ANNA KRYPA
www.comeann.com

<< Wędrówka po tajemniczych Górach Księżycowych, spotkanie oko w oko z gorylami górskimi i jeden z najbardziej ekscytujących raftingów na świecie – to wszystko i znacznie więcej czeka na każdego podróżnika odwiedzającego Ugandę. Ten fascynujący kraj zaskakuje bogactwem przyrody i wspaniałymi krajobrazami. W jego tropikalnych lasach gdzieś zza mgieł wyłaniają się sylwetki dzikich zwierząt, które zdają się być praktycznie na wyciągnięcie ręki. >>

Zaintrygowana zagadkową łacińską nazwą Montes Lunae (Góry Księżycowe), użytą przez greckiego matematyka, astronoma i geografa z II w. n.e. Ptolemeusza i określającą najprawdopodobniej masyw górski Rwenzori, postanowiłam wspiąć się na najwyższą w Ugandzie i trzecią pod względem wielkości w Afryce (po Kilimandżaro i Kenii) Górę Stanleya ze Szczytem Małgorzaty (Margherita Peak), wznoszącym się aż na 5109 m n.p.m. To był mój cel numer jeden, ale niespodziewanie ta kraina rozpostarła przede mną swoje magiczne krajobrazy i pozwoliła na bliskie obcowanie z dziką przyrodą. Dlatego w myśl ugandyjskiego przysłowia Ten, kto widzi coś dobrego, musi to opowiedzieć, pragnę podzielić się swoimi przeżyciami i opisać piękno tego niezwykłego, zamkniętego wewnątrz Czarnego Lądu kraju.
Przecięta równikiem Uganda leży w Afryce Wschodniej nad największym jeziorem kontynentu (Jeziorem Wiktorii) i ma powierzchnię mniejszą niż Polska (241 tys. km²). Aż 80 proc. jej obszaru zajmuje Wyżyna Wschodnioafrykańska. W ugandyjskim Nieprzeniknionym Lesie Bwindi (Bwindi Impenetrable Forest) znalazła schronienie blisko połowa żyjących jeszcze na wolności goryli górskich. Spotkamy tu także wiele innych dzikich zwierząt i ptaków. Po zakończeniu tragicznego rozdziału w swojej historii ten afrykański kraj wydaje się również miejscem przyjaznym i bezpiecznym dla turystów.

CO, GDZIE, KIEDY
Uganda znajduje się w strefie klimatu podrównikowego wilgotnego z wyraźnym podziałem na porę suchą i deszczową. Średnie roczne temperatury powietrza wahają się pomiędzy 25 a 30°C, czyli w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że przez większość czasu jest ciepło i mokro. Najsuchszy i najlepszy okres na zwiedzanie trwa od grudnia do lutego i od czerwca do sierpnia. Za miesiące najdogodniejsze do wędrówki po górach Rwenzori uważa się styczeń i luty.
W te strony bez problemu dostaniemy się z Europy samolotem, 90-dniową wizę kupimy na lotnisku, a porozumiewać będziemy się w języku urzędowym kraju, czyli po angielsku. Należy tylko bezwzględnie pamiętać o szczepieniach, ponieważ przy przekraczaniu granicy bywa sprawdzana ważność szczepionki na żółtą febrę, oraz o profilaktyce antymalarycznej (stosowaniu odpowiednich leków). Tak przygotowani możemy pakować bagaż i ruszać w drogę!

