MARCIN WESOŁY

 

<< Foldery biur podróży wypełniają zdjęcia kolorowych kubańskich domów, wypucowanych starych amerykańskich samochodów, uśmiechniętych par tańczących salsę i Kubańczyków kurzących cygara. Tak wygląda Kuba dewizowych turystów. Aby zobaczyć tę prawdziwą, trzeba mieć oczy szeroko otwarte i nie bać się wyjść jej naprzeciw. >>

Hiszpańscy osadnicy zbudowali niegdyś potęgę swojej kolonii na handlu cukrem, tytoniem i kawą, a także niewolnikami. Dziś Republika Kuby należy do najsłynniejszych państw komunistycznych na świecie, a brodatą twarz Fidela Castro rozpoznają niemal wszyscy. Jej główna wyspa jest jednocześnie największą w archipelagu Wielkich Antyli i na całych Karaibach. W stolicy kraju, znajdującej się nad Zatoką Meksykańską Hawanie, żyje obecnie ponad 2 mln mieszkańców.

Na hawańskim lotnisku podczas kontroli paszportowej podaję młodemu funkcjonariuszowi wymagane dokumenty. Ten odbiera je ode mnie i prosi, abym ustawił się do zdjęcia. Potem długo czekam, zanim wreszcie słyszę zbawienny odgłos przystawianego stempla.

Mundurowy, oddając mi papiery, ponownie lustruje mnie z nieco zagadkową fascynacją. Po czym dumnie wyprężony z uśmiechem oznajmia: Bienvenido a Cuba, compañero! (Witamy na Kubie, towarzyszu!). Jestem zaskoczony. Z czystej ciekawości zerkam na świeżo podbitą tarjeta de turista (kartę turysty). Teraz rozumiem: kubański żandarm wsunął ją między te strony w moim paszporcie, gdzie widnieje nieaktualna wiza do... Socjalistycznej Republiki Wietnamu. Już na początku wzięli mnie za swojego!

 

Hawana w nocy, Hawana w dzień

W La Habana Vieja, czyli Starej Hawanie, mieszkam przy ulicy Luz, co znaczy „światło”. Nie brakuje go tutaj za dnia. Po zmroku nazwa ta traci jednak sens albo brzmi co najmniej ironicznie. Niewiele tu latarni. Poza tym ledwo się palą. Pod jedną z nich czuwa stróż porządku z Policía Nacional Revolucionaria (Narodowej Policji Rewolucyjnej). Kilka przecznic dalej, w lichym blasku kolejnej stoi jego koleżanka. Spotkamy tu wiele młodych Kubanek w mundurach. Wszystkie są urodziwe, lecz zarazem to niesłychane służbistki. Dzięki nim również po zachodzie słońca jest bezpiecznie.

Tymczasem za dnia Hawanę lepiej oglądać przez różowe okulary. Wtedy wciąż wydaje się niezrównanie piękna, niezwykła i ponadczasowa. Bez tego optymistycznego nastawienia ujrzymy wiele nieszczęść, jakie dotknęły tę dawną „Perłę Antyli” przez ostatnie pół wieku. Kto nie zobaczy Hawany, ten jej nie pokocha – mówi przysłowie. Dziś łatwiej wywołuje ona, niestety, uczucie litości. Niegdyś okazałe i kunsztownie zdobione kamienice popadły w ruinę, a ich najlepsze czasy wydają się odległym wspomnieniem. Pozostawione same sobie na dekady niszczały z roku na rok. Miała to być nieubłagana zemsta za bogactwo i blichtr poprzedniej epoki. Wyrok na kubańską stolicę wydał podobno sam argentyński rewolucjonista Ernesto „Che” Guevara. Wjechał do niej triumfalnie w styczniu 1959 r. i – jak pisze nieżyjący już kubański autor Guillermo Cabrera Infante w książce Mea Kubaznienawidził Hawanę pierwszej nocy i ogłosił nienawistnym kolaboranckim miastem. W starciu z ascetycznymi ideałami rewolucji nie miało ono zatem żadnych szans. W dzielnicy La Habana Vieja znajdziemy niewielki Plaza del Cristo (plac Chrystusa). Przylega on do gwarnej ulicy Brasil, prowadzącej pod same schody El Capitolio (Kapitolu) – dawnej siedziby kubańskiego rządu. W tej okolicy wyróżnia się szczególnie jeden budynek. Jest to bardzo zaniedbany dom, od którego bije wręcz jakiś smutek. Wisi na nim ledwie widoczny, przerdzewiały szyld z napisem La Maravilla, czyli po hiszpańsku „Cud”.

Na szczęście, stołeczne zabudowania są powoli odrestaurowywane. Sprowadzeni z zagranicy specjaliści współpracujący z UNESCO świetnie sobie radzą. Rewolucyjny rząd podobno nie wtrąca się do prac renowacyjnych. Tymczasem ich efekty podziwiają głównie turyści, płacący dewizami. To dla nich odtwarza się zabytkowe place, hotele, parki i deptaki, wyznacza szlaki zwiedzania i przywołuje minioną świetność kubańskiej stolicy...

