ANNA KRYPA
www.comeann.com

<< Wędrówka po tajemniczych Górach Księżycowych, spotkanie oko w oko z gorylami górskimi i jeden z najbardziej ekscytujących raftingów na świecie – to wszystko i znacznie więcej czeka na każdego podróżnika odwiedzającego Ugandę. Ten fascynujący kraj zaskakuje bogactwem przyrody i wspaniałymi krajobrazami. W jego tropikalnych lasach gdzieś zza mgieł wyłaniają się sylwetki dzikich zwierząt, które zdają się być praktycznie na wyciągnięcie ręki. >>

Zaintrygowana zagadkową łacińską nazwą Montes Lunae (Góry Księżycowe), użytą przez greckiego matematyka, astronoma i geografa z II w. n.e. Ptolemeusza i określającą najprawdopodobniej masyw górski Rwenzori, postanowiłam wspiąć się na najwyższą w Ugandzie i trzecią pod względem wielkości w Afryce (po Kilimandżaro i Kenii) Górę Stanleya ze Szczytem Małgorzaty (Margherita Peak), wznoszącym się aż na 5109 m n.p.m. To był mój cel numer jeden, ale niespodziewanie ta kraina rozpostarła przede mną swoje magiczne krajobrazy i pozwoliła na bliskie obcowanie z dziką przyrodą. Dlatego w myśl ugandyjskiego przysłowia Ten, kto widzi coś dobrego, musi to opowiedzieć, pragnę podzielić się swoimi przeżyciami i opisać piękno tego niezwykłego, zamkniętego wewnątrz Czarnego Lądu kraju.
Przecięta równikiem Uganda leży w Afryce Wschodniej nad największym jeziorem kontynentu (Jeziorem Wiktorii) i ma powierzchnię mniejszą niż Polska (241 tys. km²). Aż 80 proc. jej obszaru zajmuje Wyżyna Wschodnioafrykańska. W ugandyjskim Nieprzeniknionym Lesie Bwindi (Bwindi Impenetrable Forest) znalazła schronienie blisko połowa żyjących jeszcze na wolności goryli górskich. Spotkamy tu także wiele innych dzikich zwierząt i ptaków. Po zakończeniu tragicznego rozdziału w swojej historii ten afrykański kraj wydaje się również miejscem przyjaznym i bezpiecznym dla turystów.

CO, GDZIE, KIEDY
Uganda znajduje się w strefie klimatu podrównikowego wilgotnego z wyraźnym podziałem na porę suchą i deszczową. Średnie roczne temperatury powietrza wahają się pomiędzy 25 a 30°C, czyli w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że przez większość czasu jest ciepło i mokro. Najsuchszy i najlepszy okres na zwiedzanie trwa od grudnia do lutego i od czerwca do sierpnia. Za miesiące najdogodniejsze do wędrówki po górach Rwenzori uważa się styczeń i luty.
W te strony bez problemu dostaniemy się z Europy samolotem, 90-dniową wizę kupimy na lotnisku, a porozumiewać będziemy się w języku urzędowym kraju, czyli po angielsku. Należy tylko bezwzględnie pamiętać o szczepieniach, ponieważ przy przekraczaniu granicy bywa sprawdzana ważność szczepionki na żółtą febrę, oraz o profilaktyce antymalarycznej (stosowaniu odpowiednich leków). Tak przygotowani możemy pakować bagaż i ruszać w drogę!

LĄDOWANIE NAD JEZIOREM
Nasza ugandyjska przygoda zaczyna się zazwyczaj na międzynarodowym lotnisku w Entebbe, leżącym na północnym brzegu Jeziora Wiktorii. To dość atrakcyjne miasto z pozostałościami kolonialnej zabudowy. Dawniej, zanim państwo uzyskało niepodległość od Wielkiej Brytanii w październiku 1962 r., stanowiło siedzibę władz Protektoratu Ugandy. Dziś znane jest głównie z największego w kraju portu lotniczego oraz siedziby prezydenta (jest nim od stycznia 1986 r. Yoweri Museveni). Warto zatrzymać się tutaj na dzień lub dwa, pospacerować nad jeziorem, popłynąć na wyspę Ngamba i odwiedzić szympansy przebywające w ośrodku Ngamba Island Chimpanzee Sanctuary lub poobserwować ptaki na mokradłach Mabamba.
Ja wylądowałam w Entebbe w środku nocy i od razu pojechałam na umówiony nocleg. Byłam zmęczona długim lotem i niespecjalnie zainteresowana tym, co znajdowało się za oknem. Kiedy obudziłam się rano i wyszłam z hotelu, moim oczom ukazała się olbrzymia tafla wody. Stałam przed największym słodkowodnym akwenem Afryki i największym tropikalnym jeziorem świata. Widok ten zrobił na mnie niesamowite wrażenie! Spacer brzegiem wydał mi się świetnym pomysłem na rozpoczęcie dnia, szczególnie że za chwilę czekała mnie długa podróż do Kasese, miejscowości położonej znacznie bliżej mojego celu – masywu Rwenzori.
Przed wyprawą w góry można zatrzymać się na chwilę w położonej na wzgórzach stolicy Ugandy – Kampali. Jest to duże i zatłoczone miasto (zamieszkane przez 1,7 mln ludzi), jednak całkiem przyjemne i bezpieczne. Warto wybrać się tutaj na olbrzymi plac wypełniony minibusami zwany Old Taxi Park i zobaczyć wzgórze z grobowcami Kasubi (wpisanymi w 2001 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO), gdzie w chatach pod strzechą pochowani zostali władcy królestwa Bugandy. Koniecznie trzeba też przejechać się boda-boda, czyli jednośladową taksówką: motocyklem bądź rowerem. Pasażer takiego pojazdu siada ze swoimi rzeczami tuż za kierowcą, który podczas jednego kursu przewozi nierzadko więcej niż jedną osobę. Przejażdżka popularną bodą kosztuje niewiele, ale gwarantuje bezcenne przeżycia.

