PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

Kraj przytulony do Zatoki Tonkińskiej i Morza Południowochińskiego zazwyczaj łączony jest z wojną, śmiercią i zniszczeniem. Ale turysta nie musi już przedzierać się przez pola minowe, żeby znaleźć dziewicze plaże, cuda natury oraz zabytki starej i bogatej kultury.

Dzień doooobry, Wietnam! – przeciągłe powitanie rozerwało ciszę wiosennego poranka 1965 r. Zaczęła się audycja Radia Amerykańskich Sił Zbrojnych, a za mikrofonem siedział Adrian Cronauer, niedawno przeniesiony z bazy w Grecji. Nowy didżej łamał sztywny gorset reguł wojskowej rozgłośni, która zazwyczaj nudziła żołnierzy obwieszczeniami i niekończącymi się pogadankami. Cronauer opowiadał dowcipy na antenie, puszczał popularną muzykę i walczył z przełożonymi o zachowanie audycji, która przecież nie licowała z powagą armii. Jednak żołnierze go kochali.

Weterani wspominali później, że program firmowany charakterystycznym zawołaniem pomógł im przetrwać piekło Wietnamu. – Ludzie gratulują mi wymyślenia powitania, ale tak naprawdę przeciągane „dzień doooobry" dawało mi czas na znalezienie słuchawek, depesz i płyt, kiedy spóźniony i zaspany wpadałem do studia – śmieje się Cronauer. Na oryginalnych nagraniach stacji można usłyszeć ponad dwudziestosekundowe powitanie prowadzącego.

FOT. VIETNAM NATIONAL ADMINISTRATION OF TOURISM

Świat usłyszał historię didżeja dzięki filmowi Good morning, Vietnam z 1987 r., w którym główną rolę zagrał Robin Williams. Popularna komedia miała jednak gorzki wydźwięk i krytykowała wojnę. W jednej ze scen, kiedy Adrian Cronauer puszcza w radiu utwór Louisa Armstronga What a Wonderful World (Jaki cudowny świat), oglądamy wioskę, na którą spada napalm, akty przemocy, protesty, aresztowania, rozstrzeliwanie jeńców. Kinowy przebój Good morning, Vietnam nie jest jednak wiernym odzwierciedleniem biografii wojskowego didżeja, ani nie wyraża jego poglądów. – Każdy, kto był w armii, powie wam, że gdybym robił połowę tego, co w filmie, wciąż przebywałbym w Leavenworth (więzienie wojskowe o ścisłym rygorze w USA). Adrian Cronauer tak naprawdę nigdy nie krytykował wojny, a wyjście wojsk amerykańskich z Wietnamu uważał za błąd. 

 

Wojna to nie film

Przed wojną wietnamską, w którą wmieszały się rywalizujące ze sobą ZSRR i USA, Wietnamczycy wystąpili zbrojnie przeciwko francuskim okupantom. Walki o niepodległość wybuchły w 1945 r., a zakończyły się dziewięć lat później. Porozumienie pokojowe podzieliło kraj wzdłuż 17. równoleżnika na północ kontrolowaną przez zwolenników komunizmu i prozachodnie południe. Taki manewr przeprowadzono wcześniej z powodzeniem w Korei, jednak wypadki w Indochinach potoczyły się zupełnie inaczej…  

            Dwudziestoletni konflikt na Półwyspie Indochińskim (1955–1975) nie tylko zmienił USA, ale przede wszystkim wyniszczył Wietnam i kraje ościenne. Szacuje się, że podczas niego zginęło od 2 do 4 milionów Wietnamczyków, Laotańczyków i Khmerów. Do władzy w Wietnamie doszli komuniści na czele z „Tym, Który Niesie Światło", czyli Ho Chi Minhem (1890–1969).   Socjalistyczna Republika Wietnamu, powstała w 1976 r. z połączenia Wietnamu Północnego i Południowego, popełniała jednak te same błędy, co państwa, które przyjęły tę samą ideologię. Kolektywizacja wsi doprowadziła do fali głodu i trzycyfrowej inflacji. Miliony zdesperowanych ludzi uciekały na chybotliwych rybackich łodziach z kraju. Dopiero reformy zapoczątkowane w 1986 r. – Doi Moi, czyli „Odnowa" – i wprowadzenie elementów wolnego rynku doprowadziły do poprawy sytuacji ekonomicznej. Wietnam jest dziś jednym z najszybciej rozwijających się państw globu. Coraz większego znaczenia w jego gospodarce nabiera też turystyka.

 

Antyczna cywilizacja

Historia Wietnamu biegnie równolegle do dziejów najstarszych cywilizacji świata. Uparci i sprytni Wietnamczycy musieli wielokrotnie walczyć zaciekle o swój kraj z obcymi siłami. Żyzna delta Rzeki Czerwonej była najeżdżana przez ludy chińskie z północy, aż w końcu znalazła się pod panowaniem Chin na prawie jedenaście stuleci.  

 FOT. VIETNAM NATIONAL ADMINISTRATION OF TOURISM  

         Wietnamczycy odzyskali niepodległość dzięki bitwie na rzece Bach Dang w 938 r., a dokładnie dzięki wrodzonemu sprytowi, który stał się ich cechą narodową. Otóż generał Ngo Quyen (897–944) nakazał wbić zaostrzone pale w dno rzeki, ale tak, żeby nie były widoczne dla wroga. Jednocześnie naprzeciw potężnej chińskiej floty wysłał lekkie łódki, które miały zwabić Chińczyków w zasadzkę. Plan się udał i połowa nieprzyjacielskiej armii utonęła.

            Również podczas wojny wietnamskiej miejscowym nie zabrakło sprytu. Za jedno z ich największych osiągnięć uważa się tzw. Szlak Ho Chi Minha, a także tunele cywilne i wojskowe, odpowiednio Vinh Moc i Cu Chi. Szlak był skomplikowaną siecią tajnych dróg i ścieżek, którymi transportowano zaopatrzenie z północy na południe, omijając strefę zdemilitaryzowaną. Zadanie zdawało się z pozoru niewykonalne… Praktycznie niezamieszkany region, przez który przebiegały trasy komunikacyjne, osiąga wysokość nawet 2700 m n.p.m. i pokryty jest nieprzebraną, gęstą, najdzikszą w Azji Południowo-Wschodniej dżunglą. Mimo tych wszystkich trudności, pod koniec wojny po ukrytych, zakamuflowanych szosach wysypanych kruszywem kursowały regularne transporty ciężarówek. Amerykanie urządzali naloty na szlak (w samym tylko 1969 r. spadło na niego 433 tys. ton bomb), ale byli bezradni. Straty Wietnamczyków nie przekraczały 4 proc. transportów.

            Ze Szlaku Ho Chi Minha niewiele już pozostało. Większość ścieżek pochłonęła dżungla, a większe drogi zostały wyasfaltowane. Dużą atrakcją turystyczną są jednak tunele wojskowe Cu Chi. Położone ok. 70 km na północ od Sajgonu (obecnie miasto Ho Chi Minh) miały aż ponad 200 km długości. Do dzisiaj zachowało się mniej więcej 120 km systemu podziemnych przejść, sypialni, kuchni, spiżarni, szpitali i magazynów broni. To właśnie stąd rozpoczęła się w 1968 r. słynna Ofensywa Tet. Tunele nie stanowiły jednak przyjaznego miejsca – pełno w nich było pająków, skorpionów i węży. Oczywiście, obecnie turystom udostępniono bezpieczne fragmenty Cu Chi, które często zostały specjalnie oświetlone i poszerzone. Mniej ciekawy wydaje się Vinh Moc, czyli kompleks cywilnych tuneli zbudowany przy granicy z ówczesnym Wietnamem Południowym. Służył on jako schronienie przed amerykańskim lotnictwem, które stosowało w północnej części kraju niszczycielskie naloty dywanowe. 

  

TANIO, SMACZNIE I ZDROWO

Kuchnię wietnamską uważa się słusznie za jedną z najzdrowszych na świecie. Niczym nie przypomina ona popularnych „chińczyków" – knajp prowadzonych w Polsce przez Wietnamczyków i udających kuchnię chińską lub wietnamską. Wykorzystuje się w niej dużo ryb, soi, wiele przypraw i minimalne ilości oleju.

Durian jest królem owoców w Wietnamie, chociaż często jego spożywanie – ze względu na niezmiernie nieprzyjemny zapach, który wydziela – bywa zakazane w środkach komunikacji miejskiej lub w hotelach Azji Południowo-Wschodniej. Za to posiada niesamowity smak, jak mówią znawcy, wynagradzający wszystko. Jedzenie duriana jest niczym spożywanie najdelikatniejszego owocu świata pośrodku rynsztoku. To osobliwa przyjemność, której nie można się oprzeć!

 

Wietnam smoków

Instalacje wojskowe, muzea i pamiątki po krwawej wojnie nie są jedynymi atrakcjami Wietnamu. Jego linię brzegową o długości ponad 2 tys. km wypełniają dziewicze plaże i błękitne laguny, gdzie dżungla bezpośrednio styka się z morzem.

            Najbardziej znanym cudem natury, miejscem, które każdy odwiedzający ten piękny kraj musi zobaczyć, jest wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO zatoka Ha Long. Można tu podziwiać ok. 2 tys. wapiennych wysp i wysepek wynurzających się pionowymi ścianami wprost z wody. Legenda mówi, że kiedy Wietnamczycy walczyli z najeźdźcami, bogowie zesłali smoczą rodzinę, która miała im pomóc w obronie. Smoki zaczęły wypluwać wielkie, drogocenne perły. Po zetknięciu z wodą przemieniały się one w skaliste wyspy u ujścia rzeki Bach Dang. Statki nieprzyjaciół rozbijały się o nieznane wcześniej fragmenty lądu i podwodne skały – w ten sposób cała wroga flota została zniszczona. Zatokę nazwano Ha Long, czyli „Zatoką Spadających Smoków”. Legenda ta jest bardzo popularna, zwłaszcza że Wietnamczycy wierzą, iż sami wywodzą się od smoków, bo pochodzą z małżeństwa smoczego króla Lac Long Quan i Au Co, nieśmiertelnej wróżki przybyłej z północy. Wydała ona na świat sto jaj, z których wykluło się sto dzieci. Para jednak postanowiła się rozdzielić. Smok z połową potomków zamieszkał gdzieś na nadmorskich nizinach, a księżniczka w górach.

            Zatoka Ha Long jest częścią Zatoki Tonkińskiej i leży ok. 160 km na południowy wschód od Hanoi. Początki tego miasta wiążą się ze wzniesioną w III w. p.n.e. cytadelą Co Loa. W swojej bogatej historii miało wiele nazw – najdłużej znane było pod określeniem Thang Long, czyli „Wzlatujący Smok”. Stolica kraju, a zarazem druga metropolia pod względem liczby mieszkańców po Sajgonie (Ho Chi Minh), często musiała bronić się przed najeźdźcami z północy, dlatego też budowano tu potężne mury obronne. Co ciekawe, aby wzmocnić bramę północną, postanowiono wznieść przy niej w XI w. świątynię taoistyczną Quan Thanh. Poświęconą ją bogowi Tran Vu, mitycznemu strażnikowi i „Władcy Czarnego Nieba”, który miał zapewnić bezpieczeństwo stolicy. Hanoi oznacza „Miasto Między Rzekami" – jego mieszkańcy mogą wypoczywać nad wieloma uroczymi jeziorami, z którymi wiążą się liczne miejscowe legendy. Najsłynniejsze jest Hoan Kiem, czyli „Jezioro Zwróconego Miecza". Mówi się, że na jego dnie spoczywa magiczny miecz cesarza Le Loi (1385–1433), którym pokonał on chińskich najeźdźców.

