ANNA KRYPA
www.comeann.com

<< Wędrówka po tajemniczych Górach Księżycowych, spotkanie oko w oko z gorylami górskimi i jeden z najbardziej ekscytujących raftingów na świecie – to wszystko i znacznie więcej czeka na każdego podróżnika odwiedzającego Ugandę. Ten fascynujący kraj zaskakuje bogactwem przyrody i wspaniałymi krajobrazami. W jego tropikalnych lasach gdzieś zza mgieł wyłaniają się sylwetki dzikich zwierząt, które zdają się być praktycznie na wyciągnięcie ręki. >>

Zaintrygowana zagadkową łacińską nazwą Montes Lunae (Góry Księżycowe), użytą przez greckiego matematyka, astronoma i geografa z II w. n.e. Ptolemeusza i określającą najprawdopodobniej masyw górski Rwenzori, postanowiłam wspiąć się na najwyższą w Ugandzie i trzecią pod względem wielkości w Afryce (po Kilimandżaro i Kenii) Górę Stanleya ze Szczytem Małgorzaty (Margherita Peak), wznoszącym się aż na 5109 m n.p.m. To był mój cel numer jeden, ale niespodziewanie ta kraina rozpostarła przede mną swoje magiczne krajobrazy i pozwoliła na bliskie obcowanie z dziką przyrodą. Dlatego w myśl ugandyjskiego przysłowia Ten, kto widzi coś dobrego, musi to opowiedzieć, pragnę podzielić się swoimi przeżyciami i opisać piękno tego niezwykłego, zamkniętego wewnątrz Czarnego Lądu kraju.
Przecięta równikiem Uganda leży w Afryce Wschodniej nad największym jeziorem kontynentu (Jeziorem Wiktorii) i ma powierzchnię mniejszą niż Polska (241 tys. km²). Aż 80 proc. jej obszaru zajmuje Wyżyna Wschodnioafrykańska. W ugandyjskim Nieprzeniknionym Lesie Bwindi (Bwindi Impenetrable Forest) znalazła schronienie blisko połowa żyjących jeszcze na wolności goryli górskich. Spotkamy tu także wiele innych dzikich zwierząt i ptaków. Po zakończeniu tragicznego rozdziału w swojej historii ten afrykański kraj wydaje się również miejscem przyjaznym i bezpiecznym dla turystów.

CO, GDZIE, KIEDY
Uganda znajduje się w strefie klimatu podrównikowego wilgotnego z wyraźnym podziałem na porę suchą i deszczową. Średnie roczne temperatury powietrza wahają się pomiędzy 25 a 30°C, czyli w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że przez większość czasu jest ciepło i mokro. Najsuchszy i najlepszy okres na zwiedzanie trwa od grudnia do lutego i od czerwca do sierpnia. Za miesiące najdogodniejsze do wędrówki po górach Rwenzori uważa się styczeń i luty.
W te strony bez problemu dostaniemy się z Europy samolotem, 90-dniową wizę kupimy na lotnisku, a porozumiewać będziemy się w języku urzędowym kraju, czyli po angielsku. Należy tylko bezwzględnie pamiętać o szczepieniach, ponieważ przy przekraczaniu granicy bywa sprawdzana ważność szczepionki na żółtą febrę, oraz o profilaktyce antymalarycznej (stosowaniu odpowiednich leków). Tak przygotowani możemy pakować bagaż i ruszać w drogę!

LĄDOWANIE NAD JEZIOREM
Nasza ugandyjska przygoda zaczyna się zazwyczaj na międzynarodowym lotnisku w Entebbe, leżącym na północnym brzegu Jeziora Wiktorii. To dość atrakcyjne miasto z pozostałościami kolonialnej zabudowy. Dawniej, zanim państwo uzyskało niepodległość od Wielkiej Brytanii w październiku 1962 r., stanowiło siedzibę władz Protektoratu Ugandy. Dziś znane jest głównie z największego w kraju portu lotniczego oraz siedziby prezydenta (jest nim od stycznia 1986 r. Yoweri Museveni). Warto zatrzymać się tutaj na dzień lub dwa, pospacerować nad jeziorem, popłynąć na wyspę Ngamba i odwiedzić szympansy przebywające w ośrodku Ngamba Island Chimpanzee Sanctuary lub poobserwować ptaki na mokradłach Mabamba.
Ja wylądowałam w Entebbe w środku nocy i od razu pojechałam na umówiony nocleg. Byłam zmęczona długim lotem i niespecjalnie zainteresowana tym, co znajdowało się za oknem. Kiedy obudziłam się rano i wyszłam z hotelu, moim oczom ukazała się olbrzymia tafla wody. Stałam przed największym słodkowodnym akwenem Afryki i największym tropikalnym jeziorem świata. Widok ten zrobił na mnie niesamowite wrażenie! Spacer brzegiem wydał mi się świetnym pomysłem na rozpoczęcie dnia, szczególnie że za chwilę czekała mnie długa podróż do Kasese, miejscowości położonej znacznie bliżej mojego celu – masywu Rwenzori.
Przed wyprawą w góry można zatrzymać się na chwilę w położonej na wzgórzach stolicy Ugandy – Kampali. Jest to duże i zatłoczone miasto (zamieszkane przez 1,7 mln ludzi), jednak całkiem przyjemne i bezpieczne. Warto wybrać się tutaj na olbrzymi plac wypełniony minibusami zwany Old Taxi Park i zobaczyć wzgórze z grobowcami Kasubi (wpisanymi w 2001 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO), gdzie w chatach pod strzechą pochowani zostali władcy królestwa Bugandy. Koniecznie trzeba też przejechać się boda-boda, czyli jednośladową taksówką: motocyklem bądź rowerem. Pasażer takiego pojazdu siada ze swoimi rzeczami tuż za kierowcą, który podczas jednego kursu przewozi nierzadko więcej niż jedną osobę. Przejażdżka popularną bodą kosztuje niewiele, ale gwarantuje bezcenne przeżycia.

