LIDIA MIKOŁAJEWSKA

 

<< Gdy w 2006 r. hinduski reżyser Harry Baweja kręcił sceny do filmu „Love Story 2050”, przyznał w wywiadzie, że południe Australii stanowi znakomity plener zdjęciowy do jego obrazu. Właśnie tu znalazł wszystko to, czego potrzebował: wielkie miasto i małe miasteczko, czerwoną pustynię i słone jezioro, a nawet piękną wyspę. A to przecież jedynie część tego, co ma nam do zaoferowania ten najmniejszy i najbardziej odmienny kontynent świata. Witajcie po drugiej stronie globu! >>

FOT. TOURISM AUSTRALIA IMAGE GALLERY

Dwunastu Apostołów - wapienne kolumny w Parku Narodowym Port Cambell

 

Trzeba przyznać, że w Australii jest coś urzekającego i fascynującego. To prawdziwie filmowy kraj – ogromne i dzikie przestrzenie, ciągnące się po horyzont drogi i bezdroża, piaszczyste plaże i lasy deszczowe, nasłonecznione stoki i pastwiska czy wypalone pustynie… Na dodatek tylko tu ewolucja ssaków przebiegła inaczej niż na całej planecie, dzięki czemu rozwinęły się i przetrwały do naszych czasów gatunki stekowców i torbaczy – dziobaki, kolczatki, wombaty, koale czy kangury.

 

Dwie trzecie kontynentu zajmuje Outback – spieczona słońcem bezkresna równina o barwie, która kojarzy mi się ze zmieloną czerwoną papryką. Tutaj znajduje się symbol Australii – formacja skalna Ayers Rock, czyli Uluru, święte miejsce Aborygenów. O zachodzie ściany tego monolitu mienią się wieloma kolorami. Rdzennych mieszkańców kontynentu spotkacie w każdym wielkim mieście. Żyją jednak przede wszystkim w Australii Zachodniej, Queensland, Nowej Południowej Walii, a również na Terytorium Północnym, gdzie tak, jak ich przodkowie od tysięcy lat, mieszkają w regionie Rzek Aligatorów (Alligator Rivers Region) w Parku Narodowym Kakadu (Kakadu National Park). Dziś te tereny pełne wodospadów, ścieżek spacerowych, ptaków, ryb, kwiatów zasiedla ok. 500 Aborygenów.

 

W australijskich progach

Najważniejszym portem morskim północnego wybrzeża Australii jest Darwin. Obok przepięknych i czyściutkich plaż największy atut tego miasta stanowi wielonarodowa kuchnia, czerpiąca ze sztuki kulinarnej Malezji, Tajlandii, Wietnamu, Indonezji i Timoru Wschodniego. Uważa się je też za świetną bazę wypadową na pobliskie obszary chronione, nie tylko do wspomnianego już Parku Narodowego Kakadu, lecz także do Parku Narodowego Litchfield (Litchfield National Park), na Wyspy Tiwi (Tiwi Islands) oraz do rezerwatu Ziemia Arnhema (Arnhem Land). Ze względu na upał i tropikalną wilgoć wędrówki po tym rejonie nie należą do łatwych. Trzeba również pamiętać, aby wcześniej zaopatrzyć się w karty pozwoleń na wkroczenie na tereny aborygeńskie. Nigdzie indziej jednak nie zobaczycie takich wspaniałości, jak malowidła na skałach Ubirr i Burrunggui (Nourlangie Rock), wodospady Jim Jim, Twin i Gunlom, rozlewiska Rzek Aligatorów z krokodylami i egzotycznym ptactwem czy termitiery w Litchfield.

FOT. TOURISM AUSTRALIA IMAGE GALLERY

Ziemia Arnhema - petroglify Aborygenów

 

Warto wspomnieć, że aż do XVIII w. Aborygeni, pierwotni mieszkańcy kontynentu, obrabiali kamień i kości, muszle morskie i drewno. Nie uprawiali ziemi, nie hodowali zwierząt... Przez dziesiątki tysięcy lat polowali na dziką zwierzynę, łowili ryby, korzystali z darów natury i żyli w zgodzie z jej prawami – nie poprawiali jej i nie zmieniali. Ich kultura jest niezwykle piękna,pełna tajemniczych rytuałów,wierzeń i magii. Opiera się na ustnych podaniach przekazywanych z pokolenia na pokolenie i prastarych wierzeniach pochodzących jeszczez tzw. Czasu Snu. Gdy Europejczycy zaczęli kolonizować antypody, uznali jednak, że Terra Australis (łac. Ziemia Południowa) to ziemia niczyja. Do połowy lat 60. XX w. Aborygeni nie byli uważani za obywateli tego kraju. Ich dzieje, często tragiczne, są ciemną kartą historii Australii.

W ciągu ostatnich dwudziestu paru lat kolejne rządy australijskie czyniły wiele, aby naprawić grzechy przeszłości. Uznano przykładowo aborygeńskie nazwy geograficzne. Dlatego praktycznie na całym kontynencie spotkamy podwójne nazewnictwo: pierwotne i późniejsze, wprowadzone przez podróżników i odkrywców. Wśród nich był również nasz rodak Paweł Edmund Strzelecki (1797–1873), słynny badacz Australii, który ochrzcił najwyższy szczyt w Górach Śnieżnych w paśmie Alp Australijskich mianem Góry Kościuszki (Mount Kosciuszko, 2228 m n.p.m.). Zimą możemy tu poszaleć na nartach biegowych lub snowboardzie (nawet w Australii pada śnieg!), a w miesiącach letnich uprawiać wspinaczkę i kolarstwo górskie, zwiedzać jaskinie, pływać łodzią i wędkować...

 

Plaże wielkiego miasta

Współczesna Australia to niesamowity tygiel narodów, kultur i religii… Ludzie są tu na ogół życzliwi, gościnni, pomocni i wyrozumiali, uśmiechają się do siebie i pozdrawiają nieznajomych.

W styczniu 1788 r., czyli 18 lat po dotarciu przez Jamesa Cooka (1728–1779) do południowo-wschodnich wybrzeży Terra Australis, kapitan Arthur Phillip (1738–1814) wraz z grupą ponad tysiąca osób wylądował w zatoce Port Jackson. Przywiózł ze sobą 778 więźniów skazanych wyrokami sądów angielskich. Taki był początek pierwszej australijskiej kolonii karnej i pierwszej europejskiej kolonii w Australii w ogóle. Na ziemiach, które Cook nazwał Nową Południową Walią, powstała osada Sydney.

FOT. TOURISM AUSTRALIA IMAGE GALLERY

Zatoka Port Jackson w Sydney

 

Dziś zatokę Port Jackson (zwaną też Sydney Harbour) przecina znany z wielu widokówek i prospektów reklamowych most, czyli Sydney Harbour Bridge. Na jej brzegu wznosi się kolejny charakterystyczny symbol miasta – gmach opery, słynny Sydney Opera House, który swoim kształtem przypomina statek pod pełnymi żaglami. Tę perłę tutejszej architektury odwiedza 7 mln turystów rocznie. Podobną popularnością cieszy się także pobliska promenada wysadzana drzewami dżakarandy. W listopadzie i grudniu obsypane są one przecudnym fioletowym kwieciem. Schodząc po schodach opery, można podziwiać centrum Sydney z drapaczami chmur przypominającymi te z Nowego Jorku. Niewątpliwie z tego miejsca prezentuje się ono najokazalej. Nadbrzeżna aleja wypełniona jest restauracjami, a w każdej z nich spróbujecie potraw z najrozmaitszych kuchni świata. Jeśli panorama miasta oglądana z perspektywy schodów opery to dla Was za mało, możecie wybrać się w rejs tramwajem wodnym, promem lub statkiem turystycznym. Dopłyniecie nimi np. do Zoo Taronga (Taronga Zoo), w okolicę Latarni Hornby’ego (Hornby Lighthouse) albo do zatoczki Manly Cove przy najdroższej dzielnicy Manly. Wzdłuż plaży Manly (Manly Beach) nad Morzem Tasmana rosną araukarie wyniosłe (Araucaria heterophylla) – niezwykłe drzewa iglaste, których gałęzie wyglądają nieco jak rosnące w ziemi korzenie, a my mamy wrażenie, że ktoś posadził je na odwrót. Cóż, w końcu jesteśmy w Australii...

Nazwa dzielnicy i plaży pochodzi od wspomnianego już kapitana Arthura Phillipa, który nadał ją temu miejscu po spotkaniu z tubylczą ludnością (manly znaczy „mężny”). Manly to obecnie – obok Bondi Beach (jednej z największych tutejszych plaż) – najmodniejsze kąpielisko Sydney.

Boondi w języku Aborygenów oznacza „odgłos wywoływany uderzeniem fali o skały”. Nad brzegiem oceanu spotkacie w tym miejscu przedstawicieli społeczności z całego świata: Włochów i Polaków, Nowozelandczyków i Brytyjczyków, których łączy miłość do surfingu i nurkowania. Poszukiwacze wysokich fal ściągają na plażę Fairy Bower. Amatorzy podwodnych przygód wybierają zaś Shelly Beach w zatoce Cabbage Tree.

Poza surferami i nurkami przybywają tu także turyści spragnieni morskich kąpieli i spacerów. Restauracje i kawiarnie przy promenadach są zawsze wypełnione po brzegi. Po plażowaniu na Bondi warto wybrać się do północnej części dzielnicy o tej samej nazwie, gdzie na polu golfowym zachowały się naskalne ryty Aborygenów. Można też skierować się na południe – do Tamaramy nad zatoką spienionych fal. W sezonie, a zwłaszcza w okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku, na plaży panuje tu nieopisany ścisk. Nic w tym dziwnego, przecież w Australii panuje wówczas lato!

 

Ziemia królowej

Jeśli ktoś nie lubi tłumów, a marzy o ciszy i spokoju z dala od cywilizacji, niech uda się do Queensland. Na północy tego stanu leży popularna miejscowość Cairns, którą założyli w końcu XIX w. poszukiwacze złota i plantatorzy trzciny cukrowej. Dziś to miasto, żyjące z turystyki i rybołówstwa, jest doskonałą bazą wypadową w inne zakątki półwyspu Jork (Cape York Peninsula) – na przylądek Jork (Cape York), do dżungli tutejszej tropikalnej strefy klimatycznej i na rafy koralowe, dokąd płyną specjalne łodzie wyposażone we wszelki sprzęt do nurkowania. Dziewicza przyroda stanowych parków narodowych – Mungkan Kandju, Iron Range i Jardine River – potrafi wprawić w prawdziwy zachwyt nawet wytrawnych podróżników. Na pewno warto również wyruszyć do Parku Narodowego Daintree (Daintree National Park), aby zobaczyć las deszczowy, skupiska mangrowców, liczne wąwozy i… krokodyle. W Queensland znajdziecie aż pięć rezerwatów wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, m.in. Wielką Rafę Barierową (Great Barrier Reef) i Lasy Deszczowe Gondwana w Australii (Gondwana Rainforests of Australia), czyli Środkowo-Wschodnie Rezerwaty Lasu Deszczowego (Central Eastern Rainforest Reserves).

 

Raj wczasowiczów i poszukiwaczy złota

Odkrywca wschodnich wybrzeży Australii, kapitan Cook, nazwał jedną z wysp w okolicach Townsville Wyspą Magnetyczną (Magnetic Island), bo kiedy próbował ją opłynąć, wszystkie przyrządy pokładowe zwariowały. Była ona kiedyś aborygeńskim sanktuarium. W XIX w. stała się dla Australijczyków rodzajem modnego kurortu. Tu spotykali się ludzie z elity w czasie urlopów i w weekendy. Na ten niewielki skrawek lądu dopłyniecie promem z Townsville. Krajobraz wysepki jest niezmiernie różnorodny – las deszczowy sąsiaduje na niej z namorzynami i wiszącymi skałami oraz piaszczystymi plażami. Poza tym obejrzycie tu fortyfikacje wojskowe, a także spotkacie pademelony z rodziny kangurowatych i misie koala.

FOT. TOURISM AUSTRALIA IMAGE GALLERY

Heron Island - wysepka koralowa w południowej części Wielkiej Rafy Barierowej

 

Samo Townsville to malowniczy port morski z licznymi lagunami kąpielowymi. Na uwagę zasługują szczególnie miejscowe nowoczesne Muzeum Tropikalnego Queensland (Museum of Tropical Queensland) i akwarium Reef HQ Great Barrier Reef Aquarium. Na południowy zachód od miasta, wśród typowego australijskiego buszu, leży Charters Towers – żywy skansen z okresu gorączki złota (II połowa XIX w.), gdy na kontynencie eksploatowano jedne z największych na świecie złóż tego kruszcu. Swoje bogactwo i ciągły rozwój zawdzięcza tym czasom także Ballarat, położone na zachód od Melbourne, stolicy stanu Wiktoria. Do dziś zachowały się tu imponujące budynki użyteczności publicznej i domy prywatne, wybudowane niegdyś za fortuny zbite na wydobyciu złota. W tym mieście warto zwiedzić m.in. Teatr Jej Królewskiej Mości (Her Majesty’s Theatre), Hotel Craiga (Craig’s Royal Hotel) czy Ratusz (Town Hall).

 

Śladem złóż kamieni szlachetnych

Australia słynie także z innego cenionego w jubilerstwie bogactwa naturalnego ziemi – przepięknych opali, mieniących się wszystkimi kolorami tęczy. Zainteresowanym wydobyciem tych kamieni szlachetnych polecam wycieczkę na Pustynię Gibsona (Gibson Desert). Zanim jednak na nią dotrzecie, przejedźcie się drogą Great Ocean Road w kierunku Adelajdy (Adelaide), aby zobaczyć Dwunastu Apostołów (Twelve Apostles), czyli okazałe kominy skalne, utworzone przez wiatr i stałą erozję wapienia. Wyrastają one wprost z Oceanu Południowego. Promienie wschodzącego i zachodzącego słońca barwią je na rozmaite kolory. Na pewno zachwyci też wszystkich turystów miejscowa fauna. Przy brzegu można zaobserwować wieloryby, a w parkach narodowych natknąć się na koale i dziobaki. Okoliczne wody zachęcają do surfowania i pływania z delfinami. Skaliste klify, malownicze plaże, jeziora, wyspy i lasy Wybrzeża Wiktorii (Victoria Coast) warto obejrzeć również z pokładu helikopterów lub samolotów należących do Aus Air Services.

Cel naszej wyprawy leży jednak w centrum Pustyni Gibsona, ponad 800 km na północ od Adelajdy. Nazwa miasteczka Coober Pedy pochodzi od wyrażenia z języka Aborygenów kupa-piti, co oznacza „kryjówkę białego człowieka”. Większość ludzi żyje tu w podziemnych mieszkaniach lub w nieczynnych kopalniach ze względu na panujące na powierzchni kilkudziesięciostopniowe upały. W ich nietypowych domach panuje idealna temperatura: latem jest w nich chłodniej niż na zewnątrz, a zimą – cieplej. Przy wydobyciu opali pracują tutaj tysiące Polaków, Greków, Włochów, Filipińczyków, Wietnamczyków, Hindusów, Chińczyków... Pierwszy okaz znaleziono w tym rejonie w 1915 r., w okresie gorączki złota. Po I wojnie światowej zaczęli napływać w te strony uchodźcy z Europy, którzy pragnęli szybko się wzbogacić. Tu zobaczycie Australię w pigułce – kraj stanowiący mieszankę wielu kultur, wyznań i języków. Coober Pedy słusznie określa się mianem „światowej stolicy opali”.

 

Polacy w Australii

Podczas wędrówki po najmniejszym kontynencie świata natkniecie się również na polskie ślady i swojsko brzmiące nazwy, jak np. Lake Gruszka (jezioro Gruszka). Ponad 50 lat temu Jerzy Gruszka (1930–1994) stał się bohaterem australijskich relacji prasowych, radiowych i telewizyjnych. Na Pustyni Gibsona w Australii Zachodniej nasz rodak odkrył jedyny na tym terenie zbiornik słodkiej wody. Wiadomość ta miała duże znaczenie, ponieważ tutejsze wielkie pustkowia nie mogły zostać wykorzystane pod uprawy z powodu braku nawodnienia.      

Najsłynniejszym Polakiem wśród Australijczyków jest jednak niewątpliwie Paweł Edmund Strzelecki, którego największą zasługą było opracowanie mapy geologicznej Nowej Południowej Walii i Tasmanii. Jego nazwiskiem nazwano okresową rzekę i pustynię w południowej części kraju – Strzelecki Creek i Strzelecki Desert, wzgórza przybrzeżne stanu Wiktoria – Strzelecki Ranges, najwyższy szczyt Wyspy Flindersa – Strzelecki Peak (756 m n.p.m.), a także kilka gatunków roślin i zwierząt. Do jednych z najbardziej znanych polskich obywateli należy też słynny na cały świat antropolog i etnograf Bronisław Malinowski (1884–1942). Swoje badania plemion tubylczych prowadził w Australii, Nowej Gwinei i na Wyspach Trobriandzkich w latach 1914–1920. Ich wyniki opisał potem w swoich pracach, które przyniosły mu międzynarodową sławę. Jego współtowarzyszem podróży, rysownikiem i fotografem był sam Witkacy, czyli Stanisław Ignacy Witkiewicz (1885–1939).

 

Australijskie winne grona

W ciągu ostatnich lat Australia stała się jednym z bardziej popularnych i znaczących eksporterów wina do 85 krajów świata. Tradycję uprawy winorośli przywieźli ze sobą ok. 150 lat temu przybysze z Irlandii, Szkocji, Austrii, Hiszpanii czy Prus. W czasie wędrówek po południowej części kontynentu, od Sydney przez Melbourne i Adelajdę do Perth, możecie skosztować wyśmienitych trunków. Miejscowe winiarnie to zazwyczaj małe, często rodzinne biznesy, ale obok prostych chat zbudowanych przy winnicach znajdziemy tutaj też aleje wysadzane palmami, prowadzące do pałaców otoczonych polami winnych krzewów.

FOT. TOURISM AUSTRALIA IMAGE GALLERY

Port Jackson, inaczej Sydney Harbour (Zatoka Sydney) - romantyczny posiłek z australijskim winem

 

Niezależnie od zamożności wszyscy winiarze cieszą się z odwiedzających ich gości i chętnie opowiadają o historii powstania swojej plantacji, szczepach uprawianych winogron, cudownych smakach i aromatach każdego rocznika... 

Jedynie Australia pachnie tak wspaniale winogronami, bryzą z nad oceanu, suchym powietrzem buszu i wilgotnym zapachem dżungli… Ten fascynujący zakątek świata należy odwiedzić przynajmniej raz w życiu!

 

Artykuły wybrane losowo

Ukryte oblicza Indii

PAWEŁ SKAWIŃSKI

autor książki Gdy nie nadejdzie jutro

 

<< Żeby zrozumieć wielką różnorodność Indii, trzeba pojechać w Himalaje, wybrać się na trekking przez deszczowy, zielony Sikkim, spalony słońcem, pustynny Ladakh i żyzny, szafranowy Kaszmir. Odpowiedź na pytanie, co – mimo aż tylu rzucających się w oczy różnic – łączy mieszkańców tego fascynującego kraju, można znaleźć również na dalekim południu Półwyspu Indyjskiego – w iście baśniowej Kerali. >>

Hindusi wierzą, że ich bogowie wybrali Himalaje na swoją siedzibę. Tu mieszka Śiwa z małżonką Parwati („górską boginią”), tutaj bierze swój początek święty Ganges. W tym rejonie rozpowszechnił się głównie buddyzm, ale wciąż silny jest też hinduizm oraz islam. Wyznawcy tych trzech religii na przestrzeni wieków toczyli zaciekłe boje o najwyższe góry świata.

Więcej…

RPA – Afryka nie taka dzika

MICHAŁ SYNOWIEC „ZETOR”

 

 FOT. CAPE TOWN TOURISM

<< Republikę Południowej Afryki trudno porównać do jakiegokolwiek innego kraju. Na poły europejska, na poły afrykańska, nie daje wtłoczyć się w ciasne ramy żadnej kategorii i na przekór wszystkim zachowuje własny charakter, ukształtowany przez lata niełatwej historii. Dlatego tak trudno odmówić sobie spotkania z fascynującą południowoafrykańską przygodą. >>

Na współczesne oblicze RPA znaczący wpływ wywarli niewątpliwie holenderscy i brytyjscy kolonizatorzy, którzy z jednej strony przywieźli ze sobą zdobycze bardziej rozwiniętej cywilizacji, a z drugiej pogłębili nierówność społeczną, pozbawiając praw rdzennych mieszkańców tych ziem. Dziś to leżące najdalej na południe państwo Czarnego Lądu zaprasza do poznania nie tylko jego burzliwej historii, lecz także wspaniałych krajobrazów i niesamowitej przyrody.

Więcej…

Sycylia – mit i rzeczywistość

 taormina DSC9981 ORIZZ

Pozostałości teatru greckiego z III w. p.n.e. w Taorminie niedaleko wulkanu Etna

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

 

DOMINIKA FRIEDRICH

www.sycyliabocznymidrogami.pl

 

 Trójkątna w swoim kształcie Sycylia jest ziemią słońca i ognia Etny zwanej Mongibello. Niegdyś stanowiła centrum antycznego świata, dlatego też wiele mitów opowiada właśnie o niej. To największa wyspa Morza Śródziemnego. Swojemu strategicznemu położeniu zawdzięczała nie tylko rozkwit, lecz także zainteresowanie najeźdźców. Nie bez znaczenia były zarówno jej urodzajne gleby, jak i wspaniały śródziemnomorski klimat. Kiedyś nazywano ją nawet spichlerzem Włoch, którym zresztą pozostaje do dziś.

 

Na Sycylii od stuleci krzyżowały się wpływy rozmaitych kultur. Pozostawiły one na niej liczne ślady, obecnie bezcenne dzieła sztuki. Współcześni Sycylijczycy wydają się być odrębnym narodem, a ich wyspa – niemal autonomicznym krajem. Łatwo dostrzec, że pod względem społecznym i kulturowym różni się ona od kontynentalnych Włoch. Wszystko jest tutaj jakby doprowadzone do przesady: słońce świeci jaskrawiej, niebo i morze mają wyjątkowo intensywną barwę, owoce są niesamowicie słodkie. To ziemia kontrastów, luksusu i biedy, jedyna w swoim rodzaju, meravigliosa, czyli wspaniała.

 

Sycylia moim zdaniem zdecydowanie bardziej przypomina Afrykę niż Europę. Od kontynentalnych Włoch dzieli ją co prawda tylko wąska Cieśnina Mesyńska, ale południowo-zachodni kraniec wyspy leży zaledwie ok. 230 km od Tunisu. Mamy więc tutaj okazję pooddychać afrykańskim powietrzem w europejskim kraju.

 

OJCZYZNA SYCYLIJCZYKÓW

 

Można pojechać na Sycylię i zobaczyć jedynie słońce, morze i błękitne niebo niczym ze zdjęć w turystycznych folderach. W końcu wyspa ma 1152 km wybrzeża! Jednak już sama wyprawa w głąb lądu stanowi podróż do innej krainy. W miarę zbliżania się do takich miast jak Enna czy Caltanissetta, położonych w centrum Sycylii, można zauważyć, jak wszystko się zmienia: światło, otaczający krajobraz, twarze ludzi i ich charaktery. Po drodze z Katanii do Palermo z wesołej, świątecznej i rozświetlonej nadmorskiej okolicy trafia się do ciemnego, gorzkiego i melancholijnego regionu.

 

Wbrew pozorom tę włoską wyspę warto odwiedzić nie tylko latem. Nie wszyscy wiedzą, że miasta w środku lądu, np. wspomniana Enna, lub te wzniesione na skałach, jak leżące na północno-zachodnim krańcu Erice, są otulone mgłą niczym miejscowości w Lombardii. W jednym z miasteczek na zboczach Etny można z kolei zjeść tradycyjne ciasteczka narciarza (biscotti dello sciatore), bo już w latach 20. XX w. Sycylijczycy uprawiali narciarstwo na stokach tutejszego wulkanu. Jedno jest jednak pewne – na Sycylii podróżnik musi uzbroić się w cierpliwość, niezbędną podczas szukania nieznanych miejsc i odkrywania fascynujących tajemnic. Ta wytrwałość zostanie z pewnością nagrodzona, ale należy uważać, bo wyspa potrafi uzależnić i sprawić, że ciągle chce się na nią wracać.

 

Sycylijska kuchnia jest niezmiernie różnorodna i smakowita. Odzwierciedla historię regionu – mieszają się w niej wpływy włoskie, greckie, arabskie, francuskie i hiszpańskie. Burzliwa przeszłość wyspy ukształtowała też charakter Sycylijczyków. Są oni z natury nieufni, co zapewne stanowi efekt ciągłych najazdów, ale jednocześnie ciekawi świata, na przestrzeni stuleci zetknęli się w końcu z wieloma kulturami. Mają także niesamowite poczucie humoru i cieszą się każdą chwilą, bo przecież jutro może nie nadejść. Nie żyją, żeby pracować, lecz pracują, aby żyć. Sycylijczyk potrafi być prawdziwym przyjacielem, który nigdy nie zostawi nas w potrzebie. Jednak w kłótni bywa tak samo żywiołowy i gwałtowny jak w okazywaniu radości. Poza tym mieszkańcy Sycylii są bardzo rodzinni i darzą ogromnym szacunkiem starszych. Na wspólne wyjazdy wakacyjne często wybierają się razem nawet czteropokoleniowe rodziny.

 

Może ze względu na południowy, niemal afrykański klimat Sycylijczycy mają czas na wszystko, nie skąpią go więc na życzliwy uśmiech, dobre słowo czy kawę z przyjacielem. Jeżeli zapytamy ich o drogę po angielsku, będą prawdopodobnie zakłopotani (najczęściej nie znają tego języka), ale sami zaprowadzą nas na miejsce. To ludzie z sercem na dłoni, nawet jeśli się zdenerwują, po chwili znów wraca im humor. Sycylijczycy są prawdziwym skarbem tej wyspy.

 

POD OKIEM MAFIOSÓW

 

Niestety, Sycylia osobom, które niewiele wiedzą na jej temat, najczęściej kojarzy się z mafią. Ta jednak jest nie tylko organizacją przestępczą o początkach sięgających dalekiej przeszłości. Stanowi również zjawisko społeczne, tradycję, sposób na życie i codzienność mieszkańców wyspy. Stworzyła własny kodeks obowiązujący jej członków i określający zasady postępowania. Mafia ma różne oblicza i jej pobieżna charakterystyka zajęłaby setki stron. Zainteresowanym tematem polecam książkę, która do tej pory nie ukazała się w języku włoskim, ale została wydana po polsku – Sycylijski mrok australijskiego autora Petera Robba. Ta publikacja z pewnością pomoże zrozumieć nieco lepiej rzeczywistość Sycylijczyków.

 

Nawet Benicie Mussoliniemu nie udało się ostatecznie zniszczyć tutejszej mafii. Być może stało się tak dlatego, że jest ona integralną częścią sycylijskiego świata. W 1992 r. przegrali z nią sędziowie Giovanni Falcone i Paolo Borsellino (obaj zginęli w zamachach bombowych). Jak dotąd nikt nie rozwiązał problemu mafii na Sycylii definitywnie.

 

Za najlepszy kinowy obraz nakręcony na ten temat uchodzi film, w którym – podobnie jak w książce stanowiącej dla reżysera główną inspirację – słowo „mafia” nie pojawia się ani razu! Ojciec chrzestny Francisa Forda Coppoli powstał na podstawie powieści Maria Puzo o tym samym tytule. Do dziś uważany jest za wzór dla wszystkich twórców, którzy mierzą się z przeniesieniem na ekran mafijnego świata.

 

Sycylia była w przeszłości łakomym kąskiem dla zdobywców szukających nowych ziem. Po śmierci w grudniu 1250 r. cesarza Fryderyka II Hohenstaufa na ludność sycylijską nałożono powinności feudalne, a tych, którzy nie chcieli podporządkować się narzuconym nakazom, surowo karano. Ta sytuacja doprowadziła do buntu Sycylijczyków – powstała grupa mająca pomagać uciśnionym. Według innej teorii taka organizacja zawiązała się, gdy wyspę okupowali Hiszpanie. Mafia zawsze działała w kręgu wielkiej polityki i w tle ważnych wydarzeń. Tzw. Bractwo wspierało Giuseppe Garibaldiego, a w czasie II wojny światowej operacja aliantów pod kryptonimem „Husky” (9 lipca – 17 sierpnia 1943 r.) była poprzedzona zawarciem układu z sycylijskimi bossami.

 

Z mitologicznej otoczki odziera mafię jej codzienna działalność przestępcza. Wymuszenia, nielegalne budownictwo, produkcja narkotyków i handel nimi, prostytucja – to tylko nieliczne przykłady. Mafia stara się legalizować swoje interesy. Wychodzi z założenia, że jeśli pieniądze można włożyć w legalny biznes, należy to po prostu zrobić. Przedsiębiorstwa mafijne zarabiają dziś na wywozie śmieci, budowaniu nieruchomości, rolnictwie, gastronomii i innych usługach. We Włoszech ok. 30 proc. firm odpowiadających za odbiór odpadów znajduje się w rękach mafii lub jest z nią powiązanych. Prasa podaje, że roczne dochody rodzin są szacowane na mniej więcej 120–140 mld euro.

 

 IMG 1930

Polpo bollito – gotowana ośmiornica

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

 

FESTIWAL ZMYSŁÓW

 

Na Sycylii widok ludzi jedzących na ulicy w trakcie spacerowania, robienia zakupów na targu, jazdy na skuterze czy prowadzenia samochodu należy do codzienności. Ludzie zatrzymują się przed ulicznym straganem, biorą coś do ręki i jadą dalej. Tutaj je się o każdej porze dnia, a używa się do tego palców. Sprzedaje się głównie małe przekąski (gotowane, smażone bądź pieczone na ruszcie), przygotowywane na stoiskach na świeżym powietrzu. To rodzaj miejscowego fast foodu, którego historia na wyspie sięga ponad 2 tys. lat wstecz. Cucina di strada („kuchnia uliczna”) i buffittieri (bufety) są integralną częścią sycylijskiej sztuki kulinarnej. Od wieków oferowane na ulicach specjały oddawały porządek pór roku, dni tygodnia i godzin.

 

Sycylijczycy od zawsze uważali jedzenie nie tylko za sposób na zaspokojenie głodu, ale również za prawdziwą przyjemność. Na Sycylii ludzie się nie pożywiają, oni delektują się, biesiadują i pełnymi garściami czerpią z tego satysfakcję i radość, czyniąc w ten sposób zadość potrzebom duchowym. Poza tym kuchnia jest także nieodłącznym elementem tutejszej kultury.

 

Na całym świecie panuje obecnie moda na tzw. finger food. Na nowo odkrywamy przyjemność, jaka płynie z jedzenia palcami, gdy uaktywnia się nie tylko wzrok, smak i węch, ale też zmysł dotyku. Właśnie przez dotykanie poznajemy najpierw konsystencję i temperaturę tego, co akurat spożywamy, zanim włożymy to do ust. Opuszki palców są bardzo wrażliwe, co potęguje doznania. Sycylijczycy jedzą rękami bez skrępowania, aż do oblizywania palców. Zupełnie nie wstydzą się tej przyjemności. Istnieje nawet takie włoskie powiedzenie buono da leccarsi le dita (dosłownie „dobre aż do oblizania palców”). Do dziś zresztą duża część ludzkości je palcami, bez użycia sztućców (to popularny sposób m.in. w kręgu krajów arabskich, Etiopii czy Azji Południowej).

 

W starożytnych Syrakuzach, Selinuncie, Morgantinie czy innych miastach jedzono na ulicy. Osoby spacerujące pomiędzy stoiskami wchłaniały zapachy przygotowywanych potraw, karmiły oczy ich widokiem, a w końcu rozkoszowały się smakiem. Ten uniwersalny zwyczaj, którego nie zmieniły zawirowania historii, łączy nas dzisiaj z dawnymi czasami.

 

 Palermo - Ph Valerio Casari

W Palermo sprzedaje się różnego rodzaju przekąski wprost na ulicy

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO/VALERIO CASARI

 

W TEATRZE SMAKÓW

 

Uliczną kuchnię można znaleźć na targowiskach miejskich, w zaułkach starych uliczek nadmorskich, rybackich miejscowości, w Katanii, Syrakuzach, Agrygencie (Agrigento), ale przede wszystkim w Palermo. To ostatnie miasto wypełnia różnokolorowy tłum, egzotyczne bary, sklepy z arabskimi artykułami na wystawach. Wokół słychać różne języki, jakby w jednym miejscu zgromadzili się budowniczowie wieży Babel, wszędzie unoszą się rozmaite zapachy. Palermo jest stolicą Sycylii i sycylijskiego street foodu. To miasto pełne życia i ruchu, żyjące szybko, niezmiernie kolorowe, agresywne, hałaśliwe, głośne i ekscytujące.

 

Palermitańska plaża Mondello, leżąca w dzielnicy o tej samej nazwie, uchodzi za popularne wśród mieszkańców miejsce wieczornych spacerów latem i niedzielnych obiadów na świeżym powietrzu na wiosnę. Można tutaj znaleźć również stoiska z ulicznym jedzeniem, jakże odmiennym od tego w centrum Palermo. Na cibo da strada, czyli „żywność z ulicy”, składają się potrawy, których najczęściej nie przygotowuje się w domu. Są zbyt pracochłonne i nie warto przyrządzać porcji tylko dla kilku osób. W Mondello kupimy polpo bollito – gorącą, gotowaną ośmiornicę, ricci di mare – jeżowce, otwierane na oczach klienta (niewiele jest w nich do zjedzenia, to przede wszystkim zapach wiatru i morskiego powietrza), frutti di mare crudi – świeże owoce morza na surowo, np. fasolari (małże wenus brunatne), tartufi di mare, cannolicchi (małże brzytwy), vongole (małże wenus) czy cozze (omułki śródziemnomorskie),ostrygi, padelle i telline (urąbki). Tych wszystkich przysmaków zawsze później brakuje turystom po powrocie z Sycylii do Polski.

 

W centrum Palermo nie wolno odmówić sobie przyjemności, jaką daje spacer, degustacja i zaopatrzenie się w różne specjały na historycznym targowisku Vucciria. To największy tutejszy bazar, oszałamiający kolorami, ilością towarów i chaotyczną, hałaśliwą atmosferą, przypominający nieco suk w arabskim mieście. Po wejściu na targ można poczuć się tak, jak ktoś, kto w teatrze wyszedł nagle zza kulis na scenę podczas trwającego przedstawienia i stał się jednym z aktorów biorących udział w spektaklu. Rozwinięte czerwone markizy zasłaniające oślepiające słońce przywodzą na myśl namiot cyrkowy. Spod płóciennych dachów wyglądają artyści – miejscowi sprzedawcy, z których każdy stara się przyciągnąć uwagę przechodzących osób, szczególnie obcokrajowców, wyróżniających się ubraniem i sposobem poruszania się. Główną rolę odgrywa tu miecznik (pesce spada) ze straganu rybnego. Jest ogromny, ma długi, błyszczący miecz, srebrzystą skórę i ogon wygięty w łuk. Słońce świecące przez markizy zabarwia go na czerwono. Obok ciągną się w nieskończoność rzędy fioletowych i czarnych bakłażanów oraz zielonych cukinii, również tych z rodzaju serpente di Sicilia („sycylijskiego węża”), wraz z ich kruchymi liśćmi – tenerumi. Dalej leżą pachnące pomidory odmian San Marzano, piccadilly, datterino czy Pacchino. Znajdziemy też stoiska z różnorakimi sałatami i warzywami liściastymi(sałatą rzymską,lodową i canasta,rukolą, endywią,cykorią,burakami liściowymi).W powietrzu unosi się oszałamiający zapach świeżej bazylii i mięty. Wzrok z daleka przyciągają ogromne cebule – cipolle di Chiarantana, i czerwony czosnek – aglio rosso di Nubbia.

 

Na targowisku nie brakuje także barwnych owoców. Piętrzą się egzotyczne, piegowate opuncje, słoneczne melony kasaba (casaba) i chlebowe (meloni di pane), zielone arbuzy (tzw. meloni d’acqua – melony wodne, inaczej angurie), rumiane brzoskwinie z Leonforte (pesche di Leonforte) owinięte w oddzielne bibułki niczym balowe sukienki, spłaszczone brzoskwinie tabacchiere (Saturn) i okrągłe, żółte percocche, nektarynki, morele, różnokolorowe winogrona i figi, delikatne, słodkie, rozłożone na liściach figowych. Wśród tego wszystkiego stoją worki pełne ciecierzycy, soczewicy, fasoli, grochu, migdałów, sezamu, rodzynek, orzechów i zielonego złota Etny, czyli pistacji. Znajdziemy również suszone pomidory, kapary – kwiaty do jedzenia, potocznie zwane sycylijskimi orchideami, finocchietto selvatico – dziki koper włoski, a także otwarte wielkie puszki z solonymi sardynkami, suszoną ikrę tuńczyka – bottargę, kadzie pełne oliwek: czarnych, fioletowych lub zielonych.

 

NIEBO W GĘBIE

 

Vucciria to nie tylko żołądek, ale i tętniące serce Palermo, niesamowite królestwo sycylijskiego jedzenia ulicznego. Jeżeli ktoś chce spróbować właśnie takich specjałów, powinien udać się na gwarny palermitański targ. W ponad 670-tysięcznej stolicy Sycylii, w odróżnieniu od innych regionów wyspy, szczególnie nieturystycznych zakątków we wnętrzu lądu, można zjeść o każdej godzinie bez wchodzenia do restauracji czy trattorii. To bardzo charakterystyczne dla Palermo, którego ulice, szczególnie w centrum, pełnią ciągle jeszcze funkcję społeczną, są miejscem spotkań dla wielu Sycylijczyków i stanowią naturalne przedłużenie małego, ciasnego mieszkania. Turystom nie chcącym tracić cennego czasu przeznaczonego na zwiedzanie polecam te posiłki w locie (pranzetti volanti), sprzedawane w kioskach i ulicznych smażalniach.

 

W stolicy wyspy można kupić jedzenie do ręki (cibo nelle mani) w doskonałym wydaniu. Warto spróbować pane con panelle – kanapkiz tradycyjnymi placuszkami z mąki z ciecierzycy, smażonymi na bieżąco w głębokim oleju i roznoszącymi wokół zapach typowy dla orientalnych targowisk. To tania i skromna przekąska, lecz otacza ją niewidzialny, jedynie wyczuwalny innymi zmysłami przepych. Poza tym na zainteresowanie zasługują z pewnością cazzilli (crocchè di patate) – krokiety z ziemniaków, i melanzane a quaglia – bakłażany rozkrojone w formie kwiatu. Klasyczną propozycją na drugie śniadanie jest sfincione, czyliciasto przypominające pizzę, posmarowane solonymi sardynkami, sosem pomidorowym, posypane cebulą i startym serem caciocavallo oraz polane odrobiną oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia. Nie wolno zapomnieć też o arancini. Ten specjał przypomina o setkach lat sycylijskich tradycji kulinarnych. Pachnący szafranem ryż z dodatkiem zielonego groszku otula serce z mięsnego sosu ragoût z mozzarellą (arancini con ragù). Żeby wygodniej było przewozić arancini i jeść je na ulicy, nadano im okrągły kształt, ze względu na który przypominają po usmażeniu małą pomarańczę (arancia). Obecnie te pyszne złote kulki spotyka się w najróżniejszych wersjach.

 

Od godziny 16.00 uliczne bufety w Palermo stają się jeszcze atrakcyjniejsze. Można wręcz dostać zawrotu głowy od rodzajów przekąsek do wyboru. Na stoiskach serwuje się także wino. Warto wrzucić coś na ząb przed kolacją, którą na wyspie je się nie wcześniej niż o 21.00. Każdego popołudnia w zaułkach i na peryferiach miasta unoszą się do nieba kolumny gryzącego dymu, przypominającego ten z dawnych ołtarzy greckich świątyń. Na wschodzie Sycylii na prymitywnych rusztach piecze się mięso końskie (carne equina), kiełbasy, makrele lub sardynki. W Palermo za gwiazdę popołudniowych ulicznych straganów uchodzą wnętrzności jagnięce bądź kozie, nadziane na szpadkę jak szaszłyk i pieczone na grillu zwane stigghiola.

 

Tradycyjną przekąską w stolicy wyspy o każdej porze dnia i roku jest panino con la milza (pani câ meusa) – bułka z cielęcą śledzioną. W zimowe popołudnia na ulicach podaje się i inne ciepłe dania. Należy do nich np. caldume, czyli gorący talerz (po sycylijsku quarume). W jego skład wchodzą podroby i gotowane flaki wołowe. Na tych samych stoiskach w lecie oferuje się serwowane na zimno wieprzowe kopyta (odpowiednik naszych zimnych nóżek), wołowe policzki i ozory, flaki i inne specjały ugotowane i spryskane sokiem wyciśniętym z cytryny.

 

Warto jeszcze wspomnieć o kilku sycylijskich osobliwościach. Frittola to chrząstki, kawałki tłuszczu i resztki mięsa podsmażone na smalcu z dodatkiem szafranu, liści laurowych, soli i czarnego pieprzu. Pod nazwą babbaluci (vavaluci) kryją się małe, białe ślimaki z gatunku Helix pisana (Theba pisana). Koniecznie trzeba spróbować wspomnianej już miejscowej odmiany cukinii zwanej serpente di Sicilia („sycylijski wąż”). Ugotowana i podana na zimno z odrobiną soli idealnie sprawdza się jako lekkie danie w lecie, szczególnie kiedy wieje suchy i gorący sirocco. W okresie letnim nie brakuje też pysznych zmrożonych kawałków arbuza. Od początku jesieni aż do zimy sprzedaje się obrane na miejscu opuncje.

 

O Sycylii mogłabym pisać bez końca, ale wiem, że nie da się w ten sposób oddać charakterystycznych dla niej kolorów, zapachów i smaków. Tak naprawdę zrozumie mnie tylko ten, kto sam wybierze się na tę pasjonującą włoską wyspę. Na szczęście każdy moment jest dobry na taką podróż. Sycylia zachwyca o każdej porze roku, a wyprawa na nią nie wymaga żadnych wielkich przygotowań. Wystarczy jedynie zabrać ze sobą apetyt i – oczywiście – dobry humor. Wówczas z pewnością zakochamy się w tej Perle Morza Śródziemnego lub Wyspie Słońca, jak słusznie przyjęło się o niej mówić.

 

 Venditore di olive Mercato del Capo a Palermo - Ph Valerio Casari

Stoisko z rozmaitymi rodzajami oliwek na Mercato del Capo w Palermo

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO/VALERIO CASARI