 

Podwójna waluta i chińska dzielnica

W Hawanie na przekór wszystkim próbuję korzystać z kubańskiego peso (CUP). Tak zwane peso kubańskie wymienialne (CUC) wyciągam z kieszeni niechętnie, mimo iż powinienem sięgać po nie za każdym razem. Na Kubie są w użyciu dwie waluty. Pierwsza ma służyć Kubańczykom, druga – przede wszystkim obcokrajowcom. W praktyce za tę pierwszą niewiele można kupić, a tą drugą płaci się w sklepach dewizowych i wszędzie tam, gdzie zjawiają się przyjezdni.

Odwiedzam niepozorne jadłodajnie w Barrio Chino, czyli Chińskiej Dzielnicy, chyba jedynej na świecie, gdzie trudno spotkać jej pierwotnych mieszkańców. Po zwycięstwie rewolucji Chińczycy pragmatycznie opuścili Kubę i przenieśli swoje interesy do Stanów Zjednoczonych. W rezultacie w hawańskim Chinatown zamawiam ze skromnego menu coś na sposób kubański i płacę w walucie dla miejscowych. Potem wpadam do baru, gdzie serwują guarapo z lodem, czyli świeży sok z trzciny cukrowej. Gdzieś na ulicy w Centro Habana (Centrum Hawany) udaje mi się zdobyć inne frykasy: wypieki z marmoladą z gujawy albo świeże, jeszcze ciepłe pączki. Na koniec biorę café cubano – kawę z dużą ilością cukru, nalewaną prosto z termosu do filiżanki wielkości naparstka. Kosztuje tylko 1 kubańskie peso, a smakuje jak marzenie. W kawiarni dla turystów damy za nią również 1 peso, tyle że wymienialne. Za tę kwotę wypiję tutaj z Kubańczykami ponad 20 filiżanek. Oto walutowe szaleństwo!

 

Gdzie Hemingway przychodził na drinka

W barze La Bodeguita del Medio byłem tylko raz, aby spróbować mojito, którym dawniej raczył się w nim z ukontentowaniem amerykański pisarz Ernest Hemingway (1899–1961). Jednak obecnie trudno w tych ścianach wyczuć jego ducha. Niełatwo też wejść za dnia do tego obleganego przez turystów przybytku. Barmani noszą tu odprasowane kremowe guayabery, typowe karaibskie koszule. Zza ciemnego, wysłużonego kontuaru serwują ten słynny koktajl na bazie trzyletniego rumu z miętą, brązowym cukrem, limonowym sokiem i wodą sodową rzeszy chętnych z całego świata. Mimo iż przyrządza się go dzisiaj w bardzo dużych ilościach, jego jakość nie rozczarowuje. Równie dobrze smakuje daiquiri, kolejny kubański drink rozsławiony przez autora powieści Komu bije dzwon. Wypijemy go np. w barze El Floridita – jego drugim ulubionym lokalu w Hawanie, niestety, obecnie niezmiernie komercyjnym. Niegdyś Hemingway przychodził tutaj regularnie. Zamawiał specjalnie dla niego przygotowywaną wersję daiquiri: bez cukru, za to z podwójnym rumem i odrobiną soku z dojrzałego grejpfruta. Obecnie naturalnej wielkości rzeźba pisarza strzeże jego dawnego, stałego miejsca przy kontuarze, za którym barmani bez przerwy szykują koktajle dla tłumu turystów…

FOT. MARCIN WESOŁY

Słynne kubańskie mojito

 

Wehikuły czasu

Mówi się o nich potocznie almendrones, czyli migdałowce, a to ze względu na ich osobliwą wytrzymałość i zdolność przetrwania. Skorupę migdałów niełatwo rozłupać. Równie ciężko rozbić nabity stalą, chromem i niklem pancerz tych wysłużonych amerykańskich aut z lat 50. XX w. Klasą i dostojeństwem biją na głowę całą resztę pojazdów poruszających się po kubańskich drogach. Można je spotkać na całej wyspie, chociaż zdecydowanie najwięcej jest ich w samej Hawanie. Chevrolety, buicki, oldsmobile, chryslery, fordy, plymouthy czy cadillaki niezmiennie królują na jej ulicach. Dzięki temu Kuba już dawno stała się unikalnym na skalę światową skansenem motoryzacji z eksponatami, które są ciągle w użyciu. To także raj dla kolekcjonerów zabytkowych aut. Mają oni teraz z czego się cieszyć, bowiem ostatnie reformy dopuszczają już handel samochodami dla obcokrajowców, stałych lub tymczasowych rezydentów. Możliwe, że za jakiś czas wiele z tych nobliwych pojazdów opuści Kubę. Ta prognoza nie napawa jednak optymizmem... 

