NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

<< Na niewielkim skrawku lądu leżącym na popularnym półwyspie Jukatan nad Morzem Karaibskim odnajdziemy zupełnie inny świat, nie przypominający tętniących typowo latynoamerykańskimi rytmami swoich sąsiadów – Meksyku i Gwatemali. Tu poczujemy klimat Karaibów – spotkamy na ulicy sobowtórów Boba Marleya, będziemy bawić się do białego rana w klubach reggae na koralowych wysepkach, odkryjemy tajemniczą kulturę Garifuna i zapomniane przez wszystkich ruiny Majów. To, co fascynuje w tym kraju podróżników, to przede wszystkim różnorodność kulturowa i wielość grup etnicznych, które funkcjonują obok siebie w zgodzie na tak małej przestrzeni. Poza tym znajdziemy tutaj dziewicze tereny, parki narodowe i rezerwaty oraz wybrzeże strzegące największych skarbów podwodnego królestwa. >>

W rodzinie państw Ameryki Środkowej Belize jest niczym mała zbuntowana siostra, która na przekór rodzeństwu postanowiła urządzić wszystko po swojemu. Toteż na swoje majańskie ziemie zaprosiła wygnany z Małych Antyli lud Garifuna, sprowadziła kontraktowych robotników z Chin i Indii, aby na końcu zwołać do wspólnego stołu holenderskich amiszów. Te skolonizowane przez Wielką Brytanię tereny, nazywane od 1862 r. Hondurasem Brytyjskim, stanowiły jedyną brytyjską kolonię w tej części Ameryki. Ostatecznie niepodległość kraj uzyskał we wrześniu 1981 r., kiedy to stał się monarchią konstytucyjną należącą do Wspólnoty Narodów (The Commonwealth). Funkcję języka urzędowego pełni angielski, a z belizeńskich dolarów (BZD) do dziś spogląda na nas młode oblicze królowej Elżbiety II w towarzystwie ryb, skorupiaków, tukana i tapira.

FOT. BELIZE TOURISM BOARD

Wodospad Motyli w uroczym Mountain Pine Ridge Forest Reserve


Wśród swojego hiszpańskojęzycznego rodzeństwa Belize jako jedyne tak konsekwentnie prowadzi politykę proekologiczną. Na powierzchni 23 tys. km², czyli niemal 14-krotnie mniejszej od Polski, znajduje się aż 17 parków narodowych i ponad 40 rezerwatów różnego rodzaju, zajmujących łącznie powyżej 35 proc. terytorium całego kraju. To ewenement na skalę świata! Belizeński rząd sprzeciwia się nieplanowanemu rozwojowi przemysłu i ingerującym w przyrodę zagranicznym inwestycjom. Stawia przede wszystkim na ekoturystykę oraz ekskluzywną turystykę wypoczynkową, a w ostatnim czasie szczególnie na turystykę ślubną.

OD STRONY MORZA
Bramą do Belize od strony północnej jest meksykańskie miasto Chetumal, stolica stanu Quintana Roo, skąd turystyczna water taxi (wodna taksówka) zabiera nas na piaszczyste wyspy (cays). Mijając przepiękne przybrzeżne atole, laguny, malownicze estuaria rzek i lasy namorzynowe, będące siedliskiem cennych zagrożonych gatunków, w tym żółwi morskich, manatów karaibskich i krokodyli amerykańskich, płyniemy wzdłuż najdłuższej na półkuli północnej rafy koralowej – Mezoamerykańskiego Systemu Rafy Barierowej (ma ponad 1000 km długości!) ciągnącego się równolegle do wybrzeża Jukatanu: od należącej do Meksyku wysepki Contoy po honduraskie Wyspy Bahía (Islas de la Bahía). To drugie (po australijskiej Wielkiej Rafie Barierowej – Great Barrier Reef) największe skupisko żywych koralowców na naszej planecie. Znaczny fragment ok. 300-kilometrowej belizeńskiej części tego cudu natury wchodzi w skład Systemu Rezerwatu Rafy Barierowej Belize (Belize Barrier Reef Reserve System). W 1996 r. wpisano go na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Szczególnej ochronie podlega 7 rezerwatów morskich, 450 wysepek (cays) i 3 atole: Turneffe, Lighthouse Reef i Glover’s Reef, o łącznej powierzchni 960 km2. Region ten stanowi prawdziwy raj dla nurków – występuje tu 106 gatunków koralowców oraz 500 gatunków ryb, a temperatura tych krystalicznie czystych wód sięga 26°C.

PODWODNA JASKINIA
Mekką dla wielbicieli podwodnych przygód z całego świata jest też Great Blue Hole (Wielka Błękitna Dziura) – widoczna z kosmosu, wielka rozpadlina na Morzu Karaibskim, o średnicy ponad 300 i głębokości 124 m. Na skutek podniesienia się poziomu morza ta niegdyś jaskinia lądowa po zawaleniu się stropu została całkowicie zalana. Obecnie otaczają ją turkusowe wody i pierścień żywej rafy. 35 m p.p.m. znajduje się w niej sala z wielkimi stalaktytami. Całodniowa wycieczka do Great Blue Hole trwa ok. 10 godz., a ceny zaczynają się od ok. 200 dolarów amerykańskich. Warto pamiętać, iż najlepszą porę na nurkowanie w tym rejonie stanowią miesiące od stycznia do maja. W okresie od czerwca do grudnia plany mogą nam pokrzyżować częste opady deszczu. Tę szczególną atrakcję Ameryki Środkowej eksperci umieszczają zawsze w pierwszej 10. najlepszych miejsc nurkowych na ziemi.

FOT. BELIZE TOURISM BOARD

Great Blue Hole u wybrzeży Belize

Great Blue Hole leży w odległości 70 km od Belize City, jednak najlepszym punktem wypadowym w jej okolicę jest Ambergris Caye – największa belizeńska wyspa o długości ok. 40 i szerokości 1,6 km. Niegdyś zamieszkana przez Majów, przez lata odgrywała rolę portu dla piratów oraz schronienia dla Meksykanów uciekających z kraju przed wojną kast. Obecnie, dzięki swojemu położeniu w sąsiedztwie rafy koralowej, to najpopularniejszy kierunek turystyczny w Belize. Znajdziemy tutaj luksusowe hotele oferujące pobyty w formie all inclusive, resorty spa, ekskluzywne restauracje i blichtr tak charakterystyczny dla tego typu oaz dla turystów. Wyspa posiada lotnicze połączenie z Belize City, skąd, podobnie jak z meksykańskiego Chetumal, dopłyniemy na nią także promem.

RELAKS NA WYSPIE
Nieco inną atmosferę odkryjemy na położonej na południe od Ambergris malutkiej wyspie Caye Caulker (ok. 8 km długości i 1,5 km szerokości), cieszącej się dużą popularnością wśród backpackersów (ludzi podróżujących indywidualnie z plecakiem) i osób stroniących od modnych kurortów i masowej turystyki. Jej motto brzmi go slow (z ang. „zwolnij”), co doskonale tłumaczy tutejszy nieśpieszny rytm dnia. Konsekwentnie stosują się do niego uśmiechnięci rastafarianie, turyści odpoczywający w hamakach i kierowcy wózków golfowych – głównego środka komunikacji na wysepce. Oprócz własnych zakurzonych i bosych stóp w przemieszczaniu się po tym rajskim skrawku lądu pomogą nam tylko rowery, natomiast kajakiem możemy eksplorować przybrzeżne lasy namorzynowe, zasiedlone przez dzikie ptactwo. Caye Caulker zamieszkuje ok. 1300 osób, dlatego zaledwie po dwóch dniach pobytu na niej stajemy się częścią wesołej karaibskiej rodziny. Tu po zachodzie słońca usłyszymy, jak Bob Marley śpiewa Get up, stand up, i wybierzemy się do klubu reggae lub barów, gdzie wyśmienitego homara popija się wybornym karaibskim rumem.
W trakcie wizyty na wyspie warto poświęcić jeden beztroski dzień spędzony w hamaku na snorkeling w Morskim Rezerwacie Hol Chan (Hol Chan Marine Reserve) ze słynnym obszarem Shark Ray Alley. Podczas całodniowej wyprawy łodzią będziemy nurkować z płaszczkami, rekinami, żółwiami morskimi i ogromnymi barakudami. Spokojne rytmy reggae nie opuszczą nas ani na moment – zadba o to nasz czarnoskóry kapitan. Trzeba jednak przyznać, że ta muzyka znakomicie komponuje się z widokiem cichego lazurowego morza.

KALEJDOSKOP BELIZEŃCZYKÓW
Tymczasem wracamy na stały ląd do byłej stolicy państwa – Belize City, nazywanej czarną dziurą Ameryki Środkowej. W 1961 r. została ona niemal zupełnie zniszczona przez huragan Hattie, dlatego 9 lat później podjęto decyzję o przeniesieniu siedziby rządu i administracji do miasta Belmopan. Oba ośrodki można bez wielkich wyrzutów sumienia pominąć w podróży po Belize i potraktować jako przystanki pomiędzy innymi znacznie ciekawszymi miejscami na mapie kraju. Ruszamy zatem na wycieczkę lokalnym autobusem firmy James Bus Line – oczywiście przyozdobionym w barwy rastafarian: czerwień, żółć i zieleń. To idealna okazja, aby zaobserwować przekrój belizeńskiego społeczeństwa. Wśród pasażerów dostrzegamy Metysów, Kreoli, przedstawiciela ludu Garifuna i sympatyczną rodzinę amiszów. Tuż za kierowcą usiadł mężczyzna pochodzenia chińskiego, a bilety sprzedaje urocza dziewczyna o charakterystycznej hinduskiej urodzie. Kolonizacja, niewolnictwo i trwające wieki migracje odegrały ogromną rolę w kształtowaniu się populacji Belize. Obecnie wśród jego obywateli (ok. 340 tys. ludzi) wyróżnia się kilka grup etnicznych władających 8 językami. Najliczniejsi są Metysi (49,7 proc. społeczeństwa) oraz Kreole (21,8 proc.). Na dalszych pozycjach znajdują się Majowie (9,9 proc.), grupy multietniczne (6,2 proc.), Garifuna (4,6 proc.), niemieccy i holenderscy mennonici (3,6 proc.) oraz Hindusi (2,3 proc.). Choć oficjalnie używa się języka angielskiego, większość mieszkańców posługuje się lokalną odmianą kreolską na bazie angielskiego (Belize Kriol English, Belizean Creole), poza tym usłyszymy tutaj również bardzo często hiszpański, a także garifuna, 3 języki z rodziny majańskiej (kekczi, mopan i maya), niemiecki, plautdietsch (język mennonitów) oraz język kantoński (jeden z języków chińskich). Szacuje się, że ponad połowa Belizeńczyków jest przynajmniej dwujęzyczna, co wynika – oczywiście – z różnorodności etnicznej kraju i sąsiadowania z hiszpańskojęzycznymi Meksykiem i Gwatemalą.
Niewiele osób kojarzy Belize z kulturą Majów, tymczasem znaczna część jego terytorium stanowi centralny obszar rozwoju tej cywilizacji. Odnotowano tu aż 1400 stanowisk archeologicznych, które prezentują miejsca ceremonii, majestatyczne kamienne struktury, piramidy oraz przedmioty wykonane z jadeitu i kamienia. Większość obiektów kryje gęsty las tropikalny, jednakże dużą ich liczbę udało się przystosować do zwiedzania. Szczególnym uznaniem cieszą się ruiny Lamanai położone koło pięknej laguny na New River (Río Nuevo), czyli rzece Nowej.

FOT. BELIZE TOURISM BOARD

Stanowisko archeologiczne Lamanai

 

Aby do nich dotrzeć, należy pokonać łodzią ok. 42-kilometrową trasę. Już sama podróż dostarczy niezapomnianych wrażeń – przyjrzymy się podczas niej krokodylom, wyjcom i dzikiemu ptactwu gnieżdżącemu się u rzecznych brzegów. Po osiągnięciu celu wyprawy, w trakcie spaceru pośród porośniętych bujną roślinnością pozostałości kompleksu i wspinaczki (na własne ryzyko) na najwyższą jego piramidę (33-metrową), tzw. Wysoką Świątynię (High Temple), poczujemy się niczym filmowy archeolog i poszukiwacz przygód Indiana Jones.

PRZYBYSZE Z KARAIBÓW
Szczególne miejsce w kulturze Belize zajmuje społeczność Garifuna. Ich historia od samego początku jest naznaczona walką o wolność. Podobno w 1635 r. dwa hiszpańskie statki z nigeryjskimi niewolnikami na pokładzie rozbiły się u wybrzeży wyspy Saint Vincent. Ci, którzy przetrwali katastrofę, znaleźli schronienie na tym niewielkim lądzie w domach Karaibów i po dziesiątkach lat stworzyli nową grupę etniczną – Garifuna. Jej przedstawiciele znani są także jako Garinagu lub Czarni Karaibowie. Spór Wielkiej Brytanii i Francji o dominację na Małych Antylach doprowadził do tragicznych wydarzeń na Saint Vincent. W latach 1795–1797 (tzw. II wojna Karaibów – Second Carib War) Brytyjczycy dopuścili się na niej krwawych rzezi, w wyniku których Garifuna poddali się i zostali deportowani na wyspę Roatán należącą obecnie do Hondurasu. 5 lat później pojawili się u wybrzeży dzisiejszego Belize. Jednak za oficjalną datę przybicia Czarnych Karaibów do jego brzegów (do miasta Dangriga) uznaje się 19 listopada 1832 r. Dziś w każdą rocznicę tego zdarzenia obchodzi się hucznie święto narodowe w całym kraju – tzw. Garifuna Settlement Day, czyli Dzień Osiedlenia się Garifuna. Najlepsze nastroje panują wtedy zwłaszcza w dystryktach Stann Creek i Toledo, gdzie żyje najwięcej Garinagu. Uroczystości na południu Belize trwają tydzień, a podczas nich odbywają się huczne parady, pokazy tradycyjnych tańców, występy bębniarzy, barwne ceremonie oraz modlitwy, a nawet wybory Miss Garifuna.

FOT. BELIZE TOURISM BOARD

Muzycy Garifuna podczas majowego belizeńskiego Festiwalu Czekolady

Czarni Karaibowie zamieszkują również wybrzeże Gwatemali, Honduras i Nikaraguę (cała grupa etniczna liczy obecnie ok. 600 tys. przedstawicieli). Ich język, taniec i muzyka stanowią unikatowe elementy kultury Garifuna, które w 2001 r. zostały wpisane na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Już od 1981 r. istnieje w Belize Narodowa Rada Garifuna (National Garifuna Council of Belize), która stawia sobie za cel ochronę zwyczajów i tradycji tej społeczności, a także generowanie jej rozwoju gospodarczego, m.in. poprzez inwestycje w edukację i szkolenia dla młodzieży. Instytucja ta współpracuje w tym zakresie z podobnymi organizacjami funkcjonującymi na terenie Gwatemali i Hondurasu.
    Sercem kultury Garifuna jest założona w 1802 r. 10-tysięczna Dangriga (stolica dystryktu Stann Creek). Już przy wjeździe do miasta intryguje nas ogromny bęben stojący przy skrzyżowaniu. Życie Garinagu, którzy stanowią obecnie 80 proc. mieszkańców miejscowości, biegnie nieśpiesznie rytmem wybijanym właśnie na tym instrumencie lub żółwich skorupach. To tutaj zdecydowanie najhuczniej świętuje się rocznicę przybycia tego ludu do Belize. Również w Dangridze mieszkają słynny muzyk Pen Cayetano – twórca punta rocka w 1978 r. – oraz Austin Rodriguez, który od wielu lat w swoim warsztacie przy plaży własnoręcznie wyrabia bębny trafiające na krajowy i międzynarodowy rynek. W mieście warto odwiedzić działające od 2004 r. Muzeum Garifuna Gulisi (Gulisi Garifuna Museum), nazwane tak od imienia kobiety, która przeżyła wygnanie z wyspy Saint Vincent i wraz ze swoimi 13 dziećmi dotarła do belizeńskich brzegów i założyła osadę Punta Negra (dystrykt Toledo). W placówce poznamy historię, pochodzenie, kulturę i tradycje Czarnych Karaibów. Multimedialne prezentacje, mapy, stroje, rekwizyty oraz wystawy ukazujące współczesne życie przedstawicieli tej społeczności są naprawdę imponujące. Większości z tych informacji nie znajdziemy obecnie nawet w internecie.

PRZY DŹWIĘKACH MUZYKI
Liczna populacja Garifuna zamieszkuje też ponad 5-tysięczną miejscowość Punta Gorda, stolicę dystryktu Toledo. Można się stąd udać wodną taksówką do Gwatemali (do portu w Puerto Barrios lub Livingston). To najdalej na południe wysunięte miasto Belize jest zarazem jedynym punktem imigracyjnym w tej części kraju. Przez 4 dni w tygodniu zjeżdżają do niego farmerzy z okolicznych wiosek, aby swoje produkty sprzedać nie tylko miejscowym, ale także przybywającym z drugiego brzegu Zatoki Honduraskiej Gwatemalczykom. Dzień przechodniom w Punta Gorda umilają uliczni muzycy grający punta rocka, najpopularniejszy obecnie gatunek w Belize, na którego utwory składają się wibrujące rytmy bębnów, elektrycznej gitary i keyboardu. Określa się go jako współczesną odmianę tradycyjnej muzyki punta, będącej nieodłącznym elementem kultury Garinagu. Tego typu melodie usłyszymy podczas festiwali, towarzyskich spotkań, całonocnych zgromadzeń, a nawet rytuałów kierowanych do zmarłych przodków. Dialog pomiędzy kobietą a mężczyzną, prowadzony przy dźwiękach bębnów, grzechotek i odgłosach wydobywanych z morskich muszli, oddają tu zmysłowe ruchy ciał. Oprócz punta rocka w lokalnych barach króluje również reggae. Zapowiedzi obchodów dnia Boba Marleya kuszą nas, aby zostać w tych stronach nieco dłużej, tym bardziej, że do odkrycia pozostało nam jeszcze tak wiele...
Belize bez wątpienia zasługuje na miano małego kraju wielkich możliwości. Dzięki proekologicznej polityce i stosunkowo niewielkiemu ruchowi turystycznemu udaje się tutaj zachować w stanie nienaruszonym najcenniejsze ekosystemy. Z kolei duża różnorodność etniczna belizeńskiego społeczeństwa sprawia, że to przepiękne państwo Ameryki Środkowej, położone w dodatku na dawnych ziemiach Majów, fascynuje miłośników coraz popularniejszej turystyki kulturowej.

