnie to niedopowiedzenie, bo dzięki niemu dokonałem odkrycia – poznałem nowy sposób wydostania się z Santo Domingo! W dodatku bilety okazały się tańsze niż w Caribe Tours.

Miałem jeszcze zapas czasu, więc wyskoczyłem po coś do przegryzienia na drogę. Podróż potrwa 3 godz. i trzeba się posilić. Wypatrzyłem sprzedawcę empanadas, młodego Haitańczyka. Właśnie skończył smażyć te podobne do przerośniętych pierogów smakołyki z pysznym nadzieniem. Wziąłem kilka z jajkiem i parę z serem oraz porządną kiść bananów. Zdobyłem prowiant. Ruszyliśmy. Kiedy przyszło płacić za przejazd, okazało się, że w rolę cobradora (konduktora-kasjera) wcielił się… postawny czarnoskóry raper z Detroit, albo gangster, albo jedno i drugie. Przypominał dokładnie kogoś takiego. Na pewno nie wyglądał na typowego Latynosa z Dominikany. Oczywiście był Dominikańczykiem z krwi i kości, mówił po hiszpańsku, pochodził stąd, nie miałem co do tego wątpliwości. Jednak ewidentnie musiał być jednym z samanés, czyli mieszkańców półwyspu Samaná, którzy różnią się od swoich rodaków z innych części kraju. W tym regionie historia zostawiła wyraźny ślad. Nasz cobrador mógł mieć korzenie afro-amerykańskie.

Dwa wieki temu wielu wolnych czarnoskórych emigrantów ze Stanów Zjednoczonych trafiło na Hispaniolę, na której leży Dominikana. Wówczas całą wyspą rządził prezydent z Haiti Jean-Pierre Boyer (1776–1850), przychylny osiedleńcom o afrykańskim pochodzeniu. W lutym 1822 r. wkroczył z siłami zbrojnymi do wschodniej, hiszpańskojęzycznej części Hispanioli i dokonał jej aneksji. Powstało wtedy jedno państwo pod rządami Haitańczyków. Boyer sprowadzał na półwysep Samaná nierzadko całe haitańskie rodziny. Okupacja dawnej hiszpańskiej kolonii Santo Domingo trwała 22 lata, zanim w 1844 r. narodziła się niepodległa Republika Dominikańska.

Rezultaty relokacji byłych niewolników z USA, głównie ze wschodnich stanów, z miast takich jak Nowy Jork, Filadelfia czy Baltimore, na terytorium Haiti, w tym na półwysep Samaná, bywały różne. Większość z nich w krótkim czasie powróciła rozczarowana tam, skąd przybyła. Ci zaś, którzy znieśli trudne warunki i odnaleźli się w nowej ojczyźnie, zachowali północnoamerykańskie tradycje, również językowe. Dzisiaj potomkowie tamtych imigrantów zwani są Americanos de Samaná (samanés). Oczywiście mówią po hiszpańsku, lecz nieliczna starszyzna ponoć wciąż pamięta dawną, angielską mowę.

Zanim cobrador pobrał opłatę, zapytał, dokąd jedziemy. Odparłem mu zgodnie z prawdą, że docelowo do Las Galeras, w mieście Samaná przesiądziemy się przy mercado – „targowisku”. Odrzekł, że nie ma sensu się przesiadać. Za dopłatą w wysokości kilkudziesięciu pesos dojedziemy bezpośrednio, w dodatku tak będzie taniej. Oczywiście jego rozwiązanie było praktyczne i logiczne, lecz ja zaplanowałem inny scenariusz. Obiecałem moim współtowarzyszom podróży, że ostatni odcinek trasy do Las Galeras pokonamy na pace terenówki! To miała być atrakcja. Cobrador uśmiechnął się, zrozumiawszy moje intencje. Tymczasem przy targowisku dopadła nas chmara oferujących dalszy przejazd. Chcieli nas wcisnąć do guaguas (minibusów). Oznajmiłem głośno jak przez tubę, że interesuje nas guagua otwarta – pojedziemy tylko na pace, nie ma innej możliwości!

Dalej wszystko potoczyło się całkowicie w stylu dominikańskim, czyli pod hasłem no hay problema!. Dominikańczycy nie szukają problemów, tylko je rozwiązują. Pół minuty później mieliśmy upragnioną otwartą guaguę. Właśnie przybijałem piątkę z nowym szoferem, gdy wychwycił mnie wzrokiem nasz biletowy „raper” z autobusu. Krzyknął, że człowiek, który nas zawiezie, jest jego znajomym i możemy spokojnie z nim jechać. Tacy potrafią być Dominikańczycy. Choć nasz cobrador sam nie zarobił dodatkowych pesos, nie nachmurzył się. Co więcej, zarekomendował nam właściwą osobę z konkurencji. Guagua, prezentująca się jak przewiewny papamobile, należała do nas w całości. Mieściła do ośmiu osób razem z bagażami. Nie wyobrażam sobie innego środka transportu na tym odcinku. Część ekwipunku znalazła się w nogach pasażerów na pace, reszta powędrowała na dach i została przymocowana misterną pajęczyną linek. Przed odjechaniem udaliśmy się jeszcze na chwilę na bazar, aby nacieszyć oczy mnogością tropikalnych kolorów, nawąchać się, pomacać, powybierać w tym warzywno-owocowym szaleństwie. Wokół nas piętrzyły się aromatyczne, żółciutkie mango, limonki wielkości jabłek, stosy imbiru, kopce manioku (yuca), pochrzynu (ñame), kolokazji jadalnej (yautía coco, taro) i żółtosoczy strzałkowatej (yautía), hałdy zielonych i żółtych platanów (plátanos verdes, plátanos maduros), witki kolendry wyczuwalnej na kilometr i niewiarygodne mikropapryczki, niewiele większe od... ziaren pieprzu.

Wreszcie ruszyliśmy w drogę! Ja zasiadłem obok kierowcy i znowu z otwartymi ustami spoglądałem na ten fantastyczny kawałek kraju. Do celu zostało nam 35 km. Na tej trasie jest naprawdę na co popatrzeć. Zapierająca dech w piersiach przyroda, zachwycające wybrzeże, malownicze pejzaże, osady wypełnione kolorowymi domami – szyja aż boli od wykręcania na prawo i lewo. Po trzech kwadransach dotarliśmy na kraniec dominikańskiego świata, do Las Galeras…

 

 

KRZYSZTOF KOLUMB TU BYŁ

Guagua wyhamowuje kilkanaście metrów od lazurowej wody zatoki Rincón. Tu właśnie kończy się szosa, a szofer zaczyna fajrant przed kolejnym kursem. Szarawy asfalt ustępuje miejsca drobnemu piaskowi w kolorze mąki kukurydzianej. Plażę ocieniają pochyłe palmy kokosowe, targane morską bryzą. Oto karaibska pocztówka na żywo, bez retuszu: wczesne popołudnie pod błękitnym, tropikalnym niebem, rajsko. W nieznacznej odległości od brzegu widać bezludną miniwyspę – El Cayito – z minigajem palmowym. Wysepka liczy na oko jakieś kilkadziesiąt kroków. Na szczęście mało komu przychodzi do głowy, aby to potwierdzać. Zresztą nie jest łatwo do niej dobić ze względu na poszarpany, skalisty brzeg. Obmywające ją wody są ciemniejsze i mniej spokojne niż w innych miejscach w okolicy. El Cayito ma po prostu za zadanie sprawiać, aby zatoka Rincón słynęła z niezapomnianych widoków...

Wiele wskazuje na to, że Krzysztof Kolumb trafił w te rejony 12 stycznia 1493 r. podczas swojej pierwszej wyprawy do Nowego Świata. Odkryta wówczas okolica całkowicie go oczarowała. W streszczeniach dzienników pokładowych admirała można znaleźć dość precyzyjne informacje czy wskazówki: Płynął tedy dalej ku wschodowi aż do pięknego i bardzo wyniosłego przylądka, utworzonego przez prostopadłe skały, który nazwał Cabo del Enamorado. [...] Podpłynąwszy blisko, ujrzał jeszcze inny, piękniejszy, wyższy i bardziej zaokrąglony, o 12 legua na wschód od Cabo del Enamorado; przylądek był cały skalisty i przypominał Cabo de São Vicente w Portugalii (Krzysztof Kolumb. Pisma, Warszawa 1970, przekład Anna Ludwika Czerny). Cabo del Enamorado – Przylądek Zakochanego znany jest obecnie jako Cabo Cabrón, czyli Przylądek Rogacza. Cóż, bywa i tak. Fragment lądu przypominający Kolumbowi portugalskie południowo-zachodnie wybrzeże to dziś Cabo Samaná (przylądek Samaná), kryjący w sobie wiele skarbów półwyspu, łącznie ze zjawiskową, bajecznie położoną plażą Frontón. Z innych zapisków słynnego żeglarza wynika, że na linii między Cabo Cabrón i Cabo Samaná odkrył wielką zatokę na 3 legua szeroką z małą wysepką pośrodku. Niewykluczone, że tą wysepką jest wspomniana wcześniej El Cayito – jeden z symboli Las Galeras. Kto jej nie zauważył, prawdopodobnie tam nie dotarł. I ma czego żałować. Las Galeras i jego okolice stanowią kwintesencję półwyspu Samaná – jednego z najpiękniejszych, najbardziej oszałamiających i fotogenicznych rejonów Dominikany. Ktokolwiek trafił w te strony, wraca zachwycony. Sami Dominikańczycy co i rusz zachęcają przyjezdnych, aby jechali na Samanę i odpoczęli w głuszy, w pobliżu miejsc, które przed wiekami urzekły załogę Kolumba. Obłędna, jakby spotęgowana w swojej bujności przyroda i majestat oceanu sprawiają, że wzbiera tu w człowieku radość, jaką musieli odczuwać pierwsi wyspiarze. Ten rejon zachwyci nawet największego malkontenta.

Do niektórych, nadal półdzikich plaż można dostać się zarówno lądem, jak i drogą morską. Jaki sposób wybierzemy, zależy od naszego apetytu na przygodę i budżetu. Przyda się auto terenowe z napędem na cztery koła albo motocykl, ewentualnie łódź motorowa, jeśli w grę wchodzi przeprawa wodna. Dotarcie motocyklem do niektórych miejsc zajmuje więcej czasu, często wymaga karkołomnych wyczynów, ale kosztuje mniej. Z kolei łodzią płynie się szybciej, lecz trzeba za to więcej zapłacić. Wszelkie niewygody zawsze rekompensują zjawiskowe krajobrazy. Na lądzie można oglądać plantacje ananasów czy kakaowców, gaje bananowe lub uprawy imbiru albo kolorowe dominikańskie chałupy, których widok zawsze raduje duszę. Z perspektywy łodzi podziwia się nieposkromioną zieleń wybrzeża porośniętego palmami i migdałowcami. Na dalszym planie majaczą błękitne garby łańcucha Sierra de Samaná, skrywające ekskluzywny surowiec półwyspu – marmur.

