ANNA KRYPA
www.comeann.com

 

<< Gdybym miała jednym słowem opisać Republikę Południowej Afryki, którą pokochałam od pierwszego dnia pobytu w jej granicach, użyłabym wyrazu „różnorodność”. Bogata kultura i wciąż zmieniający się krajobraz zachwycają już podczas spaceru ulicami Kapsztadu, kiedy owiani oceaniczną bryzą podziwiamy majestatyczną Górę Stołową, a na swojej drodze spotykamy przedstawicieli różnych grup etnicznych. W RPA są trzy stolice (administracyjna Pretoria, Kapsztad, w którym obraduje parlament, oraz Bloemfontein z siedzibą władz sądowniczych) i obowiązuje aż 11 oficjalnych języków. „Choć tak różni, jesteśmy jednością. Jesteśmy ludem tęczy” – powiedział niegdyś o swoich rodakach laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela. >>

RPA to najdalej na południe wysunięte państwo w Afryce o powierzchni niemal czterokrotnie większej od Polski (ponad 1,2 mln km²). Linia brzegowa rozciąga się na długości powyżej 2,5 tys. km, a przy Przylądku Igielnym (Cape Agulhas) – południowym krańcu kontynentu, Ocean Atlantycki spotyka się z Indyjskim. Kraj ten leży w obrębie kilku stref klimatycznych: począwszy od pustynnej przy granicy z Namibią, a skończywszy na podzwrotnikowej, wilgotnej na wschodzie, ale w jego przeważającej części panuje klimat zwrotnikowy kontynentalny, a warunki pogodowe są wręcz idealne – jest ciepło, sucho i słonecznie. Należy jednak pamiętać o odwrotnym niż w Europie układzie pór roku na półkuli południowej. Najgorętszy sezon wakacyjny przypada tu na przełom grudnia i stycznia. W RPA nie brakuje też obszarów wyżynnych i górskich, takich jak Góry Smocze (Drakensberg), Góry Śnieżne (Sneeuberge), Stormberg czy Góry Przylądkowe (Cape Fold Belt). Bez wątpienia jego najcenniejszy skarb natury stanowią parki narodowe (ma ich 19) na czele ze słynnym Parkiem Narodowym Krugera, który uchodzi za jeden z najstarszych i największych na świecie.
Odwiedzałam Republikę Południowej Afryki już trzykrotnie – dwa razy gościłam w okolicach Kapsztadu (Cape Town) i raz w Parku Narodowym Krugera przy okazji wyprawy do sąsiedniego Mozambiku. W trakcie tych kilku wizyt zobaczyłam jednak tylko małą część tego, co oferuje podróżnikom ten fascynujący kraj. Podczas ostatniego pobytu w nim zatrzymałam się w bliskim mojemu sercu Kapsztadzie, stolicy Prowincji Przylądkowej Zachodniej, skąd rozciągają się zapierające dech w piersiach widoki i gdzie kolacja nad brzegiem oceanu należy do zwykłych przyjemności dnia. Jeśli ktoś natomiast ma ochotę na wypad poza granicę tej malowniczej metropolii, to zawsze może wyskoczyć do jednej ze znanych południowoafrykańskich winnic na zwiedzanie i degustację.

 

PODANO DO STOŁU
Moją wizytę w Kapsztadzie zaczęłam od wycieczki na Górę Stołową (Table Mountain). Dzień był pogodny, więc idealnie widocznego masywu górskiego nie zakrywały przypominające obrus chmury. W ostatnim plebiscycie szwajcarskiej fundacji New7Wonders ten słynny szczyt został wybrany 11 listopada 2011 r. jednym z nowych 7 cudów natury (New7Wonders of Nature). Taki werdykt nie zdziwił mnie ani trochę, ponieważ to bajeczne miejsce każdy powinien odwiedzić choć raz w życiu.

FOT. CAPE TOWN TOURISM

Widok na Głowę Lwa i Robben Island z wierzchołka Góry Stołowej


Góra Stołowa wznosi się na wysokość 1086 m n.p.m., a widać ją z oceanu z odległości 200 km. Po obu jej stronach znajdują się charakterystyczne wierzchołki: po wschodniej – Diabli Szczyt (Devil’s Peak – 1000 m n.p.m.), a po zachodniej – Głowa Lwa (Lion’s Head – 669 m n.p.m.). Jej najwyższe, spłaszczone partie tworzą obszar ok. 3 km². Na górę można wjechać kolejką linową (Table Mountain Aerial Cableway, działającą od 1929 r.) lub wejść jednym z wielu szlaków. W czasie dość długiej pieszej wędrówki towarzyszą nam niesamowite widoki. Sama przejażdżka wagonikiem, który po modernizacji w 1997 r. zabiera na górę aż 65 osób i dodatkowo obraca się wokół własnej osi, jest już niemałą atrakcją. Ze szczytu rozpościera się wspaniała panorama Kapsztadu z Zatoką Stołową (Table Bay) i Robben Island (Robbeneiland). Niektórzy twierdzą też, że na linii horyzontu daje się dostrzec krzywiznę Ziemi.

 

FOKI Z HOUT BAY
Gdy przemierzałam kapsztadzkie ulice autobusem Hop On – Hop Off, wysiadłam na przystani Mariner’s Wharf w pobliskim miasteczku Hout Bay nad zatoką o tej samej nazwie. To malownicze nabrzeże powstało dzięki przekazywanej z pokolenia na pokolenie rodzinnej pasji Stanleya Dormana i do dziś zachowało przyjazną atmosferę. Działa tu sympatyczne bistro, wyśmienita restauracja serwująca morskie specjały oraz sklep rybny. Usiadłam na tarasie, aby przez chwilę nacieszyć się widokiem portu i oceaniczną bryzą. Zamówiłam krewetki z awokado, które dostałam w ogromnej muszli, i oddałam się rozpuście. Zanim jednak kelner przyniósł danie, udało mi się wypatrzeć radośnie baraszkujące tuż przy brzegu foki! Po lunchu wyruszyłam w kierunku przedmieść Kapsztadu Camps Bay. Tutejsze plaże są centrum letnich rozrywek zarówno w dzień, jak i w nocy.

