1212_Segera_MP2_3255_HDR.jpg

Sanktuarium dzikiej przyrody Segera Retreat w sercu płaskowyżu Laikipia

©AFRICA LINE ADVENTURE

 

Karolina Sypniewska-Wida 

www.karolinasypniewska.pl


Kto na safari wybiera się do Kenii, może mieć pewność, że czekają go najlepsze warunki do obserwowania dzikich zwierząt oraz podziwiania gigantycznych przestrzeni i krajobrazów niczym z najpiękniejszych snów. Przy okazji pozna też afrykańskie ludy i dowie się, że Masajowie uważają się za właścicieli wszystkich krów na ziemi, język żyrafy mierzy prawie pół metra, z drzewa kiełbasianego (kigelii afrykańskiej) robi się piwo, a zebra jest czarna w białe paski. Co więcej, pod względem infrastruktury turystycznej to państwo należy do najbardziej rozwiniętych w Afryce. To prawda, że turyści z całego świata przybywający każdego roku w ogromnej liczbie na ten fascynujący kontynent zmienili na dobre obraz dzisiejszego Czarnego Lądu, ale odwiedziny w objętych ochroną parkach narodowych i rezerwatach przyrody w dalszym ciągu są jedyną w swoim rodzaju atrakcją.


Republika Kenii leży nad Oceanem Indyjskim i graniczy z Tanzanią, Ugandą, Somalią, Etiopią i Sudanem Południowym. Największe jej miasto stanowi stolica – Nairobi – typowa wielkomiejska metropolia.

Zamieszkuje ją ok. 3,5 mln ludzi. W całym kraju (o powierzchni ponad 580 tys. km2) żyje powyżej 45 mln Kenijczyków. Wyprawa do tej części Afryki to również okazja do stanięcia na równiku, którego linia przebiega przez 15 państw i terytoriów, w tym Kenię. Obowiązkowo należy zrobić sobie zdjęcie z tablicą z napisem Hakuna matata! You are now crossing equator (Nie martw się! Właśnie przekraczasz równik).

Wiele spraw rozwiązuje tu powszechnie znany zwrot hakuna matata (nie ma problemu). Kenijczycy słyną z niespotykanej łatwości w nawiązywaniu kontaktów, a te dwa słowa idealnie oddają ich pozytywne nastawienie do świata. Praktycznie wszędzie porozumiemy się po angielsku, choć lepiej przyswoić sobie chociaż kilka zdań w języku suahili, co pozwoli nam na zyskanie przychylności miejscowych. Gdy powiemy komuś Jambo! (Cześć!) czy Asante sana! (Dziękuję bardzo!), od razu na jego twarzy pojawi się uśmiech, a atmosfera stanie się przyjemniejsza. Będzie to na pewno szczególnie pomocne np. przy robieniu zakupów.

Etniczna mieszanka

Pierwszymi Europejczykami, którzy przybyli do dziś kwitnącej turystycznie Mombasy w 1498 r., byli Portugalczycy. Zajmowali się handlem w basenie Oceanu Indyjskiego, kolonizacją wybrzeży Kenii i sprawowaniem kontroli nad zdobytym obszarem. Pozostali w tym rejonie do XVIII w., kiedy to wyparli ich Arabowie z Omanu, którzy mieli swoją siedzibę na Zanzibarze. W XIX stuleciu o tereny te rywalizowali Niemcy i Brytyjczycy. Ostatecznie w 1895 r. utworzono brytyjski Protektorat Afryki Wschodniej, który obejmował również Ugandę. W 1920 r. przekształcono go w Kolonię Kenii. Ponieważ interesy miejscowej ludności nie były w niej reprezentowane, elity grupy etnicznej Kikuju założyły Stowarzyszenie Młodych Kikuju, zamienione później w Centralne Stowarzyszenie Kikuju. W 1946 r. powstał Afrykański Związek Kenii (KAU), na którego czele stanął wkrótce Jomo Kenyatta (1891–1978), aresztowany potem podczas powstania Mau-Mau przeciwko brytyjskim rządom (1952–1956). Na początku lat 60. XX w., po wyjściu z więzienia, został on przewodniczącym nowej partii – Afrykańskiego Narodowego Związku Kenii (KANU). Po uzyskaniu przez kraj niepodległości objął w grudniu 1964 r. urząd prezydenta. Jego następca, wcześniej wiceprezydent, Daniel Moi (ur. w 1924 r.) znowelizował konstytucję, aby wprowadzić system jednopartyjny. Ze względu jednak na naciski państw zachodnich, w 1991 r. znów zezwolono na tworzenie wielu partii.

Do dziś sytuacja polityczna w Kenii bywa niestabilna. Największe zamieszki wybuchły pod koniec grudnia 2007 r. po wyborach prezydenckich, których wyniki zakwestionowała opozycja i drugi kandydat Raila Odinga (ur. w 1945 r.). Oprócz tego napięcia zdarzają się również między niektórymi grupami etnicznymi. Sztucznie wytyczone granice krajów afrykańskich zmuszają do życia obok siebie przedstawicieli różnych ludów. Kenia jest pod tym względem niezmiernie różnorodna. Wśród jej mieszkańców 67 proc. stanowią plemiona grupy Bantu, w tym Kikuju, Luhja, Kamba czy Meru. Reszta to Niloci (Luo, Kalendżin, Masajowie, Turkana), Kuszyci (Somalijczycy, Oromo) oraz Azjaci, Arabowie i Europejczycy (głównie Brytyjczycy).

Język wielu kultur

Choć językami urzędowymi są tutaj angielski i suahili, ponad 45 mln obywateli tego kraju mówi też jednym z 66 języków zaliczających się do różnych rodzin językowych z obszaru Afryki. Każde dziecko pochodzące z któregoś z kenijskich ludów uczy się więc 3 języków – swojej grupy etnicznej, angielskiego i suahili. W tym ostatnim znajdziemy wpływy innych języków z grupy bantu, arabskiego, perskiego, hindustani, portugalskiego, angielskiego, niemieckiego i francuskiego. Początkowo posługiwały się nim plemiona Bantu, ale w końcu stał się uniwersalnym środkiem komunikacji dla żeglarzy z różnych stron świata spotykających się na wybrzeżu Czarnego Lądu. Wielu z nich docierało w te strony w poszukiwaniu złota, kości słoniowej, rogów nosorożców, oleju palmowego i skór dzikich zwierząt. Elementy tej mieszanki kulturowej można zauważyć również w lokalnej kuchni suahili, do której zalicza się potrawy na bazie ryżu takie jak indyjskie biriani (biryani) lub pilaw. Nad Oceanem Indyjskim z łatwością kupimy indyjskie placki roti i tradycyjne afrykańskie ugali (papka z mąki maniokowej albo kukurydzianej z dodatkiem wody) czy muzułmańskie danie z jagnięciny.

Afrykańska filozofia życia

026-DSC_2509.jpg

Słonie przecinające drogę w Rezerwacie Narodowym Masai Mara

©KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA



Po co się spieszyć? Przecież mamy tylko jedno życie. Czy najważniejsze nie jest to, że ostatecznie dotrę do miejsca przeznaczenia? Powtarzanie tych trzech zdań w trakcie naszych kenijskich wakacji pozwoli nam zaoszczędzić sobie nerwów, a nawet wybuchów złości w kontaktach z miejscowymi. W Afryce musimy nauczyć się płynąć razem z czasem. Jeżeli autobus ma odjechać o 8.00, to oznacza, że przed tą godziną pojawi się w umówionym punkcie i zacznie czekać na pasażerów. W drogę ruszy dopiero w momencie, kiedy zbierze komplet chętnych. Bywa tak, że trzeba spędzić pół dnia na takim oczekiwaniu, aby odbyć 2- lub 3-godzinną podróż. Wtedy nie pozostaje nam nic innego, jak nauczyć się mądrości wypływającej ze zwrotu hakuna matata.

Adventures_aloft_Maasai_Mara_16.jpg

Wielką Migrację można podziwiać podczas lotu balonem nad sawanną

©KENYA TOURISM BOARD


Co ciekawe, w Afryce Wschodniej początek doby, a zarazem jej pierwszą godzinę liczy się od świtu, a nie jak w Europie od północy, gdy ludzie jeszcze śpią. Dlatego w języku suahili dzień zaczyna się, kiedy wszystko budzi się do życia, czyli o wschodzie słońca. To oznacza, że nasza 6.00 jest tu określana jako godzina 0.00, 7.00 będzie 1.00 itd. Kenijski zegarek miałby więc tarczę ustawioną do góry nogami: na samej górze znajdowałaby się cyfra 6, a na dole – 12. Oczywiście, Kenijczycy najczęściej starają się dostosować do podziału doby używanego przez turystów, więc nie trzeba panikować, ale warto upewnić się, czy godzinę podano według czasu lokalnego czy europejskiego.

W rejonie Wielkich Rowów

110-DSC_3707.jpg

Wojownik z ozdobami z koralików

©KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA



Terytorium Kenii jest niezmiernie zróżnicowane pod względem ukształtowania powierzchni. W większości zajmuje je płaskowyż osiągający w zachodniej części kraju wysokości do 3000 m, a we wschodniej – ok. 500 m n.p.m. Na zachodzie biegnie przez niego Wielki Rów Wschodni, należący do Wielkich Rowów Afrykańskich, czyli rowów tektonicznych Afryki Wschodniej. Na ich obszarze występują liczne wulkany, w tym Kenia (5199 m n.p.m.) i Elgon (jego najwyższy szczyt mierzący 4321 m n.p.m. znajduje się w Ugandzie). Na granicy z Tanzanią i Ugandą leży kotlina z Jeziorem Wiktorii (najrozleglejsza jej część położona jest na terytorium tanzańskim). Na północy na granicy z Etiopią rozciąga się podłużne jezioro Turkana (Jezioro Rudolfa). Dwiema najdłuższymi kenijskimi rzekami są Tana (ok. 800 km) i Athi (w dolnym biegu nazywana Galana lub Sabaki, ok. 550 km). Wiele systemów rzecznych wypełnia się wodą tylko okresowo. Mniejsze akweny, takie jak Naiwasza (Naivasha) i Nakuru, przyciągają turystów swoimi walorami krajobrazowymi.

Klimat panujący na tym obszarze określa się jako równikowy monsunowy i praktycznie przez okrągłe 12 miesięcy warto przylecieć do Kenii.Oficjalnie uważa się, że sezon na safari trwa od początku listopada do końca marca, ale trzeba pamiętać o tym, iż w Afryce Wschodniej występują dwie pory roku: sucha i deszczowa, a każda z nich zazwyczaj przypada dwukrotnie. Pierwszy czas intensywnych opadów rozpoczyna się w kwietniu i kończy wraz z majem, granicę drugiego natomiast wyznaczają październik i ostatnie dni grudnia. Pora sucha nadchodzi w styczniu i utrzymuje się do marca, aby powrócić w okresie od czerwca do września. Z wyjazdem najlepiej poczekać, aż przeminie wysoki sezon, trwający zawsze od Nowego Roku do końca lutego. Jednak kiedykolwiek przyjedziemy, zawsze czeka nas tutaj niesamowita przygoda.

Seans w technice 4D

Jedną z najbardziej znanych grup etnicznych Kenii są Masajowie. Podczas wypraw do tego kraju każdy turysta spotka niejednego kolorowo ubranego przedstawiciela tego ludu wypasającego swoje bydło, np. na terenie Rezerwatu Narodowego Masai Mara, który przylega do tanzańskiego Parku Narodowego Serengeti. Nazwa tego obszaru o powierzchni 1510 km² powstała z połączenia dwóch elementów nierozerwalnie związanych z tutejszą sawanną: plemienia Masajów właśnie i rzeki Mara. To przez nią prowadzi szlak corocznej wędrówki antylop gnu, zebr i innych ssaków kopytnych. Obserwowanie tzw. Wielkiej Migracji przypomina oglądanie wyświetlanego w technice 4D filmu sensacyjnego z fragmentami horroru, puszczanego w najlepszym kinie w mieście. Spektakl rozgrywa się między lipcem a wrześniem, kiedy zmęczone długą drogą zwierzęta docierają nad Marę z równiny Serengeti. Po drugiej stronie rzeki rozciągają się zielone pastwiska porośnięte świeżą trawą. Wystarczy tylko przejść na przeciwległy brzeg, jednak podczas tej przeprawy ponad 250 tys. antylop i zebr ginie w paszczach krokodyli lub po prostu się topi.

Miejscowi nazywają gnu pręgowane klaunami sawanny. Śmieją się, że wyglądają, jakby zostały złożone z innych zwierząt – mają głowę bawoła, nogi antylopy i ogon konia. Gdy się im przyglądamy, też się uśmiechamy. Rezerwat Narodowy Masai Mara stanowi jeden z najciekawszych regionów na wytropienie Wielkiej Piątki Afryki – lwa, słonia i bawoła afrykańskiego, nosorożca czarnego i lamparta. Nazwa ta powstała wśród myśliwych. Określali nią najniebezpieczniejsze zwierzęta sawanny, chociaż wielu ludzi twierdzi, że najgroźniejszym afrykańskim stworzeniem jest hipopotam.

Właściciele wszystkich krów

Jak już wspomniałam, Masajowie wierzą, że bóg Enkai podarował im wszystkie krowy świata. Jeśli więc ktoś, kto nie pochodzi z ich grupy etnicznej, ma bydło, to ukradł je prawowitym właścicielom. Gdy wchodzimy do masajskiej wioski, pierwsze, co widzimy, to stado tych zwierząt, zajmujące większość placu w osadzie. Krowa jest dla Masajów symbolem bogactwa i szczęścia, a za największego biedaka wśród nich uchodzi ten, kto nie posiada żadnej. Dla mięsa hodują oni kozy, a bydło dostarcza im mleka i krwi, której picie daje siłę. Badania wykazują, że ma ona mnóstwo składników wspomagających układ odpornościowy i wykorzystywanych do budowy mięśni, narządów wewnętrznych czy stawów. Aby upuścić krowie krwi, strzałą przebija się jej żyłę na szyi. Płyn tryska cienkim strumieniem do bukłaka. Gdy ten zostanie napełniony, otwór zalepia się korkiem zrobionym z gliny wymieszanej z nawozem.

Życie codzienne w wiosce toczy się według ustalonego porządku. Mężczyźni są wojownikami i pasterzami – ochraniają plemię i wypasają stado. Do kobiet należą wszystkie pozostałe obowiązki: budowanie chaty, przynoszenie wody i drewna na opał, opieka nad dziećmi, zabijanie i oprawianie zwierząt oraz przygotowywanie jedzenia. Oprócz tego wykonują one ubrania i wszelkie ozdoby z koralików, którym nadaje się znaczenie symboliczne. Mężczyzna, aby przypodobać się kobiecie, odprawia jeden z dziwniejszych rytuałów na świecie – taniec adumu. W jego trakcie musi jak najwyżej podskoczyć bez uginania kolan, w miejscu, bez żadnego rozbiegu, nie pokazując, że kosztuje go to jakikolwiek wysiłek. Zwycięzca zabiera wszystkie zgromadzone Masajki, które mają ogolone głowy, pomalowane na czerwono twarze i mnóstwo kolorowej biżuterii z paciorków.

Egzotyczne jeziora

Osobom odwiedzającym Kenię polecam wizytę nad dwoma pięknymi jeziorami Naiwasza (Naivasha) i Nakuru, których okolica jest niezwykle bogata w ciekawe gatunki fauny. Podczas mojego pierwszego safari w tym rejonie w teren wyruszaliśmy o wschodzie słońca, po porannej kawie. Wsiadaliśmy do auta z otwieranym dachem i wypatrywaliśmy zwierząt kończących nocne łowy. Warto było wyjeżdżać o świcie, bo udawało się wtedy zobaczyć rzadko spotykanych mieszkańców Afryki. Krzyk pawianów ogłaszał, że lampart wraca z polowania. Z pełnym brzuchem przeszedł obok naszego samochodu, udając się zapewne na zasłużony odpoczynek. Kiedy indziej widziałam, jak lew kroczył dumnie przez sawannę do czekającej pod drzewem lwicy. Gdy dotarł, ona obeszła go dookoła i odwróciła się, okazując mu swoje niezadowolenie. On podchodził do leżącej samicy i muskał ją nosem, jakby chciał ją za coś przeprosić. Życie na sawannie można by obserwować godzinami, dlatego w podróż warto zabrać lornetkę, a na miejscu uzbroić się w cierpliwość, bo przecież czas w Afryce płynie swoim własnym rytmem.

Brzegi Nakuru i jego okolice zamieszkują przede wszystkim niespotykane zbyt często nosorożce białe i czarne, żyrafy Rothschilda, lamparty, hieny, antylopy – koby śniade, gazelki masajskie i gazelopki sawannowe, a także, co ważniejsze, liczne ptaki: dropy olbrzymie, marabuty, pelikany, flamingi czy bieliki afrykańskie. Na wzgórzu z widokiem na jezioro witają nas pawiany – nie zawsze przyjaźnie nastawione do turystów – i malutkie góralki przylądkowe, czyli niewielkie roślinożerne ssaki kopytne, często mylone z gryzoniami, choć są blisko spokrewnione ze słoniami. Na terenie Parku Narodowego Jeziora Nakuru (ok. 188 km²) występuje 56 gatunków ssaków i niezliczona ilość rozmaitych egzotycznych roślin.

Dla odmiany słodkowodna Naiwasza (Naivasha), leżąca na wysokości 1884 m n.p.m. w dolinie ryftowej, jest domem dla dużej populacji hipopotamów. Podczas rejsu łódkami po jeziorze obserwujemy różnorodne ptactwo i właśnie te olbrzymie stworzenia. Na pierwszy rzut oka wydają się potulne i leniwe, ale w rzeczywistości charakterem bardziej przypominają wojownika niż pluszowego misia. Wejście na ich terytorium oznacza walkę na śmierć i życie. Ten znaczących rozmiarów ssak potrafi być agresywny i nie znosi nieproszonych gości, w tym krokodyli i ludzi, których umie rozszarpać na kawałki jednym kłapnięciem wielkiej szczęki. Nad Naiwaszą można zatrzymać się w niesamowitej lodży, po której terenie w dzień spacerują żyrafy, a w nocy – hipopotamy. Te ostatnie, gdy praży słońce, chłodzą się w wodach jeziora, po zapadnięciu zmierzchu natomiast wychodzą polować na lądzie. Po zmroku, aby udać się do hotelowej restauracji na posiłek, swój pokój należy opuszczać tylko z eskortą. Strażnik wyposażony jedynie w latarkę dzielnie kroczy z wystraszonymi turystami nasłuchującymi wszelkich dziwnych odgłosów…

Afryka „all inclusive”

Jeśli tylko pozwoli nam na to budżet, nasza podróż do Afryki może być niezwykle ekskluzywna. Liczne klimatyczne lodże położone w parkach narodowych oferują warunki niczym w 5-gwiazdkowych hotelach. Do dyspozycji gości są baseny, jacuzzi i restauracje z wyśmienitym jedzeniem. O ich komfort dba wysoko wykwalifikowana obsługa, a dzika przyroda znajduje się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Często spotyka się przepiękne całoroczne namioty dla turystów, które zamiast drzwi mają wielkie okna po to, aby już od rana można było podziwiać sawannę.

Wyprawa na safari dostarcza niezapomnianych wrażeń i gwarantuję, że w Kenii każdy dzień jest w stanie przynieść niepowtarzalną przygodę. Z pewnością warto nauczyć się tutaj afrykańskiego podejścia do czasu, które znakomicie oddaje powiedzenie haraka haraka haina baraka (pośpiech, pośpiech nie ma błogosławieństwa). Czarny Ląd zachwyca i szokuje jednocześnie, dlatego tak mocno przyciąga ludzi z całego świata, głodnych niecodziennych przeżyć w samym środku królestwa natury.

Artykuły wybrane losowo

Finlandia, czyli zimowa ucieczka przed pluchą

Adam Stępień

 

                                                                                                             FOT. VISIT FINLAND AND MEDIA BANK

<< Prawdziwa zima już za pasem. Niektórzy zastanawiają się, jak się przed nią schować, ale tym, którym śnieg i mróz niestraszne, proponuję ucieczkę przed pluchą i szarością środkowoeuropejskiej aury, czyli wyprawę do Finlandii, a przede wszystkim fińskiej Laponii. Jeziora i rzeki skute lodem, zaśnieżone wzgórza i sauny opalane drewnem powinny skusić niejednego podróżnika, szczególnie że przy okazji można odwiedzić Świętego Mikołaja, pojeździć na biegówkach, zjeść stek z renifera, zapoznać się z najnowszymi trendami wzornictwa przemysłowego czy poczytać opowieści o Muminkach… >>

Republika Finlandii to państwo stosunkowo nowe na mapie Europy (istnieje od grudnia 1917 r.), choć sami Finowie żyli na tych terenach przez wieki, najpierw pod panowaniem szwedzkim, a później – rosyjskim. Mimo dość dużej powierzchni – 338 tys. km², kraj ten zalicza się do najsłabiej zaludnionych na kontynencie (ok. 18 osób na 1 km²). Każdego roku staje się jednak coraz bardziej popularnym kierunkiem podróży, w tym także Polaków.

Więcej…

Artystyczna Katalonia

MONIKA BIEŃ-KÖNIGSMAN

www.hiszpanskiesmaki.es

 

<< Piękna Katalonia jest tradycyjna i nowoczesna jednocześnie. Z gracją przechadza się wśród secesyjnych kamienic. Popija cavę i wermut. W sobotę tańczy rumbę, a w niedzielę, jak już się obudzi, sardanę. Opala się na plaży, częstuje tapasami i dumnie prezentuje swoich mistrzów pędzla, świetnie gra w piłkę nożną. Można się w niej zakochać. Kto raz ją zobaczy, już zawsze będzie chciał ją odwiedzać. „Carpe diem!” („Chwytaj dzień!”) – zdaje się mówić do każdego, kto składa jej wizytę. >>

 

Fragment niesamowitej ekspozycji Teatre-Museu Dalí w Figueres

© IMAGEN M.A.S./AGÈNCIA CATALANA DE TURISME

 

Mimo referendum przeprowadzonego w październiku 2017 r. i późniejszego kryzysu konstytucyjnego Katalonia jest wciąż wspólnotą autonomiczną Hiszpanii. Od północy graniczy z Francją i Andorą, od zachodu z Aragonią, a od południa z Walencją. Jej stolicę stanowi ponad 1,6-milionowa Barcelona, największe miasto regionu.

W Katalonii warto odwiedzić wiele miejsc. Turyści chętnie odpoczywają w urokliwych miejscowościach położonych na tutejszym wybrzeżu. Większość z nich przybywa na lotnisko El Prat leżące pod Barceloną. To właśnie ona bywa najczęściej pierwszym przystankiem podczas wizyty w Katalonii. My również rozpoczniemy od niej poznawanie regionu.

 

NA DOBRY POCZĄTEK

Naszą podróż po Barcelonie zacznijmy od śniadania. To nie będzie zwykły posiłek, bo kto zazwyczaj raczy się z rana winem musującym i ostrygami… Za chwilę czeka nas jednak zwiedzanie miasta, dlaczego więc nie rozpocząć dnia w iście barcelońskim stylu.

Wystarczy wybrać się na targ La Boqueria (który i tak powinien się znaleźć w planach każdego turysty). To tutaj robią zakupy szefowie renomowanych restauracji i zwykłych tawern, gospodynie domowe i hipsterzy. Stragany podzielono tematycznie. W jednej części piętrzą się owoce i warzywa, w drugiej – ryby i owoce morza, w jeszcze innej – wędliny. Są też słodycze, a wśród nich wspaniałe kolorowe makaroniki (wszak Francja znajduje się tuż za rogiem). La Boqueria wygląda jak martwa natura uwieczniona na obrazie.

My zmierzamy do małego baru, który od 6.00 serwuje wspomniane nietypowe śniadanie. Katalonia słynie z cavy. Nie ma ona jednak nic wspólnego z małą czarną. To wino musujące wytwarza się tą samą metodą, co szampan, ale kosztuje ono znacznie mniej, choć jest bajecznie pyszne. Warto zestawić je właśnie z ostrygami. Bar nazywa się „Pinotxo” i serwuje także inne specjały kuchni katalońskiej. Poza tym w Katalonii również w hotelach często podaje się cavę do śniadania.

 

PODRÓŻ DOOKOŁA ŚWIATA

Mniej więcej 600-metrowy dystans dzieli La Boquerię od wielkiej rzeźby kota Fernanda Botera w dzielnicy El Raval. Podobno wdrapanie się na niego przynosi szczęście. Nie jest to bynajmniej łatwe zadanie, bo opasłe stworzenie ma zaokrąglone boki i trudno o podparcie dla stóp. Ale niektórym udała się ta trudna sztuka! Czy przyniosło im to szczęście? Na pewno za prawdziwy uśmiech losu mogą uznać pobyt w Barcelonie.

El Raval przechodzi niesamowitą metamorfozę. Nazywana kiedyś dzielnicą chińską (Barri Xino), gdzie królowe nocy miały swoje enklawy, szybko zmienia swoje oblicze. Znajdziemy tu świetne Muzeum Sztuki Współczesnej (Museu d’Art Contemporani de Barcelona – MACBA), eleganckie lofty, różnorakie pracownie artystyczne, wytworne butiki. Ten rejon katalońskiej stolicy uwielbiał Ryszard Kapuściński, a Eduardo Mendoza chętnie umieszczał w nim akcję własnych powieści. Warto zajrzeć do tej części miasta. Wbrew różnym obawom jej mieszkańcy są przyjaźnie nastawieni do innych. Spacer po tutejszych uliczkach stanowi małą podróż dookoła świata i uczy tolerancji wobec różnych kultur i religii. Choć to niewielki skrawek Barcelony, mówi się tu ponad 50 językami.

 

SMOK, RÓŻE I KSIĄŻKI

Według legendy św. Jerzy (Sant Jordi, patron Katalonii) zabił smoka i uratował księżniczkę. Ze smoczej krwi wyrosła róża. Dlatego dziś 23 kwietnia, w dzień wspomnienia świętego, mężczyźni wręczają te piękne kwiaty kobietom. One odwdzięczają się im za to książkami (22 kwietnia przypada rocznica śmierci hiszpańskiego pisarza Miguela de Cervantesa).

Ze względu na popularność tej niezmiernie romantycznej tradycji stoiska z książkami są wówczas wszędzie. Najwięcej znajduje się ich jednak w rejonie dwóch ulic – La Rambli i Passeig de Gràcia. To właśnie wtedy warto wybrać się na spacer tą pierwszą, będącą najsłynniejszym barcelońskim deptakiem (właściwie złożonym z kilku mniejszych uliczek). La Rambla z okazji dnia św. Jerzego dosłownie tonie w różach. Zarówno kwiaty, jak i książki sprzedają się w tym czasie świetnie, a Barcelona staje się wielką kwiaciarnio-kawiarnią pod gołym, najczęściej słonecznym niebem. Spacerowicze szukają książek nie tylko dla ukochanej osoby, ale także dla rodziny czy przyjaciół. To doskonała okazja, aby kupić nowości wydawnicze i spotkać znanego autora podpisującego egzemplarze swoich dzieł. Do tego wszędzie unosi się zniewalający zapach kwiatów.

Podczas przechadzki po La Rambli warto skierować się w stronę Starego Portu (Port Vell). W jego pobliżu przywita nas figura Krzysztofa Kolumba zapatrzonego gdzieś daleko w morze. Ten słynny żeglarz i odkrywca pojawił się w Barcelonie w 1493 r., po swojej pierwszej wyprawie w poszukiwaniu nowej drogi do Indii. Pomnik, który powstał z okazji wystawy światowej 1888 r., ma upamiętniać to wydarzenie. Na kolumnie znajduje się taras widokowy, można na niego wjechać windą.

Dziś Stary Port wygląda zupełnie inaczej niż pod koniec lat 80. XX w. Wszystko zmieniły XXV Letnie Igrzyska Olimpijskie z 1992 r. Wcześniej to miejsce przypominało wielkie złomowisko z porzuconymi składami i pustymi kontenerami. Dzięki wielkiej międzynarodowej imprezie sportowej Port Vell rozpoczął nowe życie.

Warto tu wstąpić do starej stoczni królewskiej. Ten pięknie odnowiony średniowieczny budynek mieści obecnie Muzeum Morskie (Museu Marítim de Barcelona). Zwiedzających zachwyca imponująca architektura i repliki wspaniałych statków (część z nich została odtworzona w skali 1:1). W XVI stuleciu wodowano w tej okolicy podobno aż 30 galeonów naraz! Nieopodal kładki Rambla de Mar można zobaczyć panią mórz – odrestaurowany trzymasztowiec z 1919 r. o nazwie Santa Eulàlia. Z tutejszej 78-metrowej wieży (Torre de Sant Sebastià) wagoniki kolejki linowej wwożą pasażerów na Montjuïc (w tłumaczeniu na polski Wzgórze Żydowskie). Podczas przejażdżki podziwia się niesamowite widoki.

 

MORZA SZUM, PAPUG ŚPIEW

Złote piaski pośród palm – Barceloneta jest tylko jedna. Kochają ją chyba wszyscy, szczególnie o zachodzie słońca. Warto tu przyjść przed zapadnięciem zmroku w gronie przyjaciół lub z ukochaną osobą, usiąść na kocu, napić się wina i zapatrzeć się w morze.

Rano opanowana przez biegaczy, w ciągu dnia rozbrzmiewająca radością, pod wieczór ta dawna dzielnica rybaków i marynarzy przyciąga romantycznym nastrojem. Poza tym kusi też przysmakami. Do dziś panuje przekonanie, że najlepsze ryby w Barcelonie podaje się właśnie tutaj. Koniecznie trzeba przekonać się o tym samemu! W Barcelonecie stare miesza się z nowym (jak w wielu miejscach w tym mieście). Obok wąskich uliczek i wiekowych kamienic stoją przykłady sztuki współczesnej. Przy Deptaku Kolumba (Passeig de Colom) można zobaczyć rzeźbę Głowa Barcelony, autorstwa jednego z najbardziej znanych amerykańskich artystów pop-artu – Roya Lichtensteina (1923–1997). Dalej, w pobliżu Port Olímpic umieszczono Rybę architekta Franka Gehry’ego.

 

WZGÓRZE SZTUKI

Montjuïc najbardziej spektakularnie prezentuje się od strony placu Hiszpanii (Plaça d’Espanya). Warto tu przyjść po zmierzchu, aby obejrzeć pokaz fontann – spektakl wody, światła i dźwięku. Turyści docierający kolejką ze Starego Portu najpierw trafiają do ogrodów i Muzeum Fundació Joan Miró, gdzie można zapoznać się z twórczością tego katalońskiego malarza, ceramika i rzeźbiarza tworzącego jedyne w swoim rodzaju dzieła.

Zbiory sztuki, stadion i basen olimpijski, wspaniałe ogrody – dla mieszkańców Barcelony zbocza Montjuïc stanowią miejsce wykorzystywane do rekreacji i idealne na odpoczynek od miejskiego hałasu. Już od czasów rzymskich odbywały się tutaj rozmaite wydarzenia. W 1929 r. na wzgórzu zorganizowano wystawę światową, a w 1992 r. stało się ono areną zmagań olimpijskich. Na potrzeby tej pierwszej zbudowano Palau Nacional, dziś mieszczący Muzeum Narodowe Sztuki Katalonii (Museu Nacional d’Art de Catalunya – MNAC). Obok znajduje się modernistyczny Pawilon Barcelony (Pavelló de Barcelona, powstał również na wystawę światową 1929 r., jako pawilon niemiecki). Zaprojektował go Ludwig Mies van der Rohe (1886–1969), współautor projektu wystawionego tu fotela Barcelona (krzesła barcelońskiego), będącego jedną z ikon dizajnu. Dziś własny oryginalny egzemplarz tego mebla może kupić każdy, choć kosztuje on niemało. Zarówno pawilon, jak i sam fotel zachwycają klasyczną formą – proste linie, szlachetne materiały i brak dekoracji są charakterystyczne dla prac niemieckiego architekta, kierującego się dewizą mniej znaczy więcej.

Montjuïc to także Poble Espanyol, czyli hiszpańska osada w miniaturze. Można w niej spacerować wąskimi uliczkami andaluzyjskiej wioski, wśród bielonych ścian i kwitnących bugenwilli, czy obok kamiennych domów z zielonymi okiennicami kojarzących się z Majorką. Są też sklepy i restauracje, da się więc tutaj spędzić i pół dnia.

 

MALARZ I KOTY

To miała być restauracja inna niż wszystkie w Barcelonie. Powstała trochę jako kontynuacja „Le Chat Noir” w Paryżu. Szybko została ulubionym miejscem barcelońskiej bohemy. Bywali w niej Pablo Picasso, Antonio Gaudí i Julio González, mistrzowie pióra, apologeci modernizmu i jego wielcy przeciwnicy. „Els Quatre Gats”(„4 Gats”) otwarto w czerwcu 1897 r. Dwa lata później młody Pablo Picasso pozostawił tu swój ślad – zaprojektował grafikę menu. Lokal znajduje się w Dzielnicy Gotyckiej (Barri Gòtic) przy Carrer de Montsió i jest obowiązkowym punktem wyprawy śladami hiszpańskiego artysty.

Picassa wiązała z Barceloną bardzo szczególna więź. To w niej rozwinął skrzydła jako twórca i wypracował własny, niepowtarzalny styl. W mieście znajduje się największe na świecie muzeum tego artysty (Museu Picasso). Otwarte w 1963 r., było spełnieniem życzenia Picassa, aby właśnie w Barcelonie powstała galeria jego twórczości z okresu, który znawcy sztuki nazywają błękitnym. Można w niej obejrzeć niezmiernie ekspresyjne prace Hiszpana. Sam budynek muzeum, położony w części Starego Miasta (Ciutat Vella) zwanej La Ribera, również należy do nietuzinkowych. Muzeum Picassa mieści się w pięciu przylegających do siebie średniowiecznych pałacach. Po zwiedzaniu warto wybrać się do „Els Quatre Gats” na cavę i tapas.

 

SYMBOL NIEZŁOMNOŚCI

To była końcówka 1899 r. Młody Pablo Picasso w „Els Quatre Gats” chłonął atmosferę artystycznej społeczności. W innej części miasta pewien architekt pracował nad parkiem na specjalne zamówienie przedsiębiorcy Eusebiego Güella (1846–1918). W nowo zaprojektowanej dzielnicy Eixample (Powiększenie) wznoszono mury kościoła Sagrada Família (Temple Expiatori de la Sagrada Família – Świątyni Pokutnej Świętej Rodziny). Barcelona nie była jeszcze wielką metropolią, ale wyczuwało się w niej ducha rozwoju. Być może dlatego Szwajcar Hans Maximilian Gamper (Joan Gamper, 1877–1930) postanowił stworzyć drużynę piłkarską. Razem z osobami, które odpowiedziały na jego ogłoszenie w gazecie, 29 listopada 1899 r. w sali gimnastycznej przy La Rambli założył Foot-Ball Club Barcelona. Prawie trzy lata później, 13 maja 1902 r., piłkarze FC Barcelony zagrali swój pierwszy mecz z drużyną nowo powstałego klubu, nazwanego Madrid Foot-Ball Club (dziś Real Madrid Club de Fútbol), którą pokonali 3:1.

Kiedy Hiszpania znalazła się pod rządami generała Francisco Franco (w latach 1936–1975), barceloński klub sportowy stał się dla Katalończyków narzędziem walki politycznej. Mecze z jego udziałem stwarzały okazję do demonstrowania patriotyzmu. Dlatego na stadionie Camp Nou kolorowe krzesełka tworzą w języku katalońskim napis brzmiący Més que un club („Więcej niż klub”). Nic więc dziwnego, że FC Barcelona to dla Katalończyków ważny symbol walki o wolność, nieustępliwości i dążenia do celu.

 

VICKY I CRISTINA

Do wyjazdu do Barcelony można się przygotować w różnorodny sposób. Najbardziej znanym jest czytanie przewodników lub artykułów turystycznych. Warto też zapoznać się z książkami, których akcja dzieje się w tym mieście. My proponujemy jednak ruszyć śladami Woody’ego Allena i jego filmu z 2008 r. Vicky Cristina Barcelona.

Zacznijmy od Świątyni Pokutnej Świętej Rodziny. Sagrada Família jest w budowie od 1882 r. Jej projektant, Antoni Gaudí (1852–1926), był wizjonerem, a jednocześnie bacznym obserwatorem natury. Wymarzył sobie budowlę o organicznej formie i niepowtarzalnych detalach architektonicznych. W przyrodzie nic nie bywa przecież identyczne.

Bohaterki filmu wchodzą również na dach muzeum sztuki współczesnej poświęconego Joanowi Miró (1893–1983). Można tu obejrzeć niesamowite rzeźby. Miejsce to uchodzi za jedną z najciekawszych placówek muzealnych Barcelony.

Kolejny symbol miasta – Casa Milà – pojawia się w produkcji Woody’ego Allena wielokrotnie. Ten budynek także zaprojektował Antoni Gaudí. W filmie można oglądać też Dzielnicę Gotycką. Cristina (grana przez Scarlett Johansson) zafascynowana jej wąskimi uliczkami spędza tutaj długie chwile na robieniu zdjęć detali i utrwalaniu jedynej w swoim rodzaju atmosfery miejsca.

W scenach filmowych uwieczniono poza tym Park Güell i słynną Salamandrę, obok której bohaterowie prowadzą dialog, oraz wzgórze Tibidabo, skąd rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na miasto. W tej okolicy warto przejechać się najstarszą karuzelą w Barcelonie.

Parc de la Ciutadella reżyser pokazał przez moment. Gdy Cristina robi zdjęcie Maríi Elenie (w tej roli występuje Penélope Cruz), widać kaskadę tryskającą wodą. Ta fontanna jest bardzo charakterystyczna. Bohaterowie spacerują znanymi ulicami, takimi jak La Rambla w Ciutat Vella czy Passeig de Gràcia i innymi w dzielnicy Eixample. Ta ostatnia część miasta słynie z eleganckich budynków. Wśród nich (choć już na terenie sąsiedniej dzielnicy Gràcia) znajduje się Casa Fuster – do dziś symbol luksusu okresu modernizmu. Działa tu jeden z najdroższych hoteli w Barcelonie (Hotel Casa Fuster). W nim Vicky, przyjaciółka Cristiny (grana przez Rebeccę Hall), odbywa szczerą rozmową ze swoją krewną Judy (w tej roli Patricia Clarkson), która gości dziewczyny w swoim domu. Dzięki temu widzowie mogą przyjrzeć się wspaniałym hotelowym wnętrzom.

Barcelona Woody’ego Allena jest miejscem barwnym, energetycznym, pełnym barów, restauracji, tarasów, niezwykłych zabytków i – oczywiście – wyśmienitego wina. Naprawdę warto poznać takie oblicze miasta, a po powrocie do domu zobaczyć film jeszcze raz.

Katalonia to jednak nie tylko jej słynna i pełna atrakcji stolica. W tym regionie trzeba odwiedzić też inne miejsca, szczególnie te położone na wybrzeżu Morza Śródziemnego.

 

Barcelońskie obserwatorium astronomiczne (Observatori Fabra) na tle panoramy miasta

© ESPAI D'IMATGE/TURISME DE BARCELONA

 

KURORT NA WYBRZEŻU

Sitges od Barcelony dzieli jedynie ok. 40 km. To słoneczne i eleganckie niemal 30-tysięczne miasto wyróżnia się artystycznym charakterem. Nie bez powodu zresztą, bo przyciągało i przyciąga pisarzy, architektów i bohemę skupioną wokół artystów. Od lat 60. XX w. jest także ulubionym miejscem społeczności homoseksualnej w Hiszpanii.

Co ciekawe, prawie 35 proc. mieszkańców Sitges stanowią osoby rozmaitych narodowości. Są wśród nich m.in. Brytyjczycy, Francuzi czy Holendrzy. To wielokulturowe miasto kusi wspaniałymi plażami, pysznym jedzeniem i warunkami idealnymi do odpoczynku. Dlatego przyjeżdżają tu zarówno turyści zagraniczni, jak i sami barcelończycy.

                Do końca XVIII stulecia Sitges było spokojną wioską rybacką. Wszystko zmieniło się, kiedy władze w Madrycie zezwoliły katalońskim kupcom na bezpośredni handel z amerykańskimi koloniami w 1778 r. Największy rozwój miejscowości przypada na XIX w. Wówczas powrócili do niej americanos – producenci wina, którzy zbili fortunę za granicą na handlu z Ameryką. W mieście można wybrać się na wycieczkę szlakiem ich willi.

Również artyści uprawiający malarstwo upodobali sobie Sitges i pod koniec XIX stulecia założyli w nim swoją nieformalną szkołę. Kiedy Santiago Rusiñol (1861–1931), kataloński malarz, pisarz, kolekcjoner, dziennikarz i dramaturg, kupił tu dom, okrzyknięto je mekką modernizmu.

 

W kurorcie Sitges znajdują się aż trzy mariny – Port Ginesta, Garraf i Aiguadolç

© FELIPE J. ALCOCEBA/AGÈNCIA CATALANA DE TURISME

 

WINNYM SZLAKIEM

Podczas pobytu w Sitges nie wolno zmarnować okazji do odwiedzenia okolicznych urokliwych winnic. Katalonia stanowi jeden z najważniejszych obszarów produkcji wina w Hiszpanii. Jej flagowy produkt – cava – śmiało może konkurować ze słynnym francuskim szampanem. Sitges leży w samym centrum regionu winiarskiego Penedès, a do miasta Vilafranca del Penedès, uznawanego za jego stolicę, dojedziemy stąd w pół godziny.

W Penedès znajdują się piękne parki, góry, malownicze wioski rybackie i miasteczka. Tutejszy klimat służy uprawie winogron bardzo wysokiej jakości i dlatego właśnie pochodząca stąd cava jest taka wyśmienita. Koniecznie należy odwiedzić winnicę wytwórni Codorníu (powstałą już w 1551 r.). Wizyta w niej będzie ucztą nie tylko dla podniebienia, ale też dla oczu. Modernistyczny budynek winiarni zaprojektował sam Josep Puig i Cadafalch (1867–1956), znany kataloński architekt i historyk sztuki.

 

PRZYCIĄGAJĄCA GÓRA

W czasach rzymskich w okolicy masywu Montserrat (1236 m n.p.m.) stała ponoć świątynia ku czci Wenus. Pierwszą kapliczkę zbudowano tu w IX w. Do założonego później przez benedyktynów klasztoru pielgrzymowali Johann Wolfgang von Goethe, Miguel Cervantes czy Félix Lope de Vega. W okresie dyktatury Francisco Franco miejsce to było schronieniem dla opozycjonistów, drukowano w nim katalońskie książki. Sylwetka postrzępionej góry (Montserrat po katalońsku oznacza Przepiłowaną Górę) jest widoczna z odległości kilkudziesięciu kilometrów.

Z masywem wiąże się wiele legend. Według jednej z nich Parsifal, rycerz Okrągłego Stołu, ukrył tutaj św. Graala. Pod koniec XIX stulecia sam Antoni Gaudí szukał w tej okolicy inspiracji w kształtach stalaktytów i stalagmitów. To także ważna góra dla członkiń Katalońskiego Związku Czarownic, a imię Montserrat przez lata cieszyło się ogromną popularnością w Katalonii – nadawano je bardzo wielu dziewczynkom.

 

RZYMSKIE MIASTO

Girona jest ośrodkiem uniwersyteckim i ostoją katalońskości. Położone w dolinie pomiędzy morzem a górami miasto przecinają aż cztery rzeki: Ter, Güell, Galligants i Onyar (Oñar). W wodach ostatniej z nich przeglądają się kolorowe, bardzo charakterystyczne fasady domów historycznego centrum.

Historia Girony zaczęła się ok. 77 r. p.n.e. To właśnie wtedy rzymski wódz Pompejusz założył w tym miejscu obwarowaną osadę obronną Gerunda. Przez wieki zamieszkiwali ją m.in. chrześcijanie, Wizygoci czy Arabowie. W IX w. miasto stało się częścią Marchii Hiszpańskiej. Później osiedlili się w nim Żydzi, którzy stworzyli dużą społeczność.

Koniecznie trzeba zwiedzić historyczne centrum Girony. Należy ono do najlepiej zachowanych i najbardziej rozpoznawalnych w Hiszpanii. Jego najstarsze fragmenty oraz pozostałości murów obronnych pochodzą z IX stulecia. Wąskie uliczki, szczególnie w okresie majowego święta kwiatów, prezentują się bajecznie. Warto również odwiedzić oryginalne łaźnie arabskie. Mimo upływu ponad 800 lat znajdują się w bardzo dobrym stanie. Łaźnie składają się z trzech sal. W każdej z nich można było zażywać kąpieli w wodzie o innej temperaturze: gorącej w caldarium, ciepłej w tepidarium i zimnej w frigidarium.

Nad miastem góruje Katedra Najświętszej Maryi Panny (Catedral de Santa Maria de Girona). W jej pobliżu leży El Call. Ta jedna z największych i najlepiej zachowanych dzielnic żydowskich w Europie swoimi początkami sięga także IX w. Wśród plątaniny wąskich uliczek i stromych schodów kryją się tu liczne kawiarnie i restauracje.

 

Pieszy most św. Feliksa łączący brzegi rzeki Onyar w pełnej cennych zabytków Gironie

© ÀLEX TREMPS/COSTA BRAVA GIRONA TOURISM BOARD IMAGE ARCHIVE

 

WŚRÓD ZŁOTYCH PLAŻ

Lloret de Mar na Dzikim Wybrzeżu (Costa Brava) należy do najatrakcyjniejszych kurortów w Hiszpanii. Tę opinię zawdzięcza 9 km plaż. Główna z nich (Lloret) jest położona w samym centrum miasta i wyposażona w pełną infrastrukturę. Druga co do wielkości – złocista Platja de Fenals – ma ponad 700 m długości. Poza tym znajduje się tu też plaża dla nudystów i Water World, jeden z największych parków wodnych w Europie.

Lloret de Mar to również miasto artystyczne. Od lat 20. XX stulecia przyciągało swoimi urokami barcelończyków. Josep Carner (1884–1970), jeden z wielkich poetów katalońskich, nazywał je „miłym rajem” (paradís gentil). Osobom lubiącym romantyczne historie spodoba się średniowieczny Zamek św. Jana (Castell de Sant Joan). Jego załoga niejednokrotnie odpierała ataki tureckich, angielskich i francuskich najeźdźców i piratów. Nie wolno także przegapić rzeźby Dona Marinera, zwanej Wenus z Lloret, stojącej na wybrzeżu. Przedstawia ona żonę wyczekującą z niepokojem na swojego męża wracającego z połowu i stanowi symbol miejscowych kobiet, których małżonkowie trudnili się rybołówstwem.

Wielbiciele pięknych widoków i spacerów powinni koniecznie wybrać się na pieszą wędrówkę trasą Camí de Ronda 1. Prowadzi ona wzdłuż klifu z końca plaży Fenals, niekiedy po stromych, kamiennych stopniach. Po drodze można podziwiać wiele interesujących miejsc, jak chociażby urokliwą skalistą zatoczkę (Cala Banys) i wspomniany zamek. Wycieczka tym szlakiem trwa ok. 40 min.

 

ARTYSTA I JEGO MUZA

Z kosmosem łączył się za pomocą podwiniętych charakterystycznie wąsów. Z reżyserem Luisem Buñuelem (1900–1983) tworzył surrealistyczne filmy. Jego żona Gala była dla niego całym światem. Możliwe, że gdyby nie jej wsparcie, Salvador Dalí nie odniósłby tak spektakularnego sukcesu. Zamek w Púbol to jeden z punktów tzw. Trójkąta Dalego. Artysta kupił go dla swojej ukochanej.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od Figueres. To tutaj 11 maja 1904 r. przyszedł na świat Salvador Dalí. W 1919 r. w miejscowym teatrze odbyła się jego pierwsza wystawa. W latach 60. wrócił, aby urządzić w nim swoje muzeum. Obecnie znajduje się tu jedna z największych kolekcji prac artysty (Teatre-Museu Dalí).

Architektonicznie muzeum odzwierciedla wyobraźnię twórcy. Słynne wielkie jajka na dachu to tylko skromna zapowiedź tego, co czeka na zwiedzających wewnątrz. To istny labirynt dzieł sztuki, bez znanych z innych galerii tabliczek i strzałek wskazujących kierunek poruszania się.

Z Figueres udajmy się do Cadaqués i pobliskiego Portlligat (Port Lligat). Drogi są tutaj kręte i wąskie, dlatego trzeba bardzo uważać podczas prowadzenia samochodu. Do Cadaqués Dalí przyjeżdżał od dzieciństwa na wakacje. Później zamieszkał w Port Lligat razem ze swoją muzą Galą. Ich dom położony jest malowniczo w gaju oliwnym nad zatoką. Artysta często malował ten krajobraz. Również miejscowość Cadaqués była dla niego inspiracją. Przyjeżdżali tu także inni wybitni twórcy. Wśród nich był Pablo Picasso. Port Lligat stanowił osobisty azyl Dalego. W swoim domu mógł w spokoju malować i spędzać czas z ukochaną Galą.

W 1969 r. artysta kupił żonie w prezencie zamek w Púbol. Nie odwiedzał go jednak bez jej pisemnego zaproszenia. Kiedy Gala zmarła w czerwcu 1982 r., Dalí bardzo cierpiał. Aby złagodzić swoją tęsknotę za żoną, przeniósł się do zamku, w którym została pochowana. Chciał być bliżej miłości swojego życia.

 

RYBA O SMAKU CZEKOLADY

Na Dzikim Wybrzeżu jest jeszcze jedno szczególne miejsce związane z geniuszem. Tym razem chodzi o twórcę kuchni molekularnej, za którego uchodzi Ferran Adrià. W wieku 22 lat pracował on jako kucharz liniowy w słynnej już wtedy restauracji „El Bulli” w Roses. Gdy nie gotował, zajmował się głównie podrywaniem dziewcząt na pobliskich plażach. Po niespełna dwóch latach został szefem kuchni i sprawił, że „El Bulli” wspięła się na wyżyny sztuki kulinarnej. Restaurację zamknięto 31 lipca 2011 r. Ferran Adrià tłumaczył później, że aby stymulować swoją kreatywność, musiał zmienić sposób pracy, bo zadaniem jego życia stało się załatwienie komuś stolika w „El Bulli”.

        W Katalonii znajduje się jeszcze wiele miejsc do zobaczenia. Złote Wybrzeże (Costa Daurada) oprócz urokliwego Salou przyciąga rzymską Tarragoną i piaszczystymi plażami. Costa Brava zaprasza do zjawiskowych ogrodów botanicznych w Blanes (Marimurtra i Pinya de Rosa). Trochę dalej na północny wschód leży małe miasteczko Tossa de Mar, które malarz Marc Chagall (1887–1985) nazywał „błękitnym rajem” (el paraíso azul). Na koniec wyprawy po Katalonii wróćmy jeszcze na chwilę do Barcelony, miasta otwartego na innych, bez względu na ich światopogląd czy wygląd. W niej każdy czuje się miłym gościem.

 

Wydanie Lato 2018

 

Brazylijska Ceará – radosna ziemia światła

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Ten północno-wschodni stan Brazylii zapewnia turystom całą paletę barw, malownicze, dziewicze krajobrazy i mnóstwo możliwości wypoczynku. Jego rajskie plaże oblewane spokojnymi i płytkimi wodami stanowią doskonałe miejsce do kąpieli, a tutejsze silne, stałe wiatry przyciągają miłośników wind- i kitesurfingu. Cumbuco, Taíba, Flecheiras, Baleia, Jericoacoara, Paracuru, Porto das Dunas, Morro Branco, Praia das Fontes, Canoa Quebrada, Ponta Grossa czy Redonda oferują różnego rodzaju atrakcje – od największego aquaparku w Ameryce Łacińskiej do cichych i uroczych wiosek rybackich. Znajdziemy tu szeroki wybór zakwaterowania, m.in. luksusowe ośrodki wypoczynkowe albo czarujące pensjonaty, czyli modne w Brazylii „pousadas”. Smakoszy zachwycą miejscowe świeże ryby i owoce morza. Ceará znana jest jako „Terra da Luz” – „Ziemia Światła”. Zawdzięcza to dużej liczbie słonecznych dni w roku, a także temu, że była pierwszym stanem w federacji brazylijskiej, który zniósł niewolnictwo, cztery lata przed słynną „Lei Áurea” –  „Złotą Ustawą” z 1888 r. Dzisiaj ta radosna ziemia pełna światła stanowi jeden z najpiękniejszych rejonów Brazylii, gdzie odkryjemy nietknięte ręką człowieka cuda natury, niepowtarzalne krajobrazy oraz poznamy niezmiernie sympatycznych, przyjaznych i gościnnych ludzi.

 FOT. DIVULGACAO/SECRETARIA DO TURISMO DO CEARA

Ceará ma powierzchnię niemal 150 tys. km², czyli ok. 60 proc. większą niż Portugalia! Na jej terytorium żyje obecnie 8,5 mln mieszkańców. Stolicą tego stanu i jednocześnie największym miastem jest Fortaleza. W tym rejonie Brazylii znajduje się największy park wodny w Ameryce Łacińskiej – Beach Park na plaży Porto das Dunas. Ten olbrzymi kompleks turystyczny zajmujący łącznie 30 km², z czego na aquapark przypada 13, odwiedza każdego roku ok. 1 mln osób. W Cearze wznosi się również czwarty pod względem wielkości stadion piłkarski w kraju – świeżo przebudowany Estádio Governador Plácido Castelo, bardziej znany pod nazwą Castelão, który może pomieścić 67 037 widzów. Ten brazylijski stan słynie jednak przede wszystkim ze swojego pięknego wybrzeża i dużej religijności miejscowej ludności. Jeden z jego głównych symboli stanowi jangada – tradycyjna jednomasztowa łódź żaglowa wykonana z drewna używana od wieków przez rybaków z północno-wschodniej Brazylii. Na terenie Ceary znajduje się pokaźna część brazylijskiej caatingi (katingi, sawanny kolczastej) – unikatowej w skali świata formacji roślinnej, która obejmuje w sumie aż 850 tys. km² obszaru kraju.

Więcej…