LĄDOWANIE NAD JEZIOREM
Nasza ugandyjska przygoda zaczyna się zazwyczaj na międzynarodowym lotnisku w Entebbe, leżącym na północnym brzegu Jeziora Wiktorii. To dość atrakcyjne miasto z pozostałościami kolonialnej zabudowy. Dawniej, zanim państwo uzyskało niepodległość od Wielkiej Brytanii w październiku 1962 r., stanowiło siedzibę władz Protektoratu Ugandy. Dziś znane jest głównie z największego w kraju portu lotniczego oraz siedziby prezydenta (jest nim od stycznia 1986 r. Yoweri Museveni). Warto zatrzymać się tutaj na dzień lub dwa, pospacerować nad jeziorem, popłynąć na wyspę Ngamba i odwiedzić szympansy przebywające w ośrodku Ngamba Island Chimpanzee Sanctuary lub poobserwować ptaki na mokradłach Mabamba.
Ja wylądowałam w Entebbe w środku nocy i od razu pojechałam na umówiony nocleg. Byłam zmęczona długim lotem i niespecjalnie zainteresowana tym, co znajdowało się za oknem. Kiedy obudziłam się rano i wyszłam z hotelu, moim oczom ukazała się olbrzymia tafla wody. Stałam przed największym słodkowodnym akwenem Afryki i największym tropikalnym jeziorem świata. Widok ten zrobił na mnie niesamowite wrażenie! Spacer brzegiem wydał mi się świetnym pomysłem na rozpoczęcie dnia, szczególnie że za chwilę czekała mnie długa podróż do Kasese, miejscowości położonej znacznie bliżej mojego celu – masywu Rwenzori.
Przed wyprawą w góry można zatrzymać się na chwilę w położonej na wzgórzach stolicy Ugandy – Kampali. Jest to duże i zatłoczone miasto (zamieszkane przez 1,7 mln ludzi), jednak całkiem przyjemne i bezpieczne. Warto wybrać się tutaj na olbrzymi plac wypełniony minibusami zwany Old Taxi Park i zobaczyć wzgórze z grobowcami Kasubi (wpisanymi w 2001 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO), gdzie w chatach pod strzechą pochowani zostali władcy królestwa Bugandy. Koniecznie trzeba też przejechać się boda-boda, czyli jednośladową taksówką: motocyklem bądź rowerem. Pasażer takiego pojazdu siada ze swoimi rzeczami tuż za kierowcą, który podczas jednego kursu przewozi nierzadko więcej niż jedną osobę. Przejażdżka popularną bodą kosztuje niewiele, ale gwarantuje bezcenne przeżycia.

„TEN, KTÓRY CZYNI DESZCZ”
Tak brzmi tłumaczenie bardzo trafnej lokalnej nazwy Rwenzori. Otóż przez większość czasu na tym terenie padają obfite deszcze, a gęste mgły powodują, że wierzchołki gór bywają niewidoczne nawet przez 300 dni w roku. Od dawna marzyłam o trekkingu w Ugandzie i zdobyciu jej najwyższego szczytu. Słyszałam niesamowite opowieści o niezwykłości i surowości tutejszego krajobrazu. Pociągała mnie jego różnorodność: tropikalna puszcza, lasy bambusowe, skupiska ogromnych lobelii, bagna, nagie skały i wreszcie białe pole lodowca. To wszystko zapowiadało przygodę nie z tej ziemi!
Moja 8-dniowa wyprawa trasą Central Circuit zaczęła się przy bramie Parku Narodowego Gór Rwenzori (Rwenzori Mountains National Park). Tu załatwiłam formalności: odprawę, ważenie bagażu i płatności. Opłaty za trekking są dość wysokie, ale nie da się uniknąć wynajęcia pracujących tutaj przewodnika, kucharza i tragarza, ponieważ cały ten obszar podlega ochronie instytucji państwowej.
Pierwszego dnia ruszyłam do schroniska Nyabitaba Hut (2652 m n.p.m.), a następnego do John Matte Camp (3420 m n.p.m.). Po drodze napotykałam zaskakująco zmienny krajobraz, najpierw wiszący nad rzeką most Kurta Shaffera, później strefę lasów bambusowych, a jeszcze wyżej gęstą tropikalną puszczę z drzewami obwieszonymi tzw. brodami – wyjątkowym gatunkiem porostów, przypominających zarost starca. Na rozwinięcie się tak różnorodnej i niezwykłej roślinności mają wpływ głównie tutejsze warunki klimatyczne. Masyw Rwenzori charakteryzuje się bardzo obfitymi opadami, dzięki którym rosną tu niesamowite rośliny z okresów prehistorycznych. Góry te znajdują się na granicy Ugandy i Demokratycznej Republiki Konga i zajmują podobną powierzchnię jak Tatry. Są jednak dwa razy wyższe i w pobliżu wierzchołków pokryte lodowcem, który – niestety – z roku na rok się zmniejsza.
Na kolejny dzień przygotowałam wodery (rybackie kalosze do pachwin), bo przede mną zaczynały się mokradła. Wczesnym rankiem po mostku ułożonym niemalże z patyków przemierzyłam rzekę Bujuku, a następnie weszłam na pierwsze bagna – Lower Bigo Bog. Początkowo trasa była prosta, gdyż biegła długą kładką zbudowaną nad podmokłym terenem. Po obu jej stronach rozkwitały zapierające dech w piersiach rośliny, np. kilkumetrowe lobelie. Po jakimś czasie pomost się skończył i droga stała się męcząca. Musiałam wciąż uważać, żeby nie wpaść po kolana w błoto, co – niestety – nie zawsze mi się udawało. Następny dzień przyniósł krótkie i strome podejście do ostatniego przed dotarciem do celu schroniska Elena Hut (4563 m n.p.m.). Na tym odcinku roztacza się chyba najpiękniejszy widok na najwyższy wierzchołek Góry Stanleya  – Szczyt Małgorzaty (5109 m n.p.m.).

