Arco_de_Antigua.jpg

Arco de Santa Catalina w Antigu

©INSTITUTO GUATEMALTECO DE TURISMO (INGUAT)

 


KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA

www.karolinasypniewska.pl

W tym niezwykłym kraju usianym wulkanami świątynie Majów wyrastają ponad korony drzew tropikalnej puszczy. Ekstremalna przejażdżka po lokalnych drogach odbyta „chicken busem” w towarzystwie kolorowo ubranych Gwatemalczyków dostarcza wielu wrażeń i satysfakcji prawdziwym podróżnikom. Kto zawita do Gwatemali, nie zazna spokoju, dopóki nie wróci do niej po raz kolejny, aby znów zanurzyć się w ten niesamowity świat.

 

Living_Maya_Culture.jpg

 

Gwatemala to wciąż żywa kultura Majów

 

©INSTITUTO GUATEMALTECO DE TURISMO (INGUAT)


Republikę Gwatemali, leżącą w Ameryce Środkowej, miejscowi nazywają krainą wiecznej wiosny. Graniczy ona z Meksykiem, Belize, Hondurasem i Salwadorem, a oblewają ją wody dwóch oceanów: Atlantyku (Morza Karaibskiego) oraz Pacyfiku. Ponad 16 mln ludzi zamieszkuje tu obszar mniej więcej 3 razy mniejszy od powierzchni Polski (ok. 109 tys. km2). Na tym terytorium znajdują się liczne wulkany, kilka z nich pozostaje wciąż aktywnych, straszy dymem i tryska lawą. Najwyższym szczytem jest Tajumulco o wysokości 4220 m n.p.m., a największym jeziorem – malownicze Izabal (589,6 km²), położone na wschodzie państwa. Ok. 40 proc. Gwatemalczyków pochodzi od Majów. Resztę obywateli kraju stanowią latynosi, potomkowie Europejczyków (głównie Hiszpanów) i Indian oraz przedstawiciele grupy etnicznej Garifuna (potomkowie rdzennych plemion karaibskich i afrykańskich niewolników), mieszkający w Livingston i jego okolicach. Mniej niż połowa tutejszej ludności to katolicy, 40 proc. – protestanci, poza tym spotkamy też wyznawców religii rdzennych, nielicznych buddystów, muzułmanów i żydów.

Funkcję oficjalnego języka Gwatemali pełni hiszpański, choć wiele osób jako pierwszego uczy się jednego z 21 odrębnych języków majańskich bądź języka garifuna lub xinca (niektóre z nich w ogóle nie znają hiszpańskiego). Gwatemalczycy potrafią po odmiennej mowie rozpoznać, kto pochodzi z jakiego regionu. Podobną zależnością charakteryzują się wyszywane, kolorowe stroje kobiece. Teren wyżynny, należący głównie do Majów, rozciąga się między dwoma największymi miastami: ponad 2-milionową stolicą Gwatemalą (Ciudad de Guatemala) oraz 400-tysięcznym Quetzaltenango.

 

Volcan_San_Pedro_Santa_Catarina_Palopó_Sololá.jpg

 

Wulkan San Pedro widziany z miasteczka Santa Catarina Palopó

 

©INSTITUTO GUATEMALTECO DE TURISMO (INGUAT)



Burzliwa historia

Terytorium tego kraju w ciągu wieków nawiedzały trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów, ale miejscowa ludność musiała sobie radzić nie tylko z klęskami żywiołowymi, lecz także z polityką kolonizatorów czy oddziałami partyzanckimi (guerrilla). Dopiero w 1821 r. Gwatemala uzyskała niepodległość od Hiszpanii i dziś 15 września obchodzi się w niej związane z tym wydarzeniem święto narodowe. Następnie została przyłączona do Meksyku, a potem weszła w skład Zjednoczonych Prowincji Ameryki Środkowej (Republiki Federalnej Ameryki Środkowej) razem z Nikaraguą, Salwadorem, Kostaryką i Hondurasem (do 1840 r.). Późniejszy okres reżimu doprowadził w 1871 r. do rewolucji i objęcia władzy przez liberałów. Niestety, nowy prezydent Justo Rufino Barrios (1835–1885) okazał się dyktatorem. Chociaż zainicjował uprawę kawy w swoim państwie, na plantacjach pracowali tylko rdzenni mieszkańcy wykorzystywani przez lata jako tania siła robocza. Kolejni prezydenci nie zrobili wiele dobrego dla kraju. Wysoka liczba biednych i analfabetów utrzymywała się w Gwatemali przez długi czas. W 1944 r. rozpoczęła się tzw. rewolucja gwatemalska. Wybrany przez naród chrześcijański socjalista Juan José Arévalo Bermejo (1904–1990) wprowadził m.in. programy naprawy gospodarki i zwalczania bezrobocia, liberalne prawo pracy i prawa dla Indian.

Niestety, w latach 60. i 70. XX w. rozgorzała wojna domowa, która zdziesiątkowała Gwatemalczyków. Na domiar złego w lutym 1976 r. trzęsienie ziemi zabiło 23 tys. ludzi, a ponad milion z nich pozbawiło dachu nad głową. Większość darów z międzynarodowej pomocy nigdy nie dotarła do tych najbardziej potrzebujących. Ludność jeszcze długo odczuwała skutki katastrofy. Od 1986 r. na czele państwa znów stanął cywilny prezydent – Marco Vinicio Cerezo Arévalo (ur. w 1942 r.), ale walki z lewicową partyzantką trwały aż do końca 1996 r. Dziś Gwatemala to wciąż bardzo biedny kraj, którego gospodarka opiera się w zdecydowanej większości na rolnictwie i turystyce.

Filiżanka kawy w TROPIKALNYM LESIE

Najważniejszym wkładem do produktu krajowego brutto (PKB) może się obecnie poszczycić sektor rolniczy. To właśnie Gwatemalczycy są największym na świecie eksporterem kardamonu i dziewiątym producentem kawy. Zyski z uprawy tej ostatniej (pola kawowca znajdują się przede wszystkim na południu), trzciny cukrowej i bananów pozwalają państwu wciąż się rozwijać, a na plantacjach zatrudnia się tu 50 proc. lokalnej ludności. Niestety, konflikty między firmami a ich pracownikami oraz zaostrzone przepisy importowe Unii Europejskiej doprowadziły przez ostatnie lata do spadku sprzedaży bananów. Na dodatek niektóre przedsiębiorstwa ze względu na tańszą siłę roboczą przeniosły swoją działalność do Ekwadoru.

Natomiast turystyka rozwinęła się na tym obszarze głównie dzięki ruinom historycznych ośrodków kultury Majów (Tikal, Quiriguá czy Iximché), ale zainteresowaniem wśród przybyszów cieszą się też wyprawy trekkingowe, tutejsze cuda natury (przede wszystkim jezioro Atitlán czy Semuc Champey), kursy w szkołach językowych oraz wycieczki do wspaniałych kolonialnych miast (Antigua Guatemala). Z kolei przemysł tekstylny, spożywczy, farmaceutyczny i cementowy przynoszą mniej więcej 20 proc. PKB.

Gwatemala posiada niewielkie złoża ropy naftowej, a ostatnie badania pokazały, że jej obszar jest bogaty w surowce mineralne, których pozyskanie w przyszłości może okazać się kluczowe dla gospodarki. Obecnie wydobywa się tutaj nikiel, antymon, złoto, srebro, ołów, miedź, żelazo, wolfram i jadeit, co przekłada się zaledwie na 3 proc. PKB.

Nauka języka u podnóża wulkanu

W tym kraju warto również podszkolić swój hiszpański nie tylko podczas zakupów na targu, ale i w prawdziwej szkole językowej. W tym właśnie celu przyjeżdżają w te strony ludzie z całego świata, którzy zaczynają naukę od zera, aby osiągnąć poziom pozwalający im później na swobodne podróżowanie po terytoriach hiszpańskojęzycznych. Wiele takich placówek edukacyjnych znajduje się w przepięknym kolonialnym mieście Antigua (Antigua Guatemala), usytuowanym pomiędzy trzema wulkanami: Volcán de Agua (z hiszp. „Wulkan Wody”) – 3760 m n.p.m., Volcán de Fuego (z hiszp. „Wulkan Ognia”) – 3763 m n.p.m., Acatenango (3976 m n.p.m.). Prawdopodobnie są to najczęściej fotografowane wulkaniczne szczyty w Gwatemali. Nauka języka u podnóża dymiącego stożka stanowi dość niezwykłe doświadczenie, a w samej sennej Antigui można się przenieść w czasie o kilkaset lat wstecz. To najpopularniejsze wśród turystów gwatemalskie miasto założyli na początku XVI w. hiszpańscy konkwistadorzy. Mimo serii silnych trzęsień ziemi (terremotos de Santa Marta), które nawiedziły je w lipcu 1773 r., nadal zachował się w nim charakterystyczny układ ulic wytyczonych pod kątem prostym oraz ruiny wspaniałych świątyń, w tym kompleksu jezuitów, franciszkanów i klasztoru dominikanów – Convento de Santo Domingo (obecnie ich część przekształcono w ekskluzywny Hotel Muzeum Casa Santo Domingo), a także kilku ciekawych zabytków barokowych z XVI i XVII stulecia.

Ja swoją wizytę w tym środkowoamerykańskim kraju połączyłam z lekcjami hiszpańskiego i wolontariatem w ośrodku pomocy dla dzieci niepełnosprawnych i biednych. Był to idealny sposób na spędzenie wakacji, w trakcie których mogłam pomagać lokalnym mieszkańcom, poświęcając swój czas najmłodszym. Na co dzień mieszkałam i pracowałam u Gwatemalczyków, dzięki czemu szybko uczyłam się nowych słów i nawiązałam wspaniałe przyjaźnie. Moje miejsce pobytu stanowiła mała wioska nad majestatycznym jeziorem Atitlán, które podobnie jak niezmiernie klimatyczna Antigua leży u podnóża trzech niezwykłych wulkanów o nazwach Tolimán (3158 m n.p.m.), Atitlán (3537 m n.p.m.) oraz San Pedro (3020 m n.p.m.).

Niektóre z wulkanicznych szczytów można zdobyć podczas jednej z wypraw trekkingowych. Najpopularniejsza wśród turystów jest wciąż aktywna Pacaya, wznosząca się na wysokość 2552 m n.p.m. i znajdująca się ok. 30 km na południe od stolicy. Ostatnia jej erupcja nastąpiła w marcu 2014 r. i spowodowała opad dużych mas popiołu na miasta Gwatemala, Antigua i Escuintla. Wulkan ten wybucha nieustannie i każdy, kto dostanie się na jego wierzchołek, od razu poczuje silny odór siarki podobny do zapachu zgniłych jajek.

Czy jadą z nami kury?

Poruszanie się po gwatemalskich drogach potrafi podnieść poziom adrenaliny we krwi. Wystarczy wybrać najpopularniejszą i najtańszą metodę przemieszczania się po kraju, czyli przejażdżkę wiekowym amerykańskim autobusem szkolnym, zwanym chicken bus, która to nazwa oznacza mniej więcej tyle, że przewozi się nim absolutnie wszystko: od ludzi przez warzywa i artykuły spożywcze aż po zwierzęta domowe, takie jak kury czy kaczki. W trakcie jazdy kierowca włącza głośno muzykę albo pozwala wejść do środka lokalnemu grajkowi, który umila wszystkim podróż, za co potem każdy pasażer wrzuca mu po quetzalu (gwatemalska waluta) do kapelusza. Poza tym na trasie odbywa się również handel obwoźny, a sprzedawcy potrafią reklamować swoje produkty (np. pastę do zębów) w tak komiczny sposób, że zawsze ktoś je kupuje. Ze względu na takie rozrywki często można zapomnieć o swoim włożonym na dach bagażu, którego należy dobrze pilnować, aby nie dostał się w czyjeś ręce. Dlatego osobom ceniącym sobie komfort podróżowania polecam raczej usługi większego przewoźnika Pullmantur, oferującego bardzo wygodne autokary z rozsuwanymi siedzeniami i dodatkową przestrzenią na nogi oraz plecak, torbę lub walizkę.

