KRZYSZTOF RURAŃSKI

 

<< Wciąż mało znana wśród naszych rodaków Zambia to państwo o terytorium ponad dwukrotnie większym od powierzchni Polski – zajmuje obszar ok. 750 tys. km². Na jej terenie występuje klimat podrównikowy suchy. Pora deszczowa, która trwa od listopada do kwietnia, charakteryzuje się wysokimi temperaturami oraz gwałtownymi burzami. Ten południowoafrykański kraj jest bezpieczny i przyjazny podróżnikom, również tym dysponującym skromniejszym budżetem. Sąsiaduje z ośmioma państwami. Najdłuższą granicę – 1930 km – współdzieli z Demokratyczną Republiką Konga, a najkrótszą – poniżej 1 km – z Botswaną. Na tym małym odcinku na rzece Zambezi znajduje się przejście graniczne i działa przeprawa promowa. >>

Welcome to Zambia – tak śmiertelnie poważny urzędnik imigracyjny przywitał mnie na lotnisku w Lusace, ale zanim wbił pieczątkę w moim paszporcie, zabawną mieszanką angielskiego i jednego z wielu tutejszych afrykańskich dialektów wypytywał mnie, czy przypadkiem nie przyleciałem na wolontariat. Zdecydowałem się skłamać, ponieważ wiedziałem, że miesięczna wiza dla wolontariusza to koszt 120 USD (dolarów amerykańskich), podczas gdy za tę turystyczną płaci się zaledwie 50 USD. Logika podpowiada, iż powinno być raczej odwrotnie, lecz na Czarnym Lądzie zaskakujących przepisów należy spodziewać się na każdym kroku. Doświadczenie z wcześniejszych wyjazdów nauczyło mnie jednej zasady: w Afryce nie myśl jak Europejczyk, a podróż stanie się łatwiejsza i przyjemniejsza.
Po opuszczeniu budynku lotniska stałem się mzungu. To pozytywne określenie białego człowieka, przybysza z daleka. Przedstawiałem się nim za każdym razem, co wywoływało uśmiech na twarzach Zambijczyków i niejednokrotnie pomagało w różnych sytuacjach.

 

CODZIENNE SPRAWY STOLICY
Choć niemal 2-milionowa Lusaka stanowi stolicę kraju, nie ma właściwie nic ciekawego do zaoferowania. Znajdziemy w niej m.in. Muzeum Narodowe Lusaka (Lusaka National Museum), Katedrę św. Krzyża czy kilka centrów handlowych, z których najsłynniejsze to Manda Hill z paroma salami kinowymi (Fresh View Cinemas). W lokalnym języku niandża (nyanja) manda oznacza „cmentarz”, co raczej trudno uznać za dobry chwyt marketingowy. Mimo to po odwiedzających tę galerię tłumach klientów można wnioskować, że najwyraźniej nikomu to nie przeszkadza. W mieście funkcjonuje też zoo i ogrody botaniczne (w Munda Wanga Environmental Park), ale przyrodę lepiej podziwiać w jednym z 19 wspaniałych zambijskich parków narodowych. Miejskie rozrywki zostawmy dzieciom i mniej wymagającym turystom.
     Przy głównej lusakijskiej arterii Cairo Road stoi kilka wysokich budynków o wątpliwej estetyce – to siedziby banków, organizacji międzynarodowych i urzędów. Poza tym na obraz Lusaki składają się zatłoczone ulice, mało zieleni, hałas, spaliny, mnóstwo ludzi i trąbiące niebieskie taksówki. Jej dumą jest Uniwersytet Zambijski, założony w 1966 r. Zambia należy do najbiedniejszych krajów świata, trudno więc spodziewać się, że jej stolica będzie zachwycającą metropolią. Chcę jednak podkreślić, iż miasto na przestrzeni ostatnich lat zmieniło się na korzyść. Przybywa zagranicznych inwestorów, a stabilna sytuacja polityczno-gospodarcza państwa zachęca turystów do odwiedzin.
     Do tego największego ośrodka przyjeżdżają z różnych stron kraju ludzie, którzy poszukują tu pracy, lepszego życia, szansy na podnoszenie kwalifikacji lub naukę na wyższych uczelniach. Wielu z nich spotyka – niestety – rozczarowanie, bo nie jest to wcale raj na zambijskiej ziemi. Natkniemy się tutaj na znaczną liczbę osób kalekich i chorych, żebrzących bądź siedzących bez celu na ulicy. Bardziej zaradni Zambijczycy handlują wszystkim, co da się sprzedać. Na większości skrzyżowań obnośni sprzedawcy oferują kierowcom mnóstwo towarów: od ładowarek telefonicznych przez kolorowe balony, lampy, T-shirty, kalkulatory, narzędzia, zabawki, płyty CD aż po najbardziej pożądane karty zdrapki doładowujące telefony komórkowe.
     Mieszkańcy licznych afrykańskich krajów, także Zambii, wręcz zachłysnęli się nowoczesnością, a za swoisty synonim luksusu uważają właśnie telefon komórkowy. Posiadają go nawet ludzie, których nie stać na buty czy choćby jeden posiłek dziennie. Zakupione doładowania za 10 ZMW (kwach zambijskich), czyli ok. 1,3 USD, przynajmniej na chwilę łączą ich z globalną społecznością. Reklamy uliczne i telewizyjne dodatkowo zachęcają do korzystania z usług 4 lokalnych operatorów telekomunikacyjnych. Telefon komórkowy daje też poczucie bezpieczeństwa. W trudnym i odludnym afrykańskim buszu łączność telefoniczna to jedyna szansa na wezwanie pomocy.
     Na ulicach Lusaki skrajna bieda miesza się z bogactwem i luksusem elit rządzących. Politycy prześcigają się w udowadnianiu społeczeństwu, że mają czyste ręce, a tymczasem w państwie kwitnie korupcja. Jest to zjawisko tak powszechne, że właściwie od zwykłego obywatela można się dowiedzieć, komu wręczyć pieniądze i ile będzie kosztowało załatwienie konkretnej sprawy.
     Na parkingu pod dużym i ciągle rozbudowywanym centrum handlowym Manda Hill stoją samochody ekskluzywnych marek. W sklepach ceny utrzymują się na poziomie europejskim. Zakupy robią w nich wyłącznie ludzie, którzy nie muszą martwić się pensją w wysokości 150 USD miesięcznie. Praca w Zambii stanowi luksus, towar pierwszej potrzeby. Państwowe statystyki podają co prawda, że bezrobocie wynosi ok. 20 proc., jednak trochę ciężko w to uwierzyć, zwłaszcza wtedy, gdy widzi się sytuację na prowincji.
     Kiedy wybieramy się do różnych instytucji, w których zatrudnia się osoby na etat, powinniśmy uzbroić się w cierpliwość. Pracownicy niespiesznie wykonują swoje czynności. Sprawiają wrażenie, jakby poruszali się w zwolnionym tempie. Lekko zamyślona pani w placówce bankowej Barclays, gdzie wymieniałem dolary na lokalną walutę, potrzebowała aż 20 min., aby dokonać tej transakcji. W nieskończoność przeliczała banknoty, jak gdyby nie wierzyła maszynce do liczenia pieniędzy, kilka razy wychodziła na zaplecze, rozmawiała ze współpracownikami. Przy okienku było urządzenie pozwalające przekazać swoją ocenę jakości obsługi. Skorzystałem z tej możliwości. Idealnie tę sytuację opisuje przysłowie abisyńskie: Przy stworzeniu świata Bóg dał Europejczykom zegar, a Afrykańczykom czas.
     Na dwóch największych stołecznych bazarach New City Market i Kamwala Market kupimy dosłownie wszystko – odzież, żywność, zwierzęta hodowlane czy używane i nowe artykuły gospodarstwa domowego. Swoje warsztaty prowadzą na nich również wszelkiej maści rzemieślnicy: od specjalistów od naprawy samochodów i elektroniki do mistrzów ręcznego wyrobu wiader z blachy ocynkowanej. Panuje tu ogromny gwar i ruch, czuć spaliny i smród psujących się towarów oraz stert śmieci. Do tego należy jeszcze dodać nieoficjalny zakaz fotografowania. Lokalni strażnicy porządku błyskawicznie wyłapują w tłumie posiadacza aparatu. Najwyraźniej handlarze nie do końca są pewni czystości swoich interesów. Takie miejsca po prostu rządzą się swoimi prawami, które warto poznać, zanim wstąpi się na afrykański targ.
     Podróż po Zambii, chcąc nie chcąc, trzeba rozpocząć od Lusaki. Kilka znanych i renomowanych linii lotniczych (m.in. Ethiopian Airlines, South African Airways, Emirates, Lufthansa, Kenya Airways) oferuje połączenia z Europy przez Dubaj w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Addis Abebę w Etiopii, Johannesburg w RPA czy Nairobi w Kenii. Na wyprawę w głąb lądu najlepiej ruszyć autobusem z Lusaka City Market Bus Station. Ze stolicy realizuje się regularne kursy do każdego większego miasta. Można także pojechać autokarem do RPA czy Tanzanii. Do Livingstone w pobliżu słynnych Wodospadów Wiktorii (Victoria Falls, w języku lozi z rodziny bantu Mosi-oa-Tunya) najkorzystniej wybrać się z jednym z dwóch solidnych przewoźników: Mazhandu Family Bus Services lub Shalom Bus Services. W ich przypadku mamy gwarancję punktualnego odjazdu (autobusy wyjeżdżają kilka razy dziennie), co w warunkach afrykańskich stanowi ewenement. Podróż trwa 6–8 godzin, dlatego warto kupić bilet na poranny kurs, aby dotrzeć do miasta przed zachodem słońca. Po drodze czekają nas piękne widoki, a na postojach obejrzymy scenki rodzajowe z życia codziennego Zambijczyków.
 
MIASTO WODOSPADÓW
Pojawiam się na dworcu autobusowym w Lusace ok. godz. 6.00. Słońce podnosi się ponad horyzont. Pora jest wczesna, choć nie dla setek podróżnych, którzy obładowani bagażami szukają swoich autobusów. To poranne godziny szczytu – wokół panuje hałas, tłok i pośpiech. Na placu działają naganiacze, którzy walczą o każdego klienta. Wielu drobnych lokalnych przewoźników konkuruje ze sobą nie ceną ani punktualnością czy komfortem podróży, lecz wyłącznie skutecznością w naganianiu pasażerów. Autobus rusza w drogę dopiero wtedy, gdy wszystkie miejsca zostaną zajęte, łącznie z tymi stojącymi. Poza tym zawsze wypełniają go setki kilogramów bagażu, umieszczonego na dachu i między fotelami.
     Do wyboru mam 2 linie. Okazuje się jednak, że jedyne wolne bilety zostały na Mazhandu Family Bus Services, więc dylemat rozwiązuje się sam. Równowartość ok. 50 zł zapewnia mi transport do odległego o niemal 490 km Livingstone. W krótkim czasie zbiera się komplet chętnych i odjeżdżamy punktualnie. Za oknem miga monotonny krajobraz afrykańskiego buszu i sawanny. Przejazd ubarwiają nigeryjskie filmy. Pasażerowie dobrze się bawią, a ja razem z nimi.
     Na trasie zaplanowano 2 postoje na odświeżenie się i posiłek. Nawet jeśli nie chcemy wyjść z autobusu, możemy zrobić zakupy przez okno. Wielu Zambijczyków z utęsknieniem wyczekuje każdego dnia na kolejny kurs, aby zarobić kilka kwach na sprzedaży warzyw, owoców, wody, soków i koniecznie doładowań do telefonów komórkowych.
     Po 7 godzinach jazdy docieram do 150-tysięcznego Livingstone. Na dworcu witają mnie podobny hałas i chaos jak w Lusace oraz pokrzykiwania dziesiątek taksówkarzy oferujących swoje usługi. Od komfortowego hostelu Jollyboys Backpackers dzieli mnie niecały kilometr, więc z radością zrobię sobie spacer po długiej podróży. Kierowcy taksówek nie są zadowoleni z widoku białego człowieka z plecakiem poruszającego się na piechotę. Po drodze przyglądam się miastu, które od razu przypada mi do gustu. Jest czyste, zielone, bardzo nowoczesne jak na Zambię i ma swój klimat. Zapewne duża w tym zasługa szkockiego protestanckiego misjonarza i podróżnika Davida Livingstone’a (1813–1873), który w 1855 r. dotarł w to miejsce i odkrył potężne wodospady na rzece Zambezi. Jak na prawdziwego Brytyjczyka przystało, nazwał je na cześć ówczesnej brytyjskiej królowej Wiktorii (1819–1901).
     Rozwój miasta wspomaga głównie turystyka. Sława Wodospadów Wiktorii, uważanych przez wielu za jeden z siedmiu naturalnych cudów świata, przyciąga tysiące przybyszów z różną zawartością portfela. Czeka na nich niezmiernie szeroki wybór hoteli, lodży, barów, restauracji i propozycji aktywnego spędzania czasu.

FOT. ZAMBIA TOURISM BOARD

Ekscytujący lot dwuosobową motolotnią nad Wodospadami Wiktorii


     Hostel Jollyboys Bacpackers stanowi idealne rozwiązanie dla turystów z plecakiem, ceniących sobie międzynarodowe towarzystwo. Zapewnia tanie noclegi w stylowych afrykańskich domkach i smaczne jedzenie za niewielkie pieniądze. Dodatkowo recepcja posiada bogatą ofertę wycieczek i atrakcji związanych nie tylko z tutejszym cudem natury.
     Do Parku Narodowego Mosi-oa-Tunya, odległego od miasta o kilka kilometrów, można dojechać taksówką. W 1989 r. obszar ten został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Po przekroczeniu parkowej bramy od razu wpadam w ręce sprzedawców pamiątek. Rzeczywiście mnóstwo ich wyrobów to swoiste dzieła sztuki, ale bezpieczniej zrobić zakupy po obejrzeniu zapierających dech w piersiach kaskad. Dobrze oznakowane alejki prowadzą we wszystkie warte zwiedzenia punkty, mapa jest zupełnie niepotrzebna. Jedynym naturalnym zagrożeniem w tym fascynującym miejscu są grupy pawianów, które polują na plecaki turystów w poszukiwaniu darmowego pożywienia. Pod żadnym pozorem nie wolno małp dokarmiać ani rozstawać się ze swoim aparatem czy bagażem. Dyrekcja parku nie ponosi odpowiedzialności za zuchwałe kradzieże tych sprytnych zwierząt.
     Przed przybyciem Europejczyków na te tereny wodospady zwane były Mosi-oa-Tunya, co w języku lokalnej grupy etnicznej Lozi oznacza „Dym, który grzmi”. Taki właśnie obraz ukazał się moim oczom, gdy zbliżyłem się do pierwszego punktu widokowego. Olbrzymie masy wody rzeki Zambezi spadają z wysokości 108 m z potężnym hukiem i wzbijają w górę chmurę drobnych kropelek. Widok jest po prostu zniewalający. Potęgę natury widać zwłaszcza pod koniec pory deszczowej (zazwyczaj w lutym lub marcu), kiedy to w ciągu jednej minuty przez długą na 1708 m krawędź przetacza się ponad 500 mln l wody.
     Alejka prowadzi wzdłuż rzeki do miejsca, gdzie można zanurzyć się w wodospadzie. Trzeba tu dokładnie zapakować w worki foliowe cenne rzeczy i wypożyczyć płaszcz przeciwdeszczowy. Ja zaufałem mojemu wodoszczelnemu plecakowi, do którego schowałem aparat i portfel. Tak jak stałem, wszedłem w kipiel. Wrażenie było niesamowite. Chmura ciepłej wody z Zambezi staje się powietrzem do oddychania, wypełniający przestrzeń huk zagłusza wszystko, widoczność spada właściwie do zera. Powoli i po omacku przesuwam się do przodu. Kierunek ruchu wyznacza poręcz. Co jakiś czas wiatr rozwiewa na chwilę wodną zasłonę i widzę błękit nieba, poza tym jest biało i bardzo mokro. Przejście tego ekstremalnego odcinka zajmuje ok. 10 min. Po drugiej stronie turyści zdejmują płaszcze, a ja, ociekając wodą, zaglądam do plecaka i z radością stwierdzam, że wytrzymał ciężkie warunki.
     Gdy spojrzymy w dół wodospadów, możemy podziwiać przepiękne tęcze, które na tle bujnej i soczystej zieleni tworzą iście rajskie widowisko. Sieć alejek spacerowych pozwala na oglądanie olbrzymich kaskad z różnej perspektywy. Warto też zejść do brzegu rzeki krętą ścieżką wiodącą przez gęsty las przypominający dżunglę, aby spojrzeć na to majestatyczne dzieło natury od dołu. Od tego miejsca gwałtowny nurt Zambezi na odcinku blisko 30 km stwarza idealne warunki do organizowania najsłynniejszego i najtrudniejszego raftingu na świecie. Poziom wody w korycie określa, który fragment tego szaleńczego spływu jest dostępny. 25 bystrzy (o wdzięcznych nazwach „Prosto w ścianę”, „Poranna erekcja”, „Podróże Guliwera”, „Toaleta diabła”, „Schody do nieba”, „Wieczerza o północy” czy „Komercyjne samobójstwo”) wycenianych w 6-stopniowej skali trudności od III do VI zapewnia dawkę adrenaliny na najwyższym poziomie. Tutaj nie wolno popełnić błędu, a po wystartowaniu nie da się już zawrócić. Gdyby jednak komuś te emocje nie wystarczały, niech przypomni sobie, że w Zambezi żyją krokodyle. 

FOT. CHIAWA CAMP

Na safari w Zambii spotkamy króla zwierząt i władcę sawanny – lwa


     Kilkadziesiąt minut spaceru wystarczy, aby dotrzeć do stalowego mostu (Victoria Falls Bridge) łączącego Zambię z Zimbabwe. Dla większości to przejście graniczne, ale stanowi również mekkę amatorów skoków na bungee. Ciężko określić, co jest bardziej szalonym wyczynem: spadanie z wysokości 111 m głową w dół do rzeki czy najtrudniejszy rafting świata wśród krokodyli. Ocenę pozostawiam osobom zainteresowanym.
     Kolejna wielka atrakcja to trwające 3 godziny piesze safari, podczas którego podziwiamy dziewiczą naturę Parku Narodowego Mosi-oa-Tunya. Na turystów czeka tutaj duża dawka przeżyć. Spotkanie oko w oko ze stadem bawołów afrykańskich bądź wytropienie jednego z dwóch okazów nosorożców białych wywołuje emocje nie mniejsze niż uprawianie sportów ekstremalnych. Parkowy tropiciel dzięki swoim umiejętnościom potrafi podprowadzić grupę bardzo blisko zwierząt bez wzbudzania w nich niepokoju. Warto ruszyć na wyprawę o wschodzie słońca, kiedy przyroda budzi się do życia, a łagodne światło ułatwia wykonywanie dobrych zdjęć. W trakcie obserwacji dzikich zwierząt w ich naturalnym środowisku nad Zambezi zdałem sobie sprawę, że nawet najlepsze zoo nie pokaże nam nigdy prawdziwego piękna i potęgi przyrody.

 

W MOJEJ WIOSCE
Jako wolontariusz mieszkałem w małej wiosce Mpanshya (leżącej ok. 180 km na wschód od Lusaki), gdzie nie ma elektryczności, bieżącej wody ani drogi asfaltowej. Dość szybko zostałem zaakceptowany przez lokalną społeczność. Jednej rzeczy jej członkowie nie mogli jednak zrozumieć. Nie mieściło im się w głowie, że poświęciłem swój wolny czas, aby przyjechać z bardzo daleka i pracować dla nich za darmo.
     W Zambii żyje ponad 70 grup etnicznych. Największe to Bemba, Tonga, Chewa (Niandża, Nyanja), Tumbuka, Lunda, Lovale (Luvale), Kaonde, Nkoya i Lozi. Choć angielski funkcjonuje jako język urzędowy, ze względu na wysoki poziom analfabetyzmu w społeczeństwie znajomość lokalnego dialektu staje się koniecznością. Kilka podstawowych zwrotów w języku cziczewa (niandża, nyanja) znacznie ułatwiło mi komunikację z miejscowymi. W ostateczności zawsze pozostaje jeszcze porozumiewanie się za pomocą gestów i duża porcja uśmiechu.

FOT. ZAMBIA TOURISM BOAR

Przedstawiciele ludu Ngoni tańczący podczas ceremonii Nc’wala


     Wschód słońca stanowi naturalny początek dnia dla wszystkich. Zaczyna się krzątanie wokół chatek, zamiatanie obejścia, rozpalanie ognia. Niestety, to kobiety odpowiadają w rodzinie za wykonywanie większości obowiązków. Rola mężczyzny zwykle sprowadza się jedynie do prokreacji. Dzieci, które nie mają szczęścia i nie chodzą do szkoły (a takich jest zdecydowana większość), wyruszają z matką po wodę. Często pokonują kilka kilometrów z ciężkim kanistrem lub wiadrem na głowie. Starsze pociechy pod nieobecność kobiet opiekują się młodszym rodzeństwem. Zaradniejsi Zambijczycy uprawiają swoje małe i skromne przydomowe poletka. Część plonów, czyli głównie kukurydzy, przechowuje się jako zapas dla rodziny. Nadmiar można sprzedać na lokalnym bazarze. Pracy nikt nie oferuje, więc jedynym źródłem zarobku pozostaje rolnictwo.
     Chaty zambijskie zbudowane są zazwyczaj z trzciny i drewna. Bogatszych mieszkańców stać na domy z wypalanej gliny lub cegły kryte legendarną w całej Afryce blachą falistą. Nie odgrywają one tu jednak roli domostwa w naszym rozumieniu. Służą tylko jako miejsce na nocleg lub schronienie przed deszczem. Przygotowywanie posiłku czy inne prace gospodarcze odbywają się pod gołym niebem. Dla przeciętnego Zambijczyka wszystkie dni wyglądają tak samo, jedynie pogoda zakłóca tę monotonię. Takie życie nie sprzyja planowaniu przyszłości czy marzeniom. Dzień kończy się dobrze, gdy cała rodzina zje posiłek składający się z nsimy (nshimy) – kleistej papki przygotowanej z białej mąki kukurydzianej.

FOT. KRZYSZTOF RURAŃSKI

Zambijczycy wznoszą zwykle swoje chaty z drewna i trzciny


     Duży problem społeczny w Zambii stanowi pandemia AIDS. Spotkałem wiele rodzin, w których rodzice zmarli, a dziećmi musieli zaopiekować się dziadkowie lub dalsi krewni. Najnowsze raporty Światowej Organizacji Zdrowia (World Health Organization – WHO) podają, że średnia długość życia w tym kraju wynosi 55,5 lat. Natomiast głównymi przyczynami śmierci są brak dostępu do opieki medycznej, malaria, gruźlica i tzw. choroby wskaźnikowe (niektóre formy nowotworów, grzybic, nietypowe zapalenia płuc) występujące przy upośledzeniu układu odpornościowego wywołanym wirusem HIV. Każdego dnia widziałem setki Zambijczyków przybywających po pomoc do Szpitala Misyjnego św. Łukasza (St. Luke’s Mission Hospital) działającego przy misji katolickiej w miejscowości Mpanshya (prowadzonej przez Zgromadzenie Sióstr Boromeuszek Mikołowskich). Ta placówka medyczna jest jedyną w promieniu ok. 200 km. Dotarcie do niej często zajmuje chorym kilka dni wędrówki przez busz. Obiekt posiada parę oddziałów, przeprowadza się w nim skomplikowane zabiegi i operacje, funkcjonują tutaj poradnie specjalistyczne, ośrodek dożywiania i hospicjum. Aż ciężko uwierzyć, że kompleks zasila tylko energia z ogniw słonecznych i generatora prądotwórczego.
     Sporo czasu spędziłem wśród dzieci i młodzieży. Choć warunki, w jakich uczy się młode pokolenie, należą do bardzo trudnych, dało się zauważyć, że zależy mu na wykształceniu. Szkoła w Zambii kojarzy mi się z przygnębiającym widokiem starych, brudnych budynków z wybitymi oknami, gdzie całe wyposażenie sali lekcyjnej stanowi jedynie tablica i kilka ławek. Pomoce dydaktyczne to zwykle plansze z papieru, na których nauczyciel odręcznie wykonał rysunek lub napisał parę słówek po angielsku. Analfabetyzm i bieda rodziców sprawiają, że oni sami nie chcą wysyłać dzieci na naukę, bo nie dostrzegają znaczenia edukacji. Nadzieję na zmianę tego myślenia przynoszą programy oświatowe prowadzone na terenie Zambii przez organizacje świeckie i kościelne z różnych krajów. Najlepszym wzorem do naśladowania dla innych są młodzi ludzie, którzy po udziale w takich projektach zdobyli zawód i stali się samodzielni. Osobiście jestem zwolennikiem teorii mówiącej, że lepiej rozdawać wędki niż ryby. Dlatego kiedy wspominam przedszkole Arka Noego, które dzięki zapałowi grupy wolontariuszy i finansowemu wsparciu Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP powstało w wiosce Mpanshya, rozpiera mnie duma. Dwa kolorowe budynki z dużym placem zabaw codziennie odwiedza ponad 240 przedszkolaków z okolicznych osad. W doskonale wyposażonych klasach odbywają się zajęcia prowadzone przez nauczycieli. Przerwy dzieci spędzają na grach i zabawach, a pod koniec dnia każdy maluch dostaje ciepły posiłek. W grudniu z okazji oficjalnego zakończenia zambijskiego roku szkolnego organizuje się wielką uroczystość, w czasie której mali absolwenci otrzymują świadectwa i dyplomy. Grupa przedszkolaków ma także swojego rodzaju rodziców adopcyjnych na odległość w Polsce. Ich regularne wpłaty umożliwiają funkcjonowanie tej placówki, opłacanie nauczycieli i personelu pomocniczego, zakup pomocy dydaktycznych oraz mundurków. Kilka razy w roku przyjeżdżają do Mpanshyi polscy wolontariusze. Wszyscy podkreślają, że widok tak licznej gromady roześmianych i szczęśliwych dzieci jest bezcenny.
     Afrykanie charakteryzują się wrodzonym poczuciem rytmu. Gdy słyszą muzykę, od razu zaczynają śpiewać i tańczyć. Odnoszę wrażenie, że potrafią się śmiać częściej i bawić znacznie lepiej niż wielu ludzi z zamożnej Europy. Parę razy uczestniczyłem we mszy świętej w afrykańskim katolickim kościele, podczas której wierni spontanicznie, poprzez taniec i śpiew wyrażali swoją wiarę. To kapłan musiał się do nich dostosować i czekać, aż emocje opadną, a zgromadzeni się wyciszą.
     Kilkakrotnie gościłem u typowej zambijskiej rodziny. Wizyta mzungu to dla nich wielkie wydarzenie. Nie ukrywam, że i na mnie takie odwiedziny robiły wrażenie – były w końcu nowym doświadczeniem. W dobrym tonie jest przynieść na takie spotkanie drobne upominki dla wszystkich domowników. Za ok. 2 dolary na dzień przeciętną wielodzietną rodzinę z Zambii stać wyłącznie na bardzo skromny posiłek, ale przybycie gościa z dalekiego kraju uchodzi za świetną okazję do ucztowania. Do głównych dań zaliczają się wspomniana nsima (nshima), kapenta – smażone w oleju i mocno solone małe rybki, słodkie ziemniaki oraz kassawa – gotowane lub smażone bulwy manioku jadalnego. Na deser podaje się pyszne egzotyczne owoce. Potrawy spożywa się prawą ręką z jednej miski lub garnka. Bez wątpienia wspólne biesiadowanie zbliża osoby nawet z odległych części świata.

 

WALKA O SZCZĘŚCIE
Moje wyjazdy do Zambii to trochę nietypowe połączenie turystyki z wolontariatem. Ten sposób podróżowania posiada jednak szereg zalet, z których najważniejszą stanowi możliwość bezpośredniego poznawania ludzi, ich kultury, warunków życia i języka. Dużo łatwiej przychodzi odkrywać nowy kraj, jeśli zaczyna się od spotkania z jego mieszkańcami. Do tej części Afryki turyści nadal nie zaglądają zbyt często. Z jednej strony to dobrze, bowiem zagarniająca wszystko komercja i tłumy przyjezdnych nie ułatwiają zwiedzania, ale małe zainteresowanie nie pomoże w rozwoju tej gałęzi gospodarki. Dla mnie liczy się fakt, że podczas wizyty w Zambii mogłem również zostawić w niej cząstkę siebie jako wolontariusz. Wierzę, iż przedszkole Arka Noego, przy którego budowie pracowałem, da wielu dzieciom dużo radości i zapewni im szczęśliwe dzieciństwo w tym z pewnością wartym bliższego poznania słonecznym południowoafrykańskim kraju.

Artykuły wybrane losowo

Rajskie wyspy Indonezji

 Prambanan temple

Hinduistyczny kompleks Prambanan na Jawie

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MAJA KAŹMIERCZAK-BARTHEL

www.TRAVELINGROCKHOPPER.COM

 

Według mnie Indonezja słynie z licznych wulkanów, tradycyjnego dania „nasi goreng”, orangutanów z Sumatry i Borneo oraz waranów z Komodo. Choć każdy z moich przykładów da się uzasadnić, większość osób kojarzy ją jednak z rajską Bali. Czy właśnie ta wyspa najlepiej reprezentuje cały kraj? Zdecydowanie nie i… trochę tak.

 

Indonezja leży w Azji Południowo-Wschodniej i częściowo Oceanii. To największe wyspiarskie państwo na świecie (o powierzchni ponad 1,9 mln km²). Swoimi granicami obejmuje 17 508 wysp, z czego mniej więcej 6 tys. pozostaje zamieszkanych. Ten rozległy kraj oddziela Pacyfik od Oceanu Indyjskiego.

 

Przy tak dużym wyborze naprawdę trudno zdecydować, gdzie zawitać podczas podróży po Indonezji. Mnóstwo jej wysp kusi turystów obietnicą rajskich wakacji. W tym ogromie znajduje się wiele prawdziwych perełek.

 

KRAINA BOGÓW

 

Bali z jednej strony jawi się jako turystyczny eden, egzotyczna kraina o wyjątkowej kulturze, z cudowną przyrodą, piaszczystymi plażami i idealną pogodą. Z drugiej strony wiele osób mówi, że wyspa jest przereklamowana, zatłoczona czy wręcz niewarta odwiedzenia, ponieważ w Indonezji znajduje się mnóstwo ciekawszych miejsc. Obie te opinie są słuszne. Na Bali funkcjonują rewelacyjne resorty, ale także kiepskiej jakości hotele. Rozwinęła się tu interesująca kultura i balijska odmiana hinduizmu, przetrwał odrębny język (balijski, basa bali), jednak inne rejony kraju też są wyjątkowe. Na wyspie leży dużo pięknych plaż, lecz wiele z nich jest zatłoczonych. W tym regionie panuje klimat równikowy z dwoma porami w roku: suchą i deszczową. W trakcie trwania tej drugiej (zazwyczaj od października do kwietnia) nie należy raczej spodziewać się idealnej pogody. Mnóstwo miejsc na Bali ma charakter typowo turystyczny, komercyjny, ale nie wszystkie, uchowało się tutaj również wiele urokliwych zakątków. Choć to nieduża wyspa (ma ponad 5,5 tys. km² powierzchni), jednak jest na tyle rozległa, że dzięki sporemu zróżnicowaniu prawie każdy znajdzie na niej coś dla siebie. Zdecydowanie warto ją odwiedzić i poznać rozmaite jej oblicza. W końcu nie bez przyczyny nazywana bywa krainą bogów.

 

Jednym z powodów, dla których turyści udają się na Bali, są jej przepiękne plaże. Wybrzeże wyspy w wielu miejscach pokrywa biały piasek. Natkniemy się też na czarne, wulkaniczne brzegi (plaża Lovina na północy), także bardzo malownicze. Amatorzy wszelkich sportów wodnych poczują się tu jak w raju. Ogromną popularnością cieszą się surfing i nurkowanie. Ciekawą atrakcję stanowi poza tym obserwowanie delfinów.

 

Indonezja jest w większości muzułmańska (powyżej 87 proc. ludności), jednak Balijczycy wyznają przede wszystkim lokalną odmianę hinduizmu (ok. 83,5 proc. mieszkańców wyspy), co w dużej mierze sprawiło, że kultura balijska tak bardzo różni się od tej z innych rejonów kraju. Na Bali znajduje się ponad 6 tys. świątyń hinduistycznych! Nie sposób ich wszystkich odwiedzić, ale do kilku koniecznie należy się wybrać, gdyż są dość specyficzne. Jedne z piękniejszych to np. Besakih na zboczu góry Agung (3031 m n.p.m.), Tirta Empul i Gunung Kawi w mieście Tampaksiring, sanktuarium Goa Gajah (Jaskinia Słonia) koło Ubud, zbudowana na klifie XI-wieczna świątynia Uluwatu (zwana również Luhur Uluwatu) oraz dwie najchętniej fotografowane budowle: Ulun Danu Bratan nad brzegiem jeziora Bratan i usytuowana na skale Tanah Lot niedaleko Denpasar.

 

Zwiedzanie obiektów sakralnych na wyspie można połączyć z oglądaniem przedstawienia muzyczno-tanecznego. Mimo iż takie spektakle bywają zwykle przeznaczone głównie dla turystów, warto je zobaczyć, gdyż prezentują interesujące elementy balijskiej kultury. Do typowych widowisk należy pokaz tańca lwa (barong), ilustrującego wieczną walkę dobra ze złem.

 

Podczas pobytu na Bali albo w innej części Indonezji polecam zainteresować się także batikiem. To technika malowania tkanin polegająca na nakładaniu wielu warstw wosku na materiał, a następnie zanurzaniu go w barwniku, który farbuje jedynie nie pokryte niczym miejsca. Aby uzyskać rozmaite efekty, proces woskowania i farbowania powtarza się wielokrotnie. Ta metoda zdobienia znana jest w różnych krajach, np. w Indonezji, Malezji, Singapurze, Indiach, Bangladeszu, Nigerii, Senegalu, Mali, Chinach, Japonii, Iranie, na Sri Lance i Filipinach. Historia batiku sięga starożytności, już w IV w. p.n.e. w Egipcie używano podobnie dekorowanych tkanin do owijania zwłok. Co ciekawe, ten indonezyjski uchodzi za zdecydowanie najsłynniejszy. W 2009 r. batik z Indonezji wpisano na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od tego czasu tutejszy rząd zachęca obywateli, aby w piątki nosili ubrania wykonane z tak zdobionych tkanin, a 2 października obchodzi się w kraju Dzień Batiku.

 

Ciekawą atrakcją Bali jest również Małpi Las Ubud (Ubud Monkey Forest). To park o powierzchni ok. 12,5 ha. Żyje w nim mniej więcej 700 małp (makaków krabożernych), występują tutaj rozmaite gatunki roślin i znajdują się trzy świątynie. Wizyta w tym miejscu powinna być doznaniem duchowym, przynieść nam spokój i równowagę.

 

Jeden z moich ulubionych rejonów na wyspie stanowią tarasy ryżowe (Tegallalang lub Jatiluwih). Ryż jest podstawowym produktem spożywczym na Bali (jak i w całym kraju), częścią tutejszej kultury. Co więcej, jego uprawa to ważny element indonezyjskiej gospodarki. Indonezja znajduje się na trzecim miejscu wśród największych światowych producentów ryżu (po Chinach i Indiach). Niestety, uprawianie tej rośliny stanowi skomplikowane i trudne zajęcie. W Azji rolnicy coraz częściej rezygnują z pracy na polu, gdy widzą, że łatwiej czerpać dochody z branży turystycznej. Trudno im się dziwić, ale żal patrzeć na niszczejące tarasy ryżowe.

 

Bali szczyci się też typowo indonezyjską atrakcją, jaką są wulkany. Dwa najsłynniejsze to Batur (1717 m n.p.m.) i Agung (3031 m n.p.m.). Ze szczytu pierwszego z nich turyści często podziwiają zachwycający wschód słońca. Góra Agung jest wyższa i wspinaczka na nią wymaga dużo więcej wysiłku. Na dodatek od sierpnia 2017 r. aktywność tego wulkanu bardzo wzrosła i w listopadzie doszło do kilku znacznych wybuchów. Z tego powodu odwołano wszystkie loty z i na Bali, a wiele osób ewakuowano. Większa erupcja może całkowicie odmienić oblicze wyspy...

 

RAJ BEZ TURYSTÓW

 

Jeżeli wakacje na Bali ciągle nie brzmią do końca przekonująco, polecam wybrać się na Lombok. Obie wyspy są do siebie podobne pod względem przyrodniczym (niektóre miejsca nawet mają takie same nazwy, np. plaża Kuta). Lombok bywa jednak słusznie nazywana Bali bez tłumów. Warto się spieszyć, żeby ją odwiedzić, bo każdego roku przybywa na nią coraz więcej turystów.

 

Na wyspie znajdują się wspaniałe plaże (w tym wyjątkowa różowa Tangsi), piękne wodospady (Benang Kelambu i Senaru), góry i wulkany. Jej okolica świetnie nadaje się do surfowania i nurkowania. Lombok to również znakomite miejsce na romantyczną podróż dla nowożeńców. Tutejsze tradycje i kulturę można poznać bliżej w wiosce grupy etnicznej Sasak.

 

Na północy wyspy wznosi się jeden z najwyższych i najbardziej aktywnych indonezyjskich wulkanów – Rinjani (3726 m n.p.m.). Wyprawa na jego szczyt zajmuje ok. dwa–trzy dni, mimo to przyciąga on wielu chętnych. Z góry rozpościera się wspaniała panorama na całą Lombok, widać nawet pobliską Bali.

 

U północno-zachodnich wybrzeży leżą tu trzy małe wysepki Gili. Dość długo ten archipelag był uznawany za rajski, idealny na idylliczne wakacje dla mniej zamożnych turystów. Obecnie wszystko się zmienia, jednak wysepki Gili ciągle wydają się być ciekawą propozycją turystyczną.

 

SEN NA JAWIE

 

bromo

Rozległa kaldera Tengger z dymiącym kraterem czynnego wulkanu Bromo

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Najbardziej zaludnioną wyspę na świecie stanowi indonezyjska Jawa. Zamieszkuje ją aż ok. 145 mln osób. Zdecydowanie nie brzmi to jak zachęta do jej odwiedzenia, ale jest tutaj kilka wspaniałych miejsc, bez zobaczenia których wizyta w Indonezji byłaby niepełna. To właśnie na Jawie znajdują się mistyczne świątynie Borobudur i Prambanan, zachwycające okolice z wulkanami Bromo (2329 m n.p.m.) i Ijen (2443 m n.p.m.) oraz Madakaripura – wodospad pozostający na długo w pamięci. Tutejsze cuda wbrew nazwie wyspy wydają się jak ze snu.

 

Zwiedzanie najlepiej zacząć od ponad 400-tysięcznej Yogyakarty (Jogyakarty). Uchodzi ona za centrum kultury i sztuki jawajskiej. Miasto jest warte zobaczenia, a do tego tutejsze restauracje kuszą smaczną kuchnią. Z Yogyakarty obowiązkowo trzeba wybrać się do wspomnianych wyjątkowych zabytków sakralnych.

 

Borobudur należy do największych buddyjskich świątyń na świecie. Pochodzi według szacunków z VIII–IX w. W 1991 r. obiekt ten został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Moim zdaniem to najpiękniejsza i najciekawsza świątynia w Indonezji, nie tylko ze względu na detale architektoniczne, liczne rzeźby (m.in. 504 posągi Buddy) i płaskorzeźby (2672 reliefy). Zachwyca także jej okolica. Jedynie ogromna popularność tego miejsca, a co za tym idzie, ściągające tu codziennie tłumy turystów, mogą odstręczać od wizyty. Co ciekawe, kompleks Borobudur przez kilka stuleci był ukryty pod pyłem wulkanicznym i porośnięty bujną roślinnością. Został opuszczony prawdopodobnie na przełomie X i XI w., ale dopiero w 1814 r. natrafiono na pierwsze ślady budowli. Przez kolejne lata odkrywano ją po kawałku, a obecnie jest jedną z głównych atrakcji kraju.

 

Prambanan to hinduistyczny zespół świątynny z połowy IX w. Ten największy tego typu obiekt w Indonezji umieszczono zresztą w 1991 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niestety, w wyniku trzęsień ziemi, zwłaszcza ostatniego z maja 2006 r., wiele miejscowych świątyń zostało zniszczonych. Niektóre z nich odbudowano, ale część nadal czeka na renowację. Prambanan również uchodzi za jedną z ważniejszych atrakcji kraju. Każdego dnia odwiedzają go rzesze turystów. Jednak i tu można znaleźć spokój i miejsce tylko dla siebie.

 

W Indonezji jest prawie 130 czynnych wulkanów. Na Jawie, o ile pozwalają na to względy bezpieczeństwa, polecam odwiedzić okolice Bromo i Ijen. Czasem z powodu dużej aktywności nie zaleca się wycieczek w ich rejony. Należy więc wcześniej sprawdzić aktualną sytuację.

 

Najpopularniejszy w Indonezji Bromo wchodzi w skład masywu Tengger. Najaktywniejszym i najwyższym wulkanem na Jawie jest jednak Semeru (zwany też Mahameru, 3676 m n.p.m.). Od 1967 r. regularnie (co ok. 20 min.) wydobywa się z niego dym, a czasem wydostają się również chmury pyłu lub kamienie. Bromo i Semeru położone są wewnątrz kaldery o średnicy mniej więcej 10 km i otoczone przez tzw. morze piasków (z drobnego piasku wulkanicznego). Okolica wulkanów stanowi popularne miejsce na podziwianie wschodu słońca. Jakkolwiek banalnie to brzmi, zapewniam, że jest cudownym doświadczeniem. Wyłaniający się spod pierzyny chmur krajobraz wygląda niesamowicie. Po przeżyciach natury estetycznej można pokrążyć w pobliżu i nawet zajrzeć do krateru. W drodze powrotnej trzeba koniecznie zobaczyć Madakaripurę – według mnie jeden z najwspanialszych wodospadów w Azji.

