ALICJA ŁUKOWSKA


<< „Rozsuwało się zamek namiotu albo otwierało drzwi jurty i zaraz za progiem zaczynało się coś w rodzaju nieskończoności” – opowiada o podróży po Mongolii Andrzej Stasiuk w eseju „Poziomo” wydanym na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 2011 r. W jego kontynuacji pt. „Na zachód” pisał, że mongolski step to „przestrzeń, która nie stawia oporu”. Właśnie aby zobaczyć te rozległe, puste i niekończące się obszary, jedzie się do tego kraju. Przebywanie na ogromnym, nieograniczanym przez nic terenie, oddychanie pełną piersią wonnym stepowym powietrzem i wpatrywanie się w daleki, niezasłonięty żadnymi przeszkodami horyzont to niezwykłe doświadczenia dla mieszkańców gęsto zaludnionej, zabudowanej i obsadzonej drzewami Europy. >>

Już przed południem zajęliśmy miejsca w mikrobusie do Karakorum. Teraz zbliża się godz. 19.00, a my nadal nie ruszyliśmy i, jak wszyscy wokół, łuskamy słonecznik. Na dworcu autobusowym w Ułan Bator nie ma rozkładów jazdy. Kierowcy wyjeżdżają w trasę dopiero wtedy, gdy ich pojazdy maksymalnie zapełnią się ludźmi i towarami.
W naszym ssangyongu siedzi, zdawałoby się, komplet pasażerów. Bagażu jest więcej niż auto zdoła udźwignąć, ale ciągle czekamy. Podczas gdy my plujemy łupinami słonecznika z coraz większą złością, na twarzach naszych współpasażerów rysuje się niczym niezmącony spokój: przecież kiedyś ruszymy. Zaczyna się już ściemniać, kiedy do środka cudem wciska się jeszcze tęga Mongołka z czterema wielkimi worami cukru. Wreszcie mikrobus naprawdę się zapełnił. Kierowca odpala silnik i możemy jechać w bezkres mongolskich stepów.

 

POTOMKOWIE CZYNGIS-CHANA
Nad ranem, po nocy spędzonej w drodze, zakurzeni i wytrzęsieni budzimy się w Karakorum, orzeźwieni chłodem docierającym z doliny rzeki Orchon. Jesteśmy 350 km na zachód od Ułan Bator, pośrodku azjatyckiego Wielkiego Stepu, który przez wieki był areną rywalizacji ludów nomadzkich. Na tych ogromnych pustych przestrzeniach, ciągnących się od ujścia Dunaju na zachodzie po nasadę Półwyspu Koreańskiego na wschodzie, pierwszą poważną organizację państwową stworzyli w III w. p.n.e. Hunowie. Słynny Wielki Mur Chińczycy budowali m.in. z obawy przed ich najazdami. Po upadku budzących postrach wojowników ich miejsce w Azji zajęły następne koczownicze plemiona tureckie, które tworzyły kolejne kaganaty (dawna forma monarchii na Wschodzie).
    Jednak w świadomości historycznej Mongołów za najważniejsze uchodzi założone na początku XIII w. państwo Czyngis-chana (ok. 1155/1162–1227) – najpotężniejsze imperium, jakie powstało na tych otwartych przestrzeniach wewnątrz kontynentu euroazjatyckiego. Jego twórca zdołał zjednoczyć rozbite i skłócone plemiona mongolskie, podbić olbrzymie terytorium i zorganizować na nim sprawną administrację. Na jednym ze wzgórz otaczających Karakorum stoi swojego rodzaju pomnik przedstawiający mapę maksymalnego zasięgu tego mocarstwa: od wschodu obejmuje Chiny, dalej serce Wielkiego Stepu, tereny Azji Środkowej i dzisiejszego Iranu oraz podbite księstwa ruskie na zachodzie. Historia Temudżyna – bo tak brzmiało pierwotne imię osławionego przywódcy – nadal pozostaje zagadką. Rosyjski historyk Lew Gumilow (1912–1992) w książce Śladami cywilizacji Wielkiego Stepu pyta retorycznie: Jak mogło dojść do tego, że biedny sierota, pozbawiony poparcia nawet własnego plemienia, które go ograbiło i porzuciło, stał się wodzem potężnej armii, chanem narodów i pogromcą wszystkich sąsiednich władców, choć byli oni silniejsi?.
    Do dzisiaj Czyngis-chan jest najważniejszym bohaterem narodowym Mongolii, a obywatele tego kraju z dumą przedstawiają się jako jego potomkowie. Nawiasem mówiąc, stał się on tutaj najlepszą marką, więc wyborowe gatunki wódki nazywają się Chinggis, a jeden z popularnych pubów w Ułan Bator – GrandKhaan Irish Pub.
    Największy z Mongołów postanowił wznieść swój pałac w dolinie rzeki Orchon – w regionie, w którym przed wiekami stolicę swojego imperium ulokowali Hunowie. Budowę słynnego Karakorum ukończył w 1236 r. jego syn Ugedej (ok. 1186–1241). Kosmopolityczne miasto znane było ze szczególnej tolerancji religijnej: znajdowały się w nim meczety, kościół chrześcijański, świątynia buddyjska i otaczały go święte miejsca wyznawców szamanizmu. Nawet na przybyszach z dalekich krain duże wrażenie robił pałac chana, a szczególnie niezwykła fontanna w kształcie drzewa. Z jego pnia wychodziły głowy czterech węży, z których pysków lały się wino, kobyle mleko, miód pitny i piwo ryżowe. Podczas największych uroczystości goście stolicy mogli ponoć czerpać trunki do woli. Opisy Karakorum przywieźli do Europy nieliczni wysłannicy, do których należał Benedykt Polak (ok. 1200–1252) – polski franciszkanin, członek papieskiej misji dyplomatycznej w pierwszej połowie XIII w.

FOT. STEP’IN DMC/FRÉDÉRIC ROMAN-HAUDUROY

Złota Stupa w klasztorze Erdene Dzuu


    Wiatr historii sprawił, że do lat współczesnych nie zachowały się nawet ruiny dawnego mongolskiego ośrodka. Po przybyciu w jego rejon możemy obejrzeć kamiennego żółwia – jednego z czterech mających za zadanie chronić miasto – oraz zobaczyć niewielkie, ale ciekawe muzeum prezentujące eksponaty archeologiczne pochodzące z niegdysiejszej stolicy potężnego imperium. Jednak dzisiaj główną atrakcję dla turystów stanowi imponujący buddyjski klasztor Erdene Dzuu, zbudowany w 1585 r. na gruzach zburzonego Karakorum.
    Chociaż monaster był pierwszym centrum lamaizmu (buddyzmu tybetańskiego) w Mongolii, nie zdołał przetrwać trudnego okresu historycznych burz, jakie przetoczyły się przez kraj na początku XX stulecia. Po krótkim czasie niepodległości, nawrocie chińskiej okupacji i rajdzie rosyjskich białogwardzistów pod wodzą Romana von Ungern-Sternberga (1886–1921), nazywanego Krwawym Baronem, który ogłosił się reinkarnacją Czyngis-chana, w 1921 r. władzę w państwie zdobyli rewolucjoniści wspierani przez Armię Czerwoną. 3 lata po ich zwycięstwie utworzono Mongolską Republikę Ludową – satelitę ZSRR – i przeprowadzono szereg reform. W okresie komunistycznego terroru likwidowano świątynie i klasztory oraz mordowano mnichów. Erdene Dzuu – najważniejszy monaster kraju – również został zamknięty, a monotonny dźwięk mantr powrócił w jego mury dopiero po zmianie systemu w 1990 r. Obecnie religia z powrotem stała się ważnym elementem życia Mongołów. Do odbudowywanych centrów sakralnych chętnie garną się wierni, a szkoły przyklasztorne pełne są młodych adeptów lamaizmu.

 

W SZEROKIM STEPIE
Z Karakorum wybieramy się w dalszą podróż. Tym razem korzystamy ze złapanego na stopa ziła cysterny. Przemierzamy połacie pofalowanych stepów, poruszając się po jednej z dróg, jakich tysiące wyjeżdżono w trawie. Ruch na naszej trasie jest znikomy. Prawie w ogóle nie widać ludzi. Jedyne oznaki ich obecności to rozsiane gdzieniegdzie białe plamki jurt i stada rozmaitego bydła. Nie ma się czemu dziwić. Współczesna Mongolia zajmuje terytorium pięciokrotnie większe od Polski (powyżej 1,5 mln km²), a żyje tu ok. 3 mln osób. Gęstość zaludnienia nie przekracza zatem 2 osób/km2, co czyni ją najniższą na świecie (wśród niepodległych państw).

FOT. WANDA BOGACKA-PLUCINSKI

Mongolskie dzieci z Wielkiego Stepu


    Ponad połowę kraju pokrywa strefa stepów. Natomiast na południu rozciągają się suche obszary pustyni Gobi, gdzie koczują hodowcy wielbłądów. Tylko w północnych regionach piętrzą się wysokie, porośnięte tajgą góry, wśród których spotkamy m.in. plemiona trudniące się wypasem reniferów. Większość powierzchni Mongolii stanowią rozległe, puste, niekończące się przestrzenie. Po wyjeździe z Ułan Bator szybko zapominamy o asfalcie, betonie i wielopiętrowych budynkach. Otacza nas jedynie dzika przyroda.
    Myli się jednak ten, kto myśli, że podróż przez tę krainę musi być nudna. Człowiek nie bombardowany nieustannie przez mnóstwo bodźców stopniowo zaczyna zwracać uwagę na rozmaite szczegóły – na to, że w każdej dolinie step jest trochę inny, że zmieniają się zapachy stepowych ziół, że na horyzoncie pojawiają się jakieś góry... Po pewnym czasie wędrowiec z niecierpliwością oczekuje pokonania kolejnej przełęczy i zobaczenia widoków, jakie się za nią ukażą. Trzeba jeszcze dodać, iż mongolska ziemia kryje wiele prawdziwych cudów natury: formacji skalnych, wulkanów, wąwozów czy jezior. Wszystkie z nich są tak wspaniałe, że gdyby tylko znajdowały się w gęściej zaludnionych częściach świata, już dawno stałyby się tłumnie odwiedzanymi atrakcjami turystycznymi.
    My tymczasem jedziemy w kabinie złapanego na stopa ziła. Pod niebem kołują drapieżne ptaki, a tuż ponad roślinnością przemykają ich drobniejsi krewniacy. Między tysiącami norek buszują susły i myszy. Przez otwarte okna wpada ciepły wiatr, a wrażenie pełnej harmonii mijanego krajobrazu dopełniają śpiewane przez Ganrę, naszego kierowcę, mongolskie pieśni – melodyjne, o kojącym brzmieniu. Przypominają nam się Sonety krymskie Adama Mickiewicza (1798–1855): Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, / Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi.
    Przy trasie nie stoją żadne znaki czy drogowskazy. Nasze oczy nie wychwytują żadnych punktów, które pozwoliłyby zorientować się w terenie. Mongołowie mają świetne poczucie tych bezkresnych przestrzeni. Zauważają niedostrzegalne dla nas subtelne załamania falistej linii horyzontu, rozpoznają majaczące w dali kształty gór, pamiętają przebieg suchych strumieni i rzek. Dzięki temu zawsze wiedzą, w którym kierunku powinni zmierzać, i bez wahania wybierają właściwy szlak na każdym z wielu rozjazdów.
    
NA HERBACIE W JURCIE
W pewnym momencie Ganra zjeżdża z drogi i, nie zwalniając, pędzi przez trawiastą równinę w stronę jednego z koczowniczych obozowisk. Jedziemy odwiedzić mojego kuzyna – wyjaśnia nasz kierowca łamanym rosyjskim. Jurty, do których się zbliżamy, stoją pośrodku niczego, ale to tylko nasze wrażenie. W świadomości miejscowych na stepie istnieją niewidzialne granice. Każda rodzina ma swoje pastwiska i co roku porusza się ze stadami między tymi samymi stanowiskami. Młode pary, które wyprowadzają się od rodziców, same znajdują nowe miejsca dla siebie – wszak wolnych terenów w Mongolii nie brakuje. Kiedy wysiadamy z ciężarówki, gospodarze witają nas ze szczerą życzliwością.
    Ceren, kuzyn Ganry, żyje tu z żoną i czwórką dzieci oraz pokaźnymi stadami kóz, owiec i krów. O liczbę zwierząt w tym kraju nie wypada pytać, tak jak w Europie o stan konta, ale na oko widać, że wartość inwentarza pozwoliłaby na zakup kilku niezłych samochodów. Rodzina mieszka w przenośnej jurcie – po mongolsku ger. Tak funkcjonuje połowa tutejszego społeczeństwa, która prowadzi koczowniczy lub półkoczowniczy tryb życia, przemieszczając się ze swoimi stadami pośród ogromnych przestrzeni. Samowystarczalni i zależni prawie wyłącznie od sił przyrody Mongołowie pod wieloma względami przypominają swoich przodków sprzed stuleci. Pozostali obywatele Mongolii to ludność miast i miasteczek. Ponad 1,3 mln z nich osiedliło się w Ułan Bator (po polsku „Czerwony Bohater”), przedziwnej stolicy kraju nomadów.