Górzysta północ kraju to również doskonałe miejsce na trekking. W okolicach miasta Sa Pa znajdują się malownicze trasy dla miłośników górskich wycieczek. Najtrudniejszy szlak trekkingowy prowadzi do najwyższego szczytu Wietnamu i całych Indochin – Fansipanu, nazywanego także Phan Xi Pang (3143 m n.p.m.). W jego pobliżu mieszkają przedstawiciele interesujących mniejszości etnicznych – ludu Hmong, Dao (Yao), Giay, Muong i wielu innych.  

 

Na południe

Mniej więcej 500 km na południe od Hanoi leży kolejny cud natury – Park Narodowy Phong Nha-Ke Bang. Razem z pasem ochronnym wokół niego zajmuje aż 2 tys. km2 terytorium Wietnamu. Chroni się tutaj unikalną tropikalną dżunglę oraz jaskinie i podziemne rzeki o długości niemal 70 km. W kwietniu 2009 r. brytyjska ekspedycja odkryła w tym parku narodowym jedną z największych grot na świecie. Nazwano ją Son Doong. Ma ponad 5 km długości, 150 m szerokości i 200 m wysokości.

            Wietnam jest w większości krajem buddyjskim, jego mieszkańcy wyznają też konfucjanizm, ale położone w centralne części państwa My Son stanowi pozostałość po cywilizacji hinduskiej, która dotarła tu w IV w. n.e. Miejscowy kompleks świątyń poświęcono bogowi Śiwie. Wpisano go w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niestety, większość z ok. 70 budowli świątynnych została poważnie uszkodzona przez amerykański nalot bombowy w 1969 r.   

 

Na deser

W Sajgonie, przemianowanym w nowym ustroju na miasto Ho Chi Minha, można poczuć się jak w małej Francji. Oprócz architektury kolonialnej znajdziemy tu kawiarnie z wyborną kawą, bagietkami i prawdziwymi croissantami. Niedaleko położone są takie atrakcje, jak np. Park Narodowy Cat Tien z bezkresnymi lasami deszczowymi, rozrywkowe plaże oraz tropikalna wyspa-więzienie Con Son w archipelagu Con Dao na Morzu Południowochińskim. Samo miasto, zamieszkałe przez liczną kolonię chińską (tzw. Hoa), leży jakby na przecięciu kultur, gdzie północ krzyżuje się południem, a wschód z zachodem.

 

PODRÓŻE KULINARNE DO WIETNAMU OKIEM EKSPERTA

Poniżej prezentujemy Państwu opinię na temat wypraw kulinarnych do Wietnamu, którą otrzymaliśmy od znawczyni i miłośniczki wietnamskiej kuchni – Majki Szury, właścicielki biura podróży Polka Travel, organizatorki wyjazdów do tego kraju. 

Podróż kulinarna po Wietnamie to jak szalony, pełen niespodzianek rajd rikszą krętymi ulicami Hanoi. Nic dziwnego, że wietnamską kuchnię uważa się za jedną z najbogatszych i najbardziej zróżnicowanych smakowo, skoro stolicę kraju dzieli od Sajgonu podobna odległość, jak np. Warszawę od Paryża.

Kuchnia na północy obfituje w makarony oraz cięższe zupy z wołowiną. To pozostałość po panowaniu dwóch imperiów – chińskiego i mongolskiego. Tradycja jedzenia pałeczkami pochodzi także z Chin.

Środkową część kraju tworzą tereny starożytnego państwa ludu Czamów (Czampy), gdzie jadało się wiele maleńkich dań, głównie warzywnych. W Purpurowym Zakazanym Mieście w Hue rozwinęła się sztuka misternej dekoracji potraw (na wzór cesarskich Chin). Dworscy kucharze przygotowywali codziennie ponad 50 dań do wyboru.

Na południu rozpościera się delta Mekongu. Ryż, jak również wiele owoców, dojrzewa tutaj aż trzy razy w roku! Miejscowa kuchnia obfituje w ryby, warzywa, słodkie owoce oraz curry. Wpływy kulinarne pochodzą jeszcze z czasów imperium Angkor, które panowało nad południową częścią dzisiejszego Wietnamu. Do zup dodaje się w tym regionie makaron ryżowy, kiełki fasoli, kolendrę, bazylię, chili, limonkę i szczypior, a także stanowiący podstawę niemal wszystkich potraw sos rybny.

Kulinarną podróż po stołecznym Hanoi rozpoczynamy od ulicznych garkuchni, gdzie pokaz gotowania odbywa się na oczach przechodniów. Sami wybieramy świeże ryby, krewetki, warzywa, a zręczny kuchmistrz przygotowuje nam danie. Siadamy przy długim stole wraz z Wietnamczykami. Jeżeli któryś z nich zna angielski, chętnie zagaja rozmowę. Dowiemy się tutaj znacznie więcej o kraju niż z kart przewodników.

Hoi An z pięknym XVI-wiecznym centrum (wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO), uratowanym zresztą dzięki polskiemu architektowi i konserwatorowi zabytków – Kazimierzowi Kwiatkowskiemu, jest jednym z najbardziej uroczych miast Wietnamu. Po śniadaniu wskakujemy na rowery i jedziemy pośród pól ryżowych do małej wioski, gdzie czeka nas pierwsza lekcja gotowania. Po uprzednim poznaniu ogromnej liczby ziół i przypraw, które Wietnamczycy stosują w kuchni i medycynie ludowej, zaczynamy przygotowywać wietnamskie dania. W menu znajdują się specjały typowe dla środkowej części kraju: owoce morza, karczochy, szparagi czy sosy krewetkowe.

Potrawy nie tylko mają być smaczne, lecz także atrakcyjnie podane. Dlatego też niezbędna jest nauka dekorowania dań. Udało się nam znaleźć najlepszego nauczyciela – mistrzynię, której przodkowie przystrajali potrawy na dworze cesarskim w Hue. Pod jej okiem, bawiąc się przy tym świetnie, rzeźbimy feniksa w rzepie, wyczarowujemy kaczkę-lampion z ananasa, a sajgonkom nadajemy kształt dziewczęcych kokard. Potem czeka nas rejs po Rzece Perfumowej oraz zwiedzanie Purpurowego Zakazanego Miasta (wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO).

Z Da Nang lecimy do Sajgonu, nazywanego „Perłą Południa”. Zwiedzamy m.in. kolorową i gwarną dzielnicę Cholon – miejscowe Chinatown, a następnie na lokalnym targu mamy szansę zakupu jedwabnych „ao dai” (bardzo kobiecej tuniki ze spodniami), wyrobów hafciarskich, pamiątek z laki i drewna. Po południu czas na zabawę poprzez gotowanie. Spotykamy się w sali przypominającej klasę szkolną. Ławki zwrócone są w stronę katedry, na której stoi mistrz. Za nim znajduje się zawieszone pod kątem lustro, co pozwala nam na śledzenie każdego jego ruchu. Do dyspozycji otrzymaliśmy 21 łyżek i łyżeczek, aby aromaty przypraw nie mieszały się ze sobą! Mistrz chwali moją rybę w karmelu z dodatkiem chili oraz grillowane banany w mleku kokosowym ze szczypiorkiem…

Przed powrotem do kraju udajemy się jeszcze w wyjątkowy rejs po wyspach w zatoce Ha Long. Ćwiczeniami tai chi witamy różowy wschód słońca, potem kąpiemy się w morzu, zwiedzamy jaskinie i… jemy obiad z owoców morza. Jest to wspaniałe ukoronowanie naszej przepysznej podróży kulinarnej po Wietnamie.

 


 

Artykuły wybrane losowo

Na Jamajkę z Jamesem Bondem

ROBERT BAJAN

 

<< Ojczyzna muzyki reggae, dub, ska i dancehall kojarzy się przede wszystkim z gorącymi imprezami na plaży, świetnym rumem i… popularyzacją marihuany, nazywanej tutaj „gandzią”. Ta wspaniała karaibska wyspa to jednak także przepiękna przyroda, cuda podwodnego królestwa, tajemnicze jaskinie i burzliwa historia. Tu również angielski pisarz Ian Fleming wymyślał przygody najdzielniejszego i najprzystojniejszego agenta wszechczasów – Jamesa Bonda, w którego rolę w filmowych adaptacjach wcielali się Sean Connery, George Lazenby, Roger Moore, Timothy Dalton, Pierce Brosnan i ostatnio Daniel Craig. Na jamajskim lądzie z pewnością nie grozi nam nuda! >>

Po Kubie i Hispanioli (Haiti) Jamajka jest trzecią co do wielkości wyspą na Karaibach (ma powierzchnię 10 991 km²). Należy do Archipelagu Wielkich Antyli. Jej najwyższe pasmo górskie stanowią Góry Błękitne (Blue Mountains) ze szczytem Blue Mountain Peak (2256 m n.p.m.). To stąd pochodzi słynna kawa Jamaica Blue Mountain Coffee, ceniona na całym świecie.

Więcej…

Kazachstan – kraina różnorodności

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Nowoczesna Astana – widok na miasto z wieżą Bäjterek w oddali

astana  10

© ARCHIWUM AMBASADY KAZACHSTANU W POLSCE

 

Tereny obecnego Kazachstanu zwane były niegdyś skrzyżowaniem Europy i Azji. To miejsce, w którym wpływy Zachodu od wieków ścierały się z kulturą orientalną i tak pozostało do dziś. Historia tego regionu to tysiąclecia migracji, a także najazdów ludów ze wszystkich stron świata. Obszar ten należał m.in. do kaganatu tureckiego, Złotej Ordy, Rosji czy ZSRR. Potężni władcy zabiegali, żeby kazachskie ziemie znalazły się w granicach ich imperiów. Działo się tak nie bez powodu.

 

Ze względu na swoją ogromną powierzchnię (ponad 2,7 mln km2)Kazachstan zalicza się do pierwszej dziesiątki największych państw świata. Mimo iż zdecydowana większość jego terytorium leży w Azji Środkowej, przez co uznawany jest za kraj azjatycki, ok. 13 proc. obszaru pozostaje w granicach Europy (tereny nad Morzem Kaspijskim, na zachód od rzeki Emba). To kraina równin i ciągnących się po horyzont stepów, piaszczystych pustyń i malowniczych pasm górskich. Nieograniczona przestrzeń od wieków przyciąga ludy pasterskie i koczownicze. Nazwa państwa pochodzi z języków starotureckiego i perskiego i odzwierciedla właśnie tę nomadyczną kulturę. „Kazachstan” oznacza „krainę wędrowców”. To terytorium niejednorodne pod względem etnicznym. Tu Wschód spotyka się z Zachodem, a wpływy głównej religii w kraju, islamu, mieszają się ze spuścizną komunistyczną z czasów Związku Radzieckiego (ZSRR), którego republiką było to państwo aż do uzyskania niepodległości 16 grudnia 1991 r.

 

Do Kazachstanu nie docierają masy morskiego powietrza, a jego wybitnie kontynentalny klimat cechują skrajności. Zimy są tutaj niezmiernie mroźne, natomiast lata – suche i upalne. Dość trudne warunki pogodowe i surowość krajobrazu mogą skłaniać do postrzegania tego kraju jako monotonnego i nieprzystępnego. I o ile podróżowanie po nim nie zawsze bywa łatwe, warto odkryć ukrytą w nim różnorodność.

 

Majestatyczny Kanion Szaryński w promieniach zachodzącego słońca

Kazachstan Szaryn1 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Kraj niesamowitych jezior

 

Kazachstan jest największym państwem na świecie pozbawionym dostępu do morza. Nie przeszkadza mu to jednak w posiadaniu własnej floty. Brak ten rekompensują inne akweny, odznaczające się niezwykłą urodą, a także wyjątkowością w skali świata.

 

Zachodnia granica kraju przebiega m.in. wzdłuż brzegów największego na świecie jeziora – Morza Kaspijskiego (371 tys. km² powierzchni). Długość wybrzeża wynosi niemal 1,9 tys. km. W drodze na wschód dotrzemy do leżącego na kazachsko-uzbeckim pograniczu Jeziora Aralskiego (nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim), a raczej tego, co z niego zostało. W wyniku radzieckiego programu wykorzystującego wody Syr-darii i Amu-darii do nawadniania olbrzymich plantacji bawełny, akwen zaczął wysychać i stracił ostatecznie aż ok. 90 proc. swojej pierwotnej powierzchni. Dziś znaczną część jego dawnego obszaru zajmują połacie piachu i uwięzione w nich wraki statków, przemierzających niegdyś wzdłuż i wszerz wielkie Morze Aralskie. Miejsce to znajduje się w niechlubnej czołówce ekologicznych katastrof świata i przykładów destrukcyjnego wpływu człowieka na środowisko. Obecnie organizacje i instytucje międzynarodowe (m.in. Bank Światowy) podejmują działania mające na celu uratowanie zbiornika i osiągają nawet niewielkie sukcesy. Odwrócenie tak ogromnych zniszczeń będzie jednak niezmiernie trudne, a przyszłość dawnej chluby regionu jest niepewna.

 

Wyjątkowy obszar wodny skrywa również rozległa Kotlina Bałchasko-Ałakolska. Mowa o bezodpływowym jeziorze Bałchasz (16,4 tys. km² powierzchni), które wymyka się standardowemu podziałowi zbiorników na słono- i słodkowodne. Wąski przesmyk dzielący akwen nie pozwala na całkowitą wymianę wód. Jedna z jego części pozostaje więc zasolona. Do drugiej natomiast wpływa rzeka Ili. Niesie ona ze sobą masy słodkiej wody pochodzącej z topniejących górskich śniegów.

 

Wśród miejsc, które odwiedziłam w trakcie podróży, niewątpliwie wyróżnia się Kaindy (Kajyngdy). To akwen położony w południowo-wschodniej części kraju, w jednym z pasm gór Tien-szan – Küngej Ałatau. Turkusowy odcień wody i sąsiedztwo zielonych szczytów upodabnia go do innych urokliwych jezior górskich. Jednak Kaindy jest niezmiernie osobliwe. Jego wody skrywają zatopiony las, a widok kikutów świerków wystających na powierzchnię zapada w pamięć na długo. W języku kazachskim „Kaindy” oznacza „brzozowy”, „pełen brzóz”. To niezwykłe jezioro powstało stosunkowo niedawno, w styczniu 1911 r., w wyniku trzęsienia ziemi w dolinie rzeki Czongkemin. Spadające wapienne skały stworzyły naturalną zaporę, a dno wąwozu i rosnący w nim las zostały zalane. Podziwianie zatopionych konarów utrudnia nieco temperatura wody, która nigdy nie wzrasta powyżej 6°C. Jednak widoczne z brzegu drzewa znaczące gładką taflę i tak prezentują się bardzo malowniczo. Mimo iż woda jest lodowata, ze względu na jej przejrzystość ściąga tu wielu nurków chcących podziwiać niesamowitą podwodną scenerię.

 

Podczas wyprawy nad jezioro towarzyszyły nam wspaniałe widoki, ale te w Kazachstanie mogliśmy oglądać niezmiernie często. Dość łatwo dojechaliśmy do wioski Saty, aby po kilku kilometrach minąć cmentarz, przy którym należy skręcić w drogę prowadzącą do zatopionego lasu. I tutaj zaczęły się problemy. Wypożyczony przez nas samochód nie był porządnym autem terenowym, więc wydawało nam się, że to jedna z najgorszych tras, jaką kiedykolwiek przyszło nam pokonać. Prędkość jazdy spadła do 10 km na godzinę, a każda dziura poważnie zagrażała i tak już nadwyrężonemu podwoziu. Niestety, większość wiejskich dróg w Kazachstanie wygląda w ten sposób, dlatego przy planowaniu podróży trzeba wziąć pod uwagę, że dojazd nawet do pozornie blisko położonych miejsc zajmie znacznie więcej czasu, niż można by się spodziewać. Gdy dotarliśmy do przecinającej naszą trasę płytkiej rzeki, wiedzieliśmy, że wyprawa samochodem dobiegła końca. Jakby tego było mało, widoczne na horyzoncie ciemne chmury nad wyraz szybko zaczęły nadciągać w kierunku auta. I choć uwielbiam taką pogodę, to niekoniecznie potrafię się nią cieszyć, kiedy akurat muszę rozkładać namiot. Obawialiśmy się też znacznego pogorszenia warunków na szlaku, który następnego dnia mieliśmy pokonać pieszo. Napływ zwrotnikowych mas powietrza i niewielka ilość chmur sprawiają, że powietrze jest tu latem gorące i bardzo suche. Góry rządzą się jednak własnymi prawami i jak wszędzie mogą zaskoczyć zmianami pogody.

 

Noc upłynęła nam w strugach deszczu, ale poranek zachęcał do ruszenia w drogę. Do celu zostało nam 7 km. Na tym odcinku przekonaliśmy się, że trekking nie należy najwyraźniej do ulubionych zajęć Kazachów. Nikt, dosłownie żaden z miejscowych, nie szedł pieszo, mimo iż okolica wydawała się do tego stworzona. Owszem, ostatni fragment trasy niektórzy przemierzali o własnych siłach, ponieważ nie dało się tu wjechać żadnym pojazdem. Jednak i w tym przypadku sporo osób wybierało przejażdżkę na grzbiecie konia. Piesza wycieczka wydawała się ostatecznością, choć nie wymagała zbytniego wysiłku. Na szlaku napotkaliśmy skupiska jurt i straganów, przy których można było posilić się czy napić herbaty, z czego chętnie skorzystaliśmy.

 

Kaindy nie da się okrążyć, wędrując przy linii wody. Do fragmentów brzegu prowadzą leśne ścieżki. Warto przejść kilkoma z nich, żeby zobaczyć jezioro z różnych stron, gdyż z każdej prezentuje się nieco inaczej. W drodze powrotnej część trasy pokonaliśmy autostopem, ponieważ niezbyt dobrze wyliczyliśmy zapas czasu. Z Kaindy po prostu niełatwo się rozstać.

 

Żyjąca pustynia

 

Wycieczka konna w okolicy Kaindy

Kazachstan Kaindy3 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Ok. 150 km na północny wschód od miasta Ałmaty rozpoczyna się rozległa kraina pretendująca do znalezienia się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To Park Narodowy „Ałtyn-Jemiel”, którego pustynno-stepowy obszar niemal z każdej strony otaczają góry. Latem temperatura bywa tutaj trudna do zniesienia nawet dla osób lubiących upały.

 

Nazwa parku związana jest z historią Mongolii. Użycie po raz pierwszy określenia, które stosuje się do dziś, przypisuje się słynnemu Czyngis-chanowi (urodzonemu między 1155 a 1162 r. i zmarłemu w 1227 r.). Według legendy, gdy w 1219 r. przemierzał te ziemie ze swoją armią i ujrzał na horyzoncie wzgórza skąpane w promieniach słońca, nazwał je „złotym siodłem”, co właśnie znaczy „Ałtyn-Jemiel”. Kiedy zatrzymał się przed wielką równiną, którą chciał wcielić do swojego imperium, użył tego wyrażenia ponownie.

 

Park zajmuje powierzchnię ponad 5,2 tys. km2, dlatego warto przeznaczyć na jego zwiedzanie więcej niż jeden dzień. Zwłaszcza że największe atrakcje, czyli tzw. Śpiewającą Wydmę, góry Aktau i Katutau dzielą od siebie znaczne odległości. Do spędzenia nocy na tym obszarze świetnie nadaje się baza strażników parkowych, będąca zieloną oazą pośrodku pustyni. Można rozstawić tutaj namiot, skorzystać z wody, a nawet z bani, sprawiającej jednak wrażenie używanej dawno temu.

 

Śpiewająca Wydma wznosi się nad płaskim, pustynnym terenem, co sprawia, że góruje nad okolicą. Przy odpowiednim wietrze rozbrzmiewa charakterystycznym dudniącym dźwiękiem. Legendy mówią, że to głosy dusz wojowników pochowanych niegdyś w tym miejscu. Latem „Ałtyn-Jemiel” staje się niemal patelnią. Temperatura sięga 40–50°C i próżno szukać tu przynoszącego ulgę cienia. Dlatego wspinaczka na wysoką na 150 m wydmę w godzinach popołudniowych okazała się zadaniem karkołomnym i zakończyła się dla nas szybciej, niż zakładały plany. Mogliśmy za to chodzić po niej w całkowitej samotności. Wszystkim wybierającym się do parku w okresie letnim polecam jednak przybycie wczesnym rankiem, gdy upał nie daje jeszcze mocno o sobie znać. W tym regionie znajduje się także pięć kamiennych kurhanów Besszatyr, będących cmentarzem i miejscem kultu starożytnych plemion zwanych Sakami (spokrewnionych ze Scytami i Sarmatami), zamieszkujących te ziemie w I tysiącleciu p.n.e. „Ałtyn-Jemiel” sprawia wrażenie rejonu nienadającego się do życia, ale to tylko pozory, gdyż zamieszkują go rozmaite stworzenia. Poza licznymi owadami występuje w tych stronach kilkaset gatunków zwierząt. Zależnie od pory roku można tu spotkać m.in. wilki szare, lisy rude, gazele czarnoogonowe, pieszczanki wielkie, koziorożce syberyjskie, osły azjatyckie (onagery), węże i jaszczurki, a nawet pantery śnieżne (irbisy śnieżne)!

 

Park wolno zwiedzać jedynie od kwietnia do października. Do wstępu na jego teren upoważniają bilety, które kupuje się w biurze w wiosce Basszi. Jeśli nie nabędziemy wejściówek, szlabany ustawione na drodze na granicy obszaru chronionego okażą się najprawdopodobniej przeszkodą nie do przebycia. Basszi to również ostatnie miejsce, w którym możemy zaopatrzyć się w zapasy wody i żywności, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ich uzupełnienie w parku jest niemożliwe.

 

Kazachskie jurty charakteryzują się drzwiami zwróconymi na wschód

Kazachstan jurty Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Na dnie kanionu

 

W południowo-wschodnim Kazachstanie, tuż przy granicy z Chinami, warto odwiedzić też region nietypowy dla azjatyckiego krajobrazu. W rejonie rzeki Szaryn wiatr owiewa wyłonione z morza skały już od 12 mln lat. Kanion Szaryński określany jest mianem młodszego brata słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w stanie Arizona w USA. Wspominając widoki na amerykański cud natury, zastanawiałam się, czy jego kazachski odpowiednik będzie mu w stanie dorównać. Nie zawiodłam się.

 

Czas naszej podróży okazał się nieco niefortunny, gdyż władze kraju wprowadziły akurat ograniczenia w poruszaniu się w strefie przygranicznej. Do odwiedzania miejsc takich jak Kanion Szaryński czy Wielkie Jezioro Ałmaty wymagane były dodatkowe pozwolenia, których wyrobienie trwałoby zbyt długo. Liczyliśmy się z tym, że możemy zostać zawróceni przed samym osiągnięciem celu. Tak się na szczęście nie stało i po wykupieniu biletów w budce strażniczej niezatrzymywani przez nikogo ruszyliśmy przed siebie. Nad krawędź kanionu przybyliśmy w idealnym momencie. Zachodzące słońce oświetlało skały w głębi, wydobywając ich barwę i fakturę. Patrzyliśmy na ten spektakl natury aż do chwili, gdy światło zgasło. Zostawiliśmy samochód na górze, a sami przypominającą serpentynę ścieżką podążyliśmy w dół wąwozu, żeby zanocować w jego wnętrzu. Do celu dotarliśmy po zmroku. Nie byliśmy w stanie ocenić miejsca, w którym rozbijaliśmy namiot. Słyszeliśmy szum przepływającej obok rzeki i wiedzieliśmy, że otaczają nas strome skalne ściany. Wygląd okolicy do rana pozostał tajemnicą.

 

Podczas schodzenia na dno kanionu spotkaliśmy strażnika, u którego wcześniej kupowaliśmy bilety. Pokazał nam, gdzie możemy się rozbić, i zaproponował, żebyśmy po rozstawieniu namiotów podeszli do pobliskiego baru. Nie spodziewałam się niczego więcej niż niewielkiej budki, w której sprzedaje się przekąski i napoje. Nie doceniłam jednak kazachskiej kreatywności. Wspomniany bar był większy, niż myślałam, a dobiegająca z niego muzyka grała znacznie głośniej, niż można by przypuszczać. Przy stołach siedziały grupki miejscowych raczących się piwem i sziszą. Również na niewielkim drewnianym parkiecie robiło się coraz gęściej. Impreza trwała w najlepsze. Okazało się, że bawią się tu głównie ludzie związani z kanionem, m.in. strażnicy czy pracownicy zaplecza turystycznego. Przyjezdnych było jak na lekarstwo. Gospodarze nie pozwolili, abyśmy siedzieli z boku. Po chwili szisza krążyła już wśród nas, zadbano także, żebyśmy zbyt często nie schodzili z parkietu. Wyobrażałam sobie, że noc upłynie nam na toczonych przed namiotem rozmowach i wsłuchiwaniu się w szum Szarynu. W ogóle nie przyszło mi do głowy, iż w takim miejscu będę uczestniczyć w dość hucznej imprezie. Prawdę mówiąc, chociaż świetnie się bawiłam, nie popieram tworzenia tego typu lokali rozrywkowych w regionach o znacznych walorach przyrodniczych. Zwłaszcza że w tej okolicy planuje się ponoć rozbudowanie infrastruktury turystycznej, a nawet postawienie centrum spa. Raczej nie kibicuję temu przedsięwzięciu, bo sam kanion jest naprawdę wystarczającą atrakcją, a im bardziej dziki i naturalny pozostaje, tym lepiej. To – oczywiście – moje zdanie i zdaję sobie sprawę, że niektórym takie udogodnienia mogą odpowiadać.

 

Kazachscy Ujgurzy

 

Wieczór upłynął nam nie tylko na zabawie, ale i na interesujących rozmowach z miejscowymi. Jak się okazało, byli wśród nich Ujgurzy. Są oni grupą etniczną pochodzenia tureckiego. Dawne ujgurskie imperium (kaganat ujgurski, chanat ujgurski), istniejące mniej więcej w latach 744–840, sięgało niemal od Morza Kaspijskiego po Mandżurię, zostało jednak podbite, a jego mieszkańcy w ciągu następnych wieków przenosili się m.in. na tereny podlegające Czyngis-chanowi i kolejnym mongolskim władcom. Ostatecznie Ujgurzy trafili pod panowanie Chińczyków. Obecnie zdecydowana większość ponad 15-milionowej populacji tej ludności zamieszkuje rozległy Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur w północno-zachodnich Chinach. W Kazachstanie żyje ich powyżej 250 tys., osiedlili się głównie na południu, np. w okolicach miasta Ałmaty. Mimo burzliwej przeszłości i braku własnego państwa, Ujgurzy nigdy nie zatracili tożsamości i nie porzucili marzeń o własnym kraju. Świadczą o tym liczne zrywy wolnościowe i powstania, którymi naznaczona jest ich historia. Również i dziś, zmuszani do używania głównie języka mandaryńskiego (standardowego chińskiego, putonghua) i asymilowania chińskiej kultury, nadal walczą o niepodległość. Chociaż uciekają się niekiedy nawet do aktów terroryzmu, większość świata nie wie o ich istnieniu. Ujgurzy opowiadali nam m.in. o swoim pochodzeniu i o tym, czym różni się język ujgurski od kazachskiego. Podkreślanie tych różnic było dla nich bardzo ważne i wiązało się zapewne właśnie z potrzebą zachowania odrębności kulturowej.

 

Spać położyliśmy się dużo później, niż planowaliśmy. Po raz pierwszy przebudziliśmy się o wschodzie słońca. Choć widziany z dna kanionu nie wydawał się zbyt spektakularny, światło pięknie wyeksponowało rozżarzone szczyty otaczających nas skał. Wtedy też zobaczyliśmy, w jak urokliwym miejscu spędziliśmy noc. Na dobre obudziliśmy się kilka godzin później. Zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy na dalsze odkrywanie Kanionu Szaryńskiego. Wracaliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Za dnia mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne w pełnej okazałości.

 

Na koniec warto wspomnieć, że z mniejszością ujgurską związana jest jedna z bardziej oryginalnych budowli znajdujących się na terenie Kazachstanu. Otóż w mieście Żarkent, zaledwie 30 km od granicy z Chinami, wybudowano niezwykły meczet przypominający chińską pagodę. Co ciekawe, wzniesiono go z drewna, bez użycia ani jednego gwoździa. W czasach ZSRR obiekt wykorzystywany był jako wartownia dla pograniczników lub pijalnia herbaty. Od końca lat 60. XX w. uchodzi za zabytek, a władze państwowe przekształciły go w muzeum.

 

Nie tylko przyroda

 

Kazachstan jest nie tylko największym, ale i najbogatszym stabilnie rozwijającym się krajem Azji Środkowej. Widać to zwłaszcza w dużych miastach takich jak Astana czy Ałmaty. To nowoczesne ośrodki, które bez problemu mogą konkurować z zachodnimi metropoliami. Architekci i planiści pragną, żeby ten pierwszy, pełniący od grudnia 1997 r. funkcję stolicy, stał się Berlinem w euroazjatyckim stylu. Jego centrum zaprojektowano z wielkim rozmachem, a futurystyczne budowle i monumentalizm architektury wprawiają w osłupienie. Miasto stanowi zrealizowaną wizję prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, sprawującego swój urząd od początku istnienia współczesnego niepodległego państwa. Zarówno Astana, jak i Ałmaty są ośrodkami przemysłowymi, kulturalno-naukowymi i handlowo-usługowymi. Znajdziemy w nich wiele udogodnień nie tylko dla mieszkańców, ale i turystów. Część miejskiej ludności szybko się bogaci, o czym świadczą liczne drogie samochody przemierzające tutejsze ulice.

 

Symbolem inwestycyjnego rozmachu, tym razem jednak jeszcze z czasów radzieckich, jest kosmodrom Bajkonur. Ten obiekt, wybudowany w 1955 r. ok. 200 km na wschód od Jeziora Aralskiego, to najstarszy i do tej pory nadal największy ośrodek wysyłający statki i promy kosmiczne poza orbitę Ziemi.

 

Mimo iż Kazachstan w porównaniu ze swoimi sąsiadami osiągnął względny sukces gospodarczy związany z wydobyciem surowców naturalnych, dostrzega się tu wyraźnie rozwarstwienie społeczne wynikające z różnic w dochodach, a duże obszary biedy poza wielkimi miastami stanowią wyzwanie dla władz stawiających na ciągły rozwój. Większość społeczeństwa wciąż żyje bardzo skromnie, a o problemach z dostępem do wody w mniejszych miejscowościach mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.

 

Rządzący krajem marzą jednak o zwiększeniu znaczenia Kazachstanu w świecie. To właśnie Astana została gospodarzem Expo 2017, cyklicznej prestiżowej wystawy prezentującej kulturowy, naukowy i techniczny dorobek państw i narodów z całego globu. Impreza rozpocznie się 10 czerwca i potrwa 3 miesiące, a jej temat stanowi energia przyszłości. Jednym z głównych wyzwań będzie uzyskanie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zapewnić bezpieczny i trwały dostęp do energii przy jednoczesnej redukcji emisji dwutlenku węgla.

 

Warto wspomnieć, że w sierpniu 2016 r. pierwszy raz po 14 latach odbyła się oficjalna wizyta prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w Polsce. To spotkanie ma być początkiem zacieśnienia stosunków między oboma państwami. Zapewne przełoży się więc na nasze częstsze kontakty z Kazachami tak w sferze gospodarki, jak i turystyki. Nie bez zasług w dziedzinie budowania wzajemnych relacji pozostaje również działalność kazachskiej ambasady i kierującego nią Ałtaja Abibułłajewa, który doskonale mówi po polsku, co pozwala mu wspaniale promować swoją ojczyznę w Polsce.

 

W 2017 r. Polacy dostaną się do Kazachstanu szybciej i łatwiej. Już od 8 maja Polskie Linie Lotnicze LOT wprowadzają do swojej oferty połączenia z Warszawy do Astany. Będą to pierwsze bezpośrednie loty naszego przewoźnika do Azji Środkowej. W jego rozkładzie znalazły się cztery rejsy w tygodniu (w poniedziałek, środę, czwartek i piątek) samolotami Boeing 737-800 Next Generation. Oprócz tego od 1 stycznia br. polscy obywatele mogą przekraczać kazachską granicę bez wizy, wystarczy jedynie okazanie ważnego paszportu (dotyczy to pobytu do 30 dni). Podróż z Polski do Kazachstanu nigdy jeszcze nie była tak prosta. Warto skorzystać z tej okazji i odkryć ten różnorodny i niezmiernie interesujący kraj.

 

Najlepsze miejsca do nurkowania na świecie – top 10

MAGDALENA ZDRENKA

 

FOT. TOURISM AUSTRALIA

W morskich głębinach kryje się tak wielkie bogactwo podwodnych krajobrazów, unikalnych ekosystemów i różnorodnych gatunków, że trudno wybrać jeden najpiękniejszy i najciekawszy rejon. Na szczęście wcale nie musimy tego robić. Możemy zwiedzać je wszystkie po kolei, ale nie łudźmy się niepotrzebnie, na pewno nie uda nam się zobaczyć wszystkiego. Jedno życie to za mało na poznanie całego podmorskiego raju na ziemi.

Więcej…