MARCIN WESOŁY

<< Dominikana odcisnęła głęboki ślad w mojej duszy chyba za sprawą emocji, jakie towarzyszą zazwyczaj inicjacji. Pierwszy raz ujrzałem ją ponad 8 lat temu. Wtedy była dla mnie poniekąd tropikalnym zauroczeniem, po którym chce się od razu więcej. Z wprawą prawdziwej łamaczki serc usidliła mnie, oszołomiła i zatrzymała przy sobie na dłużej. Do dzisiaj zresztą pozostaję jej wierny. Dlatego opowiadam o mojej miłości z niegasnącym entuzjazmem. >>

W Republice Dominikańskiej warto zrobić jedno – wyjść poza hotelowe mury i pojechać gdzieś w głąb lądu, spotkać ludzi, zobaczyć, jak wygląda prawdziwy tutejszy świat. Jej czarujące oblicze, typowe dla Karaibów, poznamy właśnie na prowincji. W malowniczych wioskach i sennych miasteczkach czas wyraźnie zwalnia, a ich mieszkańcy potrafią czerpać z życia pełnymi garściami, mimo wielu niedostatków. Wobec przyjezdnych są bardzo pomocni, życzliwi, chętnie mówią o swoim kraju. W Dominikanie jeździ się prawie wszystkim, każdy chce podwieźć przybysza, żeby zarobić, więc zawsze dotrzemy do celu. Zmienność krajobrazów potrafi zaskoczyć tu także turystę o bogatym dorobku podróżniczym. W ciągu jednego dnia można posiedzieć w cieniu kokosowych palm albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej (na północy i wschodzie), oglądać wodniste pola ryżowe, rozległe plantacje bananów, a potem góry wyższe niż Tatry (w centralnej części) lub pojechać pod granicę z Haiti na „dominikański Dziki Zachód” przez czerwone ziemie, pokryte suchym buszem bądź usiane spłaszczonymi akacjami czy wielkimi kaktusami w kształcie procy, pod którymi snują się rozleniwione iguany. Te ostatnie plenery przypominają afrykańskie równiny albo obszary na pograniczu USA i Meksyku. Brakuje jedynie Charlesa Bronsona z koltem i reszty filmowców kręcących westerny. Foldery turystyczne i spoty podróżnicze informują, że Dominikana posiada wszystko. Nie ma w tym najmniejszej przesady. W końcu wyspę Hispaniolę (Haiti), na której leży, Krzysztof Kolumb upodobał sobie najbardziej z lądów przez siebie odkrytych.
W tym kraju łatwo znaleźć swoje miejsce. Baza turystyczna zdążyła się w nim bardzo dobrze rozwinąć. Pięć głównych regionów krajoznawczych kusi przyjezdnych wieloma atrakcjami, zaprasza do udziału w tropikalnej przygodzie, poznania lokalnej kultury i folkloru oraz zachęca do aktywnego wypoczynku. Oto kilka moich propozycji.

 

PARADA KULAWYCH DIABŁÓW
W lutym warto przyjechać do karnawałowego siedliska czartów, czyli miasteczka Concepción de La Vega (La Vega). Odbywa się w nim najsłynniejszy karnawał w Republice Dominikańskiej – Carnaval Vegano. W 1977 r. został oficjalnie uznany za Narodowe Dziedzictwo Folklorystyczne (Patrimonio Folklórico Nacional). Rządzą tu wtedy „Kulawe Diabły” (Diablos Cojuelos). Ponoć ich przodek naraził się samemu Lucyferowi, za co spotkało go wygnanie, i choć zwichnął sobie kopyto, to nie odebrało mu sprawności.

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

„Kulawe Diabły” na Carnaval Vegano


     Dzisiaj można przyłączyć się do diablej maskarady: poszaleć, poboksować i podrażnić z głównymi prowodyrami tej ulicznej fety. Jak na rogate dusze przystało, nie chadzają zwyczajem innych parad w zwartym, regularnym szyku, tylko koślawo podrygują, biegają w różnych kierunkach, nagle skądś wyskakują, strzelając iskrami spod racic. Noszą peleryny i pumpy, parodiujące stroje dawnych szlachciców. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że diabłom podczas karnawału wolno okładać widzów i przechodniów rodzajem biczyka z dmuchanymi krowimi pęcherzami, a korzystają z tej sposobności do woli. Obrywają ładne dziewczęta, nadęci macho czy rozkojarzeni turyści – każdy po równo, ale bezboleśnie. Poza tym parametry samych pęcherzy są ściśle regulowane przez lokalne władze. Jeśli mają ostre krawędzie, jakieś doczepione elementy lub nadmiar powietrza, zostaną skonfiskowane. Obecnie większość tych specyficznych narzędzi jest raczej sztuczna, szyta z materiału i wypełniana watą, jednak dalej spełniają swoją funkcję. Carnaval Vegano to rozemocjonowane tłumy, chaos zabawy, a także niesłychana mnogość groteskowych kreacji oraz najdziwniejszych zestawień różnych części garderoby – istna parada lycry, stylonu, satyny, piór, błyszczących futer, fosforyzujących szlafroków itp. Dzięki tajemniczym maskom, łagodnym bądź przerażającym, wszyscy stają się zupełnie kimś innym.
     Element karnawału w 250-tysięcznym mieście La Vega stanowi również kulinarna rozwiązłość. W Dominikanie uliczne jedzenie oznacza potrawy proste i smaczne, dostępne na każdym rogu. Po odnowieniu sił możemy dalej oddawać się szaleństwu w rytm różnorodnej muzyki uwalnianej z setek głośników. Ten cały taneczny i teatralny miszmasz spodoba się największym marudom. Podczas finałowej parady uczestnicy zabawy zrzucają maski, rozluźniają kostiumy i poznają się nawzajem.

 

WIELORYBIE ROMANSE
W obrębie zatoki Samaná co roku od stycznia do marca spotyka się ogromne morskie ssaki z gatunku waleni, zwane długopłetwcami, a popularniej – humbakami (Megaptera novaeangliae). Mają długie, masywne płetwy piersiowe, ze względu na które mogą kojarzyć się z jakimś prehistorycznym ptakiem. Co więcej, pochodzącą z greckiego nazwę zwyczajową megaptera tłumaczy się jako „wielkie skrzydło”. Podłużną głowę wieloryba porastają guzy, rozłożone w równych odstępach. Wyglądają jak znaki gigantycznego alfabetu Braille’a. Osobniki rozróżnia się po indywidualnym wzorze na płetwie ogonowej, analogicznym do ludzkich linii papilarnych.
     Humbaki przypływają z dalekiej, arktycznej północy, aby w cieplejszych wodach Atlantyku w sąsiedztwie Republiki Dominikańskiej odbyć gody i wydać na świat potomstwo. Intensywnie odżywiają się jedynie latem. Na ich dietę składa się głównie kryl. Magazynują w tym czasie tłuszcz, którego rezerwy zużywają potem w porze zimowej i który chroni je przed zimnem, zanim dopłyną w tropiki. Ciąża samicy długopłetwca trwa niespełna 12 miesięcy, co oznacza, że młode powinny przyjść na świat tam, gdzie zostały poczęte. Ich rodzice nie zawsze mogą liczyć na intymność w wodach wokół Dominikany, gdyż ich miłosnym albom i serenadom rokrocznie przysłuchują się tłumy rozentuzjazmowanych turystów. Dla nich organizowane są specjalne, ściśle unormowane rejsy, cieszące się niezmiennie dużą popularnością.

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Rajska zatoka Samaná wciąż zachwyca dziewiczymi krajobrazami


     Według badaczy jako pierwsi obserwowali humbaki miejscowi Indianie. W przypływie natchnienia malowali buchające fontannami pary wodnej olbrzymy na ścianach swoich jaskiniowych siedzib w pobliskim Parku Narodowym Los Haitises (Parque Nacional Los Haitises), gdzie obecnie docierają liczni pasjonaci ekoturystyki. Prawdopodobnie te morskie ssaki podglądał także Krzysztof Kolumb. Kroniki mówią, że trafił w te okolice dokładnie w okresie godowym. Szacuje się, iż do brzegów Dominikany regularnie przybywa, aby się rozmnażać, ok. 1,5 tys. wielorybów. Opuszcza ten region później znacznie więcej osobników. Kilkunastometrowe zwierzęta ściągają tutaj przede wszystkim z rejonu zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, Kanady, Grenlandii oraz Islandii. Ich wytrwałość w pokonywaniu ogromnych odległości naprawdę imponuje.
     Samiec długopłetwca może przybrać na wadze do 40 t. Jego zaloty to pokaz akrobacji, gwarantujący obserwującym go turystom niezapomniane widoki. Humbaki wyskakują z oceanu z impetem i wpadają do niego z oszałamiającym pluskiem. Każdy z nich przygotowuje się do takich wyczynów przez większość roku. Gody wymagają niemal olimpijskiej kondycji. Wieloryby poszczą w trakcie wędrówki i samych amorów. W czasie migracji utrzymują łączność za pomocą systemu specjalnie opanowanych tonów, służących zarówno komunikowaniu się, jak i wabieniu partnerek. My nazywamy te serie dźwięków pieśniami. Samice, które urodziły u wybrzeży Dominikany, karmią intensywnie swoje młode i przygotowują je do drogi powrotnej. Muszą zadbać o to, żeby maluchy zgromadziły odpowiednie zasoby tłuszczu, więc dostarczają im ok. 200 l mleka dziennie. Skutkuje to niesłychanym przyrostem wagi.
     W planach dominikańskich wakacji koniecznie trzeba więc uwzględnić wizytę na półwyspie Samaná. Powinniśmy wiedzieć, że obserwowanie romansujących humbaków bywa czasem niełatwe. Często kryją się na dłużej pod powierzchnią wody i raczej nie wynurzają się na zawołanie. W ten sposób wystawiają na próbę cierpliwość ciekawskich obserwatorów. Jednak warto poczekać. Oglądanie tego wyjątkowego widowiska, w którym olbrzymie walenie odgrywają najważniejszą rolę, będzie wystarczającą nagrodą.

 

NAJLEPSZE MANGO ZJEMY W BANÍ
Do 160-tysięcznego miasta Baní, leżącego na południowy zachód od stołecznego Santo Domingo, przyjeżdżają amatorzy przepysznej lokalnej odmiany mango, zwanej mango banilejo (albo po prostu mamellito). Ze względu na różnorodność i mnogość tych owoców uprawianych w tym regionie miejscowość zyskała oficjalnie w 2005 r. miano Capital del Mango, czyli Stolicy Mango. Święto jego zbiorów ExpoMango – Festival de la Cosecha del Mango Dominicano przyciąga w czerwcu do tego ośrodka głównych krajowych producentów oraz tłumy smakoszy. W czasie kilkudniowych targów odbywają się degustacje, wystawy oraz organizowane są wycieczki na okoliczne plantacje. Przyjezdni mogą liczyć również na szereg imprez towarzyszących, takich jak występy artystyczne, konferencje czy konkursy.
     Jednak gwiazdą tego niezmiernie kolorowego wydarzenia w stolicy prowincji Peravia pozostaje mango, którego trzeba koniecznie spróbować, gdyż tylko tu smakuje jak nigdzie indziej. Istnieje praktyczna metoda radzenia sobie z dojrzałym i miękkim owocem. Można go dosłownie wyssać. Nie traci się wtedy aromatycznego soku, nie plami odzieży ani nie brudzi rąk. Wystarczy odgryźć kawałek skóry na czubku i ostrożnie ugniatać mango dłonią, aby wciągnąć mięsistą zawartość. Co ciekawe, Dominikańczycy wyczekują zbiorów tych owoców jak bożego znaku. Potem zajadają się nimi na każdym kroku i częstują się nawzajem. Ten, kto wyląduje w Republice Dominikańskiej w czerwcu, już w taksówce z lotniska przekona się, że trafił na sezon dojrzewania. Okazuje się, że egzotyczne mango wcale nie powszednieją w tropikalnym klimacie. Najbliższa, 11. edycja ExpoMango będzie miała miejsce od 11 do 14 czerwca 2015 r. Warto wówczas odwiedzić pachnącą i sympatyczną stolicę prowincji Peravia.

 

KUBAŃSKI BOHATER Z DOMINIKANY
Dla podróżników zainteresowanych odkrywaniem Karaibów wizyta w Baní może być wstępem do wyprawy na pobliską Kubę. To właśnie w tej dominikańskiej miejscowości urodził się przyszły bohater tego sąsiedniego kraju Máximo Gómez Báez (1836–1905). Jego biografia jest bardzo ciekawa.
     Zapamiętano go jako wybitnego dowódcę wojsk kubańskich w trakcie wojny o niepodległość w 1895 r. Jeszcze gdy był nastoletnim chłopcem, brał udział w skutecznej obronie Dominikany przed inwazją wojsk cesarza Haiti Faustyna I (1782–1867). Potem zaciągnął się do armii hiszpańskiej i odbył przeszkolenie za oceanem, w Saragossie. Kiedy Hiszpania przegrała walkę o odzyskanie utraconej kolonii i wycofała się z wyspy, Gómez Báez wyemigrował na Kubę. Tutaj przyłączył się do kubańskiego ruchu wyzwoleńczego, w którym szkolił powstańców. W 1871 r. w Guantánamo doszło do krwawego starcia z plantatorami kawy, których chroniły oddziały Hiszpanów. Między wojnami Dominikańczyk dorabiał za granicą, m.in. przy budowie Kanału Panamskiego. Z czasem otrzymał najwyższy stopień wojskowy – generalissimusa armii kubańskiej. Układał coraz skuteczniejsze strategie bitew powstańczych. Cechowała go niezłomność, nie kłaniał się kulom. Jedna z nich w 1875 r. trafiła go w szyję. Rana po wyleczeniu zamieniła się w trwałą dziurę. Zatykał ją kawałkiem bawełny, a szyję obwiązywał chustą. Odrzucił hiszpańską propozycję wspólnej kampanii przeciwko Stanom Zjednoczonym. Kuba uzyskała częściową niepodległość w 1898 r. (pozostawała pod protektoratem USA). Gómez nie przyjął nominacji na prezydenta. Ponoć uznał, że jako Dominikańczyk z krwi i kości nie powinien być formalnym przywódcą Kubańczyków. Zresztą polityka nie była jego żywiołem. Nie wrócił do rodzinnego kraju. Zmarł w Hawanie, gdzie pochowano go na tamtejszym Cmentarzu Krzysztofa Kolumba. Przy hawańskim bulwarze Malecón stanął jego pomnik. Gdy dotrzemy do niego podczas zwiedzania Kuby, przypomnimy sobie o dominikańskim mieście Baní.

 

W RAJU PO BITWIE
Z portu w miejscowości Santa Bárbara de Samaná (Samaná) można popłynąć wynajętą łodzią na rajską wysepkę Cayo Levantado, żeby zupełnie oderwać się od rzeczywistości. Kręcono na niej niegdyś spot reklamowy Bacardi, markowego rumu z kubańskim rodowodem. To doskonałe miejsce dla osób marzących o błogim lenistwie, wyśmienitych owocach morza oraz koktajlach popijanych na plaży z piaskiem białym i drobnym jak mąka. Warto dotrzeć tu za dnia na tyle wcześnie, aby uniknąć nadmiernego tłoku i w pełni rozsmakować się w urokach tego zakątka. Nie zawsze jednak bywało w tym rejonie tak beztrosko.
     Pod koniec XVII w. wysepka, nazywana wówczas Cayo Bannister, stała się scenerią zaciętego starcia pomiędzy morskimi bandytami a siłami brytyjskiej marynarki wojennej. W pobliżu zakotwiczył słynny angielski pirat Joseph (Jack) Bannister. Zamierzał naprawić swój flagowy okręt Złote Runo (Golden Fleece). Tymczasem Anglicy wysłali w ślad za nim dwie fregaty. Zanim podeszły wystarczająco blisko, zdążył on wydać rozkaz przeniesienia dział okrętowych na pobliską wyspę. Samo wejście do zatoki Samaná jest raczej rozległe, lecz nie brakuje w nim zdradliwych raf oraz mielizn. Kiedy brytyjskie statki manewrowały szaleńczo między przeszkodami, znienacka uderzyły pirackie armaty. Wielu marynarzy straciło życie, a ich fregaty doznały poważnych uszkodzeń. Także Bannister poniósł znaczne szkody. Podczas ostrzału okręt Złote Runo zmienił się we wrak. Pirat zdołał zbiec, zaszył się ponoć w przybrzeżnej mangrowej lagunie, jakich na półwyspie Samaná wtedy nie brakowało. Jednak nie uniknął kary. Nieco później został pojmany u wybrzeży Nikaragui i od razu stracony przez powieszenie na rei. Do Portu Royal, ówczesnej stolicy Jamajki, dostarczono jego zwłoki wciąż przywiązane do masztu, co miało stanowić wymowne ostrzeżenie dla wszystkich chcących sprzeciwić się Brytyjczykom. Obecnie jeden z eleganckich, butikowych hoteli, usytuowanych malowniczo nad zatoką Samaná zwie się właśnie The Bannister Hotel.

 

TURYSTYKA EKSTREMALNA I RELAKS PRZY CYGARZE
Republika Dominikańska coraz częściej bywa uznawana za oazę ekoturystyki w rejonie Karaibów. Posiada ku temu idealne warunki: głównie nadal dziewiczą i zróżnicowaną florę i faunę, wiele parków narodowych (aż 19!), pasma górskie z wierzchołkami sięgającymi powyżej 3 tys. m n.p.m., tętniące podwodnym życiem rafy koralowe oraz mnóstwo zjawiskowych plaż, często zupełnie kameralnych. To oszałamiające bogactwo naturalne zawdzięcza rozwojowi geologicznemu i geomorfologicznemu.
     Pasjonatom aktywnego spędzania czasu na łonie zapierającej dech w piersiach przyrody z pewnością spodoba się w centralnej części kraju na obszarze Kordyliery Środkowej albo na rozległych równinach doliny Cibao. W tych regionach nie sposób się nudzić. Szczególnie dużą popularnością cieszą się wędrówki na wspaniałe szczyty. Jeden z nich – Pico Duarte – to najwyższa góra całych Karaibów. Dla porównania tatrzańskie Rysy są niższe od niego o dobre pół kilometra. Ciągle toczy się spór dotyczący dokładnej wysokości wzniesienia. Znamy co najmniej trzy pomiary. Wynik pierwszego z nich rozpowszechniano jeszcze za rządów Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny (1891–1961). Wydaje się on jednak przesadzony, choć na pewno w pełni odpowiadał megalomanii dyktatora. Według niego szczyt liczy 3175 m n.p.m. Drugi – 3087 m n.p.m. – oficjalnie podają władze dominikańskie. Po raz kolejny Pico Duarte zmierzono przy pomocy technologii GPS. Zgodnie z tymi najnowszymi danymi jego wysokość wynosi 3098 m n.p.m. Obecnie ta wersja uchodzi za najbardziej bliską prawdy. Zdobycie wierzchołka nie należy do łatwych. Wyprawa wspinaczkowa może potrwać od dwóch do czterech dni, w zależności od obranej trasy oraz warunków pogodowych.
     Równie ekstremalnych wrażeń dostarczają rzeki z rwącym nurtem, na których uprawia się kanioning lub rafting (np. Yaque del Norte). Poza tym coraz popularniejsze wśród turystów staje się kolarstwo górskie. W okolicach miast Jarabacoa czy Constanza czekają natomiast zjawiskowe wodospady (m.in. Salto de Jimenoa, Salto Baiguate).
     Na koniec nie wolno też zapomnieć o flagowym produkcie kraju, czyli cygarach. Gdyby uparty Krzysztof Kolumb przestał myśleć o złocie i skupił się na tym, co była mu w stanie zaoferować dolina Cibao, współczesny rynek tytoniowy wyglądałby zapewne inaczej. Mimo to dominikańskie towary zajmują na nim poczesne miejsce. Jako przykład niech posłuży rodzinna firma Arturo Fuente, założona przez Kubańczyka na Florydzie i działająca od przeszło 100 lat, obecnie w Dominikanie. Corocznie wytwarza 30 mln cygar i wysyła je w świat. Wielbiciele „ekskluzywnego dymu”, tzw. aficionados, cenią je bardzo wysoko. Znakomite markowe produkty kupimy również np. w 700-tysięcznej stolicy regionu Santiago de los Caballeros. Zdecydowanie musimy skorzystać z tej okazji. Jeśli sami ich nie wypalimy, nietrudno będzie nam znaleźć na nie amatora... Wszak w naszym kraju nie brakuje już aficionados Dominikany.

Artykuły wybrane losowo

Japonia nieodgadniona

PAWEŁ MUSIAŁOWSKI

<< „Jeśli uważasz, że Japonia jest tajemnicza, daleka i niedostępna, to tym bardziej powinieneś się tam wybrać” – taka myśl przeszła mi przez głowę, gdy jako nastolatek marzyłem o odwiedzeniu tego niezwykłego azjatyckiego państwa, znanego mi wtedy głównie z dzieł japońskiej kinematografii. Choć dzisiaj nadal może się on jawić przybyszowi z Zachodu jako kraj pełen tajemnic, to na pewno dużo łatwiej się do niego dostać. Jednak zapomnijcie o nudnych i schematycznych wycieczkach, w trakcie których nie ma czasu na nic poza „zaliczaniem” kolejnych punktów planu i pośpiesznym robieniem zdjęć. Jeżeli chcecie naprawdę poznać kulturę Japonii, musicie stawić jej czoła sami, bo prawdziwa podróż polega na wyjściu poza własne kulturowe ograniczenia i na bezpośrednim kontakcie z drugą, odmienną społecznością. >>

Więcej…

Jamajski kalejdoskop

IZABELA RUTKOWSKA

www.podroznosci.com

 

<< „Jamaica no problem!” – to zdanie usłyszymy prawdopodobnie jako pierwsze po wyjściu z lotniska na wyspie. Ten zamieszkany przez roztańczonych, uśmiechniętych i radosnych ludzi kraj zachwyca turystów na każdym kroku. Dlatego warto go uwzględnić przy robieniu planów urlopowych. >>

Zróżnicowana krajobrazowo i kulturowo Jamajka leży na Morzu Karaibskim (w archipelagu Wielkich Antyli). Jej terytorium o powierzchni 10 991 tys. km2 zamieszkuje ok. 2,9 mln ludzi. Szacuje się, że mniej więcej 2 mln Jamajczyków żyje poza granicami kraju, głównie w Wielkiej Brytanii, USA i Kanadzie. Najwyższy szczyt wyspy to Blue Mountain Peak w paśmie Gór Błękitnych (wznosi się na 2256 m n.p.m.).

 

Zbudowane przy rajskiej plaży drewniane molo

© Michał Supieta

 

Na Jamajce spotkamy sprowadzone przez kolonistów wszechobecne mangusty oraz gekony, a na wzgórzach Hellshire (Hellshire Hills) – endemiczne legwany Cyclura collie (Jamaican iguana). Największym z tutejszych gadów jest krokodyl amerykański, który żyje jedynie w regionie rzeki Czarnej (Black River) i kilku innych miejscach. Poza tym to prawdziwy ptasi raj. Występuje tu ok. 325 gatunków ptaków, z czego 28 endemicznych. Jednym z symboli wyspy jest koliber czarnogłowy. Przy odrobinie szczęścia można go nawet spotkać. Niesamowite i łagodne manaty pojawiające się w okolicy południowego wybrzeża stały się powodem snucia przez marynarzy legend o syrenach. Średnia roczna temperatura powietrza na nizinach oscyluje między 25 a 30°C, a w wyższych partiach górskich wynosi od 15 do 22°C. Dzięki łagodnemu klimatowi Jamajka to turystyczny raj na ziemi.

 

ETIOPSKIE KORZENIE

Tutaj wszystko jest no problem, nawet jeśli ktoś ma przy sobie marihuanę. Według przepisów z 25 lutego 2015 r. dopuszcza się co prawda posiadanie 2 uncji (ok. 57 g) suszu i pięciu sztuk roślin na własny użytek oraz do celów religijnych, leczniczych i naukowych, lecz za większą ilość nadal grozi kara więzienia. Zapach marihuany unosi się w wielu miejscach. O tym, że to w 100 proc. dar natury i dlatego trzeba jej używać, dowiemy się w wiosce Rasta w okolicy Montego Bay. Warto ją odwiedzić, ponieważ dziś wcale nie tak łatwo spotkać prawdziwego rastafarianina, kojarzonego z charakterystycznym beretem w kolorach żółtym, czerwonym i zielonym i długimi po pas dredami. Rastafari to ruch społeczno-religijny, silnie zakorzeniony w kulturze Jamajki. Rozwinął się w latach 30. XX w. i rozpowszechnił w świecie, czemu sprzyjała coraz liczniejsza emigracja Jamajczyków. Rastafarianie wierzą w nauki ostatniego cesarza Etiopii Hajle Syllasje I (1892–1975), którego uważają za mesjasza, wcielenie Jaha, czyli Boga. Są przekonani, że pochodzą właśnie od przedstawicieli czystej czarnej rasy, prawdziwych potomków biblijnego króla Dawida. Kolorystyka rastafari nawiązuje do trzech kolorów etiopskiej flagi: zielonego, żółtego i czerwonego. Dniem świętym dla rastafarian jest sobota, którą celebrują tańcem, muzyką i śpiewem. Wizyta w Rasta będzie z pewnością niezapomnianym przeżyciem.

 

RAJSKA OKOLICA

W bajkowej okolicy kurortu Montego Bay warto wybrać się na spływ bambusową tratwą. Jamajski flisak z dredami i uśmiechem na twarzy opowie nam o najciekawszych momentach w historii wyspy. Można też zdecydować się na przejażdżkę konną… w morzu. Konie nie boją się pływać, co wyspiarze postanowili wykorzystać, gdy wymyślali tę atrakcję dla turystów. Jazda na końskim grzbiecie wśród ciepłych, błękitnych fal jest niezapomnianym i na pewno jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem.

Na wodach Morza Karaibskiego w pobliżu Montego Bay znajduje się poza tym kultowy „Pelican Bar”. Przy składaniu w nim wizyty łatwo się przekonać, że już sama droga może być celem, a z pewnością atrakcją. Kto dotrze łodzią do bambusowego baru, będzie rozkoszować się słońcem i widokami i popijając kolorowe drinki, obserwować pojawiające się tu często stada delfinów. Na dodatek jest to idealne miejsce na podziwianie spektakularnych wschodów i zachodów słońca.

 

Aby dowiedzieć się czegoś więcej o rastafarianach, warto odwiedzić jedną z ich wiosek

© Rappa Rasta Tours

 

ŚLADAMI JAMESA BONDA

Za 20 dolarów amerykańskich podczas ok. 45-minutowego spaceru zwiedzimy słynne jaskinie Green Grotto. Pojawiły się one w jednej ze scen filmu Żyj i pozwól umrzeć (1973), kiedy to najbardziej znany brytyjski agent grany przez Rogera Moore’a pokonał Dr. Kanangę (w tej roli Yaphet Kotto). Ich nazwa pochodzi od koloru alg porastających wapienne skały. Jeszcze do niedawna znajdowała się tutaj dyskoteka.

To zresztą właśnie na Jamajce angielski pisarz Ian Fleming (1908–1964), autor cyklu o przygodach Jamesa Bonda, postanowił wybudować w 1946 r. swoją posiadłość GoldenEye, gdzie spędzał europejską zimę. Nieopodal rybackiej miejscowości Oracabessa napisał większość powieści o agencie 007. Jego imieniem nazwano nawet pobliskie lotnisko. Po śmierci pisarza posiadłość wykupił w 1976 r. Bob Marley. Jednak już rok później rezydencja przeszła w ręce Chrisa Blackwella, założyciela wytwórni płytowej Island Records. Dziś w GoldenEye działa luksusowy resort. Aby spędzić w nim noc, trzeba zapłacić co najmniej kilkaset dolarów amerykańskich za najtańszy pokój (ceny wahają się w zależności od sezonu). Pobliska plaża nazywa się – oczywiście – James Bond Beach. To właśnie na niej były kręcone słynne sceny z Seanem Connerym i Ursulą Andress grającymi w filmie Doktor No (1962).

 

POCHODZENIE WYSPIARZY

Największym skarbem Jamajki są jej mieszkańcy. Jako potomkowie wielu narodów tworzą prawdziwą mozaikę kulturową. Zawsze uśmiechnięci, radośni, rozśpiewani i roztańczeni Jamajczycy potrafią zarazić optymizmem. Choć z Jamajką kojarzy się przede wszystkim reggae, nie można zapomnieć, że właśnie na niej narodziła się również muzyka ska czy dancehall. Tu tańczą i śpiewają praktycznie wszyscy. W hotelu obsługa bardzo często nuci coś pod nosem. Widok podrygującej w rytm podśpiewywanej melodii sprzątaczki czy kucharki to norma.

Rozśpiewane są także tutejsze kościoły. Ponad 60 proc. mieszkańców wyspy stanowią protestanci. Jamajska msza jest niczym koncert gospel. Podczas pobytu na Jamajce z pewnością warto udać się do najbliższego kościoła, żeby poczuć niezwykłą atmosferę wspólnoty oraz posłuchać fantastycznych i porywających pieśni wykonywanych na najwyższym poziomie.

                Europejczycy dotarli do wyspy w trakcie drugiej wyprawy Krzysztofa Kolumba (1451–1506). Zastali na niej Tainów, którzy stanowili większość tutejszej rdzennej ludności. Zajmowali się oni głównie rolnictwem, łowiectwem, rybołówstwem i tkactwem. Praktykowali też palenie ziół przy okazji rytuałów religijnych. To właśnie ten zwyczaj wpłynął na ukształtowanie się tradycji rytualnego palenia marihuany powszechnie kojarzonej z Jamajką. Indianie zostali całkowicie wyparci przez kolonizatorów. Tych, którzy nie zginęli z ich rąk, pokonały nieznane jak dotąd w tej części świata choroby, jak np. ospa.

Krzysztof Kolumb podobno wielokrotnie podkreślał niezwykły urok tego miejsca i uznał Jamajkę za najładniejszą z wysp Indii Zachodnich (obecnie Karaibów). Po raz pierwszy wielki odkrywca dotarł tutaj podczas swojej drugiej wyprawy w maju 1494 r. W trakcie czwartej podróży rozbił się u wybrzeży Saint Ann’s Bay (Santa Gloria), przez rok (od czerwca 1503 r. do czerwca 1504 r.) wraz z załogą próbował przetrwać wśród wrogo nastawionych do Hiszpanów rdzennych mieszkańców. Po powrocie do Hiszpanii nigdy już nie przypłynął do Nowego Świata.

Gdy zaczęło brakować rąk do pracy, hiszpańscy koloniści sprowadzili z Afryki niewolników. To właśnie oni są w dużej mierze przodkami obecnej ludności Jamajki. Na wyspie pojawiły się uprawy cytrusów, bananów i trzciny cukrowej, rozwinęła się hodowla bydła, kóz, koni, świń i kur.

Niewolnicy, którym udało się zbiec w niedostępne góry, stworzyli odrębną grupę zwaną Maronami. W 1655 r. Jamajka trafiła pod panowanie brytyjskie. Maronów długo nazywano cierniem w boku Brytyjczyków. Byli mistrzami maskowania się. Unikali otwartej walki, przygotowywali zasadzki. Pod osłoną nocy zakradali się na plantacje i plądrowali je. Pierwsza wojna Maronów, która wybuchła ok. 1728 r., zakończyła się podpisaniem traktatów pokojowych w latach 1739–1740, na mocy których otrzymali oni autonomię w okolicach miejscowości: Cudjoe’s Town (Trelawny Town), Crawford’s Town (zniszczonej w połowie XVIII stulecia), Accompong, Moore Town (wcześniej znanej jako Nanny Town), Scott’s Hall i Charles Town. To właśnie na pamiątkę tego wydarzenia odbywa się słynny Accompong Maroon Festival. Maronowie dostali ziemię w górzystej części zachodniej Jamajki, która do dziś należy do ich potomków. Miejscowi zajmują się uprawą roślin i rękodziełem. Ani ziemia, ani żadna działalność generująca dochód nie podlega tu opodatkowaniu. Co trzy, cztery lata Maronowie wybierają swojego lidera, tzw. colonela. Jeśli chcemy przeżyć coś naprawdę wyjątkowego, powinniśmy koniecznie udać się do Accompong.

 

WODOSPADY I SPORT

Ukształtowanie terenu i liczne rzeki sprzyjają powstawaniu na wyspie wodospadów. Jest ich mnóstwo. Gęsty, zielony las tropikalny potęguje wrażenie wizyty w Parku Jurajskim. Do najsłynniejszych i z pewnością najbardziej malowniczych wodospadów należą YS Falls. Znajdują się w południowo-zachodniej części Jamajki, a otacza je przepiękna roślinność. Wodospadów jest siedem, woda spływa z nich do urokliwych naturalnych basenów. Warto je pokonać pieszo. Spacer po śliskich skałach to nie lada wyczyn i atrakcja. W każdym momencie możemy liczyć na pomoc wykwalifikowanej obsługi. Ogromną frajdę z odwiedzin w tym miejscu mają również osoby nie potrafiące pływać i dzieci. Mogą korzystać z bezpieczniejszych basenów naturalnie zasilanych wodą m.in. z podziemnych źródeł. Podobną atrakcję stanowią też wodospady na rzece Dunn (Dunn’s River Falls) nieopodal kurortu Ocho Rios, które mają ok. 55 m wysokości i 180 m długości! Prosto spod szumiących kaskad można wybiec na plażę, aby zanurzyć się w ciepłym Morzu Karaibskim.

W okolicy Ocho Rios warto odwiedzić także Blue Hole, zwaną przez wielu ukrytym skarbem Jamajki. Ten magiczny wodospad i wypełnione błękitnoturkusową wodą naturalne baseny znajdują się w odległości mniej więcej 25 minut jazdy samochodem od centrum miejscowości, w gęstwinie leśnej. To idealne miejsce do kąpieli i skoków na główkę. Można w nim uciec od zgiełku zatłoczonych kurortów.

W sąsiedztwie Ocho Rios wznosi się Mystic Mountain. Jej porośnięte bujnym lasem deszczowym zbocza przyciągają osoby lubiące dreszczyk emocji. Chętni mogą tu zjechać tyrolką (Canopy Zip Line) czy udać się wyciągiem krzesełkowym na punkt widokowy. Kultową atrakcję stanowi tor bobslejowy (o długości 1 km), na którym przez cały rok można poczuć się niczym jeden z członków drużyny narodowej biorącej udział w konkurencjach bobslejowych na XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w 1988 r. w Calgary w Kanadzie. Ich historia stała się inspiracją do nakręcenia amerykańskiego filmu familijnego Reggae na lodzie (1993). Jamajska drużyna mimo nie najlepszego wyniku pod wieloma względami była wygranym tych zawodów. Zdobyła sobie ogromną sympatię kibiców na całym świecie.

Uprawianie sportu to często na wyspie przepustka do sławy i bogactwa. Jamajczycy kochają lekkoatletykę, piłkę nożną, koszykówkę, netball (głównie kobiety) czy krykieta. Ta ostatnia dyscyplina jest spuścizną po Brytyjczykach. Opowieścią o dzieciach z odległych wiosek biegających do szkoły, żeby zdążyć na lekcje, tłumaczy się czasem wybitne rezultaty jamajskich sprinterów. Obecnie za najszybszych ludzi na świecie uważa się Usaina Bolta, który zakończył karierę po Mistrzostwach Świata w Lekkoatletyce 2017 w Londynie, ale nadal jest rekordzistą naszego globu w sprincie na dystansie 100 i 200 m, Asafę Powella i Yohana Blake’a. Do sukcesu piłkarek z Jamajki przyczyniła się córka legendy reggae, Cedella Marley (urodzona 23 sierpnia 1967 r.), która zarządza rodzinną fundacją i kieruje wytwórnią płytową Tuff Gong. Dzięki jej wsparciu kobieca drużyna narodowa Reggae Girlz zakwalifikowała się po raz pierwszy w historii do finałów Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej Kobiet 2019 we Francji. Do Cedelli Marley należy również kilka linii ubrań, w tym Catch a Fire, która nazwą nawiązuje do tytułu płyty jej ojca. To właśnie ona przygotowała stroje dla jamajskich lekkoatletów na XXX Letnie Igrzyska Olimpijskie w Londynie w 2012 r.

 

PROSTO DO MORZA

W tym malowniczym kraju warto wybrać się na zachodni jego kraniec, do Negril. Dziś miejscowość ta uchodzi za kolejny znany, luksusowy kurort. Na wysuniętym w morze cyplu znajduje się latarnia morska z 1894 r., do której wchodzi się pod okiem jej opiekuna. To właśnie w Negril, na wysokim urwisku brzegowym, działa od kwietnia 1974 r. kultowa knajpka „Rick’s Cafe”. Z rozległego, piętrowego tarasu możemy podziwiać śmiałków skaczących z 40-metrowego klifu do wody. Te skoki ze specjalnie przygotowanej platformy stały się symbolem miejscowości. Dla odwiedzających to miejsce turystów są zapierającym dech w piersiach widowiskiem.

Okolice kurortu należy polecić przede wszystkim amatorom nurkowania, ponieważ właśnie u zachodnich brzegów Jamajki znajduje się najlepiej zachowana rafa koralowa w rejonie wyspy. W przejrzystych wodach Morza Karaibskiego można podziwiać niezwykłe bogactwo podwodnego królestwa. U jamajskich wybrzeży natkniemy się m.in. na homary, mureny, ośmiornice, rekiny wąsate, barakudy, lucjany, makrele, płaszczki, żółwie morskie, manaty karaibskie, papugoryby, skrzydlice, delfiny czy kraby i wiele innych gatunków zwierząt.

 

TRZCINOWE IMPERIUM

Za czasów brytyjskich Jamajka stała się jednym z największych na świecie eksporterów trzciny cukrowej. Jak grzyby po deszczu wyrastały też na niej kolejne plantacje tytoniu, indygowców, kakaowców. Jednak to uprawa trzciny cukrowej przyniosła kolonizatorom ogromne zyski. Lokalni farmerzy zostali wyparci przez bogatych plantatorów, których stać było na utrzymanie licznych niewolników. Cukier i rum okazały się żyłą złota dla przybyszy z Europy. Co ciekawe, do początku XIX w. cukier produkowano powszechnie jedynie z trzciny cukrowej. Sytuacja zmieniła się dopiero podczas wojen napoleońskich, kiedy Napoleon Bonaparte wprowadził blokadę kontynentalną na handel z Brytyjczykami w listopadzie 1806 r. Warto nadmienić, że pierwsza na świecie fabryka produkująca cukier z buraków cukrowych powstała w latach 1801–1802 we wsi Konary koło Wołowa na Dolnym Śląsku, wtedy znajdującej się w granicach Prus.

W tym okresie jednym z ważniejszych portów Jamajki było założone w 1769 r. miasto Falmouth, skąd w górę rzeki transportowano europejskie towary. Okolicę otaczają naturalne laguny. Śródlądowymi wodami z głębi wyspy przypływały do portu mniejszymi statkami cukier, rum i inne jamajskie skarby. Dziś zabytkowe miasto jest znane przede wszystkim z innego powodu. To jedno z kilku miejsc na naszym globie, gdzie występuje tak silne zjawisko bioluminescencji. Luminous Lagoon świeci się intensywnie nocą. Miliony mikroorganizmów rozwijających się w tutejszej słonej, płytkiej i ciepłej wodzie (tzw. Glistening Waters) robią piorunujące wrażenie.

Wspomniany rum jest do dziś narodowym trunkiem Jamajczyków. Powstaje ze sfermentowanego soku z trzciny cukrowej, jego koncentratu lub melasy. Im dłużej leżakuje w dębowych beczkach, tym staje się ciemniejszy, szlachetniejszy i droższy. Za najcenniejszy uchodzi tzw. rum czarny. Narodowy jamajski trunek należy niewątpliwie do produktów, które warto przywieźć z wyspy jako pamiątkę. Najlepiej odwiedzić tu jedną z destylarni, które znajdują się niemal zawsze przy większych plantacjach trzciny cukrowej (np. słynną, założoną już w 1749 r. Appleton Estate koło miejscowości Maggotty). Najbardziej znanymi markami, oczywiście poza najstarszą z nich Appleton Estate, są White Lightning, Asmussen czy lepszy gatunkowo Wray & Nephew.

 

ZAPACH KAWY

Inny jamajski trunek stanowi słynny likier kawowy Tia Maria. Jego historia sięga połowy XVII stulecia. Legenda mówi, że kiedy piękna i młoda hiszpańska arystokratka uciekała z Jamajki przed zawieruchą kolonialnej wojny z Brytyjczykami, jej służąca uratowała rodzinny skarb, małą szkatułkę z kolczykami z czarnymi perłami i starym rękopisem z przepisem na ten tajemniczy likier. To właśnie na cześć tej odważnej kobiety nadano mu nazwę Tia Maria, co oznacza ciocię Marię. Ten wyśmienity trunek produkuje się z tutejszych ziaren kawowych i rumu oraz wanilii z Madagaskaru i cukru.

Jamaica Blue Mountain Coffee uchodzi za jedną z najlepszych i najdroższych kaw na świecie. Sami mieszkańcy zwykle jej nie piją, głównie ze względów finansowych. Picie kawy nie należy też do ich zwyczajów. Najsłynniejsze plantacje kawowców znajdują się w trudniej dostępnych Górach Błękitnych (Blue Mountains) na obszarze jedynie 7 tys. ha, na wysokości między 910 a 1700 m n.p.m. Terenów upraw nie wolno powiększać. Krzewy rosną na bardzo stromych i zamglonych zboczach górskich. Jamaica Blue Mountain Coffee ma niezapomniany zapach i intensywny smak. Najlepiej spróbować jej na jednej z plantacji ukrytych między zielonymi stokami Gór Błękitnych. Widoki w regionie Blue Mountains zapierają dech w piersiach. Za każdym zakrętem górskiej drogi pojawiają się jeszcze piękniejsze pejzaże. Wizyta w górach wznoszących się we wschodniej części wyspy to również idealna okazja, żeby przyjrzeć się życiu jamajskich farmerów lub odwiedzić kolejną, bardziej niedostępną wioskę rastafarian. Właśnie Blue Mountains zainspirowały Boba Marleya do napisania przeboju Natural Mystic.

 

Leżące we wschodniej części Jamajki Góry Błękitne porastają gęste tropikalne lasy

© Michał Supieta

 

NIE TYLKO MUZYK

Robert Nesta Marley (1945–1981) był największym popularyzatorem reggae, muzyki ludu, która narodziła się na podwórkach slumsów w Kingston, stolicy kraju. Grając i tańcząc, ludzie łączyli się z duchami Afryki i czuli się wolni, kiedy wokół coraz bardziej odczuwalne stawały się napięcia społeczne będące konsekwencją nasilającego się konfliktu politycznego.

Bob Marley był dzieckiem młodziutkiej Sidilli Malcolm (1926–2008) i oficera brytyjskiej marynarki wojennej i nadzorcy plantacji Norvala Marleya, który widział syna dwa razy (zmarł na atak serca w 1955 r. w wieku 70 lat). Urodził się w małej wiosce Nine Mile w regionie Saint Ann. Warto odwiedzić jego rodzinny dom, w którym urządzone zostało muzeum. Oprowadzają po nim przewodnicy opowiadający w charakterystycznej jamajskiej odmianie języka angielskiego o życiu króla reggae. Zwiedzanie przerywane jest najsłynniejszymi piosenkami muzyka. To najlepsze miejsce, żeby posłuchać takich przebojów jak Could You Be Loved, Exodus, Get Up, Stand Up, I Shot the Sheriff, Is This Love, No Woman, No Cry, One Love, Redemption Song czy Stir It Up. Za wysoką bramą znajduje się mauzoleum Boba Marleya, gdzie rastafarianie składają mu hołd, paląc święte zioło.

Król reggae jeszcze za życia stał się legendą. W grudniu 1976 r. po nieudanym zamachu w jego domu wystąpił na koncercie Smile Jamaica. Na koncercie One Love Peace w kwietniu 1978 r. w Kingston, kiedy to w wyniku nasilających się protestów społecznych i wojny gangów kraj stanął na krawędzi wojny domowej, Bob Marley w symbolicznym geście połączył nad głową dłonie skonfliktowanych polityków przeciwnych partii Michaela Manleya i Edwarda Seagi.

Muzyk zmarł 11 maja 1981 r. w szpitalu w Miami w Stanach Zjednoczonych w wieku zaledwie 36 lat. Przegrał długą i bolesną walkę z czerniakiem złośliwym. Jego ciało zostało wystawione na 35-tysięcznym stadionie narodowym (Independence Park) w Kingston z Biblią otwartą na Psalmie 23 (nazywanym pasterskim, zaczynającym się od słów Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego) i czerwoną gitarą elektryczną Gibson Les Paul. Kondukt pogrzebowy wyruszył z jamajskiej stolicy i pokonał ok. 90 km w drodze do Nine Mile. Żona Rita wraz z dziećmi uczciła Boba Marleya jego piosenkami. Pośmiertnie (w marcu 1994 r.) uhonorowano go w muzeum Rock and Roll Hall of Fame w Cleveland w USA. Na widowiskowy letni festiwal Red Stripe Reggae Sumfest w Montego Bay przybywa co roku ponad ćwierć miliona fanów z całego świata. Najbliższa jego edycja odbędzie się w dniach 14–20 lipca 2019 r. To obecnie największy na świecie festiwal muzyki reggae.

 

ZWIEDZANIE ZE SMAKIEM

Rastafarianie, którzy z założenia unikają mięsa, mieli także wpływ na jamajską kuchnię. Wyspiarze są miłośnikami mięsnych potraw z grilla, jednak wegetarianie też znajdą tu szeroki wybór dań. W kulinariach Jamajki można dostrzec przede wszystkim wpływy afrykańskie i brytyjskie, ale również hiszpańskie, irlandzkie, chińskie, kreolskie czy hinduskie. Te ostatnie przejawiają się np. w stosowaniu mieszanek curry w wielu przepisach. Symbolem kuchni jamajskiej jest charakterystyczna marynata jerk. W jej skład wchodzą m.in. ziele angielskie (owoce korzennika lekarskiego, drzewa pimentowego), papryka scotch bonnet (karaibska czerwona papryka), tymianek, zewnętrzna skórka gałki muszkatołowej, cebula i czosnek. Jerk to także sposób przyrządzania mięsa. Tradycja ta sięga jeszcze czasów rdzennych mieszkańców wyspy, którą kontynuowali Maronowie. Duże płaty mięsa nacierali chili i miejscowymi ziołami, a następnie piekli nad ogniem. Był to doskonały sposób utrzymywania świeżości. Dziś nazwą jerk określa się też typ grilla, często domowej konstrukcji, który można ujrzeć na Jamajce niemal na każdym rogu.

Bardzo popularna jest tutaj koźlina, serwowana na wiele sposobów np. z curry lub grillowanymi owocami i warzywami. W prawie każdej potrawie znajdziemy duże ilości małej, zielonej cebulki, w której lubują się mieszkańcy tej karaibskiej wyspy. Często używa się również ziela angielskiego, imbiru czy tymianku. Gałązkami korzennika lekarskiego opalane są grille, co nadaje daniom dodatkowe walory smakowe. Nie sposób nie wspomnieć też o ackee. Owoc bligii pospolitej, w postaci surowej trujący, stanowi nieodłączny dodatek do solonej ryby (ackee and saltfish uchodzi za narodową potrawę). Roślina ta pochodzi z zachodniego wybrzeża Afryki. Podczas kulinarnych poszukiwań na Jamajce spotkamy się z pewnością z daniem callaloo. Jamajczycy określają tą nazwą szarłat (amarantus). Potrawka ta wyglądem i smakiem przypomina nieco gotowany szpinak. Dodaje się do niej na ogół, oprócz liści amarantusa, okrę (piżmiana jadalnego), sól, cebulę, pomidory, czosnek, paprykę scotch bonnet, miejscowe przyprawy i duże ilości pysznych, świeżych krewetek lub soloną rybę. Na Jamajce warto zaopatrzyć się w ostre sosy, z których również słynie ten rozśpiewany i roztańczony kraj.

Błogi wypoczynek na tej karaibskiej wyspie to marzenie wielu osób. Nie ma w tym nic dziwnego, bo znajdziemy na niej jedne z najpiękniejszych piaszczystych plaż na świecie. Jamajka jest prawdziwym rajem dla miłośników sportów wodnych, ludzi kochających smaczną i zdrową kuchnię, dziewiczą naturę oraz muzykę i taniec. Wśród licznych hoteli o rozmaitym standardzie każdy wybierze z pewnością coś dla siebie. Na wyspę uruchomiono poza tym bardzo korzystne cenowo połączenia czarterowe (Warszawa – Montego Bay, już od 1699 złotych w obie strony!). Jamajka to zdecydowanie jedno z tych pasjonujących miejsc, do których wciąż chce się wracać.

 

Wydanie jesień-zima 2018

W indonezyjskiej krainie rozmaitości

ANNA MARIA KRAJEWSKA

DAWID ZASTROŻNY

 

W różnorodności siła – to narodowe motto Indonezji wyjątkowo trafnie opisuje ten piękny kraj. Składa się na niego ponad 17,5 tys. wysp, z czego „jedynie” ok. 6 tys. jest zamieszkałych, 300 grup etnicznych, więcej niż pół tysiąca języków. To największe wyspiarskie państwo świata (mające powierzchnię ponad 1,9 mln km2) przyciąga turystów błękitem swoich wybrzeży, zielenią tropikalnych lasów, doskonałymi miejscami do nurkowania i tajemnicą groźnych wulkanów. Aż trudno w to uwierzyć, że te tysiące wysp u południowo-wschodnich krańców Azji, o zróżnicowanej geografii, historii, przyrodzie i tradycjach, należą do jednego kraju – Republiki Indonezji… Indonezyjczycy są niezwykle otwarci i tolerancyjni, bliska jest im postawa szacunku dla innych, dla różnorodności kulturowej. Nic więc dziwnego, że odwiedzający ich goście z całego świata czują się tutaj naprawdę dobrze i bezpiecznie.

Więcej…