FOT. STEP’IN DMC/FRÉDÉRIC ROMAN-HAUDUROY

Mongołka przygotowująca codzienny posiłek w swojej jurcie


    Okrągła konstrukcja jurty opiera się na wykonanym z elastycznych osikowych tyczek stelażu, który pokrywa się płatami wojłoku i obwiązuje rzemieniami. Taki dom jest więc lekki, odporny nawet na silne wiatry, zimą chroni przed siarczystym mrozem, a latem zapewnia przyjemny chłód. Poza tym z postawieniem geru dwóch wprawionych mężczyzn radzi sobie w ciągu godziny. Rozłożony na elementy namiot bez trudu można transportować – to idealne mieszkanie dla koczowników Wielkiego Stepu.
    Ceren zaprasza nas do środka. Kłaniając się w pas, wchodzimy przez niziutkie drzwi usytuowane od południa i zajmujemy przeznaczone dla gości stołki ustawione naprzeciwko. Z prawej strony jurty umieszczono łóżko dla kobiet i kufry z odzieżą. Lewa część należy do mężczyzn. Obok naszych miejsc stoi komódka z buddyjskim ołtarzykiem, a tuż przy wejściu, po prawej zaaranżowana jest malutka kuchnia z umywalką, półkami na naczynia i garnki itp. Wszystkie meble oraz widoczne elementy stelażu geru pomalowane są na intensywny pomarańczowy kolor i ozdobione barwnymi wzorami. Na środku pomieszczenia znajduje się najważniejszy punkt domu – palenisko z metalowym piecykiem, którego komin wyprowadzono na zewnątrz przez specjalny otwór w dachu (tędy trafia też do wnętrza światło słoneczne).
    Gospodarze częstują nas gorącą mongolską herbatą sutej caj, zaparzaną w mleku i podawaną z solą oraz baranim tłuszczem. Napój ten smakuje niepowszednio. W nos ciągle drapie nas ostry zapach fermentującej laktozy. Obok mięsa mleko stanowi podstawę wyżywienia mongolskich koczowników. Latem, kiedy po opadach deszczu stepy się zielenią, a kozy, owce, krowy i kobyły mają dosyć pokarmu, każda jurta staje się miniaturową rodzinną mleczarnią, w której produkuje się rozmaite rodzaje przetworów nabiałowych – do spożycia na bieżąco oraz do przechowywania (po wysuszeniu na słońcu) przez długie zimowe miesiące. Do naszych rąk trafiają półmiski z kobylim serem, suszonym owczym jogurtem, sucharki smażone na domowym maśle, a do popicia – orzeźwiający kumys (w Mongolii nazywany ajrag), czyli lekko sfermentowany, gazowany kobyli kefir. Gospodyni podaje jeszcze wyśmienity deser – smażone kożuchy z krowiego mleka z dodatkiem cukru pudru.
    Wkrótce Ceren sięga po plastikową bańkę, z której do oprawionej w miedź drewnianej czarki wlewa archi – domowy bimber, pędzony na mleku. Według mongolskiej tradycji alkohol pije się ze wspólnego naczynia. Najpierw dostaje je najstarsza osoba w towarzystwie, a potem miseczka krąży wśród gości zgodnie z ruchem słońca. Co ważne, nikt nie opróżnia jej do dna (to spowodowałoby nieurodzaj), lecz gdy trunku zaczyna ubywać, gospodarz znów dolewa do pełna.

 

TRADYCJA I NOWOCZESNOŚĆ
Po krótkiej wizycie i tradycyjnym poczęstunku ruszamy w dalszą drogę. Przed naszymi oczami ciągle przesuwają się trawiaste obszary i rozsiane wśród nich białe jurty. Czasami z oddali widać kształty kolorowych łazików, bo do świata mongolskich koczowników przenikają elementy współczesnej techniki. Prawie każda rodzina na stepie ma teraz samochód lub co najmniej motocykl, a do rzadkości nie należą baterie słoneczne oraz telewizory i odtwarzacze DVD zajmujące honorowe miejsce w namiocie.
    Mimo tych zmian życie na odludziu wymaga tej samej wiedzy i umiejętności, co przed setkami lat. W niewielkim stopniu ewoluowały sposoby odżywiania oraz technologia przetwarzania mleka i mięsa. Podstawowym opałem są nadal suszone krowie odchody, a tradycyjny strój deel (rodzaj długiego płaszcza, stosunkowo luźnego, przewiązywanego szerokim pasem) w dalszym ciągu cieszy się dużą popularnością ze względu na swoją praktyczność. Tak samo jak dawniej należy orientować się, gdzie w danej porze roku znajdują się najlepsze pastwiska, a najważniejszą umiejętnością, zdobywaną już w dzieciństwie, pozostaje jazda wierzchem na końskim grzbiecie.
    Mieszkający na pustkowiach, z dala od ludzkich skupisk, mongolscy nomadzi mają zupełnie inne niż my podejście do życia i patrzą na świat z odmiennej perspektywy. Na stepie czas płynie inaczej, nieustannie zataczając kręgi. Nieczęste spotkanie z obcym człowiekiem to ważne wydarzenie, a wszechogarniająca przestrzeń daje niesamowite poczucie wolności i bliskości z naturą.

 

 

6 największych atrakcji Mongolii

Jezioro Chubsuguł
To największe pod względem pojemności jezioro Mongolii, o powierzchni niemal 25-krotnie większej od polskich Śniardw (2760 km²). Jest wspaniale położone na północy kraju, w pobliżu granicy z Rosją, wśród stepów oraz porośniętych tajgą górskich grzbietów Sajanu Wschodniego (tafla wody leży na wysokości 1645 m n.p.m.). Jego okolice zamieszkują Caatanowie (Tuwińcy), turecki lud zajmujący się hodowlą reniferów.

 

Wulkan Chorgo (Horgo)
W tym niezwykłym rejonie można aktywnie spędzić czas wśród młodego powulkanicznego krajobrazu. Najciekawsze propozycje to kilkugodzinny trekking na szczyt wygasłego wulkanu o wysokości 2240 m n.p.m. oraz pobyt nad jeziorem Terchijn Cagaan nuur (61 km²), powstałym w wyniku przegrodzenia doliny strumieniem lawy.

 

Klasztor Erdene Dzuu
Stanowi jedno z trzech najważniejszych miejsc wyznawców buddyzmu w Mongolii. Klasztor powstał w 1585 r. na gruzach dawnej mongolskiej stolicy Karakorum w malowniczej dolinie rzeki Orchon. Większość jego świątyń została zniszczona przez komunistów, ale obecnie kompleks jest odbudowywany. Obiekt przyciąga zarówno pielgrzymów z całego kraju, jak i przybyszy z dalekich zakątków świata.

 

Bajandzag (Bajanzag)
Te położone na pustyni Gobi formacje skał osadowych rozsławiły prowadzone tu w latach 20. XX w. wykopaliska. Odnaleziono wtedy ponad 100 kompletnych szkieletów dinozaurów i ich jaja! Paleontolodzy zachwyceni widokiem czerwieniejących podczas zachodu słońca skalnych ścian nadali im miano „Płonących Klifów”.