Warto jednak chociaż raz zdecydować się na folklorystyczny kurs chicken busem i pojechać choćby na niecodzienny kolorowy targ w Chichicastenango, w skrócie określanym po prostu Chichi. To leżące na prawie 2 tys. m n.p.m. miasto stanowi najwspanialsze miejsce na zakupy w Ameryce Łacińskiej. Sprzedawcy przybywają do niego z całej Gwatemali noc wcześniej, aby rozstawić swoje towary w przenośnych budkach. Spotkamy tu przedstawicieli różnych majańskich grup językowych, takich jak Indianie Kicze (Quiché), Mam, Ixil, Kaqchikel. Tradycja targu w Chichi sięga czasów prehiszpańskich, kiedy uchodziło ono za największy ośrodek handlu na terenie państwa Majów. Dziś na stoiskach kupimy wszelkie gwatemalskie tekstylia, jedzenie, a nawet żywy towar, np. świnie. Inną niesamowitą atrakcją miasteczka jest ponad 400-letni Kościół św. Tomasza z Akwinu (Iglesia de Santo Tomás de Aquino), w którym palą się kadzidła i świeczki, a szamani wciąż odprawiają rytuały. Przy specjalnych okazjach w świątyni ofiarowuje się też zabitego kurczaka. Każdy z 18 stopni prowadzących do jej wnętrza reprezentuje jeden z 20-dniowych miesięcy z kalendarza Majów.

Tajemnicza stolica

W północnej części Gwatemali, w gęstej, soczyście zielonej selwie znajduje się najważniejsze stanowisko archeologiczne dla turystów pasjonujących się historią Ameryki sprzed konkwisty – ruiny miasta Tikal, które wchodzą w skład Parku Narodowego Tikal, wpisanego w 1979 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Ten ważny ośrodek zamieszkiwany przez Majów między IV w. p.n.e. a X w. n.e. jest obecnie nie tylko domem wielu rzadkich gatunków zwierząt (m.in. jaguarów, pum, jaguarundi czy ocelotów), ale także miejscem niezmiernie charakterystycznym, tajemniczym, wręcz magicznym.

Tikal było prawdopodobnie stolicą rozległego starożytnego państwa. Odkryte w XIX w. piramidy schodkowe (w sumie 6) są typowe dla architektury majańskiej. Najwyższa z nich mierzy 64 m, a jej wierzchołek wieńczą pozostałości Świątyni Dwugłowego Węża (Templo de la Serpiente Bicéfala). Wdrapanie się na szczyt takiej konstrukcji po bardzo stromych schodach stanowi przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Turyści zazwyczaj decydują się na oglądanie stąd urzekającego wschodu lub zachodu słońca, które widziane z wysokości majestatycznej budowli zapierają dech w piersiach. Należy jednak pamiętać, żeby podczas wchodzenia i schodzenia niezwykle uważać. Zdecydowanie każda technika będzie w tym przypadku dobra, nawet poruszanie się na czworaka, byleby nie stracić równowagi i nie potknąć się o strome krawędzie stopni. Takie upadki – niestety – zazwyczaj kończą się śmiercią lub dużym uszczerbkiem na zdrowiu. Na terenie Parku Narodowego Tikal na uwagę zasługują również liczne stele z wizerunkami władców oraz ruiny pałaców. Jeden z nich pełnił funkcję obserwatorium astronomicznego, bowiem Majowie posiadali znaczną wiedzę z dziedziny astronomii, o czym świadczy m.in. ich słynny kalendarz.

Noc w bambusowej chatce

Rolę bazy wypadowej do Tikal odgrywa ciekawe miasto Flores (choć o cenach dość wygórowanych jak na Gwatemalę), oddalone od stanowiska archeologicznego zaledwie o 65 km. Jego urokliwe historyczne centrum położone jest na wyspie o tej samej nazwie (Isla de Flores) na jeziorze Petén Itzá. Pełno w nim czarujących uliczek, małych sklepów, hoteli i restauracji, a wszystko to w rozmiarze mini, gdyż cały ten niewielki skrawek lądu można przejść dookoła w co najwyżej 15 min. Niegdyś miejscowość nazywała się Tayasal i to jej mieszkańcom konkwistador Pedro de Alvarado (1485–1541) podarował konia hiszpańskiego, którego czcili jako boga. Hiszpanom nie udało się nawrócić Majów na chrześcijaństwo, dlatego zniszczyli osadę pod koniec XVII w. i do XVIII stulecia miejsce było opuszczone. Obecna nazwa Flores pochodzi nie od kwiatów (hiszp. flores), ale od nazwiska pierwszego bojownika o niepodległość Gwatemali – Cirila Floresa (1779–1826).

               
Niesamowity punkt na podróżniczej mapie kraju stanowi rejon miasta Cobán bogaty w wyjątkową faunę i florę, liczne jeziora, wodospady oraz gęsty las deszczowy. Założony przez dominikanów w I połowie XVI w. ośrodek funkcjonuje dzisiaj jako ważne centrum uprawy kawy i kardamonu. Wielbiciele orchidei powinni odwiedzić Vivero Verapaz, gdzie hoduje się ponad 650 gatunków tych przepięknych roślin, w tym odmianę Monja Blanca („Biała Mniszka”) uznaną w 1934 r. za kwiat narodowy w ojczyźnie Gwatemalczyków. Aby uchronić przed wyginięciem inny symbol Gwatemali – kwezala herbowego – utworzono natomiast Biotop Kwezala (Biotopo del Quetzal). Osoby, które lubią wstawać rano, mogą udać się na spacer po tej wspaniałej krainie, żeby o wczesnym poranku obserwować te barwne ptaki latające nad głowami oraz podziwiać miejscową roślinność: paprocie, bromelie, orchidee i lasy świerkowe.

 

 

Semuc_Champey.jpg

Naturalne baseny Semuc Champey powstałe w wapiennych skałach

©INSTITUTO GUATEMALTECO DE TURISMO (INGUAT)


Niedaleko stąd turyści wybierają się spędzić noc lub dwie w samym środku selwy. Śpi się tu w hamakach pod gołym niebem lub w bambusowych domkach bez drzwi i prądu. Otaczają nas odgłosy dzikiej przyrody, szum wody i zapach świeczki – jedynego źródła światła. To wyjątkowe i niezapomniane przeżycie. Okolice miasteczka Lanquín słyną również z niezwykłych formacji skalnych utworzonych w wyniku działania wody i minerałów. Tak właśnie powstały zapierające dech w piersiach baseny Semuc Champey. Ten gwatemalski pomnik natury (Monumento Natural) wygląda jak fontanna złożona z olbrzymich platform. Tak naprawdę to magiczny wodospad, pod którym płynie rzeka Cahabón. Woda wydostaje się tutaj na powierzchnię przez liczne dziury w skałach wapiennych. Pobliskie wspaniałe Jaskinie Lanquín (Grutas de Lanquín) są jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju.

