MAGDALENA BARTCZAK

<< Kambodża, pełna magicznych krajobrazów i ciężko doświadczona przez historię, fascynuje bogactwem swojej kultury. Mimo iż ten niewielki kraj położony w Azji Południowo-Wschodniej od lat stanowi jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc regionu, to nadal kryje w sobie tajemnice i złożoności, które trudno przeniknąć i zrozumieć. >>

Liczące ponad 15 mln mieszkańców Królestwo Kambodży po wielu latach wojen, dyktatur oraz eksperymentów społecznych dopiero od niedawna cieszy się spokojem i względną stabilizacją. Choć coraz skuteczniej odbudowuje swoją gospodarkę, to nadal należy do najuboższych azjatyckich państw – niemal jednej trzeciej społeczeństwa dane jest tu żyć za niewiele ponad dolara dziennie, a rozwojowi ekonomicznemu nie sprzyja bardzo wysoki poziom korupcji. W związku z tą sytuacją Khmerzy dokonali nawet specjalnej przeróbki buddyjskiej maksymy Za czynienie dobra dostaniesz dobro, za czynienie zła – zło i mówią: Za czynienie dobra dostaniesz dobro, za czynienie zła – samochód. Nie sposób zapomnieć o wciąż trapiących Kambodżę problemach, ale też równie trudno nie poddać się jej wielkiej magii. Ten nieduży kraj (ok. 181 tys. km² powierzchni), leżący nad Mekongiem i rozpięty między zanurzonymi w soczystej zieleni górami Dangrek oraz lazurową Zatoką Tajlandzką, zachwyca bogactwem przyrody i kultury. Co istotne, podróżuje się po nim łatwo, tanio i bezpiecznie, a do najlepszych środków transportu zalicza się autokary i mikrobusy – znacznie szybsze i posiadające lepszą siatkę połączeń niż kambodżańska kolej.
Za miejscową ciekawostkę uchodzi unikatowy pociąg zbudowany z bambusa. Ku zdziwieniu korzystających z niego podróżników to również jedyny tego typu pojazd szynowy, który w mgnieniu oka można rozłożyć na części. Składa się on z platformy na kołach napędzanej silnikiem. Gdy na wspólnym torze jadą naprzeciwko siebie dwie jednostki, jedną z nich się zatrzymuje i w celu uniknięcia kolizji przenosi dalej. Ta wyjątkowa maszyna, określana khmerskim słowem nori, kursuje aktualnie na krótkim odcinku w okolicy ponad 200-tysięcznego miasta Battambang (Bătdâmbâng), ale niegdyś jej trasa liczyła powyżej 300 km! Pierwsze przejazdy odbywały się, gdy Kambodża była francuską kolonią (w latach 1863–1953), a w okresie rządów Czerwonych Khmerów (1975–1979) zostały one na dłuższy czas wstrzymane. Kilkanaście lat temu ten tradycyjny, zadziwiający swoją prostotą wehikuł, przenoszący pasażerów do przeszłości, znów wyruszył na tory i od tamtej chwili dostarcza niezapomnianych wrażeń.

 

ATLANTYDA W ŚRODKU DŻUNGLI
Jednak tym, co stanowi największą atrakcję tego królestwa, przyciągającą podróżników z całego świata, jest kompleks Angkor – jeden z najbardziej niezwykłych cudów architektonicznych Azji, odwiedzany co roku przez ponad 2 mln gości. Najłatwiej dotrzeć do niego autobusem bądź trójkołową taksówką tuk-tuk z 200-tysięcznego Siem Reap, gdzie znajdują się dziesiątki agencji turystycznych, restauracji, hoteli i niskobudżetowych hosteli. Szczególnie w centrum miasta mocno odczujemy nastawienie na zagranicznych podróżników: wokół Starego Bazaru (Psar Chaa, Psah Chas) działają liczne sklepy z pamiątkami, bary w zachodnim stylu czy salony masażu – wszystko w celu zaspokojenia potrzeb przyjezdnych. Urokliwa, ale niczym niewyróżniająca się miejscowość funkcjonuje głównie jako świetna baza wypadowa do położonego ok. 5 km dalej Angkoru. To właśnie z tego miejsca, określanego jako dusza Kambodży, wypada zacząć naszą opowieść o państwie, które niegdyś – w momencie powstania tego ogromnego kompleksu pałaców i świątyń (między IX a XV w.) – nosiło miano Imperium Khmerskiego bądź Imperium Angkoru. Tu rozpoczęła się i zakończyła potęga monarchii, obejmującej w okresie największego rozkwitu poza dzisiejszym obszarem kraju także terytorium współczesnego Laosu, Tajlandii, Wietnamu, część Birmy oraz Półwyspu Malajskiego. Bajecznie bogatą stolicę khmerskiej cywilizacji w czasach jej świetności zamieszkiwał według szacunków mniej więcej milion ludzi, co czyniło z niej najbardziej zaludnioną metropolię średniowiecznego świata!

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Stragany na barwnym targu w Siem Reap


     Aż trudno uwierzyć, że przez lata wspaniałe skarby Angkoru ukryte w głębi tropikalnej dżungli pozostawały nieznane reszcie globu. Odkryto je dopiero w 1860 r., gdy na ślady starożytnego miasta natknął się Henri Mouhot (1826–1861) – francuski podróżnik, który wyruszył do ówczesnych Indochin z zamiarem przepłynięcia Mekongiem do Chin. Po drodze postanowił jednak wymienić łódź na wóz i przeprawić się przez lasy. Po paru tygodniach wędrówki trafił na zarośnięte bujną zielenią ruiny, których widok nie zapowiadał początkowo wagi tego znaleziska. Żeby zrozumieć, z jakim rozmachem stawiano khmerską stolicę, potrzeba było kilkudziesięciu kolejnych lat: na obszarze przeszło 400 km² odkryto wiele niesamowitych budowli, przede wszystkim zespołów sakralnych oraz pałacowych.
     Za najznakomitszy z obiektów uznaje się Angkor Wat – świątynię wzniesioną na polecenie króla Surjawarmana II. To arcydzieło architektury poświęcone bogowi Wisznu, z którym władca się identyfikował, stanowiło efekt pracy ok. 120 tys. niewolników podczas jego panowania (1113–ok. 1145–1150). Zostało stworzone jako przyszły królewski grobowiec, ale jak na ironię sam inicjator budowy nie dożył jej końca. Angkor Wat zajmuje powierzchnię ponad 2 km² i jest kluczową atrakcją parku archeologicznego, mieszczącego w swoich granicach kompleksy sakralne, królewskie pałace, ulice i inne pamiątki po „wspaniałym mieście”, jak określano starożytną stolicę. Można w nim zwiedzić też m.in. słynącą z 216 ogromnych twarzy Awalokiteśwary świątynię Bayon stojącą w centrum Angkor Thom czy długi na 350 m Taras Słoni, na którym znajduje się wielka płaskorzeźba przedstawiająca te zwierzęta idące w orszaku bądź podczas łowów. Nie sposób pominąć również malowniczego obiektu świątynnego Ta Prohm, gęsto pokrytego korzeniami drzew i jednego z nielicznych zachowanych w stanie zbliżonym do tego, w jakim go znaleziono. Godna uwagi wydaje się także wspinająca się pod niebo świątynia Baphuon z połowy XI stulecia. Postawiono ją w centralnej części ośrodka Angkor Thom i zbudowano na wzór mitycznej góry Meru, oznaczającej według hinduistycznej i buddyjskiej kosmologii oś ziemi. Cały Angkor wypełniają zresztą podobnego rodzaju świadectwa niezmiernie bogatego khmerskiego dziedzictwa. Należą do nich np. wszechobecne na ścianach wizerunki tańczących postaci, zwanych apsarami. Do dziś ten rytualny taniec świątynny stanowi jeden z najważniejszych elementów kambodżańskiej kultury, a choreografia tancerek, uznawanych za wysłanniczki bogów i przodków, opowiada o mitologicznych początkach narodu.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Bayon ma 54 wieże z 216 ogromnymi rzeźbami twarzy Awalokiteśwary


     W trakcie spaceru wśród tutejszych ruin można poczuć się jak odkrywca, bowiem odcięte od świata miasto wciąż przypomina krainę zatrzymaną w czasie i żyjącą wspomnieniami dawnej chwały. Spoglądając na brunatne kamienie murów pokrytych lianami, gęstą trawą lub mchem, nie tak łatwo sobie wyobrazić potęgę Angkoru, którego upadek rozpoczął się w 1431 r., gdy zaatakowali go i ograbili Tajowie. Centrum tracącego wówczas na sile imperium przeniesiono do położonego ponad 300 km na południowy wschód Phnom Penh. Tego miejsca również nie wolno nam ominąć w naszej podróży.

 

SMAKI I ZAPACHY DAWNYCH INDOCHIN
Zanim jednak przeniesiemy się do współczesnej stolicy, warto dodać, że Kambodża to kraj jak na Azję dość nietypowy. Na kontynencie charakteryzującym się przepełnionymi metropoliami pozostaje jednym z nielicznych państw, w których ośrodki miejskie są słabo zaludnione, a zdecydowana większość ludzi (mniej więcej 75 proc. społeczeństwa) mieszka w wioskach. Także większe miasta, takie jak spokojne Battambang czy malownicze 120-tysięczne Kampong Cham (Kâmpóng Cham), mają leniwy, prowincjonalny klimat.
     Podobne wrażenie robi też ponad 1,5-milionowy Phnom Penh, szczególnie jeśli porównamy go do innych azjatyckich stolic, np. kosmopolitycznego malezyjskiego Kuala Lumpur lub gwarnego tajskiego Bangkoku. Nie sposób jednak odmówić mu uroku. Przez lata uchodził za prawdziwą perłę Indochin – jedną z najbogatszych i najbardziej rozwiniętych metropolii regionu. Niegdyś szczycący się szerokimi bulwarami i olśniewającą kolonialną architekturą ośrodek, dziś wydaje się bardziej chaotyczny z powodu zniszczonej przez burzliwą historię zabudowy, ale nadal kryje w sobie pewną magię i tajemnicę. To właśnie w Phnom Penh znajdują się również najlepsze restauracje, w których warto spróbować kambodżańskiej kuchni – z pozoru prostej, lecz pełnej egzotycznych składników i dostarczającej podniebieniu niezapomnianych wrażeń. Do najsmakowitszych jej specjalności zalicza się amok, czyli ryba w paście curry zwanej kroeung, gotowana na parze w liściach bananowca (danie występuje też w wersji z kurczakiem). Można ją kupić w knajpkach położonych m.in. wśród labiryntu straganów i uliczek Rosyjskiego Targu (Phsar Toul Tom Poung). Unoszą się tu aromaty, o jakich trudno nam będzie zapomnieć: zapachy trawy cytrynowej, kardamonu, chilli bądź ryb, z których przyrządza się pastę prahok, należącą do najbardziej charakterystycznych smaków tego kraju.

FOT. WIKIMEDIA COMMONS/ARNAUD-VICTOR MONTEU

Pałac Królewski w Phnom Penh z ceremonialną salą tronową


     Kiedy już odpowiednio się posilimy i zechcemy wyruszyć na spacer po Phnom Penh, nasze zwiedzanie najlepiej rozpocznijmy od Pomnika Niepodległości – górującego nad miastem monumentu upamiętniającego wyzwolenie Kambodży z rąk Francuzów w 1953 r. Ta 20-metrowa konstrukcja z czerwonego kamienia, przypominająca swoim kształtem wieże świątyń w Angkorze, szczególnie efektownie wygląda wieczorem, gdy podświetlają ją reflektory w kolorach flagi narodowej (białe, niebieskie i czerwone). Miejscem, którego nie można przegapić w stolicy, jest także Pałac Królewski ze Srebrną Pagodą (Wat Preah Keo). Jej nazwa pochodzi od podłogi wyłożonej ponad 5 tys. płytek z prawdziwego srebra. Właśnie tutaj przechowuje się kolekcję bezcennych dla rodzimej kultury przedmiotów, np. kryształowego Buddę (zwanego potocznie „kambodżańskim Szmaragdowym Buddą”), królewską lektykę czy naturalnej wielkości wizerunek Buddy Maitrei, inkrustowany ok. 9,5 tys. diamentów. Jeśli będziemy chcieli zobaczyć jeszcze więcej khmerskich skarbów, powinniśmy koniecznie złożyć też wizytę w pobliskim Muzeum Narodowym Kambodży, gdzie zgromadzono eksponaty pochodzące z epoki świetności Angkoru.
     W historię Kambodży w istotny i – niestety – niezmiernie tragiczny sposób wpisał się inny obiekt odwiedzany przez podróżników przybywających do Phnom Penh. Mowa o Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng, służącym w czasach reżimu Czerwonych Khmerów (1975–1979) jako Więzienie Bezpieczeństwa 21 (S-21). Podobnie jak znajdujące się w pobliżu miasta masowe groby, znane jako pola śmierci (np. Choeung Ek), stanowi ono dziś symbol rządów, które w ciągu kilku lat zniszczyły kraj i pozbawiły życia niemal 2 mln ludzi. 17 kwietnia 1975 r. armia frakcji komunistycznej zajęła stolicę. Zmieniono nazwę państwa na Demokratyczną Kampuczę i rozpoczęto tzw. Rok Zerowy – nową epokę w dziejach. Rewolucjoniści pod wodzą Pola Pota (1925–1998) przystąpili do niszczenia ośrodków i wysiedlania z nich ludności, kierowanej następnie do niewolniczej pracy na roli. Zamykali szkoły, szpitale, fabryki i banki, likwidując przy tym własność prywatną, uznaną za przeżytek kapitalizmu. Również kultywowanie religii, z założenia stojącej w sprzeczności z ideologią komunizmu, zostało surowo zakazane, co dla jednego z najbardziej wiernych buddyzmowi społeczeństw na świecie było wielkim ciosem. Ofiarami nowego systemu początkowo stały się osoby związane z wcześniejszą władzą i intelektualiści, ale wkrótce potem do jego wrogów należał praktycznie każdy, Czerwoni Khmerzy nie oszczędzali nawet dzieci. Szacuje się, że przez kilka lat trwania ich krwawych rządów w murach samego Tuol Sleng przetrzymywano i torturowano ok. 16–20 tys. ludzi. Dziś budynki więzienia są zachowane w identycznym stanie, w jakim pozostawili je ich zarządcy – tak samo wyglądają choćby cele więźniów i narzędzia tortur. Z tego względu kompleks wywiera na zwiedzających jeszcze mocniejsze wrażenie, a jednocześnie przypomina o tym, że o tragicznym rozdziale kambodżańskiej historii trudno będzie zapomnieć.

 

SKARBY PRZYRODY
Ten piękny kraj ma w sobie coś, co sprawia, iż wielu podróżników zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia albo raczej od pierwszej wizyty. Mowa o jego przyrodzie – bujnej, dzikiej, różnorodnej i, przynajmniej na razie, nieskażonej wpływami turystyki. Na północy Kambodży, tuż przy granicy z Tajlandią, wznoszą się niewysokie (średnio 500-metrowe), niemal niezasiedlone i porośnięte gęstymi wiecznie zielonymi lasami równikowymi góry Dangrek. W regionie południowym z kolei kuszą nadmorskie kurorty oraz niebiańskie plaże nad Zatoką Tajlandzką Morza Południowochińskiego. Wśród malowniczych pól ryżowych w środku kraju leżą natomiast liczne wioski zamieszkane przez pogodnych i bardzo pomocnych ludzi. Kilkanaście z nich znajduje się na jeziorze Tonle Sap – uznawanym za największe w całej Azji Południowo-Wschodniej. Jego powierzchnia wynosi 2,7 tys. km², a w porze deszczowej dochodzi nawet do 16 tys. km². Możemy tu podziwiać pływające wsie rybackie i osiedla na palach. W wodach Tonle Sap występuje ok. 200 gatunków ryb, węże, żółwie i krokodyle. Przy brzegach żerują m.in. indyjskie marabuty i pelikany, wężówki, rybożery białosterne czy hubarki bengalskie. Jednak największe wrażenie robi na przyjezdnych codzienne życie mieszkańców tej odciętej od świata krainy. Toczy się ono własnym rytmem wśród kolorowych domów zbudowanych na drewnianych palach obmywanych przez fale.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Drewniana łódka mieszkańców wiosek na jeziorze Tonle Sap


     Jeśli z okolic Tonle Sap skierujemy się jeszcze bardziej na południe, w stronę wybrzeża, to trafimy do jednego z najbardziej niezwykłych parków narodowych w Kambodży – Phnom Bokor. Pełno w nim oszałamiających wodospadów, soczyście zielonej roślinności i egzotycznych zwierząt. Stąd już blisko do dwóch nadmorskich miejscowości: uroczego Kampot (Krong Kampot) i nieco melancholijnego Keb (Kep). Choć same w sobie wydają się nie mieć zbyt wielu atrakcji, warto zostać w nich choćby na jeden dzień, aby nacieszyć się ich senną atmosferą oraz knajpkami z tanimi daniami z owoców morza i piwem Angkor.
     Za najpopularniejsze miasto w rejonie Zatoki Tajlandzkiej uważa się jednak zdecydowanie Sihanoukville (Krong Preah Sihanouk), nazwane tak na cześć dawnego króla Norodoma Sihanouka. Zmarły 15 października 2012 r. w Pekinie władca od chwili koronacji w 1941 r. pełnił tyle różnych funkcji jako polityk, że... zapisano go w Księdze rekordów Guinnessa. Cieszył się też wątpliwą sławą playboya, oficjalnie był dwukrotnie żonaty i spłodził czternaścioro dzieci. Słynął poza tym z miłości do szybkich samochodów i organizowania wystawnych balów, nałogowo oglądał filmy i nakręcił niemal 30 produkcji, w których często obsadzał w roli głównej samego siebie. Miłość króla do siódmej muzy okazała się dziedziczna: jego syn Norodom Sihamoni (ur. w 1953 r.), również mający opinię ekscentryka i rządzący Kambodżą od 2004 r., studiował m.in. reżyserię w Korei Północnej i parokrotnie próbował swoich sił w dziedzinie kinematografii.
     Wróćmy jednak do Sihanoukville. To z pewnością miejscowość, której nie można ominąć w trakcie wyprawy do tego azjatyckiego kraju, szczególnie jeśli planuje się parę dni odpoczynku wśród palm, skorzystanie z wieczornych rozrywek i zakup tradycyjnych pamiątek. Osoby szukające ciszy, szerszych i rozleglejszych plaż oraz rejonów do uprawiania snorkelingu bądź nurkowania powinny popłynąć łódką na jedną z okolicznych wysp, np. Koh Rong (78 km² powierzchni). Znajduje się tutaj kilka niewielkich osad rybackich, swojskich restauracji oraz prostych pensjonatów i hosteli, prowadzonych zwykle przez całe rodziny. Na tym rajskim skrawku lądu odkryjemy małe zatoczki, które zachwycają śnieżnobiałym piaskiem i przejrzystą, turkusową wodą. Nad nimi góruje dziewicza przyroda – niemal całą Koh Rong porasta niezamieszkana i niełatwa do przejścia dżungla, zaczynająca się za wioskami i wybrzeżem. Podobnie jest w przypadku jeszcze mniejszej i praktycznie bezludnej wysepki Koh Rong Sanloem (24,5 km² powierzchni i 300 mieszkańców), oddalonej stąd zaledwie o parę kilometrów i półgodzinny rejs łodzią. Warto na nią zajrzeć choćby na jedno popołudnie, aby nacieszyć się prawdziwie niebiańską plażą i błogim spokojem, ale ostrzegamy… powrót do cywilizacji z tego pięknego snu okaże się niesamowicie ciężki. Podobnie trudny może być zresztą moment wyjazdu z samej Kambodży: fascynującej, pełnej wielu nieoczywistych skarbów i wciąż nieodkrytej przez turystów.

Artykuły wybrane losowo

Słowackie perły – góry i gorące źródła

ROBERT PAWEŁEK

 

Aby posiedzieć w naturalnym gorącym jacuzzi, nie musimy wybierać się aż do Vichy czy Baden-Baden. Termalny raj leży tuż za miedzą – na Słowacji. Natura hojnie obdarowała ten niewielki kraj, w którym doliczono się około 1300 gorących źródeł z wodą mineralną. U naszych południowych sąsiadów mamy do wyboru 23 uzdrowiska wyposażone w aquaparki, kąpieliska, termy i hotelowe SPA. Niektórzy żartują więc, że słowackie morze znajduje się pod ziemią. Słowacja to jednak nie tylko gorące źródła, ale także piękne góry z nowoczesnymi ośrodkami narciarskimi, które co roku poszerzają swoją ofertę i rozbudowują infrastrukturę. Ten kraj jest prawdziwym rajem dla miłośników białego szaleństwa. Mogą oni tutaj przeżyć zimą niezapomnianą przygodę – połączyć jazdę na nartach z relaksem w wodach termalnych.

Więcej…

Gorąca zima na Węgrzech

NOÉMI PETNEKI

                                                                                  FOT. MAGYAR TURIZMUS ZRT FOTOTAR

<< Gdy za oknem robi się szaro i smutno, a dzień szybko przemienia się w wieczór, nic tak nie poprawia nastroju, jak ucieczka myślami od zimowej aury i… zaplanowanie bliższej lub dalszej podróży do jakiegoś interesującego zakątka Europy i świata. Doskonałym kierunkiem na niedaleką wyprawę będą z pewnością Węgry, gdzie zimą słońce świeci nieco częściej i mocniej niż w Polsce, a w dodatku można rozgrzać się w licznych kąpieliskach i basenach termalnych albo wyśmienitych winiarniach. A jeśli do tego wszystkiego wspomnimy jeszcze o wspaniałych zabytkach Budapesztu, Wyszegradu czy Ostrzyhomia, to sami musicie przyznać, że kraj naszych bratanków jest niezmiernie atrakcyjny również i zimą! >>

Oprócz Mostu Łańcuchowego, Placu Bohaterów, Zamku Królewskiego, gmachu parlamentu, Parku Miejskiego i basenów termalnych stolica Węgier oferuje wiele innych, mniej znanych czy też nowo powstałych atrakcji. Stanowi też wygodną bazę wypadową do organizacji wycieczek po okolicy ze względu na doskonałe połączenia drogowe, a także szerokie możliwości komunikacji publicznej. Wyprawa do Budapesztu i nad Zakole Dunaju to propozycja zarówno dla wielbicieli leniwych spacerów śladami historii, jak i amatorów aktywnego odpoczynku w każdym wieku.

Więcej…

Jedno oko na Maroko

cd6_5_09.jpg

Oaza blisko Al-Ujun (Laâyoune), największego miasta Sahary Zachodniej

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


MARCIN WROŃSKI


Afryka Północna ze względu na niezwykle ciepły klimat, swoje położenie w bliskim sąsiedztwie Europy, bogactwo wspaniałych zabytków i dobrze rozwiniętą infrastrukturę turystyczną, mimo ostatnich burzliwych wydarzeń na Bliskim Wschodzie i w państwach Maghrebu, wciąż stanowi jeden z najpopularniejszych kierunków podróży Polaków. Najczęściej jednak nadal wybieramy się tutaj na wypoczynek do Egiptu i Tunezji, które i tak w wyniku zawirowań politycznych i zagrożenia zamachami terrorystycznymi stały się największymi przegranymi tego roku. W tej części kontynentu afrykańskiego zupełnie niesłusznie dość często omijamy inny przepiękny kraj, posiadający malownicze wybrzeże zarówno nad Morzem Śródziemnym, jak i nad Oceanem Atlantyckim. Pora więc poznać bliżej Maroko – fascynującą krainę z arabskiego snu.


récolte_des_roses_.jpg

Z płatków róży damasceńskiej produkuje się drogocenny olejek

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Na zachód od Egiptu leży region określany przez Arabów jako Maghreb (od al-Maghrib, czyli „zachód”). Nazwą tą obejmuje się współcześnie Tunezję, Libię, Algierię, Mauretanię, sporne terytorium Sahary Zachodniej i właśnie Maroko. Największymi grupami etnicznymi w tym ostatnim 34-milionowym państwie są Arabowie i Berberowie. Ok. 35 km dzieli marokańskie miasto Tanger od hiszpańskiej miejscowości Tarifa, położonej po przeciwnej stronie Cieśniny Gibraltarskiej. Afryka jest więc tylko kilka kroków od Europy.


My, Polacy, przywykliśmy mawiać: ładną mamy jesień tego lata. W tym roku jednak pogoda dopisała i długo mogliśmy cieszyć się słońcem. Niestety, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i po ciepłych, letnich miesiącach nastały chłodniejsze, jesienno-zimowe. W drodze na lotnisko pomyślałem więc, że to naprawdę wyśmienity moment, aby odwiedzić Maroko.


Lekarstwo na chłody

Klimat tego kraju kształtują Atlantyk i Morze Śródziemne oraz Sahara i łańcuchy górskie, m.in. Atlas Wysoki. Latem na równinach oraz obszarach pustynnych i półpustynnych notuje się nawet 50°C. Zimą na wybrzeżu termometry wskazują mniej więcej 12°C, a w górach pada śnieg. Te ekstremalne wyjątki nie oddają jednak przeciętnych warunków pogodowych w Królestwie Marokańskim. Średnia temperatura roczna wynosi 17–20°C. Gdzieniegdzie poziom słupka rtęci prawie nie zmienia się przez okrągłe 12 miesięcy (np. w przepięknej Essaouirze – As-Sawirze, o której trochę więcej później). Nad oceanem klimat jest łagodniejszy i chłodniejszy w porównaniu z wnętrzem kraju. Pogoda w strefie Morza Śródziemnego przypomina tę z jego przeciwległego hiszpańskiego brzegu. Kto chce się porządnie wygrzać, powinien więc przyjechać latem, a kto nie lubi upałów – wiosną lub jesienią, wszystko zależy od indywidualnych upodobań. Maroko zaprasza nas do siebie przez cały rok.


„Bóg, Ojczyzna, Król”

village_dadai.jpg

Miasteczko Tafraout w Antyatlasie

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Taki właśnie gigantyczny napis, widoczny zarówno w dzień, jak i w nocy, góruje nad Agadirem i uchodzi za jego wizytówkę. Dzięki międzynarodowemu portowi lotniczemu (Agadir-Al Massira), blisko 10 km bardzo szerokich piaszczystych plaż oraz ok. 300 słonecznym dniom w roku to właśnie to miasto uznaje się za najpopularniejszy marokański kurort. Rozbudowana baza noclegowa i bogata oferta wycieczek w te strony czynią z niego najłatwiej chyba dostępne miejsce w Maroku. Osoby planujące podróże samodzielnie również bez problemu zorganizują swój wyjazd do Agadiru nad Oceanem Atlantyckim.


Wspomniany napis może posłużyć do krótkiej charakterystyki tego północnoafrykańskiego państwa. To kraj islamski, ale zamieszkany też przez chrześcijan i żydów. Przedstawiciele różnych religii żyją tu jednak ze sobą w zgodzie. Także muzułmanów nie obowiązują restrykcyjne nakazy. Nie są zmuszeni modlić się pięć razy dziennie – do meczetu udają się ci, którzy odczuwają taką potrzebę. Jeśli ktoś woli pozostać przy swojej pracy czy innych zajęciach, nie ponosi za to żadnych konsekwencji. Wielu Marokańczyków chwali sobie taką wolność w wypełnianiu praktyk religijnych. Oczywiście, turyści odwiedzający Królestwo Marokańskie powinni respektować obyczaje i przestrzegać zasad dotyczących chociażby ubioru, jednak nie muszą popadać przy tym w zbytnią przesadę.


Maroko jest dziedziczną monarchią konstytucyjną, a obecnie panuje w nim Muhammad VI (ur. w 1963 r. w Rabacie). Ze względu na napiętą sytuację w tym regionie Afryki warto poruszyć kilka kwestii politycznych. Zasiadający na tronie od 1999 r. marokański król cieszy się powszechnym szacunkiem, stabilności państwa nie zagrażają więc rozruchy czy wojna domowa. W 2011 r., w trakcie antyrządowych demonstracji Marokańczyków, zarządził m.in. podniesienie płacy minimalnej i zaproponował przeprowadzenie referendum konstytucyjnego. Znowelizowana konstytucja osłabiła nieco jego pozycję i wzmocniła uprawnienia premiera oraz parlamentu. Muhammad VI dał się poznać jako reformator, jeszcze zanim wybuchła arabska wiosna (2010–2013). Jego działania miały na celu nie dopuścić do eskalacji protestów – rzadka to postawa wśród władców z tych stron, którzy niepokoje przywykli tłumić siłą. Jako potomek Mahometa (dynastia Alawitów wywodzi się od wnuka proroka – Al-Hasana) posiada uzasadnione religijnie prawo do tronu. Król w nowej konstytucji zrezygnował jednak ze statusu „świętego” i zadowolił się tytułem „nietykalny”. Poza tym zmodernizował kodeks cywilny, znacznie poszerzając prawa kobiet. Marokanki zaczęły zasiadać w parlamencie oraz radzie ministrów, jak również pełnić ważne funkcje publiczne. Jego żona, księżniczka Lalla Salma, to pierwsza w historii kraju małżonka królewska, która została publicznie przedstawiona oraz reprezentuje swego męża na całym świecie jako pierwsza dama. Jest założycielką fundacji wspierającej walkę z rakiem, a także inicjatorką wielu działań w dziedzinie ekologii i zrównoważonego rozwoju. Poprzedniczki Lalli Salmy musiały się zadowolić rolą matki książąt.


Od brzegu oceanu do górskich szczytów


Wróćmy do Agadiru. To wyjątkowe miejsce, w którym ocean niemalże spotyka się z górami. Rozległa piaszczysta plaża robi na turystach oszałamiające wrażenie. Spotkałem się nawet z opinią, że to mniejsza wersja słynnej brazylijskiej Copacabany z Rio de Janeiro. O tutejszych spektakularnych falach krążą wręcz legendy, a informacje o najlepszych punktach znają tylko wtajemniczeni surferzy. Ocean przypadnie do gustu również amatorom kąpieli. Jego wielokilometrowy brzeg idealnie nadaje się też do spacerów – promenada ciągnie się wzdłuż niemal całej strefy turystycznej Agadiru, gdzie znajdziemy liczne butiki, bazary, restauracje, kawiarnie i kilka klubów. Życie kwitnie tu także i nocą.


Z miasta warto wybrać się na bliższe lub nieco dalsze wycieczki, np. do oddalonych o 3–4 godziny drogi Marrakeszu czy Essaouiry (As-Sawiry). Przedtem dobrze jest jednak poznać malownicze okolice Agadiru. Leży on niemal u stóp Atlasu Wysokiego (najwyższy szczyt Dżabal Tubkal, 4167 m n.p.m.), wchodzącego w skład pasma Atlasu, do którego zalicza się również: Atlas Średni (najwyższy szczyt Dżabal Bu Nasir, 3356 m n.p.m.), Antyatlas (tutaj króluje Dżabal Sirwa, 3304 m n.p.m.), Rif (najwyższy punkt to Dżabal Tidighin, 2456 m n.p.m.), Atlas Tellski (z najwyższym szczytem Tamkut Lalla Chadidża, 2308 m n.p.m.) i Atlas Saharyjski (na czele z Dżabal Chelia, 2328 m n.p.m.). Marokańskie góry są więc naprawdę potężne! Przejażdżka wysoko położonymi, krętymi drogami (mówi się, że mają ponad tysiąc zakrętów), nierzadko bezpośrednio sąsiadującymi z zapierającymi dech w piersiach przełęczami i przepaściami, dostarcza wielu mocnych wrażeń. W jednym z najpiękniejszych zakątków regionu – Rajskiej Dolinie – urzekną nas lasy palmowe i wodospady. Polecam też zatrzymać się w którejś z knajpek przy trasie, gdzie zjemy świeżo pieczony chleb z oliwą i doskonałym, aromatycznym miodem. Ten wyrób z lokalnej pasieki będziemy mogli tu także kupić.

Do ciekawszych miejscowości w tym rejonie należą Tafraoute (Tafrawut), Tiznit czy Taroudant (Tarudant). Mnie najbardziej do gustu przypadła ta ostatnia, zwana również „babcią Marrakeszu”. Przydomek ten zawdzięcza przepięknym, otoczonym palmami murom obronnym przywodzącym na myśl to położone w południowym Maroku miasto. Ze względu na usytuowanie w urodzajnej dolinie rzeki Sus, Tarudant było przedmiotem żywego zainteresowania kolejnych władców. Współcześnie stanowi ważny ośrodek handlowy kraju, choć liczy sobie tylko ok. 75 tys. mieszkańców. Na jednym z dwóch tutejszych arabskich targowisk (suków) zaopatrzymy się w owoce, warzywa, przyprawy, ubrania, biżuterię, dywany, pamiątki czy „płynne złoto Maroka” – olej arganowy. Miasto spodoba się szczególnie tym, którzy chcą zobaczyć, jak wygląda prawdziwe życie zwykłych Marokańczyków, a nie jego wyobrażenie przygotowane specjalnie pod turystów. Przed zrobieniem komuś zdjęcia zalecam jednak spytać o zgodę, a w razie odmowy nie próbować fotografowania z ukrycia.


Płynne złoto Maroka

W regionie Agadiru napotkamy tysiące drzew oliwnych i arganowych. To właśnie olej wytłaczany z owoców arganii żelaznej (dokładnie z nasion ukrytych w pestkach), jeden z najdroższych i najbardziej cenionych na świecie, uchodzi za największy skarb Maroka. Posiada on właściwości kosmetyczne oraz lecznicze, wspomaga choćby naturalną odporność organizmu. Wydaje się to niebywałe, ale nigdzie poza tym krajem drzewa tego gatunku nie przyjęły się na tyle dobrze, aby owocować.


Podczas wytwarzania oleju arganowego do celów kosmetologii pestki z owoców arganii żelaznej rozłupuje się, ręcznie miażdży, a z powstałej masy na zimno wyciska się gęsty płyn o złocistym kolorze. Natomiast do użytku spożywczego najpierw się je suszy, praży, a dopiero potem miele i przeznacza do tłoczenia. Produkt finalny w tym drugim przypadku posiada ciemniejszą, lekko brązową barwę. Różni się też nieco zapachem. Aby uzyskać 1 l oleju tradycyjną metodą tłoczenia na zimno, potrzeba mniej więcej 30–35 kg nasion i aż 8 godzin pracy. Dodatkowo zbiory odbywają się w okresie męczących upałów w lipcu, sierpniu i wrześniu. To wszystko wystarczająco już podnosi wartość „płynnego złota Maroka”, a to jeszcze nie koniec. Otóż ten wyjątkowy olej wzmacnia system immunologiczny, obniża poziom cholesterolu we krwi, poprawia krążenie, reguluje ciśnienie, spowalnia procesy starzenia, wspomaga regenerację komórek, łagodzi bóle mięśni i stawów. Jego regularne spożywanie zmniejsza ryzyko zawału serca, miażdżycy czy rozwinięcia się nowotworów oraz chorób Alzheimera i Parkinsona, a także schorzeń dermatologicznych. Stosowany zewnętrznie nawilża i ujędrnia skórę, poprawiając jej elastyczność. Łagodzi również objawy trądziku czy alergii. Wyśmienicie działa poza tym na włosy i paznokcie, a pozytywne rezultaty można dostrzec już po kilku zastosowaniach.


Czymś normalnym w Maroku jest widok chodzących po drzewach arganowych kóz. Owoce i liście arganii żelaznej stanowią prawdziwy przysmak tych zwierząt. Choć cenne pestki wypluwają lub w całości wydalają, to – niestety – zostawiają po sobie tylko gołe gałęzie. Aby zapobiec całkowitemu wyniszczeniu drzew arganowych, w miejsce jednego wyciętego okazu sadzi się dwa nowe. W 1998 r. obszar między Agadirem a Essaouirą (zajmujący ok. 80 proc. regionu Sus-Massa-Dara, tj. ponad 25,5 tys. km²), na którym rosną arganie żelazne, otrzymał status Rezerwatu Biosfery UNESCO.


Wśród czerwonych murów

Musicians_at_Marrakech_Festival_-MNTO_fotoseeker.jpg

Muzycy z miejscowości Tissa i Taounate podczas festiwalu w Marrakeszu

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Z Agadiru i jego malowniczych okolic przenosimy się do Marrakeszu, zwanego też „Czerwonym Miastem” ze względu na rdzawy kolor starych murów. Legenda głosi, że gdy w XII w. wznoszono Meczet Kutubijja, w kraju toczyła się właśnie tak krwawa wojna, że wszystkie zabudowania i drogi przybrały barwę czerwieni. Marokańczycy trochę na wyrost nadają mu także miano tysiącletniego miasta. Tak naprawdę założył je w 1071 r. Jusuf ibn Taszfin (1009–1106) – władca Maroka z dynastii Almorawidów. Marrakesz swoje tysięczne urodziny będzie więc obchodzić dopiero za niemal 60 lat. Ten czwarty co do wielkości ośrodek w państwie (ok. 930 tys. mieszkańców), po Casablance, Rabacie i Fezie, co roku odwiedzają rzesze turystów z całego świata. Jego serce stanowi plac Dżemaa el-Fna (Jemaa el-Fna). Stał się on jednym z symboli miasta od początku jego rozwoju w XI stuleciu. W 1985 r. wpisano go wraz z całym zabytkowym centrum Marrakeszu (medyną) na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Każdego popołudnia i wieczoru odbywa się na nim wielki targ z owocami, usługami noszenia wody oraz wypożyczania lampionów. Wokół straganów gromadzą się berberyjscy kuglarze i opowiadacze historii, bębniarze, muzycy Gnawa, tancerze, zaklinacze węży, połykacze szkła, treserzy zwierząt oraz inni artyści. Występy trwają do późnych godzin nocnych i przyciągają tłumy gapiów. Oferowana jest tu również szeroka gama usług – gastronomicznych, stomatologicznych, medycznych, wróżbiarskich, kaznodziejskich, astrologicznych czy tatuażu henną. Otoczony licznymi restauracjami, sklepami, galeriami, hotelami i budynkami użyteczności publicznej plac stał się popularnym miejscem spotkań, niezmiernie twórczym centrum językowym, muzycznym, artystycznym i literackim. Potrafi oszołomić i zahipnotyzować nawet najbardziej wybrednych podróżników. Jego kosmopolityczny charakter znajduje odbicie w obecnej tutaj mieszaninie języków i dialektów – zarówno z całego Maroka, jak i świata. Niepowtarzalną atmosferę placu Dżemaa el-Fna tworzą muzyka na żywo i unoszące się w powietrzu wspaniałe orientalne zapachy. Można na nim przesiedzieć wiele godzin, wpatrując się w rozgrywające się dookoła sceny. Warto pamiętać o tym, żeby miejscowych artystów wynagrodzić za ich ciekawe występy, to w końcu źródło ich zarobku. Nikogo więc nie powinien dziwić fakt, że w 2008 r. przestrzeń kulturowa placu Dżemaa el-Fna znalazła się na Liście Reprezentatywnej Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


Po jej opuszczeniu momentalnie gubimy się w niezmiernie wąskich i krętych uliczkach medyny. Taka kontrolowana utrata orientacji sprawi, że nasza wizyta w Marrakeszu z pewnością będzie niezapomniana. Wśród tej niewiarygodnej wręcz plątaniny przejść między przylegającymi do siebie domami napotkamy setki sklepików, warsztatów i knajpek. Nie musimy się obawiać przesadnej nachalności sprzedawców. Jeżeli nie jesteśmy zainteresowani zakupami, wystarczy nasza stanowcza odmowa. Marokańscy handlarze do swoich potencjalnych klientów podchodzą zwykle z należytym szacunkiem. Oczywiście, cena wyjściowa od finalnej może się różnić nawet o kilkaset procent, ale w końcu właśnie na tym polega cały urok targowania się.


Za jedną z głównych marrakeszeńskich atrakcji uważa się wspomniany już XII-wieczny Meczet Kutubijja. Z jego 69-metrowej wieży (minaretu) rozciąga się wspaniały widok na niemal całe miasto. Warto odwiedzić też Meczet Alego ibn Jusufa, najstarszy w Marrakeszu, wzniesiony w I połowie XII stulecia, nazwany tak na cześć marokańskiego władcy z dynastii Almorawidów – Alego ibn Jusufa (1083–1143). Znajduje się przy nim ufundowana w XIV w. medresa – największa szkoła teologiczna w Maghrebie (na ponad 800 uczniów). Cudowna architektura i wystrój tego miejsca robią niesamowite wrażenie. Polecam usiąść przy jednym z filarów na głównym dziedzińcu, poczekać, aż odpłynie fala turystów, i wsłuchać się w szum wody.


Na zainteresowanie zasługuje także Ogród Majorelle (Jardin Majorelle), niewielki, ale przepiękny ogród botaniczny, zaprojektowany w latach 20. XX w. przez francuskiego malarza Jacques’a Majorelle’a (1886–1962). Przekraczając jego progi, nagle z upalnej i gwarnej ulicy trafiamy do wspaniałej zielonej oazy, dającej orzeźwienie nawet w bardzo gorące dni. W jej sercu znajdziemy również małe muzeum, które przybliża swoim gościom kulturę berberyjską.


Miasto dobrej pogody

Po wizycie w pełnym atrakcji Marrakeszu proponuję udać się ok. 180 km na zachód do Essaouiry (As-Sawiry). W tym prześlicznym 80-tysięcznym mieście nad Oceanem Atlantyckim wiele osób zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Tutejsza szeroka plaża zachwyca amatorów kąpieli słonecznych. Średnia temperatura roczna wynosi tu ponad 17°C. Miejscowość jest raczej spokojna, większego ruchu turystycznego powinniśmy spodziewać się w okolicy starej jej części z ogromną liczbą sklepików z interesującymi wyrobami marokańskiego rzemiosła artystycznego. W 2001 r. zabytkową medynę w Essaouirze wpisano na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Z XVIII-wiecznego fortu Sqala de la Kasbah (Sqala de la Ville) rozpościera się przepiękny widok na Wyspy Purpurowe (Îles Purpuraires). Polecam przespacerować się też po porcie: przyjrzeć się rybakom w pracy i wsłuchać w obijające się o skały fale i śpiew setek krążących nad naszymi głowami mew. Essaouira cieszy się także zasłużoną popularnością wśród miłośników surfingu, kite- i windsurfingu oraz innych sportów wodnych.


To jednak tylko kilka z najciekawszych – według mnie – miejsc w Maroku. Do zwiedzenia w tym fascynującym kraju pozostają jeszcze np. Fez, Casablanca czy jego stolica Rabat. Gdziekolwiek pojedziemy, czekają tutaj na nas niezmiernie urokliwe krajobrazy, wyśmienita kuchnia i mili ludzie. Dzięki temu trudno nie poczuć się naprawdę dobrze na gościnnej marokańskiej ziemi. Opalony słońcem Maghrebu, z uśmiechem na ustach wracam do Warszawy. Na pewno jeszcze zawitam do Maroka, chociażby po to, aby spróbować ujarzmić wspaniałe fale, napić się pysznej miętowej herbaty i poznać bliżej cudowne właściwości oleju arganowego.