 

Chongoryn els
Potężne wydmy znajdują się na południu kraju, w rejonie Ałtaju Gobijskiego. Najwyższa z nich ma względną wysokość ok. 200 m i po mniej więcej 1,5-godzinnej wspinaczce można podziwiać z jej szczytu wspaniały widok na niekończące się morze piasku, płaskie tereny pustyni Gobi i grzbiety okolicznych gór.

 

Ułan Bator
Stolica Mongołów to niesamowite miasto, które w ostatnich latach niezmiernie dynamicznie się zmienia i rozbudowuje. Powstają ogromne obszary nowych osiedli mieszkaniowych, a w centrum wyrastają nowoczesne wieżowce górujące nad gmachem parlamentu i wznoszącym się przed nim monumentalnym pomnikiem Czyngis-chana. Turystów w Ułan Bator przyciągają m.in. buddyjski klasztor Gandan oraz znakomita ekspozycja Narodowego Muzeum Historii Mongolii.

 

 

Artykuły wybrane losowo

Maghreb – ziemia zachodzącego słońca

ALINA WOŹNIAK

<< Jest taka kraina, która oddziela Europę od Czarnej Afryki. Po bezkresnych piaskach Sahary wędrowały przez nią kiedyś liczne karawany. Do dziś zamieszkują ją plemiona koczownicze. Od starożytności po współczesność ten malowniczy zakątek świata był sceną burzliwych wydarzeń, tłem rozwoju i upadku cywilizacji. Ani przez chwilę jednak nie przestał fascynować podróżników swoją magiczną aurą arabskiej baśni. >>

FOT. MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE    

Pochodzące z języka arabskiego słowo Maghreb (al-Maghrib) znaczy dosłownie „zachód”. Tradycyjnie określenie to odnosi się do ziem znajdujących się na zachód od Egiptu. Obecnie dotyczy pięciu północnoafrykańskich państw – Maroka, Mauretanii, Algierii, Libii i Tunezji – oraz spornego terytorium, którym jest Sahara Zachodnia.     

Należące do tego regionu kraje starają się współpracować ze sobą w ramach Arabskiej Unii Maghrebu. Organizacja ta ma przede wszystkim podłoże gospodarcze, ale nie da się nie zauważyć, że żyjące tu narody łączy także wspólna kultura i religia. Dlatego jeśli planujemy odwiedzić północne wybrzeże Afryki, zastanówmy się, czy nie warto wybrać się w głąb lądu na spotkanie fascynującego świata wyłaniającego się z piasków pustyni…

Więcej…

Chile – kraina różnorodności

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Bezkresne pustynie, gigantyczne solniska, bujne lasy, potężne góry, ogromne wulkany i lodowce, rozległe winnice oraz wybrzeże ciągnące się przez kilka tysięcy kilometrów to tylko część atrakcji, które ma do zaoferowania Chile. Trudno się dziwić, że trafiło na sam szczyt listy krajów polecanych do zobaczenia w 2018 r. według słynnego wydawnictwa Lonely Planet. Swoimi niesamowitymi krajobrazami zachwyci nawet najbardziej doświadczonych i wymagających podróżników. >>

 

Pustynna Dolina Księżyca, 13 km na zachód od miasteczka San Pedro de Atacama

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

Położone na zachodnich krańcach Ameryki Południowej Chile jest pod wieloma względami wyjątkowe. Szczególną uwagę zwraca już niezmiernie długim i wąskim kształtem swojego terytorium, które rozciąga się wzdłuż brzegu Pacyfiku. Wybrzeże kraju ma niemal 4,3 tys. km długości (z wszystkimi chilijskimi wyspami, w liczbie ok. 3 tys., aż ponad 6,4 tys. km), czyli mniej więcej tyle, ile wynosi odległość między Polską i Afryką Środkową. W najszerszym miejscu granicę wschodnią od zachodniej dzieli zaledwie 445 km (na wysokości Cieśniny Magellana), a w najwęższym – 90 km (między Punta Amolanas i Paso de la Casa de Piedra w regionie Coquimbo).

Znakiem charakterystycznym Chile jest też jego odizolowanie od reszty świata. Warunki geograficzne sprawiają, że wydaje się ono dość niedostępną krainą: od północy oddzieloną bezkresnymi pustynnymi przestrzeniami, a na południu zakończoną fiordami i lodowcami. Na wschodzie wznosi się najdłuższy system górski na ziemi (ciągnący się na odcinku aż 7 tys. km!) – Andy, wybrzeże na zachodzie oblewają z kolei wody Pacyfiku, największego oceanu naszego globu. To wszystko sprawia, że Chile często określa się mianem wyspy, a sami Chilijczycy nierzadko przyznają, że czują się zupełnie inni niż pozostali mieszkańcy kontynentu.

 

SKARBIEC ROZMAITOŚCI

Największy walor tego kraju stanowi jego różnorodność, przejawiająca się m.in. w urozmaiconych krajobrazach. W granicach Chile wyróżnia się wiele formacji roślinnych charakterystycznych dla konkretnych regionów, np. pustyń, terenów wysokogórskich, obszarów nizinnych, fiordów czy południowych wysp pokrytych wiecznym lodem. Znajdują się tu także różne strefy klimatyczne. Na północy panuje klimat zwrotnikowy wybitnie suchy, w środkowej części – podzwrotnikowy i umiarkowany, a na najdalszych krańcach – subpolarny. Poza tym choć znaczne różnice w poziomie życia mieszkańców są typową cechą wielu państw Ameryki Łacińskiej, to w Chile kontrast między światem nielicznych bogatych obywateli i codzienną rzeczywistością dużo większej społeczności ludzi biedniejszych wydał mi się wyjątkowo ogromny. Szczególnie wyraźnie tę sytuację daje się zaobserwować w stolicy, niemal 6,5-milionowym Santiago (Santiago de Chile).

        Sercem miasta jest Plaza Baquedano (dawniej Plaza Italia) z pomnikiem XIX-wiecznego generała Manuela Baquedano. Od placu odchodzi długa aleja nosząca imię Bernarda O’Higginsa (1778–1842), przywódcy powstania, w wyniku którego kraj w lutym 1818 r. uzyskał niepodległość od Hiszpanii. W okolicy mieści się Lastarria, dzielnica pełna uliczek, kawiarni, galerii i stoisk ulicznych, przyciągająca turystów piękną architekturą modernistyczną. Do rozpowszechnienia tego stylu w budownictwie w Chile przyczynił się m.in. Luciano Kulczewski (1896–1972), chilijski architekt o polskich korzeniach, który zaprojektował wiele domów w centrum stolicy, również w tym rejonie. Pod względem atmosfery i urody Lastarria konkuruje z położoną po drugiej stronie rzeki Mapocho dzielnicą Bellavista, wieczorami tętniącą życiem za sprawą licznych barów i restauracji. Leży ona u podnóży wznoszącego się nad miastem Wzgórza św. Krzysztofa (Cerro San Cristóbal), które Hiszpanie nazwali tak na cześć patrona podróżnych. Na liczącą 880 m n.p.m. górę można wejść pieszo albo wjechać samochodem, mikrobusem czy rowerem. Najwięcej wrażeń dostarcza jednak wjazd specjalną windą przypominającą stary tramwaj (funicular) bądź kolejką linową (teleférico).