 

Równie wyjątkowo prezentuje się zespół czynnych wulkanów Ijen (Kawah Ijen, Gunung Iljen). W jednym z kraterów znajduje się największe na świecie kwaśne jezioro charakteryzujące się pięknym turkusowym kolorem. Ijen często bywa celem nocnych wycieczek, których uczestnicy chcą zobaczyć tzw. niebieski płomień. Zjawisko to zachodzi na skutek wysokiego stężenia związków siarki. Nie jest to jedyne miejsce na naszym globie, gdzie można je obserwować, jednak w Indonezji widuje się największe niebieskie ognie. Niestety, okolica słynie także z niezmiernie ciężkich warunków pracy. Mężczyźni wydobywający siarkę wspinają się po zboczu, aby dostać się do złóż. Nie mają żadnego specjalistycznego sprzętu, strojów ochronnych czy chociażby masek przeciwgazowych. Rozłupują ogromne bloki, a potem układają żółte bryły w dwóch sporych koszach i niosą je na plecach stromą i długą ścieżką. Mimo włożonego wielkiego wysiłku nie zarabiają zbyt dużo. Na ten temat nakręcono kilka filmów dokumentalnych, m.in. Śmierć człowieka pracy (Workingman’s Death) z 2005 r. w reżyserii Austriaka Michaela Glawoggera.

 

Na Jawie znajduje się również stolica, a zarazem największe miasto Indonezji – ponad 10-milionowa Dżakarta. Nie jest ona jednak zbyt ciekawa. Właściwie warto polecić w niej jedynie piękny park Taman Mini Indonesia Indah, który prezentuje w miniaturze rozmaite atrakcje kraju. Wizyta w nim może być swojego rodzaju inspiracją do odwiedzenia poszczególnych wysp. Dżakarta sprawia też wrażenie najbardziej holenderskiego miejsca w Indonezji. Przez kilka wieków nazywana była Batawią (od 1619 do 1949 r.) i stanowiła stolicę Holenderskich Indii Wschodnich (od 1800 do 1949 r.). Dziś w Holandii działa wiele restauracji indonezyjskich. W Indonezji można za to spotkać Holendrów i znaleźć wiatraki.

 

 Sunrise at Kawah Ijen

Turkusowe kwaśne jezioro wulkaniczne w aktywnym kraterze Kawah Iljen

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

U ORANGUTANÓW

 

Sumatra to szósta pod względem wielkości wyspa na świecie (ma powierzchnię ponad 443 tys. km²) i największa należąca w całości do Indonezji. Słynie ona przede wszystkim z przepięknej przyrody. Znajdziemy tutaj tropikalne lasy, wulkany i jeziora. Poza tym wyspę zamieszkuje także endemiczny gatunek orangutana (orangutan sumatrzański). Polecam szczególnie dwa akweny na Sumatrze – Toba i rzekę Bahorok.

 

Pierwszy z nich to największe jezioro wulkaniczne na świecie, które powstało po wybuchu ogromnego wulkanu, prawdopodobnie ok. 75–80 tys. lat temu. Toba ma powierzchnię 1130 km². Znajduje się na nim wyspa o nazwie Samosir. Okolica cieszy się dużą popularnością wśród Indonezyjczyków, ale niewielu obcokrajowców słyszało o tym miejscu. Muszę przyznać, że otoczenie jeziora wygląda całkiem przyjemnie, wokół wznoszą się majestatyczne góry, jest tu spokojnie (prawie nie ma turystów) i można wypocząć. Jednak bardzo rozczarowała mnie jakość wody. Niestety, obecnie Toba nie nadaje się nawet do pływania. Widok ludzi myjących w nim kanistry na benzynę zdecydowanie nie polepsza sytuacji. Może kiedyś się to zmieni.

 

Lasy deszczowe na Borneo i Sumatrze zamieszkują orangutany. Te wyjątkowe zwierzęta są dziś zagrożone wyginięciem. Ich populacja zmniejsza się ze względu na wycinanie drzew i wypalanie skupisk leśnych (często nielegalne). Uważam, że podczas podróżowania po świecie trzeba zachowywać się odpowiedzialnie i starać się jak najmniej wpływać na miejsca, do których się trafia. Dotyczy to szczególnie środowiska naturalnego. Polecam więc odwiedzać rezerwaty (a nie ogrody zoologiczne), gdzie można nauczyć się czegoś o ich mieszkańcach i dowiedzieć się, jak pomóc przetrwać zagrożonym gatunkom. Jednym z takich obszarów specjalnej ochrony jest sanktuarium w miejscowości Bukit Lawang na Sumatrze. Ośrodek nad rzeką Bahorok został założony w 1973 r. właśnie z myślą o osieroconych, rannych lub urodzonych w niewoli orangutanach. To wspaniałe centrum rehabilitacji leży na wschodnim skraju Parku Narodowego Gunung Leuser.

 

NA GRANICY

 

Trzecią co do wielkości wyspę na świecie stanowi Borneo (ma blisko 750 tys. km² powierzchni). Jej terytorium jest podzielone między trzy kraje: Malezję, Brunei i Indonezję. Do tego ostatniego należy największy obszar (ok. 73 proc. powierzchni wyspy). Borneo po indonezyjsku nazywa się Kalimantan. Co ciekawe, nie ma na niej wulkanów (z wyjątkiem Bombalai w malezyjskiej części), nie występuje również zagrożenie tsunami. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyspę pokrywały głównie lasy deszczowe. Niestety, ten stan bardzo drastycznie się zmienił. Niemniej dla turystów Borneo wciąż jest wielkim tropikalnym lasem z rozmaitymi gatunkami roślin i zwierząt. W indonezyjskiej części wyspy obowiązkowo trzeba odwiedzić Park Narodowy Tanjung Puting słynący z ochrony orangutanów i nosaczy sundajskich.

 

WSPANIAŁY OGRÓD

 

Sulawesi (Celebes) leży między Borneo i Molukami (Wyspami Korzennymi). Jest jedną z głównych wysp Indonezji (ma ponad 180 tys. km² powierzchni), ale ciągle pozostaje niemal nieodkrytą perełką. Znajdują się na niej piękne plaże, góry, tarasy ryżowe czy lasy deszczowe. Rozwinęła się tutaj także bogata kultura i tradycje. Na Sulawesi można spotkać wiele endemicznych gatunków zwierząt, np. anoa nizinnego, babirussę sulaweską, łaskuniaka (łaskuna) brązowego, wyraka karłowatego, nogala hełmiastego, makaka czarnego czy makaka czubatego (który przeniósł się też na sąsiednie mniejsze wyspy). Okoliczne wody budzą duże zainteresowanie wśród miłośników nurkowania, ponieważ rozciąga się w nich przepiękna kolorowa rafa koralowa (m.in. w rejonie wysepki Bunaken, archipelagu Wakatobi lub Togian).

 

Sulawesi ma bardzo specyficzny kształt – składa się z czterech półwyspów. Na poszczególnych jej obszarach występuje charakterystyczna dla nich fauna i flora. Mieszkańcy każdego półwyspu wymieniają tysiące powodów, dla których turyści powinni odwiedzić właśnie ich region. Ja jednak ograniczyłabym się do kilku najpiękniejszych miejsc (np. jeziora Tondano, obszaru Tana Toraja), chyba że czas pozwala komuś na dłuższy pobyt.

 

Wyspę zamieszkują różne grupy etniczne, w tym m.in. Toradżowie (Toraja), którzy zajmują się od lat uprawą ryżu, rybołówstwem i myślistwem. Warto rozważyć wizytę w rejonie Tana Toraja, aby poznać zwyczaje jego mieszkańców, ich styl życia czy specyficzne podejście do śmierci i oryginalne tradycje pogrzebowe. Poza tym to wyjątkowo malownicza okolica z zielonymi dolinami i górami.

 

Na Sulawesi nie bez powodu przyciągają wielu turystów dwa obszary chronione. W końcu przyroda jest najpiękniejszym skarbem tej wyspy. W Parku Narodowym Bogani Nani Wartabone żyje mnóstwo endemicznych gatunków zwierząt, w tym anoa nizinny, niezmiernie rzadko widywana sowica cynobrowa, babirussa sulaweska, świnia celebeska czy jego symbol – nogal hełmiasty. Podobnym bogactwem fauny szczyci się pięknie usytuowany Rezerwat Naturalny Tangkoko Batuangus, gdzie ujrzymy choćby makaka czubatego i wyraka upiornego.

 

NIEZNANY SKARB

 

Flores przez wielu uważana jest za najpiękniejszą i najbardziej fascynującą wyspę Indonezji. Długo pozostawała w cieniu np. dużo popularniejszej Bali i dzięki temu nie została jeszcze zalana przez tłumy turystów. Dlatego tym bardziej polecam rozważyć zatrzymanie się na niej podczas planowania wakacji w tym fascynującym kraju. Flores reklamuje się jako wyspa dla osób aktywnych, ze wspaniałymi miejscami do nurkowania i snorkelingu oraz spektakularnymi wulkanami idealnymi na trekkingi. Poza tym kładzie się tu też nacisk na ekoturystykę, promowanie lokalnych tradycji i kultury.

 

Największą atrakcją wyspy jest zdecydowanie góra Kelimutu (1639 m n.p.m.). Zdjęcia prezentujące trzy tutejsze niesamowite wulkaniczne jeziora zdecydowanie zachęcają do odwiedzenia Flores. Widoki w tej okolicy rzeczywiście zapierają dech w piersiach. W przeszłości trzy jeziora w kraterze często zmieniały swój kolor. Obecnie jedno jest czarnobrązowe, drugie – turkusowoniebieskie, a trzecie ma barwę przechodzącą z zielonej w czerwoną. Ich woda wybarwia się prawdopodobnie za sprawą minerałów, które nasycają ją w różnej ilości w zależności od aktywności wulkanu. Ze względu na występowanie tego zjawiska lokalna ludność uważa to miejsce za święte. Okolica wulkanu Kelimutu zachwyca o każdej porze dnia, jednak najwięcej ludzi przyciąga o wschodzie słońca lub wcześnie rano.

 

Aby poznać kulturę Flores i jej mieszkańców, najlepiej wybrać się do wioski Wae Rebo. Żyją w niej przedstawiciele grupy etnicznej Manggarai. Osada jest ukryta wśród malowniczych gór i żeby się do niej dostać, trzeba maszerować przez ok. 3–4 godz. Nagrodę za ten wysiłek stanowi wyjątkowe doświadczenie obcowania z rdzenną ludnością Indonezji. Co więcej, w Wae Rebo można także spędzić noc w charakterystycznym domu w kształcie stożka.

 

Całkowicie inną wioską, niemniej fascynującą, jest Bena. To najbardziej znana i najczęściej odwiedzana tradycyjna osada na Flores. Podobnie jak Wae Rebo ona również leży w pięknej scenerii. Wizyta w niej będzie więc nie tylko poznawaniem kultury grupy etnicznej Ngada (Ngadha), ale też doznaniem estetycznym.

 

Inne ciekawe miejsce na wyspie stanowi jaskinia Liang Bua. Sama w sobie jest warta odwiedzenia, ale cieszy się obecnie zainteresowaniem głównie ze względu na cenne znalezisko. W 2003 r. odkryto tutaj szczątki Homo floresiensis, czyli człowieka z Flores. Naukowcy wciąż spierają się, czy był to osobny gatunek, czy odnaleziony osobnik cierpiał na jakąś chorobę, np. genetycznie uwarunkowany zespół Downa bądź zespół Larona. Niezależnie od tego, jakie okaże się wyjaśnienie tej zagadki, Flores jest dumna ze swojego hobbita, jak potocznie nazywa się hominida, którego szczątki zachowały się w Liang Bua. W okolicy warto również odwiedzić dwie pobliskie jaskinie – Gua Galang i Gua Tanah.

 

 Wae Rebo

Wioska Wae Rebo na wyspie Flores z domami mbaru niang w kształcie stożka

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

INDONEZYJSKIE SMOKI

 

Na zakończenie należy dodać chociaż kilka słów o jednym z symboli Indonezji – waranie (smoku) z Komodo. To największa współcześnie żyjąca jaszczurka. Dorosły osobnik może ważyć ponad 70 kg i osiągnąć 3 m długości. Co ciekawe, warany z Komodo nie mają naturalnych wrogów, przynajmniej wśród innych zwierząt, ale zdarza się, że zjadają młode swojego gatunku. Potrafią być też dość agresywne i choć zdarza się to wyjątkowo rzadko, mogą zaatakować człowieka. Muszę przyznać, że gdy kiedyś spotkałam jednego z nich na plaży (akurat wyszedł zza krzaków, wydając charakterystyczne odgłosy), bardzo szybko przeniosłam się w inne, bezpieczniej wyglądające miejsce. W celu ochrony warana w 1980 r. założono Park Narodowy Komodo (od 1991 r. znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Zajmuje on powierzchnię 1817 km² i obejmuje wiele wysp i wysepek, m.in. Komodo, Padar i Rincę (Rindję).

 

„Sisi tuna enda Uganda”, czyli jedziemy do Ugandy!

ROBERT GONDEK „GERBER“

www.stronagerbera.pl

<< Tajemnicza i dla wielu egzotyczna Uganda nie należy jak na razie do najpopularniejszych kierunków turystycznych na Czarnym Lądzie. Swoim gościom ma jednak niezmiernie wiele do zaoferowania i pod względem atrakcji nie ustępuje słynniejszym sąsiadom – Kenii czy Tanzanii. Niestabilna sytuacja w tym wschodnioafrykańskim kraju przez wiele lat skutecznie odstraszała turystów. Dziś prowadzone przez ugandyjskie władze statystyki pokazują, że od 2006 do 2010 r. liczba odwiedzających 10 tutejszych parków narodowych (m.in. Park Narodowy Królowej Elżbiety – Queen Elizabeth National Park, Nieprzenikniony Park Narodowy Bwindi – Bwindi Impenetrable National Park, Park Narodowy Doliny Kidepo – Kidepo Valley National Park, czy Park Narodowy Kibale – Kibale National Park) zwiększyła się wyraźnie – ze 109 tys. do 190 tys. osób. Miejscowa przyroda przyciąga przede wszystkim bogactwem dzikiej fauny – zobaczymy tu np. szympansy i bardzo rzadkie goryle górskie. Oprócz tego warto polecić także wędrówkę po masywie Rwenzori (Rwenzori Mountains), rafting po burzliwych wodach Nilu Wiktorii w Parku Narodowym Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park) oraz wyprawę nad największe w Afryce Jezioro Wiktorii. >>

Więcej…

Panama z dwóch stron

taboga Island 2

Statki w Zatoce Panamskiej u brzegów Tabogi

© HOVER TOURS

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Słowo „Panama” ma w sobie siłę i melodię. Ilekroć je słyszę, zawsze pobudza moją wyobraźnię. Przed oczami staje mi scena, w której w tropikalnym klimacie literat pracuje nad swoją książką. Na suficie szumi wiatrak, na kolonialnym biurku stoi maszyna do pisania i butelka postarzonego rumu. Panamska rzeczywistość oczarowała pisarzy takich jak choćby Graham Greene, Joseph Conrad czy John le Carré. Ten ostatni zresztą tutaj właśnie umieścił akcję swojej powieści „Krawiec z Panamy”.

 

Kiedy trafiła się więc okazja, aby pojechać do tego kraju w Ameryce Środkowej, natychmiast z niej skorzystałem. Ta wyprawa dała mi mnóstwo radości. Odnajdywałem ją wszędzie: w ludziach, języku, na stoiskach z ulicznym jedzeniem i w przebogatej przyrodzie, której wcześniej nie znałem. Codziennie wstawałem o 5.00 lub 6.00, żeby nowa przygoda nie musiała na mnie czekać, i ciągle nabierałem apetytu na więcej. Na pierwszy rzut oka Panama wydaje się krajem lepiej zorganizowanym niż np. Dominikana. Ale bez obaw! Nie brakuje w niej naturalnego luzu. Wciąż odnajdziemy tu jedyny w swoim rodzaju, uroczy latynoski rozgardiasz. Do Polski wróciłem ogrzany promieniami słońca, naładowany pozytywną energią oraz wzmocniony witaminami ze świeżych soczystych owoców tropikalnych i życzliwością Panamczyków.

 

Z wyprawy do Panamy z największym sentymentem wspominam wizyty na dwóch wyspach: Taboga (Isla de Taboga) i Kolumba (Isla Colón). Pierwszą z nich oblewają wody Oceanu Spokojnego (Zatoki Panamskiej), a druga należy do archipelagu Bocas del Toro na Morzu Karaibskim. Udało mi się więc poznać ten kraj od strony obu jego wybrzeży.

 

Z MIASTA NA WYSPĘ KWIATÓW

 

Mieszkańcy miasta Panama i przyjeżdżający w odwiedziny do tej tętniącej życiem, ale też niezmiernie głośnej, chaotycznej i dzień w dzień potwornie zakorkowanej panamskiej stolicy mają wiele szczęścia. Z tej wielkomiejskiej przestrzeni naznaczonej gęstym lasem połyskujących w słońcu drapaczy chmur, wypełnionych filiami chyba wszystkich kluczowych banków świata czy kancelarii prawniczych, miejsca przypominającego do złudzenia betonową dżunglę Hongkongu albo Singapuru, dosyć łatwo się wydostać. Wystarczy 30 min. i 10 dolarów amerykańskich w kieszeni, aby dopłynąć do wyspy Taboga leżącej w Zatoce Panamskiej (ok. 20 km od wybrzeża kontynentu). Niebiesko-biały katamaran armatora Taboga Express lawiruje co i rusz między majestatycznymi stalowymi bestiami, czyli ogromnymi statkami flot handlowych. Większość z tych wyczekujących wejścia do Kanału Panamskiego wielotonowych kontenerowców, drobnicowców, tankowców czy masowców zarejestrowano w krajach tzw. tanich bander, jak choćby Bahamy, Antigua i Barbuda, oczywiście, Panama i daleka, położona w Afryce Zachodniej Liberia (w jej stolicy, Monrowii, rejestruje się najwięcej jednostek pod względem liczby i tonażu).

 

Na Tabodze dzięki jej wulkanicznemu pochodzeniu i żyznym glebom rozwinęła się niesamowicie bogata przyroda. Tutejsze wzniesienia pokryte są bujnym tropikalnym lasem. Najwyższe z nich – Cerro Vigía – mierzy 307 m wysokości. Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz) osiąga z kolei 169 m, a wieńczy je okazały sześciometrowy krzyż. Podczas II wojny światowej oba służyły amerykańskim żołnierzom jako punkty obserwacyjne. Stany Zjednoczone ulokowały na wyspie bazę wojskową, co ponoć poprawiło znacznie status ekonomiczny jej mieszkańców. Obecnie na szczyty wzniesień prowadzą ścieżki, których pokonanie wymaga mniejszego lub większego wysiłku. Zmieniające się nachylenie terenu i duchota, panująca szczególnie na odcinkach zadrzewionych, stanowią czasem nie lada wyzwanie. Jednak warto podjąć ten trud dla późniejszych widoków, które po prostu zachwycają. Nieco niepokojący wydaje się fakt, że nad głowami osób wchodzących na górę krążą pojedynczo lub stadnie urubu czarne (sępniki czarne), padlinożerne ptaki z rodziny kondorowatych, zwane w Panamie gallotes lub gallinazos (Coragyps atratus). Monitorują kondycję wchodzących, jakby wyczekiwały swojej szansy.

 

Niemal jedna trzecia powierzchni lądu została tu objęta obszarem chronionym. Taboga zwana jest również całkiem zasadnie Wyspą Kwiatów (Isla de las Flores). Zapach tychże dolatuje do nozdrzy, gdy tylko człowiek postawi nogę na molo niewielkiej przystani promowej – ta woń od razu upaja, wprawia w dobry nastrój, zwiastuje przyjemność wakacyjnej laby. Potem zaczyna się zauważać, że kwiaty rosną wszędzie. Mury i balustrady pokrywają bugenwille w kolorze szaty biskupiej, swoje okazałe kielichy kierują do słońca hibiskusy o barwie stroju kardynalskiego. Rośliny kwitną tu bez przerwy, soczystą, radującą oczy zieleń urozmaica mnóstwo wielobarwnych akcentów. Kwiaty zdobią pobocza wąskich uliczek, jakże spokojnych i urokliwych, upiększają domowe tarasy i przydrożne, zadbane kapliczki, których na wyspie nie brakuje. Najokazalsze z tych ostatnich poświęcone są Matce Boskiej z góry Karmel (Nuestra Señora del Carmen), patronce rybaków. Co roku 16 lipca na jej cześć odbywa się zachwycająca procesja na morzu. Świętuje wówczas cała wyspa. Wokół rozbrzmiewa muzyka, wszyscy tańczą do utraty tchu, a wieczorne niebo roziskrzają pokazy sztucznych ogni.

 

Colon Island 3

Kolorowe domy na karaibskiej Wyspie Kolumba

© HOVER TOURS

 

HISZPAŃSCY KONKWISTADORZY

 

Według legendy przekazywanej od pokoleń Matka Boska miała uwolnić miejscowych od najazdów piratów, którzy nękali tę okolicę w XVI w. Ponoć ukazała się intruzom na plaży jako przywódczyni zbrojnej grupy gotowej na odparcie ataku. Piraci zlękli się i wycofali. Wyspiarze pobiegli więc do kościoła, żeby podziękować Bogu za ten cud. W świątyni ujrzeli ślady mokrych stóp prowadzące do ołtarza. Stojący na nim posąg Maryi był mokry i pokryty piaskiem. Wtedy ludzie zrozumieli, komu ten cud zawdzięczają. Dlatego też czczą swoją patronkę do dziś z niesłabnącym oddaniem.

 

Wspomniany Kościół św. Piotra (Iglesia de San Pedro) jest podobno drugą najstarszą świątynią na półkuli zachodniej. Obecnie pieczołowicie odrestaurowany wyróżnia się bielą murów, jednak wyraźnie chropowatych, pamiętających odległą przeszłość. Mimo wielu budynków stojących w sąsiedztwie kościół już z daleka daje się namierzyć po typowej wieży z dzwonnicą. Wygląda niezmiernie malowniczo. Przed nim rozpościera się niewielki plac, gdzie starsi przychodzą, aby przysiąść i poplotkować, a młodsi, żeby pograć w koszykówkę. Świątynia powstała niedługo po tym, jak w 1524 r. przybył na wyspę hiszpański ksiądz Hernando de Luque i nad brzegiem oceanu założył osadę San Pedro. Najpierw była tu mała kaplica, w której m.in. przed wyprawą konkwistadorską komunię przyjęli poddani Królestwa Hiszpanii Diego de Almagro i Francisco Pizarro. Później, jak głosi historia, ten pierwszy odkrył Chile, a drugi podbił Peru. Datę odkrycia samej Tabogi, której nazwa pochodzi od słowa aboga znaczącego w języku dawnej rdzennej ludności „obfitość ryb”, podaje ceramiczna tablica umieszczona na urokliwym skwerku tuż przy nadmorskiej promenadzie. Według niej czynu tego dokonał w 1513 r. najbardziej kojarzony z Panamą konkwistador – Vasco Núñez de Balboa. Jako pierwszy Europejczyk pokonał Przesmyk Panamski i dotarł do Oceanu Spokojnego, któremu nadał nazwę Mar del Sur – Morze Południowe. Z Santo Domingo na wyspie Hispaniola (gdzie mieszkał i popadł w długi) dostał się do ówczesnej Złotej Kastylii, czyli północnego wybrzeża dzisiejszej Panamy, w nadzwyczaj zuchwały sposób. Ukrył się w beczce na solone mięso.

 

Ciudad de Panama-DSC 8755

Avenida Balboa i drapacze chmur stojące wzdłuż wybrzeża (Ciudad de Panamá)

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

WYDŁUŻAJĄCA SIĘ PLAŻA

 

Taboga przyciąga zarówno Panamczyków, jak i obcokrajowców sielskością i wciąż odczuwalną atmosferą czasów kolonialnych. Najwięcej turystów z kontynentu gości w trakcie świąt i weekendów. Dla tych, którzy odwiedzają kosmopolityczne miasto Panama w interesach lub innym celu i marzą, aby choć przez moment odprężyć się poza stolicą, ta wyspa stanowi najwłaściwszy wybór. Znajdują się na niej całkiem przyjemne plaże, obmywane łagodnymi falami Pacyfiku, jak Playa Honda i Playa La Restinga. Wyjątkową cechą tej drugiej jest to, że podczas odpływu można z niej przejść na inną, znacznie mniejszą, pagórkowatą wysepkę zwaną El Morro. Nadal da się tu dostrzec ślady dawnej stoczni. Warto nadmienić, że w połowie XIX stulecia Taboga pełniła funkcję znaczącego panamskiego portu. Miejsce obfituje w owoce tropikalne i owoce morza. Papaje i karambole dojrzewają dziko i w przydomowych ogrodach. Serwowane w lokalnych knajpkach ryby, jak podawana na różne sposoby corvina (Cilus gilberti), będąca panamską specjalnością, czy wszelakie owoce morza są tu zawsze świeże i wyśmienite. Smażona corvina najlepiej smakuje z także smażonymi bananami warzywnymi – platanami (plátanos verdes), popijana lodowatym piwem Balboa albo Panama. Wśród dań z owoców morza prawdziwą rozkosz dla podniebienia stanowią almejas al ajillo – delikatne małże z czosnkiem duszone w winie, doprawione odrobiną ostrej papryki i pietruszki. Uśmiech na niejednej twarzy wywoła na pewno rachunek wypisany odręcznie na kawałku tektury, będącej fragmentem jakiegoś opakowania.

 

UROKI SAN PEDRO

 

Po wyśmienitym posiłku warto udać się na sjestę albo pospacerować po okolicy. Już na obrzeżach San Pedro tutejsza nieposkromiona natura daje o sobie znać. Wszędzie coś rośnie, wije się, pleni. Co chwilę słychać chrobot w konarach drzew, ptasie trele i kwilenie, szelest pośród opadłych, wysuszonych liści lub gdzieś w trawie. Człowiek ma ciągle wrażenie, że nie jest sam, że coś mu dotrzymuje kroku i go obserwuje. Pełno tu jaszczurek śmigających między plamami słońca a cieniem. Jedne są małe i szybkie jak pocisk, inne – całkiem spore, wolniejsze i leniwe. Czasem trafi się wąż, lecz zaraz odpełza w swoją stronę.

 

Po powrocie do miasteczka trafimy na kury grzebiące w cieniu bananowców i na gallos de pelea, czyli koguty bojowe zamknięte w klatkach, odkarmione i zadziorne. Wśród nich znajduje się pewnie przyszły el campeón – czempion. Wtedy skojarzymy, że to, co wcześniej widzieliśmy i co przypominało okrągły basen dla dzieci, ze szczątkami piór zamiast wody, jest w istocie areną do kogucich walk. San Pedro ma też cmentarz. Nekropolie w tropiku zawsze sprawiają wrażenie osobliwych, hipnotyzują. Tworzą przestrzeń z pogranicza jawy i snu, gdzie realizm magiczny, który słynny kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez zaklął w swoich powieściach, wkracza do rzeczywistości. Najmocniej intrygują mnie takie nieco chaotyczne, skromne cmentarze. Złożone są one z białych jak wyschnięte piszczele grobowców z typowymi niszami, w które wsuwa się trumny. Część z grobów jest zapadnięta, część powleczona pajęczyną czarnych zacieków, bo wilgoć wypełza w tropiku z każdego kąta. Czasem widać tylko gołe krzyże wyrastające z suchej ziemi. Nie mogę się napatrzeć na takie cmentarze. Fascynuje mnie ten ich jakiś letargiczny charakter, pociągają te wszystkie tajemnice pozaszywane w cieniach i zapisane w osobliwych epitafiach.

 

W drodze do hotelu obowiązkowo należy zajrzeć do sklepu, gdzie Chińczyk mówiący po hiszpańsku płynnie i bez akcentu sprzedaje wyborny panamski rum Abuelo trzy razy drożej niż w kontynentalnej części kraju i narodowy trunek wysokoprocentowy z trzciny cukrowej Seco Herrerano w normalnej cenie. Co ciekawe, chińska społeczność w Panamie jest najliczniejsza w całej Ameryce Środkowej (między 135 tys. a 200 tys. mieszkańców, czyli ok. 4 proc. ludności tej ponad 4-milionowej republiki). Nie zaszkodzi zakupić oba trunki i jeszcze kilka limonek, zupełnie innych niż te, jakie znamy. Skórkę mają odrobinę zbrązowiałą, lecz ledwo przekrojone pachną jak marzenie bukietem aromatów pomarańczy i cytryn. Poza tym można z nich wycisnąć pyszny sok do drinka z rumem i coca colą, jeśli ktoś chciałby napić się cuba libre w wolnej Panamie. W hotelu, w położonym na najwyższym piętrze pokoju z wiatrakiem na suficie patrzę z balkonu na rozświetlony wieczorem Pacyfik – dziesiątki statków wyczekują wejścia do Kanału Panamskiego. O zmierzchu rozbrzmiewają żabie serenady. Niesforne psy ganiają się po sąsiednich podwórkach. Wreszcie przychodzi zasłużony sen.

 

O poranku wschodzące słońce odbija się pomarańczowo w otwartych na oścież drzwiach balkonowych. Na śniadanie dostaję smażone jajka, tosty i kawę, jak zawsze przepyszną. Na plaży na krótko przed wejściem na powrotny prom do Panamy wypijam jeszcze wodę z wielkiego, zielonego, dobrze schłodzonego orzecha kokosowego, w którym zmieściłyby się trzy szklanki płynu. Spoglądam na urzekającą Tabogę i żegnam się z nią: Hasta la próxima! („Do następnego razu!”).

 

WIECZÓR W TROPIKU

 

Po wizycie nad Pacyfikiem trafiam dla odmiany na Wyspę Kolumba (Isla Colón) leżącą na Morzu Karaibskim w prowincji Bocas del Toro (w archipelagu o tej nazwie). Jest późne popołudnie, prawie wieczór. Palmy kokosowe, zalane złotym kolorem zachodzącego słońca strzelają ponad skorodowane rdzą dachy z blachy falistej. Czaple białe wzbijają się nad gęste korony namorzynów, zataczają dwa, może trzy kręgi i siadają. Po drugiej stronie ulicy rozgrywa się scena jak z powieści Gabriela Garcíi Márqueza. Tęga doña z wałkami we włosach, odziana w bufiastą, pstrokatą sukienkę, spoczywa na bujanym fotelu przed domem i chłodzi się wachlarzem. Czasem ofuknie dzieciaki próbujące zwaśnić psa z kotem, jakby obu było mało kłótni na co dzień. W klatce o rozmiarach kredensu kuśtyka po drążku papuga o zielonożółtej głowie z czerwonymi policzkami, zapewne rudosterka żółtoskrzydła, występująca tu pod nazwą cotorra catana (Pyrrhura hoffmanni). Ptak skrzeczy, jakby chciał komuś naubliżać. Trzy młode Mulatki, ubrane w mundurki szkolne, kartkują jakąś opasłą książkę, coś w niej zaznaczają, trajkoczą i śmieją się. W tle za nimi znajduje się bananowy zagajnik, wyrośnięty mangowiec jeszcze bez owoców i drzewo chlebowe z owocami wielkimi jak bomby. Zapalają się pierwsze światła domowych lamp. Woda w zatoce mieni się najpierw złotem, potem różem i fioletem, odbijając kolory gasnącego nieba. Kiedy w tropiku kończy się dzień, wiadomo, że zmierzch zapadnie szybko.

 

Na Wyspie Kolumba warto wybrać się na Plażę Gwiazd (Playa de las Estrellas) z piaskiem drobnym i jasnym jak mąka, gdzie w płytkiej, przezroczystej wodzie niemal przy samym brzegu wylegują się okazałe rozgwiazdy: pomarańczowe, czerwone, żółte, nakrapiane. Są ich tu dziesiątki, leżą czasem jedna obok drugiej, w tercetach, kwartetach… Aby je podziwiać, trzeba podjechać lokalnym minibusem z Bocas Town (Bocas del Toro) do osady zwanej Boca del Drago (bilet kosztuje 5 dolarów amerykańskich) i dalej powędrować ścieżką biegnącą blisko namorzynów, kryjących setki pociesznych krabów. Idzie się pośród gajów palmowych, migdałowców i powykręcanych konarów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), której hiszpańska nazwa brzmi uva de playa, czyli „winogrono plażowe”. Po nacieszeniu się widokiem rozgwiazd można zamówić smażoną rybę z dodatkami w przyplażowej restauracyjce. Przeważnie w ofercie jest pargo rojo, czyli lucjan czerwony (Lutjanus campechanus), który smakuje znakomicie za każdym razem (zwłaszcza ze zmrożonym panamskim piwem). Warto zerknąć najpierw na świeże sztuki, dopiero co przyniesione z łodzi, i wybrać tę najbardziej nam odpowiadającą, szczególnie z uwagi na cenę.

 

HOTEL NA PALACH

 

Ostatniego dnia pobytu na Wyspie Kolumba wychodzę na werandę hotelu o lirycznej nazwie Olas de la Madrugada (Fale Wczesnego Poranka). Przy barze zwisa malowniczo kiść miniaturowych bananów. Wybieram dwa dojrzałe owoce, obieram nieśpiesznie i zjadam. Gdzieś w oddali puszczają w radio panamski reggaeton. Ta muzyka jest z natury głośna, rytmiczna i dość erotyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o teksty i choreografię w teledyskach. Zrodziła się w wyniku wymiany kulturalnej i muzycznej między Panamą i Portoryko w latach 90. XX w. Zdaniem wielu badaczy reggaeton, nazywany wcześniej reggae po hiszpańsku (reggae en español), pochodzi właśnie z okolic Przesmyku Panamskiego. Dźwięki utworów tego szaleńczego latynoskiego gatunku muzycznego rozchodzą się po wodzie niewielkiej zatoki, ale dystans sprawia, że do moich uszu docierają cichsze, łagodniejsze, co staje się całkiem przyjemnym doznaniem. Pamiętam jeden z usłyszanych kawałków – nazywa się Muchachita. Nagrał go w 2015 r. Fernando Cabrera Guzmán, znany jako Mr. Saik. To dominikański artysta, który zrobił karierę w Panamie.

 

Spoglądam przed siebie. Widzę domy w pastelowych kolorach osadzone na palach, niektóre świeżo pomalowane, inne już nieco zmurszałe, lecz wciąż bijące jakąś radością. Podobnie wygląda mój hotel: żółto-niebieski, trzymający się na filarach zagłębionych w dnie zatoki. Woda jest tu uderzająco przejrzysta i nie brakuje w niej ławic drobnych ryb. Przypomina mi się fragment z Wojny futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego, w którym autor opisuje swój tymczasowy dom w stolicy Ghany – Akrze. Mieszkam na tratwie, w bocznej uliczce handlowej dzielnicy Akry. Tratwa stoi wyniesiona na słupach do wysokości pierwszego piętra i nazywa się Hotel Metropol. W porze deszczów ten dziwoląg architektoniczny gnije i pleśnieje, a w miesiącach suszy – rozsycha się i trzeszczy. Ale się trzyma! Pośrodku tratwy stoi zabudowanie podzielone na osiem przegród. To nasze pokoje. Reszta miejsca objęta rzeźbioną balustradą nazywa się werandą. Tam mamy wielki stół do posiłków i kilka małych stolików, przy których pijemy whisky i piwo. Poza tym, że moja kwatera cechuje się zdecydowanie lepszym stanem, ten opis nawet by do niej pasował. Co najwyżej whisky zamieniłbym na wyśmienity panamski rum.

 

KARAIBSKIE REFLEKSJE

 

Ciężko było mi wyjeżdżać z Bocas Town (Bocas del Toro) na Wyspie Kolumba, a szczególnie żegnać się z tym miejscem o świcie. Za dobrze się tu czułem. Klimat Karaibów potrafi niezmiennie człowieka rozczulić. Niebywałe, jak umie go także zmienić przez pokazanie mu innego życia, często bardzo skromnego, choć kto wie, czy nie lepszego, pełniejszego, bliższego ludzkim sprawom. Wielu wraca z karaibskich tropików, myśląc, że być może mieć mniej znaczy mieć więcej. Dużo jest w tej krainie serdeczności, przyjaznych spojrzeń, pomocnych gestów. Ciągle odczuwa się potrzebę bliskości, towarzystwa drugiego człowieka niezbędnego do tańczenia, gry w domino, wypicia szklaneczki rumu. Poza tym wszyscy cały czas pragną tutaj rozmawiać. Na Karaibach komunikacja jest podstawą codziennego życia. Te rozmowy nigdzie tak szybko nie ujawniają charakteru rozmówców, ich temperamentu i emocji. Dyskutuje się głośno, bez umiaru, gestykulując przy tym żywiołowo. Czy rozmawiają dwie sędziwe matrony w zatłoczonym busie, czy nastolatki jazgoczące do swoich wymuskanych telefonów komórkowych – każdy wykazuje ogromne zaangażowanie. O tym właśnie najbardziej marzą ludzie uciekający z poukładanej północy na bezładne, nieprzewidywalne południe. Chcą doświadczyć obfitości życia i jego barwności we wszystkim, pociągającego luzu i braku pośpiechu, tej chwilowej, ale wyczekiwanej wolności.

 

DESZCZ NA POŻEGNANIE

 

O 5.00 lało jak z cebra. O 6.30 deszcz nie ustawał. Z nieba, jaśniejącego z oporem, spadały krople wielkości awokado. To była prawdziwa tropikalna ulewa. Nie chciała wypuścić mnie z hotelu i wyspy. Właściwie nie czułem się tym zmartwiony. Samolot linii Air Panama odlatywał za ponad godzinę, a do lotniska miałem niespełna 800 m. Najpierw planowałem dotrzeć na nie piechotą i po drodze spojrzeć ostatni raz na malownicze, budzące się domy. Jednak w tym potopie mój plan wydawał się bez sensu. Wyskoczyłem na ulicę i pobiegłem do centrum miasteczka, aby złapać taksówkę. Kierowca tej jedynej w zasięgu wzroku zaczynał dopiero dzień. Dopijał kawę w żółtym kubku z logo „Café Durán”, najpopularniejszej sieci w Panamie. Byłem jego pierwszym pasażerem, do tego przemokniętym do suchej nitki. Podrzucił mnie na miejsce, bo mu się nawinąłem, lecz wyczułem, że chętnie przedłużyłby sobie ten kawowy poranek.

 

Na lotnisku ociekający wodą turbośmigłowy samolot Fokker 50 czekał na poprawę pogody. Tą maszyną miałem odlecieć do stolicy. W końcu przestało padać i wyszło słońce. Ściana deszczu zwykle zmienia widoki w tropiku w coś na kształt kontrolnego obrazu z telewizora. Na szczęście promienie słoneczne przywróciły wszelkie utracone barwy. Rozejrzałem się – miałem przed sobą niewielkie lotnisko, mały samolot i krótki pas startowy. Za to karta pokładowa w mojej dłoni była długa jak spory rachunek z supermarketu. W bliskim sąsiedztwie pasa rosły bananowce i palmy. Natomiast tam, gdzie się kończył, zaczynało się boisko do baseballu i piłki nożnej. Niedawno Panama po raz pierwszy w historii awansowała na mundial (mistrzostwa świata odbędą się w Rosji w czerwcu i lipcu 2018 r.). Można więc przypuszczać, w co chętniej będą teraz grać wyspiarze koło lotniska. Lot z Wyspy Kolumba do Ciudad de Panamá trwał 45 min. W odwrotnym kierunku podróżowałem nocnym autobusem linii Tranceibosa (jedynej obsługującej bezpośrednie połączenie) przeszło 10 godz. Co więcej, klimatyzacja w pojeździe była chyba ustawiona na mrożenie pasażerów. Nie pomogła piersiówka z panamskim rumem. Potem, już o świcie, na przystani w miasteczku Almirante wskoczyłem do szybkiej łodzi płynącej do Bocas Town. Przyznam jednak, że pokonałbym tę całą trasę ponownie, każdym środkiem transportu, bo warto dotrzeć na czarujący archipelag Bocas del Toro, w ten czy inny sposób. To w końcu Karaiby!

 

5  Buceo Bocas del Toro1

Malowniczy bar z pomostem na Wyspie Kolumba zbudowany na palach na wodzie

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

BYSTRE OKO KINOMANA

 

Kiedy oglądam film i widzę w różnych scenach urzekające tropikalne plenery, jak choćby parujący las deszczowy, wybrzeże usiane wysmukłymi palmami kokosowymi albo fragment wiekowej kolonialnej zabudowy, natychmiast zaczynam szukać w internecie informacji, gdzie nakręcono te ujęcia. Szczególnie gdy tropik prezentuje się wyjątkowo realnie i niemal czuć ten bijący z ekranu żar, jaki oblepia aktorów – czoła im błyszczą, a włosy skręcają się w sprężynki od niepojętej wilgoci. Tego nie można sfabrykować. Jeśli tropik jest prawdziwy, od razu to wiadomo.

 

Tak było z filmem Escobar: Historia nieznana z 2014 r. z Benicio del Toro w roli tytułowej, do tego bardzo wyrazistej i przekonującej. Ten wszechstronny portorykański aktor grał dotąd m.in. wilkołaka, baseballistę czy Ernesta Che Guevarę, a w końcu wcielił się w postać kolumbijskiego barona narkotykowego. Jednak we wspomnianym filmie nie ujrzymy tak naprawdę Kolumbii. Zastąpiła ją Panama, czyli sąsiadka zza miedzy (nawiasem mówiąc, niezmiernie szerokiej, bagnistej i malarycznej, jeśli uznamy za nią przesmyk Darién oddzielający oba kraje). Panamskie pejzaże zostały tutaj zaprezentowane tak, że człowiek od razu nabiera ochoty, aby znaleźć się w okolicy z kadrów. Panama jest wyjątkowo fotogeniczna i skutecznie kusi nieujarzmionym interiorem. Najbardziej cieszy mnie powtórne – choć tym razem ograniczone do filmowych scen – odkrywanie miejsc, które już widziałem na własne oczy. Nieraz zdarzają się niespodzianki. Ostatnio okazało się, że Benicio del Toro gościł wraz z ekipą filmowców na... Bocas del Toro! Właśnie tam jeździłem rowerem: wzdłuż długiej i spektakularnej plaży Bluff na Wyspie Kolumba albo w Bocas Town. Oba miejsca pokazano w filmie kilka razy. Benicio del Toro na Bocas del Toro – brzmi to niesamowicie i zabawnie. Uwielbiam takie odkrycia. A Panama jest po prostu piękna!