„TEN, KTÓRY CZYNI DESZCZ”
Tak brzmi tłumaczenie bardzo trafnej lokalnej nazwy Rwenzori. Otóż przez większość czasu na tym terenie padają obfite deszcze, a gęste mgły powodują, że wierzchołki gór bywają niewidoczne nawet przez 300 dni w roku. Od dawna marzyłam o trekkingu w Ugandzie i zdobyciu jej najwyższego szczytu. Słyszałam niesamowite opowieści o niezwykłości i surowości tutejszego krajobrazu. Pociągała mnie jego różnorodność: tropikalna puszcza, lasy bambusowe, skupiska ogromnych lobelii, bagna, nagie skały i wreszcie białe pole lodowca. To wszystko zapowiadało przygodę nie z tej ziemi!
Moja 8-dniowa wyprawa trasą Central Circuit zaczęła się przy bramie Parku Narodowego Gór Rwenzori (Rwenzori Mountains National Park). Tu załatwiłam formalności: odprawę, ważenie bagażu i płatności. Opłaty za trekking są dość wysokie, ale nie da się uniknąć wynajęcia pracujących tutaj przewodnika, kucharza i tragarza, ponieważ cały ten obszar podlega ochronie instytucji państwowej.
Pierwszego dnia ruszyłam do schroniska Nyabitaba Hut (2652 m n.p.m.), a następnego do John Matte Camp (3420 m n.p.m.). Po drodze napotykałam zaskakująco zmienny krajobraz, najpierw wiszący nad rzeką most Kurta Shaffera, później strefę lasów bambusowych, a jeszcze wyżej gęstą tropikalną puszczę z drzewami obwieszonymi tzw. brodami – wyjątkowym gatunkiem porostów, przypominających zarost starca. Na rozwinięcie się tak różnorodnej i niezwykłej roślinności mają wpływ głównie tutejsze warunki klimatyczne. Masyw Rwenzori charakteryzuje się bardzo obfitymi opadami, dzięki którym rosną tu niesamowite rośliny z okresów prehistorycznych. Góry te znajdują się na granicy Ugandy i Demokratycznej Republiki Konga i zajmują podobną powierzchnię jak Tatry. Są jednak dwa razy wyższe i w pobliżu wierzchołków pokryte lodowcem, który – niestety – z roku na rok się zmniejsza.
Na kolejny dzień przygotowałam wodery (rybackie kalosze do pachwin), bo przede mną zaczynały się mokradła. Wczesnym rankiem po mostku ułożonym niemalże z patyków przemierzyłam rzekę Bujuku, a następnie weszłam na pierwsze bagna – Lower Bigo Bog. Początkowo trasa była prosta, gdyż biegła długą kładką zbudowaną nad podmokłym terenem. Po obu jej stronach rozkwitały zapierające dech w piersiach rośliny, np. kilkumetrowe lobelie. Po jakimś czasie pomost się skończył i droga stała się męcząca. Musiałam wciąż uważać, żeby nie wpaść po kolana w błoto, co – niestety – nie zawsze mi się udawało. Następny dzień przyniósł krótkie i strome podejście do ostatniego przed dotarciem do celu schroniska Elena Hut (4563 m n.p.m.). Na tym odcinku roztacza się chyba najpiękniejszy widok na najwyższy wierzchołek Góry Stanleya  – Szczyt Małgorzaty (5109 m n.p.m.).

PO LODOWCU DO CELU
Końcowy etap wspinaczki pamiętam ze szczegółami: pobudka już o godz. 3.00, uczucie przeszywającego zimna i nieprzyjemne dolegliwości spowodowane przebywaniem na dużej wysokości. Schronisko nie zapewniało luksusów. Spaliśmy na podłodze, a do prowizorycznej toalety wdrapywaliśmy się po skałach. Spakowałam przygotowany wcześniej sprzęt wspinaczkowy, założyłam uprząż, latarkę czołową i o godz. 4.00 ruszyłam za moim przewodnikiem. Pierwszy odcinek prowadził ostro w górę. Pokonałam stromy żleb i dotarłam do lodowca. Zaczynało świtać. Otaczały mnie wręcz nadzwyczajne widoki. Włożyłam raki i weszłam na lód, który zaczął złowrogo pękać pod moimi stopami. Przystanęłam na chwilę, aby popatrzeć na ukrytą we mgle Demokratyczną Republikę Konga i podążyłam dalej. Po drodze czekał nas jeden trudniejszy fragment wspinaczki skalnej i odcinek, gdzie zamontowano dwie połączone ze sobą chyboczące się drabiny. Należało przedostać się z jednej na drugą, po czym wspiąć się na kolejny, dużo bardziej nachylony, twardy lodowiec. Trzeba było mocno wbijać się rakami i czekanem, żeby się nie osunąć. Potem już tylko szybko pokonałam ostatnie skały i wreszcie stanęłam na wierzchołku trzeciego szczytu Afryki! Udało się!

OKO W OKO Z GORYLAMI
Trudno to sobie wyobrazić, ale zwykły człowiek nadal może spotkać na wolności największą małpę człekokształtną, ważącą niekiedy nawet 260 kg. Na świecie występują tylko dwie populacje goryli górskich i obie żyją w Afryce Wschodniej: w górach Wirunga na granicy Demokratycznej Republiki Konga, Ugandy i Rwandy i w Nieprzeniknionym Lesie Bwindi w Ugandzie. Już sama nazwa tego drugiego obszaru wywołuje ciarki na plecach. Większość tego wilgotnego lasu równikowego, położonego na górzystych terenach południowo-zachodniej części kraju (na wysokości od 1160 do 2607 m n.p.m.), obejmują granice Nieprzeniknionego Parku Narodowego Bwindi (Bwindi Impenetrable National Park). To jeden z najbogatszych ekosystemów na kontynencie afrykańskim. Występuje tu mnóstwo gatunków ssaków, ptaków, motyli, drzew, paproci i płazów oraz mieszka ok. 320–360 goryli górskich, które wolno obserwować pod czujnym okiem strażników i tropicieli. Prawdopodobieństwo zobaczenia rodziny goryli jest duże, jednak nie zawsze udaje się trafić na srebrzystogrzbietego, czyli dominującego samca – ogromnego przywódcę stada. Ja mogę się pochwalić takim spotkaniem.

FOT. ANNA KRYPA

Imponujące goryle górskie są krytycznie zagrożone wyginięciem


Wstaję o świcie i wędruję przez wilgotny las równikowy z kilkuosobową grupą, przewodnikiem i strażnikami, którzy wycinają drogę maczetami. To niezbędne w tych warunkach narzędzie, umożliwiające przedarcie się przez niezmiernie gęstą roślinność. Dodatkowo marsz utrudniają nam szybkie zmiany wysokości. Niekiedy w ciągu kilku godzin trzeba pokonać nawet 1000 m różnicy między jednym punktem a drugim, przedzierając się przez pokrzywy lub ślizgając się po mokrym podłożu. Jednak znalezienie się w bezpośredniej bliskości tych wspaniałych małp to przeżycie, którego nigdy nie zapomnę! Ogromne zwierzęta patrzyły na mnie z odległości 3 m, a niektóre przebiegały tuż obok – jedno nawet lekko mnie musnęło.
Kiedy stałam w samym środku stada składającego się z 27 osobników, nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Jedynie dotkliwe poparzenia miejscowymi pokrzywami przekonywały mnie, że nie śnię. Szczerze mówiąc, do dziś dziwię się, że byłam tak blisko tych ogromnych ssaków, i muszę przyznać, że spotkanie z gorylami górskimi uważam za niesamowitą i niezmiernie wzruszającą chwilę w moim życiu.

SAFARI NAD WODOSPADEM
Park Narodowy Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park) jest największym parkiem narodowym Ugandy (ma powierzchnię 3840 km²). Stanowi wymarzone wręcz miejsce na udane safari. Poza tym zobaczymy w nim szympansy, powędkujemy na Nilu Wiktorii czy wypoczniemy w pobliżu malowniczych kaskad Wodospadów Murchisona (Murchison Falls). Turyści znajdą w tym rejonie też inne atrakcje – ja właśnie tutaj pierwszy raz w życiu ujrzałam globus, na którym Polska występuje aż dwa razy!

FOT. ANNA KRYPA

Stado hipopotamów w trakcie kąpieli


Zatrzymałam się na typowym kempingu usytuowanym blisko Nilu Wiktorii. Jeździłam na safari, odganiałam od mojego namiotu ciekawskie guźce i odpoczywałam wieczorem przy ognisku. Pewnej nocy światło z obozowiska zwabiło hipopotama, który podszedł całkiem blisko siedzących i rozmawiających ludzi. Całe szczęście, że wreszcie się wycofał i skończyło się tylko na chwili strachu. Takie sytuacje przypominają jednak o tym, że podczas wypraw po dzikim Czarnym Lądzie należy zachowywać wyjątkową ostrożność i starać się nie oddalać od namiotu.

FOT. LOVE UGANDA SAFARIS/WWW.LOVEUGANDASAFARIS.COM

Wodospady Murchisona znajdują się pod ochroną parku narodowego

 

RAFTING NA NILU
Okolice miasta Jinja, centrum sportów ekstremalnych w Afryce Wschodniej, uchodzą za źródła Nilu Wiktorii. Rafting w Ugandzie zalicza się do najcięższych na świecie. Na chętnych czekają odcinki V, IV i III stopnia trudności w skali sześciostopniowej. Nie chce się wierzyć, że niewielki ponton wytrzyma wodne przeszkody o takiej sile. Osoby o słabszych nerwach mogą przesiąść się na tzw. safety boat i w ten sposób przebyć całą trasę bez wywrotki. Skalisty teren nie wygląda przyjaźnie, a dmuchana łódź potrafi przewrócić się do góry dnem nawet kilka razy. Jednak nad wszystkim czuwają instruktorzy i ratownicy pływający w pobliżu na małych kajakach. W trakcie spływu zdarzają się także dłuższe momenty odpoczynku i wtedy istnieje możliwość kąpieli. W bazie organizującej raftingi firmy skoczymy również na bungee nad wodami Nilu.
Podróżujący po Ugandzie Winston Churchill nazwał ją słusznie „Perłą Afryki”. Mam wrażenie, że mimo trudnej historii, blask tego klejnotu nigdy nie zgasł, a w ostatnich czasach przybrał nawet na sile, dzięki czemu kraj ten staje się niewątpliwie turystyczną konkurencją dla państw ościennych. Oferuje on znacznie więcej niż klasyczne afrykańskie safari – zaprasza na spotkanie z ostatnimi żyjącymi na wolności gorylami górskimi, szympansami czy obserwację ponad tysiąca gatunków ptaków. Nigdzie indziej nie zobaczymy takiej różnorodności krajobrazu, jak w Parku Narodowym Gór Rwenzori, w którym pośród księżycowych pejzaży i bujnej tropikalnej puszczy wyrastają strome skały pokryte lodowcem, wznoszące się na wysokość ponad 5000 m n.p.m., i nie przeżyjemy jednej z najbardziej niebezpiecznych wypraw raftingowych na świecie u źródeł Nilu Wiktorii. To wszystko czeka na nas w mniejszym od Polski kraju, gdzie przyjaźni i radośni mieszkańcy chętnie przewiozą mzungu (białego turystę) na boda-boda i poczęstują go waragi, czyli ugandyjskim ginem z bananów. Ja czuję, że mogłabym tam wrócić w każdej chwili. A czy Wy jesteście gotowi na taką pasjonującą przygodę?

Artykuły wybrane losowo

Veneto – peregrynacje nie tylko weneckie

Verona   Piazza Bra  di fronte il municipio e a destra l arena

Przy Piazza Bra w Weronie stoją m.in. Palazzo Barbieri i rzymski amfiteatr

© FOTOTECA REGIONE DEL VENETO

 

MAKSYMILIAN CZORNYJ

 

Jeżeli jak pisał amerykański pisarz i scenarzysta Truman Capote: „Być w Wenecji to jakby zjeść całe pudełko czekoladek z likierem naraz”, to odwiedziny w regionie Veneto należałoby przyrównać do wizyty w cukierni albo jeszcze trafniej – w wielkiej fabryce słodkości. Znajdziemy w nim wszystko, z czego słyną Włochy: miasta pełne najwyższej klasy zabytków, morze, plaże, urokliwe wysepki, malownicze jeziora i góry. Nie brakuje tu modnych kurortów, ośrodków rozrywkowych, tras narciarskich, doskonałych enotek i winnic.

 

Wszak Veneto, czyli Wenecja Euganejska, to Italia w miniaturze. Aby zobrazować skalę tej miniatury, wystarczy wspomnieć, że region ten ma powierzchnię porównywalną do województwa pomorskiego lub łódzkiego (blisko 18,5 tys. km²). Zamieszkuje go niespełna 5 mln osób, a szacuje się, że samą Wenecję odwiedza rocznie nawet sześć razy więcej turystów.

 

Kształtem Veneto przypomina konia stojącego dęba. Pysk opiera o wschodnie Dolomity i sięga nim aż do granicy z Austrią, grzbiet pręży ku jezioru Garda, zad unosi ponad deltą rzeki Pad, a nogami oplata wybrzeże Adriatyku. Z racji różnorodności rejonu dla pewnego porządku w tekście będę się trzymać tras kolejowych i to z ich perspektywy rozpoczniemy zwiedzanie miast. Bramy do nich stanowić będą właśnie dworce.

 

 Villa La Rotonda colza

Villa Rotonda w Vicenzy – renesansowa rezydencja projektu Andrei Palladia

© CONSORZIO VICENZA È/WWW.VICENZAE.ORG

 

WENECJA

 

Podczas peregrynacji po Veneto nie wypada pominąć Wenecji. To słynne miasto na wodzie jest obowiązkowym celem wypraw każdego turysty i podróżnika. Plac św. Marka, Most Westchnień, Bazylika św. Marka czy Pałac Dożów – któż o nich nie słyszał?

 

Jednak Wenecja to znacznie więcej. Poznać ją od innej strony można, gdy przybędzie się na stację kolejową Venezia Santa Lucia. Znajduje się ona przy Canal Grande, ale w innym miejscu niż najsłynniejsze zabytki. Park naprzeciw stacji, zwany Giardini Papadopoli, jest jednym z nielicznych zielonych fragmentów w historycznym centrum miasta. Po drugiej stronie kanału stoi Kościół św. Mikołaja z Tolentino (Chiesa di San Nicola da Tolentino) – świątynia niepozorna, rzadko odwiedzana przez turystów, a mogąca poszczycić się zachwycającymi freskami i chyba najpiękniej oświetlona naturalnym światłem w całej Wenecji. Właśnie takie, położone na uboczu miejsca pozwalają odkryć prawdziwe oblicze tego miasta. Tak wygląda niezadeptana przez zwiedzających Wenecja, zwyczajna i rozbrzmiewająca jedynie szumem przepływającej obok wody.

 

Tutaj najlepiej jest się zgubić. Zamiast podążać za tłumami turystów, gnać ślepo wzdłuż wykreślonych wcześniej na mapie szlaków warto zatracić się w atmosferze, zagłębić się w zaułki i tajemnice La Serenissimy, czyli Najjaśniejszej, jak mówią o swoim mieście wenecjanie. Podczas takiego spaceru przejdziemy przez bramę prowadzącą na niespełna metrowe nadbrzeże nad jednym z ponad 170 kanałów, dostrzeżemy wenecjanina cumującego łódkę bezpośrednio przy drzwiach kamienicy lub trafimy na maleńki targ pełen najświeższych ryb i owoców morza.

 

Tylko jeśli się zgubimy, unikniemy lokali, gdzie zwykły obiad kosztuje więcej niż wykwintna kolacja w luksusowej restauracji, i oszustów oferujących kurs wodną taksówką za bajońską sumę czy wystaw pełnych tandetnych masek karnawałowych sprowadzonych wprost z Chin lub Tajwanu. Błądząc wśród zaułków, poczujemy mistycyzm miasta wyrastającego z wody, w którym samochody, karetki i śmieciarki zostały zastąpione przez łodzie. Wenecja sprawia czasem wrażenie opuszczonej i wymarłej. Tak, naprawdę są w niej takie miejsca. Jeżeli skierujemy się np. w stronę Canale della Giudecca, trafimy na niemal bezludne place, przejdziemy uliczkami, na których spotkamy jedynie gołębie i koty.

 

Podczas dłuższego pobytu w Wenecji warto korzystać z tramwajów wodnych i udać się na inne wysepki Laguny Weneckiej. Na zainteresowanie zasługują szczególnie Murano (słynąca z wyrobów szklanych), Burano (pełna niezmiernie kolorowych domów) i Torcello (jeden z najstarszych tutejszych ośrodków, z Bazyliką Wniebowzięcia NMP – Basilica di Santa Maria Assunta).

 

Tramwajem wodnym (vaporetto) dotrzemy także znacznie dalej, np. do przylegającej do północno-wschodniego brzegu Laguny Weneckiej gminy Jesolo. Leży w niej jeden z najsłynniejszych włoskich kurortów – Lido di Jesolo rozciągnięte na zewnętrznej stronie cypla, wzdłuż wybrzeża Adriatyku. Jego wizytówkę stanowi długa na ok. 15 km i szeroka miejscami na prawie 200 m piaszczysta plaża. W 2017 r. ponownie otrzymała ona Błękitną Flagę, dzięki czemu możemy mieć pewność, że jest czysta i posiada odpowiednią infrastrukturę. Mimo dość dużych rozmiarów w sezonie w dzień plaża zwykle bywa szczelnie wypełniona ludźmi, którzy po zapadnięciu zmroku przenoszą się na niedaleki niewiele krótszy bulwar. Warto wiedzieć, że za wstęp na przeważającą jej część trzeba zapłacić, a niektóre fragmenty należą do pobliskich hoteli. Znajduje się tu również odcinek wydzielony dla naturystów. Poza tym w pobliżu funkcjonuje port jachtowy. Infrastruktura gastronomiczna jest bardzo bogata – w okolicy plaży można zjeść dania niemal z całego świata, a nawet wybrać się do restauracji, którym przyznano gwiazdki w prestiżowym przewodniku Michelin.

 

W Lido di Jesolo na turystów czekają oprócz tego profesjonalne 18-dołkowe pole golfowe klasy mistrzowskiej, tor gokartowy Pista Azzurra i rozległy park wodny Aqualandia. W SEA LIFE i Tropicarium Park zobaczymy ryby i zwierzęta wodne z całego świata. Kluby nocne zapewnią z kolei szaloną zabawę do białego rana.

 

Pamiętajmy jednak, że Veneto to nie tylko pełna atrakcji Laguna Wenecka, dlatego trzeba odwiedzić i inne miejsca w regionie. Warto więc zawrócić na kolejowy szlak, po czym ruszyć na zachód.

 

PiazzaSanMarcoDSC 8787

Wenecka Piazzetta San Marco z dwiema kolumnami

© SERVIZIO COMUNICAZIONE VISIVA DEL COMUNE DI VENEZIA

 

PADWA

 

Polakom Padwa znana jest przede wszystkim ze względu na uczących się tu niegdyś studentów. Wszak wiedzę zdobywali w niej Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski i Jan Zamoyski (wybrany nawet w 1563 r. rektorem tutejszej uczelni), ale założony w 1222 r. uniwersytet stanowi tylko jeden z wielu klejnotów w padewskiej koronie.

 

Według Eneidy Wergiliusza miasto mieli założyć Trojanie, którzy po upadku własnej stolicy wznieśli tu gród o nazwie Patavium. Przez setki lat osada rozrastała się, a w średniowieczu stała się istotnym ośrodkiem gospodarczym i dydaktycznym.

 

Trafienie z dworca kolejowego do historycznego centrum nie powinno przysporzyć problemów. Wystarczy kierować się główną arterią,Corso del Popolo, która po kilkuset metrach płynnie przechodzi w Corso Giuseppe Garibaldi. Gdy miniemy rozległy zielony park (Giardini dell’Arena), możemy zwolnić kroku. Po chwili z lewej strony dostrzeżemy ruiny rzymskiego amfiteatru, a po prawej klasycystyczną bryłę Pałacu Zuckermanna (Palazzo Zuckermann), w którym funkcjonują dwa muzea – sztuki użytkowej i numizmatyczne.

 

Jeśli będziemy szli dalej, po kilkunastu minutach dotrzemy do Pałacu Bo (Palazzo Bo). Pod tą niewiele mówiącą nazwą kryje się w rzeczywistości główny gmach uniwersytecki. Przy jego schodach stoi pomnik Eleny Lucrezii Cornaro Piscopii (1646–1684), matematyczki i filozofki. W 1678 r. jako pierwsza kobieta w historii otrzymała stopień naukowy doktora. Wewnątrz budynku zachowała się m.in. katedra, z której nauki wygłaszał Galileusz (Cattedra di Galileo), a także teatr anatomiczny, czyli pomieszczenie, gdzie najsłynniejsi włoscy medycy w tajemnicy przeprowadzali przed studentami sekcje zwłok.

 

Na północny zachód od uniwersytetu leży Piazza della Frutta, gdzie odbywają się miejskie festyny, a lokalni producenci i wytwórcy wystawiają towary. Niemalże całą południową pierzeję placu zajmuje Palazzo della Ragione. Wielokrotnie przebudowywany gmach nabrał nieco pokracznej, przysadzistej formy, jednak szczyci się podobno największą w Europie powierzchnią dachu, którego nie podpierają kolumny.

 

Jeszcze dalej znajduje się Piazza dei Signori. Wschodni kraniec zamyka tu Kościół św. Klemensa (Chiesa di San Clemente), wzniesiony na miejscu jednej z najstarszych chrześcijańskich świątyń, a przeciwległy – ledwie 30-metrowa, lecz zgrabnie wkomponowana w miejski krajobraz Wieża Zegarowa (Torre dell’Orologio). Na trzecim piętrze umieszczono w niej wspaniały mechanizm wprawiający w ruch zegar astronomiczny, który po niedawnej renowacji ponownie odmierza turystom i padewczykom czas. Spostrzegawcze osoby dostrzegą, że na tarczy znaków zodiaku brakuje wagi, ale nie ma tutaj dość miejsca, aby poruszać legendy uzasadniające ten stan rzeczy.

 

Jeśli poszlibyśmy dalej prosto, dotarlibyśmy do Muzeum Nauk Archeologicznych i Sztuki. Odbijemy jednak w lewo i nie przejdziemy przez bramę Wieży Zegarowej. Wąska uliczka wijąca się pośród kamienic wiedzie do placu katedralnego. Katedra (Duomo di Padova) miała zostać wzniesiona według projektu Michała Anioła, lecz kierujący pracami architekci wprowadzili liczne zmiany i nadali budowli dość ostre, surowe rysy. Również jej wnętrze jest zimne i skromne. Znacznie ciekawsze są XIV-wieczne freski w przylegającym do świątyni baptysterium. Jego kopułę pokrywa monumentalne przedstawienie raju z Chrystusem otoczonym zastępami świętych.

 

Po skierowaniu się znowu na południe i przejściu wąskiego miejskiego kanału zbliżymy się do jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc Padwy – Prato della Valle. Ten największy plac we Włoszech (aż ok. 90 tys. m² powierzchni!) znajduje się w pobliżu słynnych bazylik: św. Antoniego i św. Justyny. Na jego środku leży otoczona eliptycznym kanałem wysepka Memmia. Wokół ustawiono 78 posągów osób zasłużonych dla miasta. Co ciekawe, wśród nich są także statuy Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego, ufundowane przez Stanisława Augusta Poniatowskiego.

 

Na zakończenie padewskiej wędrówki koniecznie należy odwiedzić obie wspomniane bazyliki. Bez wątpienia każda z nich wywiera większe wrażenie niż szacowna miejska katedra. Bazylika św. Antoniego z Padwy charakteryzuje się architektonicznym przemieszaniem stylu romańskiego i gotyckiego – przysadzistą, jakby przygiętą do ziemi fasadę zdobią ostrołukowe wnęki i arkady wspierane na filarach, a również jakże typowa rozeta zdobiona maswerkiem. Budowla ma osiem kopuł, z których centralna, umieszczona ponad skrzyżowaniem naw, została oparta na bryle ostrosłupa zwieńczonego latarnią. We wnętrzu bazyliki znajduje się grób jej patrona. Ołtarz główny jest autorstwa Donatella, jednak był wielokrotnie przekształcany i całkowicie zatracił swój pierwotny charakter.

 

Bazylika św. Justyny z Padwy, męczennicy ściętej 7 października 304 r. za panowania cesarza Dioklecjana, została wzniesiona na miejscu romańskiego kościoła zniszczonego przez trzęsienie ziemi. Budowla zachwyca już samymi rozmiarami – ma ponad 118 m długości i przeszło 82 m szerokości. W kampanili zawieszonych jest siedem dzwonów, z których największy waży niemal 2,5 t. W świątyni znajdują się liczne zabytki sztuki oraz relikwie świętych, w tym szczątki św. Łukasza Ewangelisty i św. Macieja Apostoła.

 

Pomiędzy obiema bazylikami leży zabytkowy ogród botaniczny (Orto Botanico di Padova), założony w 1545 r. jako miejsce, w którym ówcześni studenci medycyny mieli zapoznawać się z roślinami leczniczymi. To w nim uprawiano pierwsze warzywa sprowadzone z nowo odkrytych Ameryk.

 

Prato della Valle PH andrea babetto1

Prato della Valle – kanał i posągi

© PADOVAMERAVIGLIA PHOTO CONTEST/ANDREA BABETTO

 

VICENZA

 

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Wenecją a Weroną, trzy kwadranse koleją od obu z nich, znajduje się miasto, które większość turystów albo omija, albo podziwia jedynie przez okna pociągu. Przyjezdni gnają spod balkonu szekspirowskiej Julii ku placowi św. Marka, spod Mostu Westchnień ku werońskiej Arenie. Blask Vicenzy bezsprzecznie przygasiła bliskość tych dwóch bodaj najsłynniejszych ośrodków północnej Italii. Położone u podnóża monumentalnych gór miasto sprawia wrażenie, jakby spłynęło z alpejskiego stoku i zastygło w bezruchu. Gdy zanurzymy się w jego uliczkach, uderzy nas ich spokój i wytworność, nieuchwytne w wielu innych, zadeptanych przez turystów miejscach Veneto.

 

Spójność architektoniczna tutejszej zabudowy, jej głęboka harmonia, choć trudno w to uwierzyć, jest dziełem jednego architekta. Andrea Palladio (właściwie Andrea di Pietro della Gondolo) urodził się w 1508 r. w rodzinie padewskiego młynarza, lecz niemal całe dorosłe życie związał właśnie z Vicenzą. Wykreślił fasady Bazyliki Palladiana (Basilica Palladiana), Katedry (Cattedrale di Santa Maria Annunciata), wspaniałych rezydencji i miejskich pałaców. Lekkość odrodzenia, liczne nawiązania do starożytnych rozwiązań i świeżość, które dostrzec można w tej architekturze, sprawiają, że miasto kontrastuje z gotyckim wspomnieniem Wenecji. Nic dziwnego, że główna arteria Vicenzy nosi imię Andrei Palladia (Corso Andrea Palladio). Zaczyna się przy Torrione di Porta Castello, monumentalnym fragmencie średniowiecznych fortyfikacji, i ciągnie przez ponad 700 m ku wijącej się rzece Bacchiglione.

 

Główne atrakcje Vicenzy znajdują się w promieniu kilkudziesięciu metrów od wspomnianego corso. Jak na najważniejszą z miejskich ulic jest ona dość wąska i tłoczna, głośna od warkotu skuterów i pokrzykiwań przechodniów. W zabytkowych kamienicach wznoszących się po obu stronach mieszczą się sklepy, restauracje, kawiarnie i kwiaciarnie. Jeśli spojrzymy w górę, bez trudu odnajdziemy gotyckie pozostałości w zabudowie, lecz nie dostrzeżemy ani kopuły Katedry, ani wieży Bazyliki Palladiana, ani wspaniałego Teatru Olimpijskiego (Teatro Olimpico). Aby je zobaczyć, musimy nieco zboczyć z obranej trasy. Wpierw jednak warto przyjrzeć się zwartej bryle Pałacu Thiene Bonin Longare (Palazzo Thiene Bonin Longare), monumentalnej kolumnadzie Pałacu Trissino Baston (Palazzo Trissino Baston), a wreszcie szeregowi figur obserwujących przechodniów z Pałacu Chiericati (Palazzo Chiericati). We wnętrzu tego ostatniego działa muzeum z ciekawym zbiorem malarstwa (pinakoteką).

 

Jeżeli zapuścimy się w boczne uliczki, dotrzemy do wspomnianejBazyliki Palladiana.Wbrew nazwie nie jest ona świątynią, a budynkiem użyteczności publicznej powstałym po przebudowie mniejszych kamienic i później jeszcze przerabianym. Dawniej stanowiła siedzibę władzy administracyjnej i sądowniczej, a w dolnych arkadach znajdowały się tu lokale rzemieślnicze i kupieckie. Wspaniale prezentuje się zachód słońca obserwowany z sąsiedniego placu (Piazza dei Signori). Wieża zegarowa (82-metrowa Torre Bissara) i dach gmachu zdają się wtedy tonąć w złocistych promieniach, podczas gdy marmurowe arkady okrywa kojący półcień. Nie ma nic bardziej włoskiego niż delektowanie się kawą przy takim widoku.

 

Kilkadziesiąt metrów dalej po drugiej stronie corso trafimy na Teatr Olimpijski – ostatnie dzieło wielkiego Andrei Palladia (z 1580 r.). To pierwowzór wielu europejskich teatrów. Jego scena stanowi doskonałe odzwierciedlenie rzymskiej tradycji stałej i przemyślanej dekoracji. Dostrzega się w nim antyczny rodowód miasta, który architekt tak doskonale potrafił uwypuklić.

 

Jeżeli mamy więcej czasu, koniecznie powinniśmy udać się do znajdującej się poza obrębem historycznego centrum Villi Rotonda. Do tej kolejnej realizacji projektu Palladia można dojechać bez problemu autobusem (numer 8, 108 i 132 z przystanku przy dworcu). Każdy z boków zbudowanej na wzniesieniu rezydencji znaczą klasyczne, jońskie portyki. Jej centralny punkt stanowi okrągła sala okryta kopułą. Ten symetryczny obiekt jest zwieńczeniem drogi, jaką architekt obrał w swoim literackim opus vitae zatytułowanym Cztery księgi o architekturze (1570 r.), i stał się inspiracją dla nurtu (palladianizm), w którym wzniesiono m.in. warszawską Królikarnię.

 

W Vicenzy warto zwrócić również uwagę na inne pałace – Palazzo del Capitaniato, Palazzo Valmarana i Palazzo Porto. Oczywiście, w każdym z nich widać wyjątkową rękę Palladia.

 

WERONA

 

Po opuszczeniu werońskiego dworca kolejowego powinniśmy skierować się ku ufortyfikowanej południowej bramie miejskiej o nazwie Porta Nuova, zbudowanej w latach 1532–1540. Jeśli pójdziemy stąd na wprost, już po kilku minutach dotrzemy do pięciokątnej wieży (Torre Pentagona) oraz łukowatych przejść (Portoni della Bra), powstałych w miejscu średniowiecznych murów. W 1872 r. między tymi drugimi zamontowano dwustronny zegar. To bezpośrednio za nimi, w zakolu Adygi, leży historyczna część Werony. W tej okolicy można wstąpić do Muzeum Lapidarnego Maffeiano (Museo Lapidario Maffeiano). Znajdują się w nim bogate zbiory etruskiej, greckiej i rzymskiej ceramiki, kamieni nagrobnych oraz inskrypcji.

 

Po minięciu Portonidella Bra wkraczamy na największy tutejszy plac miejski (Piazza Bra), gdzie stoją trzy istotne zabytki – amfiteatr, Palazzo Barbieri i statua Wiktora Emanuela II. O każdym z nich należy wspomnieć choć w kilku zdaniach.

 

Amfiteatr rzymski, przez werończyków zwany po prostu Areną, powstał w I w. Mógł pomieścić nawet prawie 30 tys. widzów i stanowił scenę walk gladiatorów czy spektaklów. Obecnie jest jednym z najsłynniejszych obiektów Werony, na którym odbywają się rozmaite wydarzenia kulturalne, w tym liczne koncerty gwiazd muzyki.

 

Palazzo Barbieri, encyklopedyczny przykład neoklasycyzmu, pierwotnie zajmował sztab armii austriackiej. Obecnie budynek pełni funkcję ratusza miejskiego. Na ścianę tuż obok wejścia został przeniesiony XIV-wieczny fresk przedstawiający ukrzyżowanie Chrystusa. Liczne sale zdobią zabytkowe płótna i tapiserie.

 

Brązową statuę króla Wiktora Emanuela II odsłonięto w styczniu 1883 r. Warto zwrócić na nią uwagę, choć nie jest to dzieło wybitne. Zarówno sylwetka konia, jak i władcy rażą sztucznością i brak im lekkości.

 

Na północny wschód od Areny uliczki stają się coraz gęściej wypełnione turystami. Niedaleko znajduje się najsłynniejsza atrakcja Werony – Casa di Giulietta. Nie da się potwierdzić, czy piękna Julia z dramatu Williama Szekspira wzdychała tu do Romea. Pewne jest, że w mieście żyły rodziny Montecchich i Cappellettich. Aby uczynić zadość tradycji, turyści zostawiają w murze kamienicy listy. Robią też sobie zdjęcia pod osławionym balkonem. Za wstęp na dziedziniec nie ma opłat.

 

Stąd już tylko kilka kroków dzieli nas od innego werońskiego placu, obowiązkowego celu wędrówek po mieście. Piazza delle Erbe leży w miejscu starożytnego rzymskiego forum. Wokół wznoszą się średniowieczne kamienice, wieże i pałace. Na zainteresowanie zasługuje przede wszystkim Casa dei Mercanti (Domus Mercatorum) – budynek gildii kupieckiej. Z jego niskimi arkadami doskonale współgrają ciągnące się wzdłuż fasady zgrabne bifory (okna podzielone kolumienką na dwie części) i wieńczące ściany blanki.

 

Najwyższa wieża widoczna z placu to Torre dei Lamberti. Mierzy 84 m i znajduje się na niej XVIII-wieczny zegar. W środku wiszą dwa słynne dzwony (a w sumie cztery) – Marangona i Rengo, które odmierzały czas i regulowały życie mieszkańców Werony. Pierwszy z nich (o średnicy 130 cm i wadze 1300 kg) oznajmiał koniec dnia pracy dla miejscowych rzemieślników, w tym stolarzy (marangoni), i ogłaszał również alarm w przypadku pożaru. Z kolei Rengo (184 cm i 4215 kg) odzywał się, żeby zainicjować zebrania rajców i wezwać ludzi do broni w czasach wojny. Oba dzwony nadal rozbrzmiewają z okazji pogrzebów. Budynkiem, z którego zdaje się wyrastać Torre dei Lamberti, jest Palazzo della Ragione, miejsce dawnych zebrań mieszczan i skład soli.

 

Kiedy podążymy na północny wschód, niejako wzdłuż koryta Adygi, trafimy na jeszcze jeden wyjątkowy zabytek – Kościół św. Anastazji (Chiesa di Sant’Anastasia). Doskonale widać go zresztą z opisywanej wieży. Tę największą świątynię Werony wzniesiono w stylu gotyckim, lecz jej budowa nie została do tej pory zakończona. Choć z zewnątrz kościół nie sprawa szczególnego wrażenia, koniecznie należy wykupić bilet i wejść do środka. Krzyżowo-żebrowe sklepienie, które wspiera 12 potężnych marmurowych kolumn, zdaje się być zawieszone znacznie wyżej niż można przypuszczać, gdy patrzy się z zewnątrz. Pod nim znajdziemy bogate kaplice, barwne freski i precyzyjne detale.

 

Niedaleko kościoła stoi kolejny zabytek werońskiej architektury sakralnej – Katedra (Duomo di Verona). Świątynia powstała na miejscu dwóch kościołów zniszczonych przez trzęsienie ziemi w 1117 r. Jej wielokrotnie przebudowywana fasada to prawdziwa mozaika stylów, na którą składa się romańska bryła, gotyckie okna, barokowe dodatki i zaczątek renesansowej dzwonnicy. Jeśli ruszymy wzdłuż katedralnych murów i przejdziemy dalej, trzymając się linii kamienic wzniesionych tuż nad Adygą, dotrzemy do Kamiennego Mostu (Ponte Pietra). Wbrew temu, co często pisze się w przewodnikach, nie jest to oryginalna rzymska konstrukcja. W trakcie wieków pierwotna przeprawa była wielokrotnie niszczona i odbudowywana, a wreszcie została pieczołowicie zrekonstruowana (częściowo z dawnego budulca) po tym, jak w 1945 r. wysadziły ją wycofujące się wojska niemieckie.

 

Doskonałym zwieńczeniem wizyty w Weronie będzie chwila zadumy nad szumiącym nurtem Adygi, w którym odbija się złocisty zachód słońca. Miasto rzeczywiście emanuje niepowtarzalnym nastrojem.

 

GARDALAND

 

Wspomniałem na początku o tym, że w Veneto nie brakuje również ośrodków rozrywkowych. Oczywiście, w każdym z nadmorskich kurortów kwitnie życie nocne, odbywają się liczne festyny i imprezy uliczne. Jednak nieco ponad 20 km na zachód od Werony (zjazd z autostrady – Peschiera del Garda) znajduje się prawdziwe centrum zabawy. Gardaland, bo o nim mowa, to najczęściej odwiedzany park rozrywki we Włoszech (niemal 2,9 mln gości rocznie!). Na powierzchni ponad 200 tys. m² w malowniczym sąsiedztwie jeziora Garda ulokowano mnóstwo atrakcji, kilka barów i restauracji.

 

Park został podzielony tematycznie (m.in. na strefy: Średniowiecze, Rio Bravo, Akademia Kung Fu Pandy, Atlantyda, Piraci czy Królestwo Fantazji), dzięki czemu nadaje się zarówno dla dorosłych, jak i rodzin z dziećmi. Znajdziemy tu trzy rodzaje atrakcji – Fantasy (Fantazja), Adventure (Przygoda) i Adrenaline (Adrenalina), a także kino 4D. Oczywiście, największym zainteresowaniem cieszą się ekstremalne rollercoastery: Blue Tornado i Oblivion The Black Hole. Krzyki pędzących na nich osób niosą się daleko po tafli jeziora...

 

Ceny karnetów na cały sezon zaczynają się już od 50 euro (tzw. Season Pass One). Taki abonament uprawnia do nielimitowanych wejść i korzystania ze wszystkich rozrywek parku. Należy pamiętać, że Gardaland jest otwarty od wiosny do jesieni (w 2018 r. od 29 marca do 4 listopada). Poza sezonem odbywają się w nim widowiskowe wydarzenia tematyczne (np. Gardaland Magic Winter).

 

W REGIONIE

 

Oczywiście, w artykule udało mi się przedstawić jedynie drobny wycinek Veneto. Ten region Włoch idealnie nadaje się również m.in. dla miłośników sportów zimowych. Ów pysk konia skierowany ku Dolomitom przecinają jak mocowania uzdy szlaki narciarskie i wyciągi, a znaczy go najwyższy szczyt tego malowniczego pasma górskiego – Marmolada (3343 m n.p.m.). W gminie Cortina (Cortina d’Ampezzo) wytyczono 85 km doskonale przygotowanych tras zjazdowych.

 

Veneto to także ojczyzna grappy (z uroczym, pochylonym nad rzeką Brentą miastem Bassano del Grappa), kraina doskonałych win (przeszło 90 tys. ha winnic) i rejon słynący z carpaccio. W Wenecji Euganejskiej znajduje się też przycupnięta nad brzegiem Gardy turystyczna miejscowość Malcesine, skąd możemy dostać się koleją (tym razem linową) na szczyt masywu Monte Baldo (2218 m n.p.m.). Panorama roztaczająca się z niego w pogodne dni zapiera dech w piersiach.

 

Nie sposób opisać całego Veneto na kilku czy nawet kilkunastu stronach jednego artykułu. Trzeba po prostu samemu przybyć do tego regionu Italii. Podczas poznawania jego atrakcji możemy delektować się najlepszymi słodyczami z tej osobliwej cukierniczej fabryki.

 

Wielki grecki błękit

BEATA KUCZBORSKA

                                                                                   FOT. VILAGjArO MAGAZINE
<< „Nie mam nadziei na nic, niczego się nie boję, jestem wolny” – taki napis można zobaczyć na szczycie weneckiego Bastionu Martinengo w Heraklionie na skromnym grobie kreteńskiego pisarza, Nikosa Kazantzakisa, autora „Greka Zorby” i „Ostatniego kuszenia Chrystusa”. Ja też czuję się wolna, kiedy samolot ze mną na pokładzie siada na pasie lotniska im. Elefteriosa Wenizelosa w Atenach (choć tak naprawdę znajduje się ono w Spacie). Niczego się nie boję, lecz mam w sobie wiele nadziei… Cała Grecja stoi przede mną otworem, bo podróżowanie po niej, mimo trwającego od kilku lat kryzysu i wprowadzonych ograniczeń (choćby mniejszej liczby promów), nadal jest bardzo proste. >>

Położoną na Półwyspie Bałkańskim Grecję uważa się powszechnie za miejsce, w którym narodziła się cywilizacja zachodnia. Pozostałości wspaniałej starożytnej kultury do dziś stanowią największy magnes przyciągający do tej części Europy podróżników z całego świata. Znaczną część powierzchni tego kraju zajmują wyspy. To one są kolejnym powodem, dla którego turyści wciąż bardzo chętnie wybierają się na greckie wakacje.

Więcej…

RPA – inny portret Afryki

ANNA KRYPA
www.comeann.com

 

<< Gdybym miała jednym słowem opisać Republikę Południowej Afryki, którą pokochałam od pierwszego dnia pobytu w jej granicach, użyłabym wyrazu „różnorodność”. Bogata kultura i wciąż zmieniający się krajobraz zachwycają już podczas spaceru ulicami Kapsztadu, kiedy owiani oceaniczną bryzą podziwiamy majestatyczną Górę Stołową, a na swojej drodze spotykamy przedstawicieli różnych grup etnicznych. W RPA są trzy stolice (administracyjna Pretoria, Kapsztad, w którym obraduje parlament, oraz Bloemfontein z siedzibą władz sądowniczych) i obowiązuje aż 11 oficjalnych języków. „Choć tak różni, jesteśmy jednością. Jesteśmy ludem tęczy” – powiedział niegdyś o swoich rodakach laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela. >>

Więcej…