Samanę warto także przemierzać pieszo, konno, rowerem czy wypożyczonymi quadami. Pomarańczowoceglasty kurz szutrówek wczepia się w kołnierze koszul, prószy rozradowane twarze, osiada na aparatach, wnika zachłannie we wszystko. Czasem na odcinkach wciąż namokłych po nocnych deszczach zmienia się w rude błoto bluzgające spod tylnych kół gdzie popadnie. Komu to jednak przeszkadza, gdy nabijamy kilometry w plenerach zachwycających taką zmiennością i charakterem. Kiedy mijamy jakby usypane z mąki plaże obmywane przez oślepiająco jasne fale Atlantyku albo pagórkowate pastwiska ponaznaczane „cementowymi” pniami palm królewskich czy wiejskie mikrocmentarze z liczbą grobów do policzenia na palcach jednej dłoni i niesłychaną aurą, bliższą raczej życiu niż śmierci… Wyjeżdżamy pełni energii rano. Wracamy późnym popołudniem o tzw. złotej godzinie – w czasie, gdy zachodzące słońce podlewa świat żółtozłocistym, miękkim światłem, najlepszym dla oka fotografa. Gdzieś w tej eksplodującej wigorem rzeczywistości żyją ludzie, Dominikańczycy, samanés. Wspaniali, przyjaźni, radośni, ujmujący. Chcą, aby przybysz z zewnątrz poczuł się tu dobrze. Nie sposób zresztą, żeby było inaczej. Również wieloryby, potężne, lecz pełne dostojeństwa humbaki, upodobały sobie wody w okolicy półwyspu Samaná i rokrocznie przypływają w te malownicze strony na gody. Można je wówczas dyskretnie obserwować.


 

Łodzie pod palmami w Las galeras

© MARCINWESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

 

MORSKIE TORTURY

W Las Galeras od rana padał deszcz. A przecież prognozy pogody na ten marcowy dzień były inne! Żadnych opadów, tylko słońce, może gdzieniegdzie zachmurzenie. Jednak groźne chmury oberwały się nad zatoką Rincón i lało doprawdy rzęsiście. Widocznie tropikalna noc nie zdążyła wypłakać się przed świtem. Krople, wielkie jak pestki awokado, nadal smagały świat. Ulewa, zbyt mocna bryza i wzburzone fale oceanu nie sprzyjały zupełnie temu, co planowaliśmy, czyli podglądaniu humbaków. Zerkając w dal, rzuciłem nieco na wyrost, że się przejaśnia, że na szarym niebie widać już błękitne prześwity. Bardzo chciałem, aby tak było. Grupa znajomych parsknęła śmiechem. Optymista! –powiedział ktoś. Czekając na śniadanie, siedzieliśmy na tarasie pięknie położonego, kameralnego pensjonatu La Isleta składającego się z kilku bungalowów urządzonych prosto, lecz ze smakiem. Prowadzi go fantastyczny gospodarz, Dominique, Francuz mieszkający od 20 lat w Dominikanie. Ponieważ w tej okolicy, jak sam powiada, był pionierem inwestycji turystycznych, jego uroczy zakątek znajduje się w pierwszej linii brzegowej. Z tego względu każdemu przyjezdnemu na ten widok natychmiast odbiera mowę. Przed laty Dominique podróżował od Brazylii po Tajlandię, szukając swojego miejsca na świecie. Nie potrafił oprzeć się urokom Dominikany. Tu zamieszkał, założył rodzinę i teraz dzieli się z innymi przepięknym kawałkiem swojej przybranej ojczyzny. W niewielkim, lecz bujnym ogrodzie Dominique’a rosną marakuje, guawy, kalabasy, kwitną helikonie i hibiskusy. Czasem zbierałem dojrzałe, opadłe guawy na sok. Niektóre były napoczęte przez nietoperze. Indianie Taino wierzyli, że pod postacią tych nocnych ssaków duchy przodków wracają, aby się posilić. Dlatego guawa (gujawa) czy też po hiszpańsku guayaba, co brzmi znacznie piękniej, ten jeden z najbardziej kojarzonych z tropikiem owoców, jest poświęcona zmarłym. Zresztą sam jej aromat mógłby wskrzesić nieboszczyka... Nazwa La Isleta, czyli w języku hiszpańskim Wysepka, pochodzi od wspomnianej wcześniej El Cayito, widocznej zresztą z pensjonatu. Niewiele trzeba tu było wymyślać. 

Na śniadanie dostaliśmy prócz smażonych jajek i tostów równiutko pocięte papaje i ananasy, sok z marakui oraz świeżą wodę kokosową, a przede wszystkim dominikańską kawę: mocną, aromatyczną, krzepiącą. Tymczasem nad przylądkiem Samaná, czyli tam, gdzie mieliśmy popłynąć tego dnia, uparcie czerniało zamiast jaśnieć. Po niecałej godzinie nastąpił cud. Przestało padać. Za to powietrze zwilgotniało jeszcze bardziej, bo teraz woda zmieniała się w parę. W końcu dotarliśmy na plażę, gdzie miejscowi szykowali już łodzie na morską eskapadę, która o mały włos mogła nas ominąć. Było ich kilkunastu. W tropiku gorsza pogoda nie zasiewa w ludziach wątpliwości. Uwijali się. Każdy wiedział, w co ma ręce włożyć. Wybierali deszczówkę z kadłubów, sprawdzali silniki Yamaha, liczyli kapoki. Joel przyjechał czarnym pick-upem i przywitał się z kim mógł. Był szefem, kapitanem kapitanów. Przywiózł plastikowe kanistry z paliwem, które ładowano do różnych łodzi. Jedna z nich zwała się Jorge Luis, czyli Jerzy Ludwik. Na innej widniał napis Dios y HombreBóg i Człowiek; być może pomogą sobie nawzajem. Wciąż brakowało słońca, ale niebo powoli się rozchmurzało, ukazując gdzieniegdzie ten upragniony błękit. Poza tym kłębowisko niechcianych chmur wyniosło się nad Cabo Cabrón, w kierunku przeciwnym do naszego celu. Problemem pozostawała jedynie dość silna bryza. Kiedy wszystko było gotowe, miejscowi skrzyknęli się w grupy i nadludzkim wysiłkiem, sapiąc, pojękując i klnąc, wypchnęli do oceanu wyekwipowane łodzie, które dotąd grzęzły w piasku pod wysmukłymi palmami. Po usadowieniu się jak trzeba i wyważeniu jednostki ruszyliśmy. Nasz el capitán nie szczędził potężnego silnika. Wtedy poczuliśmy, czym jest prawdziwa morska przygoda. 

Już od startu nami niemiłosiernie trzęsło i ciągle rzucało na boki. Nasza zuchwała szalupa napierała dziobem na coraz większe fale, tłukła nim spienione bałwany, cięła niesforne grzywacze. Co chwilę odrywało nas od kotłującego się oceanu, od tej rozszalałej, atramentowej topieli, po czym wpadaliśmy ponownie w jego rozbujane, zdradliwe ramiona z wielkim hukiem. Od tych nagłych uderzeń nasze ciała całe wibrowały, traciły rezon; pośladki gięły się na ławach łodzi jak plastelina na blacie stołu. Spojrzałem na kompana siedzącego obok. Po każdym twardym lądowaniu mrużył oczy, po każdym szturmie zaciskał zęby. Kapitan, obserwując nas, dławił się od śmiechu. Żywioł nie zamierzał słabnąć. Woda wdzierała się na pokład, mocząc nam ubrania, chlustając po oczach, po aparatach, po wszystkim. Była ciepła, nic dziwnego, że ok. 40-tonowe humbaki baraszkują w niej gorliwie o tej porze roku. Na domiar złego z resztki podejrzanych chmur lunął deszcz, nie tak mocny, jak ten poprzedni, ale doskwierający podwójnie. Co jeszcze mogło nas upokorzyć? Może spotkanie z jakąś morską ohydą, choćby legendarnym krakenem? Żadne takie monstrum nie wypełzło jednak z podwodnych czeluści. Po trwającej mniej więcej godzinę udręce morze się uspokoiło i wreszcie zaświeciło słońce. Kiedy otrząśnięci z szoku i słonej wody wróciliśmy do życia, padło pytanie: I gdzie są humbaki?.


 

 

Ekipa dominikańczyków przygotowująca się do wypłynięcia na pełne morze wraz z grupą turystów

© MARCINWESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

LEKCJA O HUMBAKACH

Dla tych, którzy nie pamiętają lekcji biologii na temat tych wielkich i uroczych stworzeń, mamy zwięzłe résumé. Humbaki czy też inaczej długopłetwce oceaniczne to ogromne morskie ssaki. Nazwa łacińska gatunku brzmi Megaptera novaeangliae i precyzyjnie oddaje znamienny szczegół anatomii tych olbrzymów. Termin megaptera pochodzi z greki. Tłumaczy się go jako „wielkie skrzydło”. Humbaki mają długie i masywne płetwy piersiowe przypominające skrzydła jakiegoś prehistorycznego ptaka. Podłużne głowy i żuchwy waleni poznaczone są charakterystycznymi guzami, które wyrastają w równych odstępach. Ich układ przypomina fragment gigantycznego alfabetu Braille’a. Co ciekawe, każdego osobnika można dokładnie zidentyfikować po unikatowym wzorze na płetwie ogonowej, podobnie jak człowieka po liniach papilarnych. Warto jeszcze odnotować, że humbak to po prostu... garbus. W języku angielskim zwie się humpback whale, a po hiszpańsku ballena jorobada (w obu przypadkach nazwy da się przetłumaczyć jako „wieloryb garbus"). Bierze się to stąd, że podczas zanurzania waleń ten „garbi się” w charakterystyczny sposób. Dorosłe osobniki mogą mierzyć nawet do 17 m, a ważyć do 45 t. Humbaki w codziennym menu stawiają na „owoce morza”, głównie w postaci krylu. Są wytrawnymi akrobatami i pieśniarzami. Potrafią wyskakiwać z oceanu z impetem, co dla takich gigantów jest nie lada wyczynem i świadczy o ich olimpijskiej sprawności. W celu komunikowania się korzystają z własnego systemu dźwiękowego, czyli tzw. pieśni. Nawołują się nimi, rozpoznają, wabią płeć przeciwną. Humbaki imponują zacięciem wytrawnych podróżników. Co roku płyną po kilka tysięcy kilometrów z arktycznej północy na rozgrzane południe. Są wśród nich „Amerykanie”, „Kanadyjczycy”, „Grenlandczycy” i „Islandczycy”. U wybrzeży Dominikany, w błogim cieple podzwrotnikowych wód odbywają gody i wydają na świat potomstwo. Ciąża samicy trwa ok. 11–11,5 miesięcy, co oznacza, że humbaczątka będące owocem zeszłorocznych flirtów mają szansę urodzić się tam, gdzie zostały poczęte.

W okolicy malowniczego półwyspu Samaná humbaki oddają się miłosnym igraszkom od wieków, rokrocznie, od stycznia do marca. Dlatego tutaj trafiliśmy. Tyle że te fascynujące stworzenia lubią się podroczyć z ciekawskimi obserwatorami (a może wścibskimi podglądaczami?) i dość często chowają się w morskiej głębinie. Nie wyskakują z niej na zawołanie, nie mają parcia na szkło. Nam jednak dopisało szczęście. Na koniec naszej mokrej odysei humbaki nie zawiodły i pokazały się w całej okazałości. Pozwoliły na siebie popatrzeć chociaż przez chwilę. Wynurzone, przepływały blisko łodzi, pojedynczo bądź stadnie. Poruszały się elegancko, z gracją. Ich czarne, muskularne grzbiety, napinając się przy zanurzaniu, połyskiwały w słońcu. Obserwowanie humbaków to czysta frajda. Jest w tym jednocześnie coś mistycznego – patrzących opanowuje chwytające za serce uczucie, jakie wywołuje obcowanie z dziką naturą tu i teraz. Oto komplet cudownych wrażeń z pobytu w rajskim Las Galeras.