PO LODOWCU DO CELU
Końcowy etap wspinaczki pamiętam ze szczegółami: pobudka już o godz. 3.00, uczucie przeszywającego zimna i nieprzyjemne dolegliwości spowodowane przebywaniem na dużej wysokości. Schronisko nie zapewniało luksusów. Spaliśmy na podłodze, a do prowizorycznej toalety wdrapywaliśmy się po skałach. Spakowałam przygotowany wcześniej sprzęt wspinaczkowy, założyłam uprząż, latarkę czołową i o godz. 4.00 ruszyłam za moim przewodnikiem. Pierwszy odcinek prowadził ostro w górę. Pokonałam stromy żleb i dotarłam do lodowca. Zaczynało świtać. Otaczały mnie wręcz nadzwyczajne widoki. Włożyłam raki i weszłam na lód, który zaczął złowrogo pękać pod moimi stopami. Przystanęłam na chwilę, aby popatrzeć na ukrytą we mgle Demokratyczną Republikę Konga i podążyłam dalej. Po drodze czekał nas jeden trudniejszy fragment wspinaczki skalnej i odcinek, gdzie zamontowano dwie połączone ze sobą chyboczące się drabiny. Należało przedostać się z jednej na drugą, po czym wspiąć się na kolejny, dużo bardziej nachylony, twardy lodowiec. Trzeba było mocno wbijać się rakami i czekanem, żeby się nie osunąć. Potem już tylko szybko pokonałam ostatnie skały i wreszcie stanęłam na wierzchołku trzeciego szczytu Afryki! Udało się!

OKO W OKO Z GORYLAMI
Trudno to sobie wyobrazić, ale zwykły człowiek nadal może spotkać na wolności największą małpę człekokształtną, ważącą niekiedy nawet 260 kg. Na świecie występują tylko dwie populacje goryli górskich i obie żyją w Afryce Wschodniej: w górach Wirunga na granicy Demokratycznej Republiki Konga, Ugandy i Rwandy i w Nieprzeniknionym Lesie Bwindi w Ugandzie. Już sama nazwa tego drugiego obszaru wywołuje ciarki na plecach. Większość tego wilgotnego lasu równikowego, położonego na górzystych terenach południowo-zachodniej części kraju (na wysokości od 1160 do 2607 m n.p.m.), obejmują granice Nieprzeniknionego Parku Narodowego Bwindi (Bwindi Impenetrable National Park). To jeden z najbogatszych ekosystemów na kontynencie afrykańskim. Występuje tu mnóstwo gatunków ssaków, ptaków, motyli, drzew, paproci i płazów oraz mieszka ok. 320–360 goryli górskich, które wolno obserwować pod czujnym okiem strażników i tropicieli. Prawdopodobieństwo zobaczenia rodziny goryli jest duże, jednak nie zawsze udaje się trafić na srebrzystogrzbietego, czyli dominującego samca – ogromnego przywódcę stada. Ja mogę się pochwalić takim spotkaniem.

FOT. ANNA KRYPA

Imponujące goryle górskie są krytycznie zagrożone wyginięciem


Wstaję o świcie i wędruję przez wilgotny las równikowy z kilkuosobową grupą, przewodnikiem i strażnikami, którzy wycinają drogę maczetami. To niezbędne w tych warunkach narzędzie, umożliwiające przedarcie się przez niezmiernie gęstą roślinność. Dodatkowo marsz utrudniają nam szybkie zmiany wysokości. Niekiedy w ciągu kilku godzin trzeba pokonać nawet 1000 m różnicy między jednym punktem a drugim, przedzierając się przez pokrzywy lub ślizgając się po mokrym podłożu. Jednak znalezienie się w bezpośredniej bliskości tych wspaniałych małp to przeżycie, którego nigdy nie zapomnę! Ogromne zwierzęta patrzyły na mnie z odległości 3 m, a niektóre przebiegały tuż obok – jedno nawet lekko mnie musnęło.
Kiedy stałam w samym środku stada składającego się z 27 osobników, nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Jedynie dotkliwe poparzenia miejscowymi pokrzywami przekonywały mnie, że nie śnię. Szczerze mówiąc, do dziś dziwię się, że byłam tak blisko tych ogromnych ssaków, i muszę przyznać, że spotkanie z gorylami górskimi uważam za niesamowitą i niezmiernie wzruszającą chwilę w moim życiu.

SAFARI NAD WODOSPADEM
Park Narodowy Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park) jest największym parkiem narodowym Ugandy (ma powierzchnię 3840 km²). Stanowi wymarzone wręcz miejsce na udane safari. Poza tym zobaczymy w nim szympansy, powędkujemy na Nilu Wiktorii czy wypoczniemy w pobliżu malowniczych kaskad Wodospadów Murchisona (Murchison Falls). Turyści znajdą w tym rejonie też inne atrakcje – ja właśnie tutaj pierwszy raz w życiu ujrzałam globus, na którym Polska występuje aż dwa razy!

FOT. ANNA KRYPA

Stado hipopotamów w trakcie kąpieli


Zatrzymałam się na typowym kempingu usytuowanym blisko Nilu Wiktorii. Jeździłam na safari, odganiałam od mojego namiotu ciekawskie guźce i odpoczywałam wieczorem przy ognisku. Pewnej nocy światło z obozowiska zwabiło hipopotama, który podszedł całkiem blisko siedzących i rozmawiających ludzi. Całe szczęście, że wreszcie się wycofał i skończyło się tylko na chwili strachu. Takie sytuacje przypominają jednak o tym, że podczas wypraw po dzikim Czarnym Lądzie należy zachowywać wyjątkową ostrożność i starać się nie oddalać od namiotu.

FOT. LOVE UGANDA SAFARIS/WWW.LOVEUGANDASAFARIS.COM

Wodospady Murchisona znajdują się pod ochroną parku narodowego

 

RAFTING NA NILU
Okolice miasta Jinja, centrum sportów ekstremalnych w Afryce Wschodniej, uchodzą za źródła Nilu Wiktorii. Rafting w Ugandzie zalicza się do najcięższych na świecie. Na chętnych czekają odcinki V, IV i III stopnia trudności w skali sześciostopniowej. Nie chce się wierzyć, że niewielki ponton wytrzyma wodne przeszkody o takiej sile. Osoby o słabszych nerwach mogą przesiąść się na tzw. safety boat i w ten sposób przebyć całą trasę bez wywrotki. Skalisty teren nie wygląda przyjaźnie, a dmuchana łódź potrafi przewrócić się do góry dnem nawet kilka razy. Jednak nad wszystkim czuwają instruktorzy i ratownicy pływający w pobliżu na małych kajakach. W trakcie spływu zdarzają się także dłuższe momenty odpoczynku i wtedy istnieje możliwość kąpieli. W bazie organizującej raftingi firmy skoczymy również na bungee nad wodami Nilu.
Podróżujący po Ugandzie Winston Churchill nazwał ją słusznie „Perłą Afryki”. Mam wrażenie, że mimo trudnej historii, blask tego klejnotu nigdy nie zgasł, a w ostatnich czasach przybrał nawet na sile, dzięki czemu kraj ten staje się niewątpliwie turystyczną konkurencją dla państw ościennych. Oferuje on znacznie więcej niż klasyczne afrykańskie safari – zaprasza na spotkanie z ostatnimi żyjącymi na wolności gorylami górskimi, szympansami czy obserwację ponad tysiąca gatunków ptaków. Nigdzie indziej nie zobaczymy takiej różnorodności krajobrazu, jak w Parku Narodowym Gór Rwenzori, w którym pośród księżycowych pejzaży i bujnej tropikalnej puszczy wyrastają strome skały pokryte lodowcem, wznoszące się na wysokość ponad 5000 m n.p.m., i nie przeżyjemy jednej z najbardziej niebezpiecznych wypraw raftingowych na świecie u źródeł Nilu Wiktorii. To wszystko czeka na nas w mniejszym od Polski kraju, gdzie przyjaźni i radośni mieszkańcy chętnie przewiozą mzungu (białego turystę) na boda-boda i poczęstują go waragi, czyli ugandyjskim ginem z bananów. Ja czuję, że mogłabym tam wrócić w każdej chwili. A czy Wy jesteście gotowi na taką pasjonującą przygodę?