„TEN, KTÓRY CZYNI DESZCZ”
Tak brzmi tłumaczenie bardzo trafnej lokalnej nazwy Rwenzori. Otóż przez większość czasu na tym terenie padają obfite deszcze, a gęste mgły powodują, że wierzchołki gór bywają niewidoczne nawet przez 300 dni w roku. Od dawna marzyłam o trekkingu w Ugandzie i zdobyciu jej najwyższego szczytu. Słyszałam niesamowite opowieści o niezwykłości i surowości tutejszego krajobrazu. Pociągała mnie jego różnorodność: tropikalna puszcza, lasy bambusowe, skupiska ogromnych lobelii, bagna, nagie skały i wreszcie białe pole lodowca. To wszystko zapowiadało przygodę nie z tej ziemi!
Moja 8-dniowa wyprawa trasą Central Circuit zaczęła się przy bramie Parku Narodowego Gór Rwenzori (Rwenzori Mountains National Park). Tu załatwiłam formalności: odprawę, ważenie bagażu i płatności. Opłaty za trekking są dość wysokie, ale nie da się uniknąć wynajęcia pracujących tutaj przewodnika, kucharza i tragarza, ponieważ cały ten obszar podlega ochronie instytucji państwowej.
Pierwszego dnia ruszyłam do schroniska Nyabitaba Hut (2652 m n.p.m.), a następnego do John Matte Camp (3420 m n.p.m.). Po drodze napotykałam zaskakująco zmienny krajobraz, najpierw wiszący nad rzeką most Kurta Shaffera, później strefę lasów bambusowych, a jeszcze wyżej gęstą tropikalną puszczę z drzewami obwieszonymi tzw. brodami – wyjątkowym gatunkiem porostów, przypominających zarost starca. Na rozwinięcie się tak różnorodnej i niezwykłej roślinności mają wpływ głównie tutejsze warunki klimatyczne. Masyw Rwenzori charakteryzuje się bardzo obfitymi opadami, dzięki którym rosną tu niesamowite rośliny z okresów prehistorycznych. Góry te znajdują się na granicy Ugandy i Demokratycznej Republiki Konga i zajmują podobną powierzchnię jak Tatry. Są jednak dwa razy wyższe i w pobliżu wierzchołków pokryte lodowcem, który – niestety – z roku na rok się zmniejsza.
Na kolejny dzień przygotowałam wodery (rybackie kalosze do pachwin), bo przede mną zaczynały się mokradła. Wczesnym rankiem po mostku ułożonym niemalże z patyków przemierzyłam rzekę Bujuku, a następnie weszłam na pierwsze bagna – Lower Bigo Bog. Początkowo trasa była prosta, gdyż biegła długą kładką zbudowaną nad podmokłym terenem. Po obu jej stronach rozkwitały zapierające dech w piersiach rośliny, np. kilkumetrowe lobelie. Po jakimś czasie pomost się skończył i droga stała się męcząca. Musiałam wciąż uważać, żeby nie wpaść po kolana w błoto, co – niestety – nie zawsze mi się udawało. Następny dzień przyniósł krótkie i strome podejście do ostatniego przed dotarciem do celu schroniska Elena Hut (4563 m n.p.m.). Na tym odcinku roztacza się chyba najpiękniejszy widok na najwyższy wierzchołek Góry Stanleya  – Szczyt Małgorzaty (5109 m n.p.m.).

PO LODOWCU DO CELU
Końcowy etap wspinaczki pamiętam ze szczegółami: pobudka już o godz. 3.00, uczucie przeszywającego zimna i nieprzyjemne dolegliwości spowodowane przebywaniem na dużej wysokości. Schronisko nie zapewniało luksusów. Spaliśmy na podłodze, a do prowizorycznej toalety wdrapywaliśmy się po skałach. Spakowałam przygotowany wcześniej sprzęt wspinaczkowy, założyłam uprząż, latarkę czołową i o godz. 4.00 ruszyłam za moim przewodnikiem. Pierwszy odcinek prowadził ostro w górę. Pokonałam stromy żleb i dotarłam do lodowca. Zaczynało świtać. Otaczały mnie wręcz nadzwyczajne widoki. Włożyłam raki i weszłam na lód, który zaczął złowrogo pękać pod moimi stopami. Przystanęłam na chwilę, aby popatrzeć na ukrytą we mgle Demokratyczną Republikę Konga i podążyłam dalej. Po drodze czekał nas jeden trudniejszy fragment wspinaczki skalnej i odcinek, gdzie zamontowano dwie połączone ze sobą chyboczące się drabiny. Należało przedostać się z jednej na drugą, po czym wspiąć się na kolejny, dużo bardziej nachylony, twardy lodowiec. Trzeba było mocno wbijać się rakami i czekanem, żeby się nie osunąć. Potem już tylko szybko pokonałam ostatnie skały i wreszcie stanęłam na wierzchołku trzeciego szczytu Afryki! Udało się!

OKO W OKO Z GORYLAMI
Trudno to sobie wyobrazić, ale zwykły człowiek nadal może spotkać na wolności największą małpę człekokształtną, ważącą niekiedy nawet 260 kg. Na świecie występują tylko dwie populacje goryli górskich i obie żyją w Afryce Wschodniej: w górach Wirunga na granicy Demokratycznej Republiki Konga, Ugandy i Rwandy i w Nieprzeniknionym Lesie Bwindi w Ugandzie. Już sama nazwa tego drugiego obszaru wywołuje ciarki na plecach. Większość tego wilgotnego lasu równikowego, położonego na górzystych terenach południowo-zachodniej części kraju (na wysokości od 1160 do 2607 m n.p.m.), obejmują granice Nieprzeniknionego Parku Narodowego Bwindi (Bwindi Impenetrable National Park). To jeden z najbogatszych ekosystemów na kontynencie afrykańskim. Występuje tu mnóstwo gatunków ssaków, ptaków, motyli, drzew, paproci i płazów oraz mieszka ok. 320–360 goryli górskich, które wolno obserwować pod czujnym okiem strażników i tropicieli. Prawdopodobieństwo zobaczenia rodziny goryli jest duże, jednak nie zawsze udaje się trafić na srebrzystogrzbietego, czyli dominującego samca – ogromnego przywódcę stada. Ja mogę się pochwalić takim spotkaniem.

FOT. ANNA KRYPA

Imponujące goryle górskie są krytycznie zagrożone wyginięciem


Wstaję o świcie i wędruję przez wilgotny las równikowy z kilkuosobową grupą, przewodnikiem i strażnikami, którzy wycinają drogę maczetami. To niezbędne w tych warunkach narzędzie, umożliwiające przedarcie się przez niezmiernie gęstą roślinność. Dodatkowo marsz utrudniają nam szybkie zmiany wysokości. Niekiedy w ciągu kilku godzin trzeba pokonać nawet 1000 m różnicy między jednym punktem a drugim, przedzierając się przez pokrzywy lub ślizgając się po mokrym podłożu. Jednak znalezienie się w bezpośredniej bliskości tych wspaniałych małp to przeżycie, którego nigdy nie zapomnę! Ogromne zwierzęta patrzyły na mnie z odległości 3 m, a niektóre przebiegały tuż obok – jedno nawet lekko mnie musnęło.
Kiedy stałam w samym środku stada składającego się z 27 osobników, nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Jedynie dotkliwe poparzenia miejscowymi pokrzywami przekonywały mnie, że nie śnię. Szczerze mówiąc, do dziś dziwię się, że byłam tak blisko tych ogromnych ssaków, i muszę przyznać, że spotkanie z gorylami górskimi uważam za niesamowitą i niezmiernie wzruszającą chwilę w moim życiu.

SAFARI NAD WODOSPADEM
Park Narodowy Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park) jest największym parkiem narodowym Ugandy (ma powierzchnię 3840 km²). Stanowi wymarzone wręcz miejsce na udane safari. Poza tym zobaczymy w nim szympansy, powędkujemy na Nilu Wiktorii czy wypoczniemy w pobliżu malowniczych kaskad Wodospadów Murchisona (Murchison Falls). Turyści znajdą w tym rejonie też inne atrakcje – ja właśnie tutaj pierwszy raz w życiu ujrzałam globus, na którym Polska występuje aż dwa razy!

FOT. ANNA KRYPA

Stado hipopotamów w trakcie kąpieli


Zatrzymałam się na typowym kempingu usytuowanym blisko Nilu Wiktorii. Jeździłam na safari, odganiałam od mojego namiotu ciekawskie guźce i odpoczywałam wieczorem przy ognisku. Pewnej nocy światło z obozowiska zwabiło hipopotama, który podszedł całkiem blisko siedzących i rozmawiających ludzi. Całe szczęście, że wreszcie się wycofał i skończyło się tylko na chwili strachu. Takie sytuacje przypominają jednak o tym, że podczas wypraw po dzikim Czarnym Lądzie należy zachowywać wyjątkową ostrożność i starać się nie oddalać od namiotu.

FOT. LOVE UGANDA SAFARIS/WWW.LOVEUGANDASAFARIS.COM

Wodospady Murchisona znajdują się pod ochroną parku narodowego

 

RAFTING NA NILU
Okolice miasta Jinja, centrum sportów ekstremalnych w Afryce Wschodniej, uchodzą za źródła Nilu Wiktorii. Rafting w Ugandzie zalicza się do najcięższych na świecie. Na chętnych czekają odcinki V, IV i III stopnia trudności w skali sześciostopniowej. Nie chce się wierzyć, że niewielki ponton wytrzyma wodne przeszkody o takiej sile. Osoby o słabszych nerwach mogą przesiąść się na tzw. safety boat i w ten sposób przebyć całą trasę bez wywrotki. Skalisty teren nie wygląda przyjaźnie, a dmuchana łódź potrafi przewrócić się do góry dnem nawet kilka razy. Jednak nad wszystkim czuwają instruktorzy i ratownicy pływający w pobliżu na małych kajakach. W trakcie spływu zdarzają się także dłuższe momenty odpoczynku i wtedy istnieje możliwość kąpieli. W bazie organizującej raftingi firmy skoczymy również na bungee nad wodami Nilu.
Podróżujący po Ugandzie Winston Churchill nazwał ją słusznie „Perłą Afryki”. Mam wrażenie, że mimo trudnej historii, blask tego klejnotu nigdy nie zgasł, a w ostatnich czasach przybrał nawet na sile, dzięki czemu kraj ten staje się niewątpliwie turystyczną konkurencją dla państw ościennych. Oferuje on znacznie więcej niż klasyczne afrykańskie safari – zaprasza na spotkanie z ostatnimi żyjącymi na wolności gorylami górskimi, szympansami czy obserwację ponad tysiąca gatunków ptaków. Nigdzie indziej nie zobaczymy takiej różnorodności krajobrazu, jak w Parku Narodowym Gór Rwenzori, w którym pośród księżycowych pejzaży i bujnej tropikalnej puszczy wyrastają strome skały pokryte lodowcem, wznoszące się na wysokość ponad 5000 m n.p.m., i nie przeżyjemy jednej z najbardziej niebezpiecznych wypraw raftingowych na świecie u źródeł Nilu Wiktorii. To wszystko czeka na nas w mniejszym od Polski kraju, gdzie przyjaźni i radośni mieszkańcy chętnie przewiozą mzungu (białego turystę) na boda-boda i poczęstują go waragi, czyli ugandyjskim ginem z bananów. Ja czuję, że mogłabym tam wrócić w każdej chwili. A czy Wy jesteście gotowi na taką pasjonującą przygodę?

Artykuły wybrane losowo

Karibu Tanzania!

ROBERT GONDEK GERBER”

www.gerber.d7.pl

 

  FOT. TANZANIA TOURIST BOARD 

<< Tanzania to jeden z najpopularniejszych kierunków wśród osób szukających afrykańskiej egzotyki i tych, którzy po raz pierwszy odwiedzają ten kontynent. W tym kraju możemy zdobyć Kilimandżaro – najwyższy szczyt Afryki (5895 m n.p.m.), przemierzyć wspaniałe parki narodowe pełne dzikich zwierząt, poznać życie Masajów, Buszmenów, Sonjo, Chagga, Kuria i wielu innych plemion, a na koniec odpocząć na przepięknych plażach Zanzibaru, delektując się wspaniałymi owocami. Jednak po to, aby odkryć prawdziwą Tanzanię, trzeba czasem nieco zboczyć z turystycznych szlaków. >>

Zjednoczona Republika Tanzanii powstała z połączenia kontynentalnej Tanganiki i wyspiarskiego Zanzibaru, co ma swoje odzwierciedlenie w nazwie Tanzania. Pozostałością po panowaniu Brytyjczyków jest tu m.in. urzędowy język angielski funkcjonujący obok suahili. Jednocześnie rejon ten stał się niemal wizytówką Afryki ze względu na niezmierne bogactwo gatunków fauny i różnorodność kulturową ludów zamieszkujących te tereny.

Więcej…

Filipiny – kawałek nieba dla każdego

 

MAGDALENA BURDAK

www.1000krokow.pl

 

Filipiny są jak skrawek Ameryki Łacińskiej pośrodku Oceanu Spokojnego. To raj dla każdego, kto lubi beztroski wyspiarski luz, różnorodną przyrodę, przepiękny świat podwodny i ciekawą kulturę. Filipińczycy słyną ze swojej religijności i… niepunktualności. Na Filipinach czasu się nie mierzy. Zegarek warto zostawić w domu i dać się całkowicie pochłonąć niepowtarzalnej atmosferze tego niesamowitego kraju.

 

Na Archipelag Filipiński składa się 7107 wysp pochodzenia wulkanicznego, położonych w Azji Południowo-Wschodniej i otoczonych wodami Oceanu Spokojnego. Najczęściej dzieli się je na trzy regiony: Luzon – leżący na północy, z główną wyspą o tej samej nazwie i znajdującą się na niej stołeczną Manilą, Mindanao – usytuowany na południu, i Visayas – obejmujący centralne wyspy takie jak Cebu, Bohol czy Siquijor. Fascynującą tutejszą kulturę wzbogaciły wpływy zarówno hiszpańskie i malajskie, jak i chińskie i amerykańskie. Można je dostrzec m.in. w religii, zwyczajach, języku lub kuchni.

 

Filipiny leżą w strefie klimatu równikowego z wyraźnymi cechami monsunowego, co sprawia, że jest tu gorąco i wilgotno. Średnia temperatura w ciągu roku wynosi 27–28°C. Na archipelagu występuje ok. 13,5 tys. gatunków roślin, w tym 3,2 tys. rosnących jedynie na tutejszych wyspach, i wiele endemicznych gatunków zwierząt takich jak wyrak filipiński, wół mindorski, małpożer, kanczyl ciemny (filipiński), świnia wisajska, lotokot filipiński (kaguan), sambar kropkowany (jeleń Alfreda) czy krokodyl filipiński. Prawdziwe skarby Filipin czekają jednak pod wodą. W niewielu częściach świata można znaleźć tak ogromną różnorodność życia morskiego: przepiękne kolorowe rafy i 2,4 tys. gatunków ryb, a to wszystko ukryte w ciepłym i krystalicznie czystym oceanie. Do tego na dnie leżą również zatopione statki, które stanowią dodatkową atrakcję dla nurków. Z takich właśnie powodów ten kraj cieszy się ogromną popularnością zarówno wśród osób nurkujących z butlą, jak i uprawiających jedynie snorkeling.

 

POGODNI WYSPIARZE

 

Filipińczycy są gościnni, uśmiechnięci i bardzo uczynni. Mówi się, że to jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie. Mimo burzliwej historii i często powtarzających się katastrof naturalnych zachowali oni niezachwiany optymizm. W 1521 r. dotarł tu portugalski żeglarz Ferdynand Magellan i włączył archipelag do ziem podległych Hiszpanii. Kolonię założył w lutym 1565 r. hiszpański konkwistador Miguel López de Legazpi. Po 333 latach panowania Europejczyków na wyspach wybuchł bunt przeciwko kolonizatorom. W 1898 r. Filipiny zostały wciągnięte w konflikt pomiędzy USA a Hiszpanią, który dotyczył wpływów na Kubie. W jego efekcie i zgodnie z podpisanym pod koniec XIX w. traktatem paryskim zwierzchność nad archipelagiem przejęły Stany Zjednoczone. Te – niestety – nie zgodziły się na przekształcenie kolonii w niezależne państwo, co zmusiło Filipińczyków do kontynuowania walki o niepodległość, którą uzyskali dopiero w lipcu 1946 r. Po II wojnie światowej w kraju wybuchły protesty chłopów, ale zostały stłumione. Wybrany w 1965 r. prezydent Ferdinand Marcos wprowadził rządy dyktatorskie. Stały się one przyczyną strajków i licznych wystąpień niezadowolonych obywateli. Sytuacja w państwie ustabilizowała się w 1986 r., kiedy doszło do pokojowego przewrotu i zakończenia dyktatury. Obecnie Filipiny są jednym z szybciej rozwijających się krajów Azji, a rząd skupia się na tym, aby zapewnić spokój i bezpieczeństwo mieszkańcom.

 

bohol 04 highres

Wzgórza Czekoladowe na wyspie Bohol

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

NA TALERZU

 

Kadayawan Festival 2 

Filipińskie dzieci na Festiwalu Kadayawan w mieście Davao na Mindanao

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

Unikający konfliktów Filipińczycy uwielbiają karaoke, koszykówkę, festyny, walki kogutów i dobre jedzenie. Ich kuchnia czasami zaskakuje Europejczyków. Łatwo można w niej dostrzec wpływy zarówno hiszpańskie, jak i chińskie, a także malajskie, indonezyjskie, hinduskie i amerykańskie. Na stołach królują proste i niedrogie potrawy, na co duży wpływ ma panująca na Filipinach bieda. Nauczyła ona mieszkańców gotowania z dostępnych i tanich produktów.

 

Podczas podróży po wyspach najczęściej trafia się na dania określane mianem adobo, które można uznać za filipiński specjał narodowy. Nazwę tę stosuje się zarówno w przypadku potrawy, jak i sposobu jej przyrządzania. Adobo to kawałki mięsa kurczaka bądź wieprzowiny, owoce morza lub warzywa gotowane w marynacie z octu, sosu sojowego, czosnku i czarnego pieprzu. Najpopularniejszą i dość kontrowersyjną przekąską uwielbianą przez Filipińczyków jest balut – ugotowany w jajku w skorupce kaczy embrion, często z zalążkiem dzioba, piór czy kości. Kilkunastodniowe zarodki kaczki uchodzą za przysmak i afrodyzjak. Niestety, obcokrajowcy raczej nie decydują się na ich degustację z uwagi na wygląd, konsystencję i zapach. Baluty najłatwiej kupić w nocy, gdyż sprzedawane są na ulicach i podawane z koszy, w których cały czas utrzymuje się wysoką temperaturę. Bardziej wybredni smakosze mogą spróbować popularnego na Filipinach deseru halo-halo. Stanowi on mieszankę lodów, mleka, słodkiej fasoli i owoców. Warto też napić się buko – soku ze świeżego kokosa.

 

 Makati by Night

Nowoczesne centrum biznesowe Manili po zmroku rozbłyska światłami

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

MIASTO KONTRASTÓW

 

Większość odwiedzających Archipelag Filipiński zaczyna swoją podróż od stolicy kraju – Manili, która znajduje się w południowej części wyspy Luzon. Gdyby chcieć opisać to miasto trzema słowami, byłyby to kontrast, hałas i chaos. Takie właśnie wywołuje pierwsze wrażenie. Duży wpływ ma na to fakt, że jest ono najgęściej zaludnioną metropolią świata (na 1 km² przypada tu aż ponad 71,2 tys. osób!). Tłumy ludzi, ogromny ruch samochodowy, hałas, feeria barw i zapachów sprawiają, że Manila bywa miejscem bardzo męczącym. Jeżeli jednak da się jej szansę, można odkryć prawdziwą perłę Orientu – przepiękne miasto, które zyskuje na uroku dzięki swoim licznym kontrastom.

 

Administracyjna stolica Filipin jest także najszybciej rozwijającym się ośrodkiem Azji Południowo-Wschodniej. Najlepiej oddają to nowoczesne obszary pełne biurowców, drapaczy chmur, ekskluzywnych hoteli i drogich sklepów. Jeśli jednak chce się poczuć kolonialny klimat, trzeba odwiedzić najstarszą część metropolii – Intramuros. Założyli ją Hiszpanie, którzy w czerwcu 1571 r. podbili Manilę. Można tutaj znaleźć piękne kamienice, zabytkowe kościoły czy historyczne pałace. W tym rejonie warto zajrzeć do muzeum Casa Manila, które stanowi kopię tradycyjnego kolonialnego domu.

 

TRUMNY I POLA RYŻOWE

 

W głębi wyspy Luzon, na północ od stolicy odkryjemy inny świat. W wysokich górach leżą małe miejscowości. Jedną z nich jest Sagada, gdzie czekają na nas przepiękne piesze trasy, małe pola ryżowe, ukryte w tropikalnym lesie wodospady i nieprzeniknione jaskinie. Ta nieznana kiedyś osada słynie z oryginalnego sposobu grzebania zmarłych, który polega na zawieszeniu trumny ze zwłokami na skale. Jak brzmi uzasadnienie tej tradycji? Otóż dusza ludzka musi być bliżej nieba, czuć powiew świeżego powietrza i ciepło promieni słońca. Tylko wtedy szczęśliwa odejdzie do raju. Do niektórych trumien przytwierdzone są krzesła. Oznaczają one, że zmarły odszedł w zaświaty w pozycji siedzącej. Na taki rodzaj pochówku pozwolić sobie mogą tylko rodowici i majętni mieszkańcy Sagady.

 

Miejscowość kryje jeszcze jeden skarb – przepiękne jaskinie Sumaguing i Lumiang. Wyprawa przez ich korytarze, wąskie szczeliny, podziemne jeziora, rzeki i ogromne komory jest jedną z niezapomnianych atrakcji całych Filipin. Pod Sagadą można oglądać przepiękny podziemny świat, który tworzą labirynty przejść oraz stalagmity i stalaktyty przypominające niebywałe, misternie rzeźbione figury. Dodatkowo uwagę turystów zwracają stosy drewnianych trumien ułożone u wejścia do Jaskini Pogrzebowej Lumiang (Lumiang Burial Cave).

 

Na południowy wschód stąd znajdują się miejscowości Banaue i Batad z tarasami ryżowymi, które są dumą grupy etnicznej Ifugao. Filipińczycy uważają je za ósmy cud świata. Tarasowe pola liczą sobie przeszło 2 tys. lat. Zostały zbudowane tylko pracą rąk ludzkich, bez użycia maszyn. Do dziś ryż uprawia się tu w tradycyjny sposób.

 

PODZIEMNA RZEKA

 

Większości osób Filipiny kojarzą się z przepięknymi plażami, białym piaskiem i kolorowymi rafami. Wszystko to znajdziemy właśnie na Palawanie. Wyspa ta leży w południowo-zachodniej części archipelagu. Niedaleko miejscowości Sabang usytuowany jest jeden z 7 Nowych Cudów Natury – Park Narodowy Rzeki Podziemnej Puerto Princesa. Tutejsza podziemna rzeka (Cabayugan) uchodzi za jedną z najdłuższych na świecie. Ciągnie się przez 8,2 km, z czego turyści zobaczyć mogą tylko pierwsze 1,5 km. Jaskinie krasowe zwiedza się małą łódką, sterowaną przez przewodnika. Pod ziemią panuje absolutna cisza i aby jej nie zakłócać, każdy z odwiedzających otrzymuje słuchawki z nagranym wcześniej opisem. Wszystko wokół spowija całkowity mrok, jedynej latarki używa przewodnik i to on oświetla najważniejsze do obejrzenia miejsca. Niezmącony spokój rzeki i jej ogrom robią niesamowite wrażenie. Z łatwością można się tutaj przekonać, jak wielka jest siła natury.

 

Z WYSPY NA WYSPĘ

 

Każdy, kto kiedykolwiek zawita na Filipiny, spotka się z określeniem island hopping. Zwrot ten oznacza zwiedzanie pobliskich małych, nierzadko niezamieszkanych, wysepek, plaż i raf połączone z pływaniem i snorkelingiem. Najpopularniejszy na Palawanie rejon na taką wycieczkę znajduje się w północnej jego części, w okolicy miasta El Nido, zwanego Niebem na Ziemi. Leży tu archipelag Bacuit składający się z 45 niewielkich wysp, które skrywają niesamowite i przepiękne plaże, zatoczki, laguny i jaskinie. W trakcie całodniowej wyprawy tradycyjną filipińską łodzią banca mamy okazję zobaczyć niedostępne brzegi pokryte śnieżnobiałym piaskiem, ponurkować w poszukiwaniu żółwi, obejrzeć niezmiernie kolorową rafę czy popływać kajakiem pomiędzy dzikimi i bezludnymi skrawkami lądu. W El Nido oferuje się cztery wycieczki (oznaczone kolejno literami A, B, C i D), różniące się umieszczonymi w programie miejscami.

 

Do najczęściej odwiedzanych wysepek należy Miniloc, otoczona przepięknymi lagunami – Big Lagoon, Small Lagoon i Secret Lagoon. Aby zobaczyć tę ostatnią, trzeba przecisnąć się przez wąskie przejście ukryte pod olbrzymim wapiennym klifem zanurzonym w wodzie. Helicopter Island swoim kształtem przypomina z kolei mały śmigłowiec. Na Sekretną Plażę (Secret Beach) na Matinloc trafia się przez skalny otwór. Większość z wysp archipelagu Bacuit to ogromne wapienne skały wyrastające pionowo z wody, pokryte bujną zielenią i niewielkimi plażami. Jeżeli jednak ktoś chciałby znaleźć rajski zakątek, ale woli pozostać na Palawanie, powinien w El Nido wypożyczyć skuter i udać się w stronę północnego krańca lądu. Leżą tutaj dzikie plaże, do których trudno dojechać samochodem, takie jak Nacpan Beach. Ma ona 4 km długości i przy odrobinie szczęścia będziemy na niej jedynymi turystami. Usypany ze śnieżnobiałego piasku brzeg oblewa krystalicznie czysta, turkusowa woda, palmy uginają się od kokosów, a nieliczne skromne bary zapraszają do odpoczynku w wygodnym hamaku.

 El Nido Resorts Apulit

El Nido Resorts Apulit Island

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

W SERCU ARCHIPELAGU

 

Centralną częścią Filipin jest region Visayas. To właśnie na jedną z jego wysp (Limasawę) w marcu 1521 r. przypłynęła ekspedycja Ferdynanda Magellana. Hiszpanie przywieźli ze sobą figurkę Dzieciątka Jezus (Santo Niño) i chrześcijaństwo. Na Cebu, w mieście o tej samej nazwie wbito krzyż (Cruz de Magallanes) i ochrzczono pierwszych mieszkańców archipelagu. Ferdynand Magellan zginął jednak 27 kwietnia 1521 r. na sąsiedniej Mactan w walce z wojownikami miejscowego wodza Lapu-Lapu. Kilkadziesiąt lat później do wysp Visayas przybiła kolejna wyprawa z Hiszpanii. Na jej czele stał Miguel López de Legazpi, któremu udało się wprowadzić chrześcijaństwo i ustanowić pierwszą stolicę kolonii hiszpańskich w Azji. Tak właśnie w Cebu, dziś najstarszym założonym przez Hiszpanów mieście na archipelagu (jako Villa de San Miguel w dniu 27 kwietnia 1565 r.), narodził się kraj znany dzisiaj jako Filipiny.

 

W tym największym, ponad 920-tysięcznym ośrodku miejskim regionu Visayas warto poszukać pozostałości po kolonizatorach. W Bazylice Dzieciątka Jezus (Basílica del Santo Niño, najstarszym kościele katolickim na Filipinach, wzniesionym w 1565 r.) można zobaczyć cudowną figurkę Santo Niño. To właśnie w miejscu, w którym stoi świątynia, Ferdynand Magellan ochrzcił pierwszych wyspiarzy. W małym i niepozornym budynku kaplicy nieopodal bazyliki znajduje się krzyż postawiony przez portugalskiego żeglarza, a właściwie jego zachowane fragmenty umieszczone w drewnianej konstrukcji nowego krzyża.

 

Na Cebu ciekawie spędzimy czas również poza stolicą prowincji. W okolicy miasta Moalboal i pobliskiej wysepki Pescador (po hiszpańsku Rybak) można obserwować ogromne ławice sardynek. Niedaleko pod wodą kryją się jedne z piękniejszych filipińskich raf. Znakomitym miejscem na wypoczynek są dwie plaże – Panagsama i Biała (White Beach). Osoby lubiące aktywne wyprawy powinny wybrać się na wycieczkę pod któryś z licznych wodospadów, np. Kawasan Falls. 

 

Cebu słynie też z innej, dość kontrowersyjnej atrakcji. W pobliżu miasta Oslob można spotkać rekiny wielorybie, które przyciągają codziennie rzesze turystów. Ekolodzy jednak regularnie zwracają uwagę, że zbyt duża ingerencja w naturalne środowisko tych największych na świecie ryb wpływa negatywnie na ich populację.

 

SPOTKANIE Z REKINAMI

 

Na Filipinach mamy niesamowitą okazję zobaczyć na własne oczy rekiny wielorybie. Te całkowicie niegroźne dla ludzi ryby żywią się planktonem i prowadzą migracyjny tryb życia. Przebywają codziennie wiele kilometrów. W poszukiwaniu pożywienia pojawiają się w okolicy wspomnianego Oslob. Lokalni rybacy, którzy czyszczą w morzu swoje sieci, zauważyli, że rekiny przypływają, aby najeść się resztkami z połowów. Sytuację postanowiono więc wykorzystać i ze spotkań z tymi fascynującymi stworzeniami zrobić atrakcję turystyczną. Niestety, karmione codziennie ogromne ryby nauczyły się łatwego zdobywania pokarmu i porzuciły swój migracyjny tryb życia, zaburzając tym samym ekosystem. Popularność tego miejsca sprawia, że turystów i łodzi jest coraz więcej, a rekiny narażone są na zranienie i negatywne skutki zbyt bliskiego kontaktu z człowiekiem.

 

Na Filipinach te niesamowite zwierzęta można spotkać także w rejonach, gdzie ludzie nie ingerują tak mocno w środowisko naturalne, m.in. w okolicy wyspy Pamilacan na morzu Bohol (Mindanao). Tutejsi rybacy, kiedyś polujący na rekiny, dziś oferują wyprawy, na których wypatruje się tych olbrzymów i delfinów. Największe na świecie ryby spotyka się również koło rybackiej miejscowości Donsol, znajdującej się w południowej części Luzonu.

 

KRAINA UŚMIECHU

 

Podczas pobytu na Filipinach nie wolno ominąć wyspy Bohol. To niewątpliwie wizytówka kraju – reprezentuje wszystkie jego wspaniałości, przyciąga niepowtarzalnymi atrakcjami i pięknymi plażami. Te ostatnie najłatwiej znaleźć na czarującej wysepce Panglao, połączonej z Bohol dwoma mostami. Turyści lubiący malownicze kurorty i restauracje z lokalnym jedzeniem powinni odwiedzić słynną plażę Alona. Osobom ceniącym sobie spokój spodoba się raczej popularna wśród miejscowych Dumaluan. W tej części Bohol warto zdecydować się na rejs na małe, urokliwe wysepki, np. Pamilacan z lasami koralowców i podwodnym sanktuarium żółwi morskich czy Balicasag, w okolicy której można spotkać delfiny i rekiny wielorybie.

 

Ciekawym sposobem na spędzenie czasu jest też wycieczka rzeką Loboc (Loay). W jej rejonie kręcono sceny do filmu Czas Apokalipsy Francisa Forda Coppoli. Podczas rejsu podziwia się cudowne widoki i delektuje lokalnymi daniami, a to wszystko przy filipińskiej muzyce na żywo. Amatorów mocnych wrażeń Bohol przyciąga wspaniałymi parkami przygód, w których można zjechać na linie zawieszonej nad tropikalnym lasem, wspinać się po skałach, eksplorować jaskinie lub spłynąć rwącą rzeką.

 

NIETYPOWE WZGÓRZA

 

Większość osób przybywa jednak na Bohol, aby zobaczyć wyjątkowy cud natury, jakim są Wzgórza Czekoladowe. Składa się na nie ok. 1270 wapiennych pagórków o wysokości od 30 do 120 m. Wzniesienia zaskakują prawie idealnie stożkowatym kształtem i do dzisiaj naukowcy nie ustalili ich pochodzenia. Filipińczycy wierzą, że powstały za sprawą olbrzymów. Jedna z legend mówi o tym, że pagórki utworzyły ogromne łzy wylane przez giganta Arogo płaczącego nad utraconą miłością. Według innej opowieści to głazy, którymi rzucali w siebie olbrzymi. Co ciekawe, nazwa tego miejsca pochodzi od koloru traw porastających wzniesienia – w porze suchej stają się one ciemnobrązowe. Jednak Wzgórza Czekoladowe równie pięknie prezentują się w kolorze zielonym.

 

POD OSŁONĄ NOCY

 

Innym symbolem wyspy Bohol jest maleńkie stworzenie, które większość ludzi myli z małpką. Mowa tu o wyraku filipińskim. Wyrakowate są ssakami naczelnymi i prowadzą nocny tryb życia. Wyróżniają je ogromne oczy i kończyny zakończone cieniutkimi palcami. Większość dnia przesypiają z jednym zamkniętym okiem, przytulone do gałęzi drzew. Mimo iż wyraki filipińskie uznano za gatunek o podwyższonym ryzyku wyginięcia, ich populacja nadal drastycznie maleje. Sprawy nie ułatwia fakt, że samica rodzi tylko dwa młode w ciągu całego roku. Na Bohol można zobaczyć te niezwykłe stworzenia z bliska. Odpowiednim do tego miejscem jest ośrodek w miasteczku Corella należący do Philippine Tarsier Foundation, w którym zwierzęta przebywają w naturalnym środowisku i pod opieką wolontariuszy.

 

ZACZAROWANY LĄD

 

Na Filipinach leży jeszcze jedna wyjątkowa wyspa, słynąca z magicznej mocy. Filipińczycy starają się ją omijać, gdyż boją się duchów i mieszkających tu szamanów. Siquijor, bo tak się nazywa, można objechać na skuterze w jeden dzień. W tutejszych lasach i górach znajdują się prawdziwe skarby: jeziora z wodospadami, tajemnicze jaskinie, malowniczo położone punkty widokowe i… szamani. Tych ostatnich wcale nie tak łatwo spotkać. Choć przestali trudnić się czarną magią i zajmują się dziś raczej uzdrawianiem, to w miejscowych budzą ogromny respekt.

 

Siquijor z pewnością spodoba się wielbicielom przepięknych widoków. Mówi się, że to właśnie tutaj można oglądać najpiękniejsze zachody słońca na Filipinach. W trakcie zwiedzania trzeba koniecznie wybrać się pod Balete Tree w Campalanas, uważane za najstarsze drzewo na wyspie (ponoć ponad 400-letnie), spod którego korzeni wytryska źródło. Według miejscowych w jego wnętrzu mieszkają duchy. Szamani wykonują w pobliżu drzewa swoje obrzędy. W tej okolicy można skorzystać z naturalnego peelingu stóp w basenie z małymi rybkami.

 

Podczas wizyty na Siquijor warto też zjechać z głównej drogi i poszukać ukrytych plaż i wodospadów. Przy odrobinie szczęścia trafi się na Kagusuan. Tę przepiękną i niedostępną plażę urozmaicają olbrzymie głazy wyrzucone przez morze. Najprawdopodobniej nie spotkamy tu żywej duszy.

 

Gruzja winem płynąca

MARIUSZ KAPCZYŃSKI
REDAKTOR NACZELNY PORTALU VINISFERA.PL

 

<< Wyprawy do Gruzji w ostatnich latach cieszą się wśród Polaków dużą popularnością. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co tak szczególnego przyciąga ich w te strony: niesamowite krajobrazy, wiekowe zabytki kultury chrześcijańskiej, smaczna regionalna kuchnia i wyjątkowe wina czy wreszcie życzliwi mieszkańcy, traktujący gości jak członków rodziny. Być może zresztą wszystkie te aspekty razem wzięte sprawiają, że w tym niewielkim kraju skrytym w cieniu gór łatwo poczuć się jak w domu. >>

Więcej…