fot_11.jpg

Błękitno-turkusowa fasada budynku w nekropolii Szach-i Zinda

© SŁAWEK JANAS/ODPRAWIENI.PL


Sławomir Janas

Magdalena Oczkowska-Janas

 www.odprawieni.pl

 

Bajkowe krajobrazy, egzotyczny klimat, miasta spowite błękitem, atmosfera jak z „Baśni tysiąca i jednej nocy”, a do tego najsłodsze arbuzy i melony pod słońcem – tak wyobrażaliśmy sobie Uzbekistan, zanim go odwiedziliśmy. Te przewidywania w większości się sprawdziły, ale dziś możemy powiedzieć, że przed wyjazdem nasz obraz tego serca Azji Środkowej był niepełny. Trudno przecież tak naprawdę poznać jakiś region bez ruszania się z domu. Zapraszamy więc do zapoznania się z naszymi doświadczeniami z podróży do tej wyjątkowej azjatyckiej republiki.


Najprzyjemniejszą porą na wizytę w tym kraju będzie polski sezon wiosenny (kwiecień–maj). Temperatury utrzymują się wtedy w granicach 20–25°C, co zdecydowanie ułatwia zwiedzanie. W lipcu i sierpniu na termometrze często pojawia się ponad 40°C. Wówczas nawet najwytrwalsi i uwielbiający upały turyści są zmuszeni zostać w hotelu między godziną 12.00 a 16.00. Uzbecka baza noclegowa jest dobrze rozwinięta. Rezerwacji pokojów można bez problemu dokonać przez internet. Zazwyczaj korzystając z tego sposobu, zapłacimy więcej niż w przypadku organizowania zakwaterowania już na miejscu lub za pośrednictwem wyspecjalizowanych biur podróży. Małe, rodzinne pensjonaty oferują przyzwoite warunki w cenach o wiele niższych od dużych obiektów hotelowych.

Uzbekistan warto polecić przede wszystkim osobom lubiącym egzotykę, prażące słońce, przyjaznych ludzi, imponującą architekturę, stare, klimatyczne miasta i baraninę. Podczas wojaży po tym kraju na pewno nie zabraknie też przygód i śmiechu z mnóstwa absurdalnych sytuacji, które czekają tu na nas na każdym kroku.

W krainie absurdów

Być może niektórymi doświadczeniami z wizyty w tych stronach nie powinniśmy się dzielić, aby nie psuć zabawy czytelnikom. Nie będzie to jednak takie proste, bo oprócz wspomnień o turkusowych, spalonych słońcem architektonicznych perełkach czy też przejmującej ciszy okolic Jeziora Aralskiego, niemal za każdym razem uśmiech na naszych twarzach wywołują również zupełnie innego rodzaju przeżycia. Uzbekistan jest egzotyczny nie tylko ze względu na kulturę bądź położenie, lecz także z powodu mnóstwa często nielogicznych, śmiesznych i trudnych do zrozumienia przepisów lub obyczajów, z którymi przychodzi się mierzyć przyjezdnym. Ich genezy należy szukać zarówno w historii państwa, jak i w ludzkich charakterach, ponieważ tutaj, podobnie do całej Azji Środkowej, radziecka ideologia i islamski mistycyzm łączą się z orientalną kulturą. Dlatego słowo „egzotyka” nabiera w tych warunkach nowego znaczenia.

Wyobraźmy sobie kraj o populacji ponad 30 mln osób, w którym niemal wszędzie ludzie jeżdżą samochodami jednej marki – w tym przypadku Daewoo. Już po przekroczeniu uzbeckiej granicy zauważamy, że na ulicach praktycznie nie ma innych aut. Wszędzie widzimy matizy, nubiry, nexie, a wszystkie rodzimej produkcji. Oprócz nich dostrzegamy też całkiem sporo chevroletów, wypuszczanych również przez fabrykę Daewoo. Od razu nasuwa się pytanie o przyczyny takiej sytuacji. Odpowiedź jest prosta: w latach 90. XX w., aby rozwijać krajową gospodarkę i ułatwić marce zdobycie rynku, nałożono bardzo wysokie cło na samochody sprowadzane z zagranicy. W wyniku tego import aut stał się zupełnie nieopłacalny i uchodzi za przywilej ludzi naprawdę bogatych. Jedynie w Taszkencie czasem, choć niezmiernie rzadko, rzuca nam się w oczy jakiś mercedes czy honda. Poza stolicą próżno szukać jakiegokolwiek urozmaicenia. Co ciekawe, prezydent państwa Islom Karimov podobno jeździ… właśnie mercedesem.