Artykuły wybrane losowo

Muzyczna podróż po Kolumbii

MAGDALENA LECHOWSKA
WWW. MAGDALENALECHOWSKA.MANIFO.COM

 

<< Kolumbia jest krajem niespotykanych bogactw naturalnych oraz wielkiej bioróżnorodności (pod tym względem zajmuje drugie miejsce na świecie, po Brazylii), niezmiernie malowniczych pejzaży i egzotycznych plaż, zapierających dech w piersiach widoków i oszałamiającej kolorami przyrody. Mało kto jednak wie, że to kolebka cumbii i vallenato: gatunków muzycznych, których dziś słucha cały świat. W jej karaibskim mieście Barranquilla stawiała swoje pierwsze kroki Shakira, z Medellín pochodzi Juanes, wykonawca piosenki „La Camisa Negra”, a z Santa Marty – piosenkarz, aktor i kompozytor Carlos Vives. Ci kolumbijscy artyści wielokrotnie zdobywali statuetki Grammy oraz MTV Video Music Awards. Każdy region w kraju ma swoje charakterystyczne melodie, tańce i festiwale. >>

Więcej…

DOMINIKANA TO STAN UMYSŁU

MARCIN WESOŁY

 

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

<< Raj to poniekąd rzecz względna – również w Republice Dominikańskiej. W tym malowniczym zakątku świata może być bajkowo tylko gdzieniegdzie – ale za to jak bardzo! Niebiańskie Karaiby to bardziej stan umysłu. Gdy człowiek napatrzy się na zjawiskowe pejzaże, posiedzi w cieniu palmy nad brzegiem lazurowej wody, zakosztuje tropikalnych specjałów, popije koktajli na bazie rumu, odwzajemni serdeczne uśmiechy Dominikańczyków, to zechce tutaj wracać jak najczęściej… Wizyta w tym karaibskim kraju pozostawia w duszy ślad na całe życie! >>

 

Republika Dominikańska, położona na wyspie La Española (znanej w Polsce jako Haiti) na Morzu Karaibskim, to popularny kierunek podróży szczególnie wśród tych turystów, którzy raz w roku (zimą) uciekają przed niesprzyjającą pogodą we własnym kraju. Językiem urzędowym jest hiszpański i mimo iż jego tutejsza odmiana nieco różni się od wersji z Półwyspu Iberyjskiego, nie stanowi to przeszkody w komunikacji (oczywiście, dla znających go osób). Poza tym sami Dominikańczycy są niezmiernie otwarci i towarzyscy, więc naprawdę trudno się z nimi nie dogadać.

Więcej…

W Gruzji jak w raju

MATEUSZ BAJEK

 

U zarania dziejów Bóg zebrał wszystkie narody, aby podzielić między nie ziemię. Ustawiła się długa kolejka, a każdy chciał być pierwszy. Tylko Gruzini uznali, że zamiast czekać godzinami na słońcu, lepiej usiąść w cieniu, wznosić winem toasty, radośnie śpiewać, tańczyć i oddać się ucztowaniu. Kiedy już ostatnie narody otrzymały w posiadanie swój kawałek ziemi, Bóg usłyszał odgłosy wesołych pieśni i słowa kwiecistych przemów dobiegające spod drzewa. Stwórcy zrobiło się żal pogodnych i uśmiechniętych Gruzinów. Przywołał ich do siebie i powiedział: Wprawdzie, podzieliłem już całą planetę między inne narody, ale pozostał mi jeszcze najpiękniejszy zakątek – kipiący zielenią, pełen żyznych pól i malowniczych gór. To istny raj na ziemi, dlatego chciałem zatrzymać go dla siebie, abym miał gdzie odpoczywać. Jednak gdy was zobaczyłem, uznałem, że ta rajska kraina stanie się waszym domem.

Legenda o powstaniu Gruzji, położonej na dzielącym Europę i Azję Kaukazie, w pełni oddaje piękno tego miejsca i charakter jego mieszkańców. Choć przez długie lata ten targany konfliktami kraj wydawał się zapomniany przez Boga, dziś odradza się w zawrotnym tempie, zyskując miano Perły Kaukazu.

Różnorodność krajobrazów jest tu ogromna. Wiecznie zielone lasy Adżarii, herbaciane pola Gurii, cytrusowe gaje Niziny Kolchidzkiej, półpustynne równiny Dżawachetii, winnice Kachetii, a także wiecznie białe szczyty Kaukazu tworzą niezwykłą mozaikę na terytorium odpowiadającym ok. 22 proc. powierzchni Polski. Jednak to zaledwie ułamek tego, co może zaoferować nam Gruzja.

Więcej…