 

Artykuły wybrane losowo

Droga do tajskiego raju

DAWID ZASTROŻNY


Ulotka na lotnisku, przewodnik w plecaku, film na ekranie pokładowego monitora: zanim nasze stopy dotkną tajskiej ziemi, sądzimy, że wiemy, czego się spodziewać. Znamy już uśmiech Leżącego Buddy ze świątyni Wat Pho, naszą wyobraźnię rozpala złoto Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku. Nowoczesny terminal lotniska w stolicy Tajlandii jest przyjaźnie rozplanowany i wiemy dokąd iść. Nie jesteśmy tylko przygotowani na to, co czeka na nas na zewnątrz.

Bangkok pędzi, a pierwsze spotkanie z nim jest niczym czołowe zderzenie. Tajska metropolia domaga się uwagi powodzią neonów, których znaczenia nie pojmujemy. Wszystko, co na pierwszy rzut oka wydaje się znajome, wcale takie nie jest. Warto więc zostać tu kilka dni, żeby się oswoić i bez pośpiechu chłonąć energię tego ogromnego miasta.

Więcej…

Pasjonująca Dominikana

 

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Nowożytna historia Republiki Dominikańskiej (Dominikany), znanej dziś jako „raj Karaibów”, zaczyna się 5 grudnia 1492 r., kiedy Krzysztof Kolumb odkrył wyspę La Española (po angielsku Hispaniola, po polsku Haiti). Ujrzawszy ją, miał stwierdzić, że „jest to najpiękniejsze miejsce, jakie ludzkie oko widziało”. To właśnie tutaj rozpoczęła się kolonizacja Ameryki przez Europejczyków. Na tej ziemi Bartłomiej Kolumb, brat Krzysztofa, założył w 1496 r., na wschodnim brzegu rzeki Ozama, Santo Domingo – pierwsze europejskie miasto w Nowym Świecie, obecną stolicę Dominikany. Wznoszą się tu m.in. najstarsza katedra, uniwersytet, klasztor i zamek w Ameryce. Turyści mogą je dzisiaj podziwiać w Ciudad Colonial (Kolonialnym Mieście), historycznym centrum dominikańskiej metropolii, wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To stąd wyruszano niegdyś na podbój Nowego Świata. Warto poznać bliżej to wyspiarskie państwo, a poczujemy wówczas z pewnością wszechobecną tutaj karaibską atmosferę luzu, relaksu, dobrej zabawy i zadowolenia z życia oraz odkryjemy pasjonującą historię Republiki Dominikańskiej.

Więcej…

Niezwykłe piękno Panamy

 

Filip Werstler

 

Sielski archipelag Bocas del Toro położony na Morzu Karaibskim

14991055 1200368353389294 7969613924783795900 o

© AZULPARADISE.COM/BOCASDELTORO.COM

 

Od zawsze chciałem odwiedzić Amerykę Środkową, a najbardziej Karaiby. Taka podróż z Polski to wciąż niezbyt łatwa wyprawa. Dlatego gdy pojawiła się korzystna oferta lotów do Panamy, nie wahałem się długo. Ten kraj już w trakcie przeglądania relacji internetowych wystarczająco mnie zainteresował. Miałem ochotę na własne oczy zobaczyć wielkie drapacze chmur jego stolicy i piękne bezludne wyspy na Morzu Karaibskim. Jednak to, co ujrzałem i przeżyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

 

Panama jest obecnie jednym z najszybciej rozwijających się państw Ameryki Łacińskiej. W ciągu ostatnich 16 lat zmieniła się nie do poznania, głównie dzięki dochodom płynącym z administrowania Kanału Panamskiego (od 31 grudnia 1999 r.), wpływom ze Strefy Wolnego Handlu Colón (Zona Libre de Colón – druga największa strefa wolnocłowa na naszym globie po Hongkongu) i funkcjonowania stołecznego międzynarodowego centrum bankowego (uważanego również za drugie w skali światowej pod względem wielkości, zaraz po Zurychu). Ma to swoje odbicie także w turystyce, która z roku na rok staje się coraz ważniejszym elementem gospodarki tego niewielkiego kraju (o powierzchni ponad 74 tys. km²) leżącego między Kostaryką a Kolumbią.

 

Ameryka Południowa i Środkowa to – z wyjątkiem niektórych państw wyspiarskich położonych na Morzu Karaibskim, jak Jamajka, Kuba czy Republika Dominikańska, do których latają bezpośrednio samoloty czarterowe z Polski – rejony wciąż nie tak łatwo dostępne dla turystów znad Wisły. Panama, ale też Nikaragua, Kostaryka, Gwatemala, Honduras, Salwador czy inne kraje tej części globu nadal stanowią dla większości Polaków pewną zagadkę. W te strony najczęściej dolecimy z przesiadką w Madrycie (liniami Iberia) lub USA. O ile w tym pierwszym przypadku nie musimy starać się o żadne dodatkowe dokumenty, o tyle zmienianie samolotu na lotnisku w Stanach Zjednoczonych wymaga już posiadania ważnej wizy tranzytowej, co jest niejakim utrudnieniem. Na ogół polskim podróżnikom najłatwiej wyprawić się do kontynentalnej części Ameryki Środkowej z Hiszpanii, skąd dotrą bez żadnych przesiadek do Gwatemali, Salwadoru oraz Kostaryki i Panamy. Te dwa ostatnie państwa są zresztą zdecydowanie najlepiej połączone z Europą. Do kostarykańskiej stolicy dostaniemy się przez cały rok nie tylko z Madrytu, ale także z Frankfurtu nad Menem (Condor) czy Londynu (British Airways). Jeszcze większy wybór mamy obecnie w przypadku panamskiej metropolii. Dolecimy do niej bezpośrednio właśnie z Madrytu oraz Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Paryża (Air France), Amsterdamu (KLM) i Stambułu (Turkish Airlines).

