MAGDALENA LASOCKA

<< Jeśli lubicie przygody i nowe doznania, na pewno nie będziecie zawiedzeni podróżą do Meksyku. Zwłaszcza jeżeli tak jak ja kochacie wodę i sporty wodne. W tym kraju czas płynie wolniej, zmysły odbierają więcej, słońce świeci jaśniej, a ludzie uśmiechają się radośniej. Jedyne ryzyko jest takie, że zakochacie się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i zapragniecie pozostać w nim na zawsze. >>

Staram się stronić od biernego wypoczynku. Leżenie bez ruchu na plaży uznaję za konieczne jedynie wtedy, gdy dostatecznie się zmęczę np. podczas żeglowania, nurkowania czy snorkelingu. Pomysł wyprawy do Meksyku nie od razu wydał mi się ciekawy, gdyż kojarzył mi się stereotypowo z męczącymi wakacjami w dyskotekowych kurortach Jukatanu. Na szczęście, bardzo szybko przypomniałam sobie fascynujące opowieści o tutejszych jaskiniach, tzw. cenotach, i niezwykłych podwodnych ogrodach wokół wyspy Cozumel. Moją wyobraźnię dodatkowo pobudził artykuł o poszukiwaczach skarbów, którzy odkryli zatopiony galeon z czasów konkwisty, pełen złota i bogactw z Nowego Świata. Gdy w przewodnikach ujrzałam zdjęcia gęstego lasu równikowego (selwy), piramid Majów i wulkanów wznoszących się ponad 5 tys. m n.p.m. tuż nieopodal meksykańskiej stolicy (Ciudad de México), klamka zapadła. Byłam gotowa na przygody w Ameryce Północnej!
Choć podróż trwała długo, udało mi się przeżyć ją bez większych trudności. Nocny lot z dwoma przesiadkami – w Monachium i w mieście Meksyk – zakończył się szczęśliwym lądowaniem na międzynarodowym lotnisku w Cancún (gdybyśmy przełożyli nasze wakacje o miesiąc, moglibyśmy polecieć już bezpośrednio z Warszawy samolotem Boeing 787 Dreamliner). Półwysep Jukatan stanowi najpopularniejszy turystyczny region wśród Meksykanów. Dlatego znajdziemy tu zarówno hotele oferujące pobyt w formie all inclusive (np. w Cancún), jak i inne, położone nieco bardziej na uboczu ośrodki wypoczynkowe. My zdecydowaliśmy się na ten drugi wariant zakwaterowania i jako bazę wypadową do zwiedzania okolicy wybraliśmy klimatyczne i spokojne miasto Playa del Carmen. Dzięki temu poranną kawę mogłam sączyć, spoglądając na cudny wschód słońca rozświetlającego złotymi promieniami wody Morza Karaibskiego. Dla tych poranków, zapachów i smaków warto podjąć trud 24-godzinnej podróży.

 

JUKATAŃSKI REZERWAT
Oferta turystyczna Jukatanu przytłacza swoim ogromem. Półwysep zachwyca rozmaitymi cudami przyrodniczymi, kulturowymi, kulinarnymi i historycznymi. Jeśli możecie sobie na to pozwolić, spróbujcie wszystkiego. Czego byście nie wybrali, będziecie oszołomieni.
W języku Majów Sian Ka'an oznacza „miejsce, gdzie rodzi się niebo” lub „dar nieba”. Ja bez wahania przetłumaczyłabym to na „raj na ziemi”. Na obszarze Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an odkryjemy niesamowite i różnorodne biotopy – las tropikalny, laguny, cenoty, zarośla mangrowe czy bagna, a wszystko okala wybrzeże morskie z barierową rafą koralową. W tym zakątku poczujemy się jak w środku filmu przyrodniczego stacji BBC lub Discovery Channel. Potęga przyrody, rozmaitość form i kształtów po prostu powalają. Nasze wrażenia potęgował dodatkowo fakt, że 2 dni wcześniej otulaliśmy się puchowymi kurtkami, aby ochronić się przed zimową zawieruchą. Na tym rozległym terenie znajdziemy liczne pozostałości po cywilizacji Majów: majestatyczne ruiny pochłonięte przez las, obrośnięte storczykami i pnączami. W koronach drzew świergoczą rajskie papugi i barwne tukany. Zresztą spotkamy tutaj aż ponad 300 gatunków ptaków!

FOT. MAGDALENA LASOCKA

Zarośla mangrowe w Rezerwacie Biosfery Sian Ka’an na Jukatanie


Majowie podróżowali między selwą a wybrzeżem przez bagna i wycięli w namorzynach specjalne tunele wodne. Do najciekawszych przygód, jakie udało nam się przeżyć w Meksyku, zaliczam właśnie pokonanie wpław tych kanałów wijących się pośród mangrowców. Z perspektywy żaby podziwialiśmy krystalicznie czystą, turkusową wodę, kolorowe rybki, kwiaty, splątane korzenie drzew, śpiewające tropikalne ptaki. Zapewne na nas spoglądały węże i krokodyle. Szczęśliwcy natrafiają podobno też na manaty karaibskie, nam na pewno powiedzie się następnym razem. Stanowczo nie bez powodu Rezerwat Biosfery Sian Ka'an został wpisany w 1987 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

FORTECA NA KLIFIE
Starożytni Majowie stworzyli bardzo rozwiniętą cywilizację, która długo opierała się hiszpańskim konkwistadorom. Ich historię zrozumiemy lepiej, jeśli odwiedzimy ruiny wspaniałych niegdyś miast, takich jak Chichén Itzá, Cobá czy Uxmal. My ze względu na naszą związaną z wodą pasję złożyliśmy wizytę w Tulum, zbudowanym malowniczo na majestatycznym klifie muskanym przez fale turkusowego Morza Karaibskiego. Tę niezwykłą twierdzę od strony lądu chroni solidny mur, w obrębie którego wzniesiono domy mieszkalne i świątynie, a na szczycie klifu – zabudowania latarni morskiej. Nasz przewodnik w trakcie zwiedzania opowiadał nam historie z życia tego ośrodka. Rysy jego twarzy zdradziły od razu, że jest on potomkiem starożytnych Majów.

FOT. EXPERIENCIAS XCARET S.A. DE C.V./WWW.IMAGENXPEDITION.COM

Tulum – ruiny starożytnego miasta Majów

 

W milczeniu porównywaliśmy jego szlachetny profil z płaskorzeźbami przedstawiającymi władców i upierzonych bogów, którym składano niegdyś krwawe ofiary. Kawałek dalej leży przepiękna koralowa plaża porośnięta palmami i lasem tropikalnym. W piasku regularnie składają na niej jaja żółwie morskie, a po niebie leniwie szybują tu pelikany. Po kamieniach ruin zwinnie wspinają się iguany, pozujące do zdjęć podekscytowanym turystom. Warto w ten sposób spędzić w Meksyku kolejny udany dzień.

 

MAGICZNE JASKINIE
Cenoty to studnie krasowe wypełnione wodą. Nazwa pochodzi z języka maja od słowa dzonot. Na Jukatanie brakuje rzek, a opady deszczu są nieregularne. Jaskinie zasilają jednak wody gruntowe, krystalicznie czyste dzięki naturalnej filtracji przez wapienne podłoże. Miękki wapień łatwo daje się uformować w spektakularne formy. Nic dziwnego, że cenoty stanowią kultowe miejsce dla nurków. W niektórych studniach nurkuje się w podziemnych labiryntach. W ich przypadku trzeba najpierw otrzymać specjalne uprawnienia do tego typu aktywności. W innych wytyczono strefy rekreacyjne, ponieważ zapuszczanie się głębiej, w ich dalsze zakamarki bywa niebezpieczne. W jaskiniach mających połączenie z morzem słodka woda miesza się ze słoną, co sprawia, że można w nich obserwować pas halokliny (warstwy o dużym stopniu zasolenia). Nurkowanie w cenotach to przeżycie jedyne w swoim rodzaju, a widok promieni słońca rozświetlających ciemność podwodnej groty pozostaje w pamięci do końca życia.

 

SPORT DLA KAŻDEGO
Wyspa Cozumel znajduje się 20 min. rejsu promem od plaż Riwiery Majów (Riviera Maya). Na Karaibach – oczywiście – wszyscy turyści zachwycają się rajskimi krajobrazami, ale tylko wybrańcy wiedzą, że prawdziwe skarby kryją się dopiero pod powierzchnią morza. Nurkowiska na Cozumel rozsławił w swoich filmach znany badacz głębin – Francuz Jacques-Yves Cousteau (1910–1997). Odkryjemy tu kolorowe gąbki, czerwone gorgonie, dostojnie poruszające się w podwodnej przestrzeni żółwie, mureny, barakudy, homary i ławice barwnych ryb. Ciekawych stref do nurkowania jest bardzo wiele i mają one różne stopnie trudności. Niestety, na wyspie spędziliśmy tylko jeden dzień, ale zajrzeliśmy na rafy Palancar i Colombia.
Dla bardziej doświadczonych nurków nie lada gratką mogą być nocne wyprawy na Paradise Reef (Arrecife Paraíso). Ci z was, którzy nie pływają na większych głębokościach, ale potrafią posługiwać się maską z fajką, powinni odwiedzić El Cielo. To płytka laguna, w której woda sięga nieco powyżej pasa. Na dnie podziwiać można przepiękne pomarańczowe rozgwiazdy, a wszędzie kręcą się kolorowe ryby. Jeśli komuś dopisze szczęście, uda mu się nakarmić z ręki kosterę rogatą (zwaną rybą pudełkiem). Zawsze będę żywić sentyment do tego zakątka, gdyż w nim moja serdeczna, aczkolwiek charakterna przyjaciółka „puściła pierwszego w życiu bąbla”, czyli zanurkowała w akwalungu. Dodam, że jeszcze 6 miesięcy wcześniej zapierała się rękami i nogami, iż nie wejdzie ze mną do morza, jednak gdy widziała nasze uśmiechnięte twarze, zwyciężyła w niej ciekawość. Do końca wycieczki nie opuszczała jej odwaga – wskakiwała pierwsza do wody, a wychodziła z niej ostatnia. Jak więc widać, na Cozumel każdy znajdzie coś dla siebie.

 

NATURA W PIGUŁCE
Choć ekoarcheologiczny park Xcaret został stworzony przez człowieka, łatwo o tym zapomnieć. Wszystko zaprojektowano w nim tak, aby jak najbardziej przypominało prawdziwe laguny, selwę i lasy mangrowe i wtapiało się w istniejącą w tym miejscu przyrodę. Dzięki temu o wiele łatwiej jest poznawać florę i faunę Jukatanu zwłaszcza najmłodszym turystom. Różnobarwne papugi, tukany, flamingi są tuż na wyciągnięcie ręki, ryby, żółwie, koralowce, gąbki i rekiny można podziwiać przez szyby w akwarium. Wszystkie wątpliwości rozwieją profesjonalni przewodnicy i doskonale przygotowane infografiki. Warto zostać tu do wieczora, bo wtedy rozpoczyna się kulturowa część programu. Nowoczesne przedstawienie prezentuje historię Meksyku od czasów pradawnych Majów aż po współczesne dzieje i kulturę. Przy okazji skosztujemy wybornego meksykańskiego jedzenia.

 

DOTRZEĆ NA DRUGI BRZEG
Pojechać tak daleko, na drugi kontynent, zatrzymać się ledwie 2 tys. km od Pacyfiku i go nie zobaczyć oznaczałoby wielką stratę. Dla mnie to był właśnie ten trzeci ocean na mojej liście zanurzeń – po Indyjskim i Atlantyckim.
    Lot do Puerto Vallarta z Cancún zajmuje w sumie 4 godz. i 10 min. wraz z przesiadką w Ciudad de México. O tym, że Riviera Nayarit nie stała się jeszcze zbyt komercyjnym rejonem turystycznym mogliśmy przekonać się już na lotnisku. Nasza bramka znajdowała się wyraźnie na uboczu, a twarze współpasażerów wyglądały dużo bardziej lokalnie. Nie mieliśmy jednak śmiałości niepokoić o zdjęcia panów w wielkich kowbojskich kapeluszach, bo przypominali banditos z filmu Desperado. Mimo to później okazali się niezwykle mili i pomocni, gdy poszukiwaliśmy naszych bagaży. To niesamowite jak przyjacielscy potrafią okazać się Meksykanie i jakie cuda umie zdziałać uśmiech.

 

INNA RIWIERA
Karaiby i Riwiera Majów wyglądały przecudnie, ale to nad Pacyfikiem moje serce zabiło mocniej. Jest on naprawdę piękny. Jego fale załamują się tutaj w charakterystyczny sposób: rytmicznie, z rozmachem i majestatycznym pomrukiem.
    Urokliwe miasto Puerto Vallarta, wybudowane u podnóży gór porośniętych tropikalnym lasem i opadających wprost na piaszczyste plaże zatoki Banderas, w błękitne wody oceanu, doskonale sprawdziłoby się jako kronika regionu. Lokalna ludność bardzo długo opierała się konkwiście. Wierzenia, sztuka i kultura Indian Huichol (Huiczoli) przetrwały do dziś i są wciąż żywe. Pierwsze kościoły w okolicy wzniesiono dopiero pod koniec XVIII w., a więc przeszło 200 lat po zwycięstwach Hernána Cortésa (1485–1547).

FOT. BANCO DE IMÁGENES DEL CONSEJO DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE MÉXICO (CPTM)

Indianin z plemienia Huiczoli


    Warto zwiedzić tutaj niedużą, ale malowniczą starszą część miasta (Viejo Vallarta). Niedaleko ujścia rzeki, w miejskim parku na gałęziach wylegują się nadrzewne legwany zielone. W latach 60. i 70. XX w. za sprawą filmu Noc iguany (1964 r.) z Richardem Burtonem Puerto Vallarta przeżyło kolejny najazd, tym razem opanowali je hipisi poszukujący nowych definicji szczęścia i wolności. Wtedy rozbudował się jego nowy rejon. Przy nadoceanicznej promenadzie Malecón znajdują się najmodniejsze kluby i restauracje. Miejscowy klimat i krajobraz psują nieco monumentalne hotele budowane na północ od zatoki Banderas. Każdy inwestor chce zaoferować swoim klientom widok na Pacyfik, więc tego typu kolosy powstają tuż przy plaży.
    Dla mnie region ten jest prawdziwie niezwykły, zwłaszcza pod względem przyrodniczym. Bogactwo żyjących tu gatunków oszołomi każdego. Nie dziwię się humbakom, że na zimę ściągają licznie do zatoki Banderas. W zaskakująco ciepłym oceanie znajdziemy mnóstwo ryb, delfinów, wielorybów, koralowców czy żółwi morskich. Życie pod wodą dosłownie eksploduje, ale podobnie dzieje się i w selwie ponad nią. Nigdy nie widziałam tylu ptaków, storczyków i motyli naraz. Dlatego też okolica ta jak magnes przyciąga artystów. Zdjęcia robią się niemal same, gdyż na co byśmy nie skierowali obiektywu aparatu, w kadrze zamkniemy zachwycający mikroświat.

 

ARCHIPELAG PTAKÓW
Ponoć Wyspy Marieta (Islas Marietas) były kiedyś poligonem wojskowym i może dzięki temu udało się zachować dzikość tego miejsca. Już sam rejs na nurkowisko robi wrażenie. W główkach portu na straży siedzą na magmowych skałach majestatyczne pelikany, które leniwie grzeją poczciwe dzioby. Gdy tylko nasza łódź przyspiesza, całe towarzystwo powoli wzbija się w powietrze. Mylnie uważają nas za rybaków i liczą na darmowy posiłek. Na ląd człowiekowi nie wolno wchodzić poza ściśle wyznaczonymi strefami, więc w 99 proc. wyspy są królestwem dzikich ptaków. Wiele rzadkich gatunków przylatuje na nie zimować z północnych krańców USA i Kanady. Wszystko wydaje się tutaj tak inne, że nie mogłam się doczekać, aby zanurzyć się pod wodę. Świat, który ujrzałam, przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Strome skaliste zbocze porastał las niebieskich i purpurowofioletowych gorgonii, a pośród nich kłębiły się wielokolorowe ryby. Nigdy nie widziałam takich rodzajów. Wszystkie zwierzęta były pokaźniejszych rozmiarów niż te, które znałam z innych akwenów. Zupełnie jak gdyby matka natura chciała podkreślić, że ocean jest dużo większy i barwniejszy niż niepozorne Morze Karaibskie.
    Wspaniałe przeżycie stanowiło swobodne nurkowanie w celu eksploracji przybrzeżnych jaskiń, nie bardzo dostępnych dla nurków ze sprzętem z racji wąskich przesmyków między skałami. Na tę przyjemność mogą sobie pozwolić jedynie osoby pewnie poruszające się na wstrzymywanym oddechu i korzystające z pomocy doświadczonego przewodnika. Niemniej warto było przezwyciężyć strach i zobaczyć te cuda. Niewątpliwie ciekawym punktem naszej wycieczki okazała się wizyta na Playa Escondida (Ukrytej Plaży), która to nazwa wydała nam się nieco nieodpowiednia, gdy obok nas przy brzegu wyspy rzuciły kotwice 4 łodzie pełne rozemocjonowanych amerykańskich turystów. Kiedy już odpłynęli na lunch, znów słyszeliśmy tylko plusk wody i piski rybitw. Postanowiliśmy wyruszyć tunelem do środka lądu w poszukiwaniu wspomnianej ciekawostki. Podobno istnienie tego miejsca zawdzięczamy celnemu artylerzyście, który przestrzelił podczas manewrów strop jaskini i tak powstała wyspa z dziurą i plażą ukrytą w jej centrum. Niezależnie od tej historii widoki są tu naprawdę niesamowite.

 

SNORKELING W CIENIU LOS ARCOS
Po odwiedzinach na archipelagu Marieta wydawało mi się, że meksykańskie podwodne królestwo niczym mnie już nie zaskoczy. Jak cudownie, iż się myliłam… Z Puerto Vallarta wyruszyliśmy na południe w kierunku niezurbanizowanych, górzystych wybrzeży porośniętych gęstą selwą. Ludzie, którzy zamieszkują tutejsze osady, do naszego miasta nad zatoką Banderas dostają się drogą wodną, ponieważ nie wszędzie wybudowano jeszcze połączenia lądowe (z powodu wysokich gór). W trakcie 40-minutowej podróży łodzią mijaliśmy co rusz delfiny, sardynki i żółwie morskie. Z oceanu wystają miejscami ogromne skały. W niektórych cierpliwe fale wypłukały dziury i stworzyły kamienne łuki (stąd też hiszpańska nazwa Los Arcos, czyli właśnie „Łuki”).
    To, co zobaczyłam pod wodą, długo śniło mi się po nocach. Nigdy nie widziałam naraz tylu ryb w tak zróżnicowanych formach i kolorach. Orlenie cętkowane (Aetobatus narinari) oraz przedstawiciele gatunku Holacanthus passer, wszelkiej maści pokolcowate, rozdymki, ślizgi, rozgwiazdy, ślimaki, jeżowce, kraby i homary – nie sposób było wszystkiego zliczyć. Nie trzeba też wcale głęboko nurkować, bo morskie stworzenia trzymają się tutaj blisko powierzchni. Dużo pożywienia spada z gałęzi tropikalnych drzew, rosnących na skałach. Zwierzęta ignorują ludzi i nie są bardzo płochliwe. Udawało mi się bez problemu podpłynąć do ściany z ławicy pokolców lub ustników dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jedynie widoczność pozostawia czasem wiele do życzenia, ponieważ ograniczają ją fale oraz mnogość pokarmu. Za to poczujemy się w tej okolicy niczym w garnku z tropikalną zupą rybną.

 

NA OCEANICZNEJ FALI
Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nad Pacyfikiem, w mekce surferów z całego świata, nie spróbowali swoich sił na desce. Nasza chęć zmierzenia się z tą dyscypliną wzrosła jeszcze w Polsce po obejrzeniu filmu z 1966 r. pt. Bezkresne lato (The Endless Summer). Sayulita w stanie Nayarit okazała się klimatycznym miasteczkiem, niby wyjętym z planu filmowego. Trafiliśmy w ręce doświadczonego instruktora z jednej ze szkółek położonych tuż przy plaży. Staraliśmy się ignorować uporczywe myśli o rekinach i skupialiśmy się na słowach trenera, tłumaczącego tajniki balansowania. Powagi całej sytuacji odejmowały wesoło baraszkujące wokół nas psy, które nie kryły rozczarowania, że nie przynieśliśmy ze sobą lunchu, tylko wielkie deski.
    Surfing wymaga silnych rąk, którymi wiosłuje się, aby przyjąć odpowiednią pozycję względem fali, oraz wyczucia równowagi, gdy z leżenia trzeba natychmiast wstać. Teoretycznie brzmi to prosto, ale żeby dotrzeć do najlepszego punktu, musimy przebić się przez falę przybojową i nie dać się uderzyć deską w głowę. Po drugie, sama deska chybocze się bardziej niż podłoga, kiedy wypijemy szybko kilka kieliszków tequili. Jak twierdził nasz instruktor, gdy wyczujemy ocean, pójdzie nam dalej łatwo. Myślę, że jak na początek wyszło mi nieźle. Na 8 fal udało mi się złapać 5. Choć czułam się wymęczona akrobacjami, wychodziłam z wody z uśmiechem od ucha do ucha.

 

NA LINIE WŚRÓD DRZEW
O zjazdach tyrolką (canopy) dowiedziałam się od mojej przyjaciółki, która niedawno wróciła z Jamajki i z wypiekami na twarzy opowiadała mi o tej atrakcji. Mnie ta rozrywka nie kojarzyła się z niczym przyjemnym, wręcz przeciwnie – przypominała pracę marynarzy wspinających się na top masztu. Przyznaję jednak, że tkwiłam w błędzie.
    W przypadku Canopy River ZipLines (Puerto Vallarta) cała zabawa polega na tym, aby w uprzęży alpinistycznej przyczepić się do kołowrotka umieszczonego na jednej z 12 stalowych lin rozpiętych nad wąwozami i strumykami pomiędzy zboczami sąsiadujących gór, należących do łańcucha Sierra Madre Zachodnia. Potem wystarczy już tylko zjechać, wydając przy tym okrzyki radości. Panoramy zapierają dech w piersiach. Przelatując ponad koronami drzew, można też poczuć się niczym Tarzan i Jane. Końcowy zjazd odbywa się tuż nad powierzchnią strumienia. Tę atrakcję polecamy tym wszystkim, którzy nie boją się dużych wysokości i... tropikalnych komarów.

 

NARODZINY ŻÓŁWI MORSKICH
Jak już wspominałam, wody wokół miasta Puerto Vallarta tętnią życiem. Zamieszkujące je żółwie morskie składały jaja na brzegu zatoki Banderas, zanim zaczęli ściągać w te okolice turyści. Właściciele hoteli oraz władze regionu w celu zachowania środowiska naturalnego wprowadzili program ochrony tych pięknych zwierząt.

FOT. MAGDALENA LASOCKA

Żółwie po wykluciu mierzą ok. 3,5–4 cm

 

W niektórych miejscach na przyhotelowych plażach znajdują się specjalnie wydzielone strefy, gdzie biolodzy morscy przenoszą gniazda żółwi. W sezonie co wieczór szukają nowych jaj i praktycznie każdego dnia można po zmroku podziwiać rytuał wykluwania się młodych. Współuczestniczenie w cudzie narodzin zawsze budzi wielkie emocje. Widok malutkiego żółwia zmywanego wielką falą oceanu w blasku zachodzącego słońca zapadł mi w pamięć na długo.

 

DO WIDZENIA, DO ZOBACZENIA...
Meksyk to taki kraj, w którym za każdym rogiem czeka na nas jakaś przygoda. Dzięki wizycie nad Pacyfikiem zredefiniowałam moje rozumienie pojęcia „rajskie wakacje”. Z dużym żalem pakowałam płetwy do walizki. Nie widziałam przecież humbaków, gdyż przypływają w okolice Puerto Vallarta zimową porą, nie spróbowałam wszystkich przepysznych dań, jakie serwują tutejsze restauracje, nie odkryłam nowego gatunku storczyka, a w surfingu muszę się jeszcze podszkolić. Z drugiej strony, być może gdzieś na dnie Morza Karaibskiego spoczywa mój galeon pełen złotych monet i czeka, abym go odkryła, natomiast w Rezerwacie Biosfery Sian Ka'an chciałabym spotkać manaty oraz krokodyle amerykańskie i meksykańskie. Gdy puściusieńki (ze względu na strajk Lufthansy) samolot odrywał się od pasa startowego i wzbijał się w powietrze, żeby odlecieć w kierunku Europy, w mojej głowie kołatała się tylko jedna myśl: ja tu jeszcze wrócę...

Artykuły wybrane losowo

Nieodparty urok Wysp Toskańskich

BEATA GARNCARSKA

 

<< Toskania to jedna z najpiękniejszych i najczęściej odwiedzanych części Włoch. Jednak większość turystów skupia się w niej na zwiedzaniu takich miast jak Florencja, Piza czy Siena lub regionu Chianti, który słynie z winnic, a zapomina o innych jej magicznych zakątkach. Należy do nich m.in. Arcipelago Toscano (po polsku Wyspy Toskańskie), wchodzący w skład przepięknego Parco Nazionale Arcipelago Toscano (Parku Narodowego Wysp Toskańskich). >>

Więcej…

Jamajka – wyspa w słońcu

 

Robert Pawełek

www.travelcompass.pl

 

 To o niej mógł śpiewać amerykański piosenkarz Harry Belafonte w swoim przeboju z 1957 r. „Island in the Sun”. Na tej szerokości geograficznej przez większość dnia słońce wisi pionowo nad ziemią. Tutaj angielski pisarz Ian Fleming powołał do życia słynnego brytyjskiego agenta 007. Dziś w jamajskim barze można czasem spotkać hollywoodzkie gwiazdy.

 

Kiedy w 1494 r. Krzysztof Kolumb dotarł do brzegów Jamajki, napisał w swoim dzienniku, że to najpiękniejsza wyspa, jaką ujrzały ludzkie oczy. Wraz z nim przybyli hiszpańscy marynarze. Wkrótce mieli poznać rdzennych mieszkańców tego lądu – Tainów. Indianie nazywali go Xaymacą, co znaczyło „kraj drewna i wody”. Z ich języka wywodzą się także słowa „hamak”, „kajman”, „tabaka”, „barbecue”, „huragan” czy „koliber”.

 

Przybycie Krzysztofa Kolumba nie okazało się jednak dla Tainów wydarzeniem szczęśliwym. Hiszpanie podporządkowali ich sobie i zmuszali do ciężkiej pracy. Poza tym Indianie zaczęli chorować na powszechnie znane w Europie choroby, na które oni sami nie byli odporni. Zaledwie 100 lat później rdzenni mieszkańcy Jamajki niemal wymarli. Anglicy po zdobyciu wyspy w 1655 r. zmienili ją w ogromną dochodową plantację cukru, na którą masowo sprowadzali niewolników z Afryki Zachodniej. Obecnie żyją na niej jednak nie tylko potomkowie europejskich kolonizatorów i ludności z Czarnego Lądu. Przez wiele lat przybywali tu imigranci z Indii, Chin, Izraela czy Palestyny. Dzisiejsi Jamajczycy tworzą więc społeczeństwo bardzo różnorodne. Jamajka kojarzy się przede wszystkim z radosnym, roztańczonym i rozśpiewanym krajem, krainą reggae, beztroski i luzu. I taka jest w rzeczywistości.

 

W Górach Błękitnych spotkamy m.in. urocze wille i paprocie drzewiaste

NY JAMA A031757 House on Blue Mountain 4C1 cut

©JAMAICA TOURIST BOARD

 

Z wizytą w raju

 

Rozsławiona przez Harry’ego Belafonte’a „wyspa w słońcu” stanowi wymarzone miejsce na niezapomniany urlop. Przez cały rok panuje tu tropikalna pogoda, temperatura w niższych partiach lądu utrzymuje się na podobnym poziomie 25–30°C (i 15–22°C na wyżej położonych terenach), a lato i zima różnią się nieznacznie. Nocą powietrze nieco się ochładza, ale nawet wtedy nie przestaje być ciepło. Jamajka przyciąga turystów pięknymi plażami z lśniącym piaskiem delikatnie muskanymi przez fale. Daleko od lądu morze jest pofalowane i ma ciemnoniebieską barwę, bliżej wybrzeża, w osłoniętych od wiatru zatokach przypomina lustro i mieni się wieloma kolorami: błękitnym, turkusowym, modrym…

 

W przejrzystej wodzie widać dokładnie karaibskie głębiny. Ryby we wszystkich kolorach tęczy opływają ławicami koralowce i podwodne skały. Ten rajski spokój zakłócają jednak huragany, czasami nawiedzające wyspę w trakcie pory deszczowej. Trwa ona zazwyczaj od maja do października. W tym okresie zagraniczni goście raczej omijają te strony.

 

Wyjątkowe połączenie sprzyjających warunków klimatycznych, ciekawego ukształtowania terenu i różnorodności przyrodniczej wyróżnia Jamajkę na Karaibach. Jej w większości wyżynno-górzysty ląd pokrywa bujna roślinność i lasy równikowe. Na wschodzie leży pasmo Gór Błękitnych (Blue Mountains) z najwyższym jamajskim szczytem – Blue Mountain Peak (2256 m n.p.m.). Jego najczęściej spowity we mgle wierzchołek góruje dumnie nad okolicą. Tereny w głębi wyspy nie są już tak idylliczne jak wybrzeże. W poprzecinanym wąwozami i trudno dostępnym regionie Cockpit Country, z licznymi jaskiniami na północnym zachodzie, ukrywali się kiedyś Maroni (potomkowie zbiegłych czarnych niewolników), którzy próbowali rozpocząć nowe życie. Na północy rejony górskie kończą się plażami pokrytymi jasnym piaskiem, a na południu urwiste, szorstkie klify stawiają opór bijącym falom. Linię brzegową przecinają rzeki i wodospady wypływające wprost z gór do morza. Jamajska tropikalna flora zachwyca swoim oszałamiającym bogactwem. Na wyspie występuje ponad 3,6 tys. gatunków roślin, w tym liczne odmiany palm, paproci i storczykowatych. Tę różnorodność urozmaica jeszcze niezmiernie ciekawa fauna – m.in. ok. 110 gatunków ptaków, w tym 31 endemicznych. Wśród nich znajduje się jeden z symboli Jamajki, czyli koliber czarnogłowy, nazywany doctorem birdem.

 

Na Jamajce spłyniemy bambusową tratwą po Rio Grande i Martha Brae

xm2450a martha brae ret2

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

Plaża Jamesa Bonda

 

Turyści często wybierają Montego Bay, drugie po Kingston (stolicy kraju) najważniejsze miasto na wyspie i zarazem największy tutejszy ośrodek wypoczynkowy. Otaczają je wybrzeże z białym piaskiem, nowoczesne resorty i pola golfowe. Jeżeli znudzimy się nieustannym leżeniem na plaży i sączeniem przez słomkę kolejnejpiña colady, drinka jamaican browning lub innych lokalnych koktajli, powinniśmy opuścić hotel i wyruszyć na zwiedzanie. Mimo niewielkich rozmiarów Jamajki (odległość w linii prostej z zachodu na wschód wynosi ok. 235 km, z południa na północ w najszerszym miejscu – 84 km), nie brak jest na niej ciekawych atrakcji. Możemy wybrać się na wycieczkę rowerową wzdłuż brzegu morza lub w góry. Trasy takich wypraw prowadzą przez lasy tropikalne, plantacje kawy i bananów. Wiele wrażeń dostarcza też spływ długą tratwą bambusową po Rzece Wielkiej (Rio Grande). Zaczyna się w Berrydale. Najpierw przeprawiamy się przez gęsto zarośnięte gaje. Po drodze mijamy przesmyk Lovers Rock (Skała Kochanków) i docieramy aż do ujścia rzeki do morza w Rafter’s Rest. Jeśli mamy wolny cały dzień, wybierzmy się na wycieczkę w Góry Błękitne wznoszące się na północny wschód od Kingston. Ich zwykle zamglone wierzchołki wyglądają bardzo atrakcyjnie. Nie musimy wcale decydować się na pieszą wędrówkę, niepowtarzalny urok tego regionu możemy podziwiać z okien samochodu. Warto pamiętać o zabraniu stroju kąpielowego, po drodze znajdziemy dużo miejsc odpowiednich na odświeżającą kąpiel.

 

Na zainteresowanie zasługuje również założone w 1769 r. miasto Falmouth. Niegdyś był to jeden z najruchliwszych portów na wyspie. Jeśli będziemy mieć szczęście, trafimy na zawody triatlonowe odbywające się w pobliżu. To prawdziwie mordercze wyzwanie w tak gorącym klimacie! Na metę, ustawioną pod Rose Hall (rezydencją nawiedzaną ponoć przez ducha dawnej właścicielki Annie Palmer, podobno fanatycznej wyznawczyni kultu voodoo), dobiegają najbardziej wytrwali zawodnicy. Jamajka słynie z lekkoatletycznych talentów – Usain Bolt w 2009 r. ustanowił rekordy świata w biegu na dystansie 100 i 200 m. Najlepsze wyniki biegaczy nierzadko zresztą należą do Jamajczyków. Zabytkowe Falmouth zachwyca przede wszystkim swoją kolonialną architekturą. Niegdyś prężnie się rozwijało – sieć wodociągów zbudowano w nim wcześniej niż w Nowym Jorku! Dziś Falmouth Heritage Renewal, organizacja non-profit, stara się przywrócić blask różnym obiektom w stylu gregoriańskim, takim jak Centrum Handlowe i Historyczne Alberta George’a, anglikański Kościół św. Piotra czy imponujący budynek sądu z 1815 r.W mieście kręcono również Motylka (1973 r.) z Dustinem Hoffmanem i Steve’em McQueenem w rolach głównych.

 

Bardzo interesująca może być wyprawa do miasta Ocho Rios, czyli Osiem Rzek (chociaż nie ma ich naprawdę aż tyle w okolicy). Jak mówią Jamajczycy, w tym miejscu niebo wlewa się do morza. Z myślą o turystach docierających tu statkami pasażerskimi powstały restauracje i sklepy wolnocłowe. W mieście faluje wesoły, barwny tłum podążający w sobie tylko znanym kierunku. Głośna muzyka reggae płynie z głośników ustawionych przez młodych didżejów. Stąd już niedaleko do dawnego portu bananowego Oracabessa. W jego pobliżu rozpościera się plaża o charakterystycznej nazwie – James Bond Beach, z której widać dawną rezydencję Iana Fleminga (1908–1964), czyli Goldeneye. To w niej powstawały powieści o słynnym brytyjskim agencie 007. Tutaj także Honey Ryder (pierwsza dziewczyna Jamesa Bonda grana przez Ursulę Andress) w filmie Doktor No (1962 r.) wychodziła z wody w scenie, która przeszła już do historii kinematografii. Poza tym wypoczywała w tym miejscu m.in. aktorka Elizabeth Taylor (1932–2011). Dziś chętni mogą spędzić noc w domu pisarza. Ta przyjemność kosztuje jednak kilka tysięcy dolarów amerykańskich. Nowy właściciel terenu Chris Blackwell, założyciel wytwórni Island Records, wybudował w sąsiedztwie kilka willi składających się na luksusowy kompleks turystyczny. Obecnie funkcjonuje tu resort GoldenEye.

 

Od połowy XX w. Jamajka zaczęła cieszyć się popularnością wśród hollywoodzkich aktorów i brytyjskich arystokratów. Mieszkali na niej też amerykański muzyk country Johnny Cash (1932–2003), angielski dramaturg Noël Coward (1899–1973) i aktor Errol Flynn (1909–1959). Przy odrobinie szczęścia, podczas wizyty w Couples Tower Isle w Ocho Rios, pierwszym na wyspie hotelu o standardzie all inclusive, czy ekskluzywnym resorcie The Caves w Negril uda nam się wypić drinka w towarzystwie sław z telewizji i pierwszych stron gazet.

 

W sąsiedztwie ekskluzywnych kompleksów wypoczynkowych znajdują się jednak rejony zamieszkane przez ludzi ubogich. W delikatnych tekturowych domach żyją całe rodziny, które utrzymują się z prowadzenia małych ulicznych straganów i punktów usługowych. Mimo to optymizm wydaje się nie opuszczać wyspiarzy. Jamajczycy są wyjątkowi: sympatyczni, otwarci i zawsze uśmiechnięci. Tę radość z życia oddają charakterystyczne wyrażenia i zwroty pochodzące z kreolskiego jamajskiego (języka patois), np. Yeah, mon! („Tak, bracie!”). Niezwykle życzliwi i uczynni miejscowi okazują się jednocześnie bardzo ciekawscy. Pytają rozmówców o kraj pochodzenia, cel podróży, zawód, a przede wszystkim o to, czy podoba się im Jamajka i czy zamierzają przyjechać na nią ponownie. Jamajczycy są świadomi swojej wartości i dumni z wyspy i wywalczenia niepodległości. Afrykańskie korzenie uważa się tu za zaletę, co podkreśla ruch rastafarian twierdzących, że wywodzą się od władców Etiopii i kiedyś powrócą do ojczyzny swoich przodków. Łatwo ich rozpoznać po długich dredach, które noszą rozpuszczone lub splecione dla wygody i osłonięte turbanem albo czapką. Ich kolorowe stroje nawiązują do barw z flagi etiopskiej – zieleni, żółci i czerwieni. Rastafarianie często palą święte zioło, czyli marihuanę. Mieszają ją razem z tytoniem, a samo palenie uchodzi za swoisty rytuał oczyszczający umysł, towarzyszy mu odmawianie modlitw i błogosławieństw.

 

Widok na Ocho Rios i port, w którym cumują statki wycieczkowe

Jamajka Ocho Rior fot

© ROBERT PAWEŁEK/TRAVELCOMPASS.PL

 

Bob Marley i bobsleje

 

Do rozsławienia Jamajki w dużym stopniu przyczynił się Bob Marley (1945–1981), legendarny wykonawca reggae, który stał się symbolem awansu społecznego na wyspie. Jego fani składają wizyty w Nine Mile, rodzinnej wiosce muzyka, i poświęconej mu placówce w Kingston (Bob Marley Museum). W Ocho Rios można także zajrzeć do Reggae Xplosion, muzeum opowiadającego o życiu i twórczości Boba Marleya. Prezentuje ono również historię jamajskich gatunków muzycznych. Powstały pod koniec lat 70. XX w. dancehall, nawiązujący do reggae, zdobył popularność wśród młodszego pokolenia i na światowe listy przebojów w ciągu ostatnich kilkunastu lat trafiały piosenki takich Jamajczyków jak Shaggy, Beenie Man i Sean Paul.

 

Na Jamajce warto też… przejechać się bobslejem. Tor bobslejowy na górze Mystic (Mystic Mountain) ma 1 km długości. Dociera się do niego wyciągiem krzesełkowym, z którego można podziwiać przepiękne widoki. Ale największych emocji dostarcza szybki zjazd saniami pośród tropikalnego lasu. Od razu przypomina się filmReggae na lodzie (1993 r.) w reżyserii Jona Turteltauba, który inspirował się historią jamajskiej drużyny narodowej debiutującej w konkurencjach bobslejowych na XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w 1988 r. w Calgary. Dziś Jamajka ma własną reprezentację w tej dziedzinie sportu, co jest prawdziwym wyczynem, zważywszy na panujące w kraju warunki klimatyczne. Po gorących przeżyciach orzeźwienie przynoszą kaskady na rzece Dunn (Dunn’s River Falls o długości ponad 180 m), z których woda opada do Morza Karaibskiego. Do wspinaczki pod okiem miejscowych przewodników nie potrzeba specjalnej kondycji fizycznej. Niezbędne są jednak stroje kąpielowe i gumowe buty zapobiegające ślizganiu się po mokrych skałach. Obuwie można wypożyczyć na miejscu.

 

Krokodyle i narodowe skarby

 

Wodospady na rzece Dunn to popularne miejsce na wspinaczkę

Dunns River Falls1 fot

© ROBERT PAWEŁEK/TRAVELCOMPASS.PL

 

Południowe wybrzeże Jamajki prezentuje inne oblicze tego kraju. Przez XVIII- i XIX-wieczne plantacje trzciny cukrowej dociera się do ukrytych plaż, gdzie nie ma żywej duszy. W mieście Black River doświadczony przewodnik zabiera chętnych na jedną z najdłuższych rzek na wyspie (53,4 km) i na jej największe chronione mokradła. W trakcie wyprawy łodzią można poczuć się jak na afrykańskim safari. Główny jej cel to tropienie krokodyli amerykańskich – jedynych niebezpiecznych zwierząt na Jamajce. Kiedyś występowały tu jeszcze jadowite węże (rzadki boa jamajski nie jest jadowity i nie stanowi zagrożenia dla człowieka), ale podobno wytępiły je mangusty sprowadzone z Afryki. Przewodnik wypatruje gadów i gdy uda mu się dojrzeć jakiegoś osobnika (a dzieje się to dość często), uradowany wskazuje go uczestnikom wycieczki. Krokodyle nierzadko podpływają do łodzi i dają się fotografować. Trzeba jednak być ostrożnym i trzymać się poręczy, bo mogą to być ostatnie nasze zdjęcia w życiu! Przy odrobinie szczęścia ujrzymy także kolibra czarnogłowego.

 

W środku jamajskiego lasu tropikalnego, w małej miejscowości Mavis Bank znajduje się istniejąca od 1885 r. fabryka kawy marki Jablum – Mavis Bank Coffee Factory. Trudno do niej dotrzeć bardzo wyboistą, wąską i stromą drogą, ale na pewno warto. Przyjrzymy się tu wszystkim etapom produkcji słynnej kawy z Gór Błękitnych – narodowego skarbu kraju zwanego „czarnym złotem Jamajki”. Tajemnica jej wysokiej jakości tkwi w wyjątkowych warunkach, w jakich się ją uprawia. Tropikalne ciepło, odpowiedni poziom wilgotności powietrza i ostry górski klimat sprawiają, że ziarna osiągają niepowtarzalny smak. Jamaica Blue Mountain Coffee uchodzi za jedną z najlepszych kaw na świecie. Nie jest kwaskowata i ma piękny zapach. Choć wtajemniczeni twierdzą, że aby wydobyć pełnię jej walorów smakowych, powinno się ją przygotowywać z użyciem odpowiedniej wody i że nie wszędzie smakuje tak dobrze jak na Jamajce… Krzewy kawowca rosną w cieniu wysokich drzew, na plantacjach położonych na wysokości pomiędzy 910 a 1700 m n.p.m. Tylko kawę pochodzącą z tych upraw wolno oznaczać nazwą Jamaica Blue Mountain Coffee. W fabryce warto zrobić sobie przerwę, żeby przy filiżance czarnego napoju podziwiać widok na góry.

 

Inny słynny produkt z wyspy stanowi rum. Najstarsza tutejsza destylarnia – Appleton Estate – działa od 1749 r. Na terenie fabryki, w wielkich halach leżakują liczne beczki wypełnione trunkiem. Każda została opisana według rodzaju i wieku rumu. Znajduje się tu również muzeum. I chociaż obecnie produkcja alkoholu jest zautomatyzowana, można spróbować swoich sił w wyciskaniu słodu w obsługiwanej ręcznie dużej zabytkowej prasie. Lokalny przewodnik oprowadza po zabudowaniach i objaśnia proces wytwarzania trunku. Dowiemy się od niego, że dawniej rum był jedynie produktem ubocznym powstawania cukru i dojrzewa wyłącznie w specjalnych beczkach. Alkohol rozlany do butelek nie nabiera już wieku. Każde odwiedziny w Appleton Estate kończą się degustacją. Przy tej okazji goście uczą się, że wiek trunku można rozpoznać także po jego kolorze (młode roczniki są jasne i ciemnieją z czasem). Rum klasyfikuje się też ze względu na gatunki. Wśród nich wyróżnia się nawet kokosowy lub czekoladowy. Na koniec należy zrobić niezbędne zakupy. Z Jamajki trzeba koniecznie przywieźć ze sobą paczki kawy i kilka butelek rumu.

 

W stolicy luzu

 

Wieczorem warto wybrać się do Negril, a szczególnie do „Rick’s Café”, knajpki wypełnionej tłumem turystów czekających na zachód słońca. Podobno porównywalnie znakomitym miejscem do podziwiania tego zjawiska jest wyspa Key West w amerykańskim stanie Floryda. Oczekiwanie urozmaicają młodzi ludzie skaczący z krawędzi klifu do granatowego morza. W końcu następuje moment, kiedy słońce kryje się za horyzont. To niepowtarzalny widok.

 

Dawno skończyły się czasy, gdy można było tu odkrywać puste i zapomniane fragmenty wybrzeża, przy których żyło skromnie kilku rybaków. Dzisiaj Negril zamieszkuje kilka tysięcy ludzi i stanowi ono dynamicznie rozwijający się ośrodek turystyczny z jedną z najdłuższych na Jamajce plaż (Seven Mile Beach, która w rzeczywistości ma „jedynie” ok. 6,5 km). Mimo tłumu turystów nadal da się w nim jednak wyczuć coś z dawnego czaru i atmosfery beztroski. W knajpkach posłuchamy muzyki na żywo. Wody zatoki zapełniają narciarze wodni, śmiałkowie na paralotniach i katamarany. W rejonie Long Bay Beach Park rozbrzmiewa reggae. Za dnia plaża jest niemal bezludna i ożywa dopiero późnym popołudniem. Jamajczycy rozkładają wówczas na piasku grille zrobione domowym sposobem z beczek po ropie i rozpoczynają smażenie kurczaka w marynacie jerk. To najbardziej popularna jamajska potrawa, podawana nawet w eleganckich restauracjach. Ma bardzo pikantny smak. Do jej przygotowania używa się mięsa marynowanego w zalewie z soku limonki z dodatkiem ostrej papryki, gałki muszkatołowej, ziela angielskiego i innych ziół. Przepis ten pochodzi podobno od rdzennych mieszkańców wyspy – Tainów. Ostry zapach smażonego kurczaka w upalnym powietrzu miesza się z gorącymi rytmami reggae.

 

Jamajska turystyka

 

Jamajka pretenduje do grona najpopularniejszych miejsc urlopowych na świecie i aktywnie promuje się na znaczących międzynarodowych imprezach związanych z turystyką. Na wyspie organizowane są również targi turystyczne, z których największe to Jamaica Product Exchange (JAPEX). W kraju powstają także interesujące oferty dla branży MICE. Organizatorzy spotkań, konferencji i wyjazdów integracyjno-motywacyjnych mogą skorzystać z usług przeznaczonych specjalnie dla firm i odpowiednio przygotowanej infrastruktury. Część Jamajki (Góry Błękitne i pasmo John Crown – obszar zamieszkiwany przez Maronów) jako obiekt mieszany o charakterze kulturowo-przyrodniczym znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, obok tylko 35 tego rodzaju wyjątkowych miejsc na ziemi. W rankingu najfajniejszych narodów na świecie opublikowanym w 2011 r. na stronie internetowej amerykańskiego portalu informacyjnego CNN Jamajczycy uplasowali się na trzeciej pozycji (po Brazylijczykach i Singapurczykach). Poza tym ten karaibski kraj ze względu na swój wielki potencjał stanowi świetny region dla inwestorów i przedsiębiorców zagranicznych. Wyspa leży przy głównych szlakach powietrznych i morskich na Karaibach oraz w niewielkiej odległości od najważniejszych światowych rynków. Działają na niej nowoczesne porty lotnicze, znajdują się tu dobre drogi i infrastruktura spełniająca międzynarodowe standardy.

 

Jak na kraj rozwijający się baza noclegowa na Jamajce jest bardzo dobrze rozbudowana. Duży wybór różnorodnych hoteli, willi i pensjonatów oraz wysoką jakość usług docenią nawet najbardziej wymagający klienci. Wiele obiektów, najczęściej typu all inclusive, należących do znanych międzynarodowych sieci, leży nad urokliwymi plażami w pobliżu atrakcji turystycznych. Goście mogą korzystać ze znakomitej infrastruktury hotelowej, świetnej obsługi i ciekawej oferty spędzania wolnego czasu. Ośrodki wybudowane na rozległych terenach są tak zaprojektowane, że nie trzeba opuszczać hotelu, aby zrelaksować się i rozerwać. Popularnością cieszą się też strzeżone, luksusowe i kameralne kondominia z pełną obsługą, choć ze względu na wysoką cenę nie każdy może sobie pozwolić na wynajęcie w nich apartamentu. Oczywiście, oprócz tego rodzaju drogich kompleksów na Jamajce znajdują się również niskobudżetowe hotele i pensjonaty dla mniej wymagających turystów. Wiele z nich jest urządzonych w stylu postkolonialnym.

 

Niektóre z obiektów, takie jak te należące do sieci Bahía Príncipe Hotels & Resorts, IBEROSTAR, Sandals czy Couples Resorts, oferują pakiety dla narzeczonych i nowożeńców w różnych cenach w zależności od długości pobytu, czasami także z darmową ceremonią ślubną. Idealne na dużą uroczystość będą resort Half Moon i rezydencja Rose Hall. W przypadku bardziej kameralnych ślubów sprawdzi się Round Hill Hotel and Villas, natomiast nowoczesnej parze młodej przypadnie do gustu Rockhouse. Za popularne wśród zakochanych jamajskie ośrodki uchodzą Luxury Bahía Príncipe Runaway Bay, The Caves w Negril i Couples Tower Isle w Ocho Rios. Hotele butikowe charakteryzują się jeszcze wyższym standardem i zapewniają większą prywatność. Dla przykładu Trident Hotel w Port Antonio nie bywa zbyt oblegany przez turystów i stanowi ulubione miejsce celebrytów. Strawberry Hill słynie nie tylko ze wspaniałej kuchni, ale też organizowania przepięknych uroczystości ślubnych oraz wspaniałych widoków na Kingston i Blue Mountain Peak. Mimo iż na wyspie raczej niechętnym okiem patrzy się na nietypowe ceremonie zaślubin, ośrodek Hedonism II w Negril oferuje swoim gościom również możliwość zawarcia małżeństwa w stroju Adama i Ewy.

 

Kilka prostych zasad

 

Wbrew często pojawiającym się stereotypowym opiniom Jamajka jest właściwie bezpieczna. Dodatkowo nad bezpieczeństwem przyjezdnych czuwa specjalnie powołana policja turystyczna. Oczywiście, w każdej podróży gdziekolwiek na świecie można spotkać się z nieprzyjemnościami. Na pewno trzeba pamiętać, że to kraj ogromnych kontrastów społecznych.

 

Na co dzień, jak gdzie indziej, warto przestrzegać pewnych zasad. Nie należy okazywać zniecierpliwienia. Ulubione powiedzenie Jamajczyków soon come („niedługo będzie”) w pełni wyraża ich życiową postawę. Uśmiech i żart pomogą wyjść z twarzą z każdej kłopotliwej sytuacji. Wyspiarze, zwłaszcza sprzedawcy, są prawie zawsze chętni do sympatycznej pogawędki. Jeśli ktoś nie życzy sobie usług przewodnika lub nie ma ochoty kupić zachwalanego towaru, wystarczy, że grzecznie, ale stanowczo powie: No, thank you.

 

Nie wolno też fotografować bez pozwolenia. Może to sprawić trudność wielu dzisiejszym turystom, ale zawsze należy zapytać o zgodę osobę, której chce się zrobić zdjęcie. Jeśli odmówi, trzeba to uszanować. Poza tym zdecydowanie lepiej nie ryzykować i nie kupować marihuany. Rastafarianie uważają, że ma ona właściwości uzdrawiające – od lat stosują ją jako naturalne lekarstwo. Co prawda, od 25 lutego 2015 r. prawo obowiązujące na Jamajce dopuszcza posiadanie 2 uncji (ok. 57 g) suszu i 5 sztuk roślin na własny użytek oraz do celów religijnych, leczniczych i naukowych, ale w przypadku znalezienia u kogoś większych ilości nadal grozi mu kara więzienia. W jamajskich zakładach karnych panują ciężkie warunki, a organy ścigania nie pobłażają również zagranicznym gościom.

 

Odradza się także przechadzek po gettach stołecznego Kingston. Po zapadnięciu zmroku nie należy przemieszczać się po mieście pieszo, najlepiej wziąć taksówkę. W rejonie historycznego centrum trzeba zachować ostrożność też za dnia – nawet zwykły zegarek lepiej zostawić w hotelu i unikać wyludnionych miejsc. Warto pamiętać, aby nie nosić ze sobą zbyt dużo gotówki i pilnować portfela. Jeżeli będziemy poruszać się w tej okolicy samochodem, zamknijmy okna i zablokujmy drzwi.

 

Jeśli zastosujemy się do tych kilku zasad, możemy w pełni cieszyć się pobytem na słonecznej Jamajce. Ta radosna wyspa co roku zdobywa serca wielu podróżników, nawet tych najbardziej wymagających.

 

Na ścieżkach współczesnych Majów w Meksyku i Gwatemali

NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

 

<< Olbrzymia różnorodność Meksyku i Gwatemali onieśmiela podróżnika i zaskakuje go na każdym kroku. Codziennie odkrywa on w tych krajach coś nowego i niepowtarzalnego, spotyka na swojej drodze niesamowitych ludzi i dowiaduje się o zupełnie nieznanych mu wcześniej rzeczach. Może to wszystko sprawia duch Majów, którego obecność wyczuwa się często wśród górskich szczytów, nad taflami jezior, w bujnych lasach i potężnych dolinach, pośród ruin starożytnych piramid i ścian współczesnych chat, a nawet biorąc w dłoń najmniejszy kamień pochodzący z tutejszej ziemi… >>

Hiszpańscy konkwistadorzy widzieli w Nowym Świecie przede wszystkim krainę pełną ukrytych bogactw. Wielkie miasta i wspaniałe budowle, które tu zastali, utwierdziły ich tylko w tej nadziei. Dlatego zagarnęli te ziemie, nie licząc się zupełnie z rdzennymi mieszkańcami i tym wszystkim, co przez wieki zdążyli oni stworzyć. Historii nie da się zmienić, ale z pewnością wielu z nas zastanawiało się często nad tym, jak potoczyłyby się dalsze losy tych indiańskich plemion, gdyby nie zetknęły się z wojskami odkrywców...  

Więcej…