MARCIN WESOŁY

 

<< Foldery biur podróży wypełniają zdjęcia kolorowych kubańskich domów, wypucowanych starych amerykańskich samochodów, uśmiechniętych par tańczących salsę i Kubańczyków kurzących cygara. Tak wygląda Kuba dewizowych turystów. Aby zobaczyć tę prawdziwą, trzeba mieć oczy szeroko otwarte i nie bać się wyjść jej naprzeciw. >>

Hiszpańscy osadnicy zbudowali niegdyś potęgę swojej kolonii na handlu cukrem, tytoniem i kawą, a także niewolnikami. Dziś Republika Kuby należy do najsłynniejszych państw komunistycznych na świecie, a brodatą twarz Fidela Castro rozpoznają niemal wszyscy. Jej główna wyspa jest jednocześnie największą w archipelagu Wielkich Antyli i na całych Karaibach. W stolicy kraju, znajdującej się nad Zatoką Meksykańską Hawanie, żyje obecnie ponad 2 mln mieszkańców.

Na hawańskim lotnisku podczas kontroli paszportowej podaję młodemu funkcjonariuszowi wymagane dokumenty. Ten odbiera je ode mnie i prosi, abym ustawił się do zdjęcia. Potem długo czekam, zanim wreszcie słyszę zbawienny odgłos przystawianego stempla.

Mundurowy, oddając mi papiery, ponownie lustruje mnie z nieco zagadkową fascynacją. Po czym dumnie wyprężony z uśmiechem oznajmia: Bienvenido a Cuba, compañero! (Witamy na Kubie, towarzyszu!). Jestem zaskoczony. Z czystej ciekawości zerkam na świeżo podbitą tarjeta de turista (kartę turysty). Teraz rozumiem: kubański żandarm wsunął ją między te strony w moim paszporcie, gdzie widnieje nieaktualna wiza do... Socjalistycznej Republiki Wietnamu. Już na początku wzięli mnie za swojego!

 

Hawana w nocy, Hawana w dzień

W La Habana Vieja, czyli Starej Hawanie, mieszkam przy ulicy Luz, co znaczy „światło”. Nie brakuje go tutaj za dnia. Po zmroku nazwa ta traci jednak sens albo brzmi co najmniej ironicznie. Niewiele tu latarni. Poza tym ledwo się palą. Pod jedną z nich czuwa stróż porządku z Policía Nacional Revolucionaria (Narodowej Policji Rewolucyjnej). Kilka przecznic dalej, w lichym blasku kolejnej stoi jego koleżanka. Spotkamy tu wiele młodych Kubanek w mundurach. Wszystkie są urodziwe, lecz zarazem to niesłychane służbistki. Dzięki nim również po zachodzie słońca jest bezpiecznie.

Tymczasem za dnia Hawanę lepiej oglądać przez różowe okulary. Wtedy wciąż wydaje się niezrównanie piękna, niezwykła i ponadczasowa. Bez tego optymistycznego nastawienia ujrzymy wiele nieszczęść, jakie dotknęły tę dawną „Perłę Antyli” przez ostatnie pół wieku. Kto nie zobaczy Hawany, ten jej nie pokocha – mówi przysłowie. Dziś łatwiej wywołuje ona, niestety, uczucie litości. Niegdyś okazałe i kunsztownie zdobione kamienice popadły w ruinę, a ich najlepsze czasy wydają się odległym wspomnieniem. Pozostawione same sobie na dekady niszczały z roku na rok. Miała to być nieubłagana zemsta za bogactwo i blichtr poprzedniej epoki. Wyrok na kubańską stolicę wydał podobno sam argentyński rewolucjonista Ernesto „Che” Guevara. Wjechał do niej triumfalnie w styczniu 1959 r. i – jak pisze nieżyjący już kubański autor Guillermo Cabrera Infante w książce Mea Kubaznienawidził Hawanę pierwszej nocy i ogłosił nienawistnym kolaboranckim miastem. W starciu z ascetycznymi ideałami rewolucji nie miało ono zatem żadnych szans. W dzielnicy La Habana Vieja znajdziemy niewielki Plaza del Cristo (plac Chrystusa). Przylega on do gwarnej ulicy Brasil, prowadzącej pod same schody El Capitolio (Kapitolu) – dawnej siedziby kubańskiego rządu. W tej okolicy wyróżnia się szczególnie jeden budynek. Jest to bardzo zaniedbany dom, od którego bije wręcz jakiś smutek. Wisi na nim ledwie widoczny, przerdzewiały szyld z napisem La Maravilla, czyli po hiszpańsku „Cud”.

Na szczęście, stołeczne zabudowania są powoli odrestaurowywane. Sprowadzeni z zagranicy specjaliści współpracujący z UNESCO świetnie sobie radzą. Rewolucyjny rząd podobno nie wtrąca się do prac renowacyjnych. Tymczasem ich efekty podziwiają głównie turyści, płacący dewizami. To dla nich odtwarza się zabytkowe place, hotele, parki i deptaki, wyznacza szlaki zwiedzania i przywołuje minioną świetność kubańskiej stolicy...

 

Podwójna waluta i chińska dzielnica

W Hawanie na przekór wszystkim próbuję korzystać z kubańskiego peso (CUP). Tak zwane peso kubańskie wymienialne (CUC) wyciągam z kieszeni niechętnie, mimo iż powinienem sięgać po nie za każdym razem. Na Kubie są w użyciu dwie waluty. Pierwsza ma służyć Kubańczykom, druga – przede wszystkim obcokrajowcom. W praktyce za tę pierwszą niewiele można kupić, a tą drugą płaci się w sklepach dewizowych i wszędzie tam, gdzie zjawiają się przyjezdni.

Odwiedzam niepozorne jadłodajnie w Barrio Chino, czyli Chińskiej Dzielnicy, chyba jedynej na świecie, gdzie trudno spotkać jej pierwotnych mieszkańców. Po zwycięstwie rewolucji Chińczycy pragmatycznie opuścili Kubę i przenieśli swoje interesy do Stanów Zjednoczonych. W rezultacie w hawańskim Chinatown zamawiam ze skromnego menu coś na sposób kubański i płacę w walucie dla miejscowych. Potem wpadam do baru, gdzie serwują guarapo z lodem, czyli świeży sok z trzciny cukrowej. Gdzieś na ulicy w Centro Habana (Centrum Hawany) udaje mi się zdobyć inne frykasy: wypieki z marmoladą z gujawy albo świeże, jeszcze ciepłe pączki. Na koniec biorę café cubano – kawę z dużą ilością cukru, nalewaną prosto z termosu do filiżanki wielkości naparstka. Kosztuje tylko 1 kubańskie peso, a smakuje jak marzenie. W kawiarni dla turystów damy za nią również 1 peso, tyle że wymienialne. Za tę kwotę wypiję tutaj z Kubańczykami ponad 20 filiżanek. Oto walutowe szaleństwo!

 

Gdzie Hemingway przychodził na drinka

W barze La Bodeguita del Medio byłem tylko raz, aby spróbować mojito, którym dawniej raczył się w nim z ukontentowaniem amerykański pisarz Ernest Hemingway (1899–1961). Jednak obecnie trudno w tych ścianach wyczuć jego ducha. Niełatwo też wejść za dnia do tego obleganego przez turystów przybytku. Barmani noszą tu odprasowane kremowe guayabery, typowe karaibskie koszule. Zza ciemnego, wysłużonego kontuaru serwują ten słynny koktajl na bazie trzyletniego rumu z miętą, brązowym cukrem, limonowym sokiem i wodą sodową rzeszy chętnych z całego świata. Mimo iż przyrządza się go dzisiaj w bardzo dużych ilościach, jego jakość nie rozczarowuje. Równie dobrze smakuje daiquiri, kolejny kubański drink rozsławiony przez autora powieści Komu bije dzwon. Wypijemy go np. w barze El Floridita – jego drugim ulubionym lokalu w Hawanie, niestety, obecnie niezmiernie komercyjnym. Niegdyś Hemingway przychodził tutaj regularnie. Zamawiał specjalnie dla niego przygotowywaną wersję daiquiri: bez cukru, za to z podwójnym rumem i odrobiną soku z dojrzałego grejpfruta. Obecnie naturalnej wielkości rzeźba pisarza strzeże jego dawnego, stałego miejsca przy kontuarze, za którym barmani bez przerwy szykują koktajle dla tłumu turystów…

FOT. MARCIN WESOŁY

Słynne kubańskie mojito

 

Wehikuły czasu

Mówi się o nich potocznie almendrones, czyli migdałowce, a to ze względu na ich osobliwą wytrzymałość i zdolność przetrwania. Skorupę migdałów niełatwo rozłupać. Równie ciężko rozbić nabity stalą, chromem i niklem pancerz tych wysłużonych amerykańskich aut z lat 50. XX w. Klasą i dostojeństwem biją na głowę całą resztę pojazdów poruszających się po kubańskich drogach. Można je spotkać na całej wyspie, chociaż zdecydowanie najwięcej jest ich w samej Hawanie. Chevrolety, buicki, oldsmobile, chryslery, fordy, plymouthy czy cadillaki niezmiennie królują na jej ulicach. Dzięki temu Kuba już dawno stała się unikalnym na skalę światową skansenem motoryzacji z eksponatami, które są ciągle w użyciu. To także raj dla kolekcjonerów zabytkowych aut. Mają oni teraz z czego się cieszyć, bowiem ostatnie reformy dopuszczają już handel samochodami dla obcokrajowców, stałych lub tymczasowych rezydentów. Możliwe, że za jakiś czas wiele z tych nobliwych pojazdów opuści Kubę. Ta prognoza nie napawa jednak optymizmem... 

 

Nad brzegiem Zatoki Meksykańskiej

W okolicy Hawany leżą wyjątkowo piękne plaże. Dawniej okupowali je Kubańczycy, głównie habaneros – hawańczycy, którzy zjeżdżali na nie podczas weekendów, aby rozkoszować się morzem o trzech kolorach, napić się rumu, potańczyć i powierzyć morskiej toni miłosne sekrety. Plaże te rozciągają się dwadzieścia kilka kilometrów na wschód od kubańskiej stolicy. Jedna z nich jest szczególnie urodziwa. Jej nazwa – Santa María del Mar – mogłaby posłużyć za tytuł tęsknego bolera. Dostaniemy się na nią miejskim autobusem za czterdzieści centavos. Plażowiczów nigdy tu nie brakuje, ale tłok wcale nie przeszkadza, zwłaszcza gdy z radiowych głośników rozbrzmiewają gorące rytmy salsy…

 

Cohiba znaczy luksus

Na Kubie paliłem cygara, gdy tylko miałem okazję, czyli w praktyce dość często. Według Hemingwaya te najszlachetniejsze namiętne Kubanki zwijają na swych udach. Ta romantyczna wizja (prawdziwa czy też nie) bardzo mi odpowiada, ponieważ oddaje typowo zmysłowy klimat Karaibów, więc szkoda ją dementować. Kubańczycy jednak ponoć za nią nie przepadają. Dawniej słynna fabryka El Laguito na obrzeżach kubańskiej stolicy zatrudniała wyłącznie kobiety. Dzisiaj wytworne cygara marki Cohiba są dziełem zarówno męskich, jak i żeńskich dłoni.

W samolocie lecącym z Londynu do Hawany spotkałem wyjątkową Kubankę. Wracała z 3-miesięcznego, europejskiego tournée. W Europie miała tylko jedną prestiżową misję: skręcać markowe cygara i promować ich najdoskonalsze rodzaje wśród potencjalnych kontrahentów. Moja towarzyszka podróży nazywała się Berta Corzo Thorpe. Warto zapamiętać to nazwisko. Szansa przypadkowego spotkania osoby, która bezpośrednio odpowiada za kontrolę jakości najlepszych na świecie cygar, jest raczej niewielka. Od lat pracuje ona we wspomnianej kubańskiej fabryce El Laguito. Nadzoruje w niej pracę ponad dwustu „zwijaczy”. Czuwa, aby cygara powstawały według uznawanych standardów, miały idealny kształt i określoną długość z dokładnością do milimetra. Sama pali niechętnie, a regularne testowanie wyrobów należy do jej obowiązków…

 

Kolonialny Trinidad

Do Trinidadu planuje dotrzeć chyba każdy odwiedzający Kubę podróżnik. Miasto wydaje się być zagubione w czasie od dziesięcioleci. Hiszpan Diego Velázquez de Cuéllar założył je w 1514 r. Na początku zwało się La Villa de la Santísima Trinidad. Osada była jedną z siedmiu, które powstały tutaj na początku XVI w. z inicjatywy tego rzutkiego konkwistadora, a następnie pierwszego gubernatora wyspy (w latach 1511–1524). Trinidad zyskał renomę i wielkie bogactwa w XVIII w., gdy eksportowano stąd tony cukru na rynki europejskie. Potem nadszedł kryzys i miasto popadło w zapomnienie, ale dzięki temu zachowało swój pierwotny, kolonialny klimat. Obecnie stanowi jeden z turystycznych klejnotów Kuby, będących źródłem rządowego dochodu.

FOT. CUBA TOURIST BOARD

Plaza mayor w Trinidadzie – historyczne centrum miasta otoczone pałacami z XVIII i XIX w.

 

W 1988 r. UNESCO wpisało Trinidad (razem z Valle de los Ingenios – Doliną Cukrowni) na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości, co zagwarantowało fundusze na renowacje miejscowych zabytków. Efekty prac są dobrze widoczne. Pastelowe domostwa kryte czerwoną dachówką stały się znakiem rozpoznawczym tej malowniczej miejscowości. Szczęśliwie dla prawdziwych podróżników liczni turyści przyjeżdżają tu zazwyczaj w ciągu dnia, aby po południu wrócić do hoteli. Wtedy robi się luźniej, bardziej swojsko i przyjemnie. Po zmroku warto udać się gdzieś na drinka, a potem zajrzeć do lokalnej dyskoteki. Można popatrzeć na salseros (tańczących salsę) albo samemu spróbować swych sił w tym gorącym, latynoskim tańcu. Równie interesująca wydaje się wieczorna przechadzka starymi, brukowanymi ulicami Trinidadu…

 

Na wschodzie

Camagüey leży po drodze do rejonu Oriente, czyli dawnej wschodniej prowincji kraju. To niezmiernie urokliwe miasto stanowi zapowiedź nowych wrażeń w dalszej podróży przez Kubę. Późnym popołudniem światło zachodzącego słońca wdzięcznie pogłębia kolory wiekowej zabudowy. Do przemieszczania się po Camagüey doskonale nadają się bicitaxi (rowerowe taksówki). Na jednym z licznych uroczych placów, czyli plazas, odpoczniemy od gorącego dnia w towarzystwie miejscowych, aby z rana wyruszyć dalej.

Wschodni region kraju jest tak oddalony od Hawany (ponad 500 km), że mieszkańcom stolicy kojarzy się przewrotnie z... arabskim Bliskim Wschodem. Swych rodaków pochodzących z tych okolic, którzy przyjechali do wielkiego miasta w poszukiwaniu lepszego życia, hawańczycy nazywają nieco sarkastycznie palestinos (Palestyńczycy). W samym Camagüey oblicze wyspy wyraźnie zaczyna się zmieniać. Łatwiej też tutaj dostrzec różnice w kolorze skóry ludzi i w ich sposobie bycia – wydają się bardziej powściągliwi i przez to ujmujący. Odnosimy więc wrażenie, jakbyśmy odkrywali inną Kubę, w dodatku bardziej różnorodną od tej zakonserwowanej przez monotonię długich dziesięcioleci pod rządami rewolucji. Jeżeli do tej pory podobało nam się na kubańskim lądzie, to im dalej od Camagüey, będzie już tylko lepiej.

FOT. CUBAINFO.DE

Ponad 300-tysięczne Camagüey

 

Na przeciwległym końcu tej egzotycznej wyspy o kształcie odpoczywającego kajmana, w niepojętym, dalekim rejonie Oriente, wiedzie swój żywot miasto na wskroś karaibskie, parne i rozbuchane – Santiago de Cuba. Jeśli miałbym stworzyć obrazowe porównanie, Hawanę nazwałbym nobliwą ciotką, serwującą café y bizcocho (kawę i ciasto), a ten port położony malowniczo nad Morzem Karaibskim – ukochaną kobietą. Tu na każdym kroku czuje się już gorący oddech pobliskiej wyspy Haiti. Z nieba leje się żar, a powietrze przesycone jest wilgocią. Wielu wytrawnych globtroterów potwierdza, że właśnie w Santiago doświadczają kulminacji krajoznawczych przeżyć na Kubie. W tej kolebce afrokubańskich rytmów czar tropików oraz folklor potrafią zawładnąć człowiekiem bez reszty. Miasto posiada wyrazisty charakter, popada w skrajności, unika półśrodków, drażni przybysza swą nieprzewidywalnością. Dlatego też można je od razu pokochać albo znienawidzić.

FOT. CUBAINFO.DE

Playa Bucanero – nieduża, lecz niezmiernie urokliwa plaża koło Santiago de Cuba

 

Powiadają, że nieważne, gdzie się dojedzie, istotne jest to, co się wydarzy po drodze, że nie liczy się cel wyprawy, lecz ona sama w sobie. Zgadzam się w pełni z tym stwierdzeniem. A jednak podróży po Kubie nie wyobrażam sobie zakończyć gdzie indziej niż w Santiago de Cuba – mieście nieprzeniknionym i pełnym pasji...

 

Artykuły wybrane losowo

Urlop na sportowo

Galiny to idealne miejsce dla miłośników wędkowania i jazdy konnej

Staw konie

© PAŁAC I FOLWARK GALINY

Plaża Acquavivetta (La Sorgente) na północnym wybrzeżu Elby

Acquavivetta copia

© ASSOCIAZIONE ALBERGATORI ISOLA D'ELBA

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

Nie każdy marzy o tym, żeby w czasie wolnym wylegiwać się bez końca na plaży lub na leżaku nad basenem. Niektórzy po prostu muszą być stale w ruchu, dbać o kondycję fizyczną, walczyć z wiatrem i falami, stawiać sobie wyzwania, sprawdzać swoją wytrzymałość na wysiłek i zdobywać nowe umiejętności. Wcale nie trzeba być niespokojnym duchem, żeby czerpać radość z aktywnego wypoczynku. Nie od dziś wiadomo, że uprawianie sportu, szczególnie na świeżym powietrzu, nie tylko wpływa korzystnie na zdrowie, lecz także poprawia samopoczucie. W zdrowym ciele zdrowy duch!

Więcej…

Peru – niezwykłe drogi i ścieżki

ROMAN WARSZEWSKI

www.warszewski.info

 

<< Peru ma wszystko – przepiękną przyrodę, pustynie (na wybrzeżu), góry (w części środkowej), a także selwę i przecinające ją rzeki. Jednak wyróżniają je również liczne ślady przeszłości. Ludzie zamieszkują ten obszar od 4 tys. lat p.n.e. i zawsze wykazywali się wielką pracowitością i artystycznym zmysłem. Dlatego wspaniałe naturalne tereny urozmaicają tutaj niezliczone pozostałości dawnych miast, osiedli i świątyń, z których większość jest świetnie wkomponowana w krajobraz. Mało osób wie, że w Peru znajduje się więcej piramid niż w Egipcie. A są wśród nich i takie, które liczą sobie więcej lat od słynnej piramidy Cheopsa. >>

Właśnie z powodu wielkiej różnorodności przyrodniczej i bogactwa kulturowego ten kraj jest pod względem turystycznym jednym z najciekawszych na świecie. Niektórzy uważają nawet, że należy mu się palma pierwszeństwa. Peruwiańczycy to wiedzą i coraz bardziej doceniają. W tej chwili Peru rocznie odwiedza blisko 4,5 mln zagranicznych gości (według oficjalnych danych rządowych), a przychody z turystyki stanowią spory procent budżetu państwa. Infrastruktura jest coraz lepsza. W wiele miejsc coraz łatwiej dojechać. Tam, gdzie nie ma jeszcze odpowiedniej jakości dróg, można dolecieć samolotami – większymi, mniejszymi czy nawet awionetkami. Istnieje mnóstwo utartych szlaków turystycznych, które tu nazywam przetartymi, wygodnymi trasami, jak te, które łączą stołeczną Limę, Arequipę i Cusco (Cuzco). Ale oprócz nich są też ścieżki, gdzie napotyka się ginącego już ducha pogranicza. Wiodą czy to do Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu), czy do zapomnianej Vilcabamby.

 

 

W Peru istnieją dwie standardowe trasy – tzw. pętla południowa i północna. Każda z nich zaczyna się i kończy w Limie, która – podobnie jak Buenos Aires lub Rio de Janeiro – jest bramą Ameryki Południowej. Obie pętle są niezmiernie interesujące, choćby dlatego, że bardzo się od siebie różnią. Ci, którzy znają dobrze Peru, twierdzą, iż niełatwo wybrać tę ciekawszą. Osoby odwiedzające kraj po raz pierwszy czy drugi głosują na południową. Powód takiej decyzji jest prozaiczny – podczas podróży tą trasą najłatwiej trafić do słynnego Machu Picchu.

 

PĘTLA POŁUDNIOWA

Na tym szlaku oczywiście znajduje się stolica Peru, niemal 10-milionowy moloch (Lima Metropolitana), z którego jedzie się na południe do Pisco i Paracas, następnie do Naski, Arequipy i nad jezioro Titicaca – do Puno. Tam można wpaść z wizytą do Indian Uro (Uru) żyjących na pływających wyspach oraz do przedziwnej społeczności zamieszkującej skalistą wysepkę Taquile, gdzie kobiety są głowami rodziny, a mężczyźni zajmują się… tkaniem i robieniem na drutach! Znad Titicaki warto na krótko wyskoczyć do departamentu La Paz w Boliwii, bo w nim czeka na nas jedna z największych (i najbardziej tajemniczych) atrakcji regionu – prastare miasto Tiahuanaco (Tiwanaku). Potem zwykle jednak (przez wyspy Księżyca i Słońca na jeziorze Titicaca) czym prędzej wraca się znów do Peru, żeby z Puno udać się do Cusco, które przypomina odrębną planetę i jest jak zaklęta w kamieniu poezja, dzieło łączące niezmierzone bogactwo tradycji, ciekawą historię, znakomitą kuchnię i mozaikę krajobrazów. To także baza wypadowa do Świętej Doliny Inków (Valle Sagrado de los Incas) – do stanowisk archeologicznych Qenko, Puka Pukara (Puca Pucara), Tambomachay, Písac (Pisaq) i Ollantaytambo oraz miasteczka Chinchero, w pobliżu którego już niedługo ma powstać oprotestowane przez ekologów gigantyczne lotnisko. Stąd wreszcie wyrusza się do słynnego Machu Picchu, mimo turystycznego oblężenia nadal największej peruwiańskiej atrakcji, a zarazem – z uwagi na generowane dochody – najbardziej wydajnej południowoamerykańskiej kopalni złota. Po zwiedzeniu tego wciąż wyjątkowego miejsca większość osób wraca już zazwyczaj do Limy. Ewentualnie najpierw samolotem na dzień czy dwa leci do warczącego tysiącami motoriksz (motocarros) Iquitos leżącego nad Amazonką, zapuszcza się choć na jedną noc do selwy i dopiero wtedy udaje się do stolicy. Wyprawa wzdłuż pętli południowej trwa zwykle 14–16 dni.

 

PĘTLA PÓŁNOCNA

Tak jak wspominałem, pętla północna kusi przede wszystkim tych, którzy byli już na południu. Znów ruszamy z Limy, tym razem na północ. Najpierw jedziemy do Huacho, skąd odbijamy do Caral – miejsca położonego pośród pustkowia, gdzie odkryto nie tylko wielkie prekolumbijskie osiedle, lecz także najstarsze w Ameryce Południowej piramidy. Po powrocie do Huacho udajemy się do Casmy, aby obejrzeć ruiny Sechín (Cerro Sechín), z płaskorzeźbami pełnymi odrąbanych głów, nóg, rąk i innych członków. Potem – przez Chimbote – wyruszamy do Trujillo, w którego sąsiedztwie są wielkie świątynie Słońca i Księżyca (Huaca del Sol i Huaca de la Luna) oraz stanowisko Huaca Rajada (Sipán). W rejonie tego ostatniego w latach 80. XX w. najpierw złodzieje, a następnie archeologowie odnaleźli grób Pana z Sipán (Señor de Sipán). Pochodzące z niego złote artefakty trafiły do Museo Arqueológico Nacional Brüning w pobliskim Lambayeque (dokąd rzecz jasna również należy zajrzeć). Potem, w pobliżu Chiclayo, skręca się do Túcume – jedynego w swoim rodzaju skupiska ok. 30 upiornych piramid z adobe (suszonej cegły), gdzie przez blisko sześć lat mieszkał i kopał słynny norweski etnograf i podróżnik Thor Heyerdahl (1914–2002). Poza tym trzeba też odwiedzić Tumbes – miejsce, w którym przy plaży jest ciepła woda i bez obawy można się kąpać. Tutaj podaje się także nadzwyczaj smaczne peruwiańskie dania z ryb i owoców morza. Następnie należy udać się do miast Chachapoyas i Cajamarca. W drugim z nich ze względu na wulkaniczne źródła powstały niegdyś inkaskie łaźnie, a ostatni władca Inków sprzed konkwisty, Atahualpa (ok. 1500–1533), w bardzo głupi sposób dał się pochwycić 16 listopada 1532 r. świeżo przybyłym w te strony Hiszpanom, co w dużej mierze przesądziło o przebiegu podboju tej części Ameryki Południowej. Stąd przez leżące w amazońskiej puszczy Tarapoto uczestnicy wyprawy lecą do Limy, a po drodze dziwią się, że Peru miało jeszcze tyle do zaoferowania, choć wydawało im się, że na południu widzieli już wszystko. Na przebycie pętli północnej również potrzeba mniej więcej dwóch tygodni.

 

TRASY NA POŁUDNIU

Na południu tradycyjnym, standardowym szlakiem dotrzeć można z Limy do Arequipy, Cusco (jeśli będziemy tu 24 czerwca, załapiemy się na doroczne, widowiskowe Święto Słońca – Inti Raymi) i oczywiście do magicznego, niezapomnianego Machu Picchu. Z kolei mniej przetarta ścieżka prowadzi do położonego w Świętej Dolinie Inków, koło miasteczka Calca, Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu) oraz na wznoszącą się w cieniu szczytu Ausangate (6384 m n.p.m.) Górę Siedmiu Kolorów, czyli Vinicuncę (Winikunkę), i do znajdującej się daleko, po drugiej stronie majestatycznych Andów, zapomnianej niemalże przez wszystkich Vilcabamby. Taka trasa wiedzie także do Machu Picchu – to dawna, przecinająca trzy przełęcze Droga Inków (Camino Inca), ta sama, którą w przeszłości poruszali się niezmiernie szybko specjalnie przeszkoleni inkascy gońcy – chasquis.

 

STOLICA

Lima potrafi zainteresować. Ciekawy jest nadmorski dystrykt Miraflores, do którego przylega konkurujący z nim San Isidro. Oba są czyste i nowoczesne i z powodzeniem mogłyby się znajdować w centrum np. Buenos Aires. Miraflores leży na pięknym, żwirowym klifie, który swoją trwałość zawdzięcza tylko temu, że w okolicy w zasadzie nigdy nie pada. Z jego szczytu przy dobrym wietrze dzień w dzień startują paralotniarze. Gdy wzlecą w powietrze, mogą podziwiać wspaniały widok: w dole na wielkich falach szaleją surferzy. Nie straszna im przeraźliwie zimna woda, bo na sobie mają kombinezony z pianki, a w sobie – determinację.

Główne zabytki architektoniczne peruwiańskiej stolicy znajdują się w historycznym centrum. Jest tu plac Broni (Plaza de Armas de Lima) z Katedrą (Catedral de Lima), gdzie pochowano zdobywcę terenów Peru – Francisca Pizarra (1478–1541), oraz Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal de Lima) z przepięknym, typowym dla Limy balkonem. Obok stoi Pałac Rządu (Palacio de Gobierno del Perú, oficjalna siedziba prezydenta). Codziennie w południe odbywa się przed nim uroczysta zmiana warty (mundury żołnierzy są identyczne z mundurami armii, która rozgromiła siły rojalistyczne i prohiszpańskie w słynnej bitwie pod Ayacucho w grudniu 1824 r.). Jego neobarokowa fasada zaprojektowana została przez polskiego architekta – Ryszarda Jaxa Małachowskiego (1887–1972), który pod koniec 1911 r. znalazł w tym kraju azyl i pole do popisu dla swoich talentów.

 

 

AREQUIPA

Gdyby nie Lima, Arequipa na pewno byłaby stolicą Peru. To drugie co do liczby ludności miasto tego kraju (Arequipa Metropolitana ma ponad 1 mln mieszkańców), jest znacznie atrakcyjniej położone i… panuje w nim dużo lepsza pogoda. Pod względem urody także prezentuje się wyjątkowo, bo zabudowania w jego centrum w ogromnej większości wzniesiono z białego wulkanicznego tufu ryolitowego, zwanego sillar. Stąd też jego druga nazwa – Ciudad Blanca, czyli Białe Miasto.

Arequipa leży na południu, już w sercu gór, na mniej więcej 2300 m n.p.m., u stóp dwóch wulkanów: Misti (5822 m n.p.m.) i Chachani (6057 m n.p.m.). Oddalenie od wybrzeża oraz wysokość determinują tutejszy klimat – przez cały rok panuje w niej wiosna. Po niemal wiecznie zamglonej Limie wizyta w tym mieście przynosi prawdziwą ulgę. W Arequipie mieszka również wiele starych peruwiańskich rodów, które swoje początki wywodzą z okresu konkwisty. Arequipianie, skonfliktowani z limianami od niepamiętnych czasów, zwykli mówić do tych drugich: Wy macie martwego Pizarra, a my żywą arystokrację.

Główna atrakcją jest tutaj śnieżnobiały plac Broni (Plaza de Armas de Arequipa) z przepięknymi arkadami i podcieniami, a także pobliski Klasztor św. Katarzyny ze Sieny (Monasterio de Santa Catalina de Siena), będący niepowtarzalnym osobnym miasteczkiem w mieście. Przyjezdnych przyciąga też muzeum uniwersyteckie (placówka Universidad Católica de Santa María – Museo Santuarios Andinos). Można w nim zobaczyć Mumię Juanita – zwłoki inkaskiej dziewczynki, złożonej w ofierze na jednym z pobliskich wulkanicznych szczytów w ramach rytuału nazywanego capacocha (capac cocha), który wykonywany był m.in. po to, aby sprowadzić deszcz w okresach suszy. Arequipa stanowi również bazę wypadową do słynnego kanionu Colca – jednego z najgłębszych na świecie, gdzie do dziś w stanie dzikim żyją kondory. Warto więc tu przyjechać, tym bardziej że miasto leży na szlaku wiodącym do Cusco.

 

CUSCO

O Cusco można by napisać nie tylko osobny obszerny artykuł, ale nawet książkę. To miasto niejednokrotnie porównywane bywa z Rzymem. I coś w tym jest. W Cusco na każdym kroku czuje się jego majestat. Kolonialny ośrodek wyrasta tutaj z inkaskiego korzenia. Można to dostrzec bez problemu. W historycznym centrum mury parteru większości budynków pochodzą jeszcze z czasów Inków i składają się z dużych (niekiedy ogromnych), idealnie do siebie dopasowanych kamieni. Reszta ścian – już w stylu kolonialnym – została niejako doklejona do tej wielkokamiennej, ciemnej podstawy. Z tego powodu zabudowania są czarno-białe. Warstwa ciemna jest prekolumbijska, biała – kolonialna.

Na zainteresowanie zasługuje oczywiście Plaza de Armas, centralny plac w dużej części pokrywający się z częścią ogromnego placu inkaskiego Cusco. Stoi tu Katedra (Catedral del Cusco), Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de la Compañía de Jesús), a nieco poniżej – jedno z najstarszych tutejszych założeń sakralnych – klasztor należący do mercedarianów (Templo de la Merced del Cusco). Świetnie zachowaną uliczką Loreto można ruszyć do innej słynnej budowli – Klasztoru św. Dominika (Convento de Santo Domingo), wznoszącego się na ruinach największej świątyni Inków – Coricanchy (świątyni ku czci boga słońca). W tej właśnie okolicy znajdować się miał ogród z roślinami wykonanymi ze złota i zwierzętami wyklepanymi ze złotej blachy, opisywany przez hiszpańskich kronikarzy. O tym, że istniał naprawdę, przekonują ślady na zachowanych murach świątynnych. W wielu miejscach widać, że zerwano z nich przykrywające je złote płyty.

 

MACHU PICCHU

Z Cusco koniecznie trzeba pojechać do Machu Picchu, które choć niemiłosiernie przepełnione turystami, nadal pozostaje kulminacyjnym punktem podróży do Peru. To miasto zbudowane za inkaskiego króla Pachacuteca (1418–1471 lub 1472), spektakularnie zawieszone ponad zakolem rzeki Urubamba, nie może nie urzec i wzbudzić tysiąca westchnień. Machu Picchu jest jedyne w swoim rodzaju co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, zaskakuje swoją kompletnością. To całe górskie osiedle, które na dobrą sprawę da się zasiedlić na nowo od zaraz. Po drugie, jest przepięknie wkomponowane w otoczenie. Wzniesiono je nie na przekór górom, lecz w pełnej zgodzie z nimi. Mury Machu Picchu wyrastają z górskiego zbocza tak, jak wyrastają z niego rośliny. Jego zabudowania dopełniają krajobraz, wzbogacają go. Nie są drzazgą w oku przyrody ani w jej gardle, lecz ozdobą na wspaniałej szacie.

 

Zachwycające Machu Picchu wpisano w 1983 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© PromPerú/Gihan Tubbeh

 

ŚCIEŻKAMI DO CELU

Podczas wizyty w Machu Picchu dobrze wejść także na Huayna Picchu (ok. 2700 m n.p.m.) – ów strzelisty szczyt, który wznosi się ponad ruinami. Podejście zajmuje ok. 40 minut i choć wymaga pewnego wysiłku, na pewno warto go podjąć, bo widok rozpościerający się z góry jest niezapomniany. Pod stopami rozciąga się całe miasto (i dopiero wtedy widać, że swoim kształtem przypomina… kondora!), a jeszcze niżej Urubamba – szumiąca rzeka, która z tej odległości wydaje się niema. Poza tym górną partię Huayna Picchu pokrywa kamienna zabudowa, co dla wielu osób bywa wielką niespodzianką, szczególnie gdy okazuje się, że owe konstrukcje są odbiciem Machu Picchu w miniaturze! To charakterystyczna cecha inkaskiej myśli architektonicznej, przesyconej zwykle pewnym dualizmem.

Po powrocie do Cusco również ścieżką dotrzeć można do Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu) – MałegoCusco, które też jest jakby obrazem tego pierwszego. To miasto, gdzie znakomicie widać, w jak piękny i przemyślany sposób budowniczowie potrafili w jednej konstrukcji łączyć adobe z kamieniem. Założone zostało ok. 1420 r., w okresie walk Inków z Chankami – ludem przez długi czas utrudniającym ekspansję Inków poza dolinę Cusco. Po zwycięstwie z przeciwnikiem w 1438 r. właśnie w to miejsce zesłano część inkaskiej szlachty, która stchórzyła w trakcie konfliktu. Dziś przepiękne, ale niedoceniane Huchuy Qosqo stanowi cel konnych wycieczek. Jest tym bardziej ciekawe, że można podziwiać tutaj niezapomniany widok na rozciągające się w dole miasteczko Calca oraz górujące nad nim szczyty pasma Vilcabamba (Cordillera de Vilcabamba).

Skoro padła nazwa Vilcabamba, warto wspomnieć, że do tej ostatniej stolicy Inków, która została założona w czasie walk z Hiszpanami, w selwie, po drugiej stronie Andów, da się dziś także dotrzeć szlakiem umownie określanym przeze mnie jako ścieżka. Do Espíritu Pampa – wioski położonej w bezpośrednim sąsiedztwie ruin doprowadzono już bitą drogę, przejezdną nie tylko dla samochodów terenowych. Kto więc chciałby zobaczyć, skąd Inkowie nękali Hiszpanów przez ostatnich 35 lat istnienia swojego niezależnego imperium i co po ich ostatniej stolicy pozostało, powinien wsiąść w auto i tam pojechać. Na dojazd do Vilcabamby z Cusco i powrót do niego trzeba przeznaczyć około pięć dni.

 

Zrekonstruowany grobowiec Pana z Sipán (Señor de Sipán) w kompleksie Huaca Rajada (Sipán)

© PromPerú/Favio Ovalle

 

TRASY NA PÓŁNOCY

Na północy, drogą, a więc szlakiem standardowym, dostaniemy się do miast Huacho, Casma, Trujillo, Tumbes, Chiclayo i Cajamarca. Wszystkie inne punkty na mapie i poprzednio wymienione miejsca wymagają skorzystania ze ścieżek, choć w przypadku Tarapoto będzie to ścieżka… powietrzna. Do Caral, Túcume i Chachapoyas również zaprowadzi nas niestandardowa droga. Jednak to chyba dobrze: otarcie się o Peru z pogranicza podczas wyprawy po tym kraju nikomu nie zaszkodzi.

 

Barwny pochód organizowany w mieście Cajamarca uważanym za stolicę peruwiańskiego karnawału

© Pro mPerú/Marco Garro

 

CASMA

W Casmie należy zwiedzić przede wszystkim Sechín (Cerro Sechín). W kompleksie znajduje się przedziwna, ale coraz lepiej zrekonstruowana świątynia ofiarna sprzed wielu tysięcy lat – z czasów, gdy o Inkach w Peru jeszcze nikomu się nie śniło. Uwagę przykuwają tu przede wszystkim makabryczne płaskorzeźby. Przedstawiają jeńców prowadzonych na stracenie oraz ich odcięte głowy, ręce i nogi. Z tych rysunków można by ułożyć cały atlas anatomiczny! Przypuszczalnie dawni mieszkańcy Cerro Sechín jako pierwsi próbowali uporać się z nękającym ich zjawiskiem pogodowym El Niño. Czynili to za pomocą modłów i kierowania próśb do swoich bogów, a aby je wzmocnić, składali bóstwom liczne ofiary z ludzi.

 

TRUJILLO

Leżące nad rzeką Moche ponad 950-tysięczne Trujillo to przed wszystkim świątynie: wielka Huaca del Sol (Świątynia Słońca), będąca pod względem kubatury największą piramidą w Ameryce Południowej, oraz Huaca de la Luna (Świątynia Księżyca). Są one dziełami kultury Mochica, oczywiście preinkaskiej, która ofiarami z ludzi jako pierwsza starała się okiełznać pogodowy fenomen El Niño. Poza tym w położonym na północny zachód stąd Sipán znajduje się Huaca Rajada z grobami w piramidach, skąd pochodzi kolekcja złotych artefaktów oraz misternie przyozdobione szczątki jakiegoś wielkiego króla, wysłanego w zaświaty z blisko 10-osobową świtą.

Złote skarby z Sipán, porównywane nierzadko do kosztownej zawartości grobowca Tutanchamona, po tym jak objechały cały świat w formie ekspozycji czasowych, dziś można podziwiać we wspomnianym muzeum w Lambayeque. Tego miejsca na północy Peru nie wolno ominąć. Wizyta w nim to absolutny mus, jeden z najprzyjemniejszych możliwych przymusów.

Przedmieściem Trujillo jest Huanchaco, z szeroką plażą i caballitos de totora – niewielkimi łodziami z trzciny napędzanymi jednym wiosłem, na których można pozderzać się z oceanicznymi falami. Odwiedziny tutaj są o tyle godne polecenia, że woda przy brzegu ma wyższą temperaturę niż w okolicy Limy, bo znajdujemy się bliżej równika, a zimny Prąd Humboldta (Prąd Peruwiański) powoli zaczyna się w tym miejscu oddalać od wybrzeża. W pobliżu leży też Chan Chan – ulepione z gliny, gigantyczne miasto kultury Chimú, która – sądząc po tym, co wytworzyła – szczyciła się najlepszymi złotnikami w całej Ameryce przed Kolumbem.

 

CAJAMARCA

Z kolei Cajamarca już zawsze będzie się kojarzyć z pojmaniem Atahualpy przez Francisca Pizarra (i wszystkim, co z tego wynikło). Zresztą zachowało się tu trochę zabytków związanych z tym wydarzeniem. Jest zrekonstruowany Pokój Okupu (Cuarto del Rescate), przeznaczony na gromadzone przez Indian złoto, w zamian za które ich przywódca miał odzyskać wolność (Hiszpanie – oczywiście – go oszukali i nie dotrzymali obietnicy). Są inkaskie łaźnie, znacznie dziś rozbudowane i unowocześnione, gdzie Atahualpa, w momencie gdy wróg zbliżył się do miasta, zażywał kąpieli po trudach wojny domowej ze swoim przyrodnim bratem Huascarem. Poza tym w Cajamarce znajduje się także ciekawa Katedra (Catedral de Cajamarca), o przysadzistej bryle i bez żadnej wieży (co wiązać należy nie z lenistwem budowniczych, lecz z ich zmysłem praktycznym: wieża na terenach znacznej aktywności sejsmicznej to rzecz wielce ryzykowna). Okolicę można podziwiać z punktu widokowego na Wzgórzu św. Apolonii (Cerro de Santa Apolonia – 2764 m n.p.m.), do którego dochodzi się długim ciągiem stromych schodów. Na samej górze stoi oczywiście krzyż, jako że Peru jest w końcu na wskroś katolickim krajem.

Poza Cajamarcą znajdziemy piękne i położone najwyżej w Andach kamienne akwedukty oraz Ventanillas de Otuzco, czyli Okienka z Otuzco – pochodzące jeszcze z czasów preinkaskich grobowe nisze w skale, która z dalszej odległości wygląda jak podziurawiony holenderski ser. Takie obiekty wciąż przypominają, że zanim pojawili się tutaj Inkowie, na tych terenach przez kilka tysięcy lat rozwijały się najróżniejsze kultury.

 

Ruiny górskiej fortecy Kuélap stanowią pamiątkę po preinkaskiej kulturze Chachapoyas

© PromPerú/Daniel Silva

 

ŚCIEŻKAMI DO CELU

Na północy ścieżką na pewno będziemy zmuszeni udać się do stanowiska archeologicznego Caral. Warto je odwiedzić, bo to najstarsze w Peru (i na obszarze obu Ameryk!) miasto – powstało 3 tys. lat p.n.e. Archeolodzy mieli szczęście, że do budowy tutejszych piramid i świątyń w pewnych miejscach używano roślinnej plecionki, która wzmacniała fragmenty murów. Dzięki temu można było owe mury i składające się na nie kamienie datować.

Caral było miastem w pełni rozwiniętym, nie raczkującym czy ledwie się dźwigającym na rachitycznych nogach. W tak rozwiniętej formie nie mogło więc pojawić się z niczego. To pokazuje, że cywilizacja musiała się tu rozwijać dużo wcześniej, a prawdziwe początki peruwiańskiej kultury sięgają co najmniej 4 tys. lat p.n.e.

Innym niezapomnianym miejscem, do którego prowadzą północne ścieżki, jest Túcume, rybacka wioska nieopodal Chiclayo. W tej okolicy znajduje się skupisko ok. 30 piramid kultury Sicán (Lambayeque), wywodzącej się z wcześniejszych kultur Mochica i Vicús. Zbudowano je nie z kamienia, lecz z adobe, dlatego czas przepięknie je postrzępił i wyżłobił. Dzięki temu budowle jeszcze zyskały na niesamowitości i urodzie. Jeśli ktoś zapytałby mnie, jakie jest najbardziej upiorne miejsce w Peru, to odpowiedziałbym, że właśnie Túcume. Jeżeli chciałby wiedzieć, które peruwiańskie zabytki są według mnie niesłusznie zapomniane i niedoceniane, podałbym identyczną odpowiedź.

Trochę podobnie rzecz ma się z prowincją Chachapoyas, dawniej centrum kultury o tej samej nazwie. Położona daleko na północy, jest trudno dostępna choćby dlatego, że z Limy jedzie się do niej około doby. A jeśli ktoś planuje całodniową podróż ze stolicy, na pewno wybierze Cusco lub jezioro Titicaca.

Tymczasem ziemie należące do starożytnej kultury Chachapoyas mają czym przyciągać podróżników. Na zainteresowanie zasługują leżące w prowincji Luya wysokie na niemal 20 m mury fortecy Kuélap (Cuélap), którym zawdzięcza ona miano peruwiańskiego Babilonu, czy Sarcófagos de Karajía (Carajía) – lepione z gliny (i wzmacniane drewnianym szkieletem) sarkofagi w formie ludzkich postaci nadnaturalnej wielkości (przypominające słynne posągi moai z Wyspy Wielkanocnej). Są tutaj również podwieszane pod gigantycznymi, skalnymi klifami całe cmentarne miasteczka, jak np. Pueblo de los Muertos (Tingorbamba – 2329 m n.p.m.). Niezwykłe jezioro w prowincji Chachapoyas – Laguna de los Cóndores (Laguna de las Momias) – zadziwia trudno dostępnymi, śnieżnobiałymi, wiszącymi grobowcami, które w przeszłości wielu brało za wykonane ze złota, co przyczyniło się do utrwalenia mitu o El Dorado.

Zdecydowanie ścieżką dociera się też do 150-tysięcznego Tarapoto, położonego wśród wzgórz w puszczy amazońskiej. Niedaleko niego znajduje się przepiękny wodospad Ahuashiyacu. W mieście działa Centro Takiwasi – jedyna w swoim rodzaju klinika dla osób uzależnionych, gdzie francuski personel medyczny, wspomagany przez Peruwiańczyków, wyprowadza pacjentów z nałogów za pomocą amazońskich farmaceutyków: tutejszych plantas medicinales („roślin leczniczych”), zbieranych w pobliskim lesie tropikalnym. Jeśli ktoś chce wziąć udział w piciu ayahuaski – Francuzi także oferują ją w najczystszej postaci. Powodów do przyjazdu do Tarapoto znajdzie się więc sporo, a ponoć, jeżeli ktoś raz zawita do tego miasta, będzie do niego przyjeżdżał ponownie.

Podobnie jest z całym Peru. Jeśli chociaż raz je odwiedzimy, będzie nas tak długo kusiło, aż wrócimy w jego progi. Bo zawsze odkryjemy w nim coś, czego jeszcze nie widzieliśmy, a co zobaczyć trzeba. To kraj, w którym obok wygodnych dróg wiją się niezliczone ścieżki, a koło nich pojawiają się kolejne drogi. Nie ma zatem na co czekać: w drogę!

 

Wydanie jesień-zima 2018

Jordania – serce Bliskiego Wschodu

 

Ad_Dier3.jpg

Petra – Ad-Dajr, czyli Klasztor, wykuta w skale budowla z I w. n.e.

© JORDAN TOURISM BOARD

Hanna Sobczuk


Siedzę na tarasie hotelu i popijam słodką arabską herbatę. Podziwiam rude od promieni zachodzącego słońca skały skrywające Petrę, słynne miasto Nabatejczyków. To tylko jeden z moich ulubionych obrazów w Jordanii, która wielu osobom wydaje się nudna, bo sądzą, że na pustyni nie można znaleźć żadnych atrakcji. Ja jednak uważam, że jest to jeden z najciekawszych i najbardziej ekscytujących krajów na świecie. Nieraz już urzekł mnie swoją różnorodnością, otwartością i gościnnością.

Więcej…