 

Artykuły wybrane losowo

Peru w kolorach tęczy

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

WWW.LUCYNA-LEWANDOWSKA.PL

 

Obchody Inti Raymi (Święta Słońca) w Cusco

025518 300

© HEINZ PLENGE PARDO/PROMPERÚ

 

W języku hiszpańskim nazwę „Peru” akcentuje się na ostatnią sylabę, przeciągając nieco literę „u”. W rozmowie z mieszkańcami zawsze warto wspomnieć, że bardzo podoba nam się ich ojczyzna. „Perú, hermoso país” („Peru, piękny kraj”) nie jest wcale jedynie kulturalną formułką, ponieważ to rzeczywiście wspaniałe miejsce na naszym globie, olśniewające niezmiernie zróżnicowanymi krajobrazami i fascynującą kulturą, ale chyba przede wszystkim zachwycające wręcz niesamowitą mozaiką barw.

 

Z podróży w te strony pozostają w pamięci soczysta zieleń Amazonii, błękit Oceanu Spokojnego, pomarańcz i brąz wyżyn oraz wielokolorowe stroje peruanos (Peruwiańczyków). Nic więc dziwnego, że wiphala, symbol kojarzony z imperium Inków (Tawantinsuyu), składa się z kwadratów w siedmiu kolorach. W swojej współczesnej wersji prezentują one spektrum światła widzialnego.

 

Już sam lot z Europy do Peru dostarcza barwnych widoków. Kiedy przemierzymy niebieski Atlantyk, przez kilka godzin przez okna samolotu możemy przyglądać się olbrzymiej puszczy amazońskiej. W pewnym momencie zielony las deszczowy niespodziewanie zamyka potężny łańcuch Andów. Gdy docieramy do mniej więcej 10-milionowej Limy, stolicy kraju, góry nagle ustępują miejsca kolejnemu oceanowi, tym razem Pacyfikowi.


KOLONIALNE MIASTO KRÓLÓW

 

Lima, niegdyś jeden z najbogatszych ośrodków Ameryki Południowej, nazywana bywa też miastem hiszpańskich konkwistadorów. Francisco Pizarro (1478–1541) założył ją prawie 500 lat temu (w styczniu 1535 r.) jako bazę do podboju państwa Inków. Aż do 1824 r. była stolicą Wicekrólestwa Peru. Pierwotnie tytułowano ją Miastem Królów (Ciudad de los Reyes). Mimo wielokrotnych trzęsień ziemi zabytki w Limie zachowały swój kolonialny charakter i wciąż przypominają o jej dawnym bogactwie. Świadczy o tym wpisanie w 1988 r. zabudowy historycznego centrum na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Najwięcej turystów przyciąga plac Broni (Plaza de Armas, inaczej Plaza Mayor). Nazwę tę nadawano dość często głównym placom w wielu miastach Ameryki Południowej, ponieważ tu podczas najazdów z zewnątrz rozdawano broń ludziom. W tym miejscu znajdują się największe zabytki kolonialne: Katedra (Catedral de Lima) z grobowcem Francisca Pizarra, Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) z pięknymi zdobionymi balkonami i Pałac Wicekrólów, obecnie Pałac Rządu (Palacio de Gobierno), w którym w 1821 r. ogłoszono niepodległość Peru. Obowiązkowo należy również złożyć wizytę w XVII-wiecznej Bazylice św. Franciszka, tworzącej zespół architektoniczny wraz z pobliskim klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco) i uchodzącej za jedną z najpiękniejszych budowli sakralnych na kontynencie. Za jej potężną fasadą kryje się wnętrze ozdobione freskami, pozłacanymi ołtarzami i malowidłami. Odwiedzających intrygują jednak przede wszystkim tajemnicze katakumby znajdujące się pod ziemią. Jak twierdzą przewodnicy, pochowano w nich 25 tys. osób. Po obejrzeniu złożonych w kolejnych salach kości i czaszek nabiera się przekonania, że liczba ta wcale nie jest zawyżona.

 

Prowincja Lima przyciąga turystów także nowoczesnym nadmorskim rejonem z widokiem na długie oceaniczne fale, idealne do surfowania. Prym na tym obszarze wiedzie ekskluzywny dystrykt Miraflores, położony praktycznie na skraju klifów. Władze regionu postanowiły stworzyć tutaj zespół parków z rzeźbami, oryginalnymi roślinami oraz ścieżkami do spacerów i uprawiania joggingu. W wysokich wieżowcach działają najlepsze w okolicy restauracje, sklepy, hotele i nocne kluby.

 

Na zainteresowanie zasługuje też limska kuchnia ze specjałem ceviche (cebiche), czyli marynowaną surową rybą podawaną z sokiem z limonki, z dodatkiem cebuli, papryki i soli. Warto zwrócić uwagę, że to tradycyjnie przyrządzane danie można spotkać zarówno w luksusowych lokalach, jak i małych ulicznych budkach. Poza tym limeños (mieszkańcy Limy) uwielbiają pisco – brandy wyprodukowane z winogron. Alkohol ten jest składnikiem koktajlu pisco sour, uznawanego niemal za symbol narodowy Peru.

 

INKASKI ŚWIAT

 

Dawna stolica Inków – Cusco (Cuzco) – leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., pośród łagodnych, najczęściej nagich wzgórz. W oddali wznoszą się przykryte śniegiem monumentalne andyjskie szczyty. Przed udaniem się w ten rejon warto sobie uświadomić, że Peru ze względu na swoje położenie blisko linii równika i zróżnicowane ukształtowanie terenu charakteryzuje się rozmaitymi rodzajami klimatu. W trakcie naszej zimy w tej okolicy bywa jednak dosyć ciepło. Choć nocą temperatura powietrza potrafi spaść do 0°C, to w ciągu dnia, na słońcu, wzrasta nawet do ponad 20°C.

 

Mimo iż blisko 84 proc. mieszkańców kraju posługuje się na co dzień hiszpańskim, ciągle używa się tu kilkunastu języków indiańskich, w tym keczua i ajmara. To właśnie od pochodzącego z tego ostatniego języka wyrażenia qusqu wanka („skała sowy”) wielu etymologów wywodzi nazwę Cusco. Według legendy założył je pierwszy inkaski władca Manco Cápac. Zgodnie z badaniami archeologów Inkowie przybyli tutaj na początku XIII stulecia. Ich ośrodek szybko stał się najważniejszym centrum gospodarczym i kulturalnym regionu, mogącym poszczycić się m.in. nowoczesnym systemem wodno-kanalizacyjnym. Prawdopodobnie stanowi najstarsze miasto na zachodniej półkuli zamieszkane nieprzerwanie do dziś.

 

Czas największego rozkwitu Cusco przypadł na XV w. Trzeba zaznaczyć, że państwo Inków (nazywane Tawantinsuyu, Tahuantinsuyo)liczyło wtedy ok. 14 mln mieszkańców i rozciągało się na terenach należących obecnie do Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile, Argentyny i Kolumbii. Ten wyjątkowy okres skończył się wraz z przybyciem Hiszpanów. W listopadzie 1533 r. Francisco Pizarro podbił miasto. Trzy lata później spalono je, aby stłumić antyhiszpańskie powstanie. Na gruzach Cusco kolonizatorzy postawili nowe budynki. Wznieśli je m.in. z pozostałości po inkaskiej zabudowie. Z biegiem czasu okazało się, że mury konstruowane przez Inków z odpowiednio ociosanych kamieni potrafią przetrwać kolejne trzęsienia ziemi, hiszpańska architektura natomiast często ulegała zniszczeniom i wiele obiektów trzeba było wciąż stawiać od nowa.

 

Do dzisiaj możemy podziwiać tu zarówno budowle konkwistadorów, jak i fragmenty pierwotnego miasta. Centralnym placem jest – oczywiście – Plaza de Armas, przy którym wznosiła się niegdyś świątynia ku czci boga słońca (Coricancha). Stanowiła ważny ośrodek kultu, miejsce koronacji i pochówku inkaskich królów. Obecnie znajduje się w tym rejonie Klasztor św. Dominika Guzmána (Convento de Santo Domingo), w którym obejrzymy pozostałości pierwotnego obiektu. Przy głównym placu stał również pałac XV-wiecznego władcy Inków Viracochy (Huiracocha Inca). Na jego fundamentach wybudowano Katedrę (Catedral del Cusco), symbol nowego miasta. Hiszpanie zakończyli prace nad kościołem po ponad 100 latach. W ich trakcie używali kamieni pochodzących z murów pobliskiej inkaskiej twierdzy Sacsayhuamán. W środku, oprócz bogatych dekoracji, możemy podziwiać m.in. obraz peruwiańskiego malarza Marcosa Zapaty (ok. 1710–1773) przedstawiający ostatnią wieczerzę. W odróżnieniu od europejskich wersji tej sceny na stole przed Jezusem i apostołami autor umieścił półmisek z daniem typowym dla Peru – pieczoną świnką morską (kawią domową).

 

O potędze Inków świadczy wspomniana twierdzaSacsayhuamán,która góruje nad Cusco. Chociaż do dziś przetrwały jedynie jej ruiny, nadal zachwyca turystów. Plan fortecy przypomina kształtem pysk pumy – zygzakowate mury przywodzą na myśl zęby. Została ona wzniesiona z gigantycznych kamiennych bloków idealnie przylegających do siebie bez zastosowania jakiejkolwiek zaprawy. Największe z zachowanych głazów ważą 300–350 t. Budowa twierdzy trwała mniej więcej 50 lat i według badaczy musiało przy niej pracować ok. 20 tys. robotników. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że Inkowie nie znali koła, nie używali zwierząt pociągowych, a poszczególne kamienie dopasowywali do siebie jedynie za pomocą narzędzi.

 

Spacer ulicami Cusco to także doskonała okazja do przyjrzenia się niezwykłym ubraniom jego mieszkańców, łączącym tradycyjne elementy stroju ludowego z wpływami hiszpańskimi. W wielu rejonach Peru typowym kobiecym ubiorem jest suto marszczona, wielowarstwowa spódnica sięgająca kolan, ściągnięta szerokim i bogato zdobionym pasem. Zamiast torebek czy plecaków Peruwianki używają kolorowych, pasiastych tkanin zwanych mantami. Noszą w nich m.in. warzywa, drewno i… dzieci. Mężczyźni ubierają się na ogół po europejsku, choć można spotkać też panów w klasycznych, barwnych poncho. W okolicy Cusco i jeziora Titicaca dopełnieniem zarówno damskiego, jak i męskiego stroju są kapelusze podobne do meloników, zapewne pozostałość po hiszpańskich kolonizatorach.

 

SZLAKIEM INKÓW

 

Mimo iż dawna stolica Inków leży ok. 450 km w linii prostej od wybrzeża, a ze względu na ukształtowanie terenu od Pacyfiku dzieli ją trasa o długości ponad 650 km, to ryby złowione w oceanie trafiały świeże na stół ich władcy. Dzięki rozbudowanemu systemowi szlaków specjalnie przeszkoleni gońcy (chasquis) mogli przemieszczać się bardzo szybko. Również i dzisiaj turyści mają okazję docenić wielkość rozwijającej się w tym regionie cywilizacji.

 

Odtworzona kamienna Droga Inków (Camino Inca), wiodąca w dolinie Urubamby na północny zachód od Cusco, należy bez wątpienia do najpiękniejszych tras turystycznych świata. Dziennie wpuszcza się na nią maksymalnie tylko 500 osób, a rezerwacji trzeba dokonywać kilka miesięcy wcześniej z uwagi na dużą liczbę chętnych.