 

PROMENADA NAD OCEANEM
Uwielbiam spacerować, szczególnie kiedy odwiedzam nowe miejsca, to pozwala mi poczuć prawdziwą atmosferę nieznanych rejonów. Trasa na odcinku Camps Bay–Sea Point jest wyjątkowo urokliwa, a wyróżnia ją niewątpliwie deptak ciągnący się nad Atlantykiem. Gwarantuję, że ta wycieczka na długo pozostaje w pamięci.

FOT. SOUTH AFRICAN TOURISM

Nad Camps Bay dominuje dostojne pasmo Dwunastu Apostołów


Camps Bay to turystyczny hit RPA. Piękne piaszczyste plaże położone u stóp pasma górskiego Dwunastu Apostołów oraz w sąsiedztwie Góry Stołowej robią wrażenie zarówno na zagranicznych turystach, jak i lokalnych urlopowiczach, szukających chwili wytchnienia od codziennej pracy. Oprócz tego przedmieścia Kapsztadu przyciągają wyśmienitymi restauracjami, barami i modnymi klubami, gdzie życie nocne potrafi trwać całą dobę. Z centrum miasta dojedziemy tutaj zaledwie w 15 minut. Co niezmiernie ważne dla wybierających się do tego kraju, w Camps Bay można się czuć bezpiecznie o każdej porze dnia i nocy. Warto też wspomnieć, że to bardzo popularne miejsce na jogging. Zdecydowanie mogłabym mieć taką trasę do biegania obok domu!
Trochę rozmarzona perspektywą noclegu w bungalowie z oknami wychodzącymi na ocean, wciąż szłam przed siebie, a Camps Bay zmieniło się w gęsto zaludnione przedmieścia Sea Point, a następnie w Green Point i Mouille Point. W tym ostatnim przywitała mnie piękna latarnia morska, przy której zakończyłam swój spacer, ale nigdy nie zapomnę oszałamiających widoków, jakie podziwiałam po drodze. Zawsze kiedy w Polsce jest zimno, deszczowo i ponuro, przypominam sobie te wspaniałe domy na klifach, wracam w myślach na nadatlantycką promenadę i marzę o następnych przygodach.
 

PINGWINY W AFRYCE
Najpopularniejsze atrakcje do odwiedzenia w okolicach Kapsztadu to słynna plaża z pingwinami w Simon’s Town (Simonstad), Przylądek Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope) i Cape Point. Do wszystkich można dotrzeć w ciągu jednego dnia, a że trzeba je koniecznie zobaczyć, to więcej niż pewne.
Nieopodal Simon’s Town (Simonstad) znajduje się Boulders Beach (Plaża Głazów), zamieszkiwana od 1982 r. przez kolonię przeuroczych pingwinów przylądkowych. Te nielotne ptaki zwane są też jackass penguins (z ang. jackass – „osioł”, „ktoś głupi”) ze względu na wydawany przez nie specyficzny dźwięk, kojarzący się z oślim rykiem. Charakterystycznie ubarwione czarno-białe stworzenia elegancko stąpają po nabrzeżnych kamieniach i zażywają kąpieli w oceanie. Obserwowanie ich choćby przez chwilę dostarcza bez wątpienia ogromnej radości, a patrzeć chce się na nie całymi godzinami. Jeśli jednak mamy w planach dostać się tego samego dnia na południowy kraniec Półwyspu Przylądkowego – Cape Peninsula (Kapsztad leży w północnej jego części), nie wolno nam spędzić zbyt dużo czasu z sympatycznymi pingwinami.

 

U BRZEGÓW NADZIEI
Przylądek Dobrej Nadziei (pierwotnie Przylądek Burz), który znajduje się na południu Półwyspu Przylądkowego, dzieli od Przylądka Igielnego ok. 150 km. Sam półwysep charakteryzuje się skalistym krajobrazem, zdominowanym przez Górę Stołową. Wchodzi on w skład chronionych obszarów Przylądkowego Regionu Florystycznego (Cape Floral Region) wpisanego w 2004 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Porasta go formacja roślinna fynbos (odpowiednik śródziemnomorskiej makii). Do lokalnej flory należy aż ponad 1300 gatunków roślin, w tym ok. 50 endemicznych lub zagrożonych. Spotkamy tu wiele odmian srebrnikowców (np. zachwycającą proteę królewską, stanowiącą jeden z elementów godła RPA), wrzośców i pelargonii.
W 1488 r. dotarł w te strony portugalski żeglarz Bartolomeu Dias (ok. 1450–1500) i ochrzcił to miejsce mianem Przylądka Burz ze względu na dużą aktywność wyładowań atmosferycznych w tym rejonie. Nazwa jednak się nie przyjęła i została zmieniona na Przylądek Dobrej Nadziei, bowiem odkrycie tego odległego południowego końca Afryki otworzyło morski szlak do Indii i na Daleki Wschód. Podczas mojej wizyty nie trafiłam na burzę, lecz na silny wiatr. To on dosłownie popychał mnie w stronę kolejnego niezwykłego punktu widokowego.

 

W BLASKU LATARNI
Skalisty cypel zwany Cape Point leży jakieś 2 km na wschód od Przylądka Dobrej Nadziei. Na końcu klifu stoją nowoczesna 87-metrowa latarnia morska i słup z drogowskazami do najbardziej znanych miast świata, opatrzonymi informacją o odległościach od nich. Latarnia ta wysyła najmocniejszy sygnał świetlny na całym południowoafrykańskim wybrzeżu. Ma on zasięg aż 101 km.
Na najwyższy szczyt dominujący nad Cape Point prowadzi bardzo łatwa ścieżka. Na jego wierzchołku wznosi się stara latarnia morska. Jeżeli ktoś woli jednak poruszać się jakimś środkiem komunikacji, może wjechać elektryczną kolejką linowo-terenową Flying Dutchman Funicular. Ja wybrałam wędrówkę pieszą i szczerze ją właśnie polecam. Na każdym kroku dostrzeżemy coś innego, wyjątkowego. Uważam, że tutejsze krajobrazy są najpiękniejsze na całej ziemi. Strome skaliste wybrzeże i ciche szmaragdowe zatoki to raj dla oka i dla obiektywu. Chętnie spędziłabym cały dzień, przechadzając się po okolicy lub wygrzewając się na piasku.

 

NA POŁUDNIOWYM KRAŃCU KONTYNENTU
Stanąć na najbardziej wysuniętym na południe przylądku Afryki, tam, gdzie łączą się dwa oceany – Indyjski i Atlantycki, planowałam już od dawna. Okazało się, że nie jest to miejsce bardzo oblegane przez turystów i znajduje się dość daleko od Kapsztadu. Zupełnie mnie ten fakt nie zniechęcił, a wręcz po części ucieszył. Pomyślałam, że będę miała szansę uciec na chwilę od tłumów żądnych atrakcji.
Przylądek Igielny położony jest ok. 170 km na południowy wschód od Kapsztadu. Wyprawa na niego zajmuje więc prawie cały dzień. W przeciwieństwie do bardziej znanego Przylądka Dobrej Nadziei i Cape Point, nie prezentuje się zbyt spektakularnie: jego granice wyznacza łagodnie zakrzywiona i kamienista linia brzegowa. Moim zdaniem posiada jednak wyjątkowy urok, który tworzą wyżłobione przez wodę i wiatr skały. Ich powyginane kształty przypominają o bardzo częstych zimowych sztormach niosących ze sobą olbrzymie fale, 30-metrowe potwory, zatapiające niekiedy nawet duże statki.
Spędziłam na Przylądku Igielnym dłuższą chwilę i przez cały ten czas towarzyszyła mi świadomość, że właśnie znalazłam się na południowym krańcu kontynentu afrykańskiego. Stałam tam, przyglądałam się skalistemu wybrzeżu oblewanemu przez dwa oceany i czułam się naprawdę niesamowicie.

 

NATURA OSWOJONA…
W Kapsztadzie nie wolno ominąć słynnego Narodowego Ogrodu Botanicznego Kirstenbosch (Kirstenbosch National Botanical Garden) u stóp Góry Stołowej, założonego w 1913 r. Zajmuje on powierzchnię 36 ha i podobno najpiękniej wygląda w okresie od sierpnia do października, kiedy zakwita najwięcej roślin. Ja odwiedziłam go w maju i również byłam pod jego ogromnym wrażeniem. Znajdziemy tutaj ponad 7 tys. gatunków flory, w tym odmiany typowe dla tego regionu Afryki, takie jak wspomniana już protea królewska czy też wrzośce. Podczas przechadzki urokliwymi alejkami, położonymi między oczkami wodnymi, możemy podziwiać pobliskie góry i wsłuchiwać się w śpiewy ptaków – bardzo licznych mieszkańców ogrodu.

FOT. ANNA KRYPA
Narodowy Ogród Botaniczny Kirstenbosch


Idealnym dopełnieniem spaceru w otoczeniu wspaniałych okazów afrykańskiej roślinności będzie obiad w którejś z knajpek nad oceanem. Ja zdecydowałam się pojechać w kierunku Nabrzeża Wiktorii i Alfreda (Victoria & Alfred Waterfront), znanego ze świetnych lokali z wyśmienitymi daniami z owocami morza. Cieszy się ono dużą popularnością zarówno wśród zagranicznych turystów, jak i Południowoafrykańczyków. Działa tu kilka nowoczesnych hoteli oraz niezliczona liczba butików, sklepów i restauracji z widokiem na port i Górę Stołową. Stąd także wypływają statki w rejsy wycieczkowe po okolicy, a z przystani Nelson Mandela Gateway wybierzemy się na Robben Island, pobliską wyspę, wpisaną w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Możemy również po prostu przejść się po nabrzeżu, zrobić zakupy, zjeść smaczną kolację lub przejechać się diabelskim młynem o wysokości 40 m.

 

…I TA CAŁKIEM DZIKA
Wizyta w RPA nie byłaby kompletna bez odwiedzin w Parku Narodowym Krugera. W 1898 r. założył go prezydent Republiki Południowoafrykańskiej (Transwalu) Paul Kruger (w 1926 r. oficjalnie nadano parkowi obecną nazwę). Ten obszar chroniony rozciąga się na powierzchni ok. 20 tys. km2 przy granicy z Mozambikiem. Temperatury na tym terenie wahają się od 23°C w zimie do 30°C (lub więcej) w lecie. Trzeba też liczyć się z opadami deszczu.

FOT. ANNA KRYPA

Stado zebr i żyrafy u wodopoju w Parku Narodowym Krugera


Na fotograficzne safari można udać się prywatnym samochodem lub dołączyć do jednej z wielu organizowanych wycieczek z przewodnikiem i tropicielem zwierząt. Jeśli skorzystamy z tego drugiego sposobu, szansę na spotkanie słynnej Wielkiej Piątki Afryki (lwa, lamparta, bawoła afrykańskiego, nosorożca czarnego i słonia) będziemy mieć całkiem duże. W parku żyją poza tym hipopotamy, gepardy, hieny cętkowane, likaony, różne gatunki antylop, żyrafy, nosorożce białe oraz zebry, strusie afrykańskie i inne zwierzęta. Dzika przyroda rządzi się tu swoimi prawami, a człowiekowi wolno być tylko obserwatorem.
Przy planowaniu wycieczki do Parku Narodowego Krugera trzeba pamiętać o zabraniu ze sobą nakrycia głowy, lornetki, aparatu fotograficznego i wody. Na jego terenie musimy także bezwzględnie przestrzegać zasad panujących w rezerwacie i nie opuszczać środka transportu, ponieważ przez nieodpowiedzialne zachowanie możemy narazić się na prawdziwe niebezpieczeństwo.