 

Jeżeli chodzi o mnie, to kupiłem bilet do Panamy z Barcelony z międzylądowaniem w hiszpańskiej stolicy. W sumie przesiadałem się dwa razy, bo na Półwysep Iberyjski dotarłem samolotem tanich linii Ryanair z Portu Lotniczego Warszawa-Modlin w Nowym Dworze Mazowieckim. Lot z Madrytu nie najnowszym airbusem trwał ok. 11 godz. i nie należał do ciężkich. Podstawowe udogodnienia w klasie ekonomicznej pozwoliły nam przetrwać podróż w znośnych warunkach. Po wylądowaniu i dopełnieniu formalności administracyjnych udaliśmy się na postój taksówek przy Międzynarodowym Lotnisku Tocumen usytuowanym ok. 25 km od panamskiej metropolii.

 

Casco Antiguo (Casco Viejo) – historyczna dzielnica panamskiej stolicy

Casco Antiguo 2

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

 

Latynoski Nowy Jork

 

 Stolica kraju – Panama (Ciudad de Panamá) – zachwyciła nas od samego początku naszej wizyty. Dzielnica finansowa (distrito financiero) imponuje wysokimi wieżowcami, których są tu dziesiątki. Potężne galerie handlowe, drapacze chmur i ekskluzywne samochody wypełniają miasto ludzi z latynoskim temperamentem. Ważnym miejscem w tym rejonie jest Cinta Costera, ok. 7-kilometrowa promenada biegnąca wzdłuż wybrzeża. Można na niej spotkać panamczyków, którzy biegają lub ćwiczą w siłowniach pod gołym niebem. Jogging stanowi tutaj jedną z najpopularniejszych aktywności, uprawia go naprawdę wiele osób.

 

Z tej chętnie odwiedzanej promenady szybko dotrzemy do historycznego centrum stolicy – Casco Viejo (Casco Antiguo). Należy pamiętać, żeby raczej nie zwiedzać jego zaułków po zmroku, jeśli nie towarzyszą nam miejscowi. Ta część miasta bardziej przypomina Kubę niż Stany Zjednoczone. Wśród kolorowych, choć dość często odrapanych, kamienic i małych sklepików stojących przy wąskich uliczkach unosi się atmosfera latynoskiego świata. Mimo iż coraz więcej budynków zostało świeżo odnowionych, Casco Viejo nie straciło swojego klimatu. Możemy tu spróbować innych przysmaków niż w modnych restauracjach i poznać bliżej codzienną twarz Panamy, odmienną od jej biznesowego oblicza. Nie znajdziemy w tym rejonie zbyt wielu punktów informacji turystycznej (przyznaję, że nawet ich nie szukałem), ale nie jest on duży i zwiedzimy go w ciągu 2–3 godz. Wystarczy, że ruszymy przed siebie.

 

Kolejne miejsce warte odwiedzenia stanowi Calzada de Amador. Wzdłuż tej drogi łączącej ze stałym lądem mały archipelag czterech wysp na Pacyfiku (Naos, Perico, Culebra i Flamenco) biegnie krótka, bo ledwie kilkukilometrowa, trasa rowerowa, z której rozpościerają się wspaniałe widoki zarówno na nową część Panamy, jak i południowe wejście do Kanału Panamskiego oraz oczekujące na przeprawę różnej wielkości statki. Wypożyczenie roweru kosztuje kilka dolarów amerykańskich (USD), a sama wycieczka razem z postojem na robienie zdjęć i podziwianie okolicy zajmuje ok. 1,5–2 godz.

 

 

Dzieło inżynierii wodnej

 

Podczas 6-dniowego pobytu w stolicy wybrałem się również – oczywiście – nad Kanał Panamski. Obok Kanału Sueskiego to jedna z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Dzięki tej ogromnej inwestycji znacząco skróciły się trasy rejsów statków pływających między Atlantykiem (Morzem Karaibskim) a Pacyfikiem. Wpływy z obsługi przeprawy stanowią główną siłę napędową gospodarki kraju. Jednak ten wyjątkowy wytwór inżynierii wodnej warto zobaczyć też z innych powodów.

 

Na miejsce dojedziemy transportem publicznym (za 1 dolara) lub taksówką (ok. 10–20 dolarów). My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Zapłaciliśmy przy wysiadaniu i prowadzeni przez drogowskazy skierowaliśmy się do wejścia na teren centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores). Po drodze dostrzegliśmy znak ostrzegający nas o pojawiających się w okolicy krokodylach, więc postanowiliśmy przyspieszyć kroku.

 

Po kupieniu biletów (15 dolarów od osoby dorosłej) i wejściu do budynku udaliśmy się po schodach na pierwsze piętro, gdzie niczym na stadionie znajdują się trybuny, a spiker na bieżąco komentuje to, co się dzieje. Wielkie tankowce i kontenerowce czekały w oddali. Kolejne wpływały do śluz Miraflores (las esclusas de Miraflores). Choć cała procedura trwa nieco ponad 30 min. (tak przynajmniej było przed powiększeniem Kanału Panamskiego, które zakończono oficjalnie 26 czerwca 2016 r.), jej przebieg wygląda imponująco. Cztery silniki, każdy wielkości ciężarówki, przesuwają się po specjalnych szynach. Do nich przyczepione są liny zamocowane do kadłuba statku. Dopiero po odpowiednim naprężeniu tych lin jednostka może zostać przeprowadzona. Minimalna odległość między burtą a krawędzią śluzy wynosi… ok. 60 cm. Niesamowity wydaje się fakt, że ta technologia ma więcej niż 100 lat (oddano ją do użytku 15 sierpnia 1914 r.). Przez ponad półtorej godziny oglądaliśmy kolejne statki pokonujące kanał, napełnianie i opróżnianie śluz. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sprawność całego procesu. Przeprowadzenie przez nie tak znów szeroki korytarz z wodą (o odległości między brzegami wynoszącej 33,53 m, a po poszerzeniu w 2016 r. – 54,86 m) długich stalowych kolosów wyglądało na najprostszą rzecz na świecie. Takiego doświadczenia się nie zapomina.

