MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Tym, co najbardziej przyciąga do tego południowoamerykańskiego kraju, kojarzonego obecnie w Polsce przede wszystkim z kontrowersyjnym prezydentem Hugo Chávezem, wielkimi złożami ropy naftowej, najpiękniejszymi kobietami na świecie (aż 6 tytułów Miss World i Miss Universe!) i porywającą tłumy widzów, niezrównaną Orkiestrą Symfoniczną Simóna Bolívara pod dyrekcją młodego geniusza muzycznego, 31-letniego Gustavo Dudamela, jest bezsprzecznie wielkie bogactwo tutejszej przyrody. Odważniejsi turyści eksplorują deltę rzeki Orinoko, krainę Indian Warao, podróżując szlakiem słynnego niemieckiego geografa, przyrodnika i podróżnika Aleksandra von Humboldta (1769–1859). Miłośników gór przyciągają dostojne Andy, na czele z najwyższym szczytem Wenezueli – Pico Bolívar (4978 m n.p.m.). Amatorzy ciszy i spokoju oraz zapierających dech w piersiach widoków odpoczywają na rajskim archipelagu Los Roques i u stóp potężnego wodospadu Salto Ángel. A to przecież tylko kilka spośród wielu zachwycających atrakcji tego pasjonującego kraju...

 

Wielbiciele historii, czekolady oraz dziewiczych tropikalnych plaż ściągają na półwysep Paria. Turyści, którym zależy na wygodach oferowanych przez komfortowe hotele typu all inclusive, udają się zazwyczaj na karaibskie wyspy należące do Wenezueli – Margaritę i Coche. Z kolei pielgrzymi podążają do największego na świecie pomnika Matki Bożej – Monumento a la Virgen de la Paz, przyćmiewającego swą wielkością nawet słynną 38-metrową figurę Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro. Ta ogromna wenezuelska statua wznosi się ok. 10 km na południowy zachód od 40-tysięcznego miasta Trujillo. Ma prawie 47 metrów wysokości i waży 1200 ton. Wreszcie fascynaci cudów myśli technicznej podziwiają z bliska Centralę Hydroelektryczną Simóna Bolívara na rzece Caroní (głównym dopływie Orinoko), nazywaną również Tamą Guri (Represa de Guri). Jest to trzecia pod względem wielkości elektrownia wodna na świecie – po Zaporze Trzech Przełomów w Chinach i kompleksie Itaipú na granicy Brazylii i Paragwaju. Nie zapominają również o odwiedzeniu Puente Orinoquia, tzw. drugiego mostu nad rzeką Orinoko, oddanego do użytku w 2006 r. To spektakularna przeprawa podwieszona zbudowana z betonu i stali, stworzona koło ponad 1-milionowego Ciudad Guayana. Ta konstrukcja o długości aż 3156 metrów kosztowała ok. 900 mln dolarów. Jak więc widać na tych kilku przykładach, Wenezuela oferuje moc atrakcji dla każdego. Stanowi wymarzone miejsce na podróż pełną przygód, którą można zakończyć błogim odpoczynkiem na rajskiej karaibskiej plaży.

To południowoamerykańskie państwo gwarantuje wszystkim odwiedzającym go turystom niepowtarzalne krajobrazy i dziewiczą naturę. Jak bezcenna, dzika i nietknięta przez człowieka jest tutejsza przyroda pokazuje nam choćby ogromna liczba parków narodowych znajdujących się na obszarze tego kraju (aż 43!). Zajmują one łącznie 15 proc. terytorium Wenezueli, czyli niemal 150 tys. km². Pierwszy z nich – Park Narodowy Henri Pittier – powstał już w 1937 r. (nadano mu wówczas nazwę Rancho Grande, tzn. Wielkiego Rancza). Jego powierzchnia wynosi 1078 km², na których możemy podziwiać zarówno dzikie karaibskie wybrzeże z malowniczymi zatokami i cudownymi plażami (np. Bahía de Cata, Playa Cuyagua, La Ciénaga de Ocumare czy Playa Choroní), jak i górzyste tereny Kordyliery Nadbrzeżnej (Cordillera de la Costa). To prawdziwy raj dla miłośników ornitologii. Ściągają tu oni tłumnie, żeby podglądać ponad 580 gatunków ptaków, m.in. sokoła wędrownego, olbrzymią harpię wielką czy zagrożonego wyginięciem czubacza hełmiastego. Odwiedzając ten wspaniały park, którego ojcem jest Henri Pittier (1857–1950), zakochany w Wenezueli szwajcarski geograf, etnolog, biolog i botanik, koniecznie trzeba też spróbować miejscowego doskonałego kakao, uważanego za jedno z najlepszych na świecie. W tym celu najlepiej odwiedzić nadmorską miejscowość Chuao, słynną od 400 lat ze zbioru nasion kakaowca właściwego.  

 

NAJWYŻSZY WODOSPAD ŚWIATA

FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

Będąc na wenezuelskiej ziemi, każdy szanujący się turysta musi zobaczyć cud natury, jaki stanowi ukryty w dżungli, zapierający dech w piersiach Salto Ángel. Ma aż 979 metrów wysokości i jest 19-krotnie wyższy od słynnego wodospadu Niagara. Jako jeden z pierwszych, poza rdzennymi mieszkańcami tych terenów – Indianami Pemon, zobaczył go w 1933 r. amerykański podróżnik i lotnik James Crawford Angel, zwany Jimmie (1899–1956). Ujrzał on potężną kaskadę wody spadającą z góry stołowej Auyantepuy przypadkiem, kiedy przelatywał nad Wielką Sawanną (La Gran Sabana), dziewiczym regionem w południowo-wschodniej części Wenezueli. W 1937 r. postanowił wrócić do tego miejsca jednopłatowcem Flamingo z zamiarem posadzenia go tuż obok wodospadu. Udało mu się wylądować na szczycie Auyantepuy (co oznacza w języku Indian Pemon „Górę Diabła”), ale podczas tego ryzykownego manewru jego samolot, nazywany El Río Caroní (Rzeką Caroní), uległ uszkodzeniu i nie nadawał się do dalszego lotu. Jimmie wraz ze swoją żoną Marie i innymi pasażerami maszyny aż przez 11 dni przedzierali się przez dżunglę do najbliższej ludzkiej osady w dolinie Kamarata. Kiedy po szerokim świecie rozeszła się wiadomość o odkryciu potężnego wodospadu, Angel stał się postacią niemal legendarną w Wenezueli. Jego jednopłatowiec, pozostawiony na szczycie Auyantepuy, w 1970 r. został rozmontowany i przetransportowany w częściach helikopterami do Muzeum Lotniczego w Maracay (Museo Aeronáutico de Maracay). Dzisiaj replikę samolotu El Río Caroní turyści mogą oglądać przed wejściem na lotnisko w centrum Ciudad Bolívar. Angel zmarł w 1956 r. w Panamie, a odkryty przez niego dla potomnych wspaniały wodospad otrzymał na jego cześć nazwę Salto Ángel. Od 1949 r., dzięki badaniom słynnego Towarzystwa National Geographic przeprowadzonym przez amerykańską dziennikarkę Ruth Robertson (1905–1998), wiedziano już, że anielska kaskada wody spadająca z góry Auyantepuy jest najwyższa na świecie. Odważny i zuchwały pilot, jakim był bez wątpienia Jimmie, miał tylko jedną prośbę: aby po śmierci jego prochy rozrzucić w kraju, który tak ukochał, nad wspaniałym Salto Ángel. Rodzina spełniła to życzenie w 1960 r.

 

PODRÓŻ DO STÓP CUDU NATURY

Dzisiaj ten potężny wodospad stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych Wenezueli, ale podróż do jego podnóża nie należy do najłatwiejszych, ponieważ dookoła rozciąga się gęsta dżungla i wznoszą się trudno dostępne szczyty gór stołowych, które miejscowi Indianie Pemon nazywają tepuyes. Do Parku Narodowego Canaima, gdzie usytuowany jest Salto Ángel, można dotrzeć awionetką ze stołecznego Caracas lub Ciudad Bolívar. Organizowane są także specjalne wycieczki dla wczasowiczów odpoczywających na karaibskich plażach wyspy Margarita lub dla podróżników odwiedzających Santa Elena de Uairén czy Ciudad Guayana. Wyprawy lądowo-wodne pod najwyższy wodospad świata wyruszają z obozu Canaima i trwają ok. 13 godz. Odbywają się one na ogół od początku czerwca do końca listopada, kiedy tutejsze rzeki (Carrao i Churún) mają wystarczającą głębokość, żeby mogły po nich pływać długie i wąskie drewniane łodzie Indian Pemon, nazywane curiaras albo canoas. W trakcie pory suchej (trwającej zazwyczaj od grudnia do marca) niski poziom wody nie pozwala nam na takie podróże. Należy również pamiętać o tym, że podczas pochmurnych dni trudno jest zobaczyć Salto Ángel w całej okazałości. Dlatego też polecam wybrać się na niezapomnianą wyprawę do stóp tego wenezuelskiego cudu natury, kiedy mamy gwarancję słonecznej pogody. Wtedy będziemy mogli podziwiać najwyższy wodospad świata w pełnej krasie.

W zapierającym dech w piersiach Salto Ángel zakochał się nie tylko jego odkrywca dla ludzkości, czyli Jimmie Angel, ale także słynni filmowcy. To niesamowite miejsce stało się inspiracją dla wielu z nich. Okolice potężnego wenezuelskiego wodospadu, razem ze szczytem Auyantepuy, innymi tepuyes oraz pozostałymi wspaniałymi cudami przyrody Parku Narodowego Canaima, posłużyły jako wzór do stworzenia fikcyjnej dżungli w filmie animowanym (w technologii 3D) amerykańskiej wytwórni Pixar pt. Odlot (ang. Up). Możemy je również oglądać w wielkim przeboju kinowym Jamesa Camerona z gatunku fantastyki naukowej, stworzonym także w technice trójwymiarowej, Avatarze. Krajobrazy filmowego księżyca Pandora nawiązują tu wyraźnie do Salto Ángel i jego najbliższego otoczenia. W pochodzącym z 1998 r. amerykańskim melodramacie Między piekłem a niebem (ang. What dreams may come), w reżyserii Nowozelandczyka Vincenta Warda i z Robinem Williamsem w roli głównej, też występuje najwyższy wodospad świata, który został w nim przedstawiony jako niespotykane, spektakularne miejsce, tak piękne, że aż wręcz nierealne. Warto zauważyć pewną ciekawostkę... Otóż wykorzystanie wenezuelskiego cudu natury gwarantuje filmowcom sukces – wszystkie trzy wymienione przeze mnie obrazy uhonorowano Oskarami: Odlot otrzymał w 2010 r. dwie statuetki, Avatar – trzy (podczas tej samej ceremonii), a Między piekłem a niebem – jedną (w 1999 r.). Jedno jest pewne – nie możemy powiedzieć, że byliśmy w Wenezueli, jeśli nie widzieliśmy budzącego podziw nawet najbardziej doświadczonych globtroterów, ogromnego, 979-metrowego Salto Ángel. To samo tyczy się zresztą wspaniałej, gigantycznej delty Orinoko. Warto więc opuścić usytuowany na granicy wenezuelsko-brazylijskiej bezkresny Park Narodowy Canaima (o powierzchni 30 tys. km², czyli wielkości Belgii!) i udać się na północny wschód kraju, aby zobaczyć kolejne cudowne dzieło przyrody…      

 

W KRÓLESTWIE INDIAN WARAO         

Czekają tu na nas m.in. olbrzymie połacie dżungli i charakterystyczne drewniane domy zbudowane na palach wbitych w dno rzeki – palafity (palafitos). Od niepamiętnych czasów mieszkają w nich Indianie Warao, znani też jako Guaraúnos – strażnicy tajemnic słynnej delty Orinoko. Stanowią oni najstarszą rdzenną ludność Wenezueli. Przypuszcza się, że pojawili się na tych terenach najprawdopodobniej już ok. 8–9 tys. lat temu. Ich domostwa, na które sami Indianie Warao mówią yanoko, są prymitywne, wyposażone w hamaki i kilka podstawowych przedmiotów. Kobiety i dzieci sprzedają tutaj turystom wykonane przez nie z naturalnych surowców produkty rękodzielnicze, np. proste rzeźby z niezmiernie lekkiego drewna balsy (ogorzałki wełnistej), łańcuszki zrobione z jagód i nasion pochodzących z dżungli, plecione koszyki, bransoletki czy torby z włókien palmy moriche, drzewa będącego jednym z najważniejszych wenezuelskich symboli. Odwiedzenie chaty indiańskiej rodziny to nie tylko doskonała okazja do zakupu oryginalnych pamiątek, ale także do przyjrzenia się z bliska, jak żyją rdzenni mieszkańcy delty Orinoko.

                                                                                                                FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Wenezuelczycy powiadają, że dzieci Warao zanim nauczą się dobrze chodzić, potrafią już same wiosłować po ogromnych tutejszych rozlewiskach, poprzetykanych licznymi kanałami, starorzeczami i wąskimi odnogami potężnej rzeki. Nic więc dziwnego, że tę interesującą grupę etniczną nazywa się „ludźmi łodzi” lub „mieszkańcami wody”. Ci Indianie znad Orinoko są zresztą zręcznymi konstruktorami miejscowego typu drewnianych kanoe (canoas, curiaras). Znają dziewicze tereny delty, porośnięte bujną tropikalną dżunglą, jak własną kieszeń i potrafili doskonale przystosować się do życia w tak ciężkich warunkach. Zajmują się łowieniem ryb, polowaniami, zbieractwem (m.in. miodu i dzikich owoców) oraz rękodziełem. Mimo iż – oczywiście – cieszą się z pieniędzy otrzymywanych od docierających nad Orinoko podróżników, to tak naprawdę niemal wszystko, co posiadają, zawdzięczają otaczającej ich na co dzień przyrodzie. Warto nadmienić, że liczące obecnie ok. 40 tys. osób plemię Warao uważa się za drugą pod względem liczebności społeczność indiańską w Wenezueli, zaraz po Wayúu – rdzennych mieszkańcach półwyspu La Guajira nad Morzem Karaibskim. Ale o tej ostatniej, również niezmiernie fascynującej, grupie etnicznej opowiem już następnym razem...   

Tymczasem powróćmy do Orinoko. Ta trzecia na świecie rzeka pod względem zasobności wód (średni przepływ to aż 33 tys. m³/s!) – po Amazonce i Kongo – tworzy jeden z najpotężniejszych systemów rzecznych na naszym globie. Jej dorzecze zajmuje powierzchnię ponad trzy razy większą od Polski – niemal 989 tys. km², z czego ok. 65 proc. znajduje się na terytorium wenezuelskim, a pozostałe 35 proc. w sąsiedniej Kolumbii. Najważniejsza rzeka Wenezueli rodzi się na górze Carlos Delgado Chalbaud (1047 m n.p.m.), wznoszącej się na południu stanu Amazonas, i wije się następnie przez 2140 km, aż w końcu wpada do Atlantyku, tworząc ogromną, wachlarzowatą deltę o obszarze zbliżonym do 40 tys. km². Masy słodkiej wody dominują nad słonymi jeszcze 200 km od ujścia w głąb oceanu. Delta cały czas się rozrasta poprzez nanoszone przez Orinoko osady. Szacuje się, że co roku powstają w ten sposób 44 km² nowego lądu. Wydłużają się przez to setki tutejszych kanałów i powiększa powierzchnia wysp. W tej olbrzymiej plątaninie dróg wodnych, nazywanych caños, otoczonych wilgotną dżunglą, znakomicie orientują się jedynie Indianie. Miejscowi przewodnicy z plemienia Warao pokażą nam z bliska groźnych mieszkańców rzeki, np. słynne piranie z Orinoko (Pygocentrus cariba), anakondy czy kajmany. Te pierwsze zresztą możemy tu łowić za pomocą prostej indiańskiej wędki (zwyczajne patyki) z nadzianą na haczyk mięsną przynętą. Polowanie na drapieżne piranie w Wenezueli stanowi z pewnością niezapomniane przeżycie, szczególnie jeśli uda się nam złapać tę rybę z ostrymi jak brzytwa zębami (ja wyciągnąłem z wody trzy okazy!). Jeżeli będziemy mieć szczęście, ujrzymy też podczas wyprawy do delty różowe delfiny słodkowodne – inie (Inia geoffrensis), nazywane przez Wenezuelczyków boto lub delfín del Amazonas. Tę pełną życia rzekę zamieszkuje ogromna liczba dzikich zwierząt. Odwiedzając dziewiczą dżunglę nad Orinoko, co chwilę słyszałem różnego rodzaju odgłosy – pomruki, pluski i szelesty. Wśród plątaniny gałęzi udało mi się wypatrzyć kolorowe papugi, kolibry i wiele innych wspaniałych tropikalnych ptaków, m.in. hoacyny (kośniki czubate), na które mówi się w Wenezueli guacharaca de agua. Na drzewach dostrzegłem również purpurowo-czerwone wyjce rude. Ich długi ogon o spłaszczonym, nieowłosionym końcu zapewnia im pewny uchwyt. Pozwala to tym małpom na szybkie przemieszczanie się z jednej gałęzi na drugą. Na obszarze delty Orinoko natknąłem się także na kapibarę, największego żyjącego gryzonia na świecie, wyśmienicie pływającego i nurkującego, oraz na mrówkojada. Zwierzę to nie posiada zębów, ma za to długi i lepki język, którego używa do łapania mrówek i termitów. Dwa razy ujrzałem tu też z bliska wyglądające mało sympatycznie, otoczone złą sławą, wielkie, kosmate pająki – ptaszniki. Potęga największej rzeki Wenezueli zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jest po prostu nieograniczona. Nic więc dziwnego, że Krzysztof Kolumb, który w 1498 r. przybił do brzegu w pobliżu jej delty, nie wiedząc jeszcze, dokąd dotarł, ujrzawszy Orinoko, uświadomił sobie, że takich mas wody nie może nieść rzeka płynąca na wyspie. Hiszpanie myśleli zresztą na początku, iż odkryli nowe morze. Nazwali je Mar Dulce, czyli Słodkim Morzem.

Wenezuela zachwyciła i oczarowała tak wielkich ludzi, wspaniałych podróżników i odkrywców, jak choćby Krzysztof Kolumb, Aleksander von Humboldt, Henri Pittier czy James Crawford Angel. Widzieli oni wiele cudów na całym świecie, mało co mogło ich zaskoczyć, a mimo to łatwo zakochali się w tym kraju. Zdobył on zresztą serce również i autora tego artykułu, który odwiedził go już 7-krotnie i spędził w nim łącznie ponad 7 miesięcy. Jednak niemal co roku znowu powraca do Wenezueli, gdzie przeżył tyle niezapomnianych przygód. W najbliższym czasie – w grudniu – czeka go wyprawa z wenezuelskimi przyjaciółmi na fascynujący półwysep La Guajira nad Morzem Karaibskim, do krainy Indian Wayúu, ale to już temat na inną opowieść…


 

Artykuły wybrane losowo

Egzotyczny Madagaskar czekający na odkrycie

MICHAŁ SZULIM

www.miejscezamiejscem.pl

 

<< Nazwę tej wyspy znają niemal wszyscy Polacy, a jednak niewielu z nich na nią dotarło. To ogromna szkoda, bo jeśli ktoś ceni sobie prawdziwą egzotykę i jednocześnie szuka pięknych, niebiańskich plaż, a poza tym chce spędzić czas w kontakcie z niewiarygodnie wręcz cudowną przyrodą, powinien jak najszybciej wybrać się na Madagaskar. A spieszyć się trzeba, bo zapewne lada chwila ten kraj zostanie odkryty przez masową turystykę, która prędko zamieni wciąż rajski kawałek świata w kolejny zatłoczony i nieprzyzwoicie komercyjny, jak dla mnie, Zanzibar. >>

 

Słynną aleję koło Morondavy tworzy ok. 250 endemicznych baobabów Grandidiera

© ONTM

 

Na początek zagrajmy w skojarzenia. Gdy słyszymy nazwę „Madagaskar”, w głowach wielu z nas pojawia się pewnie postać sympatycznego lemura katta króla Juliana z popularnego filmu animowanego czy też polskiego podróżnika, żołnierza i awanturnika Maurycego Augusta Beniowskiego (1746–1786), który w drugiej połowie XVIII w. dotarł tu po długiej wędrówce, a gdy wrócił w to miejsce, został obwołany jego władcą. Pierwsza myśl jest jak najbardziej słuszna – na Madagaskarze żyje kilkadziesiąt rodzajów lemurowatych. Jednak o Beniowskim dzisiaj już nikt tutaj nie pamięta, a przypomina o nim tylko niewielka tabliczka zawieszona na jednym z budynków w stolicy kraju.

Poza tym wyspa kojarzy się także z polskimi zamiarami jej kolonizacji i projektem przesiedlenia na nią Żydów z Europy. Mimo to plany odkupienia Madagaskaru od Francji (do której należał aż do początku lat 60. XX w.) przez Polskę trzeba traktować przede wszystkim jako mrzonkę ówczesnych polityków, którzy chcieli podbudować nieco znaczenie naszej ojczyzny i uważali, że osiągną ten cel, jeśli przyłączą do niej egzotyczne terytorium zamorskie. Zresztą nawet słynny pisarz i podróżnik Arkady Fiedler (rząd polski oddelegował go w 1937 r. na wyspę jako jednego z ekspertów) odradzał ten pomysł, pogrzebany ostatecznie przez wybuch II wojny światowej. Tak oto zakończyły się marzenia Polski o kolonii. Choć w sumie chyba dobrze się stało. Na pewno nie przyniosłaby nam zbyt wielkich zysków. Ropy tutaj nie znaleziono, region zalicza się raczej do biedniejszych części świata, a dodatkowo w tamtych czasach podróż statkiem na wyspę musiała trwać bardzo długo, skoro dzisiaj, w dobie nowoczesnych technologii, z Polski leci się na nią najkrócej ok. 10,5 godz. (od 22 czerwca 2018 r. pojawiło się bezpośrednie połączenie czarterowe biura Itaka z Warszawy na Nosy Be).

 

Nosy Iranja to właściwie dwie wysepki połączone piaszczystą mierzeją

© ONTM

 

RAJ NA ZIEMI

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że pierwszym miejscem, do którego dotrzemy w tym wyspiarskim państwie położonym na Oceanie Indyjskim, u południowo-wschodnich brzegów Afryki, będzie wulkaniczna wysepka Nosy Be usytuowana w odległości mniej więcej 8 km od północno-zachodniego wybrzeża Madagaskaru i połączona z nim regularnie kursującym promem czy łodziami. Tu właśnie, w miejscowości Fascene, znajduje się lotnisko, gdzie ląduje sporo samolotów z Europy, głównie z Mediolanu i ostatnio również z Warszawy. Sama wyspa jest naprawdę dość niewielka, zajmuje powierzchnię powyżej 320 km² (zamieszkiwaną przez ponad 75 tys. ludzi), ale przecież nie chodzi o jej rozmiar. Nosy Be wyróżnia się głównie swoją urodą. Kiedy już na niej wylądujemy, z pewnością stwierdzimy, że… znaleźliśmy się w raju na ziemi! Plaże są bardzo szerokie i piaszczyste. Część z nich zagospodarowały hotele i ośrodki wypoczynkowe, ale niektóre pozostają zupełnie dzikie i puste. Woda ma turkusowy kolor i zachęca do pływania, bo ocean jest tutaj wyjątkowo ciepły.

Nosy Be to jakby przedsionek Madagaskaru, idealne miejsce na początek naszej przygody z tym egzotycznym krajem. Plasuje się gdzieś pomiędzy znanymi z Europy standardami a afrykańskimi realiami. Możemy tu spokojnie przeczekać kilka pierwszych dni, zanim oswoimy się nieco z zupełnie innym światem. To także najbardziej turystyczna i komercyjna wysepka Madagaskaru i najbardziej europejska w swoim charakterze (wiele firm z sektora usług otworzyli na niej Europejczycy). Tutaj nawet drogi są najlepsze w całym kraju, a pod względem widoków i plaż Nosy Be nie ustępuje w niczym innym sielskim wyspom na naszym globie z Mauritiusem, Seszelami i Zanzibarem na czele. Przewyższa je za to tym, że biznes wakacyjny dopiero na niej raczkuje. Ten raj nie został jeszcze odkryty przez masową turystykę – nie ma w nim tłumów ludzi okupujących każdy wolny skrawek piasku, niewiele jest też ogromnych i luksusowych resortów, które miejscami dominują w krajobrazie jej konkurentów i kawałek po kawałku anektują i odgradzają co piękniejsze fragmenty wybrzeża. Owszem, miejscowość Ambatoloaka to typowa nadmorska wioska żyjąca z turystów, ale i tak czujemy się w niej swojsko. Spokojnie można więc ją potraktować jako bazę wypadową na czas pobytu na Nosy Be.

A zdecydowanie jest tutaj co robić. Leżenie plackiem na plaży, nawet urozmaicone najbardziej wymyślnymi tropikalnymi drinkami z palemką, w końcu się znudzi. Wtedy warto poszukać innych zajęć. Z Nosy Be możemy popłynąć na jedną z okolicznych małych wysepek, takich jak dziewicze Nosy Iranja, Nosy Komba, Nosy Tanga czy Nosy Sakatia, gdzie będziemy mieli okazję popływać wokół przepięknej rafy koralowej. Dużo miejscowych biur podróży organizuje całodniowe wycieczki na nie, obejmujące nie tylko transport, ale też posiłek z pysznych ryb i owoców morza oraz wypożyczenie sprzętu do nurkowania. Warto również wybrać się w głąb Nosy Be. Do tego celu najlepiej wypożyczyć skuter. Wysepkę spokojnie można objechać w jeden dzień. Po drodze będziemy wspinać się na wulkaniczne wzniesienia i podziwiać z nich fantastyczne widoki (najwyższym szczytem jest Mont Lokobe – 455 m n.p.m.), a także obejrzymy kilka z 11 tutejszych jezior kraterowych. Polecam poza tym wizytę w największym mieście na Nosy Be, czyli 40-tysięcznym Andoany (Hell-Ville), w którym panuje typowy madagaskarski gwar i afrykański chaos. Odwiedziny na lokalnym targu pozostaną na długo w naszej pamięci, nie tylko ze względu na… szczególnie intensywny zapach ryb. Z przystani promowej odpływają łodzie i motorówki na wyspę Madagaskar.

 

Sifaka biało-kasztanowa na Nosy Be

© ONTM

 

KIEPSKIE DROGI I PIĘKNA PRZYRODA

Po opuszczeniu rajskiej Nosy Be udajemy się na Madagaskar gotowi na przygodę. Na początku musimy się – niestety – przygotować na twarde lądowanie, bo tutejsze drogi są fatalne. Jeśli ktoś narzeka na stan infrastruktury drogowej w Polsce, w tym kraju szybko zmieni punkt widzenia. Dziury mające 40 cm głębokości niekiedy bywają szersze niż sama droga. Jazda samochodem przypomina slalom – raz szosa schodzi do rzeki, a innym razem prowadzi po prowizorycznym mostku złożonym z dwóch kawałków drewna. Większość dróg wybudowali jeszcze Francuzi i nie były remontowane od ok. 60 lat. Najgorzej jest w porze deszczowej (od końca listopada do marca lub początku kwietnia), kiedy ulewy podmywają część tras i podróż wydłuża się czasem do kilku dni. Po stosunkowo dobrych szosach na Nosy Be sytuacja na Madagaskarze potrafi zaskoczyć. Na rajskiej wysepce jednak turyści zostawiają większość swoich pieniędzy, więc rząd postanowił jej infrastrukturę utrzymywać w lepszym stanie.

Nic dziwnego, że wielu podróżujących decyduje się na wynajem jeepa wraz z kierowcą. To jedyny sposób, żeby w miarę szybko przemieszczać się z miejsca na miejsce. Koszt jest dość spory, ale jeśli rozbije się go na kilka osób, pomysł okazuje się całkiem korzystny. Alternatywą są taksówki (często w katastrofalnym stanie, również technicznym), a dla najbardziej odważnych – taxi-brousse, czyli zawsze przepełnione busy, które przewożą pasażerów stłoczonych jak sardynki w 40-stopniowym upale i poruszają się w żółwim tempie. Tym środkiem transportu można pokonać co najwyżej 100 km dziennie. Na więcej nie pozwala – niestety – jakość tutejszych dróg…

Co właściwie poza przepięknymi plażami zasługuje na zainteresowanie na Madagaskarze? Warto już na początku zaznaczyć, że zabytków nie ma tu prawie wcale (poza stolicą – Antananarywą, gdzie znajdują się m.in. dwa pałace Andafiavaratra i Ambohitsorohitra oraz kilka innych ciekawych budynków). Turystów przyciąga w te strony przede wszystkim niesamowita przyroda. Pod tym względem wyspa uchodzi za prawdziwy fenomen w skali światowej! Mniej więcej 80 proc. tutejszej fauny i 90 proc. flory to organizmy endemiczne, czyli niewystępujące nigdzie indziej na ziemi. Na dodatek każdego roku odkrywa się kolejne, nieznane wcześniej gatunki roślin i zwierząt, dlatego ten kraj jest rajem dla miłośników przyrody. Zaręczam, że nawet jeśli biologia w szkole kogoś nudziła, tutaj nie da się pozostać obojętnym na wdzięki natury. Pierwszym spotkaniem z egzotyką na Madagaskarze bywa zwykle zetknięcie się z kameleonem. Ten sympatyczny gad powinien być umieszczony w godle państwa, bo na wyspie występuje niemal wszędzie. Co ciekawe, wśród mieszkańców cieszy się on szacunkiem graniczącym nawet… ze strachem. Nie wolno nigdy pokazywać kameleona palcem, ponieważ według wierzeń przynosi to nieszczęście. Trzeba zgiąć palec wskazujący i dopiero wtedy skierować go na zwierzę. Kameleon przechodzący przez ulicę na Madagaskarze odgrywa rolę naszego czarnego kota. Należy poczekać, aż sobie spokojnie pójdzie, żeby nie igrać z losem…

 

PRAWDZIWY SKARB

O ile kameleona spotkamy praktycznie wszędzie, o tyle z innymi zwierzętami i unikatowymi roślinami nie pójdzie nam tak łatwo. Już podczas podróży samochodem terenowym przez wyspę można zauważyć, że… praktycznie nie ma na niej drzew. Powód jest smutny, ale prozaiczny: kolejne rządy prowadziły zakrojony na szeroką skalę wyręb lasów i handlowały drewnem na potęgę. Poza tym wśród Malgaszów dużą popularnością cieszy się rolnictwo żarowe polegające na wypalaniu obszarów leśnych i przekształcaniu ich w pola ryżowe. Szacuje się, że w wyniku tych działań ludzkich z powierzchni Madagaskaru zniknęło… niemal 90 proc. drzewostanu o charakterze pierwotnym! Dlatego właśnie, aby poznać wyjątkową faunę i florę wyspy, trzeba udać się do jednego z parków narodowych lub rezerwatów, których powstało w kraju kilkadziesiąt. Jeden z nich – Lokobe (Réserve Naturelle Intégrale de Lokobe) – znajdziemy nawet na południowym wschodzie wspomnianej wcześniej Nosy Be (słynie on z lemurii czarnej i kameleona lamparciego), ale ja radzę odwiedzić położone na północy Madagaskaru Park Narodowy Ankarana (Parc National Ankarana, Réserve Spéciale Ankarana) czy też Park Narodowy Montagne d’Ambre (Parc National Montagne d’Ambre). Warto zdawać sobie sprawę, że tutejsze tereny parkowe są naprawdę dzikie. Nie wjedziemy na nie samochodem, dlatego trzeba się przygotować na wycieczki piesze. Do wyboru mamy zwykle kilkanaście tras ekoturystycznych: od kilkukilometrowych po nawet kilkunastokilometrowe, których przebycie zajmuje cały dzień.

Obowiązkowo należy także wynająć przewodnika. Koszt takiej usługi rozkłada się na całą grupę, ale – proszę mi wierzyć – są to chyba najlepiej wydane pieniądze podczas pobytu na wyspie. Po pierwsze dlatego, że przewodnicy mówią po angielsku, co na Madagaskarze nie jest wcale takie oczywiste. Po drugie, ci ludzie cechują się niewyobrażalną wręcz spostrzegawczością. Gdy idziemy w towarzystwie takiego przewodnika przez park, potrafi on w pewnym momencie nagle przerwać rozmowę i polecić nam być cicho, aby po chwili wpatrywania się gdzieś w dal pokazać małego ptaszka na odległym drzewie w głębi lasu albo lemura siedzącego na gałęzi wysoko nad naszymi głowami.

Jeśli wybieramy się więc do rezerwatu lub parku narodowego, musimy przygotować się na solidną dawkę emocji i częste spotkania ze zwierzętami nie występującymi nigdzie indziej na ziemi. Oprócz oglądania rzadkich ptaków, owadów, kilkudziesięciu rodzajów lemurów czy kameleonów (tych ostatnich do czerwca 2015 r. odkryto aż 202 gatunki!) będziemy mogli jeszcze podziwiać przepiękne widoki na naturalne wąwozy, wyjątkowe formacje skalne z wapienia zwane po malgasku tsingy bądź majestatyczne wodospady (na czele z 62-metrowym Cascade d’Antomboka w Parku Narodowym Montagne d’Ambre) i wulkaniczne jeziora lub przejść się zwodzonym mostem (w Parku Narodowym Ankarana) i pohuśtać na zwisających między drzewami lianach. Poza tym możemy odwiedzić jeden z bujnych lasów deszczowych, które wycina się bezlitośnie na całym świecie. Gorąco polecam zwiedzić kilka parków narodowych i rezerwatów, żeby zrozumieć, dlaczego tutejszy świat przyrodniczy należy do najbardziej fascynujących na naszym globie. Odrębną ciekawostką jest słynna Aleja Baobabów położona na drodze między Morondavą a Belon’i Tsiribihina w regionie Menabe na zachodzie Madagaskaru, chyba jedna z najczęściej fotografowanych przez turystów atrakcji w kraju.

 

ZAPACH KAKAO I ZGIEŁK MIASTA

Podczas pobytu na północy wyspy możemy również poświęcić 3–4 godz. na wizytę na plantacji kakao Millot w Andzavibe koło miasta Ambanja (założonej w 1904 r.), która zaopatruje w ziarna kakaowca m.in. wytwórnie słynnej francuskiej ekskluzywnej czekolady Valrhona. Mamy tu szansę zobaczyć, jak wygląda cały proces produkcji, począwszy od zerwania owoców, przez poddanie ich fermentacji i suszenie, na pakowaniu skończywszy. Plantacja jest spora, a jeśli dopisze nam szczęście, to obwiezie nas po niej sama niebywale charyzmatyczna właścicielka, która opowie z pasją o swoim przedsięwzięciu. Przy okazji będziemy mieć możliwość spróbowania takich specjałów jak pieprz czerwony (zerwany prosto z drzewa), zobaczenia, jak rośnie wanilia, a nawet skosztowania dojrzałych owoców kakaowca przed obróbką. Zwiedzanie kończy wyborny obiad, do którego podaje się ciasto zrobione z czekolady wytworzonej na bazie pochodzącego stąd surowca, a także likier czekoladowy z ziaren kakaowych. Proszę mi uwierzyć, że po wizycie tutaj każda tabliczka czekolady zjedzona po przyjeździe do domu będzie smakować inaczej i kojarzyć się już na zawsze z tym miejscem.

Jeśli ktoś jest z natury mieszczuchem i ciągnie go do dużych skupisk ludzi, to na Madagaskarze też znajdzie coś dla siebie. W stolicy kraju, wspomnianej już Antananarywie (zwanej potocznie Taną), oprócz kilku większych zabytkowych obiektów można znaleźć całkiem dużo budynków w stylu kolonialnym i doświadczyć prawdziwie afrykańskiego tłoku na ulicach (jej obszar metropolitalny zamieszkuje ok. 2,7 mln osób). Niestety, przy obecnym katastrofalnym stanie dróg podróż z Nosy Be do miasta potrafi zająć kilka dni. Dlatego amatorzy życia miejskiego powinni rozważyć wizytę w położonym na północy dawnym Diego-Suarez, w 1975 r. przemianowanym na Antsirananę. Miłośnicy architektury kolonialnej, zakochani w charakterystycznych łukach i zdobieniach, znajdą tu całe kwartały z zabudową w tym stylu. To pozostałość po panowaniu Francuzów na wyspie. Zresztą europejską atmosferę wyczuwa się w tym mieście bardzo wyraźnie. Antsiranana jest również dobrą bazą wypadową na wspaniałe plaże, których nie brakuje w pobliżu. Symbol tego 130-tysięcznego miasta stanowi Głowa Cukru (Pain de Sucre), czyli charakterystyczna wulkaniczna wysepka wystająca z wody na środku tutejszej zatoki Diego-Suarez (Baie de Diego-Suarez), będąca najpopularniejszym obiektem ze zdjęć z tej okolicy.

 

EGZOTYKA W STYLU AFRYKI

Madagaskar kusi jednak nie tylko osoby lubiące błogi wypoczynek na plaży, nurkowanie, wędkarstwo, kajakarstwo, surfing, kite- i windsurfing, żeglarstwo czy spędzanie czasu w otoczeniu przyrody. Ten kraj fascynuje swoją egzotyką i karmi nas widokami, których nie mamy szansy zobaczyć w Europie. Po pierwsze, musimy tu przyzwyczaić się do afrykańskiego stylu życia i zupełnie innych standardów, dotyczących nie tylko stanu dróg. W małych miejscowościach dominuje zabudowa złożona z chat zrobionych z blachy falistej czy bambusa. Przed domami wylegują się Malgasze, którzy spędzają większość dnia na słodkim nicnierobieniu. Trzeba także przywyknąć do wszechobecnego chaosu, widoku zebu (garbatych krów) chodzących sobie spokojnie pomiędzy samochodami na ulicach, podobnie zresztą jak ludzi mających w zwyczaju iść środkiem szosy. Kolejnym szczegółem, który rzuca się w oczy, jest fakt, że wszyscy ciągle coś tu sprzedają. Na wyspie obowiązuje zasada mówiąca, iż kto handluje, ten żyje. Punktem sprzedaży może być kawałek blachy falistej na ulicy czy prowizoryczny stołek. Kobiety sprzedają towary, które noszą w wielkich misach na głowie. Nie tylko owoce i warzywa są przedmiotem transakcji, w obiegu jest dosłownie wszystko.

Na Madagaskarze nic się nie marnuje. Stare, rozklejone buty, podziurawiona koszula lub wyszczerbiona ze starości miotła – te przedmioty mają tutaj po kilka żyć, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce je kupić. Procedury handlowe są mocno uproszczone i nikt nie zawraca sobie głowy takimi drobiazgami jak dokładne ważenie towarów. Na bazarze obowiązują tylko dwie miary: duża i mała puszka po kawie. To nimi odmierza się kolejne porcje ryżu, soli czy cukru. Z drugiej strony wszędzie można odczuć wpływ kultury Francuzów, więc jeśli znamy francuski, poczujemy się na Madagaskarze jak ryba w wodzie. Większość jego mieszkańców posługuje się tym językiem, a kiedy otworzymy menu w restauracji, znajdziemy w nim francuskie nazwy potraw. Nic więc dziwnego, że wielu emerytów z Francji osiedla się na wyspie na starość.

Jednak najbardziej rzucają się tu w oczy samochody. Jak powszechnie wiadomo, jednymi z symboli Kuby są amerykańskie krążowniki szos z lat 40. i 50. XX w. Na Madagaskarze za ich odpowiedniki uchodzą równie stare francuskie auta – pozostałość po kolonizatorach z Europy. Leciwe pojazdy marki Citroën, Renault czy Peugeot wciąż pozostają w tym kraju w użytku. Ich karoserie zamalowuje się kolejnymi warstwami lakieru, przykrywającymi ogromne płaty rdzy. Stan techniczny madagaskarskich samochodów mógłby wywołać szok u europejskiego mechanika. Popękane szyby, brak kilku przełożeń w skrzyni biegów, zbite reflektory, lusterka czy oderwany zderzak to cechy charakterystyczne tutejszych aut. Pomiędzy nimi jeżdżą po ulicach żółte pojazdy napędzane silnikiem motorowym – odpowiedniki azjatyckich tuk-tuków, które pełnią funkcję taksówek. W dużych miastach możemy również przejechać się rikszą.

Przy okazji warto też wspomnieć o zwyczaju wręczania łapówek, który na Madagaskarze jest czymś najzupełniej normalnym. Nikt się tu nie dziwi, gdy na drodze przy prowizorycznym szlabanie zrobionym z bambusowych kijów i sznurka, czyli spontanicznie ustanowionym punkcie kontrolnym, ustawia się dwóch policjantów. Każdy kierowca wie, że tym stróżom prawa zawsze chodzi o jedno i to samo, dlatego ma przyszykowane kilka groszy schowanych w brudnym dowodzie rejestracyjnym. Także wręczenie na lotnisku dolara czy dwóch funkcjonariuszowi, który nagle zainteresował się tym, gdzie kupiliśmy cynamon i czy posiadamy odpowiedni certyfikat (nawet jeśli takowy nie istnieje), to normalna praktyka. Zwykle mała łapówka skutecznie ucina ciekawość służb kontrolnych.

 

Kobiety sprzedające turystom kolorowe chusty na madagaskarskiej plaży

© ONTM

 

NA KAŻDĄ KIESZEŃ

Na koniec zostawiłem jeszcze jedną rzecz, o której warto wspomnieć. Madagaskar to bajecznie tani kraj, szczególnie w porównaniu z pobliskim Mauritiusem, a nawet z Grecją czy Portugalią. Czysty pokój w hotelu lub pensjonacie z bardzo podstawowym wyposażeniem możemy tutaj wynająć już za równowartość 40–50 złotych. Podobnie ma się rzecz z jedzeniem, za które – nawet w dobrych restauracjach – zapłacimy mniej więcej jedną trzecią tego, co musielibyśmy wydać na wakacjach w Europie. Jeśli ktoś lubi świeże owoce morza, to na wyspie Nosy Be poczuje się jak w niebie. Można tu spróbować dziesiątek gatunków ryb oceanicznych, krewetek, ośmiornic, kalmarów i wszystkiego, co tylko ocean daje człowiekowi, a ceny są bardzo rozsądne. Tropikalne drinki na plaży kosztują w przeliczeniu kilka (!) złotych (lokalna waluta to ariary). Nic w tym zresztą dziwnego, skoro za litr tutejszego rumu (marki Dzama lub Madi Rum) w sklepie trzeba dać... równowartość 7 złotych, bo alkohol na Madagaskarze jest również bajecznie tani. Stosunkowo drogo wychodzi jedynie wynajęcie jeepa z kierowcą. Ceny biletów do parków narodowych i rezerwatów przyrody są z kolei mniej więcej takie jak w przypadku wstępu do muzeów w Europie.

Jeśli więc ktoś nie ma pomysłu na urlop, a marzą mu się wakacje w egzotycznym i stosunkowo mało popularnym rejonie, z całego serca polecam Madagaskar. To wyspa, której największym skarbem obok przepięknych, niebiańskich plaż jest fascynująca natura. Obserwowanie codziennego życia Malgaszów pozwala poznać prawdziwie afrykański charakter tego miejsca. Najlepiej udać się tutaj w okresie od końca marca do listopada, aby móc w pełni skorzystać z uroków pory suchej. Radzę się jednak pospieszyć, bo lada chwila także i to wyspiarskie państwo zostanie odkryte przez miliony turystów, czego, szczerze mówiąc, wcale mu nie życzę.

 

Wydanie Lato 2018

Słowackie perły – góry i gorące źródła

ROBERT PAWEŁEK

 

Aby posiedzieć w naturalnym gorącym jacuzzi, nie musimy wybierać się aż do Vichy czy Baden-Baden. Termalny raj leży tuż za miedzą – na Słowacji. Natura hojnie obdarowała ten niewielki kraj, w którym doliczono się około 1300 gorących źródeł z wodą mineralną. U naszych południowych sąsiadów mamy do wyboru 23 uzdrowiska wyposażone w aquaparki, kąpieliska, termy i hotelowe SPA. Niektórzy żartują więc, że słowackie morze znajduje się pod ziemią. Słowacja to jednak nie tylko gorące źródła, ale także piękne góry z nowoczesnymi ośrodkami narciarskimi, które co roku poszerzają swoją ofertę i rozbudowują infrastrukturę. Ten kraj jest prawdziwym rajem dla miłośników białego szaleństwa. Mogą oni tutaj przeżyć zimą niezapomnianą przygodę – połączyć jazdę na nartach z relaksem w wodach termalnych.

Więcej…

Wyspy Kanaryjskie – archipelag dla aktywnych

4442.jpg

Ruta de los Volcanes na La Palmie

©TURISMO DE CANARIAS/SAÚL SANTOS


JOANNA CYBULSKA-MIKA

www.wyspy-szczesliwe.pl

 

Choć Wyspy Kanaryjskie według statystyk uchodzą głównie za krainę słońca i pięknych plaż, są także świetnym miejscem na aktywny wypoczynek w różnorodnej formie. Sprzyjają mu utrzymująca się cały rok wiosenna pogoda i znakomite tereny do uprawiania rozmaitych sportów, w tym wiele parków – 4 narodowe, 11 naturalnych i 7 krajobrazowych, które swoimi obszarami obejmują łącznie ok. 40 proc. powierzchni archipelagu. W pobliżu niemal każdego hotelu bez trudu da się wypożyczyć rower czy deskę surfingową. Na turystów czeka również rozbudowana sieć tras pieszych i rowerowych, mnóstwo ośrodków zatrudniających wykwalifikowanych instruktorów sportowych oraz otwarte imprezy z zakresu różnych dyscyplin.

Więcej…