***

Kapsztad jest zdecydowanie moim ulubionym miastem na świecie i średnio raz w tygodniu myślę, aby znowu do niego wrócić. Mam ku temu mnóstwo powodów: począwszy od jego malowniczego położenia, a skończywszy na niezwykłej atmosferze wielokulturowego ośrodka i szczerych, pomocnych i uśmiechniętych ludziach, jakich za każdym razem spotykałam na swojej drodze. Przyciąga mnie tutaj również fakt, że wielu kapsztadzkich atrakcji jeszcze nie poznałam. Wydaje mi się zresztą, że cała Republika Południowej Afryki urzeka zapachem sawanny, powiewem orzeźwiającej oceanicznej bryzy i widokami, których nie da się porównać do żadnych innych. Może to tylko podróżnicze zauroczenie, a może tak zaczarował mnie ten tajemniczy wiatr wiejący od Przylądka Dobrej Nadziei…

 

 

Artykuły wybrane losowo

Mała wielka Malta

MARCIN „HUMBAK” JĘDRZEJCZAK

 

Leżąca na Morzu Śródziemnym, mniej więcej pośrodku między Gibraltarem a Izraelem, a także Sycylią i Tunezją, Malta jest dosyć dobrze rozwiniętym gospodarczo państwem, tysiąc razy mniejszym od Polski (316 km2 powierzchni). Nie uprawia się w nim ani warzyw, ani owoców, wycięto wszystkie oliwne drzewka, a jedyne, co pozostało, to winnice. Brak tu rzek czy jezior, deszcz pada rzadko i praktycznie nie ma słodkiej wody, znajdziemy za to mnóstwo zabytków. Dlatego kraj ten nazywa się często muzeum pod gołym niebem.

Wodę w miejscowym hotelu po przegotowaniu można śmiało wypić. Jej smak nie jest jednak źródlany, bowiem Maltańczycy pozyskują ją odsalając tę, której mają pod dostatkiem w morzu. Nad umywalką umieszczone są dwa krany – z jednego płynie gorąca, a z drugiego zimna woda. To jedna z pozostałości po Brytyjczykach, poprzednich władcach archipelagu.

Więcej…

Argentyna - podróż życia

EMILIA GRZESIK

 

<< Tam, gdzie strzeliste szczyty łaskoczą niebo, ziarnka piasku ścigają się z wiatrem przez bezkresne równiny Patagonii, a Ocean Spokojny konkuruje z Atlantykiem – tam rodzi się przygoda. Wytrwałość podróżników przemierzających setki kilometrów surowej patagońskiej ziemi i odwaga żeglarzy wpływających w zdradliwe wody Cieśniny Magellana lub okolic przylądka Horn nabierają zupełnie nowego znaczenia, kiedy podziwiamy majestat andyjskich lodowców. Krajobrazy południowej Argentyny należą do jednych z najbardziej spektakularnych na naszej planecie. Dla mnie Patagonia wraz z Ziemią Ognistą stanowią wręcz symbole wielkich wypraw życia. >>

Południowoamerykańska Republika Argentyńska to kraj bardzo zróżnicowany. Ze względu na jego specyficzne położenie występuje tu kilka stref klimatycznych. Ukształtowanie terenu również nie jest jednolite: wschodnią granicę stanowi wybrzeże Oceanu Atlantyckiego, a zachodnią – wysokie Andy. Pomiędzy nimi rozciągają się bezkresne równiny i porośnięta trawą pampa, na której pasie się bydło. To stąd pochodzi najlepsza na świecie argentyńska wołowina, królowa popularnego asado, czyli tradycyjnego grilla dla rodziny i przyjaciół (barbecue).

W moich oczach Argentyna zawsze była ziemią poszukiwaczy nowych lądów. Dlatego też by poczuć się jak oni, postanowiłam wyruszyć na jej najdalej wysunięty na południe kraniec, stanąć na brzegu kontynentu i rzucić wyzwanie nieznanemu.

Więcej…

Tajlandia zmysłowa

 

 

temple_of_the_emerald_buddha.jpg

Bangkocka Świątynia Szmaragdowego Buddy

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Katarzyna Byrtek

 

Prawdopodobnie większość Europejczyków słyszała o tajskich niebiańskich plażach, białym piasku i lazurowej wodzie. Jednak Tajlandia to nie tylko rajska kraina uśmiechów, idealna na wakacyjny leniwy wypoczynek, lecz także kraj dostarczający różnorodnych i mocnych wrażeń. Zapewnią nam je m.in. degustacje najlepszej kuchni świata, oglądanie emocjonujących walk boksu syjamskiego („muay thai”) na ringu i zwiedzanie niezmiernie kolorowego podwodnego królestwa zamieszkanego przez wyjątkowe stworzenia. 

Z klimatyzowanego samolotu przez klimatyzowany terminal docieram aż do metra prowadzącego do centrum Bangkoku. Wagon pociągu jest tak wychłodzony, że nie zdejmuję i nie chowam swojego europejskiego swetra. Wkrótce dojeżdżamy jednak do stacji końcowej i wysiadam w bangkocką noc – parną, duszną, gorącą tak, że fala ciepła zatrzymuje mnie na peronie na ułamek sekundy. Moje ciało ciągle pamięta środek warszawskiej zimy. Jak ja tu będę żyć przez dwa miesiące – myślę. W Tajlandii w najchłodniejszym okresie temperatura sięga 30°C, a woda w morzu nagrzewa się do 26°C. W trakcie naszej jesieni i zimy trwa w tym rejonie pora sucha, a powietrze jest przyjemniejsze i mniej wilgotne niż np. w lecie, kiedy część kraju dręczą uparte monsuny i deszcze. Wytchnienie dają klimatyzowane pomieszczenia. Zresztą mieszkańcy całej Azji Południowo-Wschodniej mają niemal obsesję na punkcie chłodzenia się. Klimatyzacja zwykle bywa nastawiona nie na komfortowe dla Europejczyka 20–22°C, ale na temperaturę znacznie niższą. Dlatego do kina zawsze trzeba się ciepło ubrać, przed podróżą nocnym autobusem wyjąć bluzę i szal, a nawet narzucić coś na siebie przy każdej przejażdżce metrem.

Tajlandia cieszy się dużą popularnością wśród turystów z całego świata głównie ze względu na przepiękne plaże i lazurowe morze. Warto jednak wyjść nieco poza ten schemat, zrezygnować z błogiego wylegiwania się na złotym piasku choć na kilka dni i przeżyć o wiele więcej. To idealny cel wyjazdów dosłownie dla wszystkich – rodzin z dziećmi, backpackerów, którzy muszą nieraz zaciskać pasa, miłośników sportów i wielbicieli leniuchowania, samodzielnych podróżników czy królów imprez.

Raj dla kubków smakowych

Jedzenie stanowi wielką atrakcję w czasie wizyty w Tajlandii. Nie bez powodu kuchnia tajska uważana jest za najciekawszą i najlepszą na świecie. Niespróbowanie miejscowych przysmaków byłoby prawdziwym grzechem. Trzeba jednak pamiętać, że tosty zapiekane z szynką sprzedawane w popularnej sieci sklepów 7-Eleven wcinają tylko przyjezdni, a tutejsze śniadanie, obiad i kolacja niespecjalnie się od siebie różnią – rano można spokojnie zajadać się grillowaną wieprzowiną, kurczakiem czy dużą miską wywaru mięsnego z makaronem ryżowym.

Jeśli do obiadu nie dostaliście pałeczek, lecz sztućce, nie martwcie się, nikt nie zwątpił w wasze umiejętności posługiwania się nimi. W Tajlandii większość dań je się po prostu łyżką i widelcem (noże to rzadkość). Pałeczki, razem z łyżką, podawane są najczęściej do zupy z makaronem ryżowym.

W kuchni tajskiej wszystko kręci się wokół ryżu (zamówić go można nawet w miejscowym KFC), intensywnych przypraw i różnych rodzajów mięsa. Najsłynniejsze jest boskie pad thai, czyli smażony makaron ryżowy m.in. z jajkiem, sosem rybnym, orzeszkami, krewetkami, serwowany z połówką limonki i kiełkami. Nie wolno nie spróbować chociaż jednej z wersji curry (mieszanki przypraw rozprowadzanej w mleku kokosowym podawanej z mięsem, warzywami i ryżem) – do wyboru czerwone, zielone, żółte bądź łagodniejsze phanaeng curry (panang curry lub penang curry). Z kolei tom yam (tom yum) to intensywna kwaśno-pikantna zupa na mleku kokosowym. Ciekawą propozycję na lunch stanowi też sałatka z papai. Na deser często zamawia się lepki ryż khao niaw z bananem, mlekiem kokosowym czy jajkiem.

Przed wyruszeniem na wędrówkę w poszukiwaniu tajskich specjałów trzeba również odrzucić restrykcyjne zasady polskiego sanepidu, aby móc beztrosko zapuścić się w uliczki, gdzie na każdym kroku spotkać można dymiące wózki pełne świeżo przygotowanych smakołyków (wspomnianej zupy albo np. nadzianego na patyki mięsa). Wokół nich chaotycznie poustawiane są małe stoliki z niskimi plastikowymi krzesłami – nie ma na nich serwetek i sztućców, ale atmosfera jedzenia na ulicy jest niepowtarzalna. We wszystkich miastach i punktach, gdzie zatrzymują się autobusy dalekobieżne, znajduje się przynajmniej kilka niewielkich targów, na których oprócz świeżych owoców czy ryb sprzedaje się przeróżne mieszanki mięsa z lokalnymi warzywami przyprawione prawdziwie po tajsku. Posiłki na wynos pakuje się do zawiązywanych woreczków. Duża część lokali typowo restauracyjnych powstała dla turystów, dlatego ceny bywają w nich nawet kilkakrotnie większe, a dania – nie zawsze oryginalne.

W słynnej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej Pattaya,uchodzącej za jedno z centrów seksbiznesu,koniecznie należy odwiedzić chińsko-tajskie restauracje z rodzaju all you can eat (pol. jesz, ile chcesz). Pośrodku stołu znajduje się w nich wielki rozgrzany gar, w którym goście samodzielnie gotują lub przysmażają jedzenie. W formie szwedzkiego stołu wystawione są przeróżne warzywa, owoce, mięsa i najrozmaitsze owoce morza. Większe porcje tych dwóch ostatnich składników można wybrać samemu i oddać w ręce obsługi, która przygotuje je na grillu.

Moje własne curry

W Tajlandii przyrządzimy też miejscowe przysmaki samodzielnie pod okiem doświadczonego szefa kuchni w czasie kursu gotowania. Nawet największym obżartuchom powinien wystarczyć półdniowy wariant takiego szkolenia, w trakcie którego przygotowuje się kilka dań, a potem je konsumuje. W menu pojawiają się doskonała zupa kokosowa tom kha czy wspomniana już tom yam, makaronowe pad thai, jeden z rodzajów sajgonek i deser. W moździerzu uciera się również proszek curry, którego później dodaje się do potrawy z ryżem. Takie własnoręcznie przyrządzone specjały to prawdziwe niebo w gębie.

Największy wybór godnych polecenia kursów gotowania znajdziemy w mieście Chiang Mai, położonym w północnej części kraju. To jeden ze standardowych przystanków wszystkich turystów w Tajlandii, dlatego zaplecze usługowe jest w nim na tyle rozwinięte, że przyjezdni mogą siedzieć tu ponad tydzień i nigdy się nie nudzić.

Dzień najlepiej zacząć na lokalnym targu. Niektóre sprzedawane na nim produkty są tak niezwykłe, że człowiek z Europy Środkowej nie tylko dziwi się, że Tajowie je jedzą, ale też zastanawia, jak to robią. Do najsłynniejszych tego typu osobliwości należy zielonkawy durian z grubą skórką przypominającą nieco kolce. Ciągnie się za nim opinia najbardziej śmierdzącego owocu świata. Kiedy w pokoju w hostelu czuć zapach starych skarpetek, niekoniecznie winę za to musi ponosić niechlujny współlokator. Może ktoś nielegalnie (większość obiektów noclegowych wywiesza kartki z rysunkiem przekreślonego duriana) przemycił cuchnący smakołyk. Podobno nie wolno spożywać go także z alkoholem lub kawą.

Ciało do ciała

Po spacerze z orzeźwiającym świeżo zmiksowanym sokiem z owoców egzotycznych w ręce przychodzi czas na relaks. Wbrew obiegowej opinii większość tajskich masaży wcale nie kończy się zaspokojeniem seksualnym. Zabieg ten ma długą historię, a za jego legendarnego twórcę uchodzi sam lekarz Buddy – Shivago Komarpaj (Jīvaka Komarabhācca), żyjący ok. VI w. p.n.e. W rzeczywistości rozwój tej techniki masowania był bardziej złożony, bo czerpie ona z tradycji Chin, Indii i innych południowoazjatyckich krajów.

Wizyta w miejscowym salonie bywa niełatwym przeżyciem dla osób nieśmiałych i kruchych – taki masaż jest wyjątkowo kontaktowy i intensywny. Przed nim rozbieramy się do majtek albo zakładamy coś w rodzaju luźnego szlafroka i kładziemy się na materacu lub specjalnej leżance. W trakcie zabiegu masażystka używa różnych części ciała: łokci, stóp, kciuków bądź przedramion, może na nas siadać, trzymać za rękę, przyciskać nasze ciało do swojego. W przypadku tej techniki nie chodzi tyle o delikatne ugniatanie mięśni i skóry, co o naciskanie odpowiednich punktów i rozciąganie. Tajski masaż łączy elementy akupresury, pasywnej jogi i refleksologii. Czasem wywołuje chwilowy ból, ale po wszystkim człowiekowi wydaje się, że jest na tyle rozciągnięty, iż urósł kilka centymetrów. Taka sesja niesamowicie odpręża, dlatego zaleca się korzystanie z jej dobrodziejstw przynajmniej raz w tygodniu, nie tylko na urlopie. Osoby krępujące się tak bliskiego kontaktu z obcym człowiekiem mogą skusić się na wymasowanie stóp czy karku i głowy. Salony masażu znajdziemy tutaj dosłownie wszędzie, m.in. na południowych wyspach, w Bangkoku lub północnym Chiang Mai (gdzie działa zresztą najbardziej renomowana szkoła masażu).

Wielki błękit

scuba_diving_andaman_sea.jpg

W wodach Morza Andamańskiego nurkowie spotkają m.in. rekiny brodate

©THAITRAVELMART.COM



Ciepłe przejrzyste morze, bogactwo kolorowych ryb i zapierające dech w piersiach rafy koralowe przyciągają co roku do południowej Tajlandii tysiące turystów, a podwodny świat tego regionu od zawsze trafia do pierwszych dziesiątek rankingów najciekawszych nurkowisk na ziemi. Jeśli ktoś nie wie nic o nurkowaniu, to nic nie szkodzi. Może kupić albo wypożyczyć maskę, rurkę oraz płetwy i wybrać się na eksplorację dna morskiego na własną rękę na płytkie wody blisko brzegu. Dobrze dopytać się o lokalne warunki – w niektórych miejscach występują silne prądy lub fale, które wyrzucają na skały czy rafy. Najlepsze do snorkelingu są okolice wysp Koh Lipe, Koh Chang i Koh Samui.

Warto jednak zarezerwować sobie kilka dni bądź tydzień i wykupić podstawowy kurs nurkowy ze sprzętem – tutejsze ceny należą do najkorzystniejszych na świecie, a to, co zobaczymy pod powierzchnią morza w Tajlandii, jest zdecydowanie atrakcyjniejsze niż widoki podczas szkoleń prowadzonych na basenie i jeziorach w Polsce. Co więcej, sprzyjające warunki panują tu cały rok (z małymi wyjątkami), temperatura wody w zasadzie nie spada poniżej 26°C, a najlepszy okres do nurkowania to styczeń–marzec, czyli szczyt tajskiego sezonu. Zwykle nie ma konieczności zapisywania się na lekcje z wyprzedzeniem. Nawet na mniejszych turystycznych wyspach działa po kilka firm, bez problemu już na miejscu sprawdzimy ceny, dostępność i terminy kursów. Dobrze też zainteresować się, jakie certyfikaty posiada instruktor, czy dogadamy się z nim w jakimś języku, którym władamy, i co dokładnie zawiera dana oferta.

Cisza pod wodą, otaczające człowieka rozległe przestrzenie czy uczucie latania to dodatkowe argumenty przemawiające za spróbowaniem nurkowania. Niemal 75 proc. wszystkich gatunków fauny morskiej i koralowców na świecie występuje właśnie w Azji Południowo-Wschodniej – od malutkich koników morskich, przez płaszczki, ośmiornice, węże wodne, po kilku- lub kilkunastometrowe ryby. Spotkania z tymi stworzeniami nigdy się nie zapomina. Zachwycają również podwodne jaskinie, bloki skalne i wraki łodzi. Tajlandię można podzielić na trzy rejony idealne dla nurków. Pierwszy z nich stanowi zachodnie wybrzeże ze słynną wyspą Phuket oraz archipelagiem Phi Phi, leżący na północ od niego obszar, na który składają się wyspy Similan, Koh Bon, Koh Tachai i Skała Richelieu (Richelieu Rock), a także region południowy, czyli Koh Haa, Hin Daeng, Hin Muang i Koh Lipe. Z kolei w północnej części Zatoki Tajlandzkiej warto odwiedzić Pattayę i Koh Chang. Natomiast na jej południowym terenie miłośników podwodnych przygód przyciągają Koh Tao i Koh Samui.

Na siedzeniu tuk-tuka

phi-ph-island-1.jpg

Koh Phi Phi Don jest największą wyspą w archipelagu Phi Phi

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND



Istnieje wiele sposobów podróżowania po kraju Tajów. Wielką frajdą będzie na pewno zwiedzanie wybranej wyspy na własną rękę wypożyczonym na jeden lub kilka dni skuterem. Samodzielne prowadzenie środka transportu (wynajęcie samochodu bywa znacznie droższe) daje dużą niezależność. Nie tylko nie jesteśmy wówczas uzależnieni od rozkładów jazdy, lecz także bez problemu możemy zatrzymać się przy opuszczonej rajskiej plaży i wskoczyć wprost do orzeźwiającej wody.

W dużym mieście warto choć raz przejechać się tuk-tukiem, czyli autorikszą pełniącą funkcję taksówki. Taki trzykołowy pojazd wygląda jak motor z dobudowanym z tyłu wózkiem, który pomieści kilka osób. Jazda zatłoczonymi ulicami Bangkoku podniesie ciśnienie krwi niejednemu Europejczykowi. Jeśli ktoś podróżuje samodzielnie, może skorzystać z taksówek motorowych i skuterowych. Pasażer plecak wkłada pod kierownicę i wskakuje na siedzenie za kierowcą, który pędzi, przeciskając się między samochodami i ignorując większość znaków drogowych. Trudno powiedzieć, czy to aby na pewno bezpieczne, ale przeżycia z takiej przejażdżki są z pewnością niezapomniane.

Tajlandia to wręcz wymarzone miejsce dla miłośników morza i wysp, a co za tym idzie, zapalonych żeglarzy. Wystarczy zebrać grupę znajomych i wypożyczyć jacht albo katamaran, aby przemierzać bezkresną Zatokę Tajlandzką, a podczas rejsu zatrzymywać się w każdej chwili przy opuszczonych lądach, opalać bez towarzystwa tłumu turystów i nurkować z maską wśród bajecznych raf koralowych.

W świetle księżyca

shopping_at_khao_san_road1.jpg

Ulicę Khao San w centrum Bangkoku odwiedzają tłumy turystó

©THAITRAVELMART.COM



Wieczorem siadamy w jednym z barów. Noc jest gorąca, w środku stoją plastikowe krzesła i stół bilardowy, gra głośna muzyka. Podają tutaj tajskie piwa Chang i Singha bądź popularnego Tigera z Singapuru, czasem z lodem. Dla niektórych wakacje to moment, kiedy wreszcie mogą beztrosko imprezować i nie martwić się wczesnym wstawaniem. Do najlepszych do tego miejsc należy Bangkok – znajdziemy w nim słynną ulicę dla backpackerów Khao San, luksusowe bary na dachach wieżowców (rooftop bars) czy dzielnicę czerwonych latarni Patpong odwiedzaną przez licznych zagranicznych przybyszów. Wiele osób przyciągają kolorowe nocne światła położonego na wybrzeżu miasta Pattaya, centrum tajskiego seksbiznesu, w którym przy głównej ulicy działają kluby dla gejów oraz lokale oferujące pokazy erotyczne lub występy kathoey, czyli tzw. ladyboys (osób, które przyswoiły sobie cechy przeciwnej płci, uważanych w buddyzmie za trzecią płeć). Dzikie noce w ociekającej alkoholem i seksem Pattayi niezbyt przypadną do gustu osobom ceniącym zwykłego typu rozrywki czy rodzinom z dziećmi. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że seksturystyka to nie tylko niewinna wakacyjna zabawa, lecz także branża kontrolowana przez mafie i związana z wykorzystywaniem kobiet oraz zmuszaniem nieletnich do prostytucji.


Bawić można się wszędzie, ale dobre towarzystwo i odpowiedni termin to czasem podstawa. Tajlandia słynie na świecie z full moon party, czyli całonocnych imprez nad brzegiem morza organizowanych na południu kraju w dzień przed pełnią księżyca, w jej trakcie albo dzień po niej. Zwyczaj ten zainicjowano na plaży Haad Rin na wyspie Phangan w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej. W 1985 r. odbyło się pierwsze takie wydarzenie dla kilkudziesięciu osób. Wkrótce zyskało sławę i dziś przyciąga przynajmniej kilka tysięcy uczestników, w większości turystów, a jego odpowiedniki spotkamy również na innych wyspach. Na full moon party usłyszymy muzykę reggae, trance, rhythm and blues, techno, house czy drum and bass. Alkohol leje się strumieniami, nierzadko pojawiają się też inne środki odurzające. Trzeba jednak wiedzieć, że kary za posiadanie i sprzedawanie narkotyków w Tajlandii są wyjątkowo surowe.

Emocje na ringu

Wielbiciele widowisk podnoszących poziom adrenaliny we krwi także nie będą się w tym kraju nudzić. Muay thai, czyli boks tajski (boks syjamski), to bardzo popularna sztuka walki, szczycąca się niemal statusem sportu narodowego i przyciągająca tysiące żądnych wrażeń Tajów i zagranicznych turystów. Zwykle podoba się nawet osobom, które nie są fanami bijatyk na ringu. Ma wielowiekową tradycję, a wiele ze starych elementów przetrwało do dzisiaj – pojedynek zaczyna się od rytualnego tańca wojownika wai khru. Kiedyś w jego trakcie prezentowano region, z którego pochodził zawodnik. Ta część stanowi jednocześnie rozgrzewkę. Cała walka odbywa się na stojąco, przeciwnicy używają niskich kopnięć okrężnych, uderzeń łokciami i kolanami oraz tzw. klinczu, czyli chwytu klamrowego rękami. Niesamowitą atmosferę na widowni tworzy rozemocjonowana publiczność zawsze reagująca na silniejszy cios, przekrzykująca się, obstawiająca wynik w każdym momencie spotkania. Walczą w większości Tajowie, ale zdarzają się też zawodnicy z innych krajów. Niektórzy z nich są bardzo młodzi – trafiają się nawet 15-latkowie. Za najlepsze areny bokserskie uchodzą Lumpinee Boxing Stadium i Rajadamnern Stadium w Bangkoku oraz te na Phuket i Koh Samui czy w Chiang Mai.

Noc w dżungli

Liczne parki narodowe, dziewicza przyroda i zielona dżungla, w głąb której urządza się kilkudniowe wędrówki, czekają na wszystkich mających odwagę zejść nieco ze standardowego szlaku pełnego piaszczystych plaż i taniego piwa Chang. Leśnych ścieżek i zorganizowanych wycieczek szukać można w różnych częściach kraju, zarówno na popularnej północy, jak i w regionie wschodnim, często omijanym przez turystów. Dużo wypraw trekkingowych organizuje się w prowincjach Chiang Mai i Chiang Rai, Mae Hong Son, Kanchanaburi, Krabi, dystrykcie Mae Sot czy Parku Narodowym Khao Yai. Jeśli musimy wybrać jedno miejsce, warto zaufać ekspertom z UNESCO i odwiedzić Kompleks Leśny Dong Phayayen-Khao Yai, leżący w środkowej Tajlandii, stosunkowo niedaleko od stolicy. Podczas planowania wędrówek należy brać pod uwagę porę roku. Inaczej niż na wybrzeżu w okresie zimowym temperatura powietrza na terenach wyżej położonych bywa znacznie niższa od tej panującej w pozostałych miesiącach.

Światło i dym

Tajlandia to kraj o długiej historii i bogatej tradycji, dobrze więc poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jej najważniejszymi zabytkami i dowiedzenie się czegoś więcej o dominującym tutaj buddyzmie. Do obowiązkowych miejsc do zwiedzenia w Bangkoku zaliczają się przepiękny Wielki Pałac Królewski z Wat Phra Kaew (Świątynią Szmaragdowego Buddy), jedna z najstarszych tajskich budowli sakralnych Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy) oraz Wat Suthat z 28 chińskimi pagodami symbolizującymi 28 postaci Buddy. Na prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO znajdują się m.in. stanowisko archeologiczne Ban Chiang, dawna stolica Syjamu Ayutthaya, ruiny miasta Sukhothai czy rezerwaty dzikiej przyrody rozciągające się wzdłuż granicy z Birmą występujące pod wspólną nazwą Thung Yai-Huai Kha Khaeng.

Choć flaga Tajlandii jest niebiesko-biało-czerwona, to zdecydowanie dominują tu kolory pomarańczowy, złoty i biały. Można się o tym przekonać w trakcie jednego z buddyjskich świąt. W jakimkolwiek mieście wtedy będziemy, udajmy się do najbliższej świątyni i przeżyjmy je razem z Tajami. W czasie pełni księżyca obchodzi się Makha Bucha (Magha Puja), kiedy to rozbłyskają setki świateł, a w powietrzu unosi się dym. Pochód ze świeczkami i kwiatami prowadzony przez ubranych na pomarańczowo mnichów okrąża kilkakrotnie kompleks świątynny. Z kolei Songkran to tradycyjny tajski Nowy Rok (wypada na połowę kwietnia). Na ogół spędza się go w gronie rodziny, a do jego zwyczajów należy obmywanie posągów Buddy w świątyniach lub w czasie procesji (przewozi się je na bagażnikach samochodów). Przez kilka dni ulice pełne są roześmianych ludzi, którzy malują się białą kredą i oblewają wodą. Przypomina to trochę nasz śmigus-dyngus.

Tajskie niezwykłości

W Tajlandii zaskoczy nas wiele rzeczy. Na śniadanie dostaniemy ryż z mięsem lub zupę z makaronem ryżowym, a niedojrzałe mango serwuje się tu z sosem rybnym albo chilli. Do większości potraw otrzymamy łyżkę i widelec. Piwo z kolei często podaje się z lodem.

Do zwykłych widoków należą w tym kraju mnich bawiący się telefonem komórkowym czy słonie spacerujące po ulicach. Na drogach trzeba zachować ostrożność, bo przepisy dla uczestników ruchu traktuje się raczej jako wskazówki niż nakazy i zakazy.

Niemal wszystkie kremy dostępne w sklepach przeznaczone są do rozjaśniania skóry. Klimatyzacja w środkach komunikacji i pomieszczeniach ustawiona jest na dość niską temperaturę – sweter w autobusie to konieczność. Hymn państwowy rozbrzmiewa z głośników dwa razy dziennie, dodatkowo również przed każdym seansem w kinie.