Artykuły wybrane losowo

Kenia, Tanzania, Lamu i Zanzibar – 101 cudów Afryki

ELŻBIETA I ROBERT PAWEŁEK

 

<< Dla większości podróżników zakochanych w Czarnym Lądzie Kenia i Tanzania nie mają sobie równych. To kraje bajecznie piękne, magiczne i wciąż dzikie. Warto odwiedzić je szczególnie w porze tzw. Wielkiej Migracji, kiedy rozgrywa się jeden z najbardziej widowiskowych spektakli przyrody na ziemi. Jeśli przy okazji upolujemy aparatem fotograficznym całą Wielką Piątkę Afryki (lwa, słonia, bawoła, nosorożca czarnego i lamparta), nasze safari będziemy mogli zaliczyć do udanych i wyruszyć na zasłużony odpoczynek na afrykańskie wyspy – kenijską Lamu i słynny tanzański Zanzibar – prawdziwe miniaturowe wersje raju. >>

 FOT. KENYA TOURISM BOARD

Terytoria obu państw znajdowały się w swojej historii w granicach kolonii brytyjskiej. O czasach tych przypomina dzisiaj powszechny w sferze oficjalnej język angielski. Rdzenni mieszkańcy Kenii i Tanzanii posługują się jednak suahili, którego główny dialekt unguja pochodzi z wyspy Zanzibar.

Afryka jest mistyczna: dzika, piekielnie upalna, stanowi raj dla fotografujących i myśliwych, krainę utopii dla eskapistów. Jest tym, czego pragniesz, wymyka się wszelkim interpretacjom – pisała w swoich pamiętnikach West with the Night słynna kenijska pilotka urodzona w Wielkiej Brytanii Beryl Markham (1902–1986). Dla pasjonatów nieskażonej natury liczą się tu przede wszystkim dwa miejsca: Maasai Mara National Reserve (Rezerwat Narodowy Masai Mara) w Kenii i Serengeti National Park (Park Narodowy Serengeti) w Tanzanii. Jedną z największych atrakcji są w nich duże ssaki. Jednak ani gepard, ani lew, ani nawet sympatycznie wyglądające, choć groźne w rzeczywistości hipopotamy nie wystawią się nam same do zdjęcia. Niemal na każdym kroku napotkamy za to stada płochliwych oryksów czy żyjące gromadnie zebry, od których aż mieni się w oczach.

Więcej…

KOSTARYKA – LATYNOSKA OAZA SZCZĘŚCIA

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Niewielka Kostaryka zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych krajów Ameryki Centralnej. Nie znajdziemy tu dawnych miast prekolumbijskich cywilizacji, barwnych grup etnicznych czy uroczych, kolonialnych miasteczek. Największym jej bogactwem jest dziewicza natura: gęste lasy tropikalne, piękne plaże ciągnące się kilometrami, majestatyczne wulkany i krystalicznie czyste wodospady oraz niezwykła różnorodność flory i fauny. Na powierzchni sześć razy mniejszej niż terytorium Polski występuje ponad 500 tys. gatunków roślin i zwierząt, z czego aż 10 proc. to endemity. Powyżej 25 proc. obszaru państwa stanowią tereny objęte ochroną – należą do parków narodowych i rezerwatów. Kostaryka jest prawdziwym rajem dla miłośników przyrody. >>

 

Park Narodowy Manuel Antonio na pacyficznym wybrzeżu kraju, koło miasta Quepos

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Nazwa kraju w języku hiszpańskim – Costa Rica – oznacza Bogate Wybrzeże. Wymyślił ją podobno sam Krzysztof Kolumb, który jako pierwszy Europejczyk dotarł tu we wrześniu 1502 r. Na widok złotych ozdób miejscowej ludności zaświeciły mu się oczy. Był przekonany, że znajdzie w tych stronach niemałe pokłady tego drogocennego kruszcu. Poszukiwania nie przyniosły jednak oczekiwanego rezultatu. Dodatkowo utrudniała je dzika roślinność karaibskiego wybrzeża. Zainteresowanie kolonizatorów tym trudnym i niedostępnym terenem osłabło.

Obecnie Kostaryka jest jednym z najlepiej rozwiniętych państw regionu. Jej mieszkańcy, którzy sami mówią na siebie ticos i ticas, według wielu rankingów (takich jak np. Happy Planet Index) są najszczęśliwszym narodem świata. Do tego na tle burzliwej przeszłości, problemów politycznych i społecznych swoich sąsiadów kraj ten wydaje się prawdziwą oazą pokoju i spokoju. W grudniu 1948 r. w Kostaryce została rozwiązana armia. Ówczesne władze zadecydowały, że zamiast w wojsko wolą zainwestować w edukację i opiekę medyczną. Dzięki temu dziś wskaźnik analfabetyzmu w kraju jest bardzo niski. Nie znaczy to jednak, że Kostaryka nie boryka się z żadnymi problemami. Gołym okiem widać ogromne dysproporcje społeczne, a niemal jedna piąta ludności żyje w ubóstwie.

 

EKOLOGICZNY PRYMUS

Przekraczając granicę Nikaragui z Kostaryką, byliśmy do nowego kraju nastawieni dość sceptycznie. Trochę przerażały nas historie o wysokich cenach, tłumach amerykańskich turystów i komercji. Naszym pierwszym przystankiem stało się wybrzeże prowincji Guanacaste. To jeden z najbardziej suchych regionów w Kostaryce, a my czuliśmy się spragnieni tej bujnej, tropikalnej zieleni, którą kojarzyliśmy ze zdjęć. Plaże w Nikaragui wcale nie wyglądały gorzej, a przynajmniej ludzi było mniej – komentowaliśmy, mijając kolejne hotele i restauracje. Trafiliśmy akurat na weekend i iście piknikową atmosferę. Spotykaliśmy liczne rodziny i grupy przyjaciół, wokół roznosił się zapach grillowanego mięsa.

Pomimo sporej liczby ludzi kostarykańskie plaże są zaskakująco czyste. Wszyscy sprzątają po sobie, a śmieci lądują na swoim miejscu – w koszu. Wyjątkowo spokojna woda Pacyfiku jest przyjemnie ciepła i ma piękny, turkusowoszmaragdowy kolor. Pierwszy raz czuliśmy, że coś w nas mięknie i nie możemy przestać się uśmiechać. W trakcie naszej długiej podróży po Ameryce Centralnej widzieliśmy wiele pięknych miejsc. Często jednak nie byliśmy w stanie do końca się nimi cieszyć, bo całą radość psuły nam sterty papierków, plastikowe woreczki i butelki. W Kostaryce na szczęście jest inaczej.

Większość mieszkańców kraju naprawdę dba o przyrodę. Kolejne rządy bardzo angażują się w działalność na rzecz ekologii. Dzięki dużym opadom deszczu i aktywności geotermalnej Kostaryka jest pionierem na skalę światową, jeśli chodzi o wykorzystanie alternatywnych źródeł energii. Obecnie stawia sobie za cel osiągnięcie neutralności pod względem emisji dwutlenku węgla oraz całkowitą eliminację plastikowych produktów jednorazowego użytku, takich jak reklamówki, butelki, słomki itp. Te zadania kraj chce spełnić do 2021 r.

 

„PURA VIDA”

Kiedy pytamy miejscowych, jak dojechać na kolejną plażę, tłumaczą nam cierpliwie kolejne odcinki trasy. Na nasze podziękowania uśmiechają się od ucha do ucha i odpowiadają zgodnym chórem: Pura vida!. To samo słyszymy od kobiety, od której kupujemy przy drodze banany i ananasa. Tak witają nas też inni plażowicze, gdy rozkładamy się koło nich z naszym dobytkiem.

W dosłownym tłumaczeniu wyrażenie to znaczy „czyste życie”. Służy jako pozdrowienie, podziękowanie, odpowiedź na pytanie Co słychać?. Jest idealne na niemal każdą okazję i zawsze wyratuje nas w sytuacji, gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Wcześniej wydawało nam się, że to nic innego jak reklamowe hasło mające przyciągnąć i zaintrygować turystów. Nic bardziej mylnego! Dla ticos i ticas oznacza zdecydowanie coś więcej. To piękna filozofia życia wyrażająca radość, poszanowanie dla natury i bliskich. Ludzie tutaj dbają o swoje dobre samopoczucie, unikają konfliktów i nie tworzą sztucznych problemów. Czym można się martwić, skoro wokół jest tak pięknie?

 

NA TROPIE LENIWCA

Po kilku dniach na wybrzeżu stwierdzamy, że plażowania mamy dość i ruszamy w stronę słynnego Rezerwatu Lasu Mglistego Monteverde (Reserva Biológica Bosque Nuboso Monteverde). Po dwóch godzinach jazdy zarówno krajobraz, jak i pogoda zmieniają się diametralnie. Droga wije się wśród zielonych gór (Sierra de Tilarán). W pewnym momencie asfalt się kończy i dalej jedziemy już wąską szutrówką. Robi się znacznie chłodniej, a niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami. Roślinność staje się coraz gęstsza, coraz bardziej onieśmielająca.

Na miejsce dojeżdżamy już po zmroku. Okolice Monteverde to prawdziwe zagłębie turystyczne. Poza spacerem po słynnym mglistym lesie można tu wybrać się do ranarium (parku żab) lub mariposarium (motylarni) czy odwiedzić plantację kawy. Nie brakuje też atrakcji dla osób szukających mocniejszych wrażeń: wiszące mosty, zjazd na linie między koronami drzew. Zatrzymujemy się na spokojnym polu namiotowym przy pięknej polance. Jego właściciel namawia nas na nocne poszukiwania leniwców. Chwilę się zastanawiamy, ale jesteśmy zmęczeni po podróży i trochę odstrasza nas deszcz. Kiedy godzinę później widzimy grupę liczącą ponad 20 osób, nie żałujemy, że się nie zdecydowaliśmy. Znajdziemy leniwca sami.

Rano przy naszym obozowisku buszuje aguti. To całkiem spory gryzoń o złocistorudej sierści, charakterystyczny dla tropikalnych lasów Ameryki Środkowej i Południowej. Kiedy zdaje sobie sprawę z naszej obecności, od razu ucieka. Uznajemy to jednak za dobry znak i tuż po śniadaniu ruszamy wytropić leniwca. Nie jest to takie proste zadanie. Zwierzęta te prowadzą nocny tryb życia, a w ciągu dnia większość czasu śpią gdzieś wysoko w koronie drzew. Ich nazwa nie wzięła się znikąd. Leniwce poruszają się niespiesznie, wolno jedzą i trawią, a na ziemie schodzą jedynie raz w tygodniu, aby się wypróżnić.

Zadzieramy wysoko głowy i szukamy włochatej kuli między gałęziami. Kilka razy wydaje nam się, że już go mamy. Po bliższym przyjrzeniu się zauważamy jednak, że to jedynie guzy na pniu drzewa. Nie poddajemy się. Spacer po lesie okazuje się prawdziwą przyjemnością. Po wczorajszym deszczu wciąż jest bardzo wilgotno, a lekka mgła otula wierzchołki drzew. Gęsta roślinność plącze się wokół nas i tworzy swoisty labirynt. Przyglądamy się konarom porośniętym mchem i ogromnym paprociom. W pewnym momencie dociera do nas charakterystyczne stukanie. Tuż obok dostrzegamy dzięcioła. Znów rozglądamy się wokół i nagle… jest! Tym razem nie ma mowy o pomyłce. Widzimy delikatny ruch łapy i zarys pazurów. Robimy zdjęcia i dla pewności powiększamy obraz na ekranie aparatu. Wszystko się zgadza, pierwszy leniwiec upolowany.

 

Samica leniwca z młodym w tropikalnym lesie w okolicach miasteczka La Fortuna

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŻYCIE W CIENIU WULKANU

Naszym kolejnym przystankiem jest jezioro Arenal, nad którym góruje imponujący wulkan o tej samej nazwie (1670 m n.p.m.). Przez setki lat nie wykazywał żadnej aktywności. Mieszkańcy nie traktowali go jako zagrożenie. Zaczęli wręcz o nim mówić jak o zwykłym górskim szczycie wyrastającym z tropikalnego lasu deszczowego. W lipcu 1968 r. zupełnie niespodziewanie olbrzym obudził się w sposób nagły i gwałtowny. Erupcje trwały kilka dni, a wulkan wypluwał w szale dym, lawę, kamienie i popiół. Trzy niewielkie wioski – Tabacón, Pueblo Nuevo i San Luís – zostały zmiecione z powierzchni ziemi, 87 osób zginęło.

Przez 42 lata Arenal był jednym z najbardziej aktywnych wulkanów świata i stał się wizytówką Kostaryki. Tłumy turystów przyjeżdżały do miasteczka La Fortuna, żeby obserwować jego napady złości. Nieoczekiwanie osiem lat temu uspokoił się. Wciąż zdarza mu się groźnie zabulgotać lub wyrzucić kolumnę popiołu, ale już nie w tak spektakularny sposób jak wcześniej. Arenal nadal przyciąga jednak przyjezdnych jak magnes. Wulkaniczna magma podgrzewa wodę w gorących źródłach, bardzo licznych w tej okolicy. Najpiękniejsze z nich należą do Tabacón Thermal Resort & Spa. Można tu znaleźć urocze kaskady i naturalne baseny otoczone tropikalną roślinnością. Właściciele chwalą się, że jako jedyni nie ingerują w działania przyrody. Odpoczynek w tych niecodziennych okolicznościach i luksusowych warunkach ma dość wygórowaną cenę. Na szczęście w pobliżu znajdują się gorące źródła na każdą kieszeń, nawet darmowe.

Kostaryka należy do światowych liderów ekoturystyki. Powstaje tutaj wiele obiektów, które za cel stawiają sobie harmonijne współistnienie z naturą. Jednym z nich jest Finca Luna Nueva Lodge. Można go określić jako hotel w sercu lasu deszczowego, ale to coś znacznie więcej. Nad krzewami otaczającymi ścieżkę unoszą się kolorowe kolibry. Przy basenie tukany skubią owoce palm. Największą gwiazdą jest tu jednak kilkutygodniowy leniwiec, który wczepiony w mamę nieśmiało spogląda na świat. Niedługo matka będzie musiała go opuścić – tłumaczy nam Alberto, prawdziwy pasjonat przyrody. Wybierze mu najbezpieczniejsze miejsce z najlepszym dostępem do pożywienia i zostawi go, żeby nauczył się samodzielności. To będzie dla niego szok. Porzucony maluch zaczyna wtedy rozpaczać i płakać. Brzmi to niemal jak płacz dziecka. Często ludzie znajdują takie leniwce, litują się nad nimi i zabierają do różnych ośrodków dla zwierząt, a tak naprawdę właśnie w ten sposób mogą im zaszkodzić.

Alberto pokazuje nam sporą część farmy. To tutaj uprawia się niemal wszystko, co można znaleźć na talerzu w hotelowej restauracji. Zaczęło się od imbiru i kurkumy. Obecnie na farmie są uprawy egzotycznych owoców, warzyw, ziół i przypraw. Nasz przewodnik odkrywa przed nami fascynujący świat roślin. Daje nam do spróbowania różnego rodzaju liście. Niektóre z nich wykorzystuje się w medycynie, inne podaje wojownikom przed walką, jeszcze inne mogą pomóc wyeliminować wroga. W zasadzie mam tutaj pod ręką wszystko, czego potrzebuję – śmieje się Alberto.

 

AROMATYCZNE ZIARNO ZŁOTA

Podczas pobytu w okolicach San José, Cartago czy Alajueli grzechem byłoby nie odwiedzić jednej z licznych plantacji kawy. Obszar kotliny Meseta Central (Valle Central) charakteryzuje się żyzną, wulkaniczną glebą. Panują tu idealne warunki do uprawy kawowca. Kawa odegrała bardzo ważną rolę w historii Kostaryki i wciąż ma duże znaczenie dla gospodarki tego kraju. Często nazywana jest grano de oro, co znaczy „ziarno złota”. Przywieziono ją ok. 1776–1779 r. z Jamajki. Jej uprawa szybko stała się głównym źródłem dochodów miejscowych, a sam produkt został ważniejszym towarem eksportowym niż cukier, tytoń i kakao. Początkowo kostarykańska kawa była eksportowana do Chile, skąd wysyłano ją do Wielkiej Brytanii jako pochodzącą z Valparaíso (Café Chileno de Valparaíso). Kiedy Anglicy odkryli źródło pochodzenia produktu, postanowili zainwestować w Kostaryce. Rozwój przemysłu kawowego pozwolił na modernizację kraju. Powstały pierwsze linie kolejowe, a San José stało się drugim po Nowym Jorku miastem Ameryk z publicznym oświetleniem elektrycznym.

Kostarykańska kawa uchodzi za jedną z najlepszych na świecie. Jedyna dopuszczalna w uprawie odmiana to arabica. Popularna w Brazylii robusta jest wręcz zakazana. W kraju działa Instytut Kawy (ICAFE – Instituto del Café de Costa Rica), który wyznacza najwyższe standardy jakości i kontroluje, czy zostają spełnione. Mamy tutaj idealne warunki glebowe i klimatyczne do uprawy kawowca – opowiada nam Alejandro, nasz przewodnik na plantacji Espíritu Santo w prowincji Alajuela. Plantacje w Kostaryce są zdecydowanie mniejsze niż te w Brazylii. To raczej niewielkie, rodzinne biznesy. Priorytet stanowi dla nas jakość. Z tego powodu najważniejszym etapem jest selekcja odpowiednich ziaren. Owoce dojrzewają w różnym tempie, dlatego nie używamy żadnych maszyn, wszystko zbiera się ręcznie. Pokazuje nam tradycyjny kosz, z którego korzystają pracownicy. Jest całkiem spory i pojemny. Stawka za pełny kosz owoców to 2 dolary amerykańskie. Większość pracowników plantacji pochodzi z sąsiedniej Nikaragui i przyjeżdża tu jedynie na czas zbiorów.

 

Śniadanie z ryżem z czarną fasolą (gallo pinto), jajecznicą, platanami i owocami

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

GANGI SZOPÓW NA PLAŻY

Choć Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio) to jeden z najmniejszych parków narodowych w Kostaryce, obecnie bije rekordy popularności. Trudno się temu dziwić. Malownicze położenie, złote plaże na skraju tropikalnego lasu, liczne trasy spacerowe oraz duża liczba zwierząt przyciągają turystów. Znajomi radzą nam odwiedzić park w tygodniu i zjawić się w nim jak najwcześniej. Mimo iż jesteśmy przed bramą o 7.30, na miejscu spotykamy już kilka grup. Niektórym towarzyszy przewodnik, kroczący na przedzie ze sporym teleskopem i wypatrujący mieszkańców lasu.

Szybko wymijamy innych i schodzimy w stronę plaży. Na niej harcują już kapucynki czarno-białe – jeden z czterech gatunków małp występujących w Kostaryce. Mają czarne futro, jedynie na twarzy i w okolicy ramion sierść jest biała. Są bardzo energiczne i szybko się przemieszczają. Na piasku wygrzewają się w słońcu pokaźnych rozmiarów iguany. Po krótkim odpoczynku na plaży decydujemy się przejść na punkty widokowe. Kilkaset metrów dalej, pod drzewami, zauważamy dość duże zgromadzenie. Gałęzie okupują niewielkie, urocze sajmiri rdzawogrzbiete. Zgrabnie przeskakują ponad głowami turystów, którzy próbują uwiecznić ich wyczyny.

Ścieżka zaczyna piąć się w górę. Jest gorąco, słońce świeci bardzo intensywnie. Na szczęście wysokie drzewa dają nam sporo cienia. Wchłaniamy zapachy i odgłosy lasu. Nad nami krążą różne gatunki ptaków, a co jakiś czas słyszymy w liściach szuranie aguti. Gdzieś z oddali dobiega głośne wołanie wyjców. Docieramy na punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama wybrzeża. Turkusowa woda lśni w popołudniowym słońcu. Piaszczyste plaże wyłaniają się spomiędzy zielonych wzgórz porośniętych gęstym lasem. Siadamy na ławce i rozkoszujemy się tym widokiem.

Kiedy wracamy na główną plażę w porze lunchu, jest na niej już całkiem duży tłok. Plażowicze odpoczywają, cieszą się słońcem i ciepłą wodą Pacyfiku. Niektórzy z tej błogości przysypiają. Właśnie na taki moment czekają szopy. Pojawiają się w niewielkich grupach i podkradają do plecaków czy toreb wypełnionych przysmakami. Wykorzystują chwilę nieuwagi, żeby uciec z cennym łupem. Co kilka minut słychać głośne okrzyki i można zobaczyć komiczny pościg za rabusiem. Szopy nic sobie z tego nie robią i po krótkiej przerwie próbują szczęścia ponownie.

 

PÓŁWYSEP OSA

Po kilku tygodniach spędzonych w Kostaryce mieliśmy wrażenie, że zobaczyliśmy już naprawdę wiele i mało rzeczy jest nas w stanie zaskoczyć. Jednak kiedy dojechaliśmy na półwysep Osa, zmieniliśmy zdanie. Według towarzystwa geograficznego National Geographic Society to jedno z miejsc o największej biologicznej różnorodności na świecie.

Głównym miastem jest tu niewielkie Puerto Jiménez. Zatrzymujemy się na przyjemnym kempingu nieopodal siedliska krokodyli. Jego właściciel, Adonis, wita nas szerokim uśmiechem. Naprawdę jesteście z Polski? – dopytuje z niedowierzaniem. A wiecie, że jeden z naszych prezydentów miał polskie korzenie? Rzeczywiście, Teodoro Picado Michalski (1900–1960) rządził tym pięknym krajem Ameryki Centralnej od 1944 do 1948 r. Jego matka, Jadwiga Michalska, pochodziła z Radomska i była prawdopodobnie pierwszą kobietą lekarzem w Kostaryce.

Chociaż nasz kemping znajduje się przy pasie startowym niewielkiego lotniska, czujemy się trochę jak w zoo. Nad głowami latają nam przepiękne, czerwone ary, po trawie leniwie kroczą iguany, kolorowe tukany przysiadają się poskubać bananowce, a wieczorem tuż koło nas przechodzi mrówkojad. Rano Adonis zaprasza nas na wspólne śniadanie. Główną pozycją w menu jest – oczywiście – gallo pinto (gallopinto), w dosłownym tłumaczeniu „malowany kogut”. To mieszanka ryżu z czarną fasolą, kawałkami cebuli i pomidora, doprawiona kolendrą. Do tego dostajemy jajka, tortille, smażone platany i sporo świeżych owoców.

Po posiłku ruszamy w stronę Carate – bramy Parku Narodowego Corcovado i miejsca, które kilkadziesiąt lat temu opanowała prawdziwa gorączka złota. Trasa ma zaledwie 40 km, prowadzi jednak po nierównej, szutrowej drodze. Kilka razy trzeba też przekroczyć rzekę. Na szczęście podróżujemy w porze suchej i nie sprawia to nam żadnego problemu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy pięknej plaży Matapalo na krótką kąpiel i przyglądamy się wyczynom surferów.

Półwysep Osa to jedno z takich miejsc, gdzie człowiek odkrywa na nowo potęgę natury. Gdy spacerujemy po prastarym lesie deszczowym, w którym bujna roślinność wypełnia szczelnie niemal każdy centymetr przestrzeni aż po brzeg Pacyfiku, znów mamy w sobie ciekawość dziecka. Czujemy, że znaleźliśmy się w odległej i trudno dostępnej okolicy, gdzie nie można polegać na oklepanych schematach. Otaczająca nas przyroda jest fascynująca. Chłoniemy dziesiątki nieznanych dźwięków. Z podziwem patrzymy na ogromne drzewa o potężnych korzeniach. Między kolorowymi kwiatami lśnią niebieskie skrzydła motyla z rodzaju Morpho. Jak zahipnotyzowani patrzymy na jego lot. Nad głowami przeskakują nam czepiaki czarnorękie. Są niezwykle zwinne. Przyglądają się nam nieufnie i rzucają w nas patykami. Pokazują, że wprosiliśmy się na ich terytorium.

Otoczona tropikalną roślinnością wulkaniczna plaża Carate ciągnie się kilometrami. To właśnie tutaj bierzemy udział w niezwykłym wydarzeniu: pierwszym marszu małych żółwi do oceanu. Jak tłumaczy nam José z organizacji COTORCO (Conservación de Tortugas Marinas de Corcovado-Carate), te zwierzęta na całym świecie zagrożone są wyginięciem. A najbardziej niebezpieczny jest dla nich człowiek – mówi. Żółwie zaplątują się w sieci rybackie, połykają śmieci, które mylą z pożywieniem. Wciąż jeszcze wiele osób próbuje wykraść żółwie jaja. Niektórzy uważają je za afrodyzjak i można na nich zarobić. Właśnie dlatego patrolujemy plaże, zbieramy jaja i przenosimy je do naszych inkubatorów.

Na plaży zgromadziło się kilkanaście osób. José ostrzega nas, że nie możemy żółwi dotykać i musimy trzymać się w bezpiecznej odległości, aby przypadkiem na nie nie nadepnąć. Ostrożnie kładzie zwierzęta na piasku. Niektóre są niezmiernie energiczne i niemal pędzą do wody. Inne wydają się zdezorientowane, ruszają się bardzo wolno i niepewnie. Patrzymy, jak kolejne fale zabierają ze sobą małe stworzenia. Mija pół godziny i zostajemy na plaży sami. Niestety, szanse na przeżycie mają tylko nieliczne żółwie, udaje się to jedynie jednemu osobnikowi na tysiąc. Te, które przetrwają, wrócą na tę samą plażę za 20 lat, żeby złożyć jaja. Trafiają podobno bezbłędnie, jakby posługiwały się wbudowanym urządzeniem GPS.

 

Drewniana kładka w Parku Narodowym Cahuita

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Naszą przygodę z Kostaryką chcemy zakończyć na karaibskim wybrzeżu. Aby się na nie dostać, musimy przejechać krętą drogą, która pnie się wysoko w górach. Kiedy wyjeżdżamy z Puerto Jiménez, upał daje się we znaki, wieczorem z kolei temperatura spada do zaledwie kilku stopni. Noc spędzamy na szczycie masywu górskiego o mało zachęcającej nazwie Cerro de la Muerte (Wzgórze Śmierci – 3451 m n.p.m.). Przy porannej kawie obserwujemy dymiący wulkan Turrialba (3340 m n.p.m.) – jeden z siedmiu czynnych wulkanów w Kostaryce. Sześć godzin później na horyzoncie znowu pojawiają się palmy. Witamy na Karaibach!

W południowej części wybrzeża najbardziej popularnym miastem jest Puerto Viejo de Talamanca (Puerto Viejo), gdzie życie toczy się spokojnym, leniwym rytmem przy dźwiękach muzyki reggae. Panuje tu atmosfera luzu i radości. Przez chwilę można poczuć się trochę jak w innym kraju. To właśnie w tym regionie mieszka największa grupa osób pochodzenia afrykańskiego. Dominuje w nim trochę bardziej egzotyczna kuchnia, częściej słychać język angielski. Za największą atrakcję okolicy uchodzi Park Narodowy Cahuita. Jest wyjątkowy na skalę kraju, bo jego dochody pochodzą z darowizn. Szerokie plaże otoczone są tu gęstą, tropikalną roślinnością. W trakcie kilkugodzinnego spaceru natykamy się na małpy, szopy, leniwce, węże i różne gatunki ptaków. Późnym popołudniem siadamy w jednym z klimatycznych lokalnych barów i rozkoszujemy się uroczym zachodem słońca. Pura Vida!

 

Wydanie Lato 2018

Rwanda – oko w oko z gorylami górskimi

ROBERT GONDEK „GERBER”
www.stronagerbera.pl


<< Rwanda leży w Afryce Środkowo-Wschodniej. Graniczy z Demokratyczną Republiką Konga, Tanzanią, Ugandą oraz Burundi. To jedno z najmniejszych afrykańskich państw. Jego powierzchnia wynosi 26 338 km2, czyli ok. 8,4 proc. obszaru Polski, co odpowiada mniej więcej wielkości województwa lubelskiego. >>

Więcej…