ANNA KRYPA
www.comeann.com

 

<< Gdybym miała jednym słowem opisać Republikę Południowej Afryki, którą pokochałam od pierwszego dnia pobytu w jej granicach, użyłabym wyrazu „różnorodność”. Bogata kultura i wciąż zmieniający się krajobraz zachwycają już podczas spaceru ulicami Kapsztadu, kiedy owiani oceaniczną bryzą podziwiamy majestatyczną Górę Stołową, a na swojej drodze spotykamy przedstawicieli różnych grup etnicznych. W RPA są trzy stolice (administracyjna Pretoria, Kapsztad, w którym obraduje parlament, oraz Bloemfontein z siedzibą władz sądowniczych) i obowiązuje aż 11 oficjalnych języków. „Choć tak różni, jesteśmy jednością. Jesteśmy ludem tęczy” – powiedział niegdyś o swoich rodakach laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela. >>

RPA to najdalej na południe wysunięte państwo w Afryce o powierzchni niemal czterokrotnie większej od Polski (ponad 1,2 mln km²). Linia brzegowa rozciąga się na długości powyżej 2,5 tys. km, a przy Przylądku Igielnym (Cape Agulhas) – południowym krańcu kontynentu, Ocean Atlantycki spotyka się z Indyjskim. Kraj ten leży w obrębie kilku stref klimatycznych: począwszy od pustynnej przy granicy z Namibią, a skończywszy na podzwrotnikowej, wilgotnej na wschodzie, ale w jego przeważającej części panuje klimat zwrotnikowy kontynentalny, a warunki pogodowe są wręcz idealne – jest ciepło, sucho i słonecznie. Należy jednak pamiętać o odwrotnym niż w Europie układzie pór roku na półkuli południowej. Najgorętszy sezon wakacyjny przypada tu na przełom grudnia i stycznia. W RPA nie brakuje też obszarów wyżynnych i górskich, takich jak Góry Smocze (Drakensberg), Góry Śnieżne (Sneeuberge), Stormberg czy Góry Przylądkowe (Cape Fold Belt). Bez wątpienia jego najcenniejszy skarb natury stanowią parki narodowe (ma ich 19) na czele ze słynnym Parkiem Narodowym Krugera, który uchodzi za jeden z najstarszych i największych na świecie.
Odwiedzałam Republikę Południowej Afryki już trzykrotnie – dwa razy gościłam w okolicach Kapsztadu (Cape Town) i raz w Parku Narodowym Krugera przy okazji wyprawy do sąsiedniego Mozambiku. W trakcie tych kilku wizyt zobaczyłam jednak tylko małą część tego, co oferuje podróżnikom ten fascynujący kraj. Podczas ostatniego pobytu w nim zatrzymałam się w bliskim mojemu sercu Kapsztadzie, stolicy Prowincji Przylądkowej Zachodniej, skąd rozciągają się zapierające dech w piersiach widoki i gdzie kolacja nad brzegiem oceanu należy do zwykłych przyjemności dnia. Jeśli ktoś natomiast ma ochotę na wypad poza granicę tej malowniczej metropolii, to zawsze może wyskoczyć do jednej ze znanych południowoafrykańskich winnic na zwiedzanie i degustację.

 

PODANO DO STOŁU
Moją wizytę w Kapsztadzie zaczęłam od wycieczki na Górę Stołową (Table Mountain). Dzień był pogodny, więc idealnie widocznego masywu górskiego nie zakrywały przypominające obrus chmury. W ostatnim plebiscycie szwajcarskiej fundacji New7Wonders ten słynny szczyt został wybrany 11 listopada 2011 r. jednym z nowych 7 cudów natury (New7Wonders of Nature). Taki werdykt nie zdziwił mnie ani trochę, ponieważ to bajeczne miejsce każdy powinien odwiedzić choć raz w życiu.

FOT. CAPE TOWN TOURISM

Widok na Głowę Lwa i Robben Island z wierzchołka Góry Stołowej


Góra Stołowa wznosi się na wysokość 1086 m n.p.m., a widać ją z oceanu z odległości 200 km. Po obu jej stronach znajdują się charakterystyczne wierzchołki: po wschodniej – Diabli Szczyt (Devil’s Peak – 1000 m n.p.m.), a po zachodniej – Głowa Lwa (Lion’s Head – 669 m n.p.m.). Jej najwyższe, spłaszczone partie tworzą obszar ok. 3 km². Na górę można wjechać kolejką linową (Table Mountain Aerial Cableway, działającą od 1929 r.) lub wejść jednym z wielu szlaków. W czasie dość długiej pieszej wędrówki towarzyszą nam niesamowite widoki. Sama przejażdżka wagonikiem, który po modernizacji w 1997 r. zabiera na górę aż 65 osób i dodatkowo obraca się wokół własnej osi, jest już niemałą atrakcją. Ze szczytu rozpościera się wspaniała panorama Kapsztadu z Zatoką Stołową (Table Bay) i Robben Island (Robbeneiland). Niektórzy twierdzą też, że na linii horyzontu daje się dostrzec krzywiznę Ziemi.

 

FOKI Z HOUT BAY
Gdy przemierzałam kapsztadzkie ulice autobusem Hop On – Hop Off, wysiadłam na przystani Mariner’s Wharf w pobliskim miasteczku Hout Bay nad zatoką o tej samej nazwie. To malownicze nabrzeże powstało dzięki przekazywanej z pokolenia na pokolenie rodzinnej pasji Stanleya Dormana i do dziś zachowało przyjazną atmosferę. Działa tu sympatyczne bistro, wyśmienita restauracja serwująca morskie specjały oraz sklep rybny. Usiadłam na tarasie, aby przez chwilę nacieszyć się widokiem portu i oceaniczną bryzą. Zamówiłam krewetki z awokado, które dostałam w ogromnej muszli, i oddałam się rozpuście. Zanim jednak kelner przyniósł danie, udało mi się wypatrzeć radośnie baraszkujące tuż przy brzegu foki! Po lunchu wyruszyłam w kierunku przedmieść Kapsztadu Camps Bay. Tutejsze plaże są centrum letnich rozrywek zarówno w dzień, jak i w nocy.

 

PROMENADA NAD OCEANEM
Uwielbiam spacerować, szczególnie kiedy odwiedzam nowe miejsca, to pozwala mi poczuć prawdziwą atmosferę nieznanych rejonów. Trasa na odcinku Camps Bay–Sea Point jest wyjątkowo urokliwa, a wyróżnia ją niewątpliwie deptak ciągnący się nad Atlantykiem. Gwarantuję, że ta wycieczka na długo pozostaje w pamięci.

FOT. SOUTH AFRICAN TOURISM

Nad Camps Bay dominuje dostojne pasmo Dwunastu Apostołów


Camps Bay to turystyczny hit RPA. Piękne piaszczyste plaże położone u stóp pasma górskiego Dwunastu Apostołów oraz w sąsiedztwie Góry Stołowej robią wrażenie zarówno na zagranicznych turystach, jak i lokalnych urlopowiczach, szukających chwili wytchnienia od codziennej pracy. Oprócz tego przedmieścia Kapsztadu przyciągają wyśmienitymi restauracjami, barami i modnymi klubami, gdzie życie nocne potrafi trwać całą dobę. Z centrum miasta dojedziemy tutaj zaledwie w 15 minut. Co niezmiernie ważne dla wybierających się do tego kraju, w Camps Bay można się czuć bezpiecznie o każdej porze dnia i nocy. Warto też wspomnieć, że to bardzo popularne miejsce na jogging. Zdecydowanie mogłabym mieć taką trasę do biegania obok domu!
Trochę rozmarzona perspektywą noclegu w bungalowie z oknami wychodzącymi na ocean, wciąż szłam przed siebie, a Camps Bay zmieniło się w gęsto zaludnione przedmieścia Sea Point, a następnie w Green Point i Mouille Point. W tym ostatnim przywitała mnie piękna latarnia morska, przy której zakończyłam swój spacer, ale nigdy nie zapomnę oszałamiających widoków, jakie podziwiałam po drodze. Zawsze kiedy w Polsce jest zimno, deszczowo i ponuro, przypominam sobie te wspaniałe domy na klifach, wracam w myślach na nadatlantycką promenadę i marzę o następnych przygodach.
 

PINGWINY W AFRYCE
Najpopularniejsze atrakcje do odwiedzenia w okolicach Kapsztadu to słynna plaża z pingwinami w Simon’s Town (Simonstad), Przylądek Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope) i Cape Point. Do wszystkich można dotrzeć w ciągu jednego dnia, a że trzeba je koniecznie zobaczyć, to więcej niż pewne.
Nieopodal Simon’s Town (Simonstad) znajduje się Boulders Beach (Plaża Głazów), zamieszkiwana od 1982 r. przez kolonię przeuroczych pingwinów przylądkowych. Te nielotne ptaki zwane są też jackass penguins (z ang. jackass – „osioł”, „ktoś głupi”) ze względu na wydawany przez nie specyficzny dźwięk, kojarzący się z oślim rykiem. Charakterystycznie ubarwione czarno-białe stworzenia elegancko stąpają po nabrzeżnych kamieniach i zażywają kąpieli w oceanie. Obserwowanie ich choćby przez chwilę dostarcza bez wątpienia ogromnej radości, a patrzeć chce się na nie całymi godzinami. Jeśli jednak mamy w planach dostać się tego samego dnia na południowy kraniec Półwyspu Przylądkowego – Cape Peninsula (Kapsztad leży w północnej jego części), nie wolno nam spędzić zbyt dużo czasu z sympatycznymi pingwinami.

 

U BRZEGÓW NADZIEI
Przylądek Dobrej Nadziei (pierwotnie Przylądek Burz), który znajduje się na południu Półwyspu Przylądkowego, dzieli od Przylądka Igielnego ok. 150 km. Sam półwysep charakteryzuje się skalistym krajobrazem, zdominowanym przez Górę Stołową. Wchodzi on w skład chronionych obszarów Przylądkowego Regionu Florystycznego (Cape Floral Region) wpisanego w 2004 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Porasta go formacja roślinna fynbos (odpowiednik śródziemnomorskiej makii). Do lokalnej flory należy aż ponad 1300 gatunków roślin, w tym ok. 50 endemicznych lub zagrożonych. Spotkamy tu wiele odmian srebrnikowców (np. zachwycającą proteę królewską, stanowiącą jeden z elementów godła RPA), wrzośców i pelargonii.
W 1488 r. dotarł w te strony portugalski żeglarz Bartolomeu Dias (ok. 1450–1500) i ochrzcił to miejsce mianem Przylądka Burz ze względu na dużą aktywność wyładowań atmosferycznych w tym rejonie. Nazwa jednak się nie przyjęła i została zmieniona na Przylądek Dobrej Nadziei, bowiem odkrycie tego odległego południowego końca Afryki otworzyło morski szlak do Indii i na Daleki Wschód. Podczas mojej wizyty nie trafiłam na burzę, lecz na silny wiatr. To on dosłownie popychał mnie w stronę kolejnego niezwykłego punktu widokowego.

 

W BLASKU LATARNI
Skalisty cypel zwany Cape Point leży jakieś 2 km na wschód od Przylądka Dobrej Nadziei. Na końcu klifu stoją nowoczesna 87-metrowa latarnia morska i słup z drogowskazami do najbardziej znanych miast świata, opatrzonymi informacją o odległościach od nich. Latarnia ta wysyła najmocniejszy sygnał świetlny na całym południowoafrykańskim wybrzeżu. Ma on zasięg aż 101 km.
Na najwyższy szczyt dominujący nad Cape Point prowadzi bardzo łatwa ścieżka. Na jego wierzchołku wznosi się stara latarnia morska. Jeżeli ktoś woli jednak poruszać się jakimś środkiem komunikacji, może wjechać elektryczną kolejką linowo-terenową Flying Dutchman Funicular. Ja wybrałam wędrówkę pieszą i szczerze ją właśnie polecam. Na każdym kroku dostrzeżemy coś innego, wyjątkowego. Uważam, że tutejsze krajobrazy są najpiękniejsze na całej ziemi. Strome skaliste wybrzeże i ciche szmaragdowe zatoki to raj dla oka i dla obiektywu. Chętnie spędziłabym cały dzień, przechadzając się po okolicy lub wygrzewając się na piasku.

 

NA POŁUDNIOWYM KRAŃCU KONTYNENTU
Stanąć na najbardziej wysuniętym na południe przylądku Afryki, tam, gdzie łączą się dwa oceany – Indyjski i Atlantycki, planowałam już od dawna. Okazało się, że nie jest to miejsce bardzo oblegane przez turystów i znajduje się dość daleko od Kapsztadu. Zupełnie mnie ten fakt nie zniechęcił, a wręcz po części ucieszył. Pomyślałam, że będę miała szansę uciec na chwilę od tłumów żądnych atrakcji.
Przylądek Igielny położony jest ok. 170 km na południowy wschód od Kapsztadu. Wyprawa na niego zajmuje więc prawie cały dzień. W przeciwieństwie do bardziej znanego Przylądka Dobrej Nadziei i Cape Point, nie prezentuje się zbyt spektakularnie: jego granice wyznacza łagodnie zakrzywiona i kamienista linia brzegowa. Moim zdaniem posiada jednak wyjątkowy urok, który tworzą wyżłobione przez wodę i wiatr skały. Ich powyginane kształty przypominają o bardzo częstych zimowych sztormach niosących ze sobą olbrzymie fale, 30-metrowe potwory, zatapiające niekiedy nawet duże statki.
Spędziłam na Przylądku Igielnym dłuższą chwilę i przez cały ten czas towarzyszyła mi świadomość, że właśnie znalazłam się na południowym krańcu kontynentu afrykańskiego. Stałam tam, przyglądałam się skalistemu wybrzeżu oblewanemu przez dwa oceany i czułam się naprawdę niesamowicie.

 

NATURA OSWOJONA…
W Kapsztadzie nie wolno ominąć słynnego Narodowego Ogrodu Botanicznego Kirstenbosch (Kirstenbosch National Botanical Garden) u stóp Góry Stołowej, założonego w 1913 r. Zajmuje on powierzchnię 36 ha i podobno najpiękniej wygląda w okresie od sierpnia do października, kiedy zakwita najwięcej roślin. Ja odwiedziłam go w maju i również byłam pod jego ogromnym wrażeniem. Znajdziemy tutaj ponad 7 tys. gatunków flory, w tym odmiany typowe dla tego regionu Afryki, takie jak wspomniana już protea królewska czy też wrzośce. Podczas przechadzki urokliwymi alejkami, położonymi między oczkami wodnymi, możemy podziwiać pobliskie góry i wsłuchiwać się w śpiewy ptaków – bardzo licznych mieszkańców ogrodu.

FOT. ANNA KRYPA
Narodowy Ogród Botaniczny Kirstenbosch


Idealnym dopełnieniem spaceru w otoczeniu wspaniałych okazów afrykańskiej roślinności będzie obiad w którejś z knajpek nad oceanem. Ja zdecydowałam się pojechać w kierunku Nabrzeża Wiktorii i Alfreda (Victoria & Alfred Waterfront), znanego ze świetnych lokali z wyśmienitymi daniami z owocami morza. Cieszy się ono dużą popularnością zarówno wśród zagranicznych turystów, jak i Południowoafrykańczyków. Działa tu kilka nowoczesnych hoteli oraz niezliczona liczba butików, sklepów i restauracji z widokiem na port i Górę Stołową. Stąd także wypływają statki w rejsy wycieczkowe po okolicy, a z przystani Nelson Mandela Gateway wybierzemy się na Robben Island, pobliską wyspę, wpisaną w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Możemy również po prostu przejść się po nabrzeżu, zrobić zakupy, zjeść smaczną kolację lub przejechać się diabelskim młynem o wysokości 40 m.

 

…I TA CAŁKIEM DZIKA
Wizyta w RPA nie byłaby kompletna bez odwiedzin w Parku Narodowym Krugera. W 1898 r. założył go prezydent Republiki Południowoafrykańskiej (Transwalu) Paul Kruger (w 1926 r. oficjalnie nadano parkowi obecną nazwę). Ten obszar chroniony rozciąga się na powierzchni ok. 20 tys. km2 przy granicy z Mozambikiem. Temperatury na tym terenie wahają się od 23°C w zimie do 30°C (lub więcej) w lecie. Trzeba też liczyć się z opadami deszczu.

FOT. ANNA KRYPA

Stado zebr i żyrafy u wodopoju w Parku Narodowym Krugera


Na fotograficzne safari można udać się prywatnym samochodem lub dołączyć do jednej z wielu organizowanych wycieczek z przewodnikiem i tropicielem zwierząt. Jeśli skorzystamy z tego drugiego sposobu, szansę na spotkanie słynnej Wielkiej Piątki Afryki (lwa, lamparta, bawoła afrykańskiego, nosorożca czarnego i słonia) będziemy mieć całkiem duże. W parku żyją poza tym hipopotamy, gepardy, hieny cętkowane, likaony, różne gatunki antylop, żyrafy, nosorożce białe oraz zebry, strusie afrykańskie i inne zwierzęta. Dzika przyroda rządzi się tu swoimi prawami, a człowiekowi wolno być tylko obserwatorem.
Przy planowaniu wycieczki do Parku Narodowego Krugera trzeba pamiętać o zabraniu ze sobą nakrycia głowy, lornetki, aparatu fotograficznego i wody. Na jego terenie musimy także bezwzględnie przestrzegać zasad panujących w rezerwacie i nie opuszczać środka transportu, ponieważ przez nieodpowiedzialne zachowanie możemy narazić się na prawdziwe niebezpieczeństwo.

***

Kapsztad jest zdecydowanie moim ulubionym miastem na świecie i średnio raz w tygodniu myślę, aby znowu do niego wrócić. Mam ku temu mnóstwo powodów: począwszy od jego malowniczego położenia, a skończywszy na niezwykłej atmosferze wielokulturowego ośrodka i szczerych, pomocnych i uśmiechniętych ludziach, jakich za każdym razem spotykałam na swojej drodze. Przyciąga mnie tutaj również fakt, że wielu kapsztadzkich atrakcji jeszcze nie poznałam. Wydaje mi się zresztą, że cała Republika Południowej Afryki urzeka zapachem sawanny, powiewem orzeźwiającej oceanicznej bryzy i widokami, których nie da się porównać do żadnych innych. Może to tylko podróżnicze zauroczenie, a może tak zaczarował mnie ten tajemniczy wiatr wiejący od Przylądka Dobrej Nadziei…

 

 

Artykuły wybrane losowo

Euro 2012 – szczęśliwa trzynastka

MICHAŁ DOMAŃSKI

 


   FOT STADION.LVIV.UA

Milowymi krokami zbliżają się XIV Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej 2012, oficjalnie UEFA EURO 2012™. Do ich rozpoczęcia pozostało już jedynie kilkadziesiąt dni. Odbędą się one w Polsce i na Ukrainie od 8 czerwca do 1 lipca br. Jest to największa impreza sportowa na Starym Kontynencie i trzecia – pod względem zainteresowania kibiców i widzów – na całym globie (po Letnich Igrzyskach Olimpijskich i Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej). Turniej zacznie się na Stadionie Narodowym w Warszawie i zakończy na Stadionie Olimpijskim w Kijowie. Mistrzostwa zagoszczą jeszcze na 6 innych obiektach piłkarskich: Stadionie Miejskim we Wrocławiu, PGE Arenie w Gdańsku, Stadionie Miejskim w Poznaniu, Donbass Arenie w Doniecku, Stadionie Metalist w Charkowie oraz Arenie Lwów we Lwowie. Większość z 8 miast gospodarzy UEFA EURO 2012™, a także centrów pobytowych, ośrodków treningowych reprezentacji narodowych uczestniczących w turnieju, jak np. Kraków, Kołobrzeg, Jachranka, Sopot czy Wieliczka, to popularne kierunki turystyczne. Podczas mistrzostw rozegranych zostanie 31 meczów, w tym 15 w naszym kraju. W imprezie uczestniczyć będzie 16 drużyn. W Polsce zamieszka w sumie 13 reprezentacji narodowych, a na Ukrainie tylko 3. Z tego powodu to właśnie do nas, a nie do naszych wschodnich sąsiadów, przyjedzie zdecydowanie więcej kibiców piłkarskich i turystów z całej Europy (i nie tylko!).

Więcej…

Urlop na sportowo

Galiny to idealne miejsce dla miłośników wędkowania i jazdy konnej

Staw konie

© PAŁAC I FOLWARK GALINY

Plaża Acquavivetta (La Sorgente) na północnym wybrzeżu Elby

Acquavivetta copia

© ASSOCIAZIONE ALBERGATORI ISOLA D'ELBA

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

Nie każdy marzy o tym, żeby w czasie wolnym wylegiwać się bez końca na plaży lub na leżaku nad basenem. Niektórzy po prostu muszą być stale w ruchu, dbać o kondycję fizyczną, walczyć z wiatrem i falami, stawiać sobie wyzwania, sprawdzać swoją wytrzymałość na wysiłek i zdobywać nowe umiejętności. Wcale nie trzeba być niespokojnym duchem, żeby czerpać radość z aktywnego wypoczynku. Nie od dziś wiadomo, że uprawianie sportu, szczególnie na świeżym powietrzu, nie tylko wpływa korzystnie na zdrowie, lecz także poprawia samopoczucie. W zdrowym ciele zdrowy duch!

Więcej…

Korsyka – szalony wybryk natury

20148949

Snorkeling przy plaży Acciaju w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

MICHAŁ MOC

www.composer.pl

 

Miejsca i rzeczy najprościej opisuje się poprzez podobieństwa do innych, powszechnie znanych. Fakt, że Korsykę tak scharakteryzować wyjątkowo trudno, jest bodaj największą zachętą, aby poznać ją bliżej. Najwyższa pora odkryć ten wciąż niezadeptany kawałek lądu piętrzący się między Europą a Afryką, tuż obok włoskiej Sardynii.

 

Wśród kuszących turystycznym rajem wysp Morza Śródziemnego ta francuska nadal pozostaje ewenementem. Korsyka nie jest typową krainą piaszczystych plaż ze zdjęć z katalogów biur podróży – tutaj krajobrazy zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Zamiast setek obwarowujących wybrzeże komfortowych resortów wypoczynkowych znajdziemy na niej porozrzucane między morzem a górami niewielkie hotele, domy do wynajęcia i rodzinne pensjonaty oraz inne zdecydowanie bardziej kameralne obiekty noclegowe.

 

Warto przygotować się na tę odmienność, aby w pełni z niej skorzystać. Można tu leniwie wylegiwać się nad krystalicznie czystym morzem, spacerować po ocienionych wąwozach, wybrać się na górski trekking lub rejs po okolicy czy delektować się wykwintnym jedzeniem. Do wyboru jest mnóstwo rozmaitych tras, z których rozpościerają się urzekające widoki. Korsyką łatwo się zauroczyć właśnie ze względu na jej dziewicze oblicze, możliwość ucieczki od zgiełku codzienności i idealne warunki do aktywnego spędzania czasu. A wszystko to na wyciągniecie ręki, niecałe 2 godz. lotu z wybranych europejskich lotnisk (np. Frankfurtu nad Menem, Düsseldorfu, Paryża czy Wiednia-Schwechatu).


LENIUCHOWANIE NA PIASKU

 

Po wylądowaniu w Bastii (położonej na północno-wschodnim brzegu wyspy) niełatwo zdecydować, od której z plaż rozpocząć urlop. Wschodnie wybrzeże to niemalże nieprzerwany pas piasku, oblewany przejrzyście czystą, słoną wodą. Gdziekolwiek zboczy się z wygodnej, wyjątkowo prostej głównej drogi, oczom ukazuje się nadmorski raj, tu i ówdzie urozmaicony małymi hotelami stojącymi przy miniaturowej promenadzie (jak choćby nieopodal Moriani). Częściej jednak trafia się po prostu na pusty brzeg zapraszający do plażowania. W opinii większości osób stale odwiedzających Korsykę odcinek ten jest jedynie przedsmakiem pocztówkowych zatok południa. Jeśli ktoś przybył na wyspę własnym autem (z któregoś z portów w kontynentalnej części Włoch), to wybrzeże rozciągające się od Bastii stanowi dla niego również pierwszy przystanek po zjechaniu z promu.

 

Kiedy podąża się drogą RT10 na południe, plaże kuszą nieprzerwanie. Szczególnie trudno sobie odmówić postoju, gdy trasa za miejscowością Sari-Solenzara zaczyna się robić kręta i mija się kolejne najbardziej popularne i wysoko oceniane zatoki. Wśród nich znajdują się plaże Saint-Cyprien i Cala Rossa, a nieco dalej te najsłynniejsze: Palombaggia czy Rondinara. Woda jest tu zazwyczaj spokojna, do tego czysta i ciepła. W pasie płycizny, niemal wszędzie wydłużonym, mogą kąpać się nawet młodsze dzieci. Upstrzone wysepkami i zakolami półwyspów południowo-wschodnie wybrzeże to raj dla rodzin. Takie warunki, w połączeniu z gęstą siecią kempingów, sprawiają, że na leniwy wypoczynek najlepiej wybrać się właśnie tutaj. W zatokach porośniętych od strony lądu m.in. palmami da się czasem odnieść wrażenie, że uciekliśmy znacznie dalej od kontynentalnej Europy. Na niemal wszystkich plażach można także spędzić popołudnie przy drinku, a wieczorem spróbować potraw korsykańskiej kuchni w restauracjach położonych kilkanaście metrów od wody. Delektowanie się lokalnymi serami (na czele ze słynnym brocciu z owczego lub koziego mleka), winem, rybami, daniami z figami lub kasztanami nad brzegiem morza przy stoliku z bajecznym widokiem relaksuje w stopniu niemożliwym do oddania słowami. A jeśli obok przejedzie konna wycieczka lub przypomni nam się poranne nurkowanie z maską i rurką, to szybko uświadomimy sobie, że znaleźliśmy się na wyspie idealnej na udany urlop, który na długo pozostanie w pamięci.

 

Po paru dniach spędzonych na plażowaniu wokół Porto-Vecchio na pewno będziemy chcieli wrócić na Korsykę. Jest tu w końcu jeszcze mnóstwo miejsc do zobaczenia. Wśród nich znajduje się perła południowego wybrzeża, usytuowane na wysokich klifach Bonifacio. Widoki z wycieczkowego rejsu, jak i ze ścieżek ciągnących się na południowy wschód od miasta zapierają dech w piersiach. Ale dużo przyjemności daje też samo przekraczanie miejskich bram, szwendanie się po uliczkach starej twierdzy, poznawanie miejscowej kulturalnej oferty, pokonywanie Schodów Króla Aragonii (L’Escalier du Roi d’Aragon), wreszcie szukanie otwartej restauracji na obiad (po południu w większości z nich podaje się najwyżej drinki, bo pełne menu wraca na stoły dopiero wieczorem, ok. godz. 19.00). Można również próbować znaleźć tu ślady pobytu Napoleona Bonapartego. W Bonifacio, jak i w Ajaccio (gdzie urodził się cesarz), stoi dom, w którym mieszkał francuski wódz. Oczywiście, trudno nie dostrzec wokół nastawienia na turystę, ale ponieważ miasto jest niewielkie (wraz z urokliwym cmentarzem da się je zwiedzić w jedno popołudnie lub wieczór), przyjezdni wciąż jeszcze mogą poczuć się w nim choć trochę jak odkrywcy, a nie jedynie klienci. Atrakcje południa dopełniają rzecz jasna kolejne piaszczyste plaże, ciągnące się aż po słusznie wychwalaną Roccapinę i bliźniaczą piękną Erbaju. Co prawda do tych ostatnich prowadzi kilkukilometrowa gruntowa droga, jednak warto podjąć wysiłek dotarcia do nich (chyba że kierowca czuje się niepewnie na zadrzewionych, wąskich trasach lub prześwit auta jest wyjątkowo mały).

 

Tutaj także kończy się opisywana dotąd część wybrzeża – region głównie wypoczynkowy, łatwy w eksploracji i przygotowany na potrzeby turystów. Na ten jego turystyczny charakter składają się parkingi (położone również przy plażach), które bywają płatne, nieco łatwiejszy dostęp do nadmorskiej infrastruktury i toalet czy więcej miejsc zakwaterowania (w sezonie trzeba się liczyć z wyższymi cenami). Stosunkowo szybko można też przemieszczać się wzdłuż brzegu, gdyż trasę z Bastii do Bonifacio lub Roccapiny da się pokonać samochodem w 4 godz. Natomiast przejechanie niewiele dłuższego odcinka na północno-zachodnim wybrzeżu albo w górzystym wnętrzu wyspy zajmie nam zdecydowanie więcej czasu.

 

PLAŻUJĄCE KROWY

 

20159090

Klimatyczny historyczny plac w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

Na północ od stolicy Korsyki – Ajaccio – przeważają plaże bardziej kamieniste, po krótkim pasie gruboziarnistego piasku lub żwiru pojawiają się tu gwałtowne uskoki. Brzeg wypiętrza się w trudne do opisania kamienne nacieki, postrzępione hałdy i strzeliste wieże. Za uroczą miejscowością Piana jedna z najpiękniejszych widokowych dróg Europy wije się wąską nitką między takimi formacjami. Wzdłuż jej kilkukilometrowego odcinka rozpoczyna się wiele tras spacerowych. Kierowcy trudno skupić się w tym rejonie na prowadzeniu również z powodu aut stojących na krawędziach skalnych półek lub w pojedynczych wnękach wydrążonych w zboczach. Takie parkowanie nie jest przejawem braku umiejętności (wręcz przeciwnie!), po prostu ukształtowanie terenu wymusza wciskanie się w każdą szczelinę. W tej oszałamiającej kształtami krainie można zatrzymać się na odległym parkingu leżącym zaraz za wspomnianą Pianą, aby wyruszyć na długi trekking. Jeżeli po Calanques de Piana będzie komuś wciąż mało wrażeń, powinien zjechać górską, asfaltową dróżką do samego morza i wybrać się na krótki, kilkunastominutowy spacer do pięknej ukrytej zatoki z plażą Ficajola.

 

Gdy podążamy dalej na północ, siłą rzeczy budzi się w nas zmysł odkrywcy, a to ze względu na brak ludzi nie tylko na drogach, ale i na plażach. O piasek tu już trudno i aby swobodnie wejść do wody, a w szczególności później z niej wyjść, przydaje się obuwie do pływania. Nagrodą za trudy są urocze zakątki. Na północnym zachodzie Korsyki na początku lub pod koniec sezonu nadal można odnieść wrażenie, że ta zielona wyspa czeka właśnie na nas, a nie peleton wczasowiczów. To rzadkie uczucie w popularnych wśród turystów miejscach dzisiejszej Europy. Jeśli więc kogoś nie odstraszają niezliczone zakręty i konieczność poczekania z kąpielą na dzień z mniejszymi falami, powinien zdecydować się na odpoczynek w tym rejonie.

 

W tej części Korsyki mamy też szansę na poznanie jej najbardziej autentycznego oblicza, nieco rustykalnego, prostego, niekiedy odbiegającego od standardów, do jakich jest przyzwyczajony europejski turysta. Spotkanie z rodowitym Korsykaninem, nie podejmującym rozmowy w innym języku niż jedyny mu znany, a w dodatku jakby nieprzyjemnie zaskoczonym, że będzie nas gościć (choć dokonaliśmy internetowej rezerwacji), trzeba uznać za doświadczenie wpisujące się w odkrywanie lokalnej kultury. Jednak dzięki rosnącym przed tarasem kwiatom, odmianom cytrynowych drzew niemal wpychających gałęzie do kuchni, domowym konfiturom z fig i towarzyszącemu nam poczuciu, że oto oddychamy pełną piersią, a nie tylko odbywamy zasłużony urlop, odpoczniemy tu znacznie lepiej niż na oddzielonym serpentynami południu wyspy. Jeżeli komuś nie wystarczy siły lub przekonania, by samodzielnie poznawać ten region, powinien przynajmniej wybrać się na rejs do Rezerwatu Naturalnego Scandola (Réserve Naturelle de Scandola; z Ajaccio lub Porto) – oszałamiająco pięknej, dziewiczej okolicy wybrzeża z zachwycającymi formami skalnymi, grotami i zatokami z plażami.

 

Pętlę wokół Korsyki domyka nadmorska trasa z Calvi na Cap Corse – półwysep wyrastający za Bastią. Samo Calvi, północny odpowiednik Bonifacio, nie jest w stanie przyćmić swoim urokiem malowniczej miejscowości z południa, ale konkuruje z nią nie bez powodu, gdyż dużo łatwiej się do niego dostać i także okalają je plaże (m.in. z pięknym widokiem na miasto i odpowiednią infrastrukturą). W dodatku można tu też dotrzeć pociągiem, który jedzie trasą wiodącą zachwycającymi wąwozami i wijącą się wśród wzgórz opanowanych przez stada kóz i krów. Jeżeli ma się dość czasu i zapału oraz samochód terenowy, warto wyruszyć na północ na trudno dostępną, ale interesującą ze względu na swój pustynny charakter i odizolowanie, plażę Saleccia. To wspaniała wyprawa na cały dzień. Koniecznie należy zaopatrzyć się we własny prowiant, ponieważ po pokonaniu kilkunastu kilometrów pustkowia na końcu oprócz pola kempingowego na turystę czeka już tylko piasek. Inną ciekawą propozycję stanowi objechanie Cap Corse. W trakcie takiej wycieczki odwiedza się uroczą artystyczną Erbalungę i zabytkowe kościoły (np. Kościół św. Julii w miejscowości Nonza). Odważniejsi przy bezwietrznej pogodzie wjeżdżają pozbawioną barierek drogą na szczyt Serra di Pigno i podziwiają niezapomniane widoki podczas spaceru ścieżką rozpoczynającą się kilkaset metrów przed końcem asfaltowej nawierzchni. Jeśli wyprawa po górach nie zakręci komuś w głowie zbyt mocno, zrobią to z pewnością lokalne wina, bo winnic (które zresztą można odwiedzać także w celu degustacji) w okolicy nie brakuje. Również każdy sklep, czy to prywatny, czy sieciowy, oferuje imponujący wybór korsykańskich trunków. I choć nie wszystko na wyspie spełnia standardy kontynentalnej Francji, selekcja win, ich oznaczenie i dbałość o istotne informacje w opisach poświadczają, że przynależność regionu do kraju z bogatymi tradycjami winiarskimi nie stanowi przypadku.

 

Jednak postrzeganie Korsyki jedynie przez pryzmat samego tylko wybrzeża jest błędne. Na prawdziwie aktywny wypoczynek pośród cudownych pejzaży zaprasza górzysty środek lądu. Wybór szlaków pieszych mamy ogromny: od prostych i krótkich, jak popularny, a niewymagający szczególnej kondycji odcinek z malowniczej miejscowości Ota do równie urokliwej Évisy prowadzący przez spektakularny wąwóz (Gorges de Spelunca), po trudne trasy z panoramicznymi widokami, położone powyżej 1500 m n.p.m. Górskie jeziora, a zwłaszcza wpadające do nich rzeki w wielu miejscach zachęcają do orzeźwiającej kąpieli w krystalicznie czystej wodzie i to mimo licznych spadków, wyżłobień i rynien. Wyspecjalizowane firmy umożliwiają korzystanie z tych naturalnych basenów i zjeżdżalni z wynajętym przewodnikiem i w ochronnych kombinezonach.

 

Należy zdawać sobie sprawę, że jeśli Korsykanin, przywykły do panujących na wyspie warunków, nazywa ścieżkę łatwą, może nas czekać porządna wspinaczka, a szlaki według niego trudne to już zwykle wyzwania dla osób z doświadczeniem. Jednak nawet niespieszna przedpołudniowa wycieczka do polodowcowego jeziora Melo (1710 m n.p.m.) na końcu wąwozu Restonica albo wyprawa łagodnym podejściem na przełęcz Bavella (Col de Bavella – 1218 m n.p.m.) są zdecydowanie warte rozważenia i pozwalają poczuć dzikość korsykańskiego interioru. Z górskich dróg, takich jak choćby Scala di Santa Regina czy kilkunastokilometrowa trasa wąwozem Asco (zakończona węzłem pięknych pieszych szlaków), rozpościerają się wspaniałe widoki, ale trzeba przyznać, że wymagają one od kierowcy pewnego doświadczenia. Jeżeli już przetrwa on irytującą swawolę gnających na złamanie karku miejscowych, może zawahać się, gdy zobaczy stado krów czekających za zakrętem, kozy wskakujące przed samochód albo kilkanaście… świń. Szczególnie te ostatnie budzą wśród przyjezdnych tyle samo ciekawości, ile niechęci z powodu trudnego do opisania zapachu. Tutejsze krowy i świnie lubią przebywać na ciepłym asfalcie i na plażach, przy czym z turystami łączy je to, że preferują miejsca wolne od tłoku. W każdym razie na górskich drogach w środku wyspy czy też którejkolwiek z mniej uczęszczanych tras należy być przygotowanym na spotkanie ze zwierzętami hodowlanymi i nie wolno zakładać, że na widok auta rozpierzchną się w popłochu. To my będziemy musieli się do nich dostosować, wszak są u siebie i swoim zachowaniem zdają się ten fakt demonstrować.

 

20159096

Wyprawa rowerowa szlakiem wiodącym przez tereny rezerwatu Punta di Spanu

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

GOTOWI DO DROGI

 

Na takie okrążenie Korsyki zgodnie z ruchem wskazówek zegara, urozmaicone wizytami we wnętrzu lądu albo pobytem w jednym z opisanych regionów, trzeba przeznaczyć tygodniowy (wówczas będzie to bardzo intensywny wyjazd) lub lepiej dwutygodniowy urlop. Przed podróżą należy uwzględnić jeszcze kilka istotnych faktów. Najlepszym czasem na wypoczynek na wyspie połączony z plażowaniem i kąpielami w krystalicznej wodzie jest zdecydowanie lato, ale ponieważ w tym okresie bywa nieznośnie gorąco (i tłoczno), warto zdecydować się na przyjazd w czerwcu bądź wrześniu. Temperatura powietrza za dnia nierzadko wynosi wtedy powyżej 25°C, koszty pobytu będą niższe i można cieszyć się większą prywatnością.

 

Ceny podstawowych artykułów są wyższe niż w Polsce, lecz nie osiągają poziomu tych ze Skandynawii czy najsłynniejszych europejskich kurortów. Osoby oszczędniejsze nie muszą zamartwiać się o stan budżetu wyjazdowego, jeśli postawią na zakupy w marketach. Wizyta dla dwojga w wysoko ocenianej restauracji to przy posiłku składającym się z dań głównych i miejscowego wina wydatek 40–50 euro. Za pełną wykwintną kolację zapłacimy już 100 euro, nawet jeżeli zamówimy specjały szefa kuchni i wyśmienite desery. Korsykanie są zazwyczaj gościnni, ale poza droższymi lokalami często można odnieść wrażenie, że jest się… intruzem, którego należy zlekceważyć lub zignorować. Błędem byłoby jednak dać się zirytować zbyt szybko! Pod maską surowości i nieprzystępności kryje się często prawdziwa serdeczność. Inna sprawa, że wyspiarze bywają rozdarci między uzależnieniem od dobrodziejstw turystyki a pragnieniem spokoju i wolności od trosk reszty świata. Nic więc dziwnego, że wspomniany brak sympatii w pierwszych kontaktach, o ile nie sfrustruje przybysza, zmienia się po pewnym czasie w życzliwość.

 

Po Korsyce najwygodniej poruszać się wypożyczonym samochodem. Ceny wynajmu auta są nieco wyższe niż na kontynencie, a niedoświadczeni kierowcy będą skupiać się na mozolnym pokonywaniu zakrętów, ale korzystanie z własnego środka transportu pozwala na pełną niezależność. Dzięki tego rodzaju wolności można naprawdę poznać wyspę. Zresztą zdecydowaniu się na takie rozwiązanie sprzyja fakt, że brak tu typowych hotelowych kurortów, w których wykupuje się pobyty w formie all inclusive. Czy chcemy, aby okolica była płaska czy górzysta, wolimy zatokę otoczoną skałami czy lasem palmowym, widok na otwarte morze i cumujące łódki czy sąsiedztwo portu i restauracji, towarzystwo zagranicznych turystów czy raczej miejscowych – wybór zakwaterowania na Korsyce przypomina bardziej szukanie wakacyjnego domu niż obiektu o odpowiedniej liczbie gwiazdek. Ta wyspa stawia na indywidualizm i aktywność.

 

To oczywiste, że dopiero na miejscu ma się szansę sprawdzić, które z rozmaitych wyspiarskich atrakcji będą idealne dla nas. Jednak choć nie sposób oddać w krótkim artykule całego uroku Korsyki – opisać przyjemności, jaką sprawia muśnięcie delikatnej morskiej bryzy, i pieszczot turkusowej wody, można być pewnym, że podczas pobytu tutaj przeżyje się wiele zaskakujących doświadczeń. Widok górskiej kozy stojącej w ekwilibrystycznej pozie na ledwo przylegającym do ściany urwiska kamieniu, smak dzikich jeżyn na kolejnym 180-stopniowym zakręcie, imponujący wodospad droczący się z podmuchami wiatru – wszystko to działa na wyobraźnię i zdaje się udowadniać, że wciąż istnieją nieznane doznania, na których poszukiwanie umysł wyrusza dopiero w takich miejscach. Słynny korsykański śpiew (w sezonie koncerty odbywają się w wielu miejscowościach) z podziałem na kilka głosów doskonale obrazuje charakter tego zjawiska. Jak twierdzą sami Korsykanie, dopiero gdy podstawowe głosy zespolą się, zabrzmią wspólnie, pojawia się nowy, dodatkowy głos. Umysł mamiony harmonią tego, co już go otacza, odkrywa jeszcze więcej. To dopiero sztuka! Dla takich cudownych przeżyć, kontemplowania niezwykłości i odkrywania świata warto wybrać się na fascynującą Korsykę.

 

20118221

Restauracja przed XVI-wiecznym zamkiem w Algajoli

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA