MAGDALENA BARTCZAK

<< Podczas pierwszego spotkania Tajlandia olśniewa przyjezdnych egzotyką i różnorodnością. Dawny Syjam do dziś nie stracił nic ze swojego orientalnego wdzięku i nadal pozostaje jednym z tych azjatyckich krajów, po których podróżuje się zdecydowanie najłatwiej i najwygodniej. Zobaczmy, jak wizyta w tych stronach zmienia zmęczonych, zapracowanych i zestresowanych Europejczyków w optymistycznych, zrelaksowanych i uśmiechniętych ludzi. >>

Królestwo Tajlandii (Prathet Thai) leży na Półwyspie Indochińskim i w północnej części Półwyspu Malajskiego. Sąsiaduje z Kambodżą, Birmą (Mjanmą), Laosem i Malezją, a jego wybrzeże otaczają wody z basenów dwóch oceanów: Indyjskiego i Spokojnego. Mimo ostatnich wydarzeń politycznych (protestów zakończonych odsunięciem od władzy w maju 2014 r. premier Yingluck Shinawatry) wciąż uchodzi za prawdziwy hit w ofercie polskich biur podróży.
Upalne powietrze nasycone nieznanymi zapachami, zapowiadające nadchodzący monsun bądź kolejny, rozgrzany podrównikowym słońcem dzień to pierwsza rzecz, z którą zwykle spotykają się przyjezdni w stołecznym Bangkoku zaraz po przekroczeniu granic Portu Lotniczego Suvarnabhumi (Suvarnabhumi Airport). Stąd większość z nich kieruje się w stronę ulicy Khao San, położonej w pobliżu historycznego serca miasta. Życie toczy się na niej 24 godziny na dobę, a ona sama świetnie oddaje specyfikę chaotycznej, ponad 8-milionowej metropolii. Stanowi też swoistą mekkę nie tylko dla dbających o budżet backpackersów, ale właściwie dla wszystkich turystów, którzy wolą nie przepłacać za wygodny nocleg, a zarazem chcą mieć blisko do najważniejszych atrakcji stolicy.

W „MIEŚCIE ANIOŁÓW”
Należy do nich przede wszystkim bangkocki Wielki Pałac Królewski – kompleks świeckich i religijnych budowli, który od końca XVIII do połowy XX w. był siedzibą władców Syjamu, jak do maja 1949 r. nazywano ten kraj. Aktualna głowa państwa, Rama IX (Bhumibol Adulyadej), jeden z najbogatszych (z majątkiem 30 mld dolarów) i najdłużej panujących monarchów na świecie (już prawie 70 lat!), w 1946 r. przeniósł królewską posiadłość do niedalekiego i równie imponującego Pałacu Chitralada. Dzięki temu wspaniały kompleks jest dziś otwarty dla zwiedzających, którzy mogą podziwiać w nim też m.in. lśniącą złotem Wat Phra Kaew (Wat Phra Kaeo) – najświętszy ośrodek religijny w Tajlandii, znany jako Świątynia Szmaragdowego Buddy. W pobliżu, również w dzielnicy Phra Nakhon, znajduje się zapierająca dech w piersiach Wat Pho – Świątynia Leżącego Buddy, zaliczana do największych (ok. 80 tys. m² powierzchni) i najstarszych w tej metropolii (pochodzi z lat 80. XVIII w.). Jeśli ma się chwilę czasu, warto zajrzeć do mieszczącej się w niej słynnej Tajskiej Szkoły Medycyny Tradycyjnej i Masażu. Z kolei na przeciwnym brzegu rzeki Menam dominuje Świątynia Świtu, czyli War Arun, widoczna z oddali za sprawą strzelistej stupy wznoszącej się pod niebo. Często uważa się ją za symbol Bangkoku, zwanego nie bez powodu „Miastem Świątyń” – w jego granicach wybudowano ich kilkadziesiąt, co przypomina nam o tym, że to stolica najludniejszego na świecie (ok. 67 mln mieszkańców) buddyjskiego kraju.

FOT. TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

W Wat Phra Kaew znajduje się posąg Buddy z zielonego jadeitu


     Najpopularniejszym jej określeniem pozostaje jednak „Miasto Aniołów”. Jest to zresztą pierwszy człon pełnej jej nazwy, składającej się łącznie… z 21 wyrazów i odnotowanej w Księdze rekordów Guinnessa jako najdłuższy toponim na świecie! Choć dziś tętniący życiem Bangkok należy do największych i najszybciej rozwijających się ośrodków regionu, przez wiele stuleci, aż do drugiej połowy XVIII w., był senną wioską. Po upadku w 1767 r. zrujnowanej przez birmańskie wojska Ayutthayi ówczesny król Rama I Wielki (1737–1809) przeniósł tu stolicę państwa. Odtąd miejscowość, ze względu na przecinające ją liczne kanały nosząca miano „Wenecji Orientu”, zaczęła się rozrastać i zmieniać.
W tym chaotycznym, nigdy niezasypiającym molochu nadal mimo wszystko nietrudno trafić na tradycyjne domy, bujną tropikalną roślinność i takie zakątki, w których na chwilę udaje się zapomnieć, że znajdujemy się w olbrzymiej metropolii. To miasto żywi się kontrastami, dostrzegalnymi choćby w jego strukturze: świątynie sąsiadują w nim z głośnymi ulicami wypełnionymi klubami i knajpkami, a z dzielnicami wiekowych zabytków graniczą nowoczesne rejony z centrami handlowymi i szklanymi biurowcami.

PRZEMIERZAJĄC BANGKOK
Bangkockie sprzeczności łączy rzeka Menam, wśród Tajów znana jako Chao Phraya (co tłumaczy się na „Rzeka Królów”), po której pływa mnóstwo kolorowych statków. Wyrosło nad nią wiele nowych hoteli i wieżowców, a jednocześnie przy jej brzegach ujrzymy przycumowane mieszkalne barki, stare stragany, a nawet przystań ozdobnych królewskich łodzi. Aby lepiej przyjrzeć się jej różnorodności i wczuć w specyficzny rytm, najlepiej przepłynąć się miejskim promem (bilet kosztuje symboliczne kilkanaście batów – THB, 1 THB = ok. 0,10 PLN). Podczas takiego rejsu dotrzemy do większości wartych uwagi atrakcji położonych w pobliżu centrum, m.in. do gwarnego Chinatown, pełnego tradycyjnych sklepików i restauracji. Wodną wycieczkę docenimy tym bardziej, że dłuższe spacery po Bangkoku bywają uciążliwe z powodu upalnego powietrza przenikniętego smogiem, a podróżowanie autobusem lub taksówką może trwać w nieskończoność z racji ogromnych korków.
     Popularnym środkiem transportu są tutaj również tuk-tuki, motoriksze przyozdobione kolorowymi światełkami, maskotkami, zdjęciami bądź kwiatkami – w zależności od fantazji ich właściciela. Także on ustala cenę, jaką zapłacimy za przejazd tym barwnym cackiem. Czasem koszt ten okazuje się wyższy niż w wypadku zwykłej taksówki. Podobnie więc jak w sklepach i na targach trzeba w tym przypadku ćwiczyć siłę charakteru i stanowczo się targować, nie przejmując się protestami albo naciskami ze strony Tajów.
     Inny charakterystyczny element pejzażu tego głośnego i zatłoczonego miasta stanowią wszechobecne miniaturowe świątynie, przyczepione niekiedy do drzew na ulicach, innym razem stojące przy wejściu do punktów usługowych czy w rogu hotelowego hallu. W małych, ozdobnych domkach zwykle zobaczymy jakiś owoc, girlandę z kwiatów, puszkę z napojem lub talerz z jedzeniem. Choć przybyszów ten widok dziwi, to dla miejscowych jest on wyrazem ich duchowości. Tajlandia, jak większość azjatyckich państw, posiada własny charakterystyczny system interpretacji rzeczywistości pozamaterialnej. Większość jej mieszkańców – zarówno tych z prowincji, jak i ze stolicy – wierzy, że wśród istot z krwi i kości żyje wiele innych bytów, określanych melodyjnym słowem phii. Stawiane na każdym kroku ołtarzyki służą oddawaniu hołdu tym duchom, obłaskawianiu ich i wypraszaniu dalszego ich wsparcia. Ta świadomość ciągłej współobecności milczących towarzyszy tworzy magiczny klimat Bangkoku, a szczególnie mocno przenika do świata zewnętrznego w tych miejscach, do których rzadziej zaglądają turyści.
     W ostatnim czasie spokój w kraju zburzyły demonstracje antyrządowe, które doprowadziły do wojskowego zamachu stanu pod przywództwem generała Prayautha Chan-ochy (obecnie premiera Tajlandii). Mimo iż trwały niemal 8 miesięcy (od 31 października 2013 r. do 22 maja 2014 r.), nie zagroziły bezpieczeństwu obcokrajowców w mieście. Podobnie jak cała Tajlandia, utrzymuje się ono w przeważającym stopniu z turystyki, a przyjezdni są tutaj traktowani bardzo przyjaźnie, na co ma wpływ tak zasadnicza policja, jak i mentalność Tajów – mieszkańców „krainy tysiąca uśmiechów”. Można mieć wątpliwości, ile bywa w tym haśle prawdy, a ile zwykłego sloganu, ale jedno jest pewne: wskaźnik przestępczości pozostaje w tym państwie niezwykle niski, a akty agresji w stosunku do turystów odnotowuje się rzadko. Choć więc ostrożności nigdy za wiele, to zarówno w Bangkoku, jak i innych tajskich dużych ośrodkach miejskich, poczujemy się nieraz bezpieczniej niż w niejednej europejskiej stolicy.

MIĘDZY ZIELONĄ PÓŁNOCĄ…
Z bangkockiej metropolii przez średniowieczne Sukhothai (gdzie mieściła się pierwsza stolica tajskiego królestwa) czy wspomnianą Ayutthayę, w której ogromne wrażenie robią ruiny dawnych pałaców i świątyń, wiedzie droga na północ – najbardziej zieloną, żyzną i wielokulturową część Tajlandii. Tu, wśród gór i dolin łańcucha Thanon Tong Chai (z najwyższym szczytem kraju Doi Inthanon – 2565 m n.p.m.), w łagodnym klimacie, gdzie płuca wypełnia rześkie powietrze, czeka na nas prawdziwe bogactwo atrakcji. Wydaje się, że to najlepsze miejsce na odpoczynek po wizycie w hipnotyzującym, ale męczącym Bangkoku. Zwiedzanie najlepiej rozpocząć od Chiang Mai – wyjątkowego miasta, w którego atmosferze oddamy się błogiemu relaksowi. Słodkiemu lenistwu nie można się tu oprzeć, sprzyja mu mnogość parków, świetnych kawiarni, restauracji i nocnych marketów. Warto spróbować też swoich sił w przyrządzaniu potraw tajskiej kuchni w trakcie kursów gotowania, oferowanych na każdym kroku i w bardzo przyzwoitej cenie. Już podczas jednorazowej lekcji dowiemy się, jak przygotować największy tutejszy specjał, czyli pad thai – smażony makaron z jajkiem, sosem z tamaryndowca i krewetkami, warzywami bądź tofu (twarożkiem sojowym). Równie smakowitymi daniami są m.in. sałatka z papai, zupa rybna lub ostre curry. Właśnie dzięki nim ulice w Tajlandii przez całą dobę pachną imbirem, trawą cytrynową czy kolendrą, tak typowymi przyprawami dla jej oryginalnej sztuki kulinarnej.

FOT. THAITRAVELMART.COM

Malowniczy Park Narodowy Doi Inthanon w prowincji Chiang Mai


     Turyści zatrzymujący się w Chiang Mai na dłużej mogą również zapisać się na kurs masażu – kolejnej tajskiej specjalności. Nazywa się on nuat phaen boran i według legendy został stworzony przez osobistego lekarza samego Buddy. Tak naprawdę korzenie znanej dziś postaci zabiegów sięgają XIX w., co więcej, stanowią one mieszankę technik pochodzących z Indii, Chin i terenu Azji Południowo-Wschodniej. Akupresura połączona z jogą i rozciąganiem, w trakcie sesji zapewniająca nieco bolesne doznania, okazuje się znakomitym sposobem na leczenie stresu, migreny i zakwasów.

FOT. TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Lekcja sztuki kulinarnej Tajów


     Północny region Tajlandii to jednak nie tylko smaczna kuchnia i relaksujące seanse u masażysty, lecz także niesamowite bogactwo kulturowe związane z jego geograficznym położeniem. Chiang Mai mieści się w centrum tzw. Złotego Trójkąta (znaczącego azjatyckiego obszaru produkcji opium), między granicą z Birmą (Mjanmą) i Laosem. Miłośnicy trekkingów podczas pieszych wycieczek po okolicy będą mieli szansę zajrzeć do wiosek zamieszkanych przez fascynujące górskie plemiona Karenów i Hmongów (Mongów), które wciąż pielęgnują swoje dawne obyczaje, noszą tradycyjne stroje i trudnią się rękodziełem.

…I TROPIKALNYM POŁUDNIEM
Równie wielokulturowe jest też gorące południe kraju, nieustępujące północy w niczym pod względem egzotyki, różnorodności, piękna krajobrazów oraz wspaniałych atrakcji. Tu buddyzm miesza się (z racji bliskiego sąsiedztwa Malezji) z islamem, co widać wyraźnie zarówno w samych zwyczajach mieszkańców, jak i ich ubiorze czy interesującej architekturze. Poza tym w tym rejonie ciężkie, duszne, tropikalne powietrze wypełnia wszechobecny dźwięk cykad i gekonów, gęsta od bananowców dżungla zachwyca głęboką, soczystą zielenią, egzotyczne owoce smakują niepowtarzalnie, a wybrzeże ocienione palmami kokosowymi oblewa prawdziwie lazurowe morze. To, co przyciąga do południowej Tajlandii przede wszystkim, to jednak niezliczone wyspy rozsiane po obu stronach Półwyspu Malajskiego: na Morzu Andamańskim i w Zatoce Tajlandzkiej. Choć z pozoru wydają się do siebie podobne, to tak naprawdę są zupełnie inne. Jeśli ma się więc szansę, warto poznać kilka z nich.
     Wielbicielom nurkowania spodoba się na niewielkiej Koh Tao, gdzie znajduje się aż ponad 250 szkół oferujących naukę tego sportu. Świetnym miejscem dla osób aktywnych będzie także zaciszna Koh Kut (Koh Kood), położona bliżej granicy z Kambodżą. Jeśli liczymy głównie na korzystanie z uroków nocnego życia, to powinniśmy zajrzeć na Koh Samui, a przede wszystkim archipelag wysepek Phi Phi, słynących z klubów i szalonych imprez na plaży i rozsławionych przez film Danny’ego Boyle’a Niebiańska plaża (z 2000 r.). Raz w miesiącu, w okolicy pełni księżyca, wielka całonocna zabawa (Full Moon Party) odbywa się też na Koh Phangan, na co dzień zacisznej i spokojnej. Turyści poszukujący ciszy i wytchnienia odpoczną na Koh Kradan, leżącej w granicach Parku Narodowego Hat Chao Mai, bądź Koh Mook („Perłowa Wyspa”), pokrytej przepięknym białym piaskiem. Również Koh Jum jeszcze kilka lat temu posiadała zaledwie kilkanaście resortów z bungalowami i parę niepozornych rodzinnych restauracji. Z kolei fanom reggae z pewnością przypadnie do gustu Koh Phayam w pobliżu granicy z Birmą (Mjanmą), gdzie za jedyny środek transportu służą rowery albo motocykle. Przywitają ich tu dźwięki piosenek Boba Marleya, widok bambusowych domków i kolorowych hamaków na złocistej plaży.

FOT. TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Koh Phi Phi Lee – piękna plaża nad niewielką zatoką Maya Bay


     Właśnie ta luźna, wyspiarska atmosfera pozwoli najlepiej cieszyć się nam tajskim urlopem w zgodzie z tutejszą filozofią życia, zawartą w haśle mai pen rai, czyli „nic nie szkodzi” lub „wszystko będzie dobrze”. Tym zaczerpniętym z buddyzmu wyrażeniem życzliwi mieszkańcy kraju pełnego słońca i wspaniałych smaków odganiają od siebie złe myśli, problemy i zmartwienia. Ważnym słowem w słowniku Tajów jest także sanuk – „radość”, „coś miłego”. Warto spróbować przyswoić sobie tę swoistą sztukę pozytywnego myślenia, położyć się na hamaku i choćby na chwilę zapomnieć się w błogim uczuciu szczęścia. Tak naprawdę tylko jedna rzecz czyni Tajlandię niebezpieczną – to kraina wyjątkowo uzależniająca.

Artykuły wybrane losowo

Fuerteventura – podmuch słońca

BARTEK JANKOWSKI

www.TropiKey.com

 

Do szerokiej, jasnej plaży zbliża się fala. Jej czoło przecina energicznie deska surfera. Lazurowy ocean zmienia się przy brzegu w przypominającą spienione mleko kipiel, w której beztrosko baraszkują dzieci. Trochę dalej przechadzają się niczym nieskrępowani nadzy ludzie w różnym wieku. Na horyzoncie majaczą barwne latawce kitesurferów niesionych wiatrem po gładkiej tafli płytkiej laguny... Tak oto wygląda pełna magii Fuerteventura w archipelagu Wysp Kanaryjskich. 

Więcej…

Moja Republika Południowej Afryki

SAT-000-1434G.jpg

Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon) ma ok. 26 km długości

©SOUTH AFRICA TOURISM

MARIANNA JĘDRZEJCZYK

Wielu Polakom z Republiką Południowej Afryki kojarzą się głównie laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela, doktryna apartheidu, wysoka przestępczość bądź wyprawy safari. Niektórym z nich być może przychodzą jeszcze na myśl Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej z 2010 r., a przecież w tym kraju jest tyle ciekawych i pięknych miejsc, nierzadko prawdziwych cudów natury. Ma on zresztą do zaoferowania znacznie więcej – niezwykle różnorodną kuchnię, bogatą kulturę czy świetną bazę noclegową. Co ważne, większość atrakcji kusi bardzo przystępnymi cenami.


To najlepiej rozwinięte pod względem gospodarczym państwo Afryki zamieszkuje prawie 55 mln ludzi. Obowiązuje w nim aż 11 języków urzędowych, w tym angielski. Od zachodu południowoafrykańskie wybrzeże oblewają wody Atlantyku, a od wschodu – Oceanu Indyjskiego. Układ pór roku jest po tej stronie równika odwrotny niż w Europie. Najcieplej bywa tu w grudniu i styczniu.


Na szczęście RPA staje się ostatnio coraz popularniejszym kierunkiem wakacyjnym wśród turystów z Polski. Mieszkam tutaj od 4 lat i choć staram się jak najwięcej zobaczyć, to moja lista miejsc do odwiedzenia nadal się wydłuża.


Kiedy przyjechać

SAT-000-1707G.jpg

Muzeum Dystryktu Szóstego w Kapsztadzie z wielką mapą na podłodze

©SOUTH AFRICA TOURISM


Wybór odpowiedniej pory na podróż do tej części Afryki zależy od tego, ile dni planujemy przeznaczyć na urlop (chociaż na krócej niż 2 tygodnie nie warto przyjeżdżać), co chcemy w tym czasie robić i w które regiony pojechać. Sezon turystyczny w RPA trwa właściwie przez cały rok.


Należy jednak pamiętać, że to wielki kraj – lot z Johannesburga do Kapsztadu (Cape Town) zajmuje 2 godz. (podczas niego pokonuje się niemal 1300 km), czyli tylko nieco mniej niż z Warszawy do Londynu. Oznacza to także, że klimat jest tu bardzo zróżnicowany. Miasta Pretoria, w której mieszkam, i sąsiedni Johannesburg leżą w prowincji Gauteng i znajdują się na stosunkowo dużej wysokości: pierwsze na ok. 1350 m, a drugie na mniej więcej 1750 m n.p.m. Zimy (od czerwca do sierpnia) są więc w tym rejonie chłodne, ale też słoneczne i suche. W nocy temperatura spada czasami poniżej 0°C, w ciągu dnia za to bywa często nawet ponad 20°C. Latem jest natomiast gorąco i burzowo, lecz ze względu na położenie nie nadmiernie wilgotno. Bardziej tropikalne warunki klimatyczne panują na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, np. w Durbanie okres zimowy charakteryzuje się przyjemnym ciepłem (w lipcu ok. 25°C za dnia, mniej więcej 15°C wieczorem), a letni – upałami i dużą wilgotnością powietrza, co może być dla niektórych osób niezbyt komfortowe. Kapsztad z kolei ma klimat podobny do śródziemnomorskiego. Wody Atlantyku, nad którym leży, są zimne przez cały rok. W tej okolicy często wieje również silny wiatr. Zimą czasem pada tu horyzontalny deszcz ze śniegiem, więc najlepiej przyjechać do tego miasta między październikiem a kwietniem.


Jeśli chcemy odwiedzić głównie parki narodowe i rezerwaty, w których organizuje się safari, musimy wziąć pod uwagę, że większość z nich znajduje się we wschodniej części kraju, gdzie pogoda jest podobna do tej w Gauteng (choć im dalej na północ i wschód, tym cieplej). Po niemal wszystkich tego typu obszarach chronionych w RPA można jeździć samodzielnie, bez przewodnika, ale – oczywiście – należy przestrzegać obowiązujących w ich granicach zasad. W miesiącach zimowych ze względu na długotrwały brak deszczu roślinność przerzedza się i usycha. Dzięki temu znacznie polepszają się warunki do obserwacji i zwiększa się szansa spotkania dzikich zwierząt przy wodopojach, ponieważ rzeki zazwyczaj też wtedy wysychają. Latem jest natomiast bardzo ciepło i zielono, przyroda w pełni już rozkwitła, a wieczory najprzyjemniej spędzać przed namiotem przy zimnym piwie lub cydrze Savanna na podziwianiu rozgwieżdżonego nieba. Jednak grudzień i styczeń to także pora wakacji i wielu Południowoafrykańczyków wybiera się wówczas z rodzinami do parków narodowych i rezerwatów. Dlatego w ich rejonach panuje w tym okresie tłok i trudno o chwilę spokoju. Najlepszym czasem na udane safari będzie więc wiosna (wrzesień–listopad), gdy temperatury są już dość wysokie, ale nie ma jeszcze upałów, i rodzą się młode zwierzęta, albo jesień (marzec­–maj), kiedy w powietrzu czuć nadchodzące chłody, a zachody słońca pięknie podkreślają żółć, pomarańcz i czerwień, które dominują w krajobrazie.


Jak podróżować


Z Europy do RPA najlepiej przylecieć do Johannesburga z Londynu (British Airways), Paryża (Air France), Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Amsterdamu (KLM), Zurychu (SWISS) lub Stambułu (Turkish Airlines). Można również wybrać połączenie przez Dubaj (Emirates) albo Abu Zabi (Etihad Airways). Z lotniska O.R. Tambo do samego miasta oraz do Pretorii jeździ nowoczesny, klimatyzowany pociąg Gautrain. Jednak komunikacja miejska w tym kraju wciąż znajduje się na etapie rozwoju, najkorzystniej więc wynająć samochód. Drogi i autostrady są tutaj w bardzo dobrym stanie, choć kultura jazdy często pozostawia wiele do życzenia. Trzeba też pamiętać, że w RPA obowiązuje ruch lewostronny. Ze względu na ogromne odległości czasami warto zaoszczędzić czas i skorzystać z samolotu. Południowoafrykańskie tanie linie lotnicze kulula.com i Mango, a także British Airways i South African Airways latają do wszystkich większych miast. Ciekawy sposób podróżowania, np. z Pretorii do Kapsztadu, stanowi przejazd koleją. Obok luksusowych i bardzo drogich przewoźników Blue Train i Rovos Rail działają również tańsze linie Shosholoza Meyl. Podróż trwa 2 lub 3 dni, zależnie od liczby przystanków, a w cenę biletu, oprócz noclegu w kuszetce, wliczone są też posiłki. Z kolei „plecakowiczom” (tzw. backpackerom) spodoba się Baz Bus, którego trasa ciągnie się od Kapsztadu po Durban i Pretorię. Znajdziemy na niej ponad 180 hosteli, a bilet upoważnia do nieograniczonych przesiadek.


Niesamowity Kapsztad

SAT-000-1684G.jpg

Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona w Soweto, dawnych slumsach

©SOUTH AFRICA TOURISM


Chyba za najbardziej znane i popularne południowoafrykańskie miasto, do którego chętnie przyjeżdżają turyści z całego świata, uchodzi Kapsztad (choć to Johannesburg dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o liczbę odwiedzających). Zresztą nie bez powodu – jest piękny, malowniczo położony, ma ciekawą historię i może pochwalić się mnóstwem atrakcji. Świetny pomysł na jego zwiedzanie stanowi skorzystanie z autobusu turystycznego City Sightseeing Cape Town. Cztery rozbudowane trasy obejmują, oprócz centrum metropolii, również winnice ekskluzywnego przedmieścia Constantia czy wspaniałe wybrzeże na południe od niej. Warto kupić bilet dwudniowy, ponieważ nie tylko nie kosztuje dużo (260 randów, czyli ok. 75 złotych), ale także uprawnia do różnego rodzaju rabatów w wielu miejscach, do których dociera autobus. Na pewno trzeba wysiąść przy stacji kolejki na Górę Stołową (Table Mountain) – już stąd rozciągają się oszałamiające widoki, a panorama rozpościerająca się ze szczytu (z wysokości 1086 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach.


Przepiękny jest też utworzony w 1913 r. Narodowy Ogród Botaniczny Kirstenbosch (Kirstenbosch National Botanical Garden), w którym można spędzić kilka godzin na podziwianiu setek gatunków roślin, również endemicznych. Był on pierwszym ogrodem botanicznym na świecie założonym w celu ochrony niepowtarzalnej lokalnej flory. W Kapsztadzie warto także odwiedzić któreś z licznych muzeów, np. Południowoafrykańską Galerię Narodową (South African National Gallery), funkcjonującą w położonym w centrum miasta historycznym parku Company’s Garden, czy Muzeum Dystryktu Szóstego (District Six Museum), upamiętniające przymusowe wysiedlenia mieszkańców w czasach apartheidu. Gdy nie wieje zbyt mocno, trzy razy dziennie (o 9.00, 11.00 i 13.00) z kapsztadzkiego nabrzeża wypływają łodzie na Robben Island (Robbeneiland). Na tej wyspie znajduje się więzienie, w którym Nelson Mandela (1918–2013) i inni przeciwnicy polityki apartheidu spędzili wiele lat życia. To fascynujące miejsce, a oprowadzają po nim byli więźniowie. Ich historie niejednokrotnie mrożą krew w żyłach, ale są jednocześnie budujące i wzbudzają podziw dla ich odwagi i wytrwałości.


Na południe od Kapsztadu leży również słynny Przylądek Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope), do którego jedzie się krętą autostradą wzdłuż stromego brzegu oceanu, mijając piękne białe plaże. Wrócić do miasta można z drugiej strony cypla, przez urocze miasteczka, np. Simon’s Town (Simonstad), Kalk Bay czy Muizenberg. Podczas wizyty w tych okolicach trzeba koniecznie zjeść świeże ryby i owoce morza, a także spróbować lokalnej kuchni malajskiej (dziedzictwa z czasów kolonialnych). Takie potrawy, jak Cape Malay curry, bobotie (pikantne mięso mielone z rodzynkami, polane jajeczno-mleczną masą i zapieczone, serwowane z ryżem) bądź koeksisters (pączki w słodkim syropie, podawane na zimno) na pewno pobudzą nasze kubki smakowe.


W Johannesburgu i okolicy


Kapsztad nigdy mi się nie znudzi i zawsze będę chętnie do niego wracać, ale w RPA jest jeszcze wiele innych miejsc wartych odwiedzenia. Zalicza się do nich m.in. 4,5-milionowy Johannesburg, zwany potocznie Jozi, Joburg czy eGoli, największe miasto świata, które nie leży nad żadnym zbiornikiem wodnym lub rzeką. Powstało ono w 1886 r. na fali XIX-wiecznej gorączki złota w absurdalnej lokalizacji, na pustkowiu w górach, bez dostępu do wody, a obecnie rozkwita po latach stagnacji. To prawdziwa metropolia, która tętni życiem przez całą dobę i ciągle się rozwija. Ją również można zwiedzać autobusem turystycznym City Sightseeing Joburg. Po drodze obejrzymy m.in. poruszające Muzeum Apartheidu (Apartheid Museum), nowatorsko zaaranżowane Wzgórze Konstytucyjne (Constitution Hill), wesołe miasteczko Gold Reef City Theme Park oraz plac Gandhiego (któremu właśnie w RPA, gdzie pracował jako prawnik i doświadczył dyskryminacji rasowej, przyszła do głowy koncepcja biernego oporu). Alternatywą dla wycieczki autobusowej są spacery tematyczne, np. z Geraldem Gardnerem, autorem świetnych przewodników po Johannesburgu i strony internetowej JoburgPlaces. Dowiedziałam się od niego wielu fascynujących faktów na temat krótkiej, lecz bogatej historii tego początkowo górniczego miasta, a obecnie ważnego centrum finansowego i biznesowego. Dzięki niemu odkryłam też kilka rewelacyjnych targów rękodzieła, dzielnicę mody, sklepy z oryginalnymi materiałami zwanymi shweshwe czy dystrykt Mała Etiopia, gdzie wypijemy świeżo zaparzoną etiopską kawę i zjemy autentyczną indżerę... Johannesburg to tygiel kulturowy, mekka artystów i młodych przedsiębiorców, różnorodna scena artystyczna z mnóstwem klubów muzycznych, galerii i przeróżnych inicjatyw kulturalnych.


Z centrum miasta niedaleko do Soweto – dawnych slumsów, obecnie liczących sobie niemal 1,5 mln mieszkańców i przyciągających coraz więcej turystów. To tu znajdują się domy Nelsona Mandeli (dziś działa w nim muzeum Mandela House) i arcybiskupa anglikańskiego Desmonda Tutu wzniesione przy tej samej ulicy Vilakazi, a także Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona (Hector Pieterson Memorial and Museum), 13-letniego chłopca, którego śmierć podczas zamieszek w 1976 r. stała się symbolem walki z apartheidem. Stąd pochodzi słynny na całym świecie chór Soweto Gospel Choir. To tutaj można skoczyć na bungee z jednej z kolorowych wież chłodniczych Elektrowni Orlando – Orlando Towers. Właśnie w Soweto kręcono też znany południowoafrykański film science fiction Dystrykt 9. Ja pewnego razu wstąpiłam ze znajomymi do jednej z lokalnych jadłodajni i przypadkowo natknęłam się w niej na grupę młodych, elegancko ubranych ludzi, którzy udawali się właśnie na spotkanie w miejscowym kościele. Po krótkiej pogawędce zupełnie spontanicznie przyłączyliśmy się do nich. W ten sposób poznaliśmy barwną społeczność chrześcijańską, która spotyka się co kilka miesięcy w różnych krajach Afryki Południowej, aby śpiewać radosne pieśni i po prostu razem spędzać czas. Nie jestem osobą szczególnie religijną, lecz nie czułam się wśród nich obco. Przedstawiono nas starszyźnie, wszyscy byli ciekawi, skąd pochodzimy i czym się zajmujemy. Bardzo chcieli, żebyśmy zostali na mszy, ale – niestety – zrobiło się już późno i musieliśmy wracać do Pretorii. Do dziś mamy jednak sympatyczne wspomnienie z Soweto.


Ok. 50 km na północny zachód od Johannesburga leży wpisany w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO kompleks jaskiniowo-muzealny Cradle of Humankind – Kolebka Ludzkości. Znaleziono tu szczątki przedstawicieli nieznanego gatunku z rodziny człowiekowatych liczące sobie nawet 2,5 mln lat. Wykopaliska nadal trwają i w 2015 r. po raz pierwszy w mediach pojawił się naukowy opis sensacyjnego odkrycia – nowego przodka ludzi nazwano Homo naledi. Na terenie stanowiska funkcjonuje ciekawe centrum informacyjne, a do systemu pięknych jaskiń Sterkfontein można wejść z przewodnikiem, który interesująco opowiada o pracach archeologicznych i ich wynikach.


Nad Atlantykiem


Powróćmy jeszcze na wybrzeże Oceanu Atlantyckiego. Na północ od Kapsztadu znajduje się malowniczy Park Narodowy West Coast (West Coast National Park). Można tutaj nocować na łodzi zacumowanej kilkadziesiąt metrów od brzegu w samym środku błękitnej laguny. Jeśli pojedziemy dalej w kierunku Namibii, dotrzemy do regionu Namaqualand, który najlepiej odwiedzić wiosną, w sierpniu lub wrześniu, w czasie wspaniałego spektaklu natury. W ciągu kilku tygodni ten półpustynny teren zamienia się w wielką łąkę mieniącą się jaskrawymi kolorami.


Z kolei na wschód od Kapsztadu, wzdłuż Trasy Ogrodów (Garden Route), rozciąga się górzysty obszar upraw winorośli z wieloma uroczymi miasteczkami mogącymi poszczycić się architekturą w stylu cape dutch, jak np. najbardziej chyba znane Franschhoek czy uniwersyteckie Stellenbosch. RPA produkuje świetnej jakości wina, z których zdecydowana większość nie jest eksportowana, warto więc wybrać się przynajmniej do kilku winnic na degustacje. We Franschhoek funkcjonuje tramwaj winny (Franschhoek Wine Tram). Po drodze zatrzymuje się na kilkunastu przystankach – trzeba mieć naprawdę mocną głowę, aby zdołać spróbować trunków we wszystkich miejscach na szlaku w ciągu jednego dnia!


Niemal w linii prostej na południe od tego urokliwego miasteczka leży miejscowość Hermanus, znana głównie z tego, że to stąd najczęściej można obserwować wieloryby. Od czerwca do grudnia walenie południowe (Eubalaena australis) gromadzą się w południowoafrykańskich wodach, żeby się rozmnażać. Często udaje się je zobaczyć z nabrzeża, ale warto też wykupić wycieczkę łodzią z przewodnikiem. Podziwianie tych gigantycznych ssaków z bliska to niezapomniane przeżycie.


Jadąc dalej w kierunku Durbanu, miniemy po drodze m.in. najbardziej na południe wysunięty kraniec Afryki, czyli Przylądek Igielny (Cape Agulhas), stanowiący również umowną granicę między oceanami Atlantyckim i Indyjskim. Stąd niedaleko do przepięknego Rezerwatu Przyrody De Hoop (De Hoop Nature Reserve) ze wspaniałymi dzikimi plażami. W głębi lądu rozciągają się bezkresne tereny Karru Małego i Wielkiego, a na północ od nich zaczyna się już kotlina Kalahari. Następnie dotrzemy do popularnych nadmorskich miejscowości George i Knysna, a potem do Jeffreys Bay, raju dla surferów. Tuż za Port Elizabeth znajduje się Park Narodowy Słoni Addo (Addo Elephant National Park), słynący właśnie ze słoni (których obecnie jest ponad 600), a dalej na wschód – miasto Grahamstown. Co roku na przełomie czerwca i lipca w tym ostatnim odbywa się największy na kontynencie afrykańskim festiwal artystyczny (National Arts Festival), przyciągający 200 tys. widzów. Za East London zaczyna się Dzikie Wybrzeże (Wild Coast). W pełni zasługuje ono na swoją nazwę – trudno się na nie dostać, godzinami kluczy się po wyboistych drogach i wioskach rozsianych na wzgórzach, gdzie lud Xhosa nadal żyje według starych tradycji. Jednak wysiłek się opłaca. Bezkresne i niemal puste plaże, huk oceanu i gościnność lokalnej społeczności wynagradzają trud podróży.


Durban i dzika przyroda

SAT-000-0223G.jpg

Tzw. Whale Crier obwieszczający przybycie wielorybów do Hermanus

©SOUTH AFRICA TOURISM


Kolejnym przystankiem jest Durban – największy port kontenerowy w Afryce, który w ciągu ostatnich kilku lat przeszedł ogromną metamorfozę, głównie dzięki wspomnianym Mistrzostwom Świata w Piłce Nożnej z 2010 r. Z zaniedbanego, mało przyjaznego miasta stał się modnym kurortem, z szeroką promenadą, nowoczesnym stadionem i bogatym życiem kulturalnym. Co roku w lipcu odbywa się tu np. niezmiernie ciekawy i dobrze zorganizowany Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Durbanie (Durban International Film Festival), na którym pokazywane są dziesiątki filmów z całego świata. Bardzo lubię Durban za luźną, przyjazną atmosferę, architekturę z elementami stylu art déco, a także za... curry. To właśnie tutaj mieszka więcej Hindusów i ich potomków niż w jakimkolwiek innym mieście poza Indiami. Nic w tym dziwnego, bowiem w drugiej połowie XIX i na początku XX w. przybysze z subkontynentu indyjskiego osiedlali się tłumnie w Afryce Południowej, aby pracować na plantacjach, w kopalniach czy przy budowie kolei.


Na północny wschód od Durbanu znajdują się dwa rezerwaty przyrody, które warto uwzględnić w planach wakacyjnych. Atrakcją Parku Hluhluwe-iMfolozi (inaczej Hluhluwe Umfolozi Game Reserve) jest kilkudniowe piesze safari, podczas którego można spotkać tzw. Wielką Piątkę Afryki, czyli lwa, słonia, lamparta, bawoła i nosorożca czarnego. Mnie się to udało – w ciągu 5 dni spędzonych w buszu, w tym nocy pod gołym niebem, nie tylko je wszystkie widziałam i słyszałam, ale także dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o lokalnych zwierzętach i roślinności. To najlepszy sposób na poznanie tego, co stanowi esencję afrykańskiej natury! Z kolei w sąsiednim Parku Mokradeł iSimangaliso (iSimangaliso Wetland Park) natknęłam się, oprócz antylop, bawołów i nosorożców, na mnóstwo krokodyli i hipopotamów. Występują tu też żółwie morskie, a w oceanie pojawiają się czasami ogromne rekiny wielorybie.


Z pewnością najbardziej znanym miejscem na safari jest Park Narodowy Krugera (Kruger National Park). Ma on powierzchnię ok. 20 tys. km², a bogactwo tutejszych gatunków fauny i flory oszałamia. Jednak jego popularność może czasami dawać się we znaki. Na drogach często tworzą się zatory, gdy ludzie zbierają się wokół jakiegoś wyjątkowo ekscytującego zwierzęcia, i – niestety – wielu gości nie potrafi się odpowiednio zachować. Mój ulubiony park to Park Narodowy Pilanesberg (Pilanesberg National Park), położony ok. 2 godz. jazdy z Pretorii na północny zachód w kraterze prastarego wulkanu. Bardzo miło wspominam również nieogrodzony kemping w Rezerwacie Ithala (Ithala Game Reserve) niedaleko granicy z Suazi, gdzie wybrałam się z przewodnikiem na krótkie piesze safari i napotkaliśmy jadowitą czarną mambę oraz nosorożca białego i czarnego. Za to Rezerwat Madikwe (Madikwe Game Reserve) na granicy z Botswaną szczyci się nie tylko Wielką Piątką Afryki, ale także zagrożonymi wyginięciem likaonami pstrymi.


Na listę miejsc godnych odwiedzenia koniecznie trzeba też wpisać Góry Smocze (Drakensberg), na granicy z Królestwem Lesotho, gdzie można spędzić wiele dni na mniej i bardziej wymagających wspinaczkach. Z kolei Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon, znany również jako Molatse River Canyon) będzie interesującym przystankiem w drodze do Parku Narodowego Krugera. Należy do jednych z największych i najzieleńszych na świecie. Zwiedzimy go podczas pieszych wycieczek, w trakcie których będziemy podziwiać fantastyczne widoki.


Smak RPA


Na zakończenie każdego dnia pełnego wrażeń warto zadbać także o coś dla ciała. Oprócz wspomnianych już wina, cydru, potraw kuchni malajskiej i indyjskiej oraz ryb i owoców morza, prym w południowoafrykańskiej sztuce kulinarnej wiedzie mięso. Koniecznie trzeba spróbować steków, nie tylko wołowych, ale też z antylop kudu i eland czy ze strusia, oraz wołowych kiełbas boerewors – wszystko to przyrządza się na grillu, zwanym tu braai. Odważni powinni skusić się na suszone larwy ćmy Gonimbrasia belina, występujące pod nazwą mopane – to popularna przekąska i bogate źródło białka. Ja jadłam je serwowane w sosie pomidorowym. Były gumowate i niespecjalnie mi smakowały, ale wszystko jest przecież kwestią gustu. Wegetarianie nie muszą się martwić – świeże warzywa i owoce są powszechnie dostępne w sklepach i restauracjach, choć czasami dania z kurczakiem też uchodzą za bezmięsne. Na deser najlepiej zamówić malva pudding – pyszne ciasto nasączone cukrem i masłem, podawane na gorąco z lodami lub polewą waniliową, albo milk tart (melktert) – kruchą tartę z budyniem, posypaną cynamonem.


RPA to bez wątpienia niewyczerpane źródło inspiracji podróżniczych. Ten niezmiernie interesujący kraj ciągle mnie czymś zaskakuje i nie pozwala mi się nudzić. Oczywiście, boryka się on z wieloma problemami, nadal trzeba mieć w nim na uwadze kwestie związane z bezpieczeństwem, ale jednocześnie tutejsze społeczeństwo doskonale zdaje sobie sprawę, jak ważna jest turystyka dla gospodarki. Gościnność mieszkańców RPA, piękno jej różnorodnej przyrody, sprzyjająca zwiedzaniu pogoda, a także wysoka jakość usług sprawiają, że ten wyjątkowy zakątek Afryki stanowi fantastyczny cel podróży.

Sen o Kambodży

MAGDALENA BARTCZAK

<< Kambodża, pełna magicznych krajobrazów i ciężko doświadczona przez historię, fascynuje bogactwem swojej kultury. Mimo iż ten niewielki kraj położony w Azji Południowo-Wschodniej od lat stanowi jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc regionu, to nadal kryje w sobie tajemnice i złożoności, które trudno przeniknąć i zrozumieć. >>

Więcej…