 

Nad brzegiem Zatoki Meksykańskiej

W okolicy Hawany leżą wyjątkowo piękne plaże. Dawniej okupowali je Kubańczycy, głównie habaneros – hawańczycy, którzy zjeżdżali na nie podczas weekendów, aby rozkoszować się morzem o trzech kolorach, napić się rumu, potańczyć i powierzyć morskiej toni miłosne sekrety. Plaże te rozciągają się dwadzieścia kilka kilometrów na wschód od kubańskiej stolicy. Jedna z nich jest szczególnie urodziwa. Jej nazwa – Santa María del Mar – mogłaby posłużyć za tytuł tęsknego bolera. Dostaniemy się na nią miejskim autobusem za czterdzieści centavos. Plażowiczów nigdy tu nie brakuje, ale tłok wcale nie przeszkadza, zwłaszcza gdy z radiowych głośników rozbrzmiewają gorące rytmy salsy…

 

Cohiba znaczy luksus

Na Kubie paliłem cygara, gdy tylko miałem okazję, czyli w praktyce dość często. Według Hemingwaya te najszlachetniejsze namiętne Kubanki zwijają na swych udach. Ta romantyczna wizja (prawdziwa czy też nie) bardzo mi odpowiada, ponieważ oddaje typowo zmysłowy klimat Karaibów, więc szkoda ją dementować. Kubańczycy jednak ponoć za nią nie przepadają. Dawniej słynna fabryka El Laguito na obrzeżach kubańskiej stolicy zatrudniała wyłącznie kobiety. Dzisiaj wytworne cygara marki Cohiba są dziełem zarówno męskich, jak i żeńskich dłoni.

W samolocie lecącym z Londynu do Hawany spotkałem wyjątkową Kubankę. Wracała z 3-miesięcznego, europejskiego tournée. W Europie miała tylko jedną prestiżową misję: skręcać markowe cygara i promować ich najdoskonalsze rodzaje wśród potencjalnych kontrahentów. Moja towarzyszka podróży nazywała się Berta Corzo Thorpe. Warto zapamiętać to nazwisko. Szansa przypadkowego spotkania osoby, która bezpośrednio odpowiada za kontrolę jakości najlepszych na świecie cygar, jest raczej niewielka. Od lat pracuje ona we wspomnianej kubańskiej fabryce El Laguito. Nadzoruje w niej pracę ponad dwustu „zwijaczy”. Czuwa, aby cygara powstawały według uznawanych standardów, miały idealny kształt i określoną długość z dokładnością do milimetra. Sama pali niechętnie, a regularne testowanie wyrobów należy do jej obowiązków…

 

Kolonialny Trinidad

Do Trinidadu planuje dotrzeć chyba każdy odwiedzający Kubę podróżnik. Miasto wydaje się być zagubione w czasie od dziesięcioleci. Hiszpan Diego Velázquez de Cuéllar założył je w 1514 r. Na początku zwało się La Villa de la Santísima Trinidad. Osada była jedną z siedmiu, które powstały tutaj na początku XVI w. z inicjatywy tego rzutkiego konkwistadora, a następnie pierwszego gubernatora wyspy (w latach 1511–1524). Trinidad zyskał renomę i wielkie bogactwa w XVIII w., gdy eksportowano stąd tony cukru na rynki europejskie. Potem nadszedł kryzys i miasto popadło w zapomnienie, ale dzięki temu zachowało swój pierwotny, kolonialny klimat. Obecnie stanowi jeden z turystycznych klejnotów Kuby, będących źródłem rządowego dochodu.

FOT. CUBA TOURIST BOARD

Plaza mayor w Trinidadzie – historyczne centrum miasta otoczone pałacami z XVIII i XIX w.

 

W 1988 r. UNESCO wpisało Trinidad (razem z Valle de los Ingenios – Doliną Cukrowni) na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości, co zagwarantowało fundusze na renowacje miejscowych zabytków. Efekty prac są dobrze widoczne. Pastelowe domostwa kryte czerwoną dachówką stały się znakiem rozpoznawczym tej malowniczej miejscowości. Szczęśliwie dla prawdziwych podróżników liczni turyści przyjeżdżają tu zazwyczaj w ciągu dnia, aby po południu wrócić do hoteli. Wtedy robi się luźniej, bardziej swojsko i przyjemnie. Po zmroku warto udać się gdzieś na drinka, a potem zajrzeć do lokalnej dyskoteki. Można popatrzeć na salseros (tańczących salsę) albo samemu spróbować swych sił w tym gorącym, latynoskim tańcu. Równie interesująca wydaje się wieczorna przechadzka starymi, brukowanymi ulicami Trinidadu…

 

Na wschodzie

Camagüey leży po drodze do rejonu Oriente, czyli dawnej wschodniej prowincji kraju. To niezmiernie urokliwe miasto stanowi zapowiedź nowych wrażeń w dalszej podróży przez Kubę. Późnym popołudniem światło zachodzącego słońca wdzięcznie pogłębia kolory wiekowej zabudowy. Do przemieszczania się po Camagüey doskonale nadają się bicitaxi (rowerowe taksówki). Na jednym z licznych uroczych placów, czyli plazas, odpoczniemy od gorącego dnia w towarzystwie miejscowych, aby z rana wyruszyć dalej.

Wschodni region kraju jest tak oddalony od Hawany (ponad 500 km), że mieszkańcom stolicy kojarzy się przewrotnie z... arabskim Bliskim Wschodem. Swych rodaków pochodzących z tych okolic, którzy przyjechali do wielkiego miasta w poszukiwaniu lepszego życia, hawańczycy nazywają nieco sarkastycznie palestinos (Palestyńczycy). W samym Camagüey oblicze wyspy wyraźnie zaczyna się zmieniać. Łatwiej też tutaj dostrzec różnice w kolorze skóry ludzi i w ich sposobie bycia – wydają się bardziej powściągliwi i przez to ujmujący. Odnosimy więc wrażenie, jakbyśmy odkrywali inną Kubę, w dodatku bardziej różnorodną od tej zakonserwowanej przez monotonię długich dziesięcioleci pod rządami rewolucji. Jeżeli do tej pory podobało nam się na kubańskim lądzie, to im dalej od Camagüey, będzie już tylko lepiej.

FOT. CUBAINFO.DE

Ponad 300-tysięczne Camagüey

 

Na przeciwległym końcu tej egzotycznej wyspy o kształcie odpoczywającego kajmana, w niepojętym, dalekim rejonie Oriente, wiedzie swój żywot miasto na wskroś karaibskie, parne i rozbuchane – Santiago de Cuba. Jeśli miałbym stworzyć obrazowe porównanie, Hawanę nazwałbym nobliwą ciotką, serwującą café y bizcocho (kawę i ciasto), a ten port położony malowniczo nad Morzem Karaibskim – ukochaną kobietą. Tu na każdym kroku czuje się już gorący oddech pobliskiej wyspy Haiti. Z nieba leje się żar, a powietrze przesycone jest wilgocią. Wielu wytrawnych globtroterów potwierdza, że właśnie w Santiago doświadczają kulminacji krajoznawczych przeżyć na Kubie. W tej kolebce afrokubańskich rytmów czar tropików oraz folklor potrafią zawładnąć człowiekiem bez reszty. Miasto posiada wyrazisty charakter, popada w skrajności, unika półśrodków, drażni przybysza swą nieprzewidywalnością. Dlatego też można je od razu pokochać albo znienawidzić.

FOT. CUBAINFO.DE

Playa Bucanero – nieduża, lecz niezmiernie urokliwa plaża koło Santiago de Cuba

 

Powiadają, że nieważne, gdzie się dojedzie, istotne jest to, co się wydarzy po drodze, że nie liczy się cel wyprawy, lecz ona sama w sobie. Zgadzam się w pełni z tym stwierdzeniem. A jednak podróży po Kubie nie wyobrażam sobie zakończyć gdzie indziej niż w Santiago de Cuba – mieście nieprzeniknionym i pełnym pasji...

 

Artykuły wybrane losowo

Indonezja – archipelag marzeń

Bali-_Tanah_Loot.jpg

Popularna balijska świątynia Tanah Lot

©TOURISMUS-INDONESIEN.DE

KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA

www.karolinasypniewska.pl

 

Indonezyjskie motto narodowe „Bhinneka Tunggal Ika”, czyli „Jedność w różnorodności”, idealnie określa to państwo położone na największym na ziemi Archipelagu Malajskim, złożonym z ponad 25 tys. wysp. Trudno znaleźć na naszym globie drugie takie miejsce, które może poszczycić się równie długą historią, bogactwem natury oraz wielokulturowością. Nowoczesne kurorty na znanej chyba każdemu na świecie wyspie Bali sąsiadują z historycznymi jawajskimi świątyniami. Z kolei wschodni kraniec kraju – Papua – to kraina rytuałów i wodzów wiosek, odcięta od rzeczywistości, jakby zatrzymana w czasoprzestrzeni. Jawa tętni życiem olbrzymiej stolicy Dżakarty, a sylwetki jej licznych wulkanów majaczą złowieszczo na horyzoncie. Poszukiwacze mocnych wrażeń będą mieli szansę zajrzeć w oczy słynnemu waranowi z Komodo. Zapaleni nurkowie zachwycą się wielobarwnym podwodnym królestwem okolic Bali. Czwarty najbardziej zaludniony kraj na ziemi to prawdziwy raj dla podróżników. 

Więcej…

Na ścieżkach współczesnych Majów w Meksyku i Gwatemali

NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

 

<< Olbrzymia różnorodność Meksyku i Gwatemali onieśmiela podróżnika i zaskakuje go na każdym kroku. Codziennie odkrywa on w tych krajach coś nowego i niepowtarzalnego, spotyka na swojej drodze niesamowitych ludzi i dowiaduje się o zupełnie nieznanych mu wcześniej rzeczach. Może to wszystko sprawia duch Majów, którego obecność wyczuwa się często wśród górskich szczytów, nad taflami jezior, w bujnych lasach i potężnych dolinach, pośród ruin starożytnych piramid i ścian współczesnych chat, a nawet biorąc w dłoń najmniejszy kamień pochodzący z tutejszej ziemi… >>

Hiszpańscy konkwistadorzy widzieli w Nowym Świecie przede wszystkim krainę pełną ukrytych bogactw. Wielkie miasta i wspaniałe budowle, które tu zastali, utwierdziły ich tylko w tej nadziei. Dlatego zagarnęli te ziemie, nie licząc się zupełnie z rdzennymi mieszkańcami i tym wszystkim, co przez wieki zdążyli oni stworzyć. Historii nie da się zmienić, ale z pewnością wielu z nas zastanawiało się często nad tym, jak potoczyłyby się dalsze losy tych indiańskich plemion, gdyby nie zetknęły się z wojskami odkrywców...  

Więcej…

Jedno oko na Maroko

cd6_5_09.jpg

Oaza blisko Al-Ujun (Laâyoune), największego miasta Sahary Zachodniej

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


MARCIN WROŃSKI


Afryka Północna ze względu na niezwykle ciepły klimat, swoje położenie w bliskim sąsiedztwie Europy, bogactwo wspaniałych zabytków i dobrze rozwiniętą infrastrukturę turystyczną, mimo ostatnich burzliwych wydarzeń na Bliskim Wschodzie i w państwach Maghrebu, wciąż stanowi jeden z najpopularniejszych kierunków podróży Polaków. Najczęściej jednak nadal wybieramy się tutaj na wypoczynek do Egiptu i Tunezji, które i tak w wyniku zawirowań politycznych i zagrożenia zamachami terrorystycznymi stały się największymi przegranymi tego roku. W tej części kontynentu afrykańskiego zupełnie niesłusznie dość często omijamy inny przepiękny kraj, posiadający malownicze wybrzeże zarówno nad Morzem Śródziemnym, jak i nad Oceanem Atlantyckim. Pora więc poznać bliżej Maroko – fascynującą krainę z arabskiego snu.


récolte_des_roses_.jpg

Z płatków róży damasceńskiej produkuje się drogocenny olejek

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Na zachód od Egiptu leży region określany przez Arabów jako Maghreb (od al-Maghrib, czyli „zachód”). Nazwą tą obejmuje się współcześnie Tunezję, Libię, Algierię, Mauretanię, sporne terytorium Sahary Zachodniej i właśnie Maroko. Największymi grupami etnicznymi w tym ostatnim 34-milionowym państwie są Arabowie i Berberowie. Ok. 35 km dzieli marokańskie miasto Tanger od hiszpańskiej miejscowości Tarifa, położonej po przeciwnej stronie Cieśniny Gibraltarskiej. Afryka jest więc tylko kilka kroków od Europy.


My, Polacy, przywykliśmy mawiać: ładną mamy jesień tego lata. W tym roku jednak pogoda dopisała i długo mogliśmy cieszyć się słońcem. Niestety, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i po ciepłych, letnich miesiącach nastały chłodniejsze, jesienno-zimowe. W drodze na lotnisko pomyślałem więc, że to naprawdę wyśmienity moment, aby odwiedzić Maroko.


Lekarstwo na chłody

Klimat tego kraju kształtują Atlantyk i Morze Śródziemne oraz Sahara i łańcuchy górskie, m.in. Atlas Wysoki. Latem na równinach oraz obszarach pustynnych i półpustynnych notuje się nawet 50°C. Zimą na wybrzeżu termometry wskazują mniej więcej 12°C, a w górach pada śnieg. Te ekstremalne wyjątki nie oddają jednak przeciętnych warunków pogodowych w Królestwie Marokańskim. Średnia temperatura roczna wynosi 17–20°C. Gdzieniegdzie poziom słupka rtęci prawie nie zmienia się przez okrągłe 12 miesięcy (np. w przepięknej Essaouirze – As-Sawirze, o której trochę więcej później). Nad oceanem klimat jest łagodniejszy i chłodniejszy w porównaniu z wnętrzem kraju. Pogoda w strefie Morza Śródziemnego przypomina tę z jego przeciwległego hiszpańskiego brzegu. Kto chce się porządnie wygrzać, powinien więc przyjechać latem, a kto nie lubi upałów – wiosną lub jesienią, wszystko zależy od indywidualnych upodobań. Maroko zaprasza nas do siebie przez cały rok.


„Bóg, Ojczyzna, Król”

village_dadai.jpg

Miasteczko Tafraout w Antyatlasie

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Taki właśnie gigantyczny napis, widoczny zarówno w dzień, jak i w nocy, góruje nad Agadirem i uchodzi za jego wizytówkę. Dzięki międzynarodowemu portowi lotniczemu (Agadir-Al Massira), blisko 10 km bardzo szerokich piaszczystych plaż oraz ok. 300 słonecznym dniom w roku to właśnie to miasto uznaje się za najpopularniejszy marokański kurort. Rozbudowana baza noclegowa i bogata oferta wycieczek w te strony czynią z niego najłatwiej chyba dostępne miejsce w Maroku. Osoby planujące podróże samodzielnie również bez problemu zorganizują swój wyjazd do Agadiru nad Oceanem Atlantyckim.


Wspomniany napis może posłużyć do krótkiej charakterystyki tego północnoafrykańskiego państwa. To kraj islamski, ale zamieszkany też przez chrześcijan i żydów. Przedstawiciele różnych religii żyją tu jednak ze sobą w zgodzie. Także muzułmanów nie obowiązują restrykcyjne nakazy. Nie są zmuszeni modlić się pięć razy dziennie – do meczetu udają się ci, którzy odczuwają taką potrzebę. Jeśli ktoś woli pozostać przy swojej pracy czy innych zajęciach, nie ponosi za to żadnych konsekwencji. Wielu Marokańczyków chwali sobie taką wolność w wypełnianiu praktyk religijnych. Oczywiście, turyści odwiedzający Królestwo Marokańskie powinni respektować obyczaje i przestrzegać zasad dotyczących chociażby ubioru, jednak nie muszą popadać przy tym w zbytnią przesadę.


Maroko jest dziedziczną monarchią konstytucyjną, a obecnie panuje w nim Muhammad VI (ur. w 1963 r. w Rabacie). Ze względu na napiętą sytuację w tym regionie Afryki warto poruszyć kilka kwestii politycznych. Zasiadający na tronie od 1999 r. marokański król cieszy się powszechnym szacunkiem, stabilności państwa nie zagrażają więc rozruchy czy wojna domowa. W 2011 r., w trakcie antyrządowych demonstracji Marokańczyków, zarządził m.in. podniesienie płacy minimalnej i zaproponował przeprowadzenie referendum konstytucyjnego. Znowelizowana konstytucja osłabiła nieco jego pozycję i wzmocniła uprawnienia premiera oraz parlamentu. Muhammad VI dał się poznać jako reformator, jeszcze zanim wybuchła arabska wiosna (2010–2013). Jego działania miały na celu nie dopuścić do eskalacji protestów – rzadka to postawa wśród władców z tych stron, którzy niepokoje przywykli tłumić siłą. Jako potomek Mahometa (dynastia Alawitów wywodzi się od wnuka proroka – Al-Hasana) posiada uzasadnione religijnie prawo do tronu. Król w nowej konstytucji zrezygnował jednak ze statusu „świętego” i zadowolił się tytułem „nietykalny”. Poza tym zmodernizował kodeks cywilny, znacznie poszerzając prawa kobiet. Marokanki zaczęły zasiadać w parlamencie oraz radzie ministrów, jak również pełnić ważne funkcje publiczne. Jego żona, księżniczka Lalla Salma, to pierwsza w historii kraju małżonka królewska, która została publicznie przedstawiona oraz reprezentuje swego męża na całym świecie jako pierwsza dama. Jest założycielką fundacji wspierającej walkę z rakiem, a także inicjatorką wielu działań w dziedzinie ekologii i zrównoważonego rozwoju. Poprzedniczki Lalli Salmy musiały się zadowolić rolą matki książąt.


Od brzegu oceanu do górskich szczytów


Wróćmy do Agadiru. To wyjątkowe miejsce, w którym ocean niemalże spotyka się z górami. Rozległa piaszczysta plaża robi na turystach oszałamiające wrażenie. Spotkałem się nawet z opinią, że to mniejsza wersja słynnej brazylijskiej Copacabany z Rio de Janeiro. O tutejszych spektakularnych falach krążą wręcz legendy, a informacje o najlepszych punktach znają tylko wtajemniczeni surferzy. Ocean przypadnie do gustu również amatorom kąpieli. Jego wielokilometrowy brzeg idealnie nadaje się też do spacerów – promenada ciągnie się wzdłuż niemal całej strefy turystycznej Agadiru, gdzie znajdziemy liczne butiki, bazary, restauracje, kawiarnie i kilka klubów. Życie kwitnie tu także i nocą.


Z miasta warto wybrać się na bliższe lub nieco dalsze wycieczki, np. do oddalonych o 3–4 godziny drogi Marrakeszu czy Essaouiry (As-Sawiry). Przedtem dobrze jest jednak poznać malownicze okolice Agadiru. Leży on niemal u stóp Atlasu Wysokiego (najwyższy szczyt Dżabal Tubkal, 4167 m n.p.m.), wchodzącego w skład pasma Atlasu, do którego zalicza się również: Atlas Średni (najwyższy szczyt Dżabal Bu Nasir, 3356 m n.p.m.), Antyatlas (tutaj króluje Dżabal Sirwa, 3304 m n.p.m.), Rif (najwyższy punkt to Dżabal Tidighin, 2456 m n.p.m.), Atlas Tellski (z najwyższym szczytem Tamkut Lalla Chadidża, 2308 m n.p.m.) i Atlas Saharyjski (na czele z Dżabal Chelia, 2328 m n.p.m.). Marokańskie góry są więc naprawdę potężne! Przejażdżka wysoko położonymi, krętymi drogami (mówi się, że mają ponad tysiąc zakrętów), nierzadko bezpośrednio sąsiadującymi z zapierającymi dech w piersiach przełęczami i przepaściami, dostarcza wielu mocnych wrażeń. W jednym z najpiękniejszych zakątków regionu – Rajskiej Dolinie – urzekną nas lasy palmowe i wodospady. Polecam też zatrzymać się w którejś z knajpek przy trasie, gdzie zjemy świeżo pieczony chleb z oliwą i doskonałym, aromatycznym miodem. Ten wyrób z lokalnej pasieki będziemy mogli tu także kupić.

Do ciekawszych miejscowości w tym rejonie należą Tafraoute (Tafrawut), Tiznit czy Taroudant (Tarudant). Mnie najbardziej do gustu przypadła ta ostatnia, zwana również „babcią Marrakeszu”. Przydomek ten zawdzięcza przepięknym, otoczonym palmami murom obronnym przywodzącym na myśl to położone w południowym Maroku miasto. Ze względu na usytuowanie w urodzajnej dolinie rzeki Sus, Tarudant było przedmiotem żywego zainteresowania kolejnych władców. Współcześnie stanowi ważny ośrodek handlowy kraju, choć liczy sobie tylko ok. 75 tys. mieszkańców. Na jednym z dwóch tutejszych arabskich targowisk (suków) zaopatrzymy się w owoce, warzywa, przyprawy, ubrania, biżuterię, dywany, pamiątki czy „płynne złoto Maroka” – olej arganowy. Miasto spodoba się szczególnie tym, którzy chcą zobaczyć, jak wygląda prawdziwe życie zwykłych Marokańczyków, a nie jego wyobrażenie przygotowane specjalnie pod turystów. Przed zrobieniem komuś zdjęcia zalecam jednak spytać o zgodę, a w razie odmowy nie próbować fotografowania z ukrycia.


Płynne złoto Maroka

W regionie Agadiru napotkamy tysiące drzew oliwnych i arganowych. To właśnie olej wytłaczany z owoców arganii żelaznej (dokładnie z nasion ukrytych w pestkach), jeden z najdroższych i najbardziej cenionych na świecie, uchodzi za największy skarb Maroka. Posiada on właściwości kosmetyczne oraz lecznicze, wspomaga choćby naturalną odporność organizmu. Wydaje się to niebywałe, ale nigdzie poza tym krajem drzewa tego gatunku nie przyjęły się na tyle dobrze, aby owocować.


Podczas wytwarzania oleju arganowego do celów kosmetologii pestki z owoców arganii żelaznej rozłupuje się, ręcznie miażdży, a z powstałej masy na zimno wyciska się gęsty płyn o złocistym kolorze. Natomiast do użytku spożywczego najpierw się je suszy, praży, a dopiero potem miele i przeznacza do tłoczenia. Produkt finalny w tym drugim przypadku posiada ciemniejszą, lekko brązową barwę. Różni się też nieco zapachem. Aby uzyskać 1 l oleju tradycyjną metodą tłoczenia na zimno, potrzeba mniej więcej 30–35 kg nasion i aż 8 godzin pracy. Dodatkowo zbiory odbywają się w okresie męczących upałów w lipcu, sierpniu i wrześniu. To wszystko wystarczająco już podnosi wartość „płynnego złota Maroka”, a to jeszcze nie koniec. Otóż ten wyjątkowy olej wzmacnia system immunologiczny, obniża poziom cholesterolu we krwi, poprawia krążenie, reguluje ciśnienie, spowalnia procesy starzenia, wspomaga regenerację komórek, łagodzi bóle mięśni i stawów. Jego regularne spożywanie zmniejsza ryzyko zawału serca, miażdżycy czy rozwinięcia się nowotworów oraz chorób Alzheimera i Parkinsona, a także schorzeń dermatologicznych. Stosowany zewnętrznie nawilża i ujędrnia skórę, poprawiając jej elastyczność. Łagodzi również objawy trądziku czy alergii. Wyśmienicie działa poza tym na włosy i paznokcie, a pozytywne rezultaty można dostrzec już po kilku zastosowaniach.


Czymś normalnym w Maroku jest widok chodzących po drzewach arganowych kóz. Owoce i liście arganii żelaznej stanowią prawdziwy przysmak tych zwierząt. Choć cenne pestki wypluwają lub w całości wydalają, to – niestety – zostawiają po sobie tylko gołe gałęzie. Aby zapobiec całkowitemu wyniszczeniu drzew arganowych, w miejsce jednego wyciętego okazu sadzi się dwa nowe. W 1998 r. obszar między Agadirem a Essaouirą (zajmujący ok. 80 proc. regionu Sus-Massa-Dara, tj. ponad 25,5 tys. km²), na którym rosną arganie żelazne, otrzymał status Rezerwatu Biosfery UNESCO.


Wśród czerwonych murów

Musicians_at_Marrakech_Festival_-MNTO_fotoseeker.jpg

Muzycy z miejscowości Tissa i Taounate podczas festiwalu w Marrakeszu

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Z Agadiru i jego malowniczych okolic przenosimy się do Marrakeszu, zwanego też „Czerwonym Miastem” ze względu na rdzawy kolor starych murów. Legenda głosi, że gdy w XII w. wznoszono Meczet Kutubijja, w kraju toczyła się właśnie tak krwawa wojna, że wszystkie zabudowania i drogi przybrały barwę czerwieni. Marokańczycy trochę na wyrost nadają mu także miano tysiącletniego miasta. Tak naprawdę założył je w 1071 r. Jusuf ibn Taszfin (1009–1106) – władca Maroka z dynastii Almorawidów. Marrakesz swoje tysięczne urodziny będzie więc obchodzić dopiero za niemal 60 lat. Ten czwarty co do wielkości ośrodek w państwie (ok. 930 tys. mieszkańców), po Casablance, Rabacie i Fezie, co roku odwiedzają rzesze turystów z całego świata. Jego serce stanowi plac Dżemaa el-Fna (Jemaa el-Fna). Stał się on jednym z symboli miasta od początku jego rozwoju w XI stuleciu. W 1985 r. wpisano go wraz z całym zabytkowym centrum Marrakeszu (medyną) na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Każdego popołudnia i wieczoru odbywa się na nim wielki targ z owocami, usługami noszenia wody oraz wypożyczania lampionów. Wokół straganów gromadzą się berberyjscy kuglarze i opowiadacze historii, bębniarze, muzycy Gnawa, tancerze, zaklinacze węży, połykacze szkła, treserzy zwierząt oraz inni artyści. Występy trwają do późnych godzin nocnych i przyciągają tłumy gapiów. Oferowana jest tu również szeroka gama usług – gastronomicznych, stomatologicznych, medycznych, wróżbiarskich, kaznodziejskich, astrologicznych czy tatuażu henną. Otoczony licznymi restauracjami, sklepami, galeriami, hotelami i budynkami użyteczności publicznej plac stał się popularnym miejscem spotkań, niezmiernie twórczym centrum językowym, muzycznym, artystycznym i literackim. Potrafi oszołomić i zahipnotyzować nawet najbardziej wybrednych podróżników. Jego kosmopolityczny charakter znajduje odbicie w obecnej tutaj mieszaninie języków i dialektów – zarówno z całego Maroka, jak i świata. Niepowtarzalną atmosferę placu Dżemaa el-Fna tworzą muzyka na żywo i unoszące się w powietrzu wspaniałe orientalne zapachy. Można na nim przesiedzieć wiele godzin, wpatrując się w rozgrywające się dookoła sceny. Warto pamiętać o tym, żeby miejscowych artystów wynagrodzić za ich ciekawe występy, to w końcu źródło ich zarobku. Nikogo więc nie powinien dziwić fakt, że w 2008 r. przestrzeń kulturowa placu Dżemaa el-Fna znalazła się na Liście Reprezentatywnej Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


Po jej opuszczeniu momentalnie gubimy się w niezmiernie wąskich i krętych uliczkach medyny. Taka kontrolowana utrata orientacji sprawi, że nasza wizyta w Marrakeszu z pewnością będzie niezapomniana. Wśród tej niewiarygodnej wręcz plątaniny przejść między przylegającymi do siebie domami napotkamy setki sklepików, warsztatów i knajpek. Nie musimy się obawiać przesadnej nachalności sprzedawców. Jeżeli nie jesteśmy zainteresowani zakupami, wystarczy nasza stanowcza odmowa. Marokańscy handlarze do swoich potencjalnych klientów podchodzą zwykle z należytym szacunkiem. Oczywiście, cena wyjściowa od finalnej może się różnić nawet o kilkaset procent, ale w końcu właśnie na tym polega cały urok targowania się.


Za jedną z głównych marrakeszeńskich atrakcji uważa się wspomniany już XII-wieczny Meczet Kutubijja. Z jego 69-metrowej wieży (minaretu) rozciąga się wspaniały widok na niemal całe miasto. Warto odwiedzić też Meczet Alego ibn Jusufa, najstarszy w Marrakeszu, wzniesiony w I połowie XII stulecia, nazwany tak na cześć marokańskiego władcy z dynastii Almorawidów – Alego ibn Jusufa (1083–1143). Znajduje się przy nim ufundowana w XIV w. medresa – największa szkoła teologiczna w Maghrebie (na ponad 800 uczniów). Cudowna architektura i wystrój tego miejsca robią niesamowite wrażenie. Polecam usiąść przy jednym z filarów na głównym dziedzińcu, poczekać, aż odpłynie fala turystów, i wsłuchać się w szum wody.


Na zainteresowanie zasługuje także Ogród Majorelle (Jardin Majorelle), niewielki, ale przepiękny ogród botaniczny, zaprojektowany w latach 20. XX w. przez francuskiego malarza Jacques’a Majorelle’a (1886–1962). Przekraczając jego progi, nagle z upalnej i gwarnej ulicy trafiamy do wspaniałej zielonej oazy, dającej orzeźwienie nawet w bardzo gorące dni. W jej sercu znajdziemy również małe muzeum, które przybliża swoim gościom kulturę berberyjską.


Miasto dobrej pogody

Po wizycie w pełnym atrakcji Marrakeszu proponuję udać się ok. 180 km na zachód do Essaouiry (As-Sawiry). W tym prześlicznym 80-tysięcznym mieście nad Oceanem Atlantyckim wiele osób zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Tutejsza szeroka plaża zachwyca amatorów kąpieli słonecznych. Średnia temperatura roczna wynosi tu ponad 17°C. Miejscowość jest raczej spokojna, większego ruchu turystycznego powinniśmy spodziewać się w okolicy starej jej części z ogromną liczbą sklepików z interesującymi wyrobami marokańskiego rzemiosła artystycznego. W 2001 r. zabytkową medynę w Essaouirze wpisano na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Z XVIII-wiecznego fortu Sqala de la Kasbah (Sqala de la Ville) rozpościera się przepiękny widok na Wyspy Purpurowe (Îles Purpuraires). Polecam przespacerować się też po porcie: przyjrzeć się rybakom w pracy i wsłuchać w obijające się o skały fale i śpiew setek krążących nad naszymi głowami mew. Essaouira cieszy się także zasłużoną popularnością wśród miłośników surfingu, kite- i windsurfingu oraz innych sportów wodnych.


To jednak tylko kilka z najciekawszych – według mnie – miejsc w Maroku. Do zwiedzenia w tym fascynującym kraju pozostają jeszcze np. Fez, Casablanca czy jego stolica Rabat. Gdziekolwiek pojedziemy, czekają tutaj na nas niezmiernie urokliwe krajobrazy, wyśmienita kuchnia i mili ludzie. Dzięki temu trudno nie poczuć się naprawdę dobrze na gościnnej marokańskiej ziemi. Opalony słońcem Maghrebu, z uśmiechem na ustach wracam do Warszawy. Na pewno jeszcze zawitam do Maroka, chociażby po to, aby spróbować ujarzmić wspaniałe fale, napić się pysznej miętowej herbaty i poznać bliżej cudowne właściwości oleju arganowego.