Uzbekistan, z racji swojego położenia w głębi rozległego kontynentu azjatyckiego, znajduje się w strefie klimatu umiarkowanego kontynentalnego o ciepłej i suchej odmianie, charakteryzującego się niewielkimi opadami. Takie warunki nie wydają się zbyt korzystne do uprawy bawełny i ryżu. Warto zaznaczyć, że do wyhodowania 1 kg tej pierwszej (z którego wytwarza się tkaninę na 2 pary spodni) potrzeba 29 tys. l wody! Nie przeszkadzało to władzom radzieckim założyć na znacznej części terytorium kraju pól tej rośliny. Nawadnia je rozbudowana sieć kanałów irygacyjnych połączonych z rzekami Amu-darią i Syr-darią. Jedną rzecz jednak wielcy planiści ZSRR w tym przypadku zignorowali. Ta metoda powoduje wysychanie Jeziora Aralskiego (zasilanego przez te rzeki), którego powierzchnia od lat 60. XX w. zmniejszyła się o ok. 80 proc.

Podczas wizyty w Uzbekistanie warto nastawić się na zakupy. Ceny są przystępne, a różnorodność rękodzieła przyprawia o zawrót głowy. Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, mimo wszystko portfele możemy zostawić w domu, bowiem w tym kraju pieniądze nosi się w reklamówkach. Jeszcze do niedawna najwyższym nominałem było 1 tys. sumów (UZS), czyli ok. 1,40 zł. Łatwo sobie wyobrazić, jaką objętość zajmuje równowartość kilkuset dolarów amerykańskich w uzbeckiej walucie. Z tych oczywistych powodów trudno tu także znaleźć bankomaty. Tylko w Taszkencie ich sieć została jako tako rozbudowana, choć zastanawia nas, jak często należy je uzupełniać. Ze względu na to, że oficjalny państwowy kurs jest całkowicie nieopłacalny, popularny w Polsce w latach 90. XX w. zawód cinkciarza stał się w Uzbekistanie profesją ściśle związaną z turystyką. Ludzie się nią parający doskonale znają zapotrzebowanie rynku i zawsze pojawiają się nie wiadomo skąd tam, gdzie są potrzebni, czyli głównie na bazarach i w okolicach obiektów turystycznych.

Podobne spostrzeżenia można by mnożyć niemal w nieskończoność. Zapewne każdy turysta opuszczający ten kraj ma swoją osobistą listę absurdów, które wyjątkowo go zaskoczyły lub też wywołały zdziwienie pomieszane ze śmiechem i niezrozumieniem.

fot_6_Serdeczny_mieszkaniec_Buchary_-_fot_Sławek_Janas__odprawieni.jpg

Sympatyczny mieszkaniec Buchary

©SŁAWEK JANAS/ODPRAWIENI.PL



Dwa oblicza Samarkandy

DSC01320_a1.jpg

Samarkandzki plac Registan z trzema reprezentacyjnymi medresami

©MATEUSZ KNOL



Samarkanda to miasto o dwóch twarzach – takie zdanie przeczytamy prawie we wszystkich relacjach z tej stolicy wilajetu samarkandzkiego i w większości przewodników. Na pierwszy rzut oka stanowi prawdziwą perełkę. Popularne dzielnice są zadbane, czyste i wyjątkowo dopieszczone. Jedne z najstarszych w całej Azji Środkowej zabytki o turkusowych fasadach i kopułach znajdują się w doskonałym stanie. Perfekcyjny obraz uzupełniają wypielęgnowana roślinność, eleganckie sklepy z pamiątkami, szerokie ulice i kolorowe grające fontanny. Wszystko to wygląda spektakularnie, szczególnie gdy ma się świadomość, że Uzbekistan jest byłą republiką radziecką, a niepodległością cieszy się od niedawna, bo od 1991 r. Idealny wizerunek Samarkandy nie bierze się znikąd. Przy głównym deptaku na każdym kroku widać cały sztab ludzi dbających o perfekcyjny wygląd tego miasta: kobietę przycinającą źdźbła trawy nożycami, bo nieco wychodziły ponad krawężnik, mężczyzn myjących elewacje budynków gąbką itd. Ciągle ktoś coś tu sprząta, zamiata, naprawia i poprawia. Próżno szukać papierka na chodniku, już nie mówiąc o niedopałku papierosa. Jednak wystarczy wychylić nos za jedną z bram, które szczelnie oddzielają reprezentacyjny bulwar od części mieszkalnej i zboczyć ze świetnie oznaczonych tras turystycznych, aby ujrzeć drugie oblