ROMAN WARSZEWSKI 

www.warszewski.info

 

« Czym lub kim jest yeti, raczej powszechnie wiadomo. To tajemniczy człowiek śniegu. Gdzie leżą Himalaje, też nie trzeba zazwyczaj wielu osobom tłumaczyć. Trudności mogą nastręczać zawarte w tytule czorteny. Śpieszę zatem z wyjaśnieniem. Są to przydrożne, a niekiedy śróddrożne, obiekty sakralne o prostopadłościennej podstawie, na której spoczywa półkula ze strzelistą iglicą. Jeśli miałbym je do czegoś porównać, powiedziałbym, że pełnią podobną funkcję jak stojące przy polskich drogach kapliczki lub krzyże. W Nepalu czortenów znajdziemy tysiące. »

 

 

Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że to jeden z najciekawszych krajów świata. Tutaj jak nigdzie indziej ziemia dotyka nieba. W Nepalu wznosi się najwyższy ziemski tron – Himalaje – i jego misternie wyrzeźbiony porywistymi wiatrami podnóżek – przedproże Tybetu. Z przepiękną i niepowtarzalną przyrodą sąsiadują w nim wytwory bogatej kultury o sięgającym setek lat wstecz rodowodzie. Tu filozofia i różne religie czerpały inspiracje ze środowiska, w którym kształtowały się i wzrastały. Tego kraju w czasie wędrówek po świecie nie wolno ominąć, a po pierwszej w nim wizycie, trzeba go odwiedzić ponownie.

Nepal składa się jakby z tarasów, które stopniowo wyłaniają się z niziny Teraju, a potem przez pogórze Śiwaliku i Małych Himalajów wspinają ku niebosiężnym himalajskim szczytom, aby następnie znów opaść ku Wyżynie Tybetańskiej. Zatem nawet ukształtowanie terenu przypomina w nim wielką świątynię. Nic więc dziwnego, że z sacrum można tutaj spotkać się na każdym kroku.

 Kolorowe flagi modlitewne rozwieszane przez wyznawców buddyzm u tybetańskiego w okolicy Annapurny

© ISTOCK.COM/DEVILKAE

 

 

WROTA KRÓLESTWA

Miejscem, z którego najlepiej wyruszyć na poznawanie kraju, jest niewątpliwie jego stolica – Katmandu.W niej znajduje się największe nepalskie lotnisko (Tribhuvan International Airport) stanowiące łącznik ze światem zewnętrznym. To nieprzypadkowe sformułowanie, bo jeszcze do połowy XX w. do Nepalu dostać się było co najmniej tak samo trudno jak obecnie do Bhutanu. Sytuacja zmieniła się dopiero w latach 50. XX stulecia, gdy zaczęto tu organizować coraz częstsze wyprawy wysokogórskie, a Tenzing Norgay (1914–1986) i Edmund Hillary (1919–2008) zdobyli Mount Everest (29 maja 1953 r.). 

Stosunkowo niewielkie Katmandu liczyło wówczas ok. 100 tys. mieszkańców, potem jego populacja wzrosła do 200 tys. Dopiero przełom XX i XXI w. przyniósł bardzo przyspieszony rozwój. Dzisiejsza stolica, zamieszkana przez mniej więcej 1,3 mln ludzi, w ogóle już nie przypomina miasta sprzed kilku czy kilkunastu lat. Początkowo było ono ledwie plamą na dnie śródgórskiej kotliny, która wzięła od niego nazwę (Kotlina Katmandu). Dziś wypełza daleko poza jej granice. Kompleks Swayambhunath – szacowne buddyjskie centrum pielgrzymkowe, jedno z najświętszych miejsc w okolicy, kiedyś znajdował się w znacznej odległości od Katmandu. Obecnie można odnieść wrażenie, że stolica leży od niego o rzut kamieniem. Podobnie jest z równie ważną i atrakcyjną świątynia Bodnath.


Swayambhunath na wzgórzu w Kotlinie Katmandu

© ISTOCK.COM/ADRIANCATALINLAZAR

 

 

PLAC PAŁACÓW I ŚWIĄTYŃ

W Katmandu trzeba przede wszystkim zobaczyć Durbar Square, czyli plac Królewskiego Pałacu, a na nim oczywiście pałace. Stanowią one najlepszy przykład nepalskiej (a właściwie newarskiej, bo kotlinę zamieszkują głównie Newarowie) architektury, w której w doskonały sposób łączy się drewno z cegłą i kamieniem. Uwagę przykuwają drzwi i okna będące niepowtarzalnymi dziełami sztuki. Przez misterne koronki w okiennych otworach do wnętrza budowli wpada rozproszone światło. Jednocześnie w jakimś stopniu chronią one przed chłodem wieczoru czy zimy.

Prócz pałaców na placu Durbar znajdują się świątynie – głównie hinduistyczne. Nie wolno ich ominąć. Na północy stoi ta poświęcona bogini Taledźu – największa i najwyższa w Kotlinie Katmandu, obecnie jeszcze nie do końca odbudowana po ostatnim, bardzo dotkliwym trzęsieniu ziemi z kwietnia 2015 r. Duże znaczenie ma także świątynia Degutale. Na południowo-zachodnim krańcu placu wznosi się Kumari Ghar, pałac, który zamieszkuje Kumari (Dziewica) – kilkuletnia dziewczynka uznawana za żyjącą hinduistyczną boginię (dewi). Swoje boskie przymioty traci ona w momencie, gdy wchodzi w okres dojrzewania. Wtedy wybiera się nową Kumari. Co ciekawe, dziewczynka, która ma stać się bóstwem, pochodzi zawsze z rodziny buddyjskiej. To najlepiej pokazuje naturalne przenikanie się tych dwóch porządków religijnych, tak typowe dla Nepalu. 

 

 

BUDDYJSKIE MIASTO

Patan (Lalitpur) był kiedyś odrębnym miastem, ale dziś stanowi przedmieścia Katmandu. Nadal jednak pozostaje całkiem czytelnym niezależnym założeniem urbanistycznym i ma zupełnie inny charakter niż hinduistyczno-buddyjska stolica. Patan jest zdecydowanie ośrodkiem buddyjskim. Według jednej z legend został założony przez Aśokę (panującego od ok. 268 do 232 r. p.n.e.), indyjskiego władcę, który jako pierwszy uznał buddyzm za religię państwową (na marginesie warto wspomnieć, że Lumbini, gdzie według tradycji urodził się Budda, też leży w Nepalu, w regionie Teraj).

W mieście znajduje się 5 stup (rytualnych, półkolistych wzniesień) wiązanych z tym władcą, ale należy wątpić, czy pochodzą z aż tak zamierzchłych czasów. Niemniej w Patanie do dziś działa 18 klasztorów buddyjskich pierwszej rangi (a więc takich, które wyposażone są w dawne archiwa). Niegdyś było ich w nim jednak ponoć aż 150…

Podobnie jak w Katmandu trzeba tu przede wszystkim udać się na miejscowy plac Durbar, a także na Mangal Bazaar. Ten pierwszy choć jest bardziej kameralny niż jego odpowiednik w stolicy, został w znacznie większym stopniu odbudowany po wspomnianym już trzęsieniu ziemi. Oprócz świątyni Mahabuddha wznoszą się na nim świątynie Taledźu i Degutale. Obie warte są poświęcenia im co najmniej kilku godzin uwagi. Inne bardzo charakterystyczne przybytki w okolicy stanowią świątynie ku czci Kriszny i Hariśankara (będącego połączeniem Wisznu z Śiwą). Nawet w Patanie, tym morzu buddyzmu, można więc odnaleźć wysepki hinduizmu. Taki właśnie jest Nepal!



Barwne łodzie w Pokharze na jeziorze Fewa

© ISTOCK.COM/CRYSTALFRAMEPHOTOGRAPHY

 

ZDJĘCIE Z KAMIENNĄ RZEŹBĄ

Za największą kulturową perłę w Kotlinie Katmandu należy jednak uznać Bhaktapur, zwany też Bhadgaonem – Miastem Ryżu. Ten ośrodek o bardzo wyrazistej urbanistycznej bryle otrzymał taką nazwę z racji faktu, że większość jego mieszkańców nadal pracuje na roli, właśnie przy uprawie ryżu. Również dlatego Bhaktapuru w ogóle nie ima się nowoczesność. Zachował on niepowtarzalny, średniowieczny charakter. Pod tym względem przypomina indyjski Jaisalmer z pustyni Thar w Radżastanie – miasto jakby wyjęte z Księgi tysiąca i jednej nocy. Atmosfera jest tu identyczna.

Uliczkami, a raczej zaułkami Bhaktapuru można wędrować bez końca i pod żadnym pozorem nie wolno się spieszyć. Takim spacerem należy się delektować. Każda uliczka kusi dziesiątkami (a może nawet setkami) malowideł na ścianach domów, rzeźb, detali wykutych w metalu, obok których nie da się przejść obojętnie. Koniecznie trzeba zrobić im zdjęcia. W okolicy znajduje się także zatrzęsienie czortenów. W przeciwieństwie do Patanu czy Katmandu w Bhaktapurze atrakcje są rozmieszczone w różnych punktach. Tu też natrafimy na plac Durbar, ale prawdę mówiąc rozciąga się on na całe miasto.

 

 

PRZYSTANEK POD ANNAPURNĄ

Jeśli wybierać się poza Kotlinę Katmandu, to oczywiście trzeba udać się do Pokhary – ponad 400-tysięcznego miasta nad przepięknym jeziorem Fewa (Phewa), leżącego u podnóża trzech ośmiotysięczników: Annapurny (8091 m n.p.m.), Dhaulagiri (8167 m n.p.m.) i Manaslu (8163 m n.p.m.). Można w tym miejscu odpocząć po wizycie w wielkomiejskiej stolicy. Przy dobrej widoczności dostrzeżemy stąd nepalski Matterhorn – szczyt Maćhapućhare (Rybi Ogon – 6993 m n.p.m.). Żeby jednak w pełni docenić jego urodę, należy opuścić miasto i ruszyć w kierunku majestatycznych Himalajów. Trasy trekkingowe prowadzące wokół Annapurny, na które miłośnicy gór wyprawiają się z Pokhary, uchodzą za najbardziej atrakcyjne pod względem widoków. Nie są zbyt wymagające, a podczas wędrówki można stanąć twarzą w twarz z niepowtarzalną nepalską przyrodą. 

 

 

W KRAINIE TYGRYSA

Nepalczycy stają się coraz bardziej świadomi wartości otoczenia, w którym przyszło im żyć. Starają się również dbać o środowisko naturalne. O ich nastawieniu do przyrody może świadczyć m.in. fakt, że w Nepalu zaczęto skutecznie walczyć z wszechobecnym plastikiem, zanim jeszcze zajęto się tym na Zachodzie. Zamiast plastikowych toreb i torebek powszechnie wprowadzono tu do obiegu darmowe wiskozowe woreczki wielokrotnego użytku.

W kraju znajduje się kilka rozległych parków narodowych, np. Ćitwan (ok. 953 km² powierzchni), Sagarmatha (1148 km²), Rara (106 km²) czy Langtang (1710 km²). Najczęściej odwiedzany jest ten pierwszy, istniejący od 1973 r. To właśnie w nim żyje jeszcze kilkaset nosorożców indyjskich oraz blisko setka tygrysów bengalskich. I jedne, i drugie zwierzęta można tutaj zobaczyć na własne oczy. Miejscowi przewodnicy znają ich siedliska, więc potrafią łatwo je wytropić. Przepływającą przez park rzekę Narayani zamieszkują gawiale – azjatyckie krokodyle. Dorosłe osobniki osiągają długość nawet 6 m. Gdy płynie się łodzią, nie sposób ich nie spotkać. Można się wręcz zdziwić, że gawiali jest tu aż tyle.

Najtrudniej wytropić tygrysy. Jeśli ktoś nie ma zamiaru ograniczyć się tylko do oglądania ich śladów pozostawionych w grząskim gruncie, powinien zanocować w jednej z porozstawianych w dżungli ambon, przystosowanych do tego, aby dało się w nich spędzić wiele godzin. Rozmieszczone są wzdłuż szlaków, którymi w nocy tygrysy wędrują do wodopoju lub na żerowiska. Szansa na wypatrzenie tych zwierząt lub przynajmniej ich żarzących się w mroku oczu jest więc dość spora, tym bardziej że na wyposażeniu większości ambon znajdują się noktowizory.

Nic zatem dziwnego, że ten dawny (do 2005 r.) królewski park, w Nepalu to określenie dodaje się zresztą do bardzo wielu nazw, cieszy się ogromną popularnością, i to nie tylko wśród zachodnich turystów. Chętnie odwiedzają go sami Nepalczycy (od Katmandu dzieli go zaledwie ok. 150 km) oraz Hindusi. W końcu Indie leżą tuż za miedzą. Teren parkowy przylega do terytorium tego kraju. Dlatego w jego południowo-zachodniej części natkniemy się na liczne posterunki wojskowe, mimo iż – przynajmniej oficjalnie – Nepal pozostaje w dobrym stosunkach z Indiami.

Park można zwiedzać otwartymi jeepami, pieszo lub na słoniach. Tych ostatnich, chętnie użyczanych turystom za opłatą, jest tu stosunkowo dużo. W miejscowościach Tandi Bazar czy Sauraha, stanowiących najbardziej popularne bazy do wycieczek po Ćitwan, spotyka się je także na ulicach, ponieważ zastępują… ciężarówki. Jednak ze względu na protesty organizacji prozwierzęcych również w Nepalu coraz nie chętniej patrzy się na wykorzystywanie słoni jako atrakcji dla turystów marzących o egzotycznym safari. 

 

 

CIEŃ CZŁOWIEKA ŚNIEGU 

Podczas gdy Ćitwan jest płaski, nizinny, w wielu miejscach podmokły, górski Park Narodowy Sagarmatha przyciąga urozmaiconym ukształtowaniem terenu i dla wielu główną atrakcją w kraju – wspaniałymi Himalajami. Na jego obszarze znajduje się kilka najwyższych gór świata, w tym Mount Everest, czyli Czomolungma (8848 m n.p.m.). Park nazwano od nepalskiej nazwy tego szczytu – Sagarmatha.

Właśnie tu mieszkają słynni Szerpowie – tybetański lud doskonale sobie radzący w trudnych wysokogórskich warunkach. Spośród nich rekrutowani są tragarze i przewodnicy wspierający wszystkie ważniejsze wyprawy w wysokie Himalaje. W tej okolicy też najbardziej żywa jest legenda yeti – tajemniczej dwunożnej, owłosionej istoty, pozostawiającej w śniegu duże ślady (gdyby nie ich rozmiar, można by je uznać za odcisk stopy człowieka). Według włoskiego himalaisty Reinholda Messnera pojawiające się w opowieściach stworzenie to po prostu niedźwiedź tybetański. Badacze uważają oczywiście yeti za postać mitologiczną. Być może stanowi on wspomnienie po mieszkających na tym obszarze przed kilkunastu tysiącami lat denisowianach – praludziach, żyjących na ziemi równocześnie z neandertalczykami. W Himalajach mieli oni przetrwać znacznie dłużej niż w innych częściach świata, a przodkowie współczesnych Nepalczyków widywali ich, a nawet – co wykazują badania genetyczne – od czasu do czasu krzyżowali się z nimi. Dziś można usłyszeć m.in. historie o tym, jak yeti porywa nepalskie kobiety. Skoro jednak denisowianie dawno wyginęli, dlaczego w Himalajach znajduje się tajemnicze ślady? Naukowcy wyjaśniają, że to tylko pozornie odciski stóp istot poruszających się na dwóch kończynach. W rzeczywistości pozostawiają je po sobie niedźwiedzie, które podczas przemieszczania się swoimi tylnymi łapami trafiają dokładnie w miejsce, gdzie postawiły wcześniej przednie łapy. Dlatego też rozmiar tych śladów staje się nieco większy niż być powinien.

Do Parku Narodowego Sagarmatha najlepiej wybrać się między październikiem i majem, oczywiście z wyjątkiem okresu od grudnia do lutego, kiedy temperatury spadają znacznie poniżej 0°C, a dodatkowe utrudnienie stanowią obfite opady śniegu. Najpopularniejsza jest wyprawa do bazy u podnóża Mount Everestu, podczas której można podziwiać najwspanialsze widoki na okolicę. Z roku na rok decyduje się na nią coraz więcej osób. Przyciąga ich możliwość znalezienia się wśród najwyższych gór świata, w sąsiedztwie najsłynniejszego ośmiotysięcznika.


Wioska jarkot położona wśród surowych górskich zboczy na obszarze dawnego Królestwa Lo

© ISTOCK.COM/ZZVET

 

MUSTANG, ALE NIE KOŃ

Osobom lubiącym duże wyzwania warto polecić Mustang, który aż do 1992 r. pozostawał niedostępny dla przybyszów z zewnątrz. Wbrew pozorom to nie żaden koń, lecz dawne Królestwo Lo (istniejące do października 2008 r.). Jest ono kawałkiem Tybetu przyklejonym do Nepalu. Z tego zresztą wynika jego wielka atrakcyjność. Jeśli ktoś nie był w indyjskim Ladakhu, a chciałby dowiedzieć się, jak wygląda Tybet, powinien udać się właśnie do tej części kraju.

Szlak do nieformalnej stolicy Mustangu – Lomanthangu (Lo Manthangu, Lo Mantangu) – prowadzi wśród fantazyjnych piaskowcowych skał. Smagane przez suche wiatry, przybrały niezmiernie wymyślne kształty. To także kraina niezwykłych jaskiń, od dawna stanowiących dla ludzi powód do osiedlania się w tym odległym zakątku, i łatwych do znalezienia licznych skamielin, wśród których prym wiodą amonity. Region ten, oprócz wyznawców buddyzmu tybetańskiego, bardzo chętnie odwiedzają więc paleontolodzy.

Mustang jest suchy i niegościnny. Jednak właśnie na tej surowości polega jego urok. Panuje tu klimat kontynentalny. Lata są krótkie, ale bardzo gorące. Mimo znaczącej wysokości nad poziomem morza temperatury dochodzą wówczas do 30°C. Z kolei surowe zimy trwają długo. Krajobraz urozmaica tylko rachityczna roślinność charakterystyczna dla Wyżyny Tybetańskiej.

Jak często się to zdarza, w tym nieprzyjaznym dla człowieka otoczeniu rozwinęła się bardzo bogata kultura. Niczym bezcenna szkatuła Mustang kryje w swoim wnętrzu niesamowite klasztory, czorteny i wielopiętrowe pałace. W nich znajdują się stare malowidła, rzeźby i przedziwne instrumenty muzyczne. Dźwięki wydobywające się z tych ostatnich są zaskakujące. To muzyka z całkiem innego czasu i innej przestrzeni, tak odmiennych jak sam Mustang.

 

 

WOJOWNICY Z INDII

Obok Szerpów jedną z wizytówek Nepalu są niewątpliwie Gurkhowie. Nieustraszeni wojownicy tworzący jedne z najbardziej bitnych oddziałów świata. Nie pochodzą stąd, przywędrowali z północnych Indii, z okolic Radżastanu. Ponieważ nie mogli poradzić sobie z naporem Mogołów w XV w., wyruszyli na wschód i trafili do dzisiejszego zachodniego Nepalu, gdzie założyli miasto Gorkha. W pamięci wciąż mieli swoją wojowniczą przeszłość, dlatego nadal szkolili się w walce. W ciągu 300 lat tak urośli w siłę, że... najechali Kotlinę Katmandu i przegonili stamtąd w 1769 r. dynastię Malla. Potem, do pojawienia się w tych stronach Brytyjczyków, rządzili Nepalem.

Przybysze z Wielkiej Brytanii bardzo szybko poznali się na niezwykłych umiejętnościach Gurkhów. Uczynili z nich nepalską legię cudzoziemską. Wielokrotnie wykorzystywali ich w boju, m.in. w czasie I wojny światowej, w krwawych walkach o Bosfor oraz w bitwie pod Monte Cassino. Do dziś cztery pułki Gurkhów służą w Wielkiej Brytanii w straży przybocznej królowej Elżbiety II, a siedem stacjonuje w Indiach. Przynoszą Nepalowi znaczne dochody. Państwo za ich zagraniczną służbę otrzymuje 30 mln dolarów. W tak niewielkim i niezbyt zamożnym kraju jak Nepal to kwota nie do pogardzenia. Sami żołnierze też odnoszą spore korzyści: po latach służby cieszą się szacunkiem w społeczeństwie i są lepiej sytuowani niż przeciętni Nepalczycy. Zwykle zakładają prywatne firmy, gdzie zatrudnienie znajdują ich krewni. Sami poświęcają czas na snucie opowieści o tym, co przeżyli za granicą. Historie te robią zazwyczaj na słuchaczach niemałe wrażenie, bo rzadko który Nepalczyk ma okazję wyjechać do innego kraju. 

 

 

NA STOLE U WEGETARIAN

Na razie pisałem o Nepalu w samych superlatywach. Jednak z europejskiego czy ogólnie zachodniego punktu widzenia trudno w podobny sposób opisać nepalską kuchnię. Dla przybysza z Zachodu jest ona po prostu bardzo specyficzna. Wielu osobom może nie przypaść do gustu.

Na początek ważna uwaga: jeśli trafimy do kogoś w Nepalu w gościnę, powinniśmy pamiętać, że główne danie serwuje się zwykle na końcu. Poprzedzają je liczne przekąski, np. prażony groch, smażona wątróbka (uchodząca tu za wielki przysmak), ryżowe ciasto nasączone słodkim alkoholem. Jeżeli więc ktoś nie zachowa ostrożności, może się okazać, że na zasadniczą część posiłku w żołądku nie będzie już miał po prostu miejsca.

W Nepalu najchętniej je się dhaal bhat (dal bhat) – gęstą zupę z soczewicy z gotowanym ryżem. To swojego rodzaju danie narodowe. Niektórzy spożywają je nawet dwa razy dziennie. Kolejną popularną potrawą są gotowane warzywa zwane tarkari. Niekiedy dodaje się do nich pieczone nieobrane ziemniaki.

Poza tym podobnie jak w Indiach często serwuje się tu placki ryżowe czy ćapati (czapati, chapati) lub puri, które wypieka się z różnych typów mąki pszennej. Smak nadaje im zwykle pikantny sos achar ze startej papryki z dodatkiem stopionego masła. Za przysmak uchodzi chana churia – gotowany groch w sosie curry. Danie to popija się herbatą z mlekiem, herbatą z kardamonem, goździkami i cynamonem lub jakimś niezbyt mocnym, słodkim alkoholem. Jeszcze inną często spożywaną potrawą jest halawa – słodka papka z mąki ryżowej, niekiedy z dodatkiem orzechów i stopionego masła. Chrupie się do niej pakorę, czyli kulki z sera i różnych warzyw.

Jak widać, w Nepalu dominuje więc dieta wegetariańska. Mięso jest wielkim rarytasem. Z jednej strony unika się go z uwagi na religię, a z drugiej nie każdy może sobie pozwolić na jego kupowanie ze względu na wysoką cenę.

 

Artykuły wybrane losowo

Wenezuela – świat piękna

salto_angel_en_alta.jpg

Najwyższy na świecie wodospad Salto Ángel spływa z Auyantepui

© HOVER TOURS

 

Karolina Sypniewska-Wida

www.karolinasypniewska.pl

 

Niezmiernie barwna Wenezuela zaskakuje różnorodnością. Zdobędziemy w niej potężne andyjskie szczyty, zrelaksujemy się na rajskiej karaibskiej plaży, odwiedzimy idylliczne wysepki, zachwycimy się soczyście zielonymi równinami nad majestatycznymi rzekami Amazonką i Orinoko czy przemierzymy niekończącą się sawannę poprzecinaną górami stołowymi („tepuyes”). Oprócz tego możemy tutaj choćby zjechać na linie z najwyższego wodospadu na świecie, pojeździć konno po Andach, eksplorować tajemnicze jaskinie, wybrać się na trekking i nurkowanie, spróbować swoich sił w kite- i windsurfingu, polatać na paralotni albo skoczyć ze spadochronem z mostu, wieżowca lub urwiska (BASE jumping). Jedynym ograniczeniem w tym kolorowym królestwie będzie nasza wyobraźnia. 

Więcej…

Urlop w słonecznej Toskanii

ALEKSANDRA SEGHI

www.aleksandraseghi.com

 

<< Po zimie, która na jeden dzień pojawiła się w Pistoi, innych toskańskich miastach i na Elbie i spowodowała, że zamknięto nawet szkoły, region szykuje się do wiosny. Temperatury podskoczyły do 16°C. W powietrzu wyczuwa się nadchodzące ciepłe dni. Toskania budzi się do życia. >>

 

W Toskanii można zatrzymać się na wypoczynek w urokliwej wiejskiej willi

© VISIT TUSCANY/KINZICA SORRENTI SMT TUSCANY

 

 

W barze, przy cappuccino z dużą pianką, ludzie zaczynają rozmawiać o wycieczkach i wypoczynku. Nie tylko turyści zagraniczni czy Włosi z dalszych części kraju wybierają się na wyprawy po Toskanii. Również sami Toskańczycy lubią wyskoczyć gdzieś niedaleko na weekend i skorzystać z cudownego klimatu tego regionu. Nie brakuje w nim w końcu niczego. Dlatego warto wcześniej zaplanować, jak spędzimy tutaj czas.

Toskania rozciąga się wzdłuż Morza Liguryjskiego i Tyrreńskiego. Jej terytorium znaczą też zbocza Apeninów Północnych z najwyższym szczytem Monte Cimone (2165 m n.p.m.). W granicach tego regionu administracyjnego Włoch znajdują się poza tym m.in. Wyspy Toskańskie z Elbą na czele.

 

PRAWDZIWA SIELANKA

Na początek należy się zastanowić, gdzie zatrzymać się na noc. Jednymi z najprzyjemniejszych miejsc noclegowych w Toskanii są obiekty agroturystyczne. Usytuowane zazwyczaj w malowniczych okolicach i z dala od zgiełku miast idealnie nadają się dla osób marzących o błogim odpoczynku. Wokół nich rozpościerają się naturalne krajobrazy, czasem otaczają je zielone wzgórza lub winnice czy gaje oliwne. Nikt nie zakłóca spokoju wczasowiczom, a w letnie noce słychać tylko cykanie świerszczy. Nie wiem dlaczego, ale w takich miejscach niebo jest prawie zawsze gwieździste. Żeby się zrelaksować, wystarczy położyć się na leżaku i wpatrywać w te miliony świateł nad naszymi głowami.

                Coraz więcej obiektów agroturystycznych decyduje się na zakładanie basenów. Dzięki nim przyciągają przede wszystkim rodziny z dziećmi. Maluchy trudno wyciągnąć na całodniowe zwiedzanie miast turystycznych. Dlatego dobrym pomysłem jest spędzenie części dnia na poznawaniu okolicy, a reszty na odpoczynku nad basenem. Większość właścicieli tego rodzaju miejsc zajmuje się nie tylko wynajmem apartamentów czy pokoi, ale również rolnictwem. Prawie wszyscy uprawiają własne oliwki i winogrona, a niektórzy także warzywa i owoce. Jeśli mieszkają blisko lasu, zbierają też jagody lub jeżyny oraz grzyby, przyrządzane później na różne sposoby. Gospodarze nierzadko hodują również kozy czy owce. W gospodarstwach agroturystycznych często można wykupić posiłki na cały dzień. Same śniadania serwowane są w obiektach typu bed and breakfast (z pokojami do wynajęcia). Goście mogą liczyć na wspaniałe poranne uczty. Na stole nie brakuje domowych wypieków, takich jak crostata (tradycyjne włoskie kruche ciasto) z dżemem lub kremem orzechowym czy mięciutka ciambella (obwarzanek, babka w kształcie wieńca) ze świeżą ricottą. Niektórzy właściciele na życzenie przygotowują śniadanie na słono, na które składają się jaja na twardo lub jajecznica, wędliny, masło oraz sery. W obiektach agroturystycznych z apartamentami wynajmujący mogą przyrządzać jedzenie sami, gdyż kuchnie są w pełni wyposażone. Wśród sprzętów domowych znajduje się – oczywiście – włoska moka (kawiarka), niezbędna do zaparzenia prawdziwego, mocnego espresso. Gospodarze to zazwyczaj ludzie bardzo serdeczni. Często panuje u nich rodzinna atmosfera. Swoich gości z ochotą zapraszają na wspólnego grilla lub pieczenie pizzy. Z radością pokazują, czym zajmują się na co dzień. Poza tym chętnie odpowiadają na wszystkie pytania, pomagają w rozwiązywaniu problemów. Znakomicie znają także okolicę, więc potrafią powiedzieć, gdzie najlepiej pojechać i co warto zwiedzić. Są zatem zawsze do naszej dyspozycji.

 

ZABYTKOWE MIASTA

Kiedy mamy już wybrane miejsce do zakwaterowania, pozostaje nam szczegółowo zaplanować pobyt. Jeśli odwiedzamy Toskanię pierwszy raz, to – oczywiście – musimy udać się do Florencji, Sieny, Lukki czy Pizy. Tym dwóm ostatnim miastom wystarczy poświęcić jeden dzień. Do Lukki najlepiej wybrać się rano, aby spokojnie obejść centrum historyczne znajdujące się za starymi miejskimi murami. Warto rozważyć też wycieczkę rowerową. Po wspomnianych murach można chodzić, biegać albo jeździć na jednośladzie. Ich obwód wynosi ok. 4,25 km. W centrum znajdują się wypożyczalnie zarówno zwykłych rowerów, jak i tandemów. Udostępnia się je na godziny lub dni.

                Podczas wizyty w Lukce nie wolno zapomnieć zajrzeć do cukierni „Buccellato Taddeucci” (Piazza San Michele), gdzie sprzedaje się słynne buccellato, ciasto drożdżowe z rodzynkami i anyżem. W środku na ścianie wisi zdjęcie przedstawiające właścicieli z papieżem Janem Pawłem II, który dostał od nich właśnie ten specjał. Tuż obok lokalu, przy ulicy Santa Lucia znajduje się piekarnia oferująca schiacciatę (płaski toskański chlebek). Zawsze ustawia się do niej kolejka, ale warto odczekać swoje, żeby spróbować tego smakołyku.

                Z Lukki polecam udać się do Pizy. Mimo tłumu turystów da się w niej znaleźć miejsce postojowe na płatnym parkingu tuż przy placów Cudów (placu Katedralnym). Oprócz zwiedzenia Katedry i Baptysterium św. Jana Chrzciciela czy wejścia na Krzywą Wieżę warto przejść się uliczkami miasta, np. wzdłuż rzeki Arno. W tej okolicy właśnie wznosi się jeden z najmniejszych kościołów we Włoszech – Chiesa di Santa Maria della Spina. Został erygowany w 1230 r. i nazwany Chiesa di Santa Maria di Pontenovo, gdyż w jego pobliżu znajdował się most łączący dwie ulice: Sant’Antonio i Santa Maria. Jak podają źródła, od 1333 r. w gotyckiej świątyni był przechowywany cierń z korony Jezusa (wł. spina oznacza „cierń”, „kolec”). W XIX w. relikwię przeniesiono do Kościoła św. Klary (Chiesa di Santa Chiara).

 

Baptysterium na obszernym placu Cudów w Pizie

© VISIT TUSCANY

 

WYPOCZYNEK NAD MORZEM

Z Pizy w mgnieniu oka dotrzemy nad samo morze. Nie ma nic wspanialszego od spaceru wzdłuż morskiego brzegu. Poza sezonem parkowanie jest darmowe. Parkometry zdejmuje się i pozostają po nich same słupki. W sezonie natomiast obowiązują taryfy godzinne, na pół dnia lub na cały dzień. Warto mieć przy sobie drobne pieniądze, gdyż parkometr nie przyjmuje banknotów czy kart płatniczych, a najbliższy bar bądź kiosk znajduje się często bardzo daleko i zapłacenie za postój może stanowić problem. Z Pizy szybko dostaniemy się do Mariny di Pisa lub Mariny di Vecchiano. Ta druga miejscowość szczyci się szerszą plażą. Niestety, poza sezonem wybrzeże bywa pokryte wszystkim, co zdołało wyrzucić morze. Dopiero tuż przed przybyciem wczasowiczów na plażach zaczynają się generalne porządki.

                Z Mariny di Vecchiano w niecałą godzinę dotrzemy pieszo do Torre del Lago (Torre del Lago Puccini). Miejscowość żyje zazwyczaj również poza sezonem. Działają w niej bary lub małe restauracyjki. Przy samym rondzie otwarty jest lokal gastronomiczny, w którym sprzedaje się pizzę na kawałki (pizza al taglio). Możemy wybrać ulubione smaki, a właścicielka pizzerii odgrzeje nam je w piecu.

                W sezonie wszystkie plaże są oblegane przez wczasowiczów. W takich miejscowościach jak Viareggio czy Lido di Camaiore (Camaiore) trudno o wolne miejsce. W tej pierwszej darmowa plaża jest bardzo mała (znajduje się tuż przy molo). Wielbicielom morskich i słonecznych kąpieli pozostaje opłacenie leżaka na płatnej plaży. Ceny są wysokie i zróżnicowane. Najlepiej rozejrzeć się po okolicy, aby móc wybrać najlepszą ofertę. Opłaty różnią się w zależności od tego, czy chcemy korzystać z plaży przez pół dnia, czy cały dzień.

Z Viareggio można przejść się deptakiem aż do samego Lido di Camaiore. W lato warto pamiętać o okularach przeciwsłonecznych, gdyż białe płyty chodnikowe tak mocno odbijają promienie słoneczne, że wręcz oślepiają. Poza tym trzeba koniecznie chronić głowę przed słońcem. W lipcu czy sierpniu temperatury są bardzo wysokie. Przy deptaku znajdują się bary, restauracje i sklepy odzieżowe największych włoskich stylistów. Należy pamiętać, że wymienione miasta odwiedzają chętnie celebryci. Dlatego działają w nich drogie sklepy i luksusowe hotele. W Viareggio mieszka m.in. Marcello Lippi, były trener włoskiej reprezentacji w piłce nożnej (w latach 2004–2006 i 2008–2010). Miasto słynie także z jednego z najważniejszych karnawałów we Włoszech, porównywanego do tego organizowanego w samym brazylijskim Rio de Janeiro. Platformy karnawałowe przygotowywane są przez cały rok w ogromnych halach na peryferiach Viareggio. Całe wydarzenie transmituje telewizja. W 2018 r. padł rekord popularności – organizator zabawy zarobił 2,352 mln euro, czyli o 1 mln euro więcej niż w 2014 r.

 

JACHTY I MARMUR

W Toskanii można również aktywnie spędzać czas na pływaniu jachtem. Na stronach internetowych znajdziemy informacje o wszystkich portach w regionie oraz wypożyczalniach łodzi. Do wyboru jest wynajęcie samej jednostki lub wraz z kapitanem. Ceny są bardzo zróżnicowane i dochodzą nawet do 1 tys. euro za osobę. W Toskanii funkcjonują liczne firmy specjalizujące się w organizacji wycieczek na morzu. W swojej ofercie mają rejsy jednodniowe, weekendowe czy tygodniowe. Poza tym można także wybrać się na pobliską Korsykę albo malownicze Wyspy Toskańskie (np. Elbę, Giglio albo Capraię). W internecie sprawdzimy też aktualną sytuację pogodową oraz kierunek i siłę wiatru.

Jeśli będziemy w okolicach wybrzeża, powinniśmy podjechać również do Carrary i Pietrasanty. Pierwsze miasto słynie z najlepszego i najpiękniejszego marmuru na świecie, który wydobywa się w tej okolicy od czasów Etrusków. To tu przyjeżdżał Michał Anioł, aby wybrać materiał do swoich rzeźb takich jak Pieta watykańska (1498–1500) czy Dawid (1501–1504). W Carrarze znajduje się wiele warsztatów obrabiających marmur. Działa w niej także Miejskie Muzeum Marmuru (Museo Civico del Marmo). Na turystów czeka tutaj jeszcze jedna atrakcja – zwiedzanie kamieniołomu wraz z przewodnikiem. Oferują je prywatne firmy, zajmujące się wydobywaniem marmuru. Wycieczkę po kopalni odkrywkowej należy zarezerwować z wyprzedzeniem, szczególnie w okresie letnim.              

                Pietrasanta bliska jest sercom Polaków, gdyż mieszkał w niej i pracował polski rzeźbiarz Igor Mitoraj (1944–2014). Swoje dzieła tworzył też w marmurze karraryjskim. W mieście znajdziemy wiele śladów po słynnym artyście. Niemalże na każdym kroku można tu natknąć się na jego rzeźby. Warto zajrzeć na miejski cmentarz i odwiedzić grób Igora Mitoraja – usytuowany jest tuż przy wejściu, po prawej stronie. Polecam przejść się po całej nekropolii i przyjrzeć się nagrobkom i rzeźbom. Cmentarz robi ogromne wrażenie, ponieważ pomniki na nim zostały wykonane w cennym białym marmurze karraryjskim.

 

GÓRSKIE WĘDRÓWKI

Podczas pobytu w Toskanii można nie tylko zwiedzać jej miasta i miasteczka. Osoby lubiące aktywne wakacje powinny rozważyć wyprawy trekkingowe. Region pokrywają wzgórza, kręte drogi czy lasy. Wędrówkom towarzyszą wspaniałe widoki. Na terenach górskich wytyczono wiele szlaków. W księgarniach dostępne są ciekawe książki dotyczące tras spacerowych. Toskanię pieszo uwielbiają przemierzać nie tylko turyści, lecz także jej mieszkańcy. W weekendy miejscowi często wybierają się na wycieczki. W rejonie Pistoi wiele osób jeździ do miejscowości Doganaccia, gdzie zostawia auto i udaje się o własnych siłach nad jezioro Scaffaiolo. Wprawdzie znajduje się ono częściowo już na terytorium Emilii-Romanii, ale można się do niego dostać również od strony toskańskiej. Jezioro magazynuje wodę pochodzącą z opadów deszczu i stopniałego śniegu. Leży ono na wysokości 1775 m n.p.m. W okolicy rozciągają się lasy, w których rośnie bardzo dużo owoców. Tereny te słyną m.in. ze znakomitych jagód, wykorzystywanych przez miejscowych do produkcji dżemów i likierów. Koło Scaffaiolo znajduje się nieduże schronisko (istniejące już od 1878 r. Rifugio Duca degli Abruzzi, 1787 m n.p.m.), oblegane szczególnie w sezonie letnim. Można w nim zjeść gorący posiłek lub lody i wypić kawę. Nad samym jeziorem Toskańczycy i turyści chętnie urządzają pikniki z rodziną albo przyjaciółmi.

Jednym z moich ulubionych rejonów trekkingowych są okolice Pomarance w prowincji Piza. Niedaleko miasteczka biegnie ścieżka, którą najpierw dotrzemy do opuszczonych term San Michele alle Formiche, a następnie do ruin opactwa celestynów z 1377 r. San Michele alle Formiche. Trasa jest łatwa i przyjemna. Przy termach znajduje się duży drewniany stół i ławy idealne na piknik.

                Trekking można uprawiać też wzdłuż Drogi Franków (Via Francigena). To historyczny transalpejski szlak komunikacyjny, ciągnący się od Canterbury w Anglii po Rzym. Kiedyś pielgrzymi podróżowali nim do grobu św. Piotra. Trasa liczy w sumie ok. 1610 km, przez Toskanię biegnie odcinek o długości 380 km. Szlak cieszy się obecnie dużą popularnością, szczególnie wśród ludzi młodych. Na stronie internetowej regionu (www.regione.toscana.it/via-francigena) znajduje się interaktywna mapa z zaznaczonymi poszczególnymi fragmentami trasy oraz ważnymi informacjami dotyczącymi np. noclegów i miejsc odpowiednich na posiłki. Niektóre fragmenty Drogi Franków pokrywa asfalt, na tych odcinkach jeżdżą również samochody. Kamienne trakty na szlaku można przemierzać pieszo, rowerem lub konno.

 

NA ROWERZE I NA KONIU

Toskania stanowi też świetny region do uprawiania sportów rowerowych. Zawodowi kolarze ćwiczą się w niej w pokonywaniu wzgórz. Na dwóch kółkach chętnie przemierzają ją także amatorzy. Na górskich drogach często zauważymy zorganizowane grupy cyklistów. Uczestnicy wycieczek są w różnym wieku. Podczas podróży po Toskanii przekonamy się, że sport ten uprawiają również starsi ludzie. Wysportowani mężczyźni często ścigają się z młodszymi, mało doświadczonymi rowerzystami. Jedna ze znanych tras wiedzie z Pistoi do San Baronto. Obowiązkowo trzeba sobie na niej zrobić przystanek przy źródle bijącym przy samej drodze. Po krótkim odpoczynku jedni zjeżdżają do pobliskiego miasteczka Lamporecchio, a inni zmierzają albo do Vinci, w którym urodził się 15 kwietnia 1452 r. Leonardo da Vinci, albo aż do Empoli. Grupy pasjonatów tego sportu częściej spotkamy w weekendy niż w ciągu tygodnia. Od poniedziałku do piątku na drogach trenuje więcej zawodowych kolarzy.

                Kolejnym pomysłem na aktywne spędzanie czasu w Toskanii jest jazda konna. W regionie nie brakuje stadnin, bo Toskańczycy lubią jeździectwo. Ten rodzaj sportu cieszy się zainteresowaniem nie tylko wśród dorosłych. W wielu obiektach prowadzi się też lekcje dla dzieci. Do 8. roku życia nasze pociechy mogą jeździć na kucach. Starsze dzieci wsiadają na duże konie. Przed odwiedzeniem stadniny warto dowiedzieć się, jaki styl jest w niej praktykowany (angielski czy westernowy). Wizytę umawia się zwykle z kilkudniowym wyprzedzeniem. W niektórych obiektach czasem istnieje możliwość wykupienia jednorazowej przejażdżki.

                W Toskanii działa stadnina prowadzona przez mieszane małżeństwo – Polkę i Włocha. Centro Ippico Pegaso znajduje się w Collesalvetti w prowincji Livorno. Specjalizuje się w jeździe amerykańskiej, inaczej westernowej (monta americana). Ze względu na to, że właściciele organizują wiele wyjazdów trekkingowych w teren, wizyta w ośrodku możliwa jest tylko po wcześniejszym uzgodnieniu. Zainteresowani mogą wykupić nocleg w pobliskim obiekcie agroturystycznym. Obecnie Agnieszka i Toni oferują przede wszystkim trekkingi konne w regionie Garfagnana w prowincji Lukka, nad morzem, na wzgórzach Livorno czy w okolicach Collesalvetti, a także na północy Włoch, np. w prowincji Trydent. Konie zawożone są w konkretne miejsce i stamtąd rozpoczyna się wyprawa. Takie wycieczki trwają nawet cztery dni. Oferta skierowana jest do osób powyżej 16. roku życia, które jeździły już wcześniej konno. Wyjazdy nad morze są zazwyczaj dwudniowe. Uczestnicy wyprawy nocują w dużym namiocie wojskowym ustawionym na terenie Parco dei Poggetti na wzgórzach powyżej Rosignano Marittimo w prowincji Livorno. Takie wycieczki stanowią niezapomniane przeżycie. Oprócz regularnie oferowanych trekkingów Agnieszka i Toni organizują indywidualnie zamawiane grupowe wyjazdy konne.

                Jeśli nie interesuje nas jeździectwo, ale lubimy konie, możemy wybrać się na tor Ippodromo Sesana do Montecatini Terme w prowincji Pistoia. Odbywają się tu widowiskowe wyścigi kłusowe dwukołowymi zaprzęgami o nazwie sulki. Konie biegną z maksymalną prędkością 55 km/godz. i pokonują dystans od 1,6 tys. do 2,4 tys. m. Podczas jednego biegu startuje co najwyżej 16 zawodników.

 

Wulkaniczna Capraia – trzecia co do wielkości w archipelagu Wysp Toskańskich

© VISIT TUSCANY

 

CHWILA RELAKSU

Po aktywnym spędzaniu czasu warto nieco odpocząć. W Toskanii można zrelaksować się w termach oraz ośrodkach spa i wellness. W regionie występują liczne gorące źródła. Wypływające spod ziemi wody osiągają temperaturę od 25 do 52°C. Jednym z najpiękniejszych miejsc na kąpiel są termy koło miejscowości Saturnia znajdującej się na nizinie Maremma w prowincji Grosseto. Naturalne baseny wypełniają wody o dużym stężeniu siarkowodoru i dwutlenku węgla. Z części term (Cascate del Mulino i Cascate del Gorello) można korzystać za darmo. Pozostały fragment należy do luksusowego hotelu – Terme di Saturnia Spa & Golf Resort, oferującego liczne zabiegi.

                Na kolejne źródła trafimy w Bagno Vignoni w prowincji Siena. W samym centrum miasteczka znajduje się duży zbiornik z parującą wodą. Nie wolno do niego wchodzić. Nogi można zanurzyć na obrzeżach Bagno Vignoni. Przez miejscowość biegną kanały, w których płynie gorąca (52°C), siarczana woda. W miasteczku funkcjonuje – oczywiście – płatny kompleks termalny, gdzie wykonuje się zabiegi estetyczne i lecznicze (zalecane w przypadku osteoporozy i artretyzmu).

                Niedaleko Bagno Vignoni znajdują się darmowe Terme di San Filippo (Bagni San Filippo), które są zawsze oblegane przez turystów. Warto odwiedzić je w lecie, mimo iż trudno wtedy o miejsce parkingowe. Wapienne zbiorniki robią duże wrażenie. Temperatura wody dochodzi do 48°C. Ludzie relaksują się tu godzinami, po prostu siedzą w basenach i rozmawiają ze znajomymi.

                Grotta Giusti w Monsummano Terme to dwa w jednym: łaźnie termalne i spa. W XIX w. postawiono w tym miejscu budynek, w którym znajduje się dziś luksusowy hotel. Temperatura lokalnych wód nie przekracza 35°C. Kąpiel w nich stymuluje mikrokrążenie i metabolizm komórkowy. Można tutaj również wykupić różnego rodzaju masaże, począwszy od indyjskich (ciepłymi olejkami), chińskiego i shiatsu, a skończywszy na masażu z peelingiem.

Wspomniana miejscowość Montecatini Terme słynie z czterech źródeł leczniczych: Regina, Tettuccio, Rinfresco i Leopoldina. Na bazie tych wód powstała seria kosmetyków Terme di Montecatini. W miejscowości oprócz dobroczynnych kąpieli termalnych można skorzystać z masaży (m.in. kamieniami wulkanicznymi), sauny, terapii błotnych, zabiegów rehabilitacyjnych, usług gabinetów kosmetycznych oraz programu ćwiczeń wyszczuplających.

                To – oczywiście – nie wszystkie toskańskie źródła termalne. Na zainteresowanie zasługują jeszcze np. Terme di Petrolio, Terme di Chianciano, ośrodki w Rapolano Terme i San Casciano dei Bagni (wszystkie w prowincji Siena), Terme di Sassetta w prowincji Livorno czy Terme San Giovanni w Portoferraio na wyspie Elba.

 

Basen termalny w eleganckim resorcie Grotta Giust

© ITALIAN HOSPITALITY COLLECTION

 

***

Ten ogromnie zróżnicowany region Włoch przyciąga tyloma atrakcjami, że jedna wyprawa w te strony to zdecydowanie za mało. Z Toskanią jest jak z pierwszą miłością – nigdy się jej nie zapomina. Wystarczy tylko raz przekroczyć jej granice, aby wciąż chcieć do niej wracać po więcej. Sama coś o tym wiem. Mieszkam tu już od 20 lat.

 

 

Wydanie Wiosna 2018

 

 

 

 

Kolumbia – kraj tysiąca kolorów

ALEKSANDRA ANDRZEJEWSKA 

www.polkawkolumbii.com 

 

« Kiedy wspominam, że mieszkam w Kolumbii, większość osób łapie się za głowę i mówi, że lubię mieć pod górkę. Przecież to kraj baronów narkotykowych, gdzie w nieprzebytych lasach tropikalnych można zostać porwanym. Poza wyśmienitą kolumbijską kawą, piłkarzami i znaną na całym świecie piosenkarką Shakirą niewiele innych pozytywnych rzeczy zwykle się z nim kojarzy. Skoro w programach informacyjnych pokazuje się zdjęcia z Kolumbii z paczkami kokainy umieszczonymi nawet w kartonach po bananach, trudno jest uwierzyć mi na słowo, że czuję się tu jak ryba w wodzie, miejsce to zamieszkują radośni ludzie i należy ono do najbardziej rozpieszczanych przez matkę naturę zakątków na naszym globie. »

Więcej…