 

Po tym spektaklu odwiedziliśmy pozostałe piętra budynku prezentującego w ciekawy sposób rozwiązania techniczne i dzieje panamskiej przeprawy. Można tutaj zapoznać się z informacjami na temat powstawania i modernizacji kanału oraz tego, kto przy nim pracował, a także jakie zwierzęta żyją w jego rejonie. W gablotach obejrzymy mnóstwo okazów owadów różnych gatunków. W centrum dla odwiedzających jest również coś dla młodszych turystów – symulator 3D pokonywania przeprawy. Użytkownik urządzenia wciela się w rolę kapitana masowca o maksymalnych dopuszczalnych dla kanału wymiarach. Panamax może mieć do 294,1 m długości, 32,3 m szerokości i 12 m zanurzenia, a tzw. Neo Panamax (od 26 czerwca 2016 r.) odpowiednio: 366, 49 i 15,2 m. Na ostatnim poziomie znajduje się taras widokowy, z którego jeszcze lepiej widać przepływające statki, choć nie usłyszymy na nim komentatora i nie skorzystamy z miejsc siedzących. Wizytę w Centro de Visitantes de Miraflores z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, ponieważ spodoba się tu zarówno dorosłym, jak i dzieciom.

 

Wodospad El Macho skryty wśród bujnej tropikalnej roślinności

El Chorro del Macho

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Górskie wędrówki

 

Po opuszczeniu Panamy odwiedziłem najpierw El Valle de Antón – małą miejscowość położoną ok. 125 km na południowy zachód od stolicy, w odległości 2 godz. jazdy busem. Dociera się do niej początkowo Autostradą Panamerykańską (Carretera Panamericana), a następnie drogami wiodącymi przez góry i doliny prowincji Coclé. Po szybkiej konsultacji w punkcie informacji turystycznej wybrałem się obejrzeć mniej więcej 35-metrowy wodospad El Macho (Chorro El Macho). Leży w prywatnym rezerwacie o tej samej nazwie (Refugio Ecológico del Chorro Macho). Wejście kosztuje 5 dolarów, a w granicach obszaru chronionego oprócz podziwiania malowniczej kaskady można obserwować kolibry i przyjrzeć się dokładniej bogatej florze tego specyficznego miejsca. W pobliżu znajduje się poza tym naturalny basen termalny, w którym wolno się kąpać. Bardzo polecam skorzystanie z tej okazji wszystkim oglądającym wodospad.

 

Dłuższą i wymagającą więcej wysiłku wyprawę stanowi zdobycie góry La India Dormida (Śpiąca Indianka – ok. 800–900 m n.p.m.). To jeden z najbardziej wyróżniających się punktów w okolicy. Jej nazwa pochodzi od charakterystycznego kształtu śpiącej Indianki, jaki tworzy linia grzbietu. Wejście na teren Pomnika Przyrody Wzgórze Gaital (Monumento Natural Cerro Gaital), na którym wznosi się ten szczyt, kosztowało mnie 3,5 dolara. Proponuję jednak wynająć lokalnego przewodnika lub skorzystać z tego typu usługi oferowanej przez miejscowych. Ja tego nie zrobiłem, co spowodowało, że dwa razy się zgubiłem i straciłem mniej więcej godzinę na błądzenie po lesie tropikalnym, choć mogło skończyć się o wiele gorzej.

 

Podejście pod górę jest bardzo strome i jeśli mamy dobrą kondycję, na szczycie będziemy już po 50 min. ciągłego marszu. Szlak prowadzi po zboczu porośniętym bujną roślinnością, w trakcie wędrówki mija się też strumień. Towarzyszą nam odgłosy ptaków. Obok wodospadu położonego przy ścieżce warto zrobić sobie przerwę na odpoczynek i podziwianie zarówno wstęgi spienionej wody malowniczo omywającej skały, jak i wąwozu. Podczas mojej wyprawy oglądałem piękne widoki i kolorowe kwiaty oraz spotykałem ciekawe zwierzęta. Natknąłem się także na tutejszych Indian. Jak wspomniałem, nie miałem przewodnika, a przecież poruszałem się po obcym terenie. W takiej sytuacji w Panamie przydaje się znajomość języka hiszpańskiego. Na szczęście, miejscowi pomogli mi i wyprowadzili mnie na szczyt.

 

Zdobycie góry La India Dormida było warte każdych pieniędzy, a moje wspomnienia zostaną ze mną na zawsze. Widok na Dolinę Antoniego (Valle de Antón) zapierał dech w piersiach. Malownicze zielone wzgórza zatrzymywały masy chmur, a słońce oświetlało wąwóz z przeciwnej strony. To jedno z najcudowniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. W dodatku moja wyprawa nie obyła się bez przygód, więc z pewnością jej nie zapomnę.

 

Wizyta nad pacyfikiem

 

W drodze na północny zachód kraju skręciłem nieco na południe i zatrzymałem się w jednej z miejscowości położonych na wybrzeżu Pacyfiku w prowincji Veraguas. Santa Catalina znajduje się w środku lasu tropikalnego. Dotarcie do niej ze stolicy zajęło mi niemal cały dzień drogi i wymagało dwóch przesiadek (w miastach Santiago de Veraguas i Soná). Podróż kosztowała mnie w sumie ok. 12 dolarów. Późnym popołudniem dojechałem w końcu do miejsca, w którym przyszło mi spędzić kolejne 3 dni.

 

Miejscowość zasługuje na zainteresowanie ze względu na panujące w jej okolicy świetne warunki do uprawiania sportów wodnych. Do pobliskiego Parku Narodowego Coiba (Parque Nacional Coiba) można wybrać się na nurkowanie. Spotyka się tu niezmiernie dużo gatunków zwierząt, w tym manty (diabły morskie), koryfeny (złote makrele), tuńczyki żółtopłetwe, rekiny wielorybie, żarłacze tygrysie czy nawet humbaki, orki, delfinki wysmukłe i butlonosy zwyczajne. Poza tym na malownicze wybrzeże w tym rejonie ściągają liczni surferzy, zarówno osoby początkujące, jak i zaawansowane. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, w niewielkiej Santa Catalinie znaczną grupę stanowią przybysze z całego świata. Według mnie to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

 

Pierwszego dnia wybrałem się na surfing. Za wypożyczenie deski musiałem zapłacić 10 dolarów, a za godzinę opieki instruktora w 3-osobowej grupie – 15 dolarów. Warunki były bardzo dobre i po chwili mogłem już cieszyć się ze swoich postępów. Wody Pacyfiku oblewają tutaj pustą plażę pokrytą czarnym piaskiem i ocienioną wysmukłymi palmami. Miłośnikom surfowania z pewnością to miejsce przypadnie do gustu. Po całym dniu spędzonym na falach warto obejrzeć zachód słońca. Przed godziną 18.00 udałem się na brzeg. Widok, jaki ujrzałem, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Złocista kula powoli chowała się za horyzontem i odbijała w lekko falującej powierzchni Oceanu Spokojnego. Był to najpiękniejszy zachód słońca, jaki widziałem w życiu. Po dniu pełnym fantastycznych przeżyć szybko poszedłem spać. Nazajutrz planowałem wziąć udział w nurkowaniu.

 

Wyprawę rozpoczęliśmy od zbiórki w bazie i omówienia trasy oraz innych szczegółów. Na pokładzie łodzi poza dwoma osobami z załogi i instruktorem znalazłem się ja, para ze Szwecji i jeden Niemiec. W takim składzie wypłynęliśmy w godzinny rejs na wyspę Coiba (ok. 500 km² powierzchni), będącą częścią wspomnianego parku narodowego.

 

Już na miejscu miał odbyć się trening przypominający podstawowe zasady nurkowania. W moim przypadku okazało się to bardzo przydatne. Sama wyspa i jej okolica wyglądały naprawdę urokliwie. Po kilkudziesięciu minutach przygotowań ruszyliśmy w stronę wyznaczonego punktu. W wodzie mogliśmy obserwować wiele ciekawych zwierząt, m.in. mureny czy manty. Nie był to natomiast dobry sezon na wytropienie rekinów wielorybich czy żarłaczy tygrysich. Po ponad 20 min. od zejścia na dno całkowicie zużyłem swój tlen i musiałem wracać na górę. Czułem pewien niedosyt, bo chciałem jednak zobaczyć więcej.

 

Powrót uprzyjemniła nam niezapowiedziana atrakcja. W pewnym momencie para ze Szwecji zauważyła, że asystują nam 3 delfiny! Co chwilę wyskakiwały z wody w odległości ok. 1 metra od łodzi. Widok był fantastyczny. Pierwszy raz widziałem te sympatyczne ssaki na wolności w ich naturalnym środowisku i nigdy tego nie zapomnę, nawet mimo utraty filmu wideo, który udało mi się wówczas nagrać. Niespodziewana przygoda stała się tematem naszych rozmów już do końca dnia. Po powrocie zjedliśmy kurczaka w sosie kokosowym i poszliśmy spać. Następnego dnia wyruszyłem w kierunku północno-zachodniego wybrzeża Panamy.

 

Nurkowanie w towarzystwie żółwi

 visitpanama 6252876118

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Raj odnaleziony

 

Cel mojej kolejnej wyprawy stanowił archipelag Bocas del Toro. Tworzy go kilkanaście większych wysp i ok. 250 wysepek, z których kilka pozostaje zamieszkanych. Najważniejszą wśród nich jest Isla Colón, czyli Wyspa Kolumba (o powierzchni ponad 61 km²), ze stolicą tutejszej prowincji Bocas del Toro noszącą tę samą nazwę, co cały region administracyjny. Miasto liczy w przybliżeniu 8 tys. mieszkańców. Aby dostać się na archipelag, najpierw musimy dojechać do miejscowości Almirante, gdzie należy skorzystać z taksówki wodnej, zabierającej średnio 7–9 osób (za taki kurs zapłacimy 7 dolarów od osoby w jedną stronę, podróż trwa mniej więcej 45 min.). Możemy tu też dolecieć w godzinę samolotem linii Air Panamá z lotniska Albrook w Ciudad de Panamá (koszt biletu powrotnego to ok. 250 dolarów).

 

Na północno-zachodnim brzegu Isla Colón leży Boca del Drago. Ta niewielka osada (a właściwie skupisko kilku domów) przypomina prawdziwy raj. Wśród kołyszących się przy uroczej plaży palm panuje błoga cisza. Nie ma tutaj sklepów, chińskich zabawek i przepełnionych koszów na śmieci. Jest za to dużo hamaków zamocowanych między drzewami. Po prostu wiszą i czekają na chętnych, dostępne bez żadnej opłaty. Nikt nie kładzie na nich swojego ręcznika z samego rana, żeby je zająć. Hamaków wystarczy dla wszystkich. Przystanek autobusowy stanowi palma. Wokół niej zakręca bus, który nas przywiózł. W osadzie znajdują się tylko dwa hostele oraz klimatyczne chatki do wynajęcia (cabañas), a także działają restauracje z wyśmienitymi daniami, typowymi dla kuchni karaibskiej. Wciąż mało kto wie o tym miejscu i chyba lepiej, aby tak zostało.

 

W pobliżu położona jest jedna z największych atrakcji wyspy – Playa de las Estrellas (Playa Estrella),czyli plaża, przy której możemy spotkać cudowne rozgwiazdy. Turyści zazwyczaj wolą nocować w Bocas del Toro, a w tę okolicę wybierają się z wycieczką zorganizowaną, co kosztuje ok. 20–30 dolarów. Za przejazd busem zapłacimy 5 dolarów. Przechadzki przepiękną plażą prowadzącą do Playa de las Estrellas nie da się wycenić. Uważam, że to przeżycie wyjątkowo wartościowe.

 

W Boca del Drago spędziłem 3 dni, w tym Wigilię i pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Codziennie szedłem na plażę i ładowałem baterie, leżałem na hamaku i czytałem. W okolicy jedynym miejscem przystosowanym do ruchu turystycznego jest Playa de las Estrellas, ale i ona nie utraciła z tego powodu swojego dziewiczego uroku. Owszem, można tu znaleźć białe plastikowe leżaki, drogie restauracje (zazwyczaj zbudowane z drewna) i reklamy popularnych napojów, a z głośników rozbrzmiewa radosna muzyka reggae. Ja traktowałem jednak to zestawienie jako swoisty klimat tego zakątka. Boca del Drago stanowi prawdziwą oazę spokoju, zachwyci osoby chcące zrelaksować się przez kilka dni w ciszy i z dala od tłumów. Odcięciu od świata sprzyjają nawet przerwy w dostawach energii elektrycznej – z prądu korzysta się tylko przez mniej więcej 5 godz. dziennie, między 18.00 a 23.00, przynajmniej w hostelach, w których nocowałem. A jeśli zatęsknimy za widokiem ludzi, wystarczy, że wybierzemy się wraz z innymi na plażę na podziwianie rozgwiazd.