 

W ciągu od 2 do 5 dni przechodzi się zarówno przez las deszczowy z niezliczoną ilością egzotycznych kwiatów i ptactwa, jak i przez wysoko położone przełęcze, z których najwyższa to Warmiwañusqa (4200 m n.p.m.). Na odpoczynek uczestnicy wyprawy zatrzymują się w inkaskich ruinach, robiących imponujące wrażenie pośród górskiego krajobrazu. Zwieńczeniem całej wędrówki jest wizyta w najbardziej znanym mieście Inków – Machu Picchu (ok. 2430 m n.p.m.).

 

TAJEMNICA Z PRZESZŁOŚCI

 

Do słynnego ośrodka w Andach można dotrzeć nie tylko pieszo, ale także pociągiem PeruRail z Cusco. Dojeżdża się wówczas do miejscowości Aguas Calientes, skąd dalej o własnych siłach bądź autobusem należy udać się już bezpośrednio do zapierających dech w piersiach ruin.

 

Inkowie wznieśli kompleks Machu Picchu w połowie XV w., kiedy ich cywilizacja znajdowała się u szczytu potęgi. Mieszkali w nim zaledwie przez ponad 100 lat. Z nieznanych nam przyczyn opuścili miasto w 1572 r. Być może zrobili to ze względu na szerzącą się epidemię jakiejś choroby, brak wody lub stopniowy upadek państwa spowodowany hiszpańską inwazją, chociaż mimo niewielkiej odległości od Cusco (ok. 130 km), konkwistadorzy nigdy tu nie dotarli. W ciągu kolejnych 350 lat górskie ścieżki prowadzące do ośrodka zarosły, a wśród kamiennych budowli zaczęła rządzić natura. O istnieniu miejsca wiedzieli nieliczni Indianie. Dla świata odkrył je amerykański naukowiec Hiram Bingham III (1875–1956) 24 lipca 1911 r.

 

Otoczenie Machu Picchu wygląda niemal bajkowo. Miasto powstało na wysoko położonym siodle (ponad 2400 m n.p.m.), pomiędzy Młodym Szczytem (Huayna Picchu lub Wayna Picchu, ok. 2700 m n.p.m) a Starym Szczytem (Machu Picchu). W dolinie leżącej 400 m niżej wije się rzeka Urubamba, a stoki wokół porastają bujne lasy. Inkowie wykorzystali naturalne ukształtowanie terenu i rozplanowali swój ośrodek na tutejszych skalnych półkach. Do domów i pól uprawnych na specjalnie przygotowanych tarasach woda docierała licznymi kanałami tworzącymi razem rozbudowany system. Wszystkie budowle, zarówno mieszkalne, jak i te o znaczeniu religijnym, wzniesiono z ciosanych i dobrze dopasowanych kamieni.

 

Indianie zastosowali tu też swoją wiedzę dotyczącą astronomii. W Świątyni Trzech Okien (Templo de las Tres Ventanas) promienie słoneczne wpadają do wnętrza tylko w określonych porach dnia. Umieszczony natomiast na niewielkim wzgórzu kamień Intiwatana prawdopodobnie służył kapłanom jako kalendarz i zegar astronomiczny.

 

Do dziś badacze nie są pewni, jakie znaczenie miało Machu Picchu w inkaskim imperium. O wyjątkowości miasta świadczy nieduża liczba jego mieszkańców (prawdopodobnie żyło w nim od 300 do 1 tys. osób) i fakt, że na tutejszej nekropolii odkryto dużo więcej grobów kobiet niż mężczyzn. Być może stanowiło ono ośrodek religijny, na co wskazywałyby liczne obiekty kultu.

 

Widok na Machu Picchu z charakterystyczną sylwetką Huayna Picchu

022330 300

© PILAR OLIVARES/PROMPERÚ

 

LINIE NA PUSTYNI

 

Większość turystów odwiedzających Machu Picchu bywa tak zachwyconych oszałamiającymi widokami, że uznaje je za jedno z najwspanialszych stanowisk archeologicznych na świecie. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, iż Inkowie byli nie tyle twórcami, ile spadkobiercami ludów andyjskich, żyjących znacznie wcześniej. Na terytorium dzisiejszego Peru rozwijały się po sobie kultury Vicús, Chavín, Cupisnique, Pucará, Recuay, Cajamarca, Lima, Huarpa (Warpa), Lambayeque (Sicán), Nasca (Nazca), Paracas, Tiahuanaco, Wari (Huari), Pachacámac (Pacha Kamaq), Chincha, Chachapoyas, Colla, Lupaca, Chiribaya, Maranga, Huamachuco, Huanca (Wanka), Chancay, Moche (Mochica) i Chimú. Do naszych czasów przetrwało dostatecznie wiele obiektów i przedmiotów świadczących o wielkich umiejętnościach i twórczej wyobraźni ich autorów. Są wśród nich zarówno monumentalne budowle, jak i wymyślne wyroby ze złota.

 

Do najbardziej niezwykłych przykładów starożytnej architektury krajobrazu należą ogromne znaki utrwalone na płaskowyżach oddalonych o ok. 90 km od wybrzeża Peru. Największe ich zagęszczenie znajdziemy w pustynnym rejonie Pampas de Jumana, między miejscowościami Nasca (Nazca) i Palpa. Tajemnicze linie i rysunki powstawały między VI w. p.n.e. a VI stuleciem n.e. Na temat ich pochodzenia i przeznaczenia wysunięto mnóstwo hipotez, a niekiedy wręcz sensacyjnych teorii. Znalezione w pobliżu przedmioty identyfikowane z kulturą Nasca mogą świadczyć o tym, że znaki te były dziełem mieszkańców tej okolicy. Według badaczy do stworzenia większości rytów wystarczyło tylko kilku ludzi wyposażonych w tyczki i sznurek jako prosty przyrząd mierniczy oraz miotłę. W jakim jednak celu powstały te osobliwe wzory, zapewne nigdy się już nie dowiemy.

 

Wyróżnia się tutaj szczególnie kilka rysunków, takich jak m.in. przedstawienia kolibrów, kondorów, czapli, żurawia, pelikana, mewy, papugi, małpy, pająka, ślimaka, psa, 27-metrowego walenia, węża, ryby, kaktusów i kwiatów. Ze względu na ich gigantyczne rozmiary geoglify te w całości można podziwiać wyłącznie z dużej wysokości, np. podczas lotu samolotem. W nieodległej miejscowości Nasca organizowane są tego typu wycieczki dla chętnych.

 

KRAINA SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

Z pustynnego płaskowyżu przenosimy się dla odmiany w ośnieżone Andy. Białe szczyty, ostre słońce i lazurowe jeziora – tym właśnie charakteryzuje się Park Narodowy Huascarán (Parque Nacional Huascarán), który dzięki swojej wyjątkowości został wpisany w 1985 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajduje się w nim na obszarze 3400 km² 296 akwenów, 41 rzek, ponad 660 lodowców i 27 sześciotysięczników, w tym najwyższa góra Peru, czyli Nevado Huascarán (6768 m n.p.m.), stanowiąca cel spragnionych wrażeń miłośników wspinaczki.

 

Na tym obszarze wyróżnia się siedem stref roślinnych: od wilgotnych lasów po formacje wysokogórskie. Rośnie tutaj np. kantuta (Cantua buxifolia), uznawana za narodowy kwiat Peru. Spośród żyjących w tych stronach zwierząt warto wymienić andoniedźwiedzia okularowego (niedźwiedzia peruwiańskiego), który jest jedynym gatunkiem z rodziny niedźwiedziowatych występującym w Ameryce Południowej.

 

Nie tylko amatorzy turystyki wysokogórskiej znajdą w parku coś dla siebie. Niektóre jego malownicze zakątki da się zwiedzić w ciągu jednego dnia, zarówno podczas wycieczki pieszej czy rowerowej, jak i wyprawy na mule.

 

LIŚCIE KOKI W FILIŻANCE

 

W trakcie przemierzania płaskowyżu Altiplano na pewno zauważymy, jak powszechnie miejscowi spożywają liście koki. W Peru można je kupić legalnie za niewielkie pieniądze na każdym targowisku, nierzadko nawet w sporych workach. Ludzie zamieszkujący te tereny już 8 tys. lat temu żuli kokę m.in. dlatego, że dzięki temu odczuwa się mniejszy głód, a wędrówka, dźwiganie bagażu lub wykonywanie innych czynności na dużych wysokościach nie wymagają tyle wysiłku co zazwyczaj.

 

Krzew kokainowy (Erythroxylum coca) odgrywa istotną rolę w kulturze andyjskiej. Jego liście, przypominające kształtem liście laurowe, ofiarowywane były bogom, a w czasach Inków używały ich głównie klasy uprzywilejowane. Ponad 100 lat temu (od 1885 do 1929 r.) wykorzystywano je do produkcji coca-coli. Obecnie mieszkańcy andyjskich wyżyn żują kokę i sporządzają z niej napar zwany mate de coca (lub té de coca). Napój ten (zwalczający objawy choroby wysokogórskiej), traktowany jak herbata, podawany jest nawet w ekskluzywnych hotelach. Liście z krzewu kokainowego stanowią też dodatek do tutejszych ciastek i cukierków. Warto pamiętać, że turyści mogą bez przeszkód wywozić z kraju tego typu produkty, ale nie samą roślinę.

 

WEŁNA BOGÓW

 

Stepowe płaskowyże Peru, pokryte niską roślinnością, są naturalnym środowiskiem życia dla bardzo sympatycznych i pożytecznych dla człowieka zwierząt. Lamy andyjskie, alpaki i wikunie andyjskie (wigonie) należą do jednej rodziny wielbłądowatych. Z daleka wyglądają podobnie, jednak alpaka trochę bardziej przypomina owcę, wikunia z kolei jest z nich wszystkich najbardziej smukła. Słowo llama (polskie „lama”) wywodzi się z języka keczua. Hiszpanie tłumaczyli je jako„owca”. Później za pośrednictwem języka hiszpańskiego wyraz przyswoili sobie inni mieszkańcy Europy.

 

Wikunie w Peru objęte są ochroną. Na trasach przelotowych, z dala od miast, można zobaczyć znaki informujące o ich występowaniu. W takich okolicach na drogach umieszczono specjalne progi spowalniające ruch samochodowy ze względu na pasące się zwierzęta. Lamy i alpaki w Ameryce Południowej odgrywały ważną rolę w gospodarstwie już ponad 5 tys. lat temu. Trzymano je dla pozyskiwanej z ich sierści przędzy oraz dobrego mięsa, które zawiera bardzo dużo białka i jednocześnie zaskakująco mało cholesterolu i tłuszczu. I choć hodowla lam bardziej się rozpowszechniła, to jedynie wełnę z alpak nazywa się wełną bogów.

 

Już w czasach Inków takie wełniane tkaniny kojarzono z luksusem, a ubrania z nich wykonane nosiła inkaska arystokracja. Także i dzisiaj tego typu odzież sporo kosztuje, ponieważ sama przędza jest wyjątkowo miękka, delikatna i lekka, a zrobione z niej rzeczy są trzy razy cieplejsze niż te z włókien owczych i trzykrotnie bardziej odporne na ścieranie. O niezwykłej wytrzymałości materiału mogą zaświadczyć odkrycia archeologiczne. W peruwiańskich grobowcach znaleziono przedmioty z wełny z alpak pochodzące jeszcze sprzed narodzin państwa Inków.

 

Wysepki Uros na jeziorze Titicaca

020838 300

© JUAN PUELLES/PROMPERÚ

 

DRYFUJĄCE WYSPY

 

Jeśli udamy się w góry na granicy z Boliwią, będziemy mogli podziwiać wyjątkowy krajobraz, który tworzą dwa pasy przepięknego błękitu przedzielone brązowymi wzgórzami i błyszczącymi od śniegu szczytami. Takie widoki zapewnia Titicaca – najwyżej położone żeglowne jezioro świata (3812 m n.p.m.). To również drugie co do wielkości jezioro w Ameryce Południowej (po Maracaibo w Wenezueli). W najszerszym miejscu mierzy niemal 80 km, a jego całkowita powierzchnia wynosi ok. 8400 km². Jest więc ok. 74 razy większe od polskich Śniardw.

 

Główne miasto w tym rejonie – 150-tysięczne Puno – stanowi bardzo dobrą bazę wypadową do poznawania okolicy. W porcie warto zobaczyć historyczną kanonierkę Yavarí, która została zbudowana w Wielkiej Brytanii w 1862 r., a potem w częściach dotarła nad Titicacę. Statek złożono ostatecznie w 1870 r. Był wykorzystywany przez ponad 100 lat (do 1975 r.).

 

Największą atrakcją jeziora są jednak wyspy Uros (Urus) z trzciny totora, które mogą… pływać (na terytorium Peru istnieje ich ponad 20). Kiedyś swobodnie dryfowały, terazprzycumowuje się je w jednym miejscu. Sama roślina przez wieki była podstawowym produktem dla tutejszej ludności. Indianie Uro (Uru) przygotowywali z niej herbatę, jedli słodki rdzeń, dorzucali ją do paleniska. Dzisiaj wciąż z trzciny buduje się domy i łodzie (tzw. caballitos de totora) oraz wyrabia meble i pamiątki. Średnio co trzy miesiące na zgniłe fragmenty wyspy kładzie się nową warstwę liści i łodyg. Po ok. 20 latach całą konstrukcję trzeba wymienić.

 

Część regionu pozostaje zamieszkana. Indianie żyją tu głównie z rybołówstwa, choć turystyka staje się coraz ważniejszym źródłem ich dochodów. Miejscowi często porzucają język uro (uru) na rzecz ajmara czy hiszpańskiego.

 

Na jeziorze znajdują się też naturalne wyspy. Taquile słynie z wyrobu tkanin. W 2008 r. ta sztuka została wpisana oficjalnie na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jej mieszkańcy (taquileños) aż do lat 50. XX w. żyli w niemal całkowitej izolacji, dzięki czemu wciąż łączy ich silne poczucie wspólnoty. Noszą typowe jedynie dla Taquile stroje. Kobiety zakładają czarne lub czerwone spódnice (polleras) i różowe bluzki (almillas), a na głowę i ramiona długie, czarne chusty, które z tyłu sięgają kolan (chuku). Mężczyźni ubierają się przeważnie w czarne spodnie z szerokim, kolorowym pasem i białe koszule. Ten zwyczaj, inspirowany wyglądem hiszpańskich chłopów, pojawił się z końcem XVI w., kiedy to konkwistadorzy zabronili taquileños używania tradycyjnego ubioru.

 

Chociaż tkaniny wytwarza niemal cała lokalna społeczność, bez względu na wiek i płeć, to kobiety głównie przygotowują przędzę, a mężczyźni tkają i robią na drutach. Najbardziej charakterystycznymi częściami stroju są szeroki paskalendarzowy, przedstawiający coroczny cykl prac i obrzędów, oraz wełniana czapka chullo z nausznikami, która w różnych wariantach, nie tylko kolorystycznych, jest popularna w całym kraju.

 

KANION SZYBUJĄCYCH KONDORÓW

 

Polacy pozostawili po sobie w Peru dwa ważne ślady. Polski inżynier Ernest Malinowski (1818–1889) wybudował w nim drugą najwyżej położoną linię kolejową na świecie (Ferrocarril Central del Perú – Centralną Kolej Transandyjską). Natomiast w maju 1981 r. dziką, spienioną rzeką na dnie kanionu Colca po raz pierwszy w historii spłynęła grupa kajakarzy z Polski z Andrzejem Piętowskim (kierownikiem wyprawy) na czele. Wyczyn ten został wpisany do Księgi rekordów Guinnessa i przyniósł temu miejscu sławę. W dowód wdzięczności mieszkańcy pobliskiego miasteczka Chivay nazwali główną 6-kilometrową ulicę Avenida Polonia, czyli aleją Polska.

 

Cañón del Colca uważa się za drugi najgłębszy kanion na ziemi (po Cotahuasi, leżącym także w Peru). Panorama rozpościerająca się z jego stromych brzegów zapiera dech w piersiach. Górne krawędzie wznoszą się na wysokość 4–5 tys. m n.p.m. Dno znajduje się na poziomie od 950 do 3050 m n.p.m. W węższej części kanionu ściany pozbawione są roślinności. U jego wylotu, odległość między brzegami staje się coraz szersza, a na zboczach leżą przepiękne tarasy uprawne.

 

Największe wrażenie wywiera jednak widok kondorów wielkich o poranku. W miejscu zwanym Krzyżem Kondora (Cruz del Cóndor) pojawia się ich najwięcej. Te olbrzymie ptaki (o rozpiętości skrzydeł sięgającej ponad 3 m) przelatują często kilkanaście metrów ponad głowami turystów. Zjawiają się regularnie z samego rana. W wyniku stopniowego ogrzewania promieniami słońca zimnego powietrza z dna kanionu powstają wznoszące prądy, które kondorom widocznie bardzo odpowiadają.

 

TĘCZOWA KRAINA

 

W Peru wciąż spotyka się ślady po mieszkańcach dawnego imperium, którzy zdołali rozwinąć tu rolnictwo, zbudować potężne państwo i założyć miasta w rejonach pięknych, choć ciężkich do życia. Ludzie w tym regionie zawsze uczyli się pokonywać trudności. Widać to nie tylko w opuszczonym Machu Picchu, ale również w niemal 1-milionowej Arequipie, drugim co do wielkości ośrodku w kraju, otoczonym przez wulkany i nawiedzanym przez trzęsienia ziemi. Stare domy i świątynie zbudowane są w nim ze skamieniałej lawy. W bujnym amazońskim lesie równikowym, z dala od cywilizacji Indianie od setek lat zakładają swoje skromne osady.

 

To poza tym niezmiernie zaskakująca kraina. Na kolorowych procesjach i festynach rytuały prekolumbijskie przenikają się z tradycjami katolickimi i lokalnymi zwyczajami. Mężczyźni nad jeziorem Titicaca robią na drutach. Kobiety w górach noszą męskie kapelusze. Na obiad możemy zjeść tutaj pieczoną świnkę morską, a w hotelu zamówimy herbatę z liści koki. Nawet ziemniaki występują aż w kilkudziesięciu odmianach i mają różną barwę: od brązu i żółci po fiolet i czerwień. Dlatego żeby opisać Peru, trzeba użyć całej palety kolorów. W końcu nawet flagi w Cusco są tęczowe.

 

Cruz del Cóndor i Indianie oferujący turystom pamiątki i barwne tekstylia

025850 300

© JAMES POSSO/PROMPERÚ

 

Magiczna Italia inaczej

MAGDALENA CIACH-BAKLARZ

www.italiapozaszlakiem.com

<< Włochy są bez wątpienia jednym z najpiękniejszych krajów świata, jednak przyjeżdżający do nich turyści skupiają się przede wszystkim na kilku najbardziej znanych miejscach, które w szczycie sezonu oblegają tłumy. Wenecja, Rzym, Florencja, Cinque Terre czy Wybrzeże Amalfitańskie rokrocznie przeżywają istny najazd gości, a lokalne władze zastanawiają się, co zrobić z ogromną liczbą przyjezdnych. Wprowadzenie dziennych limitów być może okaże się koniecznością. Dlatego Włochy wychodzą z propozycją zwiedzania atrakcji położonych poza głównym szlakiem turystycznym, mniej znanych i zazwyczaj nie uwzględnianych w popularnych przewodnikach ani ofertach biur podróży. >>

Mimo iż pełna magii Italia przyciąga ludzi z różnych zakątków świata od wielu wieków i wydawać by się mogło, iż nie ma już naprawdę nic do ukrycia, ciągle jeszcze pozostaje krainą nie do końca rozpoznaną. Znajduje się w niej mnóstwo zachwycających miejsc, o których zbyt dużo osób nie słyszało. Dlatego zawsze warto odwiedzić ją ponownie.

 

Wśród różnych sposobów na zwiedzanie Włoch można wymienić choćby podróże kulinarne, winne czy coraz popularniejsze wycieczki w stylu slow travel. Poza tym na Półwyspie Apenińskim odpoczniemy także w gorących źródłach i odkryjemy malownicze miasteczka o historii sięgającej średniowiecza. Coś dla siebie znajdą tu też miłośnicy uprawiania sportu i spędzania czasu na świeżym powietrzu.

 

PRZY WŁOSKIM STOLE

Włochy to kuchnia i właśnie ona determinuje styl życia Włochów, którzy potrafią rozmawiać o jedzeniu wiele razy w ciągu dnia. W tym świecie nie ma poranka, południa i wieczora bez porządnego espresso, rozważań o tym, co będzie na obiad, w jakiej knajpce warto spotkać się na aperitivo, gdzie pójść na kolację. Podobnie jak w innych krajach śródziemnomorskich tu również obowiązuje sjesta. W jej czasie miasteczka stają się jakby wymarłe, sklepy i restauracje są pozamykane. Wieczorem, kiedy upał już zelżeje, Włosi siadają przy stole z przyjaciółmi czy rodziną i godzinami rozmawiają przy winie i jedzeniu. To kwintesencja włoskości – jest głośno, wesoło, wszyscy gestykulują. Kolacja stanowi najważniejszy posiłek dnia i składa się z przekąsek, pierwszego i drugiego dania, deseru i kawy lub czegoś na trawienie, np. likieru limoncello bądź mirto albo grappy. Potem rano zwykle nikomu nie chce się jeszcze jeść, więc na śniadanie mieszkańcy Włoch wypijają na ogół tylko kawę, ewentualnie przegryzają do niej cornetto, słodki rogalik z kremem lub bez nadzienia.

Trzeba zaznaczyć, że Włosi cenią kuchnię regionalną, chlubią się nią i chwalą, dlatego tak wiele sklepów oferuje produkty typowe dla danego terytorium. Warto więc wybrać się do tego kraju na wycieczkę kulinarną lub wyprawę enoturystyczną. Liczne szlaki winne w Toskanii, Umbrii, Marche, Piemoncie, Lombardii, Wenecji Euganejskiej (Veneto), Dolinie Aosty (Valle d’Aosta), Friuli-Wenecji Julijskiej, Abruzji, Ligurii, Emilii-Romanii, Apulii czy wreszcie na Sycylii i Sardynii są znakomicie opisane. Można umówić się na degustację wina, a także oliwy, przyjrzeć się produkcji serów, zwiedzać piwniczki obwieszone suszącymi się szynkami. Każdy region ma swoje charakterystyczne wyroby. Te najlepsze uzyskały oznaczenie DOP (Denominazione di Origine Protetta, czyli Chroniona Nazwa Pochodzenia) lub IGP (Indicazione Geografica Protetta, po polsku Chronione Oznaczenie Geograficzne). Takie produkty powstają według ściśle określonych receptur i w konkretnym miejscu.

Regionem wyróżniającym się pod względem kulinarnym jest Emilia-Romania. Wiele wyrobów kojarzonych na całym świecie z Włochami narodziło się właśnie tutaj. Wśród nich wymienić należy twardy ser parmezan (parmigiano reggiano), szynkę parmeńską (prosciutto di Parma), ocet balsamiczny (aceto balsamico) czy słynne mortadele z Bolonii i Modeny. Spróbować trzeba też z pewnością musującego wina lambrusco, tortellini czy wyjątkowej szynki culatello di Zibello, typowej dla prowincji Parma. Do wszystkiego pasuje piadina (piada), tutejszy rodzaj pieczywa, przypominający cienki placek. To nie przypadek, że w Modenie znajduje się jedna z najlepszych restauracji świata – „Osteria Francescana” Massima Bottury. Funkcję stolicy regionu pełni blisko 400-tysięczna Bolonia, nazywana zresztą grassa („tłusta”), bo jest istną królową smaku. Pod arkadami, które ciągną się tu kilometrami, działają liczne knajpki, salumerie, targi.

 

DŁUGOWIECZNI SARDYŃCZYCY

Błękitne Strefy (Blue Zones) to miejsca, gdzie ludzie żyją najdłużej na świecie. To im poświęcił swoją książkę z 2008 r. The Blue Zones: Lessons for Living Longer From the People Who've Lived the Longest Amerykanin Dan Buettner. Do tych zaledwie pięciu niezwykłych obszarów na naszym globie zalicza się włoska Sardynia. Mieszkańcy wnętrza wyspy – regionu Barbagia – żyją bardzo długo. Co szczególnie zaskakuje, długowieczni są tutejsi mężczyźni.

Sardyńczycy to ludzie niewysocy, mnóstwo czasu spędzają na świeżym powietrzu, w ruchu. Zajmują się m.in. hodowlą owiec. Barbagia jest górzysta, poruszanie się po niej wymaga więc nieco wysiłku. Wyspiarze jedzą prosto i korzystają z produktów, które sami wytwarzają. Każdy pasterz robi sery, ma pod dostatkiem mleka owczego i koziego, a także mięsa, leśnych owoców i ziół. Między pastwiskami rozciągają się winnice, a wino produkuje się choćby na własny użytek. To najsłynniejsze, czerwone nazywa się cannonau.

Na sardyński przepis na długowieczność składają się zatem ruch, świeże powietrze, proste jedzenie i lampka wina dziennie. Do tego należy z pewnością dodać jeszcze kilka rzeczy. Dla Sardyńczyków bardzo ważni są przyjaciele i rodzina, bo czas trzeba spędzać z ludźmi. Wyspa uczy również pokory – rządzi na niej przyroda, to ona karmi, daje i odbiera. Nie bez znaczenia pozostają też brak pośpiechu i ciągłego stresu, tak charakterystycznych dla współczesnej cywilizacji, i solidna dawka słońca.

 

NATURALNA KUCHNIA

Jakiś czas temu na świecie rozpoczęła się moda na zwalnianie. Zaczęło się od ruchu slow food popularyzującego jedzenie potraw przygotowywanych lokalnie, według tradycyjnych przepisów, z naturalnych produktów i składników wytwarzanych w danym regionie. Organizacja o tej właśnie nazwie (Slow Food), dziś o światowym zasięgu, została założona w mieście Bra w Piemoncie w 1986 r. przez krytyka kulinarnego Carla Petriniego. Miała stanowić reakcję na otwarcie kolejnej restauracji sieci McDonald’s w zabytkowej części Rzymu.

Dzięki rozwojowi tej idei w całych Włoszech powstają Mercati della Terra, na których swoje produkty sprzedawać mogą małe firmy zweryfikowane i wybrane przez organizację. Liczy się dobra, zdrowa żywność, bioróżnorodność, lokalność. Obecnie takich miejsc w całym kraju jest 36. Więcej informacji na ich temat znajdziemy na stronie internetowej www.fondazioneslowfood.com.

We Włoszech zakłada się także coraz więcej ekowiosek, gdzie w trakcie kilkumiesięcznego pobytu można nauczyć się np. ekologicznego uprawiania warzyw i owoców. Poza tym działają również Grupy Zakupu Solidarnego (Gruppi di Acquisto Solidale – GAS), które współpracują z lokalnymi ekorolnikami i niewielkimi producentami żywności. Hasło slow spodobało się bardzo i z czasem zaczęło pojawiać się w wielu różnych dziedzinach życia. Dziś istnieją już takie idee jak slow life i slow travel, slow design czy slow garden.

INNE PODRÓŻOWANIE

Można się zastanawiać, czy w dobie szybkich wycieczek, manii fotografowania wszystkich i wszystkiego oraz zaliczania kolejnych atrakcji z listy ruch slow travel ma rację bytu. Termin ten nie oznacza jedynie powolnego podróżowania, ale jego interpretacja często różni się w zależności od kraju i regionu.

                We Włoszech ten sposób odpoczywania i zwiedzania nie jest tylko hasłem reklamowym biur podróży. Włosi rozumieją go jako uważne poznawanie i intensywne odczuwanie. Dla nich czas ma znaczenie podrzędne, liczy się jakość. W podróży nie jest zatem ważne samo odhaczanie kolejnych punktów z długiej listy atrakcji, jej istotę stanowi bycie tu i teraz, przeżywanie chwili, a to oznacza nieraz pójście w drugą stronę niż wszyscy, wyjście poza schemat.

Przykładem wypraw w stylu slow travel mogą być wycieczki dawnymi szlakami pielgrzymkowymi. Znajduje się ich we Włoszech ponad 300. Trasy te zostały zrewitalizowane. Można nimi podróżować przez północne i środkowe regiony kraju, kilka z nich wiedzie również przez południe Italii oraz Sycylię i Sardynię.

Via Francigena to średniowieczny szlak prowadzący z Canterbury w Anglii do Rzymu. Dawniej wędrowali nim pielgrzymi, kupcy czy duchowni. Mijali angielskie pola, francuskie winnice, pokonywali alpejskie przełęcze. Dziś Droga Franków stała się znowu popularna. Wyprawa tym pielgrzymkowym szlakiem to świetna okazja nie tylko do zadumy, ale także spotkania z drugim człowiekiem, przyrodą, historią i kulturą. Można ją rozpocząć w różnych punktach na trasie. Fragmenty Via Francigena są naprawdę nieźle oznakowane, czym zajmują się często lokalne stowarzyszenia, które oferują też pomoc w przejściu danego odcinka. Czasem trzeba przejść wartki strumień czy wspinać się górskim traktem. Przed wyruszeniem w drogę należy zatem odpowiednio się przygotować.

Na Sardynii znajdziemy z kolei Cammino di Santu Jacu. Przez wyspę pielgrzymowali wierni zmierzający do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela w Galicji w Hiszpanii. Szlak biegnie przez interior, gdzie latem temperatury bywają nie do zniesienia. Ma łącznie ok. 1250 km. Wędrówkę najlepiej rozpocząć w Cagliari, Porto Torres, Olbii, Oristano lub na pobliskich wyspach San Pietro czy Sant’Antioco. Poza tym na Sardynii jest jeszcze jeden interesujący szlak – Cammino 100 Torri (1231 km). Wiedzie on wzdłuż wybrzeża, a główne jego punkty wyznacza 107 wież.

Bardzo dużo na temat slow travel i Via Francigena można dowiedzieć się w czasie Slow Travel Fest, wydarzenia organizowanego od czterech lat w Toskanii. Składa się na nie kilka imprez przygotowywanych w różnych lokalizacjach w czerwcu i wrześniu. Ostatnią edycję poświęcono m.in. rodzinnym wędrówkom Drogą Franków wśród bujnej przyrody i zamków w historycznym rejonie Lunigiana oraz wspinaczce i górskim wyprawom w okolicach Camaiore i Alp Apuańskich. Najważniejsza, trzydniowa część, która zamykała całe wydarzenie, odbyła się w klimatycznych, zabytkowych miejscowościach Abbadia a Isola i Monteriggioni. Slow Travel Fest to najlepsza okazja, aby zapoznać się ze sposobem podróżowania Via Francigena (nie musimy decydować się jedynie na pieszą wycieczkę, możemy wybrać również eksplorację jaskiń, rajd rowerowy czy spokojny rafting na pięknej rzece Elsa). Więcej informacji o tym interesującym festiwalu zdobędziemy pod adresem www.slowtravelfest.it.

 

LECZNICZE WODY

Italia usiana jest wulkanami, tak aktywnymi, jak wygasłymi. Nie stanowią one jednak jedynie źródła zagrożenia. Półwysep Apeniński zawdzięcza im swoją urodzajną ziemię, urozmaicone ukształtowanie terenu i liczne wyspy w jego okolicach, a także występowanie wód termalnych. Te ostatnie mają wiele dobroczynnych właściwości, zarówno dla ciała, jak i duszy. We Włoszech znajduje się mnóstwo gorących źródeł. Rozmieszczone są od Lombardii na północy kraju przez Emilię-Romanię, Toskanię i Lacjum aż po Kampanię, Sycylię i Sardynię.

                Wyspa Ischia, położona na Morzu Tyrreńskim w Zatoce Neapolitańskiej, nazywana bywa największym naturalnym spa w Europie. Dzięki wygasłemu wulkanowi Epomeo (ok. 790 m n.p.m.) powstało na niej ponad 100 źródeł termalnych o leczniczych właściwościach. Temperatura wody waha się od 28 do 40°C. Tutejsze komfortowe ośrodki spa oferują gorące okłady z błota pochodzenia wulkanicznego z wysoką zawartością soli mineralnych, inhalacje i aerozole. Kto by się nie skusił...

Na Vulcano, jednej z Wysp Liparyjskich (Eolskich) u wybrzeży Sycylii, leży błotne jezioro podgrzewane przez czynny wulkan. Ze względu na dużą zawartość siarki w błocie okłady z niego działają kojąco, a skóra po takiej kuracji staje się jedwabiście gładka i bardziej elastyczna. Zaleca się, aby nie przesiadywać w jeziorze dłużej niż 25 minut. Po takiej kąpieli koniecznie trzeba wziąć prysznic lub choćby opłukać się w morzu. Charakterystyczny zapach siarki dość długo utrzymuje się na skórze, więc im szybciej ją obmyjemy, tym lepiej. Przy korzystaniu z gorących źródeł trzeba też pamiętać o zdjęciu biżuterii przed zanurzeniem się, gdyż może się ona zniszczyć w wyniku reakcji chemicznych zachodzących podczas kontaktu metalu z nasyconą minerałami wodą.

Trzy znakomite termy znajdują się w lombardzkim Bormio, niewielkim, średniowiecznym miasteczku położonym na alpejskim zboczu góry Reit (3075 m n.p.m). To Terme Bagni Vecchi, Terme Bagni Nuovi i Bormio Terme. Bardzo interesująco prezentują się szczególnie te pierwsze. Prócz korzystania z dobroczynnego wpływu tutejszej wody (jej temperatura wynosi ok. 40°C) można w nich podziwiać spektakularny widok na ośnieżone szczyty Dolomitów.

Toskania dzięki wygasłemu wulkanowi Amiata (1738 m n.p.m.), który dominuje w krajobrazie środkowo-południowej części regionu, szczyci się mnóstwem term. W wielu jej miasteczkach zbudowano wokół gorących źródeł wygodną infrastrukturę. Znajdziemy również takie, z których można korzystać zupełnie za darmo.

Termy koło miejscowości Saturnia w gminie Manciano to najbardziej znany tego typu obiekt w Toskanii. Jest wręcz zjawiskowo piękny. Woda o stałej temperaturze 37,5°C wypływa z miejsca zwanego Cascate del Mulino i wypełnia położone niżej baseny trawertynowe z prędkością ok. 500 l/s, co sprawia, że są one zawsze czyste. Z term można korzystać przez okrągły rok, amatorów kąpieli nie brakuje nawet w zimie.

