KAROLINA SYPNIEWSKA
www.karolinasypniewska.pl


<< „No worries, mate” (z ang. „nie ma sprawy, stary”) powtarzają ciągle Australijczycy z uśmiechem na twarzy. Ten popularny zwrot pokazuje ich beztroskie podejście do przeciwności losu. W Australii każdy jest „mate” – kolegą, kumplem, dobrym znajomym. Z drugiej strony ten kontynent wydaje się bardzo niebezpiecznym miejscem dla człowieka. Czyhają tu na niego rekiny, włochate pająki i najbardziej jadowite na świecie węże. Czy jednak naprawdę powinniśmy się bać? Nie dowiemy się, jeśli nie zaryzykujemy. Zapraszam do niezmiernie interesującej krainy kangurów! >>

W II w. n.e. na mapie Ptolemeusza, greckiego astronoma, matematyka i geografa, pojawił się tajemniczy ląd, którego istnienie uczony założył na podstawie teorii mówiącej, że północny region świata musi równoważyć na południu jakaś ziemia. Zaczęto określać go mianem Terra Australis bądź Terra Australis Incognita (z łac. Ziemia Południowa, Nieznana Ziemia Południowa). To właśnie od tego wyrażenia wywodzi się nazwa najmniejszego na naszej planecie kontynentu (8,6 mln km² powierzchni) oraz 6. pod względem wielkości państwa na świecie (zaraz po Rosji, Kanadzie, Chinach, USA i Brazylii), które na nim leży. W kraju tym żyje prawie 24 mln ludzi, z czego 85 proc. mieszka w odległości 50 km od wybrzeża. Suchy i nieprzyjazny interior zasiedla rdzenna ludność tych stron – wyjątkowo wytrzymali Aborygeni.


Zanim Australię opanowali Europejczycy, do jej brzegów prawdopodobnie już ok. 50 tys. lat temu przypłynęły ludy z Azji Południowo-Wschodniej. Prowadziły one koczowniczy tryb życia, jednak konkretne klany związane były z danym regionem oraz posługiwały się własnym językiem lub dialektem. Liczebność Aborygenów znacznie spadła po przybyciu osadników z Europy, a dopiero od połowy XX w. powoli rozpoczęto przyznawać im prawa przysługujące innym obywatelom. Dziś ich populację szacuje się na ok. 670 tys. ludzi, czyli niecałe 3 proc. wszystkich mieszkańców kraju. Spotkamy ich nie tylko w rezerwatach, ale również (choć rzadko) w australijskich miastach i miasteczkach. Co ciekawe, wszyscy Aborygeni – zarówno ci pochodzący z terenów pustynnych, lasów deszczowych, jak i ci żyjący na wybrzeżu czy w cieniu ośnieżonych szczytów górskich – wierzą w istnienie tzw. Czasu Snu, czyli rodzaju miejsca lub epoki sprzed stworzenia świata. Według aborygeńskiej mitologii nadal można się tam dostać lub porozumieć z przebywającymi w nim duchami.

MIEJSCE ZESŁANIA
Odkrywcy z Europy docierali na antypody już od XVII w., ale żadna z ekspedycji nie zatrzymywała się tu na dłużej. Dopiero w 1770 r. angielski żeglarz kapitan James Cook (1728–1779) dopłynął do wschodniego wybrzeża kontynentu, nazwał okoliczne tereny Nową Południową Walią i włączył do Królestwa Wielkiej Brytanii. Na nowym lądzie Brytyjczycy utworzyli kolonię karną. Tzw. Pierwsza Flota (ang. First Fleet), która ostatecznie zacumowała w zatoce Port Jackson (znanej też jako Sydney Harbour), liczyła 11 statków z ok. 1400 osobami na pokładzie, z czego połowę stanowili więźniowie. 26 stycznia 1788 r. pasażerowie wyszli na brzeg Sydney Cove, gdzie zbudowali pierwszą osadę – obecnie niemal 5-milionowe Sydney. Tak rozpoczęła się brytyjska kolonizacja.

AUSTRALIA DAY
Dziś Australijczycy 26 stycznia obchodzą swoje święto narodowe i wspominają powstanie Związku Australijskiego. W tym czasie na pięciu wyznaczonych plażach w pięciu stanach (Australia Południowa, Australia Zachodnia, Nowa Południowa Walia, Wiktoria i Queensland) odbywa się Thong Challenge, czyli Wyzwanie Klapków – chyba najpopularniejszego obuwia w Australii.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL

Australijczycy biorący udział w Thong Challenge 26 stycznia

 

Wygrywa ten region administracyjny, na którego terenie zostanie pobity rekord w liczbie osób pływających na wielkich dmuchanych materacach w kształcie japonek. Brzmi to komicznie, ale widok setek ludzi unoszących się na wodzie w dużych grupach przywodzi na myśl ofiary katastrofy statku. Na szczęście to tylko pozory – na plaży trwa impreza przy dźwiękach muzyki i wszyscy świetnie się bawią.

GIGANTYCZNE ODLEGŁOŚCI
W Australii zaskakuje zupełnie inna niż europejska skala odległości między danymi punktami na mapie. Lot z Sydney do Perth, czyli ze wschodniego wybrzeża na zachodnie (ponad 4 tys. km), trwa mniej więcej 5 godz., z Brisbane do Melbourne (prawie 1700 km) – 2,5 godz. Sami Australijczycy potrafią przejechać 100 km tylko na krótką wizytę u znajomych. W trakcie poruszania po tym kraju musimy pamiętać, że obowiązuje w nim ruch lewostronny, o czym przypominają nam znaki drogowe, m.in. na popularnej wśród przyjezdnych Great Ocean Road niedaleko Melbourne. Wzdłuż tej malowniczej drogi ciągnącej się nad oceanem zobaczymy wiele niezwykłych formacji skalnych, np. Dwunastu Apostołów, Wąwóz Loch Ard czy Łuk Londyński.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL

Piękne krajobrazy w rejonie miasta Albany w Australii Zachodniej

Każda część Australii zresztą ma mnóstwo do zaoferowania. Wśród 6 australijskich stanów, 2 terytoriów federalnych i jednego stołecznego największym i jednocześnie najmniej zaludnionym obszarem jest Australia Zachodnia (Western Australia). Jej powierzchnia wynosi ponad 2,5 mln km², na których żyje zaledwie 2,5 mln osób. Jest to kraina złota i rajskich plaż, najlepszych miejsc do uprawiania surfingu, najwyższych drzew, największej liczby wielorybów i najsmaczniejszych ostryg. Tak przynajmniej twierdzą jej mieszkańcy. Funkcję stolicy Australii Zachodniej pełni największe jej miasto – niemal 2-milionowe Perth. Im dalej od niego, tym okolica wygląda na spokojniejszą, wręcz bezludną, i tym częściej można spotkać w niej dzikie kangury. Na trasie natkniemy się również na tzw. road trains (z ang. „pociągi drogowe”) – sznury kilku złączonych ze sobą przyczep ciągniętych przez jeden ciągnik siodłowy, mierzące nierzadko nawet 50 m długości i ważące do 200 t. To idealny środek transportu długodystansowego, szczególnie na nizinie Nullarbor (Nullarbor Plain). Wiedzie przez nią autostrada Eyre Highway z najdłuższym prostym odcinkiem drogi w Australii – przez ok. 150 km nie trafia się na niej żaden zakręt.

AUSTRALIJSKIE BEZDROŻA
Tysiące kilometrów bezludnych autostrad, suche tereny, pustynia i niesamowite formacje skalne – taki jest dziki australijski Outback, położony daleko od cywilizacji. Nocą niebo nad nim rozświetlają miliony gwiazd. Symbol Australii stanowi święta dla Aborygenów skała Uluru (Ayers Rock), która wznosi się ok. 400 km na południowy zachód od 30-tysięcznego Alice Springs. To jeden z największych monolitów na świecie (palmę pierwszeństwa dzierży Góra Augustus w Australii Zachodniej), mierzy prawie 350 m wysokości, a naukowcy twierdzą, że w ponad połowie znajduje się jeszcze pod ziemią. Cały obszar Parku Narodowego Uluru-Kata Tjuta (Uluru-Kata Tjuta National Park) należy do aborygeńskich ludów Pitjantjatjara i Yankunytjatjara.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL

Uluru (Ayers Rock), święta skała Aborygenów, ma obwód 9,4 km

 

Krajobrazy rozciągające się z licznych szlaków dookoła Ayers Rock oraz innych grup skalnych, np. Kata Tjuta – Mount Olga, czy Kanionu Królów (Kings Canyon), na długo zapadają w pamięć. W zależności od pory dnia Uluru mieni się odcieniami pomarańczu, czerwieni i brązu. Widok skały o zachodzie słońca dosłownie zapiera dech w piersiach. Dla turystów organizuje się tutaj poczęstunki z deską serów i wędlin oraz szampanem, a nawet wykwintne kolacje. Najlepszą porą na odwiedzenie okolic Alice Springs będzie polskie lato, czyli australijska zima (okres od czerwca do września). Naszej wyprawy nie uprzykrzą nam wtedy za bardzo wszechobecne owady, a temperatury powietrza (dochodzące do ok. 20°C) nas nie zmęczą.

WODNE KRÓLESTWO
Do cudów natury Australii zalicza się także Wielką Rafę Koralową (Wielką Rafę Barierową) na Morzu Koralowym, leżącą wzdłuż północno-wschodniego wybrzeża kontynentu. Ta największa tego typu struktura na świecie tworzy pas o długości ponad 2,3 tys. km i szerokości dochodzącej do 150 km. Życie Australijczyków koncentruje się zresztą blisko linii brzegowej, która ma niemal 36 tys. km i jest urozmaicona tysiącami plaż. Przyjeżdżają na nie wielbiciele surfingu, wędkarstwa, pływania kajakiem czy snorkelingu, czyli nurkowania z maską, fajką (ang. snorkel) i płetwami. Eksploracja bogatego podwodnego królestwa stanowi jedną z najwspanialszych przygód, jakie przeżyjemy na antypodach. Po wyjściu z wody odpoczniemy natomiast na słonecznym piaszczystym brzegu.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL

 

Najpiękniejsza plaża w Australii Zachodniej nad Lucky Bay (Szczęśliwą Zatoką) w Parku Narodowym Przylądka Le Grand (Cape Le Grand National Park) odcina się swoją bielą od turkusowego Oceanu Południowego, a ten jedyny w swoim rodzaju widok ubarwiają jeszcze dzikie kangury wylegujące się na piasku. Podróżnikom pragnącym poznać bliżej tutejszą florę i faunę polecam nurkowanie z australijskimi lwami morskimi (uchatkami australijskimi), delfinami czy nawet żarłaczami białymi (rekinami ludojadami).

OKO W OKO Z REKINAMI
Na wschodzie kraju od początku czerwca do początku listopada można podziwiać długopłetwce (humbaki) – walenie osiągające do 16 m długości i wagę 35 t. Kto obawia się pływać razem z nimi w oceanie, na tego w znanej miejscowości wypoczynkowej Byron Bay czekają kajaki gotowe na wyprawę w poszukiwaniu tych wyjątkowych olbrzymów.
Odwiedziny na Półwyspie Eyre’a (Eyre Peninsula) w Australii Południowej stanowią z kolei okazję do zabawy z dzikimi australijskimi lwami morskimi i delfinami. Z rybackiej wioski Baird Bay wyrusza się najpierw do ujścia pobliskiej zatoki. Przed wejściem do wody nasz przewodnik zakłada na kostkę tzw. shark shield, czyli urządzenie wytwarzające pole elektromagnetyczne chroniące przed rekinami. Po chwili na wyciągnięcie ręki podpływają do nas delfiny, które zostają z nami na kilka chwil. To jednak nie koniec atrakcji. Kierujemy się do drugiej zatoki, gdzie na plaży wyleguje się stado lwów morskich. Gdy tylko się zanurzamy, natychmiast pojawiają się przy nas. Mówi się, że swoim zachowaniem przypominają one szczeniaki i rzeczywiście trudno nam się od nich opędzić. Dopiero kiedy zaczynamy dość mocno odczuwać przenikliwe zimno, przestajemy czuć stopy i dłonie, a zgrzytanie zębów przeszkadza nam w komunikacji między sobą, postanawiamy się z nimi pożegnać.
Miłośnicy mocnych wrażeń powinni wybrać się za to do Port Lincoln na spotkanie z żarłaczem białym – najniebezpieczniejszym gatunkiem rekina na świecie. Australia to jeden z niewielu krajów, gdzie wolno nurkować w klatkach w otoczeniu tych drapieżników, ale jedynie 3 firmy posiadają na to stosowne pozwolenie. Jedna przyciąga je krwistym mięsem, inna muzyką puszczaną z podwodnych głośników. Jednak tak naprawdę rekiny kusi ich największy przysmak: foki. Przypływają one tu przede wszystkim na żer. Niektóre okazy mają nawet do 6 m długości.

W OBJĘCIACH KOALI
Podczas pobytu w Australii nie sposób nie zapoznać się bliżej z jej najbardziej charakterystycznym mieszkańcem – puszystym koalą. Choć przypomina on bardzo swojskiego niedźwiadka, nie jest z nim spokrewniony, lecz należy do nadrzędu torbaczy. W ciągu dnia przez ok. 20 godz. drzemie wysoko na drzewach eukaliptusowych. Schodzi z nich tylko wtedy, gdy chce przejść na inne eukaliptusy lub by się rozmnażać. Wielu marzy, żeby potrzymać to wyjątkowe zwierzę na rękach chociaż przez chwilę. To życzenie spełnia się w rezerwacie Lone Pine Koala Sanctuary w Brisbane. Nie spodziewajcie się jednak miłego uścisku. Koala wbija swoje pazurki w ramiona człowieka tak, jakby te były gałęziami drzewa. Jego miękkie futerko za to pachnie olejkiem eukaliptusowym.
Na najmniejszym kontynencie na ziemi na każdym kroku natkniemy się na znaki drogowe ostrzegające przed kangurami, kolczatkami, emu czy nawet wężami. Należy więc zawsze rozglądać się wokół i patrzeć pod nogi, szczególnie po wyjściu z samochodu na bezdrożach czy w parkach. W trakcie moich studiów w Australii nie mogłam przyzwyczaić się do ciągłego widoku kangurów skaczących pomiędzy budynkami kampusu Uniwersytetu Słonecznego Wybrzeża (University of the Sunshine Coast) w stanie Queensland. Umieszczone wszędzie znaki przypominały studentom, aby nie podchodzić do nich za blisko, gdyż ich kopnięcie bywa śmiertelne w skutkach. Zagrożenie dla człowieka na antypodach stanowią też jadowite węże. Niektóre z nich, np. tajpan pustynny czy eastern brown snake (Pseudonaja textilis), potrafią zabić dorosłego, ale według statystyk takie przypadki są rzadkością.

RAJSKIE WYSPY
Największą na świecie piaszczystą wyspę Fraser (1840 km² powierzchni) Aborygeni nazywają K’gari, czyli Raj. W otoczeniu bujnego lasu deszczowego zanurzymy się na niej w krystalicznie czystych jeziorach słodkowodnych albo wyruszymy na poszukiwanie dzikich psów dingo. Na samą wyspę wjedziemy jeepem lub przylecimy awionetką, która często ląduje między jadącymi samochodami. Widoczne na plaży znaki informują o dozwolonej prędkości (80 km na godz.) oraz przylatujących na nią samolotach. 120 km wschodniego wybrzeża wyspy pokonamy autem z napędem na 4 koła, musimy jednak zwracać baczną uwagę na zmieniające się przypływy. Niejeden turysta z Europy stracił tu wynajęty przez siebie samochód, który porwały silne fale Oceanu Spokojnego.
Inną niezwykłą wyspą u wybrzeży Queensland jest Moreton. O zachodzie słońca można na niej karmić dzikie delfiny i obserwować gigantyczne wieloryby wyskakujące co jakiś czas z wody. Jej plażę upodobały sobie szczególnie pelikany. Swoim zakończonym ostrym haczykiem dziobem potrafią boleśnie skaleczyć człowieka w rękę, czego doświadczają wędkarze patroszący ryby nad samym brzegiem i próbujący się opędzić od natrętnych ptaków.

STUDENCKI ŻYWOT
Ludzie z różnych stron globu przybywają do Australii nie tylko w celach turystycznych, ale również po to, żeby się uczyć. Uczestnictwo w kursach językowych czy studia na uczelniach wyższych stwarzają duże możliwości rozwoju zawodowego. Studentom z zagranicy w tym kraju wolno także legalnie pracować 20 godz. w tygodniu, a w okresie wakacyjnym na tzw. pełen wymiar. Poza tym biorą udział w praktykach w międzynarodowych firmach i zdobywają doświadczenie cenione na całym świecie. Nic zatem dziwnego, że wielu z nich decyduje się na dłuższą emigrację, w którym to postanowieniu wspierają ich agencje edukacyjne. Osoby wykształcone i pracujące już pewien czas w swoim zawodzie stanowią każdego roku największą grupę imigrantów.
Liczne rankingi pokazują, że w Australii naprawdę warto się osiedlić, a obcokrajowcom nie bez powodu jawi się ona jako kraj marzeń. W 2014 r. kraina kangurów po raz czwarty z rzędu zdobyła tytuł miejsca, w którym żyje się najlepiej na świecie, według OECD Better Life Index. Pod uwagę brano 11 kryteriów, w tym wskaźnik zatrudnienia, dochody, stan środowiska naturalnego, bezpieczeństwo, działanie systemu opieki zdrowotnej oraz zadowolenie z życia. W zestawieniu porównywano 36 państw, a Polska uplasowała się na pozycji 27.
Dużą pomocą dla urządzających się dopiero studentów jest możliwość wyposażenia sobie mieszkania w rzeczy pozostawione na ulicy. Australijczycy przed wyrzuceniem mebli i sprzętów gospodarstwa domowego wystawiają je przed swoją posesję, aby każdy mógł wziąć to, czego potrzebuje. Mnie udało się w ten sposób znaleźć do mojego początkowo pustego drewnianego domku nad oceanem skórzaną kanapę, prawie nową pralkę, łóżko, stół i lodówkę.

SPOSOBY NA PODRÓŻOWANIE
Piękne krajobrazy, egzotyczne zwierzęta i nieodparty urok odległej krainy przyciągają do Australii wielu obcokrajowców, dlatego nikogo nie dziwią wysokie przychody tego kraju w sektorze turystyki. Ze względu na znaczne odległości po kontynencie najlepiej poruszać się samochodem lub samolotem. Większość turystów zatem wypożycza albo kupuje na miejscu auto, najczęściej kilkuosobowego vana, tzw. campervana, z miejscem do spania i aneksem kuchennym. Australijczycy uwielbiają spędzać czas aktywnie i blisko natury, dlatego często wybierają się na kempingi. Warto pójść za ich przykładem, szczególnie że ten sposób zwiedzania bywa dużo tańszy. Można także skorzystać z ofert wycieczek zorganizowanych. To dobre rozwiązanie również dla tych, którzy nie posługują się językiem angielskim. Infrastruktura turystyczna jest w Australii znakomicie rozwinięta, więc każdy na pewno znajdzie coś dla siebie i będzie tu wracał niejeden raz, aby wciąż odkrywać nowe niezwykłe zakątki tego najmniejszego kontynentu świata.

Artykuły wybrane losowo

Ekwador – cztery światy w jednym kraju

KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

<< „Cuatro mundos, un destino” („Cztery światy, jedno miejsce”) – tak brzmi jedno z haseł promujących Ekwador. Czterema światami są tutaj wyspy Galapagos, wybrzeże Pacyfiku, Andy i Amazonia. Choć ten południowoamerykański kraj należy do najmniejszych na kontynencie, faktycznie może się poszczycić ogromnym zróżnicowaniem geograficznym i przyrodniczym, nie mniejszym niż jego więksi sąsiedzi. Swoim pięknem zachwyci z pewnością nawet najbardziej wybrednych podróżników. >>

 

 Wikunie andyjskie w rezerwacie Chimborazo

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

Ekwador jest w zdecydowanej większości górzysty. Wraz z archipelagiem Galapagos ma powierzchnię niemal 284 tys. km2, a więc trochę mniejszą od Polski. Leży pomiędzy Kolumbią (na północy) i Peru (na wschodzie i południu). Zachodnią granicę stanowi wybrzeże Oceanu Spokojnego. Przez Ekwador przebiega równik, są tu zatem nie tylko fascynujące cztery światy, ale i środek Ziemi.

Ta południowoamerykańska republika przyciąga również wulkanami. Znajdują się one zarówno w kontynentalnej jej części, jak i na Galapagos. Wiele z ekwadorskich wulkanów pozostaje wciąż czynnych. Najsłynniejszy – Cotopaxi – wznosi się na 5897 m n.p.m. To drugi najwyższy szczyt Ekwadoru, zaraz po nieaktywnym stratowulkanie Chimborazo (6263,47 m n.p.m.). Ciągnące się z północy na południe Andy dzielą kraj na pół: Amazonię na wschodzie i wybrzeże Pacyfiku na zachodzie. Wycieczkę zacznijmy więc w środku, w górach.

 

MIASTO W ANDACH

Większość turystów swoją przygodę w Ekwadorze zaczyna w jego stolicy – Quito. To miasto zachwyca każdego, kto do niego przyjedzie. Jest przepięknie położone w dolinie pośród gór i wulkanów, a jego kolonialne centrum i interesujące zabytki robią naprawdę ogromne wrażenie. Z tym zachwytem na ustach wyjeżdża się stąd po dwóch czy trzech dniach. Kiedy zostaje się dłużej, czar może prysnąć. Spędziłam w tym mieście trzy miesiące i zawsze, gdy czułam, że mój zachwyt przygasa, szukałam nowych niesamowitych miejsc. Quito jest najwyżej położoną stolicą na świecie (często mylnie przyznaje się ten tytuł La Paz, ale ono nie pełni funkcji konstytucyjnej stolicy Boliwii, choć mieści się w nim siedziba rządu). Oficjalnie podaje się uśrednioną wysokość 2850 m n.p.m. W rzeczywistości część zabudowań leży na ok. 2800 m n.p.m., a dzielnice usytuowane na wzgórzach znajdują się nawet na 3100 m n.p.m. Z wyżej położonych rejonów miasta roztacza się zapierający dech w piersiach widok na okolicę. Trzeba jednak pamiętać, że w takich warunkach można mieć problemy zdrowotne. U osób przylatujących z niżej usytuowanych regionów często pojawiają się objawy choroby wysokościowej (hiszp. soroche): bóle głowy, brak apetytu, trudności z oddychaniem, szybkie męczenie się, a nawet nudności i wymioty. Dlatego właśnie w ciągu pierwszych dni pobytu zaleca się picie dużej ilości wody, unikanie alkoholu i nadmiernego wysiłku fizycznego. Kiedy już organizm przyzwyczai się do nowych warunków, można zacząć zwiedzanie.

Centrum historyczne Quito należy do największych i najlepiej zachowanych w całej Ameryce Łacińskiej (ma powierzchnię 3,75 km²). Nie bez powodu we wrześniu 1978 r. znalazło się na nowo utworzonej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (było jednym z pierwszych 12 obiektów podobnie jak krakowskie Stare Miasto i polska kopalnia soli w Wieliczce). Tutejsze urokliwe kamienice, niezwykłe dziedzińce, białe kościoły, bogato zdobione wnętrza zachwycają zwiedzających.

Na zainteresowanie zasługuje szczególnie klasztor św. Franciszka z kościołem (Iglesia y Convento de San Francisco), którego budowa rozpoczęła się w 1534 r. Świątynię wypełniają rzeźby i inne dzieła sztuki. To tutaj można zobaczyć słynną drewnianą rzeźbę z 1734 r. – Dziewicę z Quito (Virgen de Quito), której gigantyczna replika spogląda na miasto ze wzgórza El Panecillo (roztacza się z niego wspaniały widok na stolicę, a przy bezchmurnym niebie widać też okoliczne wulkany). Ważnym punktem na mapie historycznego centrum jest również Plaza Grande (inaczej Plaza de la Independencia). W rejonie tego placu znajduje się kilka ciekawych zabytków: Palacio de Carondelet, czyli oficjalna rezydencja prezydencka, Pałac Arcybiskupi, siedziba władz miasta (Palacio Municipal de Quito) i XVI-wieczna Katedra Metropolitalna. W tej ostatniej warto zwrócić uwagę na obraz Ostatnia Wieczerza, na którym na stole umieszczono tradycyjne andyjskie specjały – pieczoną świnkę morską (cuy) i napój alkoholowy ze sfermentowanej kukurydzy (chichę). Część Palacio de Carondelet udostępniono do zwiedzania. Najbardziej interesująca jest sala reprezentacyjna. To w niej prezydent podpisuje wszystkie ważne dokumenty. Poza tym za atrakcję uchodzi tu stanięcie na balkonie w miejscu, w którym przemawia on do obywateli. W każdy poniedziałek o 11.00, podczas uroczystej zmiany warty, można go zobaczyć i posłuchać na żywo. W narożniku pomiędzy rezydencją prezydencką a Katedrą Metropolitalną znajduje się Muzeum Alberta Meny Caamaña (Museo Alberto Mena Caamaño). W pięknym, starym budynku z końca XVI stulecia obejrzymy wystawy stałe i czasowe poświęcone współczesnym problemom Ekwadoru i świata.

Kolejny zabytek stanowi Bazylika Narodowego Ślubowania (Basílica del Voto Nacional). Z jej dwóch 115-metrowych wież roztacza się wspaniała panorama stolicy. To największy neogotycki kościół w obu Amerykach. Budowla góruje nad okolicą, co dobrze widać z otaczających miasto wzgórz. Inną ciekawą świątynią jest barokowy i bardzo bogato zdobiony Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de La Compañía de Jesús; budowę rozpoczęto na początku XVII w.), uznawany za jeden z najpiękniejszych na kontynencie. Podczas spaceru po starym Quito nie wolno ominąć ulicy La Ronda. Niegdyś przebiegał tędy szlak używany przez Inków, na początku XX stulecia upodobali ją sobie artyści i bohema, a dziś tłumnie ściągają na nią turyści. La Ronda ma swoją niepowtarzalną atmosferę. Można ją odczuć szczególnie wieczorem, kiedy restauracje zapełniają się ludźmi, a ulica muzykami.

Oprócz historycznego centrum warto odwiedzić też północną część Quito. Koło pięknego, ogromnego Parku Metropolitalnego (Parque Metropolitano) znajduje się muzeum ekwadorskiego malarza, rysownika, rzeźbiarza, grafika i twórcy murali Oswalda Guayasamína (1919–1999), zwanego południowoamerykańskim Picassem, z powstałą z jego inicjatywy Kaplicą Człowieka (Capilla del Hombre). Miejsce zasługuje na zainteresowanie nie tylko ze względu na obrazy artysty i jego kolekcję sztuki prekolumbijskiej, ale również z powodu niezmiernie ciekawej i oryginalnej bryły Kaplicy Człowieka. Na sąsiednim wzgórzu, w uchodzącej za artystyczną dzielnicy Guápulo polecam wybrać się do jednej z wielu restauracyjek.

Nad Quito góruje wulkan Pichincha z dwoma najwyższymi szczytami: Ruku Pichincha (4698 m n.p.m.) i Guagua Pichincha (4784 m n.p.m.). Można na niego wjechać TelefériQo, czyli koleją gondolową, która wwozi chętnych na wysokość 3945 m n.p.m. Rozpościera się stąd niezwykły widok na miasto i okoliczne szczyty. Jeśli powietrze jest czyste, a niebo bezchmurne, da się nawet dostrzec Cotopaxi.

 

Plaża Los Frailes w Parku Narodowym Machalilla u wybrzeży Pacyfiku

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

W ŚRODKU ŚWIATA

Na północ od Quito przebiega równik i leży obszar Mitad del Mundo. Znajduje się na nim duży kompleks turystyczny wraz z muzeum etnograficznym, planetarium, pomnikiem środka świata i żółtą linią dzielącą półkulę północną od południowej. Można tu stanąć na obu półkulach jednocześnie, postawić jajko na gwoździu i zobaczyć, jak wir wodny kręci się w dwie różne strony. Problem polega jednak na tym, że środki świata są dwa… W miejscu, gdzie badacze z francuskiej misji w XVIII w. wyrysowali linię równika, w 1936 r. postawiono pomnik, który później przebudowano. Obecnie mieści się w nim muzeum. Dookoła powstał cały kompleks turystyczny. Jednak żółta linia dzieląca świat na pół jest namalowana ok. 240 m na południe od faktycznego równika, bo… badacze pomylili się w pomiarach.

Niedaleko Mitad del Mundo stoi ciekawa Świątynia Słońca (Templo del Sol) zbudowana przez lokalnego malarza, rzeźbiarza i popularyzatora kultury Cristóbala Ortegę Maila. Tuż za nią znajduje się wejście do Rezerwatu Geobotanicznego Pululahua (Reserva Geobotánica Pululahua). Można poprzestać na udaniu się na taras widokowy lub zejść do rozległej kaldery (ma prawie 34 km2), aby stanąć na jej dnie. Zakres wysokości obszaru wynosi od 1800 do 3356 m n.p.m. Wulkan pozostaje nieaktywny, do ostatniej erupcji doszło ok. 2,5 tys. lat temu. Ze względu na wyjątkowy mikroklimat i niezwykle żyzną ziemię, jaka powstała na zastygniętej lawie, utworzono tu rezerwat przyrody. Kopuły wulkaniczne porasta gęsty las deszczowy zamieszkany przez różnorodną faunę. W rezerwacie występuje wiele endemicznych gatunków roślin. Ale wulkan budzi zainteresowanie nie tylko ze względu na bogactwo przyrodnicze. Pululahua to jedna z kilku zamieszkałych kalder na świecie i podobno jedyna, w której uprawia się ziemię. Wewnątrz żyje niewiele ponad 100 osób, zajmujących się rolnictwem, a od kilku lat również turystyką.

Kilkudniowa wizyta we wnętrzu wulkanu pozwala odciąć się od cywilizacji i odpocząć w bliskim otoczeniu natury. Można też wybrać się tu na krótką wycieczkę. Zejście do kaldery zajmuje pół godziny. Ważne jednak, aby wyprawę zaplanować w godzinach porannych. Pululahua w języku keczua oznacza „wodną chmurę” lub „dym wodny”. Nazwa nie jest przypadkowa – codziennie mniej więcej od południa kalderę wypełnia mgła. Co ciekawe, to ona stanowi główne źródło wody w tym rejonie, bo deszcz pada tutaj bardzo rzadko. Dlatego właśnie jedynym dobrym momentem na zobaczenie całej okolicy będzie poranek. Pojawiająca się później mgła tworzy przez chwilę mistyczną atmosferę, żeby w końcu ukryć wszystko przed oczyma turystów podziwiających wulkan z tarasu widokowego.

Kilkadziesiąt kilometrów na zachód od rezerwatu (ok. 80 km od stolicy Ekwadoru), w dolinie pośród lasu deszczowego leży miejscowość Mindo. Można tu wybrać się do motylarni, aby dowiedzieć się czegoś o motylach, oraz zobaczyć kolibry i obserwować inne gatunki ptaków, a także podziwiać piękne wodospady (Santuario de Cascadas). Do tych ostatnich dociera się kolejką linową rozpiętą nad wysokim kanionem. Wprawdzie Mindo cieszy się popularnością wśród turystów, ale to wciąż mała miejscowość, w której da się odpocząć od zgiełku wielkiego i głośnego Quito. Jest jednym z moich ulubionych miejsc w tym południowoamerykańskim kraju, chętnie kiedyś do niego wrócę.

Dalej na północny wschód od stolicy Ekwadoru znajdują się dwa ciekawe miasta: Ibarra i Otavalo. Pierwsze odgrywa rolę stolicy prowincji Imbabura, leży niedaleko malowniczego jeziora Yahuarcocha (Laguna de Yahuarcocha) i szczyci się dobrze zachowanym kolonialnym centrum (zrekonstruowanym po trzęsieniu ziemi z 1868 r.). Niewielkie (ok. 50-tysięczne) Otavalo słynie z kolei z popularnego targowiska z andyjskim rękodziełem. Sprzedaje się tu hamaki, obrusy, biżuterię w odcieniach tęczy, plecione torby w wielokolorowe wzory, a pomiędzy tym pledy, kubki, długopisy, szachy, paski, figurki lam, poszewki na poduszki, kapelusze i wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Miasto przyciąga tłumy turystów chcących wrócić z Ekwadoru z ciekawymi pamiątkami. W Otavalo naprawdę trudno się opanować, żeby nic nie kupić.

Na południowy wschód od stolicy warto wybrać się do wioski Papallacta, gdzie lubią spędzać weekendy quiteños (mieszkańcy Quito). Ze względu na występujące w okolicy wody termalne miejsce to jest idealne na wypoczynek wśród pięknych górskich krajobrazów. Papallacta leży w sąsiedztwie Parku Narodowego Cayambe-Coca (Parque Nacional Cayambe-Coca, Reserva Ecológica Cayambe-Coca). Tutejsze lasy deszczowe, jeziora i wulkan Cayambe (5790 m n.p.m.) przyciągają miłośników przyrody i chodzenia po górach. Podobne atrakcje czekają w popularnym wśród amatorów mocniejszych wrażeń miasteczku Baños de Agua Santa (w skrócie Baños). Łaźnie Świętej Wody, jak tłumaczy się tę nazwę, znajdują się u stóp aktywnego stratowulkanu Tungurahua (5023 m n.p.m.) i przyciągają gorącymi źródłami. Miejscowość ta uchodzi za ekwadorską stolicę sportów ekstremalnych. Można tutaj skakać na bungee, uprawiać canyoning, rafting i wspinaczkę skalną, latać na paralotni czy zjeżdżać na linie. W okolicy jest też wiele tras trekkingowych, w tym kilka prowadzących do przepięknych wodospadów, jak choćby do imponującego Kotła Diabła (Pailón del Diablo), który ogląda się z różnych perspektyw. Poza granicami Ekwadoru miasteczko Baños słynie przede wszystkim z huśtawki na krańcu świata. Wisi ona na drzewie rosnącym na krawędzi zbocza, co sprawia, że wygląda, jakby naprawdę znajdowała się na końcu ziemi. W bezchmurny dzień można huśtać się na niej na tle wulkanu Tungurahua. Najlepiej przyjechać tu wcześnie rano, kiedy kolejka chętnych bywa jeszcze krótka, a szanse na czyste niebo są największe.

 

POCIĄGIEM WŚRÓD WULKANÓW

Zarówno Baños, jak i niedalekie miasta Ambato i Riobamba leżą w tzw. Alei Wulkanów (Avenida de los Volcanes), która ciągnie się mniej więcej od Quito do miasta Cuenca (ponad 300 km). Widoki rozpościerające się z Ambato i Riobamby przy dobrej pogodzie zapierają dech w piersiach i nie ma się co dziwić. To drugie miasto znajduje się u podnóży wulkanu Chimborazo i jest bazą wypadową dla osób chcących wejść na szczyt tej najwyższej góry Ekwadoru. Z Riobamby niedaleko już do Alausí (ok. 90 km), małego i urokliwego miasteczka, z którego odjeżdża słynny turystyczny pociąg. Jego malownicza 12-kilometrowa trasa wiedzie po zboczu góry Nos Diabła (Nariz del Diablo) do stacji Sibambe. Mówi się, że aby dokończyć budowę odcinka kolei wykutego w twardej skale, zawarto pakt z samym diabłem, bo praca w tak trudnych warunkach pochłonęła wiele ludzkich istnień. Z ok. 4 tys. pracowników (pochodzących głównie z Jamajki) przeżyli nieliczni. Oddanie do użytku kilkunastokilometrowego fragmentu torów na początku XX w. było jednak wielkim wydarzeniem. Wszak odcinek ten nazywany jest najtrudniejszą trasą kolejową na świecie ze względu na wyzwanie, jakim okazało się zaprojektowanie i wybudowanie linii na zboczu góry Nariz del Diablo między wysoko położonym Alausí (ok. 2340 m n.p.m.) i leżącym w kanionie Sibambe (1400 m n.p.m.). Przedsięwzięcie stanowiło część większego planu połączenia stolicy Ekwadoru z wybrzeżem. Wprawdzie obecnie z Quito do Guayaquil, usytuowanego u ujścia rzeki Guayas do zatoki Pacyfiku, kursuje pociąg (Tren de las Maravillas), jednak uchodzi on raczej za luksusową atrakcję turystyczną. Podróż nim trwa cztery dni, ale w jej trakcie noce spędza się w hotelach położonych przy trasie. Ci, którzy mają mniej czasu lub nie są aż tak wielkimi miłośnikami kolei, powinni zadowolić się pokonaniem krótkiego, lecz niezmiernie malowniczego odcinka z Alausí do Sibambe.

W drodze na wybrzeże koniecznie trzeba zatrzymać się w pięknym kolonialnym mieście Cuenca (Santa Ana de los Cuatro Ríos de Cuenca). Ze względu na dobrze zachowaną zabudowę jego historyczne centrum znalazło się w 1999 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na szczególną uwagę zasługuje Stara Katedra (z XVI w.) przekształcona w muzeum sztuki sakralnej oraz Nowa Katedra z cudownymi zdobieniami, której budowę rozpoczęto w drugiej połowie XIX stulecia. W Cuence warto zgubić się w labiryncie wąskich uliczek. Poza tym polecam też pojechać do stanowiska archeologicznego Ingapirca. W tej okolicy pierwotnie osiedlił się lud Cañari, później miejsce trafiło pod panowanie Inków. Niewiele obiektów zachowało się do obecnych czasów, dlatego te ruiny są raczej gratką dla prawdziwych pasjonatów historii prekolumbijskiej. Osoby szukające wrażeń powinny skorzystać z drugiej słynnej ekwadorskiej huśtawki. Znajduje się ona na zboczu wzgórza Turi, z którego roztacza się panoramiczny widok na Cuencę i okolice. Huśtającym się na zamocowanym na długich linach krześle wydaje się, że unoszą się nad miastem.

 

Endemiczne legwany morskie na przybrzeżnych skałach w archipelagu Galapagos

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

NAD OCEANEM

Zjeżdżając z Andów do Guayaquil, największego miasta Ekwadoru (mniej więcej 3-milionowego), wkraczamy w strefę tropikalną. Wysokie temperatury towarzyszą jego mieszkańcom przez cały rok, można więc zapomnieć o górskim chłodzie. Guayaquil to najważniejszy ośrodek biznesowy kraju. Jest nowoczesnym miastem z nadrzeczną promenadą, wieloma sklepami, restauracjami i pubami. Miłośnicy kolonialnej zabudowy znajdą chwilę wytchnienia na kolorowym wzgórzu Santa Ana, na którego zboczach rozciąga się najstarsza dzielnica Las Peñas, pełna galerii sztuki i małych knajpek. To właśnie tutaj w XVI w. został założony ten prężny dzisiaj ośrodek.

W odległości dwóch godzin jazdy samochodem (ok. 140 km) na zachód stąd leży miasto Salinas, popularne wśród mieszkańców Guayaquil miejsce na wypoczynek na plaży. Im dalej na północ wzdłuż wybrzeża się kierujemy, tym wokół robi się ciekawiej. Miejscowość Montañita zyskała popularność wśród surferów ze względu na tworzące się w jej pobliżu wysokie fale. W ciągu kilku lat z małej wioski przekształciła się w kurort turystyczny bardzo chętnie odwiedzany przez osoby chcące nauczyć się języka hiszpańskiego. Tak jak mieszkańcy Guayaquil mają swoje plaże w Salinas, tak quiteños jeżdżą wygrzewać się do Esmeraldas. Kto pragnie uciec od tłumów turystów, powinien poszukać małych wiosek rybackich jak choćby Mompiche. Mniej zatłoczonych miejsc nie brakuje, bo linia brzegowa Ekwadoru liczy sobie ponad 2,2 tys. km. Ekwadorskie wybrzeże to również świetny punkt do obserwowania migracji humbaków. Od czerwca do września można się wybrać na wycieczkę w poszukiwaniu tych wielkich ssaków z rodziny płetwalowatych, a z miasteczka Puerto López warto popłynąć na tzw. Galapagos dla ubogich, czyli Srebrną Wyspę (Isla de la Plata), gdzie spotyka się m.in. uchatki patagońskie, delfinki wysmukłe (tropikalne), głuptaki niebieskonogie i czerwononogie, żółwie morskie, pelikany czy fregaty. Jeśli jednak ktoś jest prawdziwym miłośnikiem przyrody, musi udać się na prawdziwy archipelag Galapagos. To miejsce zupełnie nie z tej ziemi!

 

ARCHIPELAG DARWINA

Wyspy Galapagos są niezaprzeczalnie skarbem Ekwadoru. Zamieszkuje je wiele gatunków zwierząt (w tym endemicznych), np. żółwie słoniowe, kotiki i uszanki galapagoskie, głuptaki niebieskonogie, kormorany nielotne, myszołowy galapagoskie, gołębiaki plamiste, albatrosy galapagoskie, fregaty wielkie, legwany galapagoskie i morskie, pingwiny równikowe, petrele galapagoskie, zięby Darwina, czaple galapagoskie, pelikany czy flamingi. W 1959 r. cały region objęto ochroną parku narodowego. Prawie 20 lat później, w 1978 r., wyspy wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Dziś archipelag zamieszkuje niecałe 30 tys. osób, ale w ciągu roku przybywa na niego ponad 200 tys. turystów.

Podczas pobytu na Galapagos ma się niepowtarzalną okazję zobaczenia z bliska zwierząt, które nie występują nigdzie indziej na świecie. Ruch turystyczny jest tu ograniczony, ale wszystkie dostępne miejsca, takie jak Stacja Badawcza im. Charlesa Darwina w mieście Puerto Ayora na Santa Cruz, okolice do nurkowania, tunel z lawy oraz trasy trekkingowe, są warte zainteresowania. Na archipelagu znajdują się liczne wulkany. Najwyższy, Wolf, wznosi się na największej wyspie, Isabeli, i mierzy 1707 m n.p.m. Najpopularniejszym sposobem poznawania Galapagos są kilku- lub kilkunastodniowe rejsy niewielkimi statkami. W trakcie takiej wycieczki zwiedza się różne miejsca na archipelagu i nurkuje, a na noc wraca na pokład. Wizyta na tych niezwykłych wyspach może być zdecydowanie jednym z najpiękniejszych i najbardziej nietypowych doświadczeń w życiu. Ja na pewno kiedyś na nie wrócę, bo czuję niedosyt wrażeń.

 

Kajmany zamieszkują rozlewiska rzek w ekwadorskim regionie Oriente (Wschód)

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

W AMAZOŃSKIM LESIE

Z unikatowego archipelagu przenosimy się na kontynent i to na wschodnią stronę Andów, gdzie jest zielono i wilgotno. Czwarty świat Ekwadoru stanowi fragment Amazonii, zwany tutaj Oriente (Wschód). Region ten pokrywa prawie połowę całego obszaru kraju. Co ciekawe, to właśnie w tej okolicy hiszpańscy konkwistadorzy pod przywództwem Francisca de Orellany (1511–1546) odkryli dorzecze Amazonki i jej górny bieg w XVI w. Samą rzekę nazwano podobno od plemienia Amazonek, ponieważ po drodze wyprawa odkrywcza spotkała kobiety-wojowników.

Amazońskie gęste lasy deszczowe są prawdziwym królestwem flory i fauny. Mimo swoich dużych rozmiarów Oriente jest regionem słabo zasiedlonym. W jego granicach znajduje się tylko kilka miast i według szacunków obszar zamieszkuje ok. 750 tys. ludzi. W ekwadorskiej Amazonii założono cztery parki narodowe i kilka rezerwatów przyrody. Niektóre źródła podają, że na terenie Parku Narodowego Yasuní (Parque Nacional Yasuní) występuje największa bioróżnorodność na świecie.

Aby dostać się do lasów deszczowych Oriente i móc na własne oczy zobaczyć tę wyjątkową krainę dzikiej przyrody, trzeba skorzystać z usług tutejszych doświadczonych przewodników. Samodzielna wyprawa jest nie najlepszym pomysłem. W Ekwadorze działa sporo firm, które organizują kilkudniowe wycieczki do Amazonii. W programie są również noclegi w specjalnych domkach w lesie i rozmaite atrakcje, jak np. łowienie piranii, pływanie łódką po rzece, poznawanie gatunków roślin i zwierząt, a niekiedy także spotkania z rdzennymi mieszkańcami tych terenów i uczestniczenie w ich codziennym życiu. Jeśli ktoś nie ma ochoty na dłuższy pobyt w wilgotnym, tropikalnym klimacie, może dojechać do Teny (niewielkiej stolicy prowincji Napo) i wybrać się na jednodniową wycieczkę w leśną gęstwinę. Przedsmak lasu deszczowego zapewnia już okolica wspomnianych miejscowości Baños i Papallacta, do których łatwiej się dostać niż do miast w regionie Oriente.

***

Góry i niziny, śnieg i parny tropik, ocean i lasy deszczowe, ciekawi ludzie i niesamowite zwierzęta – wszystko to czeka na wyciągnięcie ręki w Ekwadorze. Ten kraj naprawdę łączy w sobie cztery światy. Warto samemu się o tym przekonać.

Wydanie Wiosna 2018

Cztery zachwycające światy Ekwadoru

 

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Ekwador jest najmniejszym krajem andyjskim (o powierzchni 256 370 km2), który tworzą cztery regiony – Amazonia, góry (sierra), wybrzeże (costa) i słynne Wyspy Galápagos. Każdy z nich to zupełnie odmienny świat. Dzięki temu Ekwador może się poszczycić ogromną bioróżnorodnością. Nic więc dziwnego, że mówi się o nim jako „Ameryce Południowej w pigułce”. Tylko tutaj możemy poznać cztery zachwycające światy, z których jeden jest piękniejszy od drugiego…

Więcej…

Etiopia – Tybet Czarnego Lądu

ANNA KRYPA
WWW.COMEANN.COM

 

<< Etiopia hipnotyzuje intensywnym aromatem kawy, zachwyca bogactwem i różnorodnością zabytków, wspaniałą kulturą i zapierającymi dech w piersiach dziewiczymi krajobrazami. To najbardziej górzysty kraj Afryki, a swoim niesamowitym urokiem przyciąga miłośników trekkingu z całego świata, którym oferuje niezliczoną liczbę tras i szlaków. Nigdy niedotknięty kolonizacją jest także, obok Japonii i Iranu, jednym z najstarszych państw na ziemi. >>

Więcej…