PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

Kraj przytulony do Zatoki Tonkińskiej i Morza Południowochińskiego zazwyczaj łączony jest z wojną, śmiercią i zniszczeniem. Ale turysta nie musi już przedzierać się przez pola minowe, żeby znaleźć dziewicze plaże, cuda natury oraz zabytki starej i bogatej kultury.

Dzień doooobry, Wietnam! – przeciągłe powitanie rozerwało ciszę wiosennego poranka 1965 r. Zaczęła się audycja Radia Amerykańskich Sił Zbrojnych, a za mikrofonem siedział Adrian Cronauer, niedawno przeniesiony z bazy w Grecji. Nowy didżej łamał sztywny gorset reguł wojskowej rozgłośni, która zazwyczaj nudziła żołnierzy obwieszczeniami i niekończącymi się pogadankami. Cronauer opowiadał dowcipy na antenie, puszczał popularną muzykę i walczył z przełożonymi o zachowanie audycji, która przecież nie licowała z powagą armii. Jednak żołnierze go kochali.

Weterani wspominali później, że program firmowany charakterystycznym zawołaniem pomógł im przetrwać piekło Wietnamu. – Ludzie gratulują mi wymyślenia powitania, ale tak naprawdę przeciągane „dzień doooobry" dawało mi czas na znalezienie słuchawek, depesz i płyt, kiedy spóźniony i zaspany wpadałem do studia – śmieje się Cronauer. Na oryginalnych nagraniach stacji można usłyszeć ponad dwudziestosekundowe powitanie prowadzącego.

FOT. VIETNAM NATIONAL ADMINISTRATION OF TOURISM

Świat usłyszał historię didżeja dzięki filmowi Good morning, Vietnam z 1987 r., w którym główną rolę zagrał Robin Williams. Popularna komedia miała jednak gorzki wydźwięk i krytykowała wojnę. W jednej ze scen, kiedy Adrian Cronauer puszcza w radiu utwór Louisa Armstronga What a Wonderful World (Jaki cudowny świat), oglądamy wioskę, na którą spada napalm, akty przemocy, protesty, aresztowania, rozstrzeliwanie jeńców. Kinowy przebój Good morning, Vietnam nie jest jednak wiernym odzwierciedleniem biografii wojskowego didżeja, ani nie wyraża jego poglądów. – Każdy, kto był w armii, powie wam, że gdybym robił połowę tego, co w filmie, wciąż przebywałbym w Leavenworth (więzienie wojskowe o ścisłym rygorze w USA). Adrian Cronauer tak naprawdę nigdy nie krytykował wojny, a wyjście wojsk amerykańskich z Wietnamu uważał za błąd. 

 

Wojna to nie film

Przed wojną wietnamską, w którą wmieszały się rywalizujące ze sobą ZSRR i USA, Wietnamczycy wystąpili zbrojnie przeciwko francuskim okupantom. Walki o niepodległość wybuchły w 1945 r., a zakończyły się dziewięć lat później. Porozumienie pokojowe podzieliło kraj wzdłuż 17. równoleżnika na północ kontrolowaną przez zwolenników komunizmu i prozachodnie południe. Taki manewr przeprowadzono wcześniej z powodzeniem w Korei, jednak wypadki w Indochinach potoczyły się zupełnie inaczej…  

            Dwudziestoletni konflikt na Półwyspie Indochińskim (1955–1975) nie tylko zmienił USA, ale przede wszystkim wyniszczył Wietnam i kraje ościenne. Szacuje się, że podczas niego zginęło od 2 do 4 milionów Wietnamczyków, Laotańczyków i Khmerów. Do władzy w Wietnamie doszli komuniści na czele z „Tym, Który Niesie Światło", czyli Ho Chi Minhem (1890–1969).   Socjalistyczna Republika Wietnamu, powstała w 1976 r. z połączenia Wietnamu Północnego i Południowego, popełniała jednak te same błędy, co państwa, które przyjęły tę samą ideologię. Kolektywizacja wsi doprowadziła do fali głodu i trzycyfrowej inflacji. Miliony zdesperowanych ludzi uciekały na chybotliwych rybackich łodziach z kraju. Dopiero reformy zapoczątkowane w 1986 r. – Doi Moi, czyli „Odnowa" – i wprowadzenie elementów wolnego rynku doprowadziły do poprawy sytuacji ekonomicznej. Wietnam jest dziś jednym z najszybciej rozwijających się państw globu. Coraz większego znaczenia w jego gospodarce nabiera też turystyka.

 

Antyczna cywilizacja

Historia Wietnamu biegnie równolegle do dziejów najstarszych cywilizacji świata. Uparci i sprytni Wietnamczycy musieli wielokrotnie walczyć zaciekle o swój kraj z obcymi siłami. Żyzna delta Rzeki Czerwonej była najeżdżana przez ludy chińskie z północy, aż w końcu znalazła się pod panowaniem Chin na prawie jedenaście stuleci.  

 FOT. VIETNAM NATIONAL ADMINISTRATION OF TOURISM  

         Wietnamczycy odzyskali niepodległość dzięki bitwie na rzece Bach Dang w 938 r., a dokładnie dzięki wrodzonemu sprytowi, który stał się ich cechą narodową. Otóż generał Ngo Quyen (897–944) nakazał wbić zaostrzone pale w dno rzeki, ale tak, żeby nie były widoczne dla wroga. Jednocześnie naprzeciw potężnej chińskiej floty wysłał lekkie łódki, które miały zwabić Chińczyków w zasadzkę. Plan się udał i połowa nieprzyjacielskiej armii utonęła.

            Również podczas wojny wietnamskiej miejscowym nie zabrakło sprytu. Za jedno z ich największych osiągnięć uważa się tzw. Szlak Ho Chi Minha, a także tunele cywilne i wojskowe, odpowiednio Vinh Moc i Cu Chi. Szlak był skomplikowaną siecią tajnych dróg i ścieżek, którymi transportowano zaopatrzenie z północy na południe, omijając strefę zdemilitaryzowaną. Zadanie zdawało się z pozoru niewykonalne… Praktycznie niezamieszkany region, przez który przebiegały trasy komunikacyjne, osiąga wysokość nawet 2700 m n.p.m. i pokryty jest nieprzebraną, gęstą, najdzikszą w Azji Południowo-Wschodniej dżunglą. Mimo tych wszystkich trudności, pod koniec wojny po ukrytych, zakamuflowanych szosach wysypanych kruszywem kursowały regularne transporty ciężarówek. Amerykanie urządzali naloty na szlak (w samym tylko 1969 r. spadło na niego 433 tys. ton bomb), ale byli bezradni. Straty Wietnamczyków nie przekraczały 4 proc. transportów.

            Ze Szlaku Ho Chi Minha niewiele już pozostało. Większość ścieżek pochłonęła dżungla, a większe drogi zostały wyasfaltowane. Dużą atrakcją turystyczną są jednak tunele wojskowe Cu Chi. Położone ok. 70 km na północ od Sajgonu (obecnie miasto Ho Chi Minh) miały aż ponad 200 km długości. Do dzisiaj zachowało się mniej więcej 120 km systemu podziemnych przejść, sypialni, kuchni, spiżarni, szpitali i magazynów broni. To właśnie stąd rozpoczęła się w 1968 r. słynna Ofensywa Tet. Tunele nie stanowiły jednak przyjaznego miejsca – pełno w nich było pająków, skorpionów i węży. Oczywiście, obecnie turystom udostępniono bezpieczne fragmenty Cu Chi, które często zostały specjalnie oświetlone i poszerzone. Mniej ciekawy wydaje się Vinh Moc, czyli kompleks cywilnych tuneli zbudowany przy granicy z ówczesnym Wietnamem Południowym. Służył on jako schronienie przed amerykańskim lotnictwem, które stosowało w północnej części kraju niszczycielskie naloty dywanowe. 

  

TANIO, SMACZNIE I ZDROWO

Kuchnię wietnamską uważa się słusznie za jedną z najzdrowszych na świecie. Niczym nie przypomina ona popularnych „chińczyków" – knajp prowadzonych w Polsce przez Wietnamczyków i udających kuchnię chińską lub wietnamską. Wykorzystuje się w niej dużo ryb, soi, wiele przypraw i minimalne ilości oleju.

Durian jest królem owoców w Wietnamie, chociaż często jego spożywanie – ze względu na niezmiernie nieprzyjemny zapach, który wydziela – bywa zakazane w środkach komunikacji miejskiej lub w hotelach Azji Południowo-Wschodniej. Za to posiada niesamowity smak, jak mówią znawcy, wynagradzający wszystko. Jedzenie duriana jest niczym spożywanie najdelikatniejszego owocu świata pośrodku rynsztoku. To osobliwa przyjemność, której nie można się oprzeć!

 

Wietnam smoków

Instalacje wojskowe, muzea i pamiątki po krwawej wojnie nie są jedynymi atrakcjami Wietnamu. Jego linię brzegową o długości ponad 2 tys. km wypełniają dziewicze plaże i błękitne laguny, gdzie dżungla bezpośrednio styka się z morzem.

            Najbardziej znanym cudem natury, miejscem, które każdy odwiedzający ten piękny kraj musi zobaczyć, jest wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO zatoka Ha Long. Można tu podziwiać ok. 2 tys. wapiennych wysp i wysepek wynurzających się pionowymi ścianami wprost z wody. Legenda mówi, że kiedy Wietnamczycy walczyli z najeźdźcami, bogowie zesłali smoczą rodzinę, która miała im pomóc w obronie. Smoki zaczęły wypluwać wielkie, drogocenne perły. Po zetknięciu z wodą przemieniały się one w skaliste wyspy u ujścia rzeki Bach Dang. Statki nieprzyjaciół rozbijały się o nieznane wcześniej fragmenty lądu i podwodne skały – w ten sposób cała wroga flota została zniszczona. Zatokę nazwano Ha Long, czyli „Zatoką Spadających Smoków”. Legenda ta jest bardzo popularna, zwłaszcza że Wietnamczycy wierzą, iż sami wywodzą się od smoków, bo pochodzą z małżeństwa smoczego króla Lac Long Quan i Au Co, nieśmiertelnej wróżki przybyłej z północy. Wydała ona na świat sto jaj, z których wykluło się sto dzieci. Para jednak postanowiła się rozdzielić. Smok z połową potomków zamieszkał gdzieś na nadmorskich nizinach, a księżniczka w górach.

            Zatoka Ha Long jest częścią Zatoki Tonkińskiej i leży ok. 160 km na południowy wschód od Hanoi. Początki tego miasta wiążą się ze wzniesioną w III w. p.n.e. cytadelą Co Loa. W swojej bogatej historii miało wiele nazw – najdłużej znane było pod określeniem Thang Long, czyli „Wzlatujący Smok”. Stolica kraju, a zarazem druga metropolia pod względem liczby mieszkańców po Sajgonie (Ho Chi Minh), często musiała bronić się przed najeźdźcami z północy, dlatego też budowano tu potężne mury obronne. Co ciekawe, aby wzmocnić bramę północną, postanowiono wznieść przy niej w XI w. świątynię taoistyczną Quan Thanh. Poświęconą ją bogowi Tran Vu, mitycznemu strażnikowi i „Władcy Czarnego Nieba”, który miał zapewnić bezpieczeństwo stolicy. Hanoi oznacza „Miasto Między Rzekami" – jego mieszkańcy mogą wypoczywać nad wieloma uroczymi jeziorami, z którymi wiążą się liczne miejscowe legendy. Najsłynniejsze jest Hoan Kiem, czyli „Jezioro Zwróconego Miecza". Mówi się, że na jego dnie spoczywa magiczny miecz cesarza Le Loi (1385–1433), którym pokonał on chińskich najeźdźców.

Górzysta północ kraju to również doskonałe miejsce na trekking. W okolicach miasta Sa Pa znajdują się malownicze trasy dla miłośników górskich wycieczek. Najtrudniejszy szlak trekkingowy prowadzi do najwyższego szczytu Wietnamu i całych Indochin – Fansipanu, nazywanego także Phan Xi Pang (3143 m n.p.m.). W jego pobliżu mieszkają przedstawiciele interesujących mniejszości etnicznych – ludu Hmong, Dao (Yao), Giay, Muong i wielu innych.  

 

Na południe

Mniej więcej 500 km na południe od Hanoi leży kolejny cud natury – Park Narodowy Phong Nha-Ke Bang. Razem z pasem ochronnym wokół niego zajmuje aż 2 tys. km2 terytorium Wietnamu. Chroni się tutaj unikalną tropikalną dżunglę oraz jaskinie i podziemne rzeki o długości niemal 70 km. W kwietniu 2009 r. brytyjska ekspedycja odkryła w tym parku narodowym jedną z największych grot na świecie. Nazwano ją Son Doong. Ma ponad 5 km długości, 150 m szerokości i 200 m wysokości.