W pobliżu Monticiano w prowincji Siena leżą najmniejsze i prawdopodobnie najrzadziej odwiedzane źródła w regionie – Terme di Petriolo. Woda termalna u ujścia ma ponad 42°C, niżej, w kolejnych basenach, ochładza się do 37°C. Charakteryzuje się bardzo wysoką zawartością siarki i węgla. Niedaleko przepływa rzeka, do której można wejść, żeby spłukać się i schłodzić.

W Bagno Vignoni, prześlicznej osadzie w gminie San Quirico d’Orcia, zamiast placu znajduje się duży basen z wodą termalną, jednak nie wolno się w nim kąpać. Aby skorzystać z gorących źródeł, należy udać się nieco poniżej miejscowości. U ujścia woda osiąga 52°C. W pobliskiej sadzawce ma ok. 26°C, kąpiel w niej w upalne dni przynosi więc przyjemne uczucie orzeźwienia.

Osada Bagni San Filippo w gminie Castiglione d’Orcia może pochwalić się jednymi z najpiękniejszych term w Toskanii. Są one nieco ukryte w lesie. W najwyższych basenach Fosso Bianco bogata w siarkę, wapń i magnez woda osiąga temperaturę 48°C, w niższych się ochładza. Kąpiele, okłady z błota i inhalacje wspomagają leczenie schorzeń układu oddechowego i nerwowego oraz uszu, chorób zwyrodnieniowych stawów i dermatoz.

Na koniec warto wymienić toskański kompleks Grotta Giusti w mieście Monsummano Terme. Tutejszą jaskinię odkryto dopiero na wiosnę 1849 r., gdy robotnicy wykonujący prace na terenie posiadłości rodziny Giustich znaleźli wejście do podziemnej komory. Nikt wówczas nie przypuszczał, jakie lecznicze właściwości kryje. Gdy jednak jeden z robotników dzięki gorącej parze uwolnił się od wieloletnich bólów stawów, wieść szybko się rozeszła i grotę zaczęto badać. Wkrótce udowodniono, że pobyt w jaskini z podziemnym jeziorem termalnym pomaga w przypadku wielu dolegliwości. Gorąca para sprawia, że ciało staje się cieplejsze, bardziej elastyczne, krew płynie szybciej, zwiększa się zdolność do naturalnej regeneracji, poprawia się funkcjonowanie układu mięśniowo-szkieletowego i sercowo-naczyniowego, z organizmu usuwane są toksyny. Dziś Grotta Giusti jest miejscem znakomicie przygotowanym na przyjęcie osób pragnących korzystać z jej uroków i dobroczynnych właściwości. W eleganckiej willi z XIX w., która została odrestaurowana z dbałością o najdrobniejsze szczegóły, mieści się luksusowy hotel. W 2017 r. kompleks zdobył prestiżową nagrodę przyznawaną dla najlepszych spa na świecie (World Spa Awards 2017).

 

DLA WTAJEMNICZONYCH

Włosi mają mnóstwo pięknych miejscowości. W tym kraju skarby architektury i sztuki oraz wspaniałe krajobrazy znajdziemy na całym Półwyspie Apenińskim i na niemal wszystkich włoskich wyspach. Ograniczanie się jedynie do odwiedzin w kilku najbardziej znanych miastach nie będzie zatem konieczne.

We Włoszech funkcjonuje od 2001 r. stowarzyszenie I Borghi più belli d’Italia, które co roku ogłasza listę 20 najpiękniejszych miasteczek w Italii, po jednym z każdego regionu. Trafienie do tego grona jest ogromnym wyróżnieniem i nobilitacją. Na stronie organizacji (www.borghipiubelliditalia.it) znajdują się wszystkie wybrane do tej pory miejscowości. Pogrupowano je według regionów, co znacznie ułatwi planowanie włoskiej podróży. Stowarzyszenie wydaje także swój obszerny przewodnik, w którym miasteczka te zostały bardzo dokładnie opisane i opatrzone wszelkimi przydatnymi informacjami. Dzięki niemu można poznać najważniejsze fakty historyczne i miejscowe atrakcje. Niezmiernie cenne są wskazówki na temat lokalnych dań i produktów oraz daty istotnych wydarzeń, świąt czy festiwali. Najnowsze wydanie na 2018 r. zawiera opisy 279 miejscowości.

 

SANKTUARIUM NA WZGÓRZU

Orta San Giulio w Piemoncie to jedno z najbardziej romantycznych włoskich miasteczek. Centrum historyczne jest zamknięte dla ruchu kołowego, w wąskie uliczki wjazd ryzykują jedynie sklepowi dostawcy czy budowlańcy. Główny plac – Piazza Motta – stanowi miejsce spotkań i wydarzeń kulturalnych. Wznosi się przy nim Palazzo della Comunità (lub Broletto) wsparty na arkadach.

Z miejscowości rozpościera się wspaniały widok na położoną nieopodal wysepkę San Giulio (Isola di San Giulio). Do naszych czasów przetrwała wzniesiona na niej bazylika z XII stulecia. W niedzielę i święta można tu wysłuchać w trakcie mszy chóru sióstr benedyktynek. Eleganckie motorówki w sezonie odpływają na wyspę średnio co 15 minut.

Nad miasteczkiem góruje Sacro Monte di Orta, sanktuarium założone w 1590 r. i poświęcone św. Franciszkowi z Asyżu. Na jego terenie znajduje się 20 kapliczek z realistycznymi rzeźbami i freskami. Ze wzgórza, na którym leży kompleks, rozciąga się cudowny widok na jezioro Orta, a także wyspę San Giulio. W 2003 r. Sacro Monte di Orta wraz z innymi ośmioma podobnymi obiektami wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (jako tzw. Sacri Monti w Piemoncie i Lombardii).

 

W REJONIE CINQUE TERRE

Spośród pięciu miasteczek Cinque Terre w Ligurii stowarzyszenie uhonorowało Vernazzę, położoną między Monterosso al Mare a Corniglią. Faktycznie, jest wyjątkowo piękna, a jej charakterystyczne, kolorowe kamienice naruszone zębem czasu, noszące ślady działania morskich wiatrów, słonej wody, deszczu i wysokich temperatur są jednym z najczęstszych motywów na pocztówkach z tego regionu. Latem można się tutaj kąpać w ciepłym Morzu Liguryjskim. W okolicy rozciąga się niewielka, piaszczysta plaża i długie, kamieniste wybrzeże. Po zwiedzeniu miasteczka, przechadzce deptakiem i zajrzeniu do zamku Doriów warto ruszyć na szlak pieszy do Monterosso. Gdy po pokonaniu kilkudziesięciu metrów obejrzymy się za siebie, ujrzymy jeden z najwspanialszych widoków w Cinque Terre. Naszym oczom ukaże się panorama Vernazzy. Wędrówka szlakiem między miasteczkami zajmuje od 1,5 do 2 godz. Trasa jest średnio wymagająca i wąska, ale niezmiernie malownicza.

 

BARWNE MURALE

Może się wydawać, że niewielka Dozza koło Bolonii to tylko kilka uliczek i zamek Sforzów, jednak spacer po niej stanowi niecodzienne przeżycie. Na ścianach tutejszych domów powstało ponad 100 niezwykłych murali. Są kolorowe, wesołe, fantazyjne albo realistyczne. Od wielu lat do miasteczka zaprasza się artystów z całego świata, którzy pragną pozostawić w nim swój ślad. We wrześniu w lata nieparzyste odbywa się tu Biennale del Muro Dipinto (od 1965 r.). Autorem jednego z murali jest polski twórca. Poza tym Dozza to raj dla miłośników kuchni Emilii-Romanii i wina. W zamkowych piwnicach znajduje się znakomita enoteka (Enoteca Regionale Emilia Romagna). Wszystkie najlepsze wina z regionu można w niej kupić po cenach producentów. W lokalu organizuje się degustacje, a świetnie przygotowana obsługa doradza klientom, co wybrać. Warto wiedzieć, że na początku maja odbywa się tutaj festiwal wina (Dozza. Il Vino è in festa!) i że to stąd pochodzi słynne białe wino Romagna Albana DOCG (Denominazione di Origine Controllata e Garantita).

 

WŚRÓD KWIATÓW

Osobom planującym wakacje w Lombardii zazwyczaj nie przychodzi od razu na myśl jezioro Iseo. Tymczasem jego okolica wygląda naprawdę czarująco. Wokół Iseo leżą piękne miasteczka (w tym Lovere, wyróżnione przez stowarzyszenie I Borghi più belli d’Italia), a jego taflę zdobi kilka wysepek. Największa z nich (o powierzchni ok. 12,7 km²), Monte Isola, jest także największą zamieszkałą wyspą na jeziorze w Europie (żyje na niej na stałe blisko 1,8 tys. osób). Dotrzeć można na nią promem, który kursuje wiele razy dziennie. Na Monte Isola warto wejść na jej najwyższy punkt (Santuario della Madonna della Ceriola – 600 m n.p.m.) i przespacerować się przez kolejne wioski, winnice i gaje oliwne.

Na wyspie wciąż działa zakład wytwarzający sieci rybackie, a w wodach jeziora występuje wiele gatunków ryb. Raz na pięć lat odbywa się tu festiwal kwiatów (kolejny będzie miał miejsce w 2020 r.). Przygotowania do Festa di Santa Croce (Festa dei Fiori di Monte Isola) trwają nawet dwa lata, ponieważ kwiaty robi się ręcznie z papieru. Może się to wydawać kiczowate, ale tylko dla kogoś, kto nie brał udziału w tym święcie. Wszystkie kwiaty są wykonane z ogromną precyzją i wyglądają zupełnie jak ich żywe odpowiedniki. Miejscowi uczą się je robić od dziecka. Historia festiwalu sięga pierwszej połowy XIX stulecia, gdy w wioskach położonych nad jeziorem szerzyła się epidemia cholery. Najwięcej ludzi umierało z powodu choroby na wyspie Monte Isola. Zrozpaczeni mieszkańcy modlili się do Świętego Krzyża (Santa Croce), obiecując zorganizowanie uroczystości na jego cześć, jeśli tylko zaraza ustanie. Epidemia się skończyła, a miejscowi, zgodnie z obietnicą, co pięć lat w okolicy 14 września, kiedy obchodzi się święto Podwyższenia Krzyża Świętego, urządzają festiwal kwiatów. Gdy schodzi się wtedy z promu w położonej na wyspie miejscowości Carzano, trudno uwierzyć, że ktoś nie wziął czarodziejskiej różdżki i nie przeniósł nas do magicznej krainy. Kwiatów są setki tysięcy, a pachnące świerkowe gałęzie migoczą kolorowymi lampkami.

 

DOMY NA SKALE

Już z daleka rzuca się w oczy wielki monolit z wulkanicznego tufu położony na wzgórzu. Wyrasta na nim Pitigliano z domami nie odbiegającymi kolorem od skały. Tu niegdyś wznieśli swoją osadę Etruskowie. Walory obronne miejsca docenili również starożytni Rzymianie i kolejno osiedlający się w nim ludzie. Mieszkanie na tufie ma swoje zalety. Krążąca w skale woda z czasem drąży w niej tunele i jaskinie. Ludzie znakomicie wykorzystali je na studnie, grobowce, piwnice czy magazyny. Sami także wydrążali kolejne pomieszczenia. Wielką zaletą jest panująca tutaj stała temperatura.