 

Atrakcje archipelagu

 

Na Isla Colón warto odwiedzić również wspomnianą stolicę prowincji. W Bocas del Toro możemy dobrze zjeść w ciągu dnia i poimprezować w nocy. Tutejsze bary, puby i dyskoteki są otwarte do białego rana. Nie musimy się w nich obawiać o swoje bezpieczeństwo. Oprócz tego jeśli nie będziemy zapuszczać się poza główne ulice i spacerować samotnie, z pewnością nic się nam nie stanie. Po zapadnięciu zmierzchu turyści często wyruszają na pobliską długą i zalesioną wysepkę Carenero (Isla Carenero, 0,94 km² powierzchni). Krótki rejs łodzią, która kursuje bez przerwy, kosztuje 1 dolara. Tu także czeka na nas dobra zabawa. W lokalach gra się lokalną muzykę lub hity popularne w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

 

Po nocnych szaleństwach warto udać się na 7-kilometrową plażę Bluff (Playa Bluff). W jednej z tutejszych restauracji zamiast stolików natknęliśmy się na łóżka ustawione przy brzegu morza. Uznaliśmy to za wspaniały pomysł. Jeśli pójdziemy dalej wzdłuż plaży, trafimy na miejsce oblegane przez surferów ze względu na niesamowite fale, wysokie na 2–4 m.

 

Na wyspie polecam zajrzeć też do prywatnego Ogrodu Botanicznego Finca Los Monos. Dzięki takiej wizycie poznamy bogatą florę i faunę tego regionu. Osoby spacerujące alejkami otacza prawdziwa feeria barw i niezliczone ilości egzotycznych kwiatów, a nad ich głowami lata mnóstwo małych kolibrów.

 

Na północ od Isla Colón znajduje się Isla Pájaros – Wyspa Ptaków. To raczej grupa połączonych skał wystających z Morza Karaibskiego pokrytych bujną roślinnością. Prezentuje się jednak niezmiernie malowniczo. Ten cud natury cieszy się dość dużym zainteresowaniem wśród turystów. Zdecydowanie warto go zobaczyć na własne oczy.

 

Innym popularnym miejscem są bezludne Cayos Zapatilla – dwie małe wysepki (0,48 km² powierzchni) oddalone o ok. 50 min. rejsu łodzią od stolicy prowincji. Na wyprawę na nie należy zarezerwować sobie co najmniej pół dnia. Za taką wycieczkę bezpośrednio u właściciela łodzi zapłaciliśmy 10 dolarów za osobę, podczas gdy lokalne agencje turystyczne oferowały ją za 30–40 dolarów. Abyśmy mogli odbić od brzegu, musi zebrać się odpowiedniej wielkości grupa chętnych (przynajmniej 8–9 osób). W drodze powrotnej warto zatrzymać się w Morskim Parku Narodowym Wyspy Bastimentos (Parque Nacional Marino Isla Bastimentos), gdzie w trakcie snorkelingu przyjrzymy się licznym mieszkańcom podwodnego świata. Tego rodzaju rejs zazwyczaj zapewnia każdy właściciel łodzi, a w opłatę wliczony jest również sprzęt do nurkowania powierzchniowego.

 

Podróże po kraju

 

Na koniec chciałbym jeszcze krótko opisać sposoby przemieszczania się między różnymi punktami na mapie kraju. Samoloty z Europy (Frankfurtu nad Menem, Madrytu, Paryża, Amsterdamu i Stambułu) lądują na Międzynarodowym Lotnisku Tocumen (Aeropuerto Internacional de Tocumen), skąd do centrum panamskiej stolicy można dojechać taksówką, zwykły autobusem albo kolorowym chicken busem. Oczywiście, w tym pierwszym przypadku należy negocjować cenę. Po Panamie najlepiej podróżować samochodem bądź środkami autobusowego transportu zbiorowego. W kraju działa także kolej (Ferrocarril de Panamá), łącząca Atlantyk z Pacyfikiem, ale z niej nie korzystałem, bo nie było takiej potrzeby. W stolicy poruszałem się taksówkami lub komunikacją miejską, która funkcjonuje bardzo dobrze, zwłaszcza w części biznesowej i turystycznej. Cały system transportu publicznego jest zintegrowany. Podobnie jak w wielu dużych miastach na świecie, musimy kupić plastikową kartę i wpłacić na nią określoną sumę pieniędzy, które później wydajemy na przejazdy autobusami i metrem (odczytu dokonuje się przy wejściu). Główny stołeczny terminal autobusowy znajduje się przy modnym centrum handlowym Albrook Mall – Gran Terminal Nacional de Transporte de Panamá. Stąd dojedziemy do niemal każdego zakątka w Panamie, włącznie z Bocas del Toro. Oczywiście, po drodze czasem będą konieczne przesiadki (np. do Santa Catalina).

 

Do części rejonów można również dolecieć. Samolotem dostaniemy się np. do Bocas del Toro, choć ten środek transportu wybierają jednak nieliczni z uwagi na dość duży koszt biletu. Krajowe linie lotnicze Air Panamá oferują obecnie połączenia do siedemnastu miejsc leżących w panamskich granicach oraz do San José (stolicy Kostaryki) i dwóch miast w Kolumbii (Armenii i Medellín). Trzeba pamiętać, że niektóre loty są sezonowe. Jeśli nasz budżet na tym zbytnio nie ucierpi, warto skorzystać z usług tego przewoźnika, bo podróżowanie samolotem to z pewnością najwygodniejszy i najszybszy sposób poruszania się po Panamie. Połączeń oferowanych ze stolicy przez Air Panamá nie obsługuje jednak Międzynarodowe Lotnisko Tocumen, ale Międzynarodowy Port Lotniczy Marcosa A. Gelaberta (Aeropuerto Internacional Marcos A. Gelabert) położony przy Albrook Mall.

 

Ta część Ameryki Centralnej wciąż pozostaje dla Polaków ziemią nieznaną. Większość z nich niewiele wie o jej historii i mieszkańcach. Dlatego wyprawa do Panamy ma w sobie coś z odkrywania Nowego Świata. Ten kraj potrafi zachwycić swoim pięknem i nadal można w nim znaleźć prawdziwie rajskie zakątki. Kto zdecyduje się go odwiedzić, przeżyje fascynującą przygodę, której nigdy nie zapomni.