            Wietnam jest w większości krajem buddyjskim, jego mieszkańcy wyznają też konfucjanizm, ale położone w centralne części państwa My Son stanowi pozostałość po cywilizacji hinduskiej, która dotarła tu w IV w. n.e. Miejscowy kompleks świątyń poświęcono bogowi Śiwie. Wpisano go w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niestety, większość z ok. 70 budowli świątynnych została poważnie uszkodzona przez amerykański nalot bombowy w 1969 r.   

 

Na deser

W Sajgonie, przemianowanym w nowym ustroju na miasto Ho Chi Minha, można poczuć się jak w małej Francji. Oprócz architektury kolonialnej znajdziemy tu kawiarnie z wyborną kawą, bagietkami i prawdziwymi croissantami. Niedaleko położone są takie atrakcje, jak np. Park Narodowy Cat Tien z bezkresnymi lasami deszczowymi, rozrywkowe plaże oraz tropikalna wyspa-więzienie Con Son w archipelagu Con Dao na Morzu Południowochińskim. Samo miasto, zamieszkałe przez liczną kolonię chińską (tzw. Hoa), leży jakby na przecięciu kultur, gdzie północ krzyżuje się południem, a wschód z zachodem.

 

PODRÓŻE KULINARNE DO WIETNAMU OKIEM EKSPERTA

Poniżej prezentujemy Państwu opinię na temat wypraw kulinarnych do Wietnamu, którą otrzymaliśmy od znawczyni i miłośniczki wietnamskiej kuchni – Majki Szury, właścicielki biura podróży Polka Travel, organizatorki wyjazdów do tego kraju. 

Podróż kulinarna po Wietnamie to jak szalony, pełen niespodzianek rajd rikszą krętymi ulicami Hanoi. Nic dziwnego, że wietnamską kuchnię uważa się za jedną z najbogatszych i najbardziej zróżnicowanych smakowo, skoro stolicę kraju dzieli od Sajgonu podobna odległość, jak np. Warszawę od Paryża.

Kuchnia na północy obfituje w makarony oraz cięższe zupy z wołowiną. To pozostałość po panowaniu dwóch imperiów – chińskiego i mongolskiego. Tradycja jedzenia pałeczkami pochodzi także z Chin.

Środkową część kraju tworzą tereny starożytnego państwa ludu Czamów (Czampy), gdzie jadało się wiele maleńkich dań, głównie warzywnych. W Purpurowym Zakazanym Mieście w Hue rozwinęła się sztuka misternej dekoracji potraw (na wzór cesarskich Chin). Dworscy kucharze przygotowywali codziennie ponad 50 dań do wyboru.

Na południu rozpościera się delta Mekongu. Ryż, jak również wiele owoców, dojrzewa tutaj aż trzy razy w roku! Miejscowa kuchnia obfituje w ryby, warzywa, słodkie owoce oraz curry. Wpływy kulinarne pochodzą jeszcze z czasów imperium Angkor, które panowało nad południową częścią dzisiejszego Wietnamu. Do zup dodaje się w tym regionie makaron ryżowy, kiełki fasoli, kolendrę, bazylię, chili, limonkę i szczypior, a także stanowiący podstawę niemal wszystkich potraw sos rybny.

Kulinarną podróż po stołecznym Hanoi rozpoczynamy od ulicznych garkuchni, gdzie pokaz gotowania odbywa się na oczach przechodniów. Sami wybieramy świeże ryby, krewetki, warzywa, a zręczny kuchmistrz przygotowuje nam danie. Siadamy przy długim stole wraz z Wietnamczykami. Jeżeli któryś z nich zna angielski, chętnie zagaja rozmowę. Dowiemy się tutaj znacznie więcej o kraju niż z kart przewodników.

Hoi An z pięknym XVI-wiecznym centrum (wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO), uratowanym zresztą dzięki polskiemu architektowi i konserwatorowi zabytków – Kazimierzowi Kwiatkowskiemu, jest jednym z najbardziej uroczych miast Wietnamu. Po śniadaniu wskakujemy na rowery i jedziemy pośród pól ryżowych do małej wioski, gdzie czeka nas pierwsza lekcja gotowania. Po uprzednim poznaniu ogromnej liczby ziół i przypraw, które Wietnamczycy stosują w kuchni i medycynie ludowej, zaczynamy przygotowywać wietnamskie dania. W menu znajdują się specjały typowe dla środkowej części kraju: owoce morza, karczochy, szparagi czy sosy krewetkowe.

Potrawy nie tylko mają być smaczne, lecz także atrakcyjnie podane. Dlatego też niezbędna jest nauka dekorowania dań. Udało się nam znaleźć najlepszego nauczyciela – mistrzynię, której przodkowie przystrajali potrawy na dworze cesarskim w Hue. Pod jej okiem, bawiąc się przy tym świetnie, rzeźbimy feniksa w rzepie, wyczarowujemy kaczkę-lampion z ananasa, a sajgonkom nadajemy kształt dziewczęcych kokard. Potem czeka nas rejs po Rzece Perfumowej oraz zwiedzanie Purpurowego Zakazanego Miasta (wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO).

Z Da Nang lecimy do Sajgonu, nazywanego „Perłą Południa”. Zwiedzamy m.in. kolorową i gwarną dzielnicę Cholon – miejscowe Chinatown, a następnie na lokalnym targu mamy szansę zakupu jedwabnych „ao dai” (bardzo kobiecej tuniki ze spodniami), wyrobów hafciarskich, pamiątek z laki i drewna. Po południu czas na zabawę poprzez gotowanie. Spotykamy się w sali przypominającej klasę szkolną. Ławki zwrócone są w stronę katedry, na której stoi mistrz. Za nim znajduje się zawieszone pod kątem lustro, co pozwala nam na śledzenie każdego jego ruchu. Do dyspozycji otrzymaliśmy 21 łyżek i łyżeczek, aby aromaty przypraw nie mieszały się ze sobą! Mistrz chwali moją rybę w karmelu z dodatkiem chili oraz grillowane banany w mleku kokosowym ze szczypiorkiem…

Przed powrotem do kraju udajemy się jeszcze w wyjątkowy rejs po wyspach w zatoce Ha Long. Ćwiczeniami tai chi witamy różowy wschód słońca, potem kąpiemy się w morzu, zwiedzamy jaskinie i… jemy obiad z owoców morza. Jest to wspaniałe ukoronowanie naszej przepysznej podróży kulinarnej po Wietnamie.

 


 

Artykuły wybrane losowo

Kolumbia – kraj nierzeczywisty

Cartagena de Indias  Cortesia ProColombia

Kolonialna Cartagena de Indias – wieża Katedry św. Katarzyny Aleksandryjskiej

© PROCOLOMBIA

 

MARIA HAWRANEK, SZYMON OPRYSZEK

www.intoamericas.com

 

To niewiarygodne, że Kolumbia istnieje naprawdę. Znajdziemy w niej wszystko: od karaibskich plaż przez tropikalne lasy po andyjskie szczyty. Na dodatek żyją tu najmilsi ludzie na kontynencie, a atmosfera w tym kraju pełna jest magii. Nic dziwnego, że to tutaj urodził się jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez.

 

To czwarte pod względem powierzchni państwo Ameryki Południowej może poszczycić się wyjątkowym położeniem. Ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i Atlantykiem (a dokładniej Morzem Karaibskim). Jego stolica, Bogota, leży na średniej wysokości 2640 m n.p.m. Najbardziej na południe wysunięty odcinek granicy przebiega wzdłuż Amazonki.

 

Do jakiego kraju byście wrócili? Dokąd w Ameryce Południowej warto pojechać? – pytają nas często słuchacze podczas prelekcji podróżniczych. Niezmiennie wśród naszych trzech ukochanych miejsc wymieniamy właśnie Kolumbię, której w Polsce wciąż przypina się nieaktualną już od dawna łatkę niebezpiecznej krainy koki. Warto odrzucić stereotypy i odkryć skarby tego naprawdę magicznego zakątka świata.

 

UKOCHANA ZIEMIA

 

Cali to miasto najszybszej salsy na świecie, w którym niemal na każdym kroku wyrasta szkoła tańca, a w klubach tancerze wykonują akrobacje. Oczami wyobraźni już widzieliśmy, jak pocimy się na parkiecie. Ale w dniu wylotu do Cali z Brazylii dostaliśmy maila z propozycją pracy na wolontariacie w prowincjonalnej szkole położonej 40 km od Bogoty, gdzie pilnie potrzebowali nauczycieli angielskiego.

 

Dlatego w czasie przesiadki na lotnisku w kolumbijskiej stolicy, zamiast kontynuować podróż – szukamy autobusu do miasta Zipaquirá. Przyjeżdżamy na rekonesans we wtorek wieczorem, a już w środę rano o godz. 7.00 stoimy pod tablicą. Przez najbliższe trzy miesiące będziemy prowadzić lekcje w miejscowości Cogua, gdzie na przerwach słychać muczenie krów. Alejandro Clavijo, koordynator programu, tłumaczy nam, że zaprasza obcokrajowców do swojej szkoły z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby nasi uczniowie w końcu nauczyli się angielskiego. Na naszym hiszpańskojęzycznym kontynencie ze zrozumiałych powodów nie jest popularny, ale kiedy tylko chcemy wyjechać, w mig rozumiemy, jak bardzo się przydaje. A po drugie, abyście zobaczyli, że Kolumbia to już dawno nie jest kraj białego proszku, „narcos” i FARC-u (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia – Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii). Zresztą nigdy w pełni nim nie była, tylko świat przyzwyczaił się tak o nas myśleć.

 

Po wielu tygodniach spędzonych w Kolumbii mamy poczucie głębokiej niesprawiedliwości, że za tą perłą Ameryki Południowej ciągnie się taka krzywdząca opinia. Przepiękne, wściekle zielone pagórki regionu Zona Cafetera, gdzie uprawia się kawę, zjawiskowe, karaibskie plaże, tropikalne lasy – czego jeszcze można chcieć?

 

Każdy dzień na wolontariacie zaczynamy od pobudki o chłodnym poranku na wysokości mniej więcej Kasprowego Wierchu i przytulania się z uczniami na dzień dobry (z przyjemnością odkrywamy, że łączy ich z nauczycielami prawdziwa, oparta na zaufaniu i bliskości więź). Przed przyjazdem do Kolumbii słyszeliśmy, że jest w niej wspaniale, bo Kolumbijczycy to najmilsi ludzie na kontynencie. Nauczeni doświadczeniem, aby na takie slogany patrzeć przez palce, nie dowierzaliśmy im – przecież wszyscy Latynosi są otwarci i sympatyczni. A jednak – ten kraj stał się naszym miejscem na świecie właśnie dzięki jego mieszkańcom. Gdzie indziej klientka w sklepie mięsnym zapyta ekspedientkę: czy podaruje mi pani kurze udko?. Gdzie dwudziestolatek, który odchodzi od grupy znajomych przy piwie, żeby się wysikać, powie: za pozwoleniem? Kolumbijczycy śpiewają o swojej ojczyźnie w najsłynniejszej cumbii: Colombia tierra querida („Kolumbia ukochana ziemia”). Podzielamy ich uczucia.

 

MIASTO POTWÓR

 

Większość stolic Ameryki Południowej to przerośnięte i przytłaczające aglomeracje, w których dojazdy z jednego punktu do drugiego zajmują zbyt dużo czasu w zbyt wielkim ścisku. Kolumbijska Bogota niestety nie jest wyjątkiem – mieszka tu ponad 8 mln ludzi, długie przegubowe autobusy pędzą ulicami wypełnione po brzegi. To zdecydowanie najmniej przyjazne miasto w Kolumbii, więc najlepiej uciec z niego jak najszybciej. Poza małą, urokliwą La Candelarią, którą można obejść w trakcie nie wymagającego wysiłku spaceru i gdzie warto udać się na smaczną kolację, żadna dzielnica nie zachwyca. Wieczorami wiele ulic, nawet tych w centrum, nie jest oświetlonych – nieoswojeni z miastem turyści mogą się przez to czuć niekomfortowo.

 

Dla tych, którzy muszą zakosztować stolicy, mamy jednak trzy propozycje. Po pierwsze, wizytę w spektakularnym Muzeum Złota (Museo del Oro), gdzie znajduje się ogromna kolekcja eksponatów sztuki złotniczej kultur prekolumbijskich (niemal 60 tys. przedmiotów). Po drugie, polecamy zajrzeć do Muzeum Botero (Museo Botero) z dziełami najważniejszego współczesnego kolumbijskiego malarza, rzeźbiarza i rysownika, rozpoznawalnego na całym świecie Fernanda Botera. Grubaśne postaci przedstawione na jego obrazach są charakterystyczne dla stylu twórcy – trochę zabawne, czasem smutne, na swój sposób piękne. Poza tym muzeum mieści się w starym budynku z urokliwym patio – to kolejny powód, aby je odwiedzić. Po trzecie, warto spędzić noc przy rytmach salsy, cumbii i vallenato. Najlepiej skorzystać z usług jednej z kilku agencji turystycznych. Oferują one udział w pokazach i lekcjach z profesjonalnymi tancerzami, ale też zabierają do najlepszych miejscówek w mieście, do których trudno trafić samemu.

 

KATEDRA Z SOLI

 

Kiedy rozpoczynaliśmy wolontariat w kolumbijskiej szkole, nie mieliśmy pojęcia, że miasto Zipaquirá, w którym zamieszkaliśmy, słynie z Katedry Solnej (Catedral de Sal) i że Kolumbijczycy byli kilka lat temu w polskiej kopalni w Wieliczce na wizycie studyjnej, żeby podpatrzyć nowe pomysły na turystykę.

 

Obecny podziemny kościół powstał w latach 90. XX w. Pierwszą kapliczkę, w której górnicy modlili się przed rozpoczęciem pracy, założono w kopalni na początku XX stulecia, ale nie został po niej żaden ślad. W latach 50. na jej miejscu pod ziemią wyrosła katedra. Jednak 40 lat później, po serii podmyć i tąpnięć, ze względów bezpieczeństwa trzeba było ją zamknąć. Mniej więcej 60 m pod nią zbudowano Nową Katedrę (Nueva Catedral).

 

Podobno co niedzielę odbywa się tu msza, ale odnieśliśmy wrażenie, że ten przybytek ma bardziej komercyjny niż duchowy charakter. W katedrze jest mrocznie, ale nie mistycznie. Stacje gigantycznej drogi krzyżowej (Viacrusis) są praktycznie nie do odróżnienia. Wnętrze tworzą trzy nawy. W porównaniu z wielicką Kaplicą św. Kingi świątynia w Zipaquirze wygląda monumentalnie – jest prawie trzy razy dłuższa (ma 80 m) i o połowę wyższa (mierzy ponad 16 m) – ale świeci pustkami. Chociaż opisuje się ją jako „osiągnięcie współczesnej architektury”, na nas nie robi wielkiego wrażenia.

 

O wiele bardziej ucieszyło nas odkrycie, że w mieście przez cztery lata mieszkał w internacie i chodził do liceum Gabriel García Márquez, kolumbijski noblista, którego śladami mieliśmy w planie wyruszyć (w jego dawnym liceum działa dziś Centro Cultural Casa del Nobel Gabriel García Márquez). Zresztą w Kolumbii znajduje się mnóstwo zdecydowanie piękniejszych i ciekawszych miejsc niż solny kościół, jak chociażby pobliska Villa de Leyva.

 

TAM, GDZIE CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ

 

Villa de Leyva wygląda jak wyobrażenie o czasach kolonialnych w Ameryce Łacińskiej. Położona ok. 170 km od Bogoty na średniej wysokości 2149 m n.p.m., zalicza się do najbardziej fotogenicznych (obok Guatapé) kolumbijskich miasteczek. W 1954 r. uznano ją za skarb narodowy. Powstała w 1572 r. jako miejscowość wypoczynkowa dla sędziwych konkwistadorów, kleru i szlachty. Od tamtej pory niewiele sięzmieniło. Najlepiej przyjechać do miasteczka w tygodniu – wtedy będziemy mieć szansę na spokojne poznanie tego miejsca. W weekendy wąskie uliczki pękają w szwach, ściągają tu amatorzy butikowych hoteli i ekskluzywnych restauracji – mieszkańcy stolicy chętnie wpadają do Villi de Leyva na dwudniowy odpoczynek.

 

Centrum miejscowości stanowi oczywiście Plaza Mayor (Plaza Principal), według niektórych największy brukowany plac w Ameryce Południowej (ma 14 tys. m2 powierzchni). Obowiązkowym miejscem do zwiedzenia dla Kolumbijczyków jest również Dom Muzeum Kapitana Antonia Ricaurtego (Casa Museo Capitán Antonio Ricaurte). Walczył on o niepodległość u boku największego bohatera narodowego Kolumbii i wyzwoliciela wielu krajów kontynentu – Simóna Bolívara (1783–1830). Villę de Leyva otacza malownicza półpustynia. Dzięki temu i położeniu wysoko w górach miasteczko zachowało swój niezmieniony kształt.

 

KRAJ KAWY

 

Choć Kolumbia jest trzecim największym po Brazylii i Wietnamie producentem kawy na świecie, ze zdziwieniem odkryliśmy, że niełatwo się tu napić czegoś w stylu espresso – mocnego, aromatycznego i gorzkiego. Od rana na ulicach stoją mężczyźni z wózkami (często są podprowadzone z supermarketu) wypełnionymi termosami z tinto. To słodka, dosyć słaba kawa, podawana w plastikowych kubeczkach (na początku mieliśmy kłopot z zapamiętaniem tej nazwy, ponieważ w innych hiszpańskojęzycznych krajach oznacza czerwone wino). Byliśmy w Kolumbii, kiedy Starbucks, który zaopatruje się tutaj w kawę, otwierał swoją pierwszą kawiarnię w Bogocie (Parque 93). Z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak lokalni hipsterzy od świtu stali w kolejce, aby kupić amerykański napój z rodzimych ziaren. W dłoniach trzymali słodkie tinto.

 

Jednak jedno jest pewne – miejsca, w których uprawia się kawowce, są zjawiskowe. Położona na zachód od Bogoty w kawowym trójkącie – departamentach Caldas, Risaralda i Quindío – Zona Cafetera (Eje Cafetero) od kilku lat znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na soczyście zielonych pagórkach leżą posiadłości z plantacjami (fincas), a w dolinach rosną najwyższe palmy na świecie – palmy woskowe. Zakochaliśmy się w tym rejonie od pierwszego wejrzenia.

 

Zwiedzanie kawowego regionu zwykle zaczyna się w Salento (tu również najlepiej zawitać poza weekendem). W miasteczku jest dużo gringos, ale warto zatrzymać się w nim na noc i spróbować lokalnego specjału – pstrąga ze smażonymi plackami z platana (patacones). Tę odmianę banana pod różnymi postaciami podaje się w Kolumbii do większości posiłków (nam najbardziej smakował pieczony). Poza tym trzeba zagrać w tejo, narodową kolumbijską grę (najlepiej w barze „Los Amigos”). Polega ona na rzucaniu ciężkich metalowych dysków do celu. Jeśli trafi się w fajerwerk ukryty pod piaskiem, następuje wybuch.

 

Prawdziwe skarby znajdują się jednak w okolicy miasteczka. Na piechotę można dojść do plantacji rodziny Eliasów (Finca Las Brisas, Café Don Elias), biznesu prowadzonego od lat na niewielką skalę. Kolejnego dnia warto pojechać jeepami (odjeżdżają z głównego placu) do Valle de Cócora, spektakularnej doliny z wysmukłymi palmami woskowymi. Samochody dowożą nas do początkowego punktu czterogodzinnej trasy pieszej. Po drodze pokonujemy łąki, pagórki i linowe mosty rozwieszone nad strumieniami, aż w końcu dochodzimy do sanktuarium kolibrów Acaime. Starsza para, która je prowadzi, częstuje gorącą czekoladą lub kawą i kawałkiem sera (za symboliczną opłatą). Z filiżanką w dłoni obserwujemy, jak do rozwieszonych wszędzie poidełek podlatują kolejne kolibry. W Kolumbii występuje aż ok. 165 gatunków tego małego ptaka! W drodze powrotnej zaglądamy do jednej z licznych fincas. Do tego regionu najlepiej przyjeżdżać w okresie od stycznia do lutego, kiedy trwają zbiory kawy i dużo się dzieje.

 

KOLUMBIJSKI TYGRYS

 

Paisaje Cultural Cafetero

Departament Quindío to unikatowy przykład urodzajnego krajobrazu kulturowego

© PROCOLOMBIA

 

Od kiedy masową wyobraźnią zawładnęły obrazy z serialu Narcos, miasto Medellín znowu kojarzy się z kokainą, przestępstwami i Pablem Escobarem. Skojarzenia te są częściowo słuszne, ale od ok. 25 lat nieaktualne i stygmatyzujące. Owszem, Medellín było stolicą biznesu narkotykowego w latach 80. XX w., jednak gdy zabito Pabla Escobara w 1993 r. i rozprawiono się z innymi baronami, postawiło na zmianę i rozwój. W tej chwili to najbardziej dynamiczne i nowoczesne miasto w Kolumbii. Kwitnie tu biznes i nowe technologie (zainwestowano m.in. w sieć kolejek gondolowych i największe słodkowodne akwarium w Ameryce Południowej – do obejrzenia w interaktywnym centrum naukowo-technologicznym Parque Explora). Ze względu na swoje położenie w andyjskiej dolinie zwanej Valle de Aburrá, w otoczeniu zielonych wzgórz, i panujący w niej klimat słynie jako miasto wiecznej wiosny (la ciudad de la eterna primavera).

 

Zwiedzanie Medellín zaczynamy od placu imienia wspomnianego artysty Fernanda Botera, pełnego opasłych rzeźb jego autorstwa. Jeśli ktoś nie był w jego muzeum w Bogocie, koniecznie musi zajrzeć do Muzeum Antioquii (Museo de Antioquia) i obejrzeć kolekcję dzieł tego twórcy. Wieczory spędzamy w Parku Lleras (Parque Lleras) – w nim mieszkańcy miasta zbierają się wieczorem na szklaneczkę aguardiente przed imprezą i tańce do rana. Na ciekawe popołudnie wybieramy się do Comuny 13 (San Javier), dawniej niebezpiecznej dzielnicy, gdzie wałęsali się partyzanci z FARC-u i gangsterzy. Dziś wypełniają ją kolorowe domy, galerie sztuki i murale, przeprowadza się w niej ekologiczne i artystyczne projekty (ale wciąż lepiej nie kusić losu nocnymi spacerami). Amatorzy jazdy kolejką gondolową na pewno chętnie skorzystają z jednej z czterech linii (J, K, L i H), które łączą położone na wzgórzach dzielnice Medellín (zanim powstały kolejki, mieszkańcy tych rejonów spędzali na dojeździe do pracy nawet po 2–3 godz. dziennie!). Jeśli kogoś goni czas, naszym zdaniem lepiej jednak zajrzeć na Mercado Minoristai na tym targu urządzić sobie degustację świeżych tropikalnych owoców – niektóre występują tylko w Kolumbii! My po zakosztowaniu soku z lulo nie mogliśmy odżałować, że w żadnym sąsiednim kraju go nie spotkaliśmy. Na stoiskach sprzedaje się też mangostany, pitaje, guanábany czy tamarillo (tomates de árbol, pomidory drzewiaste).

 

Z Medellín można wybrać się na jednodniową wycieczkę do odległego o ok. 80 km miasteczka uchodzącego za najbardziej kolorowe w Kolumbii – Guatapé. To idealne miejsce dla miłośników fotografii i wolno płynącego czasu. Oprócz szukania odpowiednich ujęć, zajadania przysmaków z ulicznych stoisk i popijania tinto nie ma tu nic do roboty. W drodze powrotnej można wysiąść w miejscowości Santa Elena słynącej z pięknych kwiatów, które co roku dostarcza na sierpniowy festiwal Feria de las Flores w Medellín – powstają z nich niesamowite barwne konstrukcje. W tej okolicy ze względu na doskonałe warunki – żyzne ziemie, odpowiednią wysokość bezwzględną i temperaturę – kwiaty rosną jak szalone. Turyści zwykle wybierają się na zachód słońca do położonego nieopodal malowniczego Parku Arví (Parque Arví), gdzie czekają na nich lasy, jeziora, ptaki (ponad 100 gatunków) i owady (powyżej 160 gatunków).

 

KARAIBSKA PERŁA KOLUMBII

 

Cartagena de Indias to obowiązkowy przystanek dla turystów podróżujących po Kolumbii. Pewnie dlatego, że ten dawniej jeden z najważniejszych karaibskich portów, założony w 1533 r., zachował swój kolonialny urok. Po rozległym starym mieście jeżdżą trochę kiczowate bryczki (podobne do tych w Krakowie), ale można też znaleźć mniej turystyczne zakątki. Dlatego oprócz zwiedzania najważniejszych zabytków, takich jak plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo), Zamek św. Filipa (Castillo de San Felipe de Barajas), Katedra św. Katarzyny Aleksandryjskiej (Catedral de Santa Catalina de Alejandría), kościoły: św. Piotra Klawera (Iglesia de San Pedro Claver), św. Trójcy (Iglesia de la Santísima Trinidad) i św. Turybiusza de Mogrovejo (Iglesia de Santo Toribio de Mogrovejo) czy Pałac Inkwizycji (Palacio de la Inquisición), wybieramy się również w inne strony. Wchodzimy na potężne mury, gdzie próbujemy wyobrazić sobie, jak musieli się czuć konkwistadorzy, gdy przybijali do tych karaibskich brzegów, zanurzamy się w dzielnicę Getsemaní, pełną stylowej sztuki ulicznej, tworzonej przez znanych lokalnych i międzynarodowych artystów. To tutaj znajdujemy tętniące życiem bary, do których trafiają tylko zdeterminowani gringos.

 

Dla wielu osób Cartagena de Indias jest bazą wypadową na koralowe Wyspy Różańcowe (Islas del Rosario), gdzie można podziwiać akwarium na otwartym morzu i kąpać się przy bielutkich plażach. Niestety ta część parku narodowego (Parque Nacional Natural Corales del Rosario y de San Bernardo) to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju – w sezonie przeżywa prawdziwe oblężenie, co nie pozwala na swobodne rozkoszowanie się naturą. Dlatego dla nas Cartagena de Indias stała się bazą do wyprawy na niezwykły, ledwie nadgryziony przez turystów i zupełnie nieznany w Polsce archipelag San Bernardo. Po 2 godz. rejsu motorówką lądujemy w raju na wyspie Múcura, gdzie funkcjonują tylko dwa hotele, a jeden z nich – ekskluzywny Punta Faro – to ziszczenie marzeń o relaksie. Czeka nas nurkowanie lub snorkeling w przejrzystej wodzie pełnej egzotycznych ryb, płaszczek i homarów, samotne kąpiele przy pustych plażach i wycieczki kajakami wzdłuż wybrzeża.

 

Kilka minut rejsu łódką od Múcury leży zupełnie inna wyspa, Santa Cruz del Islote, do której brzegów przybiliśmy, żeby pod pretekstem nauki angielskiego poznać jej społeczność, a potem, za jej zgodą, napisać reportaż do naszej książki Tańczymy już tylko w Zaduszki. Santa Cruz del Islote uchodzi za najgęściej zaludnioną wyspę świata – zajmuje niecały hektar powierzchni, a na co dzień mieszka na niej niemal 800 osób. Kiedy dzieci wracają do domu na wakacje z kontynentalnej Kolumbii, gdzie chodzą do szkoły z internatem, ta liczba zwiększa się nawet do 1,2 tys. Wyspa wygląda jak kawałek betonowego osiedla wrzucony w morze – nie ma tu plaż ani palm. Mieszkańcy nieustannie rozbudowują Santa Cruz de Islote. W miejscach, gdzie jest wystarczająco płytko, wykładają mieliznę muszlami ślimaków morskich (będących składnikiem codziennej diety), wielkogabarytowymi śmieciami i betonem. Żeby zagrać w piłkę, płyną na przestronną i zieloną Múcurę. Aby pochować zmarłego, udają się na cmentarz na sąsiednią Tintipán. Warto ich odwiedzić, ale najlepiej zrobić to na własną rękę, wynajętą łódką, a nie z chmarą turystów, którzy chodzą po wyspie w kapokach i pokazują sobie wyspiarzy palcami.

 

Isla Mucura Cortesia ProColombia

 

SIELSKI ZAKĄTEK

 

Jeden z najpopularniejszych parków narodowych w Kolumbii to Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona). W sezonie trzeba liczyć się w nim z dużą liczbą turystów. Nic w tym dziwnego, w końcu karaibskie wybrzeże spotyka się tutaj z tropikalnym lasem. Kiedy staniemy w jednej z licznych zatoczek zwróceni twarzą w stronę morza, nad głową ujrzymy wysmukłe palmy, a za plecami będziemy mieli bujną leśną roślinność i pasmo Sierra Nevada de Santa Marta.

 

W Parku Tayrona koniecznie należy wybrać się na pocztówkowy przylądek – Cabo San Juan de Guía. Przy odrobinie szczęścia po drodze można spotkać papugi, legwany (to akurat pewne), a nawet małpy! Ten zjawiskowy rejon kryje też w swoich lasach niewielkie ruiny osady Taironów (El Pueblito) i pozostałości ich kultury (kamienny krąg Nueve Piedras). Przede wszystkim znajdują się tu jednak niesamowite plaże, jak La Piscina czy Arrecifes.

 

Miasto Santa Marta, które mijamy po drodze z Cartageny de Indias, jest malownicze, ale naszym zdaniem na wybrzeżu o wiele lepiej spędzać czas w otoczeniu natury niż wśród murów. Wielbiciele plaż mogą zatracić się w Parku Tayrona, ale mamy jeszcze jedną propozycję: wycieczkę do położonej o ok. 15 km od Santa Marty wioski Minca otulonej tropikalną zielenią. Od rana rozbrzmiewa tu głośny śpiew ptaków (w tym rejonie występuje ponad 360 gatunków, a lokalne agencje organizują spacery ornitologiczne). Poza tym roztacza się stąd cudowny widok na wybrzeże i okolicę, bo miejscowość leży na wysokości 650 m n.p.m. Warto pójść na spacer do punktu widokowego Los Pinos albo do dwóch małych jezior Pozo Azul, żeby zanurzyć się w chłodnej kąpieli. A jeśli jeszcze uda się komuś zarezerwować nocleg w wyjątkowym kameralnym hostelu Casa Loma, który wygląda jak domek na drzewie, wizyta w Mince będzie niezapomniana.

 

W Santa Marcie można też spełnić marzenie niejednego odkrywcy – zapisać się na niezwykły kilkudniowy trekking przez tropikalny las do zaginionego miasta, czyli Ciudad Perdida (Teyuna). Odkryli je lokalni poszukiwacze skarbów w 1972 r. Kiedy złote figury i biżuteria oraz starodawne naczynia zaczęły pojawiać się na targach, w głąb lasu ruszyli archeolodzy. Ustalili, że miasto pochodzi prawdopodobnie z ok. 800 r. (czyli założono je jakieś 650 lat przed słynnym Machu Picchu), a zostało opuszczone w trakcie hiszpańskiej konkwisty. Rdzenne lokalne społeczności, m.in. Arhuaco, Kogi (Kagaba) i Wiwa, odwiedzały to miejsce od zawsze, ale nie dzieliły się nim ze światem. Przez wiele lat, kiedy na tym terenie operował FARC, wycieczka do Ciudad Perdida była ryzykowna, ale od 2005 r. na szlaku działają agencje turystyczne i taka wyprawa jest bardzo bezpieczna (nie należy jednak wędrować samotnie, bo nietrudno się zgubić, poza tym spacer po tropikalnym lesie wymaga merytorycznego przygotowania). Kto zdecyduje się na trekking, musi wiedzieć, że do pokonania ma ok. 46 km przy dużej wilgotności powietrza.

 

W drodze powrotnej z Parku Tayrona można wysiąść w mieście Barranquilla, a jeśli trwa karnawał, to nawet trzeba! Tu odbywa się najsłynniejsza zabawa karnawałowa w całym kraju, na którą przybywa ponad milion gości. Jej korzenie sięgają XIX w. W Barranquilli mieszają się ze sobą różne kultury z wybrzeża karaibskiego – ich wpływy widać przede wszystkim w muzyce, tańcach i przebraniach. Poza tym miasto ma jeszcze jeden powód do dumy: w 1977 r. urodziła się tu najsłynniejsza współczesna kolumbijska piosenkarka – Shakira (jako ciemna brunetka).

 

KOLEBKA REALIZMU MAGICZNEGO

 

Casa Museo Gabriel Garcia Marquez Aracataca 1

Muzeum Gabriela Garcíi Márqueza w mieście Aracataca otworzono w 2010 r.

© PROCOLOMBIA

 

Jest takie miasto w Kolumbii, do którego nie zajrzy nikt, kto nie zaczytał się choć raz w prozie Gabriela Garcíi Márqueza. To Aracataca. Dla fanów realizmu magicznego wizyta w niej będzie niewielkim nadłożeniem drogi – leży ona zaledwie 80 km od Santa Marty.

 

Aracataca – ta nazwa wybija rytm jak koła pociągu, który przejeżdżał przez miasto wyładowany owocami w okresie boomu bananowego podsycanego przez United Fruit Company. Na te czasy przypadło dzieciństwo pisarza – Gabo, jak pieszczotliwie mówią na niego Latynosi, spędził tu pierwszych osiem lat życia. Aracataca stanowi pierwowzór mitycznego Macondo z powieści Sto lat samotności (1967 r.). Musieliśmy do niej przyjechać, żeby spróbować zrozumieć, jak to się stało, że w opowieściach Márqueza rzeczywistość tak płynnie przechodzi w fantazję, że trudno stwierdzić, co jest bardziej autentyczne – to, co prawdopodobne, czy też to, co wydaje się wytworem wyobraźni.

 

W tym sennym, trochę zapomnianym mieście wszystko dzieje się powoli i nie wiadomo, czy wydarza się naprawdę. Nad murami i chodnikami latają żółte motyle (te owady wciąż towarzyszyły Mauriciowi Babilonii, jednej z postaci Stu lat samotności). Odwiedzamy muzeum, dawny dom pisarza, ale sąsiadka tłumaczy nam, że nie ma on wiele wspólnego z autentycznym, który był dużo skromniejszy. To po prostu replika zbudowana na wzór posiadłości ze słynnej powieści Márqueza, z pokojami ciotek i warsztatem dziadka.

 

Inny sąsiad, Hannibal Caí (dziś dobiega już setki), rozsiada się w bujanym fotelu i opowiada o tym, jak jedna z ciotek Gabo, Francisca, podpaliła kiedyś ich dom. Zajmowała się świętymi w naszym kościele, przystrajała ich ołtarze kwiatami, zapalała świeczki. W domu też miała ołtarzyk. Zapaliła świeczkę i buch, cały dom po chwili stanął w płomieniach. Pomagałem gasić – śmieje się do wspomnień.

 

Próbujemy ustalić, czy jest w miasteczku jakiś pomnik Márqueza. Nie ma i nigdy nie było – twierdzi część mieszkańców. Nie ma, ale był – mówią pozostali. Jaki? Poznajemy trzy różne wersje. Najbardziej podoba nam się ta: ktoś postawił pomnik nagiego Gabita, ale ten przyjechał, obejrzał dzieło i zdecydował, że trzeba je zburzyć – przecież on nie ma takiego małego przyrodzenia!

 

Zobaczyć Izrael

MAGDALENA ZDRENKA

 

Izrael to wciąż miejsce mistyczne. Jego bogata kultura nierozerwalnie łączy się z ogromnym znaczeniem religijnym. Jednak ten kraj posiada również urokliwe plaże, sprzyjający klimat i ciepłe morze. Podróż w te strony jest więc idealnym połączeniem wyprawy śladami korzeni wielkich monoteistycznych religii świata z błogim wypoczynkiem w promieniach słońca.

Według Żydów to Bóg podarował im krainę, w której mieli zamieszkać, ich ziemię obiecaną. Przez wieki istnienia narodu szczęście nie sprzyjało losom państwa izraelskiego. Jego tereny były obszarem targanym konfliktami, przechodzącym z rąk do rąk. Od lat też miejsce to fascynowało wszelkiego rodzaju artystów. Wyprawę do Ziemi Świętej podjął przecież nawet nasz słynny poeta Juliusz Słowacki. Dziś sami możemy się przekonać, jak wielka siła przyciągania tkwi w Izraelu.

Więcej…

Katika Kenya yangu, czyli w mojej Kenii

ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

                                                                                                             FOT. ROBERT GONDEK 

<< Afryka ma wiele twarzy, a każda z nich jest jedyna i niepowtarzalna. To samo można z całą pewnością powiedzieć o wszystkich państwach Czarnego Lądu. Dotyczy to również Kenii – krainy dzikich zwierząt i ojczyzny wielu afrykańskich plemion. Jednak duże grono podróżników nie wie, że ten kraj to także ciągle rozwijająca się nowoczesna stolica Nairobi, popularny cel wypraw wspinaczkowych czy coraz bardziej doceniany na całym świecie kierunek wyjazdów golfowych i wędkarskich. Jeśli nie mieliście też o tym pojęcia, czas to zmienić... Zapraszam do mojej Kenii! >>

Republika Kenii, leżąca we wschodniej części kontynentu afrykańskiego, nad Oceanem Indyjskim, graniczy z Tanzanią, Ugandą, Sudanem Południowym, Etiopią i Somalią. Przez terytorium państwa przebiega linia równika, oddzielająca półkulę północną od południowej. Językami urzędowymi są tutaj suahili oraz angielski – pozostałość po kolonialnej Brytyjskiej Afryce Wschodniej, w skład której wchodziła również Uganda. Dziś Kenia należy do brytyjskiej Wspólnoty Narodów (Commonwealth of Nations), ale w rzeczywistości stanowi od grudnia 1963 r. niepodległy kraj posiadający własnego prezydenta i rząd.

Więcej…