W XIII w. na skale stanęła Katedra św. Piotra i Pawła (Cattedrale dei Santi Pietro e Paolo). Jej dzwonnica odgrywała rolę wieży obserwacyjnej. Rozpoczęto też przebudowę Palazzo Orsini, którą ostatecznie ukończono mniej więcej trzy wieki później. Pod koniec XV stulecia w Pitigliano gruntownie odrestaurowano Kościół św. Marii i św. Rocha (Chiesa di Santa Maria e San Rocco), a następnie wzniesiono cytadelę (Fortezza Orsini) i akwedukt Medyceuszy (złożony z 2 wielkich łuków i 13 mniejszych). Toskańskie miasto, podobnie jak sąsiednie Sorano i Sovana również wybudowane na tufie, systematycznie się osypuje, jednak ma niezaprzeczalny urok. Jego widok robi ogromne wrażenie na każdym.

 

Z WIDOKIEM NA ALBANIĘ

Otranto to dziś spokojne miasteczko Apulii z piaszczystymi plażami i krystalicznie czystym morzem. Jest idealnym miejscem na letnie wakacje. Za murami obronnymi znajduje się zabytkowe centrum z aragońskim zamkiem (Castello Aragonese di Otranto), wąskimi uliczkami i katedrą z pięknymi mozaikami (Cattedrale di Santa Maria Annunziata). Otranto było niegdyś ważnym portem morskim i przeżyło najazd osmańskich Turków w latach 1480–1481. We wspomnianej świątyni pod ołtarzem zebrano ludzkie czaszki i kości. Należą do 813 męczenników (tzw. Martiri di Otranto), którzy 14 sierpnia 1480 r. zostali pozbawieni głowy, ponieważ odmówili przejścia na islam. Miasteczko jest kwintesencją śródziemnomorskiej osady. Przy dobrej widoczności dostrzeżemy z niego Albanię i Grecję.

 

SYCYLIJSKA ATMOSFERA

Cefalù leży wokół charakterystycznej skały (tzw. Rocca di Cefalù), którą widać już z daleka. Nie sposób pomylić go z jakimkolwiek innym miasteczkiem Sycylii. Fale zaciekle rozbijają się tu o skaliste brzegi. Ten niesamowity spektakl natury można podziwiać z tarasów widokowych bądź jednej z miejscowych restauracji. Na skałę górującą nad Cefalù prowadzi szlak, którym warto się wspiąć. Na szczycie znajdują się pozostałości twierdzy i starożytnej świątyni Diany z IX w. p.n.e. (Tempio di Diana).

Spośród zabudowań miasteczka najbardziej wyróżnia się normańska katedra (Duomo di Cefalù). Plac przed nią, Piazza del Duomo, zwykle jest gwarny i wesoły, dookoła działają knajpki, lodziarnie i kawiarnie. Niezaprzeczalnie jednak wielki atut Cefalù stanowi plaża – długa, piaszczysta, ciągnąca się wzdłuż rybackich domów. Koniecznie trzeba się tutaj wybrać do jednej z pobliskich lodziarni na sycylijski przysmak, czyli lody w słodkiej bułce (brioche con gelato). Najlepiej poprosić, aby podali nam je con panna – „z bitą śmietaną”.

W miasteczku warto wyruszyć na spacer jego uliczkami, obejrzeć miejscową ceramikę i pamiątki, zjeść coś w jednej z licznych restauracji. Pomimo całkiem sporej liczby turystów zwiedzanie Cefalù może być wielką przyjemnością. Obowiązkowo należy również zostać w nim na widowiskowy zachód słońca.

 

 

WYSEPKA ŚW. PIOTRA

Koło południowo-zachodnich brzegów Sardynii leży malutka wyspa San Pietro (należąca do archipelagu Sulcis) z prześlicznym miasteczkiem Carloforte. Ponoć św. Piotr zatrzymał się tu podczas sztormu, gdy wracał do Rzymu z Afryki. Tak tłumaczy się nazwę wyspy. Sama miejscowość ma charakter na wskroś śródziemnomorski.

San Pietro szczyci się kameralnymi plażami, niewielkimi zatoczkami i wspaniałą przyrodą. Woda wokół jest krystalicznie czysta, a klifowe brzegi są oazą dla ptaków. Życie w Carloforte od zawsze było związane z morzem i połowami tuńczyka. Od kilkunastu lat w maju odbywa się tutaj międzynarodowy konkurs kulinarny na dania z tej ryby (Girotonno), w którym także publiczność może głosować na swojego faworyta.

 

SYPIĄCE SIĘ MIASTO

Krajobraz historycznej Etrurii, obejmującej m.in. północną część Lacjum, charakteryzuje nierzeczywisty pejzaż, ponury i niegościnny. Tutejsze skały wulkaniczne podlegają naturalnym procesom erozji, przez co stale się zmniejszają, sypią, zawalają. Właśnie w takiej okolicy leży Civita di Bagnoregio. Kiedy Etruskowie założyli w tym miejscu swój ośrodek ponad 2,5 tys. lat temu, spełniał on wszystkie wymogi dobrej twierdzy. Wznosił się na wysokiej skale, nikt niepostrzeżenie nie mógł się do niego dostać. Swoją pozycję miasteczko straciło w czerwcu 1695 r., gdy potężne trzęsienie ziemi odcięło je od świata. Na początku XX w. zbudowano most, który do dziś stanowi jedyną drogę do miejscowości. Niestety, procesy erozyjne powodują, że Civita di Bagnoregio nie ma szans na przetrwanie. Powierzchnia miasteczka stale się zmniejsza, domy pękają, coraz więcej zabudowań jest zagrożonych. Prowadzi się co prawda prace w celu zatrzymania osypywania się wzgórza, ale sił natury nikt nie powstrzyma. Latem Civita di Bagnoregio żyje, przyjeżdża do niej wielu turystów. Z końcem sezonu zostaje zaledwie kilku mieszkańców. Większość z nich już dawno opuściła swoje domy, przeniosła się na bezpieczny grunt. Dlatego miejscowość jest nazywana la città che muore, czyli „miasto, które umiera”.

 

EUROPEJSKIE DZIEDZICTWO

Granicząca z Apulią, Kalabrią i Kampanią Basilicata to jeden z najmniej znanych włoskich regionów, należący jednocześnie do najsłabiej zaludnionych (jedynie prawie 570 tys. mieszkańców). W najbliższym czasie będzie jednak okazja, aby się o nim dowiedzieć czegoś więcej. Perła Basilicaty, kamienne miasto Matera, została wybrana Europejską Stolicą Kultury na 2019 r. Dzięki zaplanowanym licznym interesującym wydarzeniom i działaniom promocyjnym odwiedzający ją goście poznają bogatą historię i kulturę tego niezwykłego miejsca.

Matera należy do najstarszych ośrodków na świecie. Ludzie osiedlali się tutaj już ponad 10 tys. lat temu. Nie bez znaczenia było dla nich ukształtowanie terenu. W pobliżu w głębokim wąwozie płynie rzeka Gravina. Liczne naturalne groty dawały schronienie i zapewniały poczucie bezpieczeństwa.

Najstarszą i zarazem najbardziej spektakularną częścią Matery jest Sassi, którą tworzą dwie dzielnice: Sasso Caveoso i Sasso Barisano. To dla tego historycznego centrum miasta przyjeżdżają tu turyści, to na jego punkcie oszaleli filmowcy. Zabudowania Sassi wznoszą się na stromej skarpie wokół XIII-wiecznej katedry na wzgórzu (Cattedrale di Matera). To kamienne domy postawione jeden na drugim. Budowniczowie sprytnie wykorzystywali naturalne spadki i pochyłość terenu do kontroli cieków wodnych, w wykutych w skale pomieszczeniach utrzymywała się stała temperatura. Uliczki są tu wąskie, znajdziemy też mnóstwo zaułków, schodów, placów, kościołów i ogrodów. Część podziemna Sassi to szereg zbiorników o różnym przeznaczeniu oraz systemy wspomagające kontrolowanie cieków wodnych.

W latach 50. XX w. tutejsi mieszkańcy byli przymusowo wysiedlani do nowych domów na przedmieściach Matery. Na powrót do Sassi zezwolono im 30 lat później, ale pod warunkiem wykonania kapitalnego remontu z zachowaniem spójności stylistycznej historycznego centrum miasta. Nie wszyscy mogli sobie na to pozwolić, dlatego znaczna część budynków nadal jest opuszczona. W niektórych z nich działają klimatyczne hotele. Największy rozgłos przyniósł tej 60-tysięcznej miejscowości film Pasja w reżyserii Mela Gibsona (2004). Właśnie w Materze kręcono sceny do tej produkcji.

 

RUCH TO ZDROWIE

Włosi kochają spędzać czas na plaży i uprawiać wszelkie możliwe sporty wodne, uwielbiają również górskie wędrówki, wspinaczkę czy jazdę na rowerze. Osoby lubiące różnego rodzaju aktywności poczują się tu więc jak w raju.

Miłośników rozległych przestrzeni powinny zainteresować wyprawy konne. Malownicze okolice odpowiednie na takie wycieczki znajdziemy w całych Włoszech, ale szczególnie warte odwiedzenia miejsca stanowią Sardynia, Toskania czy Elba (największa w archipelagu Wysp Toskańskich). Na końskim grzbiecie można tu przemierzać szlaki górskie lub plaże o zachodzie słońca.

Zimą w Italii królują sporty związane ze śniegiem. Najlepsze warunki do jazdy na nartach i snowboardzie panują w północnej części kraju. W Dolomitach i Alpach działają jedne z najpopularniejszych w Europie ośrodków narciarskich. Trasy zjazdowe są znakomicie przygotowane, na stoki dowożą chętnych liczne autobusy, a zaplecze hotelowo-gastronomiczne jest bardzo rozbudowane. Jednak ze względu na ciągnący się wzdłuż całego półwyspu łańcuch Apeninów (ponad 1,2 tys. km długości) szusować można praktycznie w całych Włoszech, choć infrastruktura do tego przeznaczona w pozostałych rejonach bywa znacznie skromniejsza.

Aktywnych turystów przyciąga Trydent-Górna Adyga (Trentino-Alto Adige). Sezon na lodowcach (np. w okolicy Val Senales) trwa właściwie od września do czerwca. Jednym z najpiękniejszych i najlepiej przygotowanych regionów narciarskich jest Val Gardena, stolica Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim. Każdy znajdzie tu trasy o odpowiednim dla siebie stopniu trudności. W lokalach działających na stokach serwuje się pyszne dania lokalnej kuchni.

W obszarze Alp warto odwiedzić też Courmayeur w Dolinie Aosty (Valle d’Aosta), prestiżowy ośrodek narciarski położony u stóp masywu Mont Blanc (wł. Monte Bianco), którego francuskim odpowiednikiem jest Chamonix-Mont-Blanc. Trasy w tej okolicy są doskonałe. Szczególną sławą cieszy się ta w Vallée Blanche. Nową atrakcję w tym rejonie, zainaugurowaną w czerwcu 2015 r., stanowi kolejka gondolowa Skyway Monte Bianco (można nią wjechać na górną stację Punta Helbronner – 3466 m n.p.m.). Latem przyjeżdżają tutaj głównie alpiniści, którzy wspinają się na słynną Białą Górę, najwyższy szczyt Alp i Europy.

Wydanie jesień-zima 2018

Sztuka radości życia w tajskim wydaniu

MAGDALENA BARTCZAK

<< Podczas pierwszego spotkania Tajlandia olśniewa przyjezdnych egzotyką i różnorodnością. Dawny Syjam do dziś nie stracił nic ze swojego orientalnego wdzięku i nadal pozostaje jednym z tych azjatyckich krajów, po których podróżuje się zdecydowanie najłatwiej i najwygodniej. Zobaczmy, jak wizyta w tych stronach zmienia zmęczonych, zapracowanych i zestresowanych Europejczyków w optymistycznych, zrelaksowanych i uśmiechniętych ludzi. >>

Więcej…