ROMAN WARSZEWSKI 

www.warszewski.info

 

« Czym lub kim jest yeti, raczej powszechnie wiadomo. To tajemniczy człowiek śniegu. Gdzie leżą Himalaje, też nie trzeba zazwyczaj wielu osobom tłumaczyć. Trudności mogą nastręczać zawarte w tytule czorteny. Śpieszę zatem z wyjaśnieniem. Są to przydrożne, a niekiedy śróddrożne, obiekty sakralne o prostopadłościennej podstawie, na której spoczywa półkula ze strzelistą iglicą. Jeśli miałbym je do czegoś porównać, powiedziałbym, że pełnią podobną funkcję jak stojące przy polskich drogach kapliczki lub krzyże. W Nepalu czortenów znajdziemy tysiące. »

 

 

Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że to jeden z najciekawszych krajów świata. Tutaj jak nigdzie indziej ziemia dotyka nieba. W Nepalu wznosi się najwyższy ziemski tron – Himalaje – i jego misternie wyrzeźbiony porywistymi wiatrami podnóżek – przedproże Tybetu. Z przepiękną i niepowtarzalną przyrodą sąsiadują w nim wytwory bogatej kultury o sięgającym setek lat wstecz rodowodzie. Tu filozofia i różne religie czerpały inspiracje ze środowiska, w którym kształtowały się i wzrastały. Tego kraju w czasie wędrówek po świecie nie wolno ominąć, a po pierwszej w nim wizycie, trzeba go odwiedzić ponownie.

Nepal składa się jakby z tarasów, które stopniowo wyłaniają się z niziny Teraju, a potem przez pogórze Śiwaliku i Małych Himalajów wspinają ku niebosiężnym himalajskim szczytom, aby następnie znów opaść ku Wyżynie Tybetańskiej. Zatem nawet ukształtowanie terenu przypomina w nim wielką świątynię. Nic więc dziwnego, że z sacrum można tutaj spotkać się na każdym kroku.

 Kolorowe flagi modlitewne rozwieszane przez wyznawców buddyzm u tybetańskiego w okolicy Annapurny

© ISTOCK.COM/DEVILKAE

 

 

WROTA KRÓLESTWA

Miejscem, z którego najlepiej wyruszyć na poznawanie kraju, jest niewątpliwie jego stolica – Katmandu.W niej znajduje się największe nepalskie lotnisko (Tribhuvan International Airport) stanowiące łącznik ze światem zewnętrznym. To nieprzypadkowe sformułowanie, bo jeszcze do połowy XX w. do Nepalu dostać się było co najmniej tak samo trudno jak obecnie do Bhutanu. Sytuacja zmieniła się dopiero w latach 50. XX stulecia, gdy zaczęto tu organizować coraz częstsze wyprawy wysokogórskie, a Tenzing Norgay (1914–1986) i Edmund Hillary (1919–2008) zdobyli Mount Everest (29 maja 1953 r.). 

Stosunkowo niewielkie Katmandu liczyło wówczas ok. 100 tys. mieszkańców, potem jego populacja wzrosła do 200 tys. Dopiero przełom XX i XXI w. przyniósł bardzo przyspieszony rozwój. Dzisiejsza stolica, zamieszkana przez mniej więcej 1,3 mln ludzi, w ogóle już nie przypomina miasta sprzed kilku czy kilkunastu lat. Początkowo było ono ledwie plamą na dnie śródgórskiej kotliny, która wzięła od niego nazwę (Kotlina Katmandu). Dziś wypełza daleko poza jej granice. Kompleks Swayambhunath – szacowne buddyjskie centrum pielgrzymkowe, jedno z najświętszych miejsc w okolicy, kiedyś znajdował się w znacznej odległości od Katmandu. Obecnie można odnieść wrażenie, że stolica leży od niego o rzut kamieniem. Podobnie jest z równie ważną i atrakcyjną świątynia Bodnath.


Swayambhunath na wzgórzu w Kotlinie Katmandu

© ISTOCK.COM/ADRIANCATALINLAZAR

 

 

PLAC PAŁACÓW I ŚWIĄTYŃ

W Katmandu trzeba przede wszystkim zobaczyć Durbar Square, czyli plac Królewskiego Pałacu, a na nim oczywiście pałace. Stanowią one najlepszy przykład nepalskiej (a właściwie newarskiej, bo kotlinę zamieszkują głównie Newarowie) architektury, w której w doskonały sposób łączy się drewno z cegłą i kamieniem. Uwagę przykuwają drzwi i okna będące niepowtarzalnymi dziełami sztuki. Przez misterne koronki w okiennych otworach do wnętrza budowli wpada rozproszone światło. Jednocześnie w jakimś stopniu chronią one przed chłodem wieczoru czy zimy.

Prócz pałaców na placu Durbar znajdują się świątynie – głównie hinduistyczne. Nie wolno ich ominąć. Na północy stoi ta poświęcona bogini Taledźu – największa i najwyższa w Kotlinie Katmandu, obecnie jeszcze nie do końca odbudowana po ostatnim, bardzo dotkliwym trzęsieniu ziemi z kwietnia 2015 r. Duże znaczenie ma także świątynia Degutale. Na południowo-zachodnim krańcu placu wznosi się Kumari Ghar, pałac, który zamieszkuje Kumari (Dziewica) – kilkuletnia dziewczynka uznawana za żyjącą hinduistyczną boginię (dewi). Swoje boskie przymioty traci ona w momencie, gdy wchodzi w okres dojrzewania. Wtedy wybiera się nową Kumari. Co ciekawe, dziewczynka, która ma stać się bóstwem, pochodzi zawsze z rodziny buddyjskiej. To najlepiej pokazuje naturalne przenikanie się tych dwóch porządków religijnych, tak typowe dla Nepalu. 

 

 

BUDDYJSKIE MIASTO

Patan (Lalitpur) był kiedyś odrębnym miastem, ale dziś stanowi przedmieścia Katmandu. Nadal jednak pozostaje całkiem czytelnym niezależnym założeniem urbanistycznym i ma zupełnie inny charakter niż hinduistyczno-buddyjska stolica. Patan jest zdecydowanie ośrodkiem buddyjskim. Według jednej z legend został założony przez Aśokę (panującego od ok. 268 do 232 r. p.n.e.), indyjskiego władcę, który jako pierwszy uznał buddyzm za religię państwową (na marginesie warto wspomnieć, że Lumbini, gdzie według tradycji urodził się Budda, też leży w Nepalu, w regionie Teraj).

W mieście znajduje się 5 stup (rytualnych, półkolistych wzniesień) wiązanych z tym władcą, ale należy wątpić, czy pochodzą z aż tak zamierzchłych czasów. Niemniej w Patanie do dziś działa 18 klasztorów buddyjskich pierwszej rangi (a więc takich, które wyposażone są w dawne archiwa). Niegdyś było ich w nim jednak ponoć aż 150…

Podobnie jak w Katmandu trzeba tu przede wszystkim udać się na miejscowy plac Durbar, a także na Mangal Bazaar. Ten pierwszy choć jest bardziej kameralny niż jego odpowiednik w stolicy, został w znacznie większym stopniu odbudowany po wspomnianym już trzęsieniu ziemi. Oprócz świątyni Mahabuddha wznoszą się na nim świątynie Taledźu i Degutale. Obie warte są poświęcenia im co najmniej kilku godzin uwagi. Inne bardzo charakterystyczne przybytki w okolicy stanowią świątynie ku czci Kriszny i Hariśankara (będącego połączeniem Wisznu z Śiwą). Nawet w Patanie, tym morzu buddyzmu, można więc odnaleźć wysepki hinduizmu. Taki właśnie jest Nepal!



Barwne łodzie w Pokharze na jeziorze Fewa

© ISTOCK.COM/CRYSTALFRAMEPHOTOGRAPHY

 

ZDJĘCIE Z KAMIENNĄ RZEŹBĄ

Za największą kulturową perłę w Kotlinie Katmandu należy jednak uznać Bhaktapur, zwany też Bhadgaonem – Miastem Ryżu. Ten ośrodek o bardzo wyrazistej urbanistycznej bryle otrzymał taką nazwę z racji faktu, że większość jego mieszkańców nadal pracuje na roli, właśnie przy uprawie ryżu. Również dlatego Bhaktapuru w ogóle nie ima się nowoczesność. Zachował on niepowtarzalny, średniowieczny charakter. Pod tym względem przypomina indyjski Jaisalmer z pustyni Thar w Radżastanie – miasto jakby wyjęte z Księgi tysiąca i jednej nocy. Atmosfera jest tu identyczna.

Uliczkami, a raczej zaułkami Bhaktapuru można wędrować bez końca i pod żadnym pozorem nie wolno się spieszyć. Takim spacerem należy się delektować. Każda uliczka kusi dziesiątkami (a może nawet setkami) malowideł na ścianach domów, rzeźb, detali wykutych w metalu, obok których nie da się przejść obojętnie. Koniecznie trzeba zrobić im zdjęcia. W okolicy znajduje się także zatrzęsienie czortenów. W przeciwieństwie do Patanu czy Katmandu w Bhaktapurze atrakcje są rozmieszczone w różnych punktach. Tu też natrafimy na plac Durbar, ale prawdę mówiąc rozciąga się on na całe miasto.

 

 

PRZYSTANEK POD ANNAPURNĄ

Jeśli wybierać się poza Kotlinę Katmandu, to oczywiście trzeba udać się do Pokhary – ponad 400-tysięcznego miasta nad przepięknym jeziorem Fewa (Phewa), leżącego u podnóża trzech ośmiotysięczników: Annapurny (8091 m n.p.m.), Dhaulagiri (8167 m n.p.m.) i Manaslu (8163 m n.p.m.). Można w tym miejscu odpocząć po wizycie w wielkomiejskiej stolicy. Przy dobrej widoczności dostrzeżemy stąd nepalski Matterhorn – szczyt Maćhapućhare (Rybi Ogon – 6993 m n.p.m.). Żeby jednak w pełni docenić jego urodę, należy opuścić miasto i ruszyć w kierunku majestatycznych Himalajów. Trasy trekkingowe prowadzące wokół Annapurny, na które miłośnicy gór wyprawiają się z Pokhary, uchodzą za najbardziej atrakcyjne pod względem widoków. Nie są zbyt wymagające, a podczas wędrówki można stanąć twarzą w twarz z niepowtarzalną nepalską przyrodą. 

 

 

W KRAINIE TYGRYSA

Nepalczycy stają się coraz bardziej świadomi wartości otoczenia, w którym przyszło im żyć. Starają się również dbać o środowisko naturalne. O ich nastawieniu do przyrody może świadczyć m.in. fakt, że w Nepalu zaczęto skutecznie walczyć z wszechobecnym plastikiem, zanim jeszcze zajęto się tym na Zachodzie. Zamiast plastikowych toreb i torebek powszechnie wprowadzono tu do obiegu darmowe wiskozowe woreczki wielokrotnego użytku.

W kraju znajduje się kilka rozległych parków narodowych, np. Ćitwan (ok. 953 km² powierzchni), Sagarmatha (1148 km²), Rara (106 km²) czy Langtang (1710 km²). Najczęściej odwiedzany jest ten pierwszy, istniejący od 1973 r. To właśnie w nim żyje jeszcze kilkaset nosorożców indyjskich oraz blisko setka tygrysów bengalskich. I jedne, i drugie zwierzęta można tutaj zobaczyć na własne oczy. Miejscowi przewodnicy znają ich siedliska, więc potrafią łatwo je wytropić. Przepływającą przez park rzekę Narayani zamieszkują gawiale – azjatyckie krokodyle. Dorosłe osobniki osiągają długość nawet 6 m. Gdy płynie się łodzią, nie sposób ich nie spotkać. Można się wręcz zdziwić, że gawiali jest tu aż tyle.

Najtrudniej wytropić tygrysy. Jeśli ktoś nie ma zamiaru ograniczyć się tylko do oglądania ich śladów pozostawionych w grząskim gruncie, powinien zanocować w jednej z porozstawianych w dżungli ambon, przystosowanych do tego, aby dało się w nich spędzić wiele godzin. Rozmieszczone są wzdłuż szlaków, którymi w nocy tygrysy wędrują do wodopoju lub na żerowiska. Szansa na wypatrzenie tych zwierząt lub przynajmniej ich żarzących się w mroku oczu jest więc dość spora, tym bardziej że na wyposażeniu większości ambon znajdują się noktowizory.

Nic zatem dziwnego, że ten dawny (do 2005 r.) królewski park, w Nepalu to określenie dodaje się zresztą do bardzo wielu nazw, cieszy się ogromną popularnością, i to nie tylko wśród zachodnich turystów. Chętnie odwiedzają go sami Nepalczycy (od Katmandu dzieli go zaledwie ok. 150 km) oraz Hindusi. W końcu Indie leżą tuż za miedzą. Teren parkowy przylega do terytorium tego kraju. Dlatego w jego południowo-zachodniej części natkniemy się na liczne posterunki wojskowe, mimo iż – przynajmniej oficjalnie – Nepal pozostaje w dobrym stosunkach z Indiami.

Park można zwiedzać otwartymi jeepami, pieszo lub na słoniach. Tych ostatnich, chętnie użyczanych turystom za opłatą, jest tu stosunkowo dużo. W miejscowościach Tandi Bazar czy Sauraha, stanowiących najbardziej popularne bazy do wycieczek po Ćitwan, spotyka się je także na ulicach, ponieważ zastępują… ciężarówki. Jednak ze względu na protesty organizacji prozwierzęcych również w Nepalu coraz nie chętniej patrzy się na wykorzystywanie słoni jako atrakcji dla turystów marzących o egzotycznym safari. 

 

 

CIEŃ CZŁOWIEKA ŚNIEGU 

Podczas gdy Ćitwan jest płaski, nizinny, w wielu miejscach podmokły, górski Park Narodowy Sagarmatha przyciąga urozmaiconym ukształtowaniem terenu i dla wielu główną atrakcją w kraju – wspaniałymi Himalajami. Na jego obszarze znajduje się kilka najwyższych gór świata, w tym Mount Everest, czyli Czomolungma (8848 m n.p.m.). Park nazwano od nepalskiej nazwy tego szczytu – Sagarmatha.

Właśnie tu mieszkają słynni Szerpowie – tybetański lud doskonale sobie radzący w trudnych wysokogórskich warunkach. Spośród nich rekrutowani są tragarze i przewodnicy wspierający wszystkie ważniejsze wyprawy w wysokie Himalaje. W tej okolicy też najbardziej żywa jest legenda yeti – tajemniczej dwunożnej, owłosionej istoty, pozostawiającej w śniegu duże ślady (gdyby nie ich rozmiar, można by je uznać za odcisk stopy człowieka). Według włoskiego himalaisty Reinholda Messnera pojawiające się w opowieściach stworzenie to po prostu niedźwiedź tybetański. Badacze uważają oczywiście yeti za postać mitologiczną. Być może stanowi on wspomnienie po mieszkających na tym obszarze przed kilkunastu tysiącami lat denisowianach – praludziach, żyjących na ziemi równocześnie z neandertalczykami. W Himalajach mieli oni przetrwać znacznie dłużej niż w innych częściach świata, a przodkowie współczesnych Nepalczyków widywali ich, a nawet – co wykazują badania genetyczne – od czasu do czasu krzyżowali się z nimi. Dziś można usłyszeć m.in. historie o tym, jak yeti porywa nepalskie kobiety. Skoro jednak denisowianie dawno wyginęli, dlaczego w Himalajach znajduje się tajemnicze ślady? Naukowcy wyjaśniają, że to tylko pozornie odciski stóp istot poruszających się na dwóch kończynach. W rzeczywistości pozostawiają je po sobie niedźwiedzie, które podczas przemieszczania się swoimi tylnymi łapami trafiają dokładnie w miejsce, gdzie postawiły wcześniej przednie łapy. Dlatego też rozmiar tych śladów staje się nieco większy niż być powinien.

Do Parku Narodowego Sagarmatha najlepiej wybrać się między październikiem i majem, oczywiście z wyjątkiem okresu od grudnia do lutego, kiedy temperatury spadają znacznie poniżej 0°C, a dodatkowe utrudnienie stanowią obfite opady śniegu. Najpopularniejsza jest wyprawa do bazy u podnóża Mount Everestu, podczas której można podziwiać najwspanialsze widoki na okolicę. Z roku na rok decyduje się na nią coraz więcej osób. Przyciąga ich możliwość znalezienia się wśród najwyższych gór świata, w sąsiedztwie najsłynniejszego ośmiotysięcznika.


Wioska jarkot położona wśród surowych górskich zboczy na obszarze dawnego Królestwa Lo

© ISTOCK.COM/ZZVET

 

MUSTANG, ALE NIE KOŃ

Osobom lubiącym duże wyzwania warto polecić Mustang, który aż do 1992 r. pozostawał niedostępny dla przybyszów z zewnątrz. Wbrew pozorom to nie żaden koń, lecz dawne Królestwo Lo (istniejące do października 2008 r.). Jest ono kawałkiem Tybetu przyklejonym do Nepalu. Z tego zresztą wynika jego wielka atrakcyjność. Jeśli ktoś nie był w indyjskim Ladakhu, a chciałby dowiedzieć się, jak wygląda Tybet, powinien udać się właśnie do tej części kraju.

Szlak do nieformalnej stolicy Mustangu – Lomanthangu (Lo Manthangu, Lo Mantangu) – prowadzi wśród fantazyjnych piaskowcowych skał. Smagane przez suche wiatry, przybrały niezmiernie wymyślne kształty. To także kraina niezwykłych jaskiń, od dawna stanowiących dla ludzi powód do osiedlania się w tym odległym zakątku, i łatwych do znalezienia licznych skamielin, wśród których prym wiodą amonity. Region ten, oprócz wyznawców buddyzmu tybetańskiego, bardzo chętnie odwiedzają więc paleontolodzy.

Mustang jest suchy i niegościnny. Jednak właśnie na tej surowości polega jego urok. Panuje tu klimat kontynentalny. Lata są krótkie, ale bardzo gorące. Mimo znaczącej wysokości nad poziomem morza temperatury dochodzą wówczas do 30°C. Z kolei surowe zimy trwają długo. Krajobraz urozmaica tylko rachityczna roślinność charakterystyczna dla Wyżyny Tybetańskiej.

Jak często się to zdarza, w tym nieprzyjaznym dla człowieka otoczeniu rozwinęła się bardzo bogata kultura. Niczym bezcenna szkatuła Mustang kryje w swoim wnętrzu niesamowite klasztory, czorteny i wielopiętrowe pałace. W nich znajdują się stare malowidła, rzeźby i przedziwne instrumenty muzyczne. Dźwięki wydobywające się z tych ostatnich są zaskakujące. To muzyka z całkiem innego czasu i innej przestrzeni, tak odmiennych jak sam Mustang.

 

 

WOJOWNICY Z INDII

Obok Szerpów jedną z wizytówek Nepalu są niewątpliwie Gurkhowie. Nieustraszeni wojownicy tworzący jedne z najbardziej bitnych oddziałów świata. Nie pochodzą stąd, przywędrowali z północnych Indii, z okolic Radżastanu. Ponieważ nie mogli poradzić sobie z naporem Mogołów w XV w., wyruszyli na wschód i trafili do dzisiejszego zachodniego Nepalu, gdzie założyli miasto Gorkha. W pamięci wciąż mieli swoją wojowniczą przeszłość, dlatego nadal szkolili się w walce. W ciągu 300 lat tak urośli w siłę, że... najechali Kotlinę Katmandu i przegonili stamtąd w 1769 r. dynastię Malla. Potem, do pojawienia się w tych stronach Brytyjczyków, rządzili Nepalem.

Przybysze z Wielkiej Brytanii bardzo szybko poznali się na niezwykłych umiejętnościach Gurkhów. Uczynili z nich nepalską legię cudzoziemską. Wielokrotnie wykorzystywali ich w boju, m.in. w czasie I wojny światowej, w krwawych walkach o Bosfor oraz w bitwie pod Monte Cassino. Do dziś cztery pułki Gurkhów służą w Wielkiej Brytanii w straży przybocznej królowej Elżbiety II, a siedem stacjonuje w Indiach. Przynoszą Nepalowi znaczne dochody. Państwo za ich zagraniczną służbę otrzymuje 30 mln dolarów. W tak niewielkim i niezbyt zamożnym kraju jak Nepal to kwota nie do pogardzenia. Sami żołnierze też odnoszą spore korzyści: po latach służby cieszą się szacunkiem w społeczeństwie i są lepiej sytuowani niż przeciętni Nepalczycy. Zwykle zakładają prywatne firmy, gdzie zatrudnienie znajdują ich krewni. Sami poświęcają czas na snucie opowieści o tym, co przeżyli za granicą. Historie te robią zazwyczaj na słuchaczach niemałe wrażenie, bo rzadko który Nepalczyk ma okazję wyjechać do innego kraju. 

 

 

NA STOLE U WEGETARIAN

Na razie pisałem o Nepalu w samych superlatywach. Jednak z europejskiego czy ogólnie zachodniego punktu widzenia trudno w podobny sposób opisać nepalską kuchnię. Dla przybysza z Zachodu jest ona po prostu bardzo specyficzna. Wielu osobom może nie przypaść do gustu.

Na początek ważna uwaga: jeśli trafimy do kogoś w Nepalu w gościnę, powinniśmy pamiętać, że główne danie serwuje się zwykle na końcu. Poprzedzają je liczne przekąski, np. prażony groch, smażona wątróbka (uchodząca tu za wielki przysmak), ryżowe ciasto nasączone słodkim alkoholem. Jeżeli więc ktoś nie zachowa ostrożności, może się okazać, że na zasadniczą część posiłku w żołądku nie będzie już miał po prostu miejsca.

W Nepalu najchętniej je się dhaal bhat (dal bhat) – gęstą zupę z soczewicy z gotowanym ryżem. To swojego rodzaju danie narodowe. Niektórzy spożywają je nawet dwa razy dziennie. Kolejną popularną potrawą są gotowane warzywa zwane tarkari. Niekiedy dodaje się do nich pieczone nieobrane ziemniaki.

Poza tym podobnie jak w Indiach często serwuje się tu placki ryżowe czy ćapati (czapati, chapati) lub puri, które wypieka się z różnych typów mąki pszennej. Smak nadaje im zwykle pikantny sos achar ze startej papryki z dodatkiem stopionego masła. Za przysmak uchodzi chana churia – gotowany groch w sosie curry. Danie to popija się herbatą z mlekiem, herbatą z kardamonem, goździkami i cynamonem lub jakimś niezbyt mocnym, słodkim alkoholem. Jeszcze inną często spożywaną potrawą jest halawa – słodka papka z mąki ryżowej, niekiedy z dodatkiem orzechów i stopionego masła. Chrupie się do niej pakorę, czyli kulki z sera i różnych warzyw.

Jak widać, w Nepalu dominuje więc dieta wegetariańska. Mięso jest wielkim rarytasem. Z jednej strony unika się go z uwagi na religię, a z drugiej nie każdy może sobie pozwolić na jego kupowanie ze względu na wysoką cenę.

 

Artykuły wybrane losowo

Pozytywna energia Karaibów

opracował: 

MICHAŁ DOMAŃSKI 

 

Słoneczny region Karaibów wręcz promieniuje magiczną, pozytywną energią. Poczujemy ją na rajskich, piaszczystych plażach ocienionych wysmukłymi palmami kokosowymi i oblewanych przyjemnie ciepłymi, krystalicznie czystymi, turkusowobłękitnymi wodami morskimi zachęcającymi do kąpieli, w delikatnie pieszczącej nasze ciało świeżej i orzeźwiającej bryzie, w tutejszych tajemniczych lasach mglistych, wiecznie zielonych puszczach tropikalnych i osłoniętych przepięknymi rafami koralowymi, zatokami, lagunami i ujściami rzek namorzynach, w fascynujących, magnetyzujących historiach o piratach, rdzennej ludności indiańskiej, odważnych i wojowniczych kacykach (hiszp. „caciques”), wielkich odkryciach Krzysztofa Kolumba, walecznych, zuchwałych i ambitnych konkwistadorach, burzliwych czasach epoki kolonialnej i niewolnictwa, w głośnych, wesołych i roztańczonych barach, dyskotekach i klubach, w rozbudzających zmysły wyśmienitych drinkach na bazie miejscowego wybornego rumu, w trakcie wspólnych rozmów i biesiad z gościnnymi, przyjaznymi i radosnymi lokalnymi mieszkańcami, podczas podziwiania zapierających dech w piersiach wschodów i zachodów słońca czy wreszcie słuchania karaibskiej żywiołowej, pełnej emocji muzyki i tańczenia do jej gorących rytmów. W tym wyjątkowym, iście magicznym zakątku świata życie ulega słodkiemu spowolnieniu, a ludzie cieszą się każdym dniem. Na Karaibach trudną sztukę odpoczywania z pewnością opanujemy bez problemu, szybko zwolnimy, zatrzymamy się w tym codziennym, europejskim pędzie i naprawdę zrelaksujemy. Nie warto się spieszyć, bo do odkrycia i opisania wszystkich karaibskich skarbów nie wystarczy nam nawet całe życie. Nie oddamy też ich poezji za pomocą żadnych, nawet najlepiej dobranych słów. Ta pozytywna energia i optymistyczne nastawienie do otaczającego nas świata i ludzi są chyba najlepszymi pamiątkami, jakie możemy przywieźć ze sobą z wojaży po oszałamiających krajobrazami i feerią barw Karaibach. Teraz oddajmy jednak nasze łamy sześciu wybranym ekspertom, którzy specjalnie dla Państwa zgodzili się wyjawić, czym takim niepowtarzalnym oczarowały ich karaibskie wyspy. Spróbujmy więc przyswoić sobie zasady filozofii bezstresowego, wyluzowanego życia, wsłuchajmy się w energetyczną i pełną optymizmu muzykę i bądźmy po prostu szczęśliwymi i zadowolonymi ludźmi! Tego właśnie uczą Karaiby…     

Więcej…

Łatwo zakochać się w Wenezueli

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Tym, co najbardziej przyciąga do tego południowoamerykańskiego kraju, kojarzonego obecnie w Polsce przede wszystkim z kontrowersyjnym prezydentem Hugo Chávezem, wielkimi złożami ropy naftowej, najpiękniejszymi kobietami na świecie (aż 6 tytułów Miss World i Miss Universe!) i porywającą tłumy widzów, niezrównaną Orkiestrą Symfoniczną Simóna Bolívara pod dyrekcją młodego geniusza muzycznego, 31-letniego Gustavo Dudamela, jest bezsprzecznie wielkie bogactwo tutejszej przyrody. Odważniejsi turyści eksplorują deltę rzeki Orinoko, krainę Indian Warao, podróżując szlakiem słynnego niemieckiego geografa, przyrodnika i podróżnika Aleksandra von Humboldta (1769–1859). Miłośników gór przyciągają dostojne Andy, na czele z najwyższym szczytem Wenezueli – Pico Bolívar (4978 m n.p.m.). Amatorzy ciszy i spokoju oraz zapierających dech w piersiach widoków odpoczywają na rajskim archipelagu Los Roques i u stóp potężnego wodospadu Salto Ángel. A to przecież tylko kilka spośród wielu zachwycających atrakcji tego pasjonującego kraju...

Więcej…

Magiczna esencja Karaibów

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

« W jednym słowie „Karaiby” można poniekąd zawrzeć wszystko. Ten wyraz magnetyzuje i rozbudza zmysły. Ożywia niczym słona bryza mierzwiąca grzywy wybujałych palm kokosowych. Przywołuje skryte marzenia albo najgorętsze wspomnienia chwil spędzonych w tropikalnej zieleni i nad lazurowym morzem w blasku słońca, które sprawia, że życie ulega słodkiemu spowolnieniu. Przywodzi na myśl pirackie ekscesy na skrzypiących, posępnych brygach wypełnionych łupami i beczkami z rumem, morskie potyczki kolonialnych potęg, mapy wiodące do skarbów ukrytych na wyspach strzeżonych przez wojowniczych Indian. »

Więcej…