        Dla odmiany serce najstarszej części stolicy stanowi Plaza de Armas, plac wytyczony przez Pedra de Gamboę (1512–1552) na rozkaz Pedra de Valdivii (1497–1553), hiszpańskiego konkwistadora, który w lutym 1541 r. założył miasto, nadając mu nazwę Santiago de la Nueva Extremadura. Przez wieki odbywały się tu parady wojskowe, procesje religijne, a nawet publiczne egzekucje. Dziś na placu kwitnie życie towarzyskie: znajdziemy na nim wiele kawiarni i barów szybkiej obsługi, w których warto spróbować m.in. chilijskiego hot doga completo italiano, składającego się z parówki z majonezem, keczupem i awokado i z tego względu przywodzącego na myśl układ kolorów na włoskiej fladze. Poza tym kilka razy w tygodniu organizuje się tutaj koncerty, a stojące wokół stoliki często są zajęte przez mężczyzn rozgrywających partie szachowe. Nad środkową częścią placu góruje pomnik Pedra de Valdivii na koniu, na zachodzie z kolei wznosi się monumentalna Katedra Metropolitalna (Catedral Metropolitana de Santiago), która dzisiejszy neoklasycystyczny wygląd otrzymała pod koniec XIX stulecia. Autorami jej ostatnich projektów byli włoscy architekci Joaquín Toesca (1745–1799) i Ignacio Cremonesi (1862–1937). Ten pierwszy zaprojektował również mieszczącą się niedaleko La Monedę (Palacio de La Moneda), budynek pałacu prezydenckiego o nazwie pochodzącej od znajdującej się tu wcześniej mennicy.

 

BURZLIWA HISTORIA

Palacio de La Moneda uległ zniszczeniu podczas wojskowego zamachu stanu z 11 września 1973 r., mającego na celu odsunięcie od władzy prezydenta Salvadora Allende (1908–1973). Większość gmachu została wówczas zbombardowana i ostrzelana, a prezydent popełnił samobójstwo. Do władzy doszła junta wojskowa z generałem Augustem Pinochetem (1915–2006) na czele, który przez kolejnych niemal 17 lat sprawował dyktatorskie rządy. Były one naznaczone brutalnym rozprawianiem się z przeciwnikami politycznymi i osobami wspierającymi Allende – wtrącano podejrzanych do więzień i torturowano ich, a także porywano, w wyniku czego ginęli bez śladu. Te czarne karty historii kraju prezentuje m.in. Muzeum Pamięci i Praw Człowieka (Museo de la Memoria y los Derechos Humanos), wprowadzające w czasy junty od pierwszych godzin przewrotu wojskowego po zorganizowany w październiku 1988 r. plebiscyt umożliwiający wybory i stopniowy powrót demokracji. Placówka znajduje się w gminie Quinta Normal w północno-zachodniej części Santiago, którą w większości wypełnia kolorowa zabudowa kolonialna (zwłaszcza tutejszą dzielnicę Yungay).

        Przeciwieństwem tych miejsc o typowo latynoamerykańskim stylu jest nowoczesna dzielnica El Golf w północno-wschodniej gminie Las Condes, stanowiąca centrum finansowe, handlowe i turystyczne, nieoficjalnie określana Sanhattanem. Jej najbardziej charakterystyczny obiekt to Gran Torre Santiago w kompleksie Costanera Center – najwyższy budynek Ameryki Łacińskiej, liczący 64 kondygnacje i mierzący 300 m wysokości, zaprojektowany przez argentyńskiego architekta Césara Pelliego, mającego w swoim dorobku np. Petronas Towers w Kuala Lumpur w Malezji i Carnegie Hall Tower w Nowym Jorku. Wieżowiec, podobnie jak zabudowa wielu chilijskich miast, jest odporny na wstrząsy, które zdarzają się w tym kraju niezwykle często. Właśnie w Chile zanotowano najsilniejsze pod względem magnitudy udokumentowane trzęsienie ziemi w historii – o sile 9,5 stopnia w skali Richtera. Nawiedziło ono w maju 1960 r. Valdivię i było tak potężne, że większość miasta uległa zniszczeniu, a w niektórych miejscach rozstąpiła się ziemia. Odtąd tutejsi architekci zaczęli projektować budynki odporniejsze na wstrząsy, znacznie wytrzymalsze niż w innych częściach świata. Stabilność ich konstrukcji potwierdzają m.in. efekty ostatniego potężnego trzęsienia o sile 8,8 stopnia w skali Richtera, które dotknęło kraj w lutym 2010 r. Pozostawiło ono po sobie mniej zniszczeń, niż początkowo oczekiwano, a strzelista Gran Torre Santiago, jak wspominają miejscowi, tylko nieznacznie tańczyła w powietrzu.

 

CHILIJSKIE SMAKI

Chilijczycy wydają się przyzwyczajeni zarówno do trzęsień ziemi, jak i wielu innych kataklizmów, a jednym z przejawów ich dystansu do tego typu wydarzeń jest m.in. fakt, że nazwę terremoto (czyli „trzęsienie ziemi”) nadali jednemu ze swoich tradycyjnych koktajli – mieszance słodkiego białego wina z lodami ananasowymi, gorzką wódką żołądkową typu fernet lub korzenno-ziołowym likierem amargo i grenadyną. Jeśli mowa o alkoholu, to warto wspomnieć, że do specjałów Chile należy właśnie wino, odznaczające się wysoką jakością i eksportowane na cały świat. Jak głosi legenda, jego produkcję zaczęli rozwijać już w latach 40. XVI w. hiszpańscy kolonizatorzy uprawiający tu winorośl wyhodowaną z pestek z rodzynek przywiezionych z ojczyzny. Na dobre jednak przemysł winiarski upowszechnił się w drugiej połowie XIX stulecia dzięki Francuzom, którzy sprowadzili na kontynent swoje szczepy. Z tego względu za jedne z najpopularniejszych i najsmaczniejszych gatunków chilijskiego wina uchodzą te wytwarzane z odmian cabernet sauvignon, merlot, sauvignon blanc oraz carménère (wprowadzonych do plantacji przez przybyszów z regionu Bordeaux). Co najważniejsze, francuskie szczepy trafiły w Chile na bardzo żyzne gleby. Dolina Środkowochilijska (Valle Central) charakteryzuje się idealnymi do uprawy winogron ziemiami i przyjaznym śródziemnomorskim klimatem. Można się o tym przekonać podczas odwiedzin w licznych winnicach położonych w okolicy stolicy, np. w założonej w 1883 r., słynnej Concha y Toro w Pirque (ponad 20 km od centrum Santiago) – to największy producent i eksporter wina nie tylko w kraju, ale i całej Ameryce Łacińskiej. Jeszcze bardziej malowniczo prezentują się winnice w dolinie Colchagua i Casablanca. Warto do nich zajrzeć nie tylko wtedy, gdy chcemy wybrać się na degustację lub planujemy zakupy szlachetnych trunków, lecz również w przypadku wyprawy na wybrzeże – wiele z nich leży po drodze z Santiago nad ocean.

