Marcin Wesołowski

www.wesolowski.co 

« Gdy samolot zbliża się do Sir Seewoosagur Ramgoolam International Airport, jedynego międzynarodowego lotniska na Mauritiusie leżącym na Oceanie Indyjskim, oczom pasażerów ukazuje się coś, co wielu określiłoby mianem raju na ziemi. Ten mały kraj stanowi część Afryki, choć od jej kontynentalnych wybrzeży dzieli go ok. 2 tys. km. Najbliżej stąd do francuskiego Reunionu. »

 

To kraina wspaniałych plaż, lazurowej wody, pięknych gór i szczęśliwych ludzi. Mauritius jest wielokulturowy i kolorowy. Wiele można powiedzieć na jego temat, ale co do jednego nie sposób mieć wątpliwości – warto go odwiedzić, aby spędzić tu idealne wakacje.

Przez setki lat wyspa Mauritius, położona daleko od rozwijającego się kolonialnego świata, pozostawała ziemią nietkniętą ręką człowieka. Była schronieniem dla nielotnych ptaków dodo (wymarłych ok. 1662 r.) i gigantycznych żółwi lądowych z rodzaju Cylindraspis żyjących czasami ponad 200 lat. Pierwsi przybysze docierali do niej powoli i jakby nieśmiało. 

 

NA PERYFERIACH

Przytoczenie skróconej historii kraju pomoże go lepiej poznać. Pierwsi osadnicy pojawili się na wyspie Mauritius w początkach XVI w., gdy przez kilka kolejnych lat zatrzymywali się na niej portugalscy żeglarze przemierzający oceany w poszukiwaniu nowych lądów. Stulecie XVII upłynęło pod znakiem rządów Holendrów, którzy szybko zużywali miejscowe naturalne bogactwa, w skutek czego przyczynili się do wyginięcia wspomnianego endemicznego dodo, do dziś pozostającego jednym z symboli republiki. Sprowadzili oni tu jednak trzcinę cukrową. Jej uprawa odgrywa współcześnie ważną rolę w gospodarce kraju. Holendrzy nadali też temu miejscu nazwę od imienia księcia Mauritsa van Nassau (Maurycego Orańskiego, 1567–1625). Obecnie to jedno z 25 państw na świecie nazwanych na cześć jakiejś osoby. 

W stuleciu XVIII kolonią zarządzali Francuzi, a w XIX i przez większość XX w. Mauritius znajdował się w rękach Brytyjczyków. To właśnie wpływy francuskie i brytyjskie są najlepiej widoczne na wyspie. Współczesny kraj ogłosił niepodległość w marcu 1968 r. Oprócz wyspy Mauritius w granicach republiki leżą również wyspy: Rodrigues, Cargados Carajos (Saint Brandon) i Agalega.

Jak widać, Mauritius wciąż przechodził z rąk do rąk. Poza tym sprowadzano tu także niewolników z Afryki. Po zniesieniu niewolnictwa w latach 30. XIX stulecia Brytyjczycy przywozili ze sobą służbę z subkontynentu indyjskiego. Wszystko to sprawiło, że dziś Mauritius charakteryzuje się niesamowitą mozaiką języków, obyczajów i kultur. Jego mieszkańcy żyją ze sobą w zgodzie. W kraju, którego populacja liczy blisko 1,3 mln ludzi, mówi się głównie trzema językami: lokalnym kreolskim (morisien, maurytyjskim), angielskim i francuskim. Spotkamy w nim wyznawców wszystkich największych religii świata (hinduizmu, chrześcijaństwa, islamu i buddyzmu). Sama wyspa Mauritius ma powierzchnię ok. 1,9 tys. km2. Od czasu uzyskania niepodległości w 1968 r. w republice nie doszło do żadnego powstania, przewrotu ani puczu wojskowego.

 

MAURYTYJSKIE CUDA

Nieziemsko piękna natura to jeden z głównych powodów, dla których coraz więcej podróżnych dociera na wulkaniczny Mauritius otoczony długim pasem piaszczystych plaż. Do wspanialszych skarbów wyspy należy majestatyczne drzewo zwane płomieniem Afryki, rozkwitające tutaj jedynie w okresie Bożego Narodzenia. Wianowłostka królewska, bo taką ma nazwę systematyczną, naturalnie występuje w lasach położonego nieopodal Madagaskaru. Na Mauritiusie natrafimy na nią w wielu miejscach. Jednak roślinę, która w dużej mierze wpłynęła na wygląd wyspy, stanowi wspomniana już, soczyście zielona trzcina cukrowa.

Afrykę można odkryć w głębi lądu. Kto wybierze się do dystryktu Rivière Noire (inaczej Black River; w południowo-zachodniej części Mauritiusu), trafi m.in. na uprawy kawy. Nieopodal wioski Chamarel znajduje się też jedno z wielu miejsc, w których produkuje się lokalny niezwykle lekki, biały rum. Bujna roślinność wyspy mogła się rozwinąć dzięki specyficznemu mikroklimatowi regionu. On również sprzyja wysokiej wydajności upraw. W grudniu na plaży wczasowicze cieszą się pełnią lata, lazurową wodą Oceanu Indyjskiego i boskim błękitnym niebem. W tym samym czasie kilkanaście kilometrów dalej, wewnątrz Mauritiusu, pada lekki, tropikalny deszcz, który nawadnia wybujałą florę. 

Wspomniana destylarnia to Rhumerie de Chamarel. Można w niej poznać wyjątkową historię kraju i spróbować jednego z jego największych skarbów – maurytyjskiego białego rumu należącego do najlepszych na świecie. Także w tej okolicy kryje się inna interesująca atrakcja, czyli geologiczna formacja Ziemia Siedmiu Kolorów (Seven Coloured Earth, Terre des Sept Couleurs). Powstała ona w wyniku osadzania się na skale wulkanicznej piasków o różnej barwie. Co ciekawe, mimo ulewnych deszczy kolorowe warstwy nie spływają i nie mieszają się ze sobą. 

Poza tym w centrum wyspy, z dala od rajskich plaż, znajduje się świątynia wybudowana ku czci hinduistycznego boga Śiwy. Wzniesiono ją nad jeziorem Grand Bassin (Ganga Talao), które powstało w wygasłym kraterze wulkanicznym. Z położonego w pobliżu świątyni szczytu roztacza się wspaniały widok na Mauritius i jego linię brzegową. Jednak w tej okolicy najbardziej dominującym elementem jest ogromny, 33-metrowy posąg Śiwy (Mangal Mahadev). Podczas święta Mahaśiwaratri (wypadającego pod koniec lutego lub na początku marca) wyznawcy hinduizmu, którzy stanowią niemal połowę populacji wyspy, pielgrzymują licznie do tego miejsca. Zamienia się ono wtedy w niesamowicie kolorową krainę, a zewsząd słychać szmer modlitw.

Mauritius to jednak przede wszystkim piękne plaże i cudowne widoki na ocean. Dystrykt Rivière Noire znajduje się na południowy zachód od ponad 150-tysięcznej stolicy kraju, Port Louis. Od tego regionu właśnie można rozpocząć podróż dookoła wyspy w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Warto zatrzymać się w miejscowości Flic en Flac i wypożyczoną motorówką wybrać się z doświadczonym specjalistą od nurkowania z delfinami w głąb tutejszej zatoki. Ci, którzy wynajęli łodzie na dłużej, płyną po lazurowych wodach oceanu w kierunku Île aux Bénitiers, niewielkiej, bezludnej wysepki położonej tuż przy południowo-zachodnich brzegach Mauritiusu. To z niej rozciąga się wspaniały widok na słynną bazaltową górę na półwyspie Le Morne Brabant. Półwysep ten jest jedną z najbardziej luksusowych części wyspy, wypełniają go ekskluzywne hotele i pola golfowe. Właśnie na nim wiele zakochanych par z Europy i Stanów Zjednoczonych postanawia przyrzec sobie wieczną miłość. Z racji prostych przepisów i przyjaznego podejścia do gości z zagranicy Mauritius stał się miejscem niezmiernie popularnym wśród osób, które wolą zorganizować kameralną ceremonię ślubną w egzotycznej okolicy niż ogromne przyjęcie w swoim kraju.

Tutejsza charakterystyczna góra Le Morne Brabant (556 m n.p.m.) uchodzi za symbol związany z historią wyspy. Według legendy na początku XIX w. półwysep stał się schronieniem dla uciekających niewolników. W dniu zniesienia niewolnictwa na Mauritiusie, 1 lutego 1835 r., wysłano tu grupę funkcjonariuszy policji, którzy mieli poinformować ukrywających się, że zostali wyzwoleni. Jednak niewolnicy źle zinterpretowali widok sił policyjnych u podnóża góry. Ponieważ obawiali się schwytania, wspięli się na szczyt, a następnie skoczyli z niego w akcie samobójstwa. Od 1987 r. 1 lutego miejscowi świętują zniesienie niewolnictwa. Choć nie ma żadnych dowodów na potwierdzenie tej historii, pozostaje ona żywa. Góra Le Morne Brabant symbolizuje tragiczny los niewolników, którzy nie widzieli wyjścia ze swojej dramatycznej sytuacji. 

Podążający dalej drogą lądową wzdłuż południowego wybrzeża wyspy powinni odwiedzić Gris Gris, jej najbardziej na południe wysunięty kraniec. W tej części kraju zobaczymy zupełnie inny ocean – otwarte przestrzenie, odsłonięte brzegi bez lagun. Okolica stanowi istny raj dla tych, którzy uprawiają kitesurfing, a także… rekinów, od czasu do czasu pojawiających się w pobliżu. 

Mauritius słynie nie tylko z bajecznych widoków, ale również z trzciny cukrowej i wytwarzanego z niej rumu. Dlatego w trakcie jego zwiedzania nie można pominąć wizyty w istniejącej od 1819 r. fabryce rumu w Saint Aubin (Rhumerie de Saint Aubin). Pięknie utrzymany kolonialny dom (należący do przybyłej z Francji rodziny Guimbeau), przypominający o okresie panowania francuskiego imperium, stoi w otoczeniu wypielęgnowanej zieleni. Mieszkał w nim kiedyś maurytyjski poeta, dziennikarz i dyplomata Édouard Maunick (urodzony we wrześniu 1931 r. w dystrykcie Flacq). Posiadłość sąsiaduje z rozległymi uprawami trzciny cukrowej, herbaty i wanilii. 

W południowej części wyspy warto też odwiedzić Park Przyrodniczy La Vanille w Rivière des Anguilles, gdzie podziwiać można żółwie olbrzymie i inne gatunki zwierząt. Przed przybyciem Holendrów, obok słynnego ptaka dodo, Mauritius zamieszkiwały gigantyczne żółwie (Cylindraspis inpeta), które były bardzo przyjazne, ciekawskie i nie bały się ludzi. Kolonizatorzy z Europy przyczynili się do ich wyginięcia. Z głównej wyspy zniknęły najprawdopodobniej ok. 1700 r., a z większości okolicznych wysepek – do 1735 r. Dziś we François Leguat Reserve na Rodrigues żyje łącznie ponad 3 tys. żółwi promienistych i olbrzymich. Te pierwsze uważane są za jedne z najpiękniejszych na świecie. Z kolei żółwie olbrzymie należą do ostatnich żyjących przedstawicieli gigantycznych żółwi, które kiedyś zamieszkiwały wyspy Oceanu Indyjskiego.

Osoby lubiące się bawić i korzystać z uroków życia nocnego powinny udać się na północny kraniec Mauritiusu do Grand Baie, gdzie znajdują się najlepsze kluby w kraju. Przy okazji warto zatrzymać się jeszcze w okolicy Cap Malheureux, żeby odwiedzić najbardziej urokliwy kościół na wyspie (Notre-Dame Auxiliatrice z 1938 r.). W końcu, jak w życiu, także i tu sacrum ciągle miesza się z profanum. 

Port Louis jest miastem pełnym życia i kolorów. Turyści zazwyczaj nie spędzają w nim zbyt dużo czasu. To przede wszystkim główny ośrodek administracyjny, biznesowy i kulturalny kraju. Z tego względu może sprawiać wrażenie zatłoczonego i głośnego. Serce stolicy stanowi wielki targ położony w jej centrum, na którym mieszkańcy zaopatrują się w świeże produkty z całego Mauritiusu. W mieście żyje niemal 15 proc. populacji republiki. Planem przypomina ono ośrodki miejskie w Europie – wokół historycznej części na przestrzeni wieków powstawały kolejne dzielnice. W dzisiejszym Port Louis mieszają się ze sobą wpływy europejskie, indyjskie, arabskie czy chińskie. Większość turystów po krótkiej wizycie na nabrzeżu noszącym nazwę Caudan Waterfront, gdzie działa wiele ciekawych kawiarni, barów i restauracji, rusza dalej, aby odkrywać najbardziej ujmujące zakątki wyspy.

 

PODĄŻAJĄC ZA SMAKIEM

Znakomitym sposobem na poznanie kraju jest zaznajomienie się z jego kulinariami. Kuchnia Mauritiusu należy do najsmaczniejszych na świecie. Uchodzi za jedną z najlepszych kuchni kreolskich i słynie z naprawdę dobrego jedzenia ulicznego. Przez wieki imigranci z Chin, Europy (zwłaszcza Francji), Indii i Afryki osiedlali się na wyspie i przywozili ze sobą przepisy ze swoich rodzinnych stron. Elementy z różnych tradycji kulinarnych mieszały się z lokalnymi recepturami, w wyniku czego powstawały tutejsze potrawy. 

Oto kilka dań maurytyjskiej kuchni, bez których żadna podróż do tego kraju nie będzie pełna. Na uwagę zasługuje szczególnie curry z Mauritiusu. Ważne są w nim wszystkie składniki. Warto spróbować kreolskiego curry lub udać się do restauracji „Chez Rosy” w Souillac na curry z ośmiornicy czy świeżego homara.

Kolejną tradycyjną maurytyjską potrawą jest fish vindaye. To bardzo aromatyczne danie, należące do najbardziej znanych na wyspie. Główne jego składniki mogą się różnić w zależności od wersji. Wyjątkowy smak nadają mu dodatki w postaci pikantnej cebuli, kurkumy, nasion gorczycy, czosnku i sosu imbirowego. 

Poza tym koniecznie trzeba tu spróbować boulet dim sum, czyli pierożków na parze z kolczochem jadalnym (warzywem w kształcie gruszki), kurczakiem, owocami morza lub warzywami, podawanych w bulionie z chili i szczypiorkiem. Ten przysmak można znaleźć na większości straganów i w wielu restauracjach na całej wyspie. Dużą popularnością cieszy się również bol renversé. Kurczaka lub krewetkę, smażone warzywa, chińskie sosy i ryż układa się w misce i odwraca do góry nogami podczas podawania. Na koniec na wierzchu kopuły układa się jajko sadzone.

Żadnego turysty nie powinno także dziwić, gdy w menu znajdzie sałatkę z owoców tropikalnych. To jednak odmienna jej wersja niż ta, którą zwykle można zjeść w innych miejscach na świecie. Tutaj do owoców, takich jak ananas, mango, liczi, guawa (gujawa) czy jabłko (niekiedy dorzuca się nawet odrobinę ogórka), dodaje się pikantny sos z tamaryndowca, chili i sól, co zmienia charakter tego pozornie prostego dania i czyni je naprawdę pysznym specjałem. 

Podczas długich spacerów po plaży warto też pamiętać o piciu świeżej wody kokosowej. Jest jednym z najsmaczniejszych napojów do ugaszenia pragnienia. Słońce grzeje tu bardzo mocno, więc o nawadnianiu zdecydowanie nie wolno zapomnieć. 

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Położony zaledwie 20° na południe od równika Mauritius promuje się jako cel podróży idealny przez cały rok, choć wielu Europejczyków kojarzy go głównie jako świetne miejsce dla osób uciekających przed mroźną zimą. Szczyt sezonu turystycznego na wyspie przypada na okres od października do kwietnia. Jest wówczas gorąco, wilgotnie i deszczowo. Od stycznia do marca występuje niewielkie ryzyko cyklonów. Zima trwa tutaj od maja do końca września. To pora ciepła i sucha. Wyspa ma swój charakterystyczny mikroklimat – kiedy w jednym rejonie pada, kilka kilometrów dalej z bezchmurnego nieba świeci słońce. 

Na Mauritius leci się z Polski tradycyjnymi liniami lotniczymi mniej więcej 12 godz., najczęściej z przesiadką w Dubaju, Rzymie, Londynie, Paryżu, Frankfurcie nad Menem czy Wiedniu. Ze względu na stosunkowo niedużą różnicę czasu nie grożą nam konsekwencje jet lagu. Międzynarodowy Port Lotniczy Sir Seewoosagura Ramgoolama leży w pobliżu Mahébourg na południowym wschodzie wyspy. Dojeżdżające do niego autobusy ekspresowe kursują z Port Louis i Mahébourg wiele razy dziennie. Poza tym można też skorzystać z taksówki. Hotele często oferują transfer z lotniska i na nie, zazwyczaj za dodatkową opłatą. Większość miejsc na Mauritiusie dzieli od portu lotniczego przynajmniej godzina jazdy.

