Tamar Gelashvili-Dąbrowska

Krzysztof Dąbrowski

www.kaukaz.pl

 

<< Gruzja i Armenia to chrześcijańskie wyspy zanurzone w kaukaskiej mozaice narodów i kultur. Leżą na pograniczu kontynentów kształtowanym przez ścieranie się sił przyrody i rywalizujących ze sobą cywilizacji. Efektem tych odwiecznych zmagań jest rzadko spotykana różnorodność krajobrazów oraz duże bogactwo tradycji na stosunkowo niewielkim obszarze, który odpowiada 1/3 terytorium Polski. Zobaczymy tu subtropikalne lasy pełne lian, przejedziemy przez surowe płaskowyże wulkaniczne, a także doświadczymy chłodu bijącego od wiecznych lodowców. Poza tym możemy przeczesać labirynty miast wykutych w skale, zwiedzić imponujące katedry o tysiącletniej historii i zrelaksować się w starożytnych łaźniach, a to wszystko urozmaicić sobie zgłębianiem tajników sztuki winiarskiej, degustacją przysmaków przepysznej kuchni kaukaskiej oraz zabawą w ekskluzywnych klubach muzycznych. >>

 

W 1991 r. Gruzja i Armenia odzyskały niepodległość w wyniku rozpadu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Jednak choć w czasach współczesnych nie cieszą się jeszcze zbyt długo swoją wolnością, oba te państwa mogą poszczycić się bogatą historią sięgającą starożytności. Mimo wielu podobieństw, Gruzini i Ormianie zdecydowanie różnią się od siebie. Potwierdzają to np. ich języki (gruziński i ormiański), które należą do odmiennych rodzin i posiadają własne alfabety.

Podczas przeglądania ofert linii lotniczych i biur podróży trudno nie zauważyć, że przypisanie Gruzji i Armenii do określonej kategorii wyszukiwania bywa problematyczne. Jedni zaliczają je do krajów europejskich, drudzy – do azjatyckich, a jeszcze inni, szukając kompromisu, po prostu do państw postradzieckich. Większość geografów kreśli granicę między kontynentami daleko na północ od gór Kaukazu, umieszczając Zakaukazie (Kaukaz Południowy, czyli Gruzję, Armenię i Azerbejdżan) w Azji. Z drugiej strony religia (chrześcijaństwo), filozofia i poczucie przynależności etnicznej znacznie silniej wiążą Gruzinów i Ormian z kulturą europejską niż kręgiem kulturowym Bliskiego Wschodu. W Tbilisi secesyjne kamienice sąsiadują z meczetami i dawnymi karawanserajami, a gmach opery przypomina pałac szacha. Ta mieszanka wpływów najlepiej pokazuje, że granica między kontynentami jest tak naprawdę tylko umowna.

 

Raj na ziemi

Gruzini doskonale znają wartość swojej ojczyzny. Jej walory oraz swoją pogodną naturę przedstawiają w legendzie o powstaniu Gruzji. Według niej, kiedy Bóg dzielił ziemię pomiędzy narody, ustawiła się długa kolejka, w której nie brakowało przepychanek. Gruzini, zamiast bronić swojego miejsca i cierpliwie czekać na przydział, postanowili przygotować ucztę pod najbliższym drzewem. Szybko zatracili się w toastach i radosnych śpiewach. Zajęci zabawą nie zorientowali się nawet, że wszyscy zostali już obdarowani. Wtedy Bóg spojrzał na uśmiechnięty, rozśpiewany, miłujący wino naród i uświadomił sobie, że nie ma on swojego miejsca na świecie. Ze względu na to, że Gruzini woleli cieszyć się życiem zamiast rywalizować z innymi o najlepsze terytorium, postanowił jednak przekazać im w posiadanie ostatni skrawek ziemi – najpiękniejszy i najżyźniejszy, przypominający raj, który zachował dla samego siebie. W czasie podróży po Gruzji nie raz przekonamy się, że ta legenda kryje w sobie wiele prawdy.

Warszawę i stolice państw Zakaukazia dzieli ponad 2 tys. km. Tę odległość można pokonać obecnie w niespełna 3,5 godz. podczas bezpośredniego lotu do Tbilisi oferowanego przez PLL LOT (niestety, nasz narodowy przewoźnik rezygnuje z Erywania). Natomiast tania linia lotnicza Wizz Air wprowadza do swojej oferty dwie trasy z Polski do Gruzji – połączenie Warszawa-Kutaisi (już od 24 kwietnia br.) oraz Katowice-Kutaisi (od 18 maja). To ostatnie miasto jest drugim pod względem wielkości w tym coraz popularniejszym wśród Polaków zakaukaskim kraju (ma ok. 200 tys. mieszkańców). Stanowi siedzibę parlamentu i leży pomiędzy gruzińską metropolią a kurortem Batumi nad Morzem Czarnym. Dzięki dogodnym połączeniom lotniczym ze stolicy Polski szybciej dotrzemy do kurortu Gudauri w Wielkim Kaukazie niż do Zakopanego. Nawet doliczając czas spędzony na lotniskach, wyprawa z Warszawy do centrum kaukaskiego narciarstwa zajmie jedynie ok. 6 godz., czyli mniej niż weekendowa wycieczka samochodem bądź pociągiem do serca polskich Tatr. Natomiast pewną niedogodnością jest rozkład rejsów PLL LOT. Samoloty naszego narodowego przewoźnika lądują w Tbilisi o wczesnej porze (o 4.50 miejscowego czasu w porze zimowej, a latem o 4.00), dlatego pobyt w Gruzji warto rozpocząć od porannej drzemki.

 

Na Gruzińskiej Drodze Wojennej

Pod tym złowrogim określeniem kryje się wyjątkowo malownicza trasa, która przecina w poprzek Wielki Kaukaz. Gruzińska Droga Wojenna to jeden z najpiękniejszych szlaków w tej części świata. Zachwyca wspaniałymi widokami oraz perełkami gruzińskiej architektury. Właśnie przy niej leży Gudauri – mekka miłośników białego szaleństwa. Trasa ta liczy sobie 208 km i łączy stołeczne Tbilisi z Władykaukazem w Osetii Północnej (jednej z republik Federacji Rosyjskiej). Jej dzisiejsza nazwa przyjęła się w XIX w. Wtedy to Rosjanie gruntownie zmodernizowali szlak, aby ułatwić sobie przerzucanie wojsk podczas wojny z kaukaskimi góralami oraz kampanii przeciwko Imperium Osmańskiemu.

Z Tbilisi wyruszamy Gruzińską Drogą Wojenną na północny zachód. Kilka kilometrów za miastem mijamy po lewej stronie starożytną stolicę kraju Mcchetę z potężną Katedrą Sweti Cchoweli (XI w.), zaś po prawej – wzgórze z monastyrem Dżwari (VI w.). Oba zabytki zasłużenie znalazły się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i stanowią obowiązkowy punkt zwiedzania dla turystów podróżujących po Gruzji. Świątynie zachwycają swoim rozmachem, kunsztem artystycznym oraz malowniczym położeniem. Sweti Cchoweli leży w widłach dwóch rzek, zaś spod monastyru Dżwari roztaczają się wręcz pocztówkowe widoki. W centrum Mcchety, nieopodal murów katedry, często odbywają się festiwale wina, na których gości również regionalna kuchnia i oryginalne rękodzieło. W mieście nie brakuje też znakomitych restauracji oferujących typowo gruzińskie potrawy, gdzie zapoznamy się ze zwyczajem wznoszenia niezmiernie kwiecistych toastów, tak charakterystycznych dla mieszkańców Gruzji.

Podążając dalej naszym szlakiem, kierujemy się do Ananuri, gdzie nad turkusowymi wodami Zbiornika Żinwalskiego stoi potężna twierdza. Urokliwe położenie, imponujące płaskorzeźby i malowidła oraz dobry stan obiektu sprawiają, że w pełni zasługuje on na uwagę, mimo iż pochodzi „dopiero” z przełomu XVI i XVII w. Dla Gruzinów, którzy posiadają w swoim kraju wiele antycznych i wczesnośredniowiecznych budowli, prawdziwy zabytek musi liczyć co najmniej 500 lat. Za Ananuri mijamy wioskę Pasanauri i pniemy się serpentynami na najwyższy punkt trasy, czyli Przełęcz Krzyżową (2379 m n.p.m.). Przed nią znajduje się wspomniany już kurort Gudauri, którego nowoczesne wyciągi sięgają ponad 3 tys. m n.p.m. Zimą zapełnia się on miłośnikami narciarstwa, wśród których dużym zainteresowaniem cieszą się skitouring oraz heliskiing. Latem staje się dogodną bazą wypadową na trekking w centralne pasma Wielkiego Kaukazu.

Wreszcie wjeżdżamy do Stepancmindy (do niedawna Kazbegi – 150 km na północ od Tbilisi), która przyciąga zapierającymi dech w piersiach panoramami i przyzwoitą bazą noclegową. Na zachód od miasta zobaczymy wysokie na 500 m świątynne wzgórze z klasztorem Cminda Sameba (XIV w.), a w tle ośnieżoną piramidę wulkanu Kazbek (gruz. Mkinwarcweri – 5034 m n.p.m.). Pod klasztorne mury można się stąd dostać pieszo lub autem terenowym. Warto zdecydować się na taką wyprawę nie tyle ze względu na sam kompleks, co na roztaczające się z niego niezapomniane widoki, zwłaszcza na kotlinę ze Stepancmindą oraz na najpiękniejszą górę w Gruzji, za jaką uchodzi Kazbek. Z całą pewnością jest to najczęściej fotografowane miejsce w tym kraju. Żądni przygód podróżnicy mogą zdecydować się na mniej tradycyjny sposób opuszczenia wzgórza świątynnego i wybrać ekscytujący lot dwuosobową paralotnią w kierunku leżącego kilkaset metrów niżej miasteczka. Spod monastyru prowadzi także szlak wiodący ku wierzchołkowi Kazbeka. Na wejście na szczyt i powrót trzeba przeznaczyć ok. 4 dni. Pierwszego dnia trekking kończy się w sezonowym schronisku ulokowanym w budynku dawnej stacji meteorologicznej na morenie lodowcowej na wysokości 3600 m n.p.m. Góra z powodu większego nachylenia stoków uznawana jest za znacznie trudniejszą do zdobycia niż najwyższy punkt Wielkiego Kaukazu (5642 m n.p.m.) – Elbrus w Kabardo-Bałkarii (jednej z republik Federacji Rosyjskiej). Na wyprawę na Kazbek najlepiej wynająć lokalnego przewodnika, co w Stepancmindzie i położonym wyżej schronisku nie stanowi żadnego problemu.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Klasztor Cminda Sameba na wzgórzu Gergeti ze szczytem Kazbek w tle (5034 m n.p.m.)

 

Kolebka wina

Gruzja często jest nazywana kolebką wina. O ten zaszczytny tytuł rywalizuje od lat z Armenią i turecką Anatolią. Najstarsze jak dotąd, liczące 8 tys. lat pozostałości wina znaleziono w wiosce Szulaweri (ok. 50 km na południe od Tbilisi). Niektórzy lingwiści uważają, że od gruzińskiego słowa ghvino pochodzi nazwa tego szlachetnego trunku w wielu innych językach. Z kolei liczne motywy winorośli na ścianach kościołów oraz amfory (gruz. kwewri) w klasztornych piwnicach świadczą o dużym znaczeniu winiarstwa w kulturze.  

W samej stolicy Gruzji, zwłaszcza w okolicach placu Wolności i Dzweli Tbilisi (Starego Tbilisi), nie brakuje klimatycznych winiarni, w których można spróbować rozmaitych rodzajów wyśmienitych win. W tej zakaukaskiej metropolii od ponad stu lat działa też wytwórnia doskonałej brandy Sarajishvili (Saradżiszwili). Warto odwiedzić ten wyjątkowy zakład i przekonać się, jak powstaje mocny gruziński trunek. Jednak największe zagłębie winiarskie całego Kaukazu stanowi region Kachetia. Leży on we wschodniej części kraju, a najlepsze warunki do uprawy krzewu winnego panują w jego sercu – w Dolinie Alazańskiej (Alazani) o ciepłym i dość suchym klimacie. W rzeczywistości jest to szeroka i długa kotlina, wbijająca się klinem między niewysokie Góry Gomborskie a ponad 2-tysięczną ścianę Kaukazu Wielkiego. Alazani dzieli się na kilkanaście mikrorejonów, w których wytwarza się specyficzne odmiany szlachetnych trunków (np. Tsinandali, Mukuzani). Trzeba dodać, że Gruzini uprawiają kilka szczepów endemicznych, takich jak rkaciteli, mcwane, colikauri (wina białe) lub saperawi, aleksandrouli (wina czerwone).

Najpierw udajemy się z Tbilisi do Telawi – stolicy regionu Kachetia. Następnie odwiedzamy rezydencję magnacką w pobliskim Cinandali (Tsinandali), gdzie znajduje się niezmiernie interesujące, niedawno zmodernizowane, muzeum wina. Co ciekawe, jednym z jego najstarszych eksponatów jest butelka z polskim miodem pitnym z 1814 r. Zwiedzaniu towarzyszy – oczywiście – degustacja miejscowych szlachetnych trunków. Potem jedziemy 30 km na północ, do miejscowości Kwareli położonej u stóp imponującego łańcucha Wielkiego Kaukazu. Tutaj zaglądamy do rodzinnej winnicy Kindzmarauli, jednej z najstarszych w Gruzji. Jej właściciel, Tamaz Konchoshvili, chętnie oprowadza nas po przepastnych piwnicach, zwanych marani. W dębowych beczkach oraz w glinianych amforach zakopanych w ziemi leżakują wina oraz brandy. Niektóre mają po kilkadziesiąt lat. Gospodarz z dumą pokazuje liczne beczki i spore regały pełne butelek wykupione przez ambasady zachodnich państw. Pokonujemy specjalnie przygotowaną trasę wśród rozmaitych instalacji i słuchamy szczegółów na temat produkcji miejscowych trunków. Tamaz Konchoshvili zwraca naszą uwagę na najstarszy działający w Gruzji zestaw do wytwarzania słynnej gruzińskiej czaczy, tj. mocnej wódki (40–70 proc.) otrzymywanej z moszczu winogron. Na koniec zwiedzania nadchodzi czas na degustację. Następnie udajemy się kilka kilometrów dalej, nad malownicze jezioro Kwareli, przy którym stoi nowoczesny ośrodek Kvareli Lake Resort również należący do rodziny słynnych winiarzy. Ten naturalny zbiornik wodny położony jest w dolnych partiach gór, a jednocześnie zawieszony 200 m nad płaską niczym stół Doliną Alazańską. Wynajmujemy wygodne pokoje, a do naszej dyspozycji mamy też sprzęt wodny i wyśmienitą restaurację serwującą dania na otwartych tarasach.

Kachetia zachwyca także mnóstwem zabytków. Po opuszczeniu Kwareli odwiedzamy przyklejony do skalistego zbocza klasztor Nekresi (IV w.), a później Cerkiew Świętych Archaniołów, dzwonnicę i wieżę zamkową w Gremi, czyli dawnej stolicy niegdysiejszego królestwa Kachetii. Stąd przejeżdżamy w kierunku południowo-wschodnim do malowniczo położonego Signagi (Sighnaghi). To ufortyfikowane miasto leży na niewielkim płaskowyżu, z którego roztaczają się najlepsze panoramy na Dolinę Alazańską i imponującą ścianę Wielkiego Kaukazu. Po spacerze romantycznymi, odnowionymi uliczkami jego zabytkowego centrum udajemy się dalej na południowy wschód, gdzie czeka nas terenowa przygoda w Waszlowańskim Parku Narodowym. Wskakujemy do jeepów i ruszamy na szutrowe drogi bezludnego obszaru. Przemierzamy dziesiątki kilometrów po stepach pełnych baśniowych wąwozów i skalistych wzgórz. Mijamy pistacjowe zagajniki oraz drzewa granatowca. Jazda po parku daje nam poczucie wolności i wywołuje wrażenie ucieczki przed cywilizacją.  

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Urocze Signagi (Sighnaghi) w Kachetii

 

Stolica kaukaskich stolic

Tbilisi – zwane perłą Kaukazu i Paryżem Wschodu – jest fascynującą metropolią na pograniczu Europy i Azji. Malownicze położenie, oryginalne zabytki oraz gościnni ludzie tworzą razem niepowtarzalną atmosferę tego miasta. Funkcję stolicy Gruzji pełni już od ponad 1500 lat. Dziś mieszka tutaj mniej więcej 25 proc. ludności kraju, czyli ok. 1,2 mln ludzi. Od stuleci w tym mieście skupia się gospodarcze i kulturalne życie kraju. Na jego ulicach rozpoczęła się w 2003 r. tzw. rewolucja róż, która zapoczątkowała głębokie zmiany w całym państwie. Dzisiejsze Tbilisi w pełni zasługuje na miano europejskiej stolicy. Nie brakuje tu schludnych ulic, zadbanych skwerów, ekskluzywnych restauracji czy hoteli o najwyższym światowym standardzie. Jeden dzień to zdecydowania za mało, aby zasmakować w urokach gruzińskiej metropolii. Zwiedzanie warto rozpocząć od Cerkwi Matki Boskiej Metechskiej (Metechi) wzniesionej na widowiskowym klifie pionowo opadającym do rzeki Kury (Mtkwari). Spod świątyni rozpościera się doskonały widok na zabytkowe Dzweli Tbilisi (Stare Tbilisi) oraz majestatyczną twierdzę Narikala. Najlepiej podziwiać go, delektując się lampką czerwonego wina ze szczepu saperavi na tarasie pobliskiego hotelu butikowego Kopala, do którego warto zawitać, żeby zatrzymać się w nim na dłużej albo po prostu wybrać się na wykwintną ucztę w gruzińskim stylu.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

most Pokoju – kładka nad rzeką Kurą łącząca Stare Tbilisi z nowymi dzielnicami

 

Podczas pobytu w Tbilisi koniecznie trzeba odbyć spacer malowniczymi uliczkami, nad którymi wiszą bogato zdobione balkony secesyjnych kamienic. Na taką przechadzkę możemy się udać np. do Abanotubani, czyli dzielnicy łaźni. To najstarsza część miasta licząca ok. 1500 lat. Budynki term łatwo rozpoznać dzięki charakterystycznym murowanym kopułom. Niegdyś było ich 60, dziś działa jedynie 6. Uroki tbiliskich łaźni publicznych sławili znani pisarze i poeci, tacy jak Aleksander Dumas czy Aleksander Puszkin. Przez wieki spełniały nie tylko funkcje higieniczne. Stanowiły również miejsce spotkań towarzyskich wyższych sfer, ulubiony zakątek bohemy, a nawet rodzaj hotelu dla wiejskiej ludności handlującej w mieście. Po zwiedzeniu Abanotubani dobrze jest usiąść w którejś z klimatycznych kafejek wzdłuż wąskich uliczek przy placu Wachtanga Gorgasalego, a potem ulicą Leselidze przejść się na słynny plac Wolności, gdzie zaczyna swój bieg najbardziej prestiżowa arteria Tbilisi, czyli aleja Szoty Rustawelego. Mieszczą się przy niej okazałe rządowe gmachy, znane muzea i galerie oraz luksusowe sklepy i hotele. 

FOT. WIKIPEDIA.COM/WOWARMENIA

Procesja do Kościoła św. mikołaja w Tbilisi

 

„Batumi, ech, Batumi...”

Ten pełen nostalgii refren nucony przez Filipinki (a następnie w nowej aranżacji z 2012 r. przez Natalię Lesz) nawiązuje do magii miasta leżącego na styku gór i Morza Czarnego. Jest ono głównym ośrodkiem autonomicznej republiki Adżarii (Adżarskiej Republiki Autonomicznej). Mimo iż podstawą przyznania autonomii temu regionowi było islamskie wyznanie Adżarów, to panują tu dość liberalne obyczaje i każdego lata Batumi staje się niekwestionowanym centrum rozrywki całego Kaukazu. Można śmiało powiedzieć, że w klubach nocnych, barach i kasynach, ciągnących się wzdłuż malowniczej nadmorskiej promenady, bawi się towarzyska śmietanka Tbilisi, a także Erywania i Baku, oraz finansowe elity z Kazachstanu i Uzbekistanu. Miasto słynie z tańczących fontann, urokliwego,  niedawno odrestaurowanego zabytkowego centrum oraz tropikalnego ogrodu botanicznego. Jednak herbaciane pola z tekstu piosenki należą już do przeszłości. W tym rejonie znacznie częściej niż krzewy herbaty spotkamy bambusowe zagajniki i bananowce. Jeśli mamy nieco więcej czasu, wówczas warto odwiedzić pobliską doskonale zachowaną twierdzę Gonio, wzniesioną w starożytności przez Rzymian. Miłośnikom morskich kąpieli z pewnością przypadną do gustu miejscowości Sarpi i Ureki. Pierwsza z nich słynie z wyjątkowej czystości wody, a druga – z czarnych plaż usypanych z piasków magnetycznych.

W klimatycznym Batumi i okolicach nie brakuje luksusowych 5-gwiazdkowych hoteli oraz tańszych, lecz wygodnych obiektów noclegowych. Możemy np. wynająć apartament lub studio, zwłaszcza w centrum miasta. Z Tbilisi do Batumi dojedziemy samochodem w ciągu prawie 5 godz. Wartym polecenia rozwiązaniem jest nocny przejazd komfortowym pociągiem sypialnym.   

 

 

Z wizytą w Armenii

Wśród batumskich turystów nie brakuje mieszkańców pobliskiej Armenii. Dla Ormian to najbliższy nadmorski kurort. Stąd właśnie wyruszamy przez uzdrowiskowe Bordżomi do armeńskiej stolicy. Jeszcze na terenie południowej Gruzji droga wchodzi na wulkaniczny płaskowyż wyniesiony 1800 m n.p.m., a krajobraz nabiera surowości. Zbliżając się do Erywania, po lewej stronie mijamy rozłożysty wulkan Aragac (4095 m n.p.m.), który uznaje się za najwyższy szczyt Armenii, odkąd święta góra Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), leży po tureckiej stronie granicy. Dzisiejsze państwo armeńskie stanowi zaledwie namiastkę jego historycznego terytorium. Od granicy z Gruzją do przejścia z Iranem można przejechać w ciągu 7 godz., z czego połowa trasy biegnie wśród wysokich gór. Natomiast na przejazd w poprzek Armenii w jej najszerszym miejscu trzeba przeznaczyć zaledwie 2 godz. Tymczasem na przestrzeni kilku tysiącleci Ormianie zajmowali również ogromne tereny Wschodniej Anatolii należące obecnie do Turcji. W tamtych czasach Ararat leżał w środku kraju. Sylwetka świętej góry stanowi ważny punkt odniesienia w krajobrazie okolic Erywania, tak jak jej duch w kulturze ormiańskiej. Wiele restauracji, hoteli, sklepów i produktów w Armenii, na czele ze słynną brandy, nosi chlubną nazwę Ararat.

FOT. EPIU STATE INSTITIUTION UNDER THE MINISTRY OF NATURE PROTECTION OF ARMENIA 

Ośnieżony Ararat (5137 m n.p.m.) leży obecnie w Turcji, ok. 30 km od granicy z Armenią

 

Miasto od wieków, metropolia od wczoraj

Erywań jest tętniącą życiem metropolią z ponad milionem mieszkańców. Aż trudno uwierzyć, że od początków jego istnienia do pierwszej połowy XX w., czyli przez niemal 2800 lat, była to jedynie niewielka, położona na uboczu miejscowość. Dopiero gdy Ormianie stracili swoje główne, historyczne ośrodki, przeistoczyła się w miasto godne miana stolicy. Dzisiejszy Erywań zachwyca świetnie zaprojektowaną przestrzenią centrum. Przechadzkę po tej metropolii warto rozpocząć od reprezentacyjnej ulicy Abowiana zaczynającej się przy placu Republiki. Wzdłuż niej ciągną się wspaniałe rezydencje i gmachy publiczne z przełomu XIX i XX w., wytworne sklepy oraz klimatyczne kawiarnie, w których kwitnie bujne życie towarzyskie. Nieco na zachód od ścisłego centrum miasta znajduje się stara dzielnica przemysłowa, a w niej prawdziwa perełka architektury klasy światowej – fabryka słynnych ormiańskich brandy (działająca od 1887 r.), znanych w Polsce pod nazwą Ararat. Ten trunek zachwycił wielu koneserów, a wśród nich brytyjskiego premiera Winstona Churchilla, wielkiego miłośnika najlepszych cygar i alkoholi. Zwiedzanie wytwórni można połączyć z degustacją szerokiej gamy brandy, w tym 20-letniej Nairi.

Odwiedzając Erywań, nie sposób nie zajrzeć do Eczmiadzynu, słusznie nazywanego ormiańskim Watykanem. To leżące nieopodal stolicy Armenii miasto słynie ze wspaniałych świątyń i jest siedzibą Katolikosa Wszystkich Ormian – głowy Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Najważniejszy tutejszy zabytek stanowi urzekająca katedra wzniesiona w latach 301–303. Wbrew pozorom nie ma pomyłki w datach… Należy pamiętać o tym, że Armenia była pierwszym państwem na świecie, które uznało chrześcijaństwo za religię państwową. Stało się to właśnie w 301 r., czyli prawie sto lat przed dekretem cesarza Teodozjusza I Wielkiego w Imperium Rzymskim i 665 lat przed chrztem Polski. Dzięki długiej tradycji chrześcijańskiej i obronie wiary przed pogańskimi mocarstwami ten zakaukaski kraj zasłużył sobie na określanie go mianem „przedmurza chrześcijaństwa”.

 

Nad wielką wodą

Mimo iż Armenia jest krajem śródlądowym, to do jednych z jej największych atrakcji należy odpoczynek nad wodą. Sewan, Wan (Turcja) i Urmia (Iran) to ogromne, wysokogórskie jeziora, od 10 do 60 razy większe od polskich Śniardw. Nazywa się je morzami Armenii, gdyż przez dziesiątki wieków obszar pomiędzy nimi zamieszkiwali Ormianie. Sewan znajduje się w środkowo-wschodniej części kraju, niecałą godzinę jazdy samochodem z Erywania. Jeszcze na początku XX w. tafla jeziora zajmowała aż 5 proc. obszaru obecnego państwa (1360 km²), dziś jego poziom dość znacznie się obniżył – z 95 metrów głębokości do 77 (w wyniku wielkiego projektu hydrologicznego Sowietów). W lustrze wody przeglądają się sąsiednie pasma górskie. Na skalistym półwyspie (niegdyś wyspie) przy północno-zachodnim brzegu wznoszą się dwa kościoły klasztoru Sewanawank, zbudowane z tufu wulkanicznego. Oszałamiające widoki, krystaliczna, turkusowa woda i bliskość stolicy czynią z Sewanu popularne miejsce wypoczynku i rekreacji dla armeńskich elit. Powstało tu wiele luksusowych ośrodków. Największy ruch panuje – oczywiście – latem, kiedy to leżące ok. 1900 m n.p.m. jezioro daje wytchnienie od niemiłosiernego żaru lejącego się z nieba na ulice Erywania.

Armenia i Gruzja mogą pochwalić się niezmiernie bogatą kulturą i wspaniałą przyrodą. Co ważne, bardzo szybko w tych krajach poprawia się stan infrastruktury turystycznej, więc podróż w te strony nie musi już oznaczać rezygnacji z komfortu i wysokiego standardu usług. Dodatkowy atut stanowi także fakt, że oba państwa zniosły obowiązek wiz dla obcokrajowców (Gruzja dla obywateli Unii Europejskiej, Armenia dla obywateli strefy Schengen). Kaukaz wita nas zatem z otwartymi ramionami. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. 


 

Artykuły wybrane losowo

Botswana – safari dla wybranych

MICHAŁ SYNOWIEC „ZETOR”

 

<< Aby uczestniczyć w prawdziwym safari, trzeba pojechać do Afryki. Jednak by spotkać się oko w oko z dzikimi zwierzętami w środku buszu, nie w rezerwacie pokazowym i bez tłumu turystów dookoła nas, można wybrać się jedynie do kilku krajów na Czarnym Lądzie. Do jednych z najciekawszych z nich należy bez wątpienia Botswana, która oferuje turystom wiele wspaniałych atrakcji turystycznych, choćby kryształowe wody delty rzeki Okawango, Park Narodowy Chobe z ogromną populacją słoni czy pustynne krajobrazy Kalahari. >>

FOT. ANDRZEJ KULKA /WWW.ANDRZEJKULKA.COM

Park Narodowy Chobe

 

Republika Botswany uzyskała niepodległość 30 września 1966 r. i właśnie tego dnia Botswańczycy obchodzą dziś swoje święto narodowe. Wcześniej jej tereny pod nazwą Protektoratu Beczuany (Bechuanaland Protectorate) były brytyjską kolonią. Stolica państwa, Gaborone, znajduje się niedaleko granicy z RPA. Tuż za tym ponad 230-tysięcznym miastem zaczyna się kotlina Kalahari, zajmująca znaczną część botswańskiego terytorium.

Więcej…

Bali – perła Indonezji

Balijki w bogato zdobionych kostiumach w trakcie tańca legong

Photo Balinese - Kopia

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MARTINA ZAWADZKA

http://lovelajf.pl/

 

Bali od stuleci przyciąga turystów i podróżników z całego świata. Odwiedzają oni wyspę ze względu na jej wielowiekową kulturę, zapierające dech w piersiach krajobrazy i egzotyczną przyrodę. Pragną osobiście przekonać się, czy wszystko, co słyszeli na jej temat, jest prawdą. Po kilku dniach od przybycia na miejsce wiedzą już, że na Bali czeka ich dużo więcej. W tym niezwykłym zakątku ziemi mieszkają przecież przyjaźni, uśmiechnięci ludzie i od samego początku daje się wyczuć panującą w nim specyficzną atmosferę duchowości. Większość obcokrajowców w chwili wylotu zdaje sobie sprawę, iż nie była tu po raz ostatni i na pewno wróci odkrywać kolejne sekrety tego fascynującego lądu.

 

Tworzące piękne tarasy pola ryżowe nawadniane systemem przelewowym

rice flields Bali Mkhail Tsyganov

 

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE/MKHAIL TSYGANOV

 

Indonezja leży na 17 508 wyspach, z których w przybliżeniu jedna trzecia – ok. 6 tys. – pozostaje stale zamieszkana. Zdecydowanie najpopularniejsza jest Bali, wchodząca w skład archipelagu Małych Wysp Sundajskich, położonego na granicy Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Znajduje się ona między znacznie większą od siebie Jawą (dzieli je cieśnina Bali) a nieco mniejszą Lombok (odseparowane są cieśniną Lombok). Stolicę prowincji stanowi 850-tysięczne miasto Denpasar, w linii prostej oddalone od Warszawy o ok. 11 tys. km. Bali ma powierzchnię zaledwie 5780 km2 (razem z sąsiednimi wysepkami Nusa Penida, Nusa Lembongan czy Nusa Ceningan), czyli trochę mniej niż połowa województwa świętokrzyskiego, jednego z najmniejszych w naszym kraju. Maksymalna długość wyspy z północy na południe wynosi mniej więcej 112 km, a szerokość – jakieś 153 km.

 

Aby dostać się z Polski do tej części Indonezji, trzeba przekroczyć linię równika. Ze względu na położenie geograficzne przez cały rok panuje tutaj stabilny klimat. Przewodniki turystyczne ostrzegają przed występującą w tym regionie porą deszczową, która trwa zwykle od października do kwietnia. Jednak z doświadczenia wiem, że sytuacja nie wygląda wówczas tak źle. Deszcz i burze pojawiają się głównie wieczorem bądź w nocy, rzadko w ciągu dnia, ale nawet jeśli pada, wciąż jest ciepło. Średnia roczna temperatura powietrza na wybrzeżu wynosi 28°C, w głębi lądu osiąga wartość 26°C, a wyżej w górach – 23°C. Dlatego można wybrać się tu praktycznie zawsze.

 

INNY ŚWIAT

 

Ta perła Indonezji wyróżnia się na tle reszty kraju. W przeciwieństwie do innych wysp, na których żyją głównie wyznawcy islamu, dominującą religię w tym rejonie stanowi hinduizm w odmianie balijskiej. Nie znaczy to jednak, że nie spotkamy w nim muzułmanów (ponad 13 proc. tutejszej ludności) czy chrześcijan (niemal 2 proc. Balijczyków). Miejscowi traktują się nawzajem z szacunkiem. Dużą przyjemność sprawia obserwowanie, jak bardzo tolerancyjne społeczeństwo tworzą. Podczas mojej podróży dookoła świata miałam szansę przez kilka tygodni mieszkać u tradycyjnej rodziny z Bali. Ketut i jego żona Puspa wyznawali właśnie hinduizm balijski. To najpopularniejsza odmiana tej religii na wyspie. Łączy w sobie również elementy buddyzmu i animistycznych wierzeń lokalnych.

 

Balijczycy uważają, że każdego z nich od urodzenia obciążają trzy długi (Tri Rna), które muszą spłacić w trakcie swojego życia. Pierwszym z nich jest Dewa Rna (dług życia). Należy za niego wynagrodzić bogu Sang Hyang Widhi Wasa, który stworzył człowieka. Drugi dług to Pitra Rna (dług miłości i oddania). Za niego trzeba uczynić zadość swoim przodkom. Trzeci – Rsi Rna (oznaczający nabytą mądrość) – spłaca się kapłanom. Większość obrzędów i ceremonii religijnych na Bali dotyczy realizacji tych zobowiązań. Balijczycy liczą, iż bogowie i zmarli krewni uznają ich starania po śmierci.

 

Poza tym dla mieszkańców wyspy bardzo ważna jest karma. Wierzą, że wszystko, co człowiek daje innym, zarówno dobro, jak i zło, wraca do niego z podwojoną siłą, czyli czyny mają wpływ na nasze życie. Jeśli więc siejemy nienawiść, możemy być pewni, iż prędzej czy później takie działanie wyda plony i to, na co pracowaliśmy, zostanie zniszczone.

 

Oprócz tego Balijczycy wierzą w dobre i złe bóstwa. Znajduje się tu kilkadziesiąt tysięcy różnych miejsc kultu. Mimo iż ta liczba wydaje się ogromna jak na tak niewielką wyspę, mieszkańcy praktykują swoją religię nie tylko w ich pobliżu. Sfera sacrum obejmuje znacznie więcej, co dostrzega się na każdym kroku.

 

W BALIJSKIM DOMU

 

Przygotowywanie ofiarnych koszyków

offiar

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Podczas gościny u balijskiej rodziny miałam możliwość przyjrzeć się z bliska niektórym obrzędom oraz oddawaniu czci siłom przyrody i bogom. Niezmiernie dużą rolę odgrywają tutaj także kult przodków i wiara w demony. Puspa (podobnie jak większość kobiet na Bali) codziennie przygotowywała ofiarę złożoną z pięknych kwiatów, ryżu, świeżych owoców i pachnących kadzideł umieszczonych w małym koszyczku z liści palmowych. Jest to bardzo ważny rytuał. Czasem dorzuca się też drobne monety i papierosy. Cudownie przyozdobione kolorowe dary składane są w różnych intencjach zarówno dobrym, jak i złym bóstwom. Ofiarne koszyczki można zobaczyć prawie na każdym ulicznym rogu, chodnikach, przy domach i sklepach, a nawet na plażach.

 

Pewnego dnia Puspa i Ketut obudzili mnie z samego rana i poprosili, żebym wyprowadziła swój skuter, ponieważ chcieliby poświęcić pojazdy. Aby to zrobić, najpierw należało przyozdobić je kwiatami i ofiarami. Podeszli do tego niesamowicie poważnie. Powiedzieli, że po poświęceniu nie będą musieli się o mnie martwić, gdy wybiorę się gdzieś samodzielnie skuterem, bo nie zagrozi mi już żadne niebezpieczeństwo. Obrzęd wraz z przygotowaniami trwał mniej więcej godzinę. Na początek wspólnie pokroiliśmy owoce, przycięliśmy kwiaty i wykonaliśmy koszyczki z liści palmy, a następnie udekorowaliśmy nimi zaparkowane na podjeździe pojazdy. Po kilku minutach ich samochód i mój skuter przypominały przystrojone na święta Bożego Narodzenia choinki. Wtedy przyszedł czas na modlitwę. Poprowadziła ją najstarsza osoba z obecnych, czyli ojciec Puspy. Wszyscy, włącznie ze mną, byliśmy ubrani w tradycyjne koronkowe koszule i długie spódnice, a biodra przepasaliśmy sarongiem (chustą zasłaniającą nogi), który miał nas chronić przed demonami wychodzącymi z wnętrza ziemi. Ceremonia odbywała się na werandzie domu moich gospodarzy. Przed nią stały zaparkowane pojazdy, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł. Siedzieliśmy ze skrzyżowanymi nogami i rękoma złożonymi na wysokości klatki piersiowej. Ojciec Puspy powtarzał słowa modlitwy, którą co jakiś czas przerywał, aby zadzwonić małym dzwonkiem, gdy my oddawaliśmy pokłon.

 

MUZYKA I TANIEC

 

Mimo iż Bali jest niewielką wyspą, może poszczycić się niezmiernie barwną kulturą. To nieprawda, że tutejsze budowle i wytwory artystyczne mają tylko przyciągać turystów. Przejawy sztuki dostrzeżemy praktycznie wszędzie, a jej cel stanowi zadowolenie bogów. Już po opuszczeniu samolotu na lotnisku w Denpasar orientujemy się, iż znaleźliśmy się w zupełnie innej, magicznej części świata. Atmosferę duchowości wyczujemy również w domach, świątyniach, budynkach rządowych, biurach i hotelach.

 

Gdy po raz pierwszy usłyszałam balijską muzykę, byłam zachwycona! Jednak po kilku dniach słuchania jej w kółko, zaczęłam mieć wrażenie, że towarzyszy mi ciągle ten sam utwór… Na wyspie rozwinął się wyjątkowy styl muzyczny i taneczny, rozpoznawany na całym świecie, a zwany gamelanem. Utwory gra się na tradycyjnych metalofonach, gongach, ksylofonach i bębnach. Zespołów tego typu można posłuchać na Bali przy każdej okazji – podczas pokazów artystycznych, występów tancerzy czy rozmaitych uroczystości, np. weselnych.

 

Według statystyk na tej niewielkiej wyspie funkcjonują setki grup tanecznych wykonujących więcej niż 200 rodzajów tańca tradycyjnego. Oryginalny układ choreograficzny wykorzystuje głównie mowę ciała, mimikę i ruchy palców, nadgarstka, stóp, szyi, a nawet ust i oczu. Jeden z najstarszych gatunków (jego dzieje sięgają XV stulecia) nosi nazwę gambuh, charakteryzuje się wolnym rytmem i swoistym mistycyzmem. Bez wątpienia taniec u Balijczyków należy do sfery sacrum.

 

Ze względu na bardzo duże zainteresowanie tym elementem kultury wśród turystów, pokazy odbywają się niemal wszędzie. Tancerzy coraz częściej można podziwiać w restauracjach, hotelach, a nawet centrach handlowych. Żeby zapobiec profanacji w przypadku religijnych odmian tańca balijskiego, w 1992 r. lokalne władze podjęły decyzję o całkowitym zakazie prezentowania niektórych gatunków w nieodpowiednich dla ich charakteru miejscach.

 

KRAINA SPOKOJU I PIĘKNA

 

Jak większość mieszkańców Azji Balijczycy są ludźmi raczej niskimi, lecz o wielkich sercach i szczerym uśmiechu. W odróżnieniu od Europejczyków żyją zdecydowanie wolniej. Z przyjemnością można przyglądać się, jak celebrują czas spędzany z rodziną i jak ogromnym szacunkiem obdarzają osoby starsze. Zdają sobie sprawę z tego, że wszystko, co mają, zawdzięczają swoim przodkom i tego uczą swoje dzieci. I nie oznacza to wcale majątku, a dar życia. Balijczycy skupiają się na codziennych zajęciach, nie rozmyślają o przyszłości i nie snują długoterminowych planów. Oprócz pracy rytm kolejnych dni wyznaczają im religijne obrzędy i święta. Żyją w zgodzie z tradycją.

 

Podróż na Bali dostarcza mnóstwa wrażeń.Na wyspie działa bardzo dużo ośrodków oferujących zajęcia z jogi i sesje poświęcone nauce medytacji. Najwięcej znajduje się ich w ponad 30-tysięcznym mieście Ubud. Stanowi ono tutejsze centrum kulturalne, a także jest ważnym duchowym ośrodkiem regionu. Powinna do niego zawitać każda osoba szukająca odpowiedniego miejsca, aby móc skupić myśli i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Bali to idealny zakątek na skoncentrowanie się na przywróceniu równowagi w swoim życiu.

 

Miłośnicy sportów wodnych też bez wątpienia nie będą się tu nudzić. W pobliżu plaż (np. w sąsiedztwie miasta Kuta) miejscowi oferują wypożyczenie nart wodnych, sprzętu surfingowego, windsurfingowego i łodzi do żeglowania. Balijskie wybrzeże cieszy się wielką popularnością wśród surferów, zarówno tych początkujących, jak i zaawansowanych. Co więcej, wiele osób uważa je za najpiękniejszą okolicę do nurkowania na świecie. Tutejsze rafy koralowe bywają określane mianem cudu natury. Ich niesamowicie bogatą faunę i niespotykane kształty można podziwiać m.in. w południowym rejonie Bali – Nusa Dua, koło wysepki Nusa Penida i plaży Sanur, niedaleko miejscowości Padang Bai (Padangbai) i Candi Dasa (Candidasa), rybackiej wioski Tulamben i zatoki Cemeluk (Jemeluk) oraz wysepki Menjangan i osady Pemuteran.

 

ATRAKCJE WYSPY

 

We wspomnianym mieście Ubud leży Ubud Monkey Forest. To park z hinduistycznymi świątyniami położony w wiosce Padangtegal i zamieszkany przez liczne makaki krabożerne. Przed jego odwiedzeniem warto zaopatrzyć się w banany. Dzięki takiej przynęcie małpy będą bardzo chętnie do nas podchodziły.

 

Miejscem godnym polecenia w pobliżu Ubud jest Satria Coffee Plantation (Satria Agrowisata).Podczas spaceru można tu obejrzeć nie tylko plantację wiecznie zielonych krzewów kawowca, ale również uprawy egotycznych owoców i przypraw. Za jedną z najlepszych i najdroższych kaw na świecie uchodzi kopi luwak. Powstaje ona w specyficzny sposób. Jagody kawowca stanowią pożywienie łaskuna muzanga (nazywanego cywetą, a lokalnie luwakiem). Ten drapieżny ssak z rodziny łaszowatych nie trawi jednak nasion, a jedynie miąższ. Wydalone ziarna, które zostały poddane działaniu enzymów w przewodzie pokarmowym, wybiera się z odchodów zwierzęcia, następnie suszy i pali. W Satria Coffee Plantation przyjrzymy się temu procesowi na własne oczy, a także spróbujemy tej pysznej kawy i innych indonezyjskich przysmaków.

 

Indonezja jest też trzecim największym producentem ryżu na świecie (po Chinach i Indiach). Ze względu na uprawianie różnych jego gatunków zbiory odbywają się co kilka miesięcy, a więc Balijczycy sadzą i zbierają plony przez okrągły rok.W centrum Bali nieodłączną częścią krajobrazu są zielone pola ryżowe. Pokrywają one wzgórza i tworzą piękne wielopoziomowe tarasy.

 

Egzotycznym i jednocześnie mistycznym przeżyciem będzie dla Europejczyków wizyta w Pura Tirta Empul, zwanej również Świątynią Świętej Wody. Pielgrzymi z całej wyspy przybywają do niej w celu oczyszczenia bądź uleczenia ciała i duszy. W odświętnych strojach zanurzają się w kamiennym basenie z fontannami. Po kolei podchodzą do każdej z nich i odmawiają modlitwy, po czym opłukują twarz i ciało tryskającą z otworu wodą. Ceremoniom towarzyszy zapach kadzideł unoszący się w powietrzu.

 

Do najstarszych świątyń na Bali należy XI-wieczna Pura Uluwatu (Pura Luhur Uluwatu). Wznosi się ona na 97-metrowym klifie, znajdującym się na południowym krańcu wyspy. Oprócz podziwiania samej budowli (niestety, turyści nie mogą wejść do środka) atrakcję w tej okolicy stanowi także spacer po przepięknym urwistym wybrzeżu.

 

Pierwszą świątynią, do której zabrali mnie Puspa i Ketut, była Pura Tanah Lot z XVI stulecia. Właśnie od niej polecono mi zacząć odkrywanie Bali i uważam, że to właściwy wybór. Miejsce kultu umieszczono tu na wspaniałej formacji skalnej, której osobliwy kształt wyrzeźbiły fale oceanu. Nazwa Tanah Lot oznacza po balijsku „Ziemię w morzu”. Jeżeli zdecydujemy się na odwiedziny w trakcie przypływu, to zobaczymy właśnie, jak całkowicie oddzielone od lądu skały oblewa z każdej strony woda. W pobliżu znajduje się poza tym słynna jaskinia węży morskich, które podobno chronią świątynię przed intruzami i złymi duchami. Warto też pamiętać, że w przypadku większości obiektów sakralnych przed wizytą na ich terenie trzeba zadbać o odpowiedni ubiór. Należy założyć ubranie zakrywające nogi albo osłonić je sarongiem, który można kupić przed wejściem.

 

W odległości niemal 2 km od świątyni Ulun Danu Bratan (Pura Ulun Danu Bratan) odkryłam miejsce, które skradło moje serce. Prawdopodobnie nie wspomina o nim żaden przewodnik, ale podczas pobytu w urokliwym rejonie miejscowości Bedugul bardzo polecam się tutaj wybrać. Mam na myśli majestatyczną bramę będącą kiedyś wejściem do pobliskiego miasta. Ciężko oddać słowami niecodzienny widok, jaki tworzy ona wraz z wznoszącymi się w tle malowniczymi zielonymi górami. W okolicy stoją wiejskie domy i leżą pola uprawne, a w środku tego sielskiego krajobrazu wyrasta samotny portal przypominający przejście do innego świata.

 

Istnieje mnóstwo powodów, aby odwiedzić Bali. Jednym z nich są bez wątpienia cudowne rajskie plaże. Najpiękniejsze i najbardziej zapadające w pamięć to według mnie Suluban, Padang Padang i Balangan.

 

OSOBLIWY SYSTEM

 

Pura Ulun Danu Bratan w górach nad jeziorem Bratan niedaleko Bedugul

15-photos-that-will-make-you-want-to-travel-to-indonesia

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE

 

W trakcie mojego pobytu gospodarze domu kilkakrotnie próbowali mi wyjaśnić, dlaczego większość koleżanek i kolegów Ketuta nosi takie samo imię i skąd pochodzi jego własne. Muszę przyznać, że miałam duży problem ze zrozumieniem zależności w tutejszym systemie nazywania dzieci stosowanym przez Balijczyków żyjących zgodnie z tradycją. Zasady dotyczą głównie potomków mężczyzn pochodzących z najliczniejszych rodzin i najniższej kasty bądź mężczyzn z wyższej kasty, którzy poślubili kobiety z kasty najniższej. Oprócz przynależności kastowej o imieniu decyduje również kolejność urodzin. Pierwsze dziecko powinno nazywać się Wayan (co pochodzi od słowa wayahan oznaczającego „starszy”), Gede (Duży) lub Putu, czyli Wnuk. Płeć dziecka nie zawsze ma znaczenie. Imię Putu częściej nadaje się dziewczynkom, Wayan i Gede natomiast – chłopcom. Nie jest to jednak regułą. W innych przypadkach te same imiona mogą nosić zarówno synowie, jak i córki. W celu rozróżnienia płci Balijczycy stosują odpowiednie przedrostki. Gdy mówi się o chłopcach, należy użyć „i”, np. I Putu, kiedy wspomina się o dziewczynce, wstawia się „ni”, jak w Ni Putu.

 

Drugi w kolejności potomek to Made (imię zostało prawdopodobnie utworzone od słowa madya, czyli „środek”, „średni”), Nengah (tengah oznacza „w środku”) albo Kade czy Kadek (wyraz adik określa „młodszego brata”). Na trzecie dziecko zazwyczaj woła się Nyoman bądź Komang (co wywodzi się według pewnych hipotez od anom – „młody”, „mały” lub uman – „koniec”, „odpoczynek”). Ostatniego, najmłodszego malca nazywa się Ketut (przypuszczalnie od kitut, czyli „ogon”). Widać więc, że w pewnym uproszczeniu imię danej osoby zależy od kasty, kolejności urodzin, a czasem także od rejonu, z którego pochodzi rodzina. Trzeba przyznać, iż ten system nie jest łatwy i można się w nim pogubić.

 

POZA CZASEM

 

Życie na Bali upływa w swoim tempie i to nie tylko dlatego, że niemal zawsze świeci tu słońce, a w okolicy są same piaszczyste plaże, ciepły ocean i wysokie palmy kokosowe. Gdy mieszkałam u Puspy i Ketuta, codziennie rano obserwowałam, jak przeglądali gazetę i sprawdzali, kiedy będzie pełnia księżyca i jakie święta przypadają w najbliższym czasie według ich rachuby. Balijczycy mają swój własny tradycyjny kalendarz, na który składają się dwa systemy: 210-dniowy Pawukon (6 miesięcy po 35 dni) i księżycowy Saka (12-miesięczny). W każdym roku współistnieje ze sobą 10 osobnych cykli. Na podstawie ich wzajemnych zależności określa się m.in. daty ceremonii religijnych odprawianych w świątyniach.

 

Czas zatrzymuje się na wyspie w Nowy Rok, zwany Nyepi (wypada w marcu, niekiedy w kwietniu – w 2017 r. w dniu 28 marca). Ulice pustoszeją, sklepy, banki, a nawet urzędy są zamknięte. Lotnisko w Denpasar nie funkcjonuje i nie sposób dostać się tutaj w jakikolwiek sposób. Nie wolno jeździć samochodami i nikt nawet nie myśli o tym, aby wsiąść na skuter. Co więcej, w tym dniu Balijczycy rezygnują również z używania elektryczności, rozpalania ognia i wszelkich aktywności. Okna w domach pozostają zasłonięte, nikt nie wychodzi na zewnątrz. Mieszkańcy Bali wierzą, że w tym czasie nad wyspą przelatują demony, dlatego starają się je przekonać, iż cała okolica jest wyludniona, aby nie dać im powodu do zatrzymania się.

              

Ten tzw. Dzień Ciszy przeznacza się na medytację, rozmyślanie i pogrążenie się w zadumie. Stanowi on okazję do oczyszczenia umysłu, osiągnięcia wewnętrznej równowagi i zebrania myśli. Pozwala oderwać się od rzeczywistości, odseparować od świata zewnętrznego po to, aby odnaleźć spokój w sobie. Bali jest zresztą przez cały rok znakomitym miejscem na odkrywanie samego siebie. Panująca na wyspie atmosfera sprzyja błogiemu relaksowi i skupieniu się na swoim wnętrzu. Warto zatrzymać się choć na chwilę w codziennym pędzie, żeby odwiedzić ten wyjątkowy zakątek Indonezji.

Magia Peru

MARTA I WOJTEK DROZDOWSCY

 

Turystyka jest trzecim najważniejszym sektorem gospodarki Peru, zaraz po górnictwie i rybołówstwie. Kraj ten stanowi obecnie najchętniej odwiedzane państwo Ameryki Południowej. Machu Picchu, jezioro Titicaca czy rysunki z płaskowyżu Nasca (Nazca) są znane na całym świecie. Co tak naprawdę przyciąga tu co roku ponad dwa miliony turystów? Czy da się jeszcze w tym zgiełku odnaleźć ducha starożytnych Inków?

Gdy w 2007 r. Machu Picchu ogłoszono jednym z siedmiu nowych cudów świata, stało się jasne, że ta malownicza cytadela zmieni się szybko w największą atrakcję Peru. Od tego czasu obserwuje się tu zwiększony napływ turystów z całego świata. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, że  państwo Peruwiańczyków to nie tylko słynne Machu Picchu. Ten wyjątkowo interesujący i piękny kraj oferuje zdecydowanie więcej. Swoim nieprzebranym bogactwem przyciąga rzesze ludzi, zapewniając im moc niezapomnianych wrażeń i przeżyć. Imponujące góry, wiecznie zielone lasy deszczowe, pływające wyspy na jeziorze Titicaca, wspaniałe plaże, monumentalne inkaskie miasta i twierdze, a przy tym unikatowe stroje, kultura i kuchnia – oto, co stanowi o magii Peru.

Więcej…