 

W PORCIE

Miastem, którego nie można ominąć w trakcie pobytu nad Oceanem Spokojnym, jest portowe Valparaíso, położone malowniczo na kilkudziesięciu wzgórzach. W czasach swojej świetności było jednym z największych portów Ameryki Południowej i ze względu na bogactwo i urodę nosiło dumne miano Perły Pacyfiku. Choć dziś okres bycia gospodarczą potęgą ma już za sobą, to wciąż cieszy się opinią najbarwniejszego, najpiękniejszego i najciekawszego miasta w Chile. Zanurzone w dekadenckiej atmosferze Valpo, jak czule mówią o nim Chilijczycy, znane jest z tego, że oddycha sztuką i przyciąga artystów z całego świata. Pomieszkiwał w nim m.in. słynny chilijski poeta i noblista Pablo Neruda (1904–1973). W należącym do niego domu na wzgórzu Florida – La Sebastianie – mieści się obecnie jego muzeum. Właśnie w Valparaíso znajduje się też najsłynniejsza w kraju akademia sztuk pięknych – Instituto de Arte de la Pontificia Universidad Católica (PUCV), której studenci i absolwenci od lat ozdabiają pracami tutejszą XIX- i XX-wieczną zabudowę. W 1992 r. powstało oficjalnie nietypowe Muzeum pod Gołym Niebem (Museo a Cielo Abierto de Valparaíso). Jego początki sięgają jednak tak naprawdę 1969 r. W trakcie spaceru stromymi uliczkami biegnącymi po zboczach wzgórza Bellavista można oglądać 20 ogromnych, barwnych murali. To bezpłatne muzeum stało się wizytówką nie tylko Valparaíso, ale również całego Chile i rozkochanej w sztuce ulicznej Ameryki Południowej.

        Oprócz tego w mieście, szczególnie w jego portowej części, znajdziemy wiele świetnych restauracji, w których podaje się dania chilijskiej kuchni, słynącej ze znakomitych owoców morza i ryb, m.in. miecznika, tuńczyka, dorsza, soli, morszczuka, węgorza i wysokiej jakości łososia. Jedną z tradycyjnych potraw kraju jest paila marina, czyli zupa przygotowywana na bazie ryb i owoców morza, z odrobiną białego wina. Inną popularną zupę stanowi cazuela,przyrządzana z rosołu gotowanego na mięsie, z dodatkiem ziemniaków, dyni, kukurydzy i papryki. Do typowych chilijskich dań należy także pastel de choclo – „ciasto z kukurydzy” i mielonego mięsa, przełożonego jajkami i oliwkami. Popularnością cieszą się też inne potrawy mięsne, przygotowywane głównie z wołowiny, a prawdziwą świętością i sportem narodowym jest w Chile asado, czyli grill, który organizuje się przy każdej możliwej okazji i o każdej porze dnia lub nocy.

Wycieczki łodziami po jeziorze San Rafael wyruszają z Puerto Chacabuco i Puerto Montt

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

WYSPA NA OCEANIE

Podróżników może zdziwić, że w tym samym regionie administracyjnym kraju co portowe Valparaíso leży oddalona tysiące kilometrów od chilijskiego wybrzeża Wyspa Wielkanocna (Isla de Pascua). Pod względem geograficznym jest ona częścią Polinezji. Uchodzi za jedną z najbardziej intrygujących wysp na świecie. Holenderski admirał Jacob Roggeveen (1659–1729) odkrył ją dla Europejczyków 5 kwietnia 1722 r., na który to dzień przypadała Niedziela Wielkanocna – stąd właśnie pochodzenie jej nazwy. Mieszkający na niej Polinezyjczycy określali ją z kolei mianem Te Pito o te Henua, co w ich języku oznacza Pępek Świata. Co ciekawe, uważana dzisiaj za tradycyjną, nazwa Rapa Nui, czyli „Wielka Rapa”, pojawiła się dopiero w XIX stuleciu. Nadali ją najprawdopodobniej żeglarze z Tahiti, którzy odwiedzali wówczas Wyspę Wielkanocną, i nawiązuje ona do podobnej wyspy Rapa (należącej obecnie do Polinezji Francuskiej), znanej także jako Rapa Iti („Mała Rapa”). Jeśli będziemy mieli okazję tu dotrzeć z kontynentalnej części Chile (najpopularniejszym sposobem dostania się w to miejsce jest bezpośredni, mniej więcej pięciogodzinny lot z Santiago do miasteczka Hanga Roa, pełniącego funkcję stolicy), szybko zdamy sobie sprawę z niesamowitego położenia tego malowniczego skrawka lądu. Niewielka wulkaniczna Isla de Pascua, o powierzchni 163,6 km² i liczbie mieszkańców wynoszącej ponad 7,7 tys. ludzi, wydaje się ginąć wśród bezkresnego błękitu Oceanu Spokojnego. Wygląda, jakby była zawieszona w środku ogromnej pustki. Najbliższa zamieszkana polinezyjska wyspa – Pitcairn – leży ok. 2 tys. km na zachód stąd. Wybrzeże Ameryki Południowej znajduje się z kolei ponad 3,5 tys. km od Rapa Nui. Jeszcze mniej więcej 50 lat temu można było się tutaj dostać tylko statkiem zaopatrzeniowym, który kursował kilka razy w roku.

        Mimo swojej niedostępności tropikalna Wyspa Wielkanocna przez wieki budziła zainteresowanie za sprawą charakterystycznych posagów moai, wykonanych ze skał wulkanicznych. Do dziś istnieje wiele hipotez dotyczących okoliczności ich powstania. Według jednych teorii figury zostały wyrzeźbione między IX i XVI w. przez polinezyjskich osadników, zgodnie z innymi wyjaśnieniami nieco wcześniej wykonali je przybysze z Ameryki Południowej. W ustaleniu faktów nie pomaga brak historycznych zapisków na temat wyspy. Jedno jest pewne, tajemnicze moai, prawdopodobnie symbolizujące bogów lub zmarłych wodzów, do dziś robią niesamowite wrażenie. Szczególnie o zachodzie słońca, gdy mienią się kolorami na tle purpurowego nieba i powoli znikają w ciemności. Wtedy wyspiarze wolą się do nich nie zbliżać, bo uważają, że posągi są zamieszkane przez duchy i związane z najbardziej mrocznymi sekretami tej magicznej wyspy, położonej w sercu niezmierzonych oceanicznych przestworzy.

 

Wyspa Wielkanocna słynie z tajemniczych posągów moai z tufu wulkanicznego

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

GWIAZDY PÓŁNOCY

W Chile, zarówno na wyspach, jak i w jego kontynentalnej części, zachwyt wśród turystów budzi przede wszystkim przyroda – dzika i często zupełnie inna od tej, która otacza nas w Europie. Ogromne wrażenie wywierają m.in. pustynne, rozgrzane promieniami palącego słońca i niemal pozbawione śladów ingerencji człowieka przestrzenie na dalekiej północy, znanej jako Wielka Północ (Norte Grande). Znajduje się tu kilka przepięknych parków narodowych, np. graniczący z Boliwią Park Narodowy Lauca, należący do najwyżej położonych na świecie (niektóre miejsca leżą nawet na ponad 6300 m n.p.m.), w którym można podziwiać ośnieżone szczyty wulkanów oraz liczne jeziora i laguny.

        Największą i najchętniej odwiedzaną przez turystów atrakcję północy stanowi rozległa pustynia Atakama, uważana za jeden z najsuchszych obszarów na ziemi. Co ciekawe, w związku z niespodziewanymi opadami deszczu wywołanymi zjawiskiem El Niño tutejsze pustynne tereny w ciągu ostatnich paru lat kilka razy zakwitły, pokrywając się kolorowym dywanem kwiatów. Na zwiedzanie najlepiej przeznaczyć co najmniej dwa lub trzy dni. Polecam zatrzymać się w miasteczku San Pedro de Atacama, gdzie warto zajrzeć do muzeum archeologicznego (Museo Arqueológico R.P. Gustavo Le Paige) i XVIII-wiecznego kościoła zbudowanego z suszonej cegły (Iglesia de San Pedro). Sama miejscowość stanowi świetną bazę wypadową do największych okolicznych atrakcji, m.in. pola gejzerów El Tatio, Doliny Księżyca (Valle de la Luna), pełnej wydm i niezwykłych formacji skalnych wyrzeźbionych przez procesy erozji, i na solnisko Salar de Atacama, z którego rozciąga się widok na majestatyczny Licancabur (5920 m n.p.m.), należący do najwyższych wygasłych wulkanów w Andach.

        Charakterystyczną cechą północy są nie tylko księżycowe pejzaże, ale też ogromna liczba kopalń, głównie miedzi, najważniejszego produktu eksportowego kraju. W historii tutejszego górnictwa znajdziemy także polski akcent: jednym z jego najważniejszych patronów jest naukowiec i inżynier Ignacy Domeyko (1802–1889), który przez lata prowadził badania w tym rejonie i zasłużył się dla rozwoju chilijskiej geologii i mineralogii. Aby uczcić pamięć o polskim emigrancie, nazwano jego nazwiskiem m.in. jedno z pasm górskich w Andach (Cordillera Domeyko), miejscowość w regionie Atakama i planetoidę. A skoro mowa o kosmicznych odkryciach, to nie sposób nie wspomnieć o tym, że na północy Chile znajduje się również duża liczba obserwatoriów astronomicznych, niektóre z nich są otwarte dla zwiedzających. Zapewne istnieje niewiele takich miejsc na świecie, gdzie kosmos wydaje się tak bliski i dostępny, a niebo jest równie gęsto zapełnione gwiazdami. Jeśli jednak ktoś nie ma czasu wybrać się na daleką północ, powinien pojechać na wycieczkę do magicznej doliny Elqui (w regionie Coquimbo), leżącej na tzw. Małej Północy (Norte Chico), pokrytej plantacjami owoców i naznaczonej sennymi, andyjskimi miasteczkami. Warto zatrzymać się tu w Pisco Elqui, które słynie m.in. z licznych wytwórni chilijskiego pisco (pisco chileno), czyli ulubionego alkoholu Chilijczyków, przypominającego brandy i uzyskiwanego ze sfermentowanych białych winogron. Jest ono produkowane w całym tym regionie, a to ze względu na sprzyjające warunki do uprawy winorośli. Co ciekawe, także Peruwiańczycy uznają pisco za swój trunek narodowy i od lat toczą z sąsiadami burzliwe spory o to, kto ma większe prawo do szczycenia się nim.

 

MAGIA POŁUDNIA

Jeśli nieco znuży nas gorący klimat północy i zatęsknimy za innymi krajobrazami, powinniśmy wybrać się na południe, np. do regionu Jezior (Los Lagos), gdzie zaczyna się Patagonia. Jednym z jego najpiękniejszych zakątków jest Puerto Varas, malowniczo położone nad jeziorem Llanquihue i przypominające miasta Szwajcarii czy Bawarii. Największe wrażenie wywiera tu widok na okoliczne wulkany: Osorno (2652 m n.p.m.) i Calbuco (2003 m n.p.m.), majestatycznie wznoszące się nad taflą wody.

        Kolejną atrakcję regionu, której nie można przegapić, stanowi wyspa Chiloé (Isla Grande de Chiloé) z lasami, latarniami morskimi oraz urokliwymi rybackimi wioskami i miasteczkami. Charakteryzuje się nieco tajemniczą atmosferą i własnym folklorem, mitami i tradycjami. Do dań miejscowej kuchni należy curanto, składające się z owoców morza, mięsa wieprzowego, kurczaka, kiełbasy, ziemniaków i warzyw. Według lokalnych przepisów powinno być gotowane w dziurze wykopanej w ziemi, na rozgrzanych kamieniach, co dodaje mu smaku. Na zachodzie wyspy znajduje się Park Narodowy Chiloé, pełen pięknych plaż, wydm, pradawnych lasów waldiwijskich i bagien. Z zachodnich wybrzeży w letnich miesiącach i przy lepszej widoczności można dostrzec pływające w oceanie delfiny czarnogłowe (toniny) i wieloryby (płetwale błękitne, walenie południowe). Trzeba jednak pamiętać, że przez większość roku na Chiloé jest pochmurno i sami jej mieszkańcy przyznają, że czasem deszcz pada tutaj niemal bez ustanku przez kilka tygodni bądź nawet miesięcy.

        Równie deszczowa i kapryśna pogoda panuje w regionie Araukania (La Araucanía), gdzie warto odwiedzić m.in. miasto Pucón, położone malowniczo nad jeziorem Villarrica. Nazwa tego ostatniego pochodzi od pobliskiego wulkanu (Volcán Villarrica – 2847 m n.p.m.), uważanego za jeden z najaktywniejszych nie tylko w Chile, ale i całej Ameryce Południowej – jego ostatnia erupcja, poprzedzona wstrząsami sejsmicznymi, miała miejsce w marcu 2015 r. Innym wulkanem, który stosunkowo niedawno dał o sobie znać, jest Chaitén (1122 m n.p.m.), znajdujący się ok. 260 km na południe od Puerto Varas. Po ponad 9 tys. lat uśpienia w maju 2008 r. wybuchł i zalał lawą leżące poniżej miasteczko o tej samej nazwie. Jego mieszkańców na szczęście w porę udało się ewakuować, ale Chaitén, wcześniej pełne życia i przyciągające turystów, zostało niemal całkowicie zniszczone.

 

KONIEC ŚWIATA

Jeszcze dalej na południe rozciąga się Aisén (Región de Aysén del General Carlos Ibáñez del Campo), najmniej zaludniony region w całym Chile (jedynie niewiele ponad 100 tys. mieszkańców). Tutejsza stolica – Coyhaique – to jedno z najpiękniej położonych, ale i też najbardziej odizolowanych miast w kraju. Stanowi ono znakomitą bazę wypadową m.in. do dziewiczego Rezerwatu Narodowego Cerro Castillo i Parku Narodowego Laguna San Rafael z ogromnym lodowcem San Rafael, zajmującym obszar ok. 760 km². Za atrakcję okolicy uchodzą również tzw. Marmurowe Jaskinie (Santuario de la Naturaleza Capilla de Mármol), uformowane w czystym marmurze i zatopione w wodach turkusowego jeziora General Carrera, największego w Patagonii (1850 km² powierzchni, w tym 978,12 km² na terytorium Chile, a reszta w Argentynie).

        Z kolei najgłębszym patagońskim akwenem (aż 836 m!) jest także niezmiernie rozległe jezioro O’Higgins (San Martín w Argentynie), mające w sumie 1013 km², leżące też na terenie Aisén (Aysén), który graniczy z wysuniętym najbardziej na południe regionem kraju, zwanym Magallanes i Chilijska Antarktyka (Región de Magallanes y de la Antártica Chilena). Znajduje się w nim najważniejsza przyrodnicza atrakcja chilijskiej Patagonii – Park Narodowy Torres del Paine. Wytyczono tu ponad 250 km przepięknych tras, wiodących raz przez zielone i soczyste lasy, łąki i pastwiska, innym razem po górskich zboczach. Pełen ośnieżonych szczytów, lodowców, turkusowych jezior i spektakularnych wodospadów park wydaje się baśniową krainą i od kwietnia 1978 r. figuruje na liście rezerwatów biosfery UNESCO. Najlepszą bazę wypadową w okolicy stanowi Puerto Natales, turystyczne miasteczko położone blisko 250 km na północny zachód od Punta Arenas (stolicy regionu Magallanes i Chilijska Antarktyka), uważanego za jedno z najpiękniejszych miast Chile, a kiedyś należącego do najbogatszych i najbardziej kosmopolitycznych ośrodków Ameryki Południowej – aż do otwarcia Kanału Panamskiego w sierpniu 1914 r. zaliczało się do najważniejszych portów na kontynencie i najruchliwszych na kuli ziemskiej. Dziś nadal pobrzmiewają w nim echa dawnego bogactwa i świetności, o których przypominają m.in. okazałe pałace oraz historyczny cmentarz ze śnieżnobiałymi grobowcami i równo przystrzyżonymi cyprysami.

        Oddychające przeszłością Punta Arenas leży nad Cieśniną Magellana, oddzielającą kontynentalną część Ameryki Południowej, Wyspy Królowej Adelajdy i wyspę Riesco od archipelagu Ziemia Ognista (Tierra del Fuego). Odkryta w 1520 r. przez słynnego portugalskiego podróżnika cieśnina łączy Ocean Atlantycki ze Spokojnym. Ze względu na silne wiatry i prądy morskie w tej okolicy, a także podwodne skały stanowi ogromne wyzwanie dla żeglarzy. Dalekie południe Chile zdaje się przypominać piękną, lecz niegościnną krainę, pełną lodowców, fiordów i niezamieszkanych, poszarpanych falami wysepek. Na jednej z nich leży skalisty przylądek Horn (Cabo de Hornos), uważany tradycyjnie za najdalej na południe wysunięty punkt Ameryki Południowej (w rzeczywistości jest nim wysepka Águila w archipelagu Diego Ramírez). Od tego miejsca pochodzi nazwa Parku Narodowego Przylądka Horn – jednego z najbardziej dziewiczych i niedostępnych na kuli ziemskiej. Można się do niego dostać statkami wojskowymi lub handlowymi, które pływają z chilijskich portów do Europy, Afryki bądź na Antarktydę. Wiele rejsów na tę ostatnią odbywa się z ponad 2-tysięcznego Puerto Williams, wysuniętego najdalej na południe miasteczka na świecie. Powstało ono w latach 50. XX w. jako baza wojskowa i znajduje się na wyspie Navarino, ok. 300 km w linii prostej na południowy wschód od Punta Arenas. Pogoda jest tutaj kapryśna, a życie płynie spokojnie. Na Puerto Williams składa się zaledwie parę ulic, działa w nim kilka sklepów, restauracji, pensjonatów i hosteli, muzeum antropologiczne (Museo Antropológico Martín Gusinde), niewielkie lotnisko, port, baza chilijskiej marynarki wojennej, szpital, kościół katolicki, bank i jeden bankomat. W dzień wypełniają je odgłosy polarnego wiatru, rześkie, mroźne powietrze i nawoływania rybaków wyruszających na połów. Właśnie tu, na najdalszych krańcach cywilizacji, wydaje się mieścić finis terrae, czyli koniec świata, wietrzny i pełen mrocznego uroku, podobnie jak całe Chile odosobniony, dziewiczy i zachwycający wielką siłą i pięknem nieujarzmionej natury.

 

Masyw Torres del Paine składa się z trzech wysokich, granitowych iglic (wież)

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

Wydanie Lato 2018

Na koniu przez świat

Jerez   Feria 04

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Jest coś niezmiernie pociągającego w widoku jeźdźca, który na swoim koniu zmierza ku linii horyzontu. Wokół niego rozpościera się pusta przestrzeń, może gdzieś w oddali majaczy las lub brzeg morza, ale tak naprawdę w tej chwili istnieje tylko on, jego wierzchowiec i otaczająca ich przyroda. Ten obraz ma chyba w sobie taką siłę, ponieważ w istocie przedstawia wyjątkowy moment, gdy człowiek i zwierzę działają razem. Ci, którzy jeżdżą konno, zapewne uwielbiają to uczucie pełnej jedności. Odnosi się wówczas wrażenie, że koń rozumie nas niemal tak, jakby mówił naszym językiem. Kto jeszcze tego nie doświadczył, musi koniecznie spróbować.

Więcej…