Funkcję komunikacji publicznej pełnią na wyspie autobusy, które są zwykle niezawodne, choć poruszają się nieco powoli. Usługę świadczą różni przewoźnicy (w zależności od regionu). Korzystanie z tego środka transportu należy do najtańszych sposobów podróżowania po Mauritiusie. Można także wypożyczyć samochód. Kierowcy muszą posiadać międzynarodowe prawo jazdy i mieć ukończone 23 lata. Na ulicach obowiązuje ruch lewostronny (pamiątka po brytyjskim panowaniu).

Walutą kraju jest rupia maurytyjska (MUR). Na miejscu można bez problemu wymienić na nią dolary amerykańskie i euro czy inne najpopularniejsze na świecie waluty. Karty płatnicze są akceptowane w hotelach, dużych sklepach i restauracjach. W większości miast i miejscowości turystycznych znajdują się bankomaty. 

Mieszkańcy Mauritiusu to ludzie bardzo gościnni. Często oferują poczęstunek przyjezdnym. Wyspa jest niezmiernie zróżnicowana pod względem kulturowym i religijnym, dlatego spotkamy się na niej z rozmaitymi zwyczajami i zachowaniami. Choć mieszkańcy na pierwszy rzut oka wydają się preferować zachodni styl życia, w rzeczywistości są bardziej konserwatywni. Dlatego jeśli np. wybieramy się do miejsc kultu religijnego, powinniśmy zadbać o odpowiedni strój, nieodkrywający zbyt dużo ciała (kobietom przyda się chusta lub szal na głowę). Na plażach publicznych nie należy opalać się nago i topless.

Mauritius jako cel wyjazdów wypoczynkowych cieszy się popularnością przede wszystkim wśród obywateli krajów Unii Europejskiej, Republiki Południowej Afryki czy Rosji. W związku z tym wybrzeże wyspy jest wypełnione luksusowymi enklawami hotelowymi. Jeśli akurat zatrzymamy się w jakimś urokliwym hotelu butikowym lub wynajętej willi, a chcielibyśmy skorzystać z jednych z piękniejszych plaż, powinniśmy sprawdzić, gdzie znajdują się większe obiekty o wysokim standardzie. Na Mauritiusie najlepsze plaże należą zazwyczaj do ekskluzywnych kompleksów hotelowych. Są upiększone dosypanym piaskiem i zasadzonymi palmami, bo te przywieźli ze sobą biali kolonizatorzy, aby stworzyć tu dla siebie raj. Często, żeby wejść na teren 5-gwiazdkowego hotelu, trzeba po prostu uiścić niewielką opłatę. Na plaże publiczne warto zabrać ze sobą specjalne buty do pływania. Brzeg oceanu bywa pokryty małymi kamieniami. 

 

TYDZIEŃ NA WYSPIE

Jeśli udajemy się na Mauritius na pobyt w formule all inclusive lub zorganizowane zwiedzanie, nie musimy sobie specjalnie zaprzątać głowy planowaniem wyjazdu. Jeżeli jednak zamierzamy poznawać wyspę na własną rękę, mamy się nad czym zastanowić. Oto moja propozycja, jak spędzić tutaj tygodniowy urlop.

Pierwszy dzień po długim locie z Europy najlepiej przeznaczyć na relaksowanie się na plaży lub nurkowanie w pięknym Oceanie Indyjskim. Dzięki temu odpoczniemy nieco po trudach podróży. Wieczorem polecam odwiedzić lokalne knajpki i spróbować dań pysznej maurytyjskiej kuchni i wyśmienitego lokalnego rumu. 

Drugiego dnia warto wybrać się na zwiedzanie południowej części wyspy. Na początek należy udać się pod wspomnianą wcześniej bazaltową górę Le Morne Brabant, której kulturowy krajobraz (Le Morne Cultural Landscape) został wpisany w 2008 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Kolejnym punktem wycieczki powinny być malownicze wzgórza Chamarel. Lunch najlepiej zjeść w jednej z pobliskich restauracji. Potem można jeszcze odwiedzić utworzony w 1994 r. Park Narodowy Wąwozów Rzeki Czarnej (Black River Gorges National Park), a wyprawę zakończyć podziwianiem zachodu słońca z panoramicznej restauracji „Le Chamarel”, z której roztaczają się niesamowite widoki.

Osoby lubiące różnego rodzaju aktywności mogą trzeci dzień spędzić na grze w golfa, wędkowaniu na otwartych wodach, trekkingu lub przejażdżkach rowerem (górskim czy szosowym). Dużym zainteresowaniem cieszą się także rejsy wokół wyspy lub pływanie z delfinami. Na południowo-zachodnim wybrzeżu Mauritiusu panują znakomite warunki do uprawiania surfingu. 

Czwartego dnia można wybrać się na wycieczkę do miasta, chociażby stolicy kraju. Po spacerze po kolonialnym centrum Port Louis proponuję wstąpić na lunch na otworzony w 1812 r. tor wyścigów konnych Champ de Mars (najstarszy na półkuli południowej i jeden z najstarszych na świecie) lub posilić się przysmakami z ulicznych stoisk. Pamiątki z Mauritiusu zakupimy np. na Caudan Waterfront. 

Na dzień piąty warto zaplanować zwiedzanie północy wyspy, przede wszystkim rozległego Ogrodu Botanicznego Sir Seewoosagura Ramgoolama (Sir Seewoosagur Ramgoolam Botanic Garden) w Pamplemousses, który jest jednym z najznakomitszych na świecie. Obiad można zjeść w Grand Baie, głównej miejscowości turystycznej Mauritiusu. Potem polecam udać się na przemierzanie dzikiej północy, szczególnie okolic miasteczka Grand Gaube. 

Ostatnie dwa dni, szósty i siódmy, najlepiej przeznaczyć na odwiedzenie różnych parków, jak chociażby wspomnianego już Parku Przyrodniczego La Vanille, gdzie żyją liczne żółwie olbrzymie i ponad 100 krokodyli nilowych. Poza tym warto też skorzystać z uroków najpiękniejszych plaż świata. To dobry moment, aby ogrzać się promieniami ciepłego słońca przed powrotem do Europy.

***

Wielu uważa, że ​​amerykański pisarz Mark Twain (1835–1910) opisał Mauritius jako raj na ziemi po swojej wizycie w 1896 r. W wydanej rok później ponad 700-stronicowej książce Following the Equator zawarł takie zdanie: This is the only country in the world where the stranger is not asked “How do you like this place?” (To jedyny kraj na świecie, w którym nieznajomemu nie zadaje się pytania: „Jak podoba ci się to miejsce?”.). Za każdym razem, gdy spoglądałem na innych ludzi, którzy przybyli do tego magicznego zakątka Afryki, odnosiłem wrażenie, że bardzo im się tutaj podoba. Wracające stąd osoby same zresztą to przyznają. Wielu naszych rodaków postanowiło nawet zostać na Mauritiusie na stałe. Miałem ich przyjemność spotkać, kiedy odwiedziliśmy ten kraj z moją przyszłą żoną, aby na czarującej plaży na romantycznej wysepce Bénitiers powiedzieć sobie sakramentalne tak

 

 

 

Artykuły wybrane losowo

Wśród birmańskich złotych stup

ANNA SOBKOWICZ

<< Do niedawna zamknięta na świat Birma staje się dziś coraz modniejszym kierunkiem turystycznym. Wśród podróżników panuje przekonanie, że warto ją odwiedzić jak najszybciej, zanim zaleją ją zdobycze zachodniej cywilizacji. Pierwsze zmiany już można zaobserwować, a ich znakiem są np. pojawiające się bankomaty i planowane otwarcie pierwszej w kraju restauracji McDonald’s. >>

 W języku polskim tradycyjnie na określenie tego państwa leżącego w Azji Południowo-Wschodniej używa się toponimu Birma, jednak od 1989 r. jego oficjalna nazwa brzmi Myanmar (na gruncie polszczyzny spotyka się też zapisy Mjanma, Mianma lub Republika Związku Mjanmy). Wzdłuż jego zachodniej, północnej i wschodniej granicy ciągną się tereny górskie, natomiast środek zajmuje nizina Irawadi, przez którą płynie rzeka o tej samej nazwie (najdłuższa w kraju). Od południa kraj oblewają wody Oceanu Indyjskiego, a dokładniej Zatoki Bengalskiej i Morza Andamańskiego.

Więcej…

Japońska droga do doskonałości

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

<< O Japonii marzyłem już od dziecka. Zaczęło się od japońskiej kreskówki „Dragon Ball” (powstałej na podstawie mangi Akiry Toriyamy), którą oglądałem na kanale telewizyjnym RTL 7. Z pewnością zresztą nie tylko ja nie mogłem się zawsze doczekać godziny 15.00, kiedy to emitowano kolejny odcinek. Gdy myślę o tym wspomnieniu, wydaje mi się całkiem zabawne, że fascynacja często zaczyna się od tak prostych przyjemności, które zaszczepiają w umyśle dziecka pozytywne skojarzenia. >>

 

Góra Fudżi i pagoda Chureito z 1963 r. znajdująca się koło jeziora Kawaguchi

©© FUJIYOSHIDA CITY/JNTO

 

Ten serial animowany zainspirował mnie do zmiany, zacząłem chcieć ciągle się rozwijać. Jego bohaterzy przez setki odcinków ćwiczyli, trenowali, walczyli z najeźdźcami z wszechświata i bronili naszej planety. Być może brzmi to mało oryginalnie, ale właśnie ta chęć nieustannego uczenia się, aby stale zwyciężać, nadała nowy sens mojemu życiu. Oczywiście, nie miałem w planach obrony świata, ale ciągłe stawanie się lepszą wersją siebie. Znakomicie oddaje to japońska praktyka ustawicznego doskonalenia się – kaizen (kai oznacza „zmiany”, a zen– „dobro”, „dobry”).

Kiedy byłem dzieckiem, nie do końca rozumiałem moją fascynację, ale szybko zapisałem się na treningi karate. Na zajęciach w lekkim rozkroku wyprowadzałem ciosy, licząc w języku japońskim (ichi, ni, san, shi…). Czułem dumę płynącą z tego, że wprowadzałem kulturę Japonii w swoje życie. Im więcej czytałem o Kraju Kwitnącej Wiśni, jego mieszkańcach, ich zwyczajach i kulcie pracy, tym bardziej byłem nim zafascynowany. Zrozumiałem, że nie będę mógł spać spokojnie, jeżeli w końcu się tam nie wybiorę. Zajęło mi to 17 lat. W tym czasie stosowałem na co dzień zasady kaizen, polegające na stawianiu małych kroków i nieustannym rozwoju.

 

 

SZUKANIE PASJI

W 14. roku życia zainteresowałem się sportem, który stał się moją prawdziwą pasją. Wcześniej próbowałem swoich sił w lekkiej atletyce, karate, piłce nożnej, kick-boxingu czy akrobatyce, żeby ciągle doskonalić się w nowych dziedzinach i dorównać bohaterom z uwielbianego przeze mnie japońskiego serialu. Pewnego dnia po raz pierwszy zobaczyłem na wodzie kitesurferów, którzy skakali na wysokość nawet 6 m w górę i po prostu wsiąkłem. Nie byłem – niestety – najbardziej utalentowany i opanowanie nowej dyscypliny sportowej zajęło mi prawie pół roku. Jednak systematycznie ćwiczyłem w domu na drążku, oglądałem filmy na komputerze, uczyłem się każdej ewolucji – najpierw rozpisywałem ją sobie na kartce krok po kroku, potem wykonywałem na sucho, a na sam koniec powtarzałem do skutku na wodzie. Po dwóch latach zostałem wicemistrzem Polski, potem siedmiokrotnym mistrzem Polski, zdobywcą pucharów Azji i Europy. W drodze do tych zwycięstw właściwie nieświadomie korzystałem z podstawowych zasad japońskiego kaizen, które mówią, że jeśli chce się osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, nie wolno stawiać sobie nierealnych celów, mogących osłabiać motywację. Jeżeli pragnie się coś zmienić, trzeba zacząć od małych kroków, ale posuwać się do przodu systematycznie i konsekwentnie.

W ten sposób docieramy do finału tej historii. Przez 17 lat marzyłem o tym, żeby pojechać do Japonii i sprawdzić, czy rzeczywistość sprosta moim oczekiwaniom. Byłem tak zafascynowany kulturą tego kraju, że jej elementy starałem się wprowadzać w swoje życie, więc gdy nadarzyła się okazja, aby osobiście odwiedzić ojczyznę Japończyków, odczuwałem pewnego rodzaju przerażenie. Obawiałem się, że stworzyłem sobie w głowie zbyt wyidealizowany obraz Japonii albo zupełnie błędny. Jednak podobno do odważnych świat należy. Nie mogłem dłużej czekać i wyruszyłem w podróż.

 


Osaka Aquarium Kaiyukan – jedno z największych publicznych akwariów na świecie

©© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

SPEŁNIENIE MARZEŃ

Wreszcie nadszedł upragniony dzień, o którym marzyłem od wielu lat. W końcu wsiadłem do samolotu lecącego do Tokio. Byłem tak podekscytowany, że nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. Już na pokładzie nasłuchiwałem, czy ktoś obok nie mówi po japońsku. W głowie mnożyłem pomysły, co będę robić w trakcie pobytu w Japonii. Wiedziałem, że nie będzie czasu na sen. Minuty pozostałe do lądowania przeciągały się w nieskończoność. Wreszcie w głośniku nad głową usłyszałem komunikat: Boarding crew, prepare for landing.

Gdy tylko opuściłem samolot, złapałem mój plecak i wybiegłem z lotniska. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w mieście. Wcale nie przeszkadzało mi, że leje deszcz, woda sięga po kostki, dookoła jeżdżą samochody ochlapujące chodniki, a ja nie mam nawet parasola, który stanowi tak ważne akcesorium w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wiedziałem, że to będzie mój wyjazd. Najzabawniejsze jest to, że do tej pory przeleciałem już cały świat, mieszkałem w Australii i Azji, ale Japonia była tym miejscem, na które cały czas nie czułem się gotowy. Miałem pewność, że tej podróży nie mogę potraktować jak zwykłej wyprawy turystyczno-sportowej, musiała być czymś wyjątkowym.

 

OSOBLIWE MIASTO

Miałem 7 dni i 21 zadań do wykonania, więc czekało mnie spore wyzwanie. Zacząłem od stołecznego Tokio, noszącego do 1868 r. nazwę Edo. To właśnie tu można pracować w zawodzie jedynym w swoim rodzaju – jako oshiya („upychacz”) w białych rękawiczkach dopychać ludzi do wagonów w metrze. Nie mogłem sobie odpuścić okazji do podróżowania w godzinach szczytu po jednym z najbardziej zaludnionych miast na świecie. Zaskoczyło mnie jednak to, że pomimo gigantycznych tłumów na stacjach wszędzie panuje porządek. Ludzie stają w równych kolejkach na wyznaczonych pasach, czekają cierpliwie, gdy inni opuszczają wagon. Wbrew pozorom w tym ścisku można się swobodnie obracać. Czułem się, jakbym odwiedzał inny świat. Choć mam buntowniczą naturę, sam zacząłem poruszać się grzecznie według strzałek umieszczonych na peronie.

Jednak ze względu na niesprzyjającą pogodę na początku mojego pobytu w Japonii i fakt, że przemokła mi każda para butów, jeden dzień spędziłem w rejonie położonym wokół stacji Akihabara w tokijskiej dzielnicy Chiyoda. Uchodzi on za znaczące centrum elektroniki, dlatego też nazywa się go często Elektrycznym Miastem Akihabara. W stojących tu budynkach znajdują się liczne automaty do gier, przy których Japończycy potrafią stać godzinami. Niesamowitym doświadczeniem było obserwowanie graczy. Aby dojść do takiego poziomu zaawansowania, musieli spędzać na grze całe dnie, kibicując sobie nawzajem, rywalizując ze sobą i ciągle się rozwijając.

 

DWIE RÓŻNE STOLICE

Tokio to przede wszystkim nowoczesne miasto biznesu i handlu. Kult pracy i konsumpcjonizmu jest w nim widoczny na każdym kroku. Na ulicach spotyka się Japończyków w garniturach i z teczką w ręku udających się do firm, żeby później móc wydawać pieniądze, na co zapragną. To miejsce przypominało mi Londyn, który też pędzi i bywa wypełniony ludźmi. Kiedy zaspokoiłem pierwszą ciekawość, postanowiłem wyruszyć ze stolicy Japonii w podróż do magicznego Kioto. Jego zabytki wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To naprawdę fascynujące miejsce. Zwiedzałem je wypożyczonym rowerem. W trakcie swojej wizyty odwiedziłem słynny Złoty Pawilon (Kinkaku-ji), spałem w prawdziwym japońskim ryokanie (zajeździe) z 400-letnią tradycją i widziałem gejsze, czyli kobiety, które mają za zadanie bawić gości rozmową i występami artystycznymi. Trudno pomylić je z kimś innym – noszą tradycyjne stroje, włosy układają w misterne koki, a twarze malują na biało. Są specjalistkami od ceremonii parzenia herbaty, zwanej po japońsku chanoyu. Ma ona długą tradycję, a przeprowadza się ją według ściśle określonych zasad obejmujących także zachowanie gości. Napój przygotowany ze sproszkowanej zielonej herbaty (matchy), wymieszany specjalną bambusową miotełką (chasen), pije się z małych czarek powoli, w skupieniu, aby nie burzyć panującego nastroju.

                Obecnie 1,5-milionowe Kioto, dawna stolica Japonii i siedziba cesarza (od 794 do 1868 r.), związane jest też z kulturą samurajów. Kierowali się oni niepisanym kodeksem etycznym bushidō(określenie tłumaczy się jako droga wojownika). Stosowali w życiu reguły podobne do zasad kaizen. Skupiali się na samodoskonaleniu pod względem zarówno fizycznym, jak i duchowym. Do wartości, jakie cenili, należały m.in. lojalność, wierność, skromność, dobroć, współczucie, uprzejmość, prawdomówność, odwaga, wytrwałość w walce i honor, które są bliskie także i mnie.

 

Uroczysta ceremonia przyrządzania herbaty w specjalnym pawilonie w ogrodzie

©© SHIZUOKA CITY/JNT

 

CIAŁO I DUSZA

Japonia jest niezmiernie ciekawa nie tylko ze względu na mnóstwo atrakcji turystycznych. W tych najbardziej obleganych miejscach trudno poznać jej prawdziwe oblicze właśnie z powodu tłumów, a naprawdę warto to uczynić, bo Kraj Kwitnącej Wiśni potrafi zachwycić swoim pięknem. Można w nim przeżyć doświadczenia, które poruszają najwrażliwsze struny duszy.

Ja jestem jednak przede wszystkim sportowcem i uważam, że nic tak nie rozwija i nie relaksuje jak dobry trening. Podczas moich podróży koncentruje się głównie na turystyce aktywnej. Dlatego też zamierzam w tym roku wrócić na Wyspy Japońskie, aby u ich wybrzeży uprawiać kitesurfing. Kiedy brałem udział w Pucharze Azji, spotkałem się z mistrzem Japonii w tej dyscyplinie, pochodzącym z Osaki Hironobu Nakano, z którym walczyłem w finale. Polubiliśmy się i zaproponował mi, żebym odwiedził go na wyspie Okinawa (kolebce karate), gdzie obecnie mieszka i trenuje.

W Kraju Kwitnącej Wiśni większą popularnością niż kitesurfing cieszy się jednak surfing. Ta dyscyplina sportowa, podobnie jak karate, zadebiutuje na XXXII Letnich Igrzyskach Olimpijskich, które w 2020 r. odbędą się w Tokio. Zawodnicy będą walczyć ze sobą na falach Oceanu Spokojnego w rejonie plaży Shidashita w prefekturze Chiba. Mieszkańcy stolicy Japonii najczęściej surfują w regionie Shōnan, Kanagawie (części Jokohamy) i właśnie Chibie. Poza tym amatorzy pływania na desce odwiedzają także Okinawę, Sikoku i Kiusiu (np. Miyazaki). Na półwyspie Izu, usytuowanym na zachód od Tokio, w rejonie plaży Shirahama w miejscowości Shimoda uprawia się również wind- i kitesurfing. Na początku marca woda jest jeszcze zimna, ale w piance, butach i rękawiczkach da się spokojnie wytrzymać cały dzień. W tym okresie w górach zwykle leży jeszcze śnieg, więc podczas wyjazdu można połączyć różne rodzaje aktywności: jazdę na nartach czy snowboardzie ze sportami wodnymi. Najlepsza pogoda panuje w maju, czerwcu i listopadzie. Latem na plaże – niestety – ściągają tłumy ludzi.

Japonia jest też znakomitym miejscem na wyprawy rowerowe. Sami Japończycy często korzystają z jednośladów, więc kierowcy są przyzwyczajeni do obecności rowerzystów na drogach, poza tym starają się jeździć według przepisów. Co ciekawe, na trasach istnieją tu nawet specjalne tunele przeznaczone dla cyklistów. Poza tym w Kraju Kwitnącej Wiśni można także uprawiać kolarstwo górskie. Na wyspie Honsiu idealnie nadaje się do tego górzysty obszar prefektury Nagano. W tej części Japonii znajduje się również popularny ośrodek sportów zimowych Hakuba z kompleksem skoczni narciarskich. Do Nagano przyjeżdża się też na wyprawy trekkingowe i wspinaczkowe. Krajobrazy Alp Japońskich (z najwyższym szczytem Kita – 3193 m n.p.m.) są naprawdę wspaniałe, co sprawia, że takie wycieczki stają się niezapomnianym przeżyciem. Po aktywnie spędzonym dniu można tutaj odpocząć w onsenach – gorących źródłach zamienionych w łaźnie publiczne. Z kąpieli w wodach termalnych chętnie korzystają nawet makaki japońskie, które spotyka się w położonym na wysokości ok. 850 m n.p.m. Parku Małp Jigokudani (Jigokudani Yaen-koen).

W najbliższym czasie zamierzam także złożyć wizytę naszej rodaczce Patrycji Yamaguchi na półwyspie Izu. Ona i jej mąż mieszkają w Shimodzie. Razem prowadzą firmę turystyczną Ryoko. Od kwietnia do listopada uczą tu surfingu, poza tym organizują wyprawy w góry, rowerowe i narciarskie. W ofercie mają również programy podróży w głąb duszy – połączenie turystyki z pobytami w klasztorach i ośrodkach medycyny naturalnej. Dla polskich korporacji przygotowywali też wyjazdy o tematyce kaizen i filozofii perfekcji. W malowniczej okolicy Izu chcę uprawiać surfing. Mam także nadzieję, że wspólnie z Patrycją wybierzemy się na rowerach na najwyższy szczyt Kraju Kwitnącej Wiśni – górę Fudżi (3776 m n.p.m.).

Oprócz tego z naszym rodakiem Michałem Grzybowskim z GMTravel – Japonia.travel planuję znów zwiedzać pełne atrakcji Tokio oraz jego okolice. Poza tym pragnę z nim wziąć udział m.in. w ceremonii parzenia herbaty, pokazie sztuki walki mieczem samurajskim (kataną), wycieczce kulinarnej połączonej z degustacją tradycyjnych japońskich potraw, porannym treningu zawodników sumo czy wreszcie kolacji z gejszą. Jego licencjonowane biuro podróży z polskojęzycznymi przewodnikami znajduje się w okręgu specjalnym Shinjuku, który słynie z licznych drapaczy chmur. Wśród nich warto wymienić choćby charakterystyczny wieżowiec zwany Mode Gakuen Cocoon Tower (o wysokości 204 m) czy Tokyo Metropolitan Government Building (242,9 m). W tym ostatnim budynku, będącym siedzibą tokijskich władz, usytuowane są dwa tarasy widokowe dostępne bezpłatnie (po jednym na każdej z dwu wież). Mieszczą się one na 45. piętrze, na wysokości 202 m, i rozciąga się z nich zapierająca dech w piersiach panorama japońskiej metropolii. Dzielnica Shinjuku kojarzy się również z pięknym parkiem – Shinjuku Gyoen. Na wiosnę Japończycy zbierają się w nim, aby podziwiać kwitnące drzewa wiśniowe (sakura). Ten tradycyjny zwyczaj ma nawet swoją nazwę – hanami. Ciekawe miejsce stanowi również obszar Arakichō, niegdyś dystrykt gejszy. Dziś znajdują się tutaj chętnie odwiedzane restauracje, knajpki i bary typu izakaya.

Zresztą kto wie, może uda mi się zobaczyć więcej niż zaplanowałem. W Japonii jest przecież jeszcze m.in. malownicza miejscowość Hakone nad jeziorem Ashi, wspaniałe, zabytkowe kompleksy świątynne w Nikkō czy leżące nad Morzem Japońskim miasto Kanazawa z pięknie odrestaurowanym zamkiem. Za skarb tego ostatniego uchodzi czarujący prywatny ogród założony w latach 20. XVII stulecia – Kenroku-en (jeden z Trzech Wielkich Ogrodów Japonii, obok Kōraku-en w Okayamie i Kairaku-en w Mito). Przed wyjazdem do Kraju Kwitnącej Wiśni warto też wiedzieć, że od 4 stycznia 2018 r. można w nim oprowadzać turystów bez licencji, ale zajmować się turystyką, nawet przyjazdową, bez takich uprawnień już nie wolno.

Kocham Japonię i chciałbym ją poznać z każdej możliwej strony. Myślę, że moja kolejna wizyta, którą chcę spędzić na zwiedzaniu i uprawianiu sportu w połączeniu z doskonaleniem zasad kaizen, będzie prawdziwą podróżą w głąb siebie.

 

Wydanie Wiosna 2018

Viva España i jej słoneczne plaże!

ELŻBIETA I ROBERT PAWEŁEK

 

Jeśli lubicie ciepłe morze, sjestę, owoce morza, wyśmienite wina i atmosferę pueblos blancos, czyli białych miasteczek, na letni urlop powinniście wybrać Hiszpanię . Znajdziecie tu wszystko: wspaniałe zabytki, parki wodne, akweny do nurkowania, kolorowe deptaki, nocne kluby i ciche zatoki. A czasem spotkacie też światowe gwiazdy z pierwszych stron gazet.  

Półwysep Iberyjski jako kierunek turystyczny cieszy się popularnością przez cały rok. Miejscowości nadmorskie przeżywają jednak prawdziwe oblężenie w miesiącach letnich. Szczególnie atrakcyjne są dla tych mieszkańców Europy, którzy po mroźnej zimie marzą o zmianie klimatu i krajobrazu, aby później w pełni sił wrócić do szarej codzienności.

Obfite deszcze w tych stronach to rzadkość. Letnie upały sięgają 40°C. Jeśli jednak nie boimy się wysokich temperatur, pokochamy hiszpańskie wybrzeże, bary z przekąskami zwanymi tapas i kluby, w których można posłuchać flamenco. Dla Hiszpanów synonimem najlepszego wypoczynku jest wyrażenie sol y playa, czyli słońce i plaża. Nic dziwnego, że ponad 3 tys. kilometrów hiszpańskiej linii brzegowej (nie licząc wysp) stało się niekończącą riwierą, wypełnioną amatorami pięknej opalenizny. Dzisiaj sąsiadują tu ze sobą prawdziwe centra turystyczne: tętniąca życiem Costa Blanca, słynna Costa Brava, Costa Dorada i Costa del Azahar, na południu zaś zalane słońcem Costa del Sol, Costa de la Luz, Costa de Almería i Costa Cálida w niewielkim regionie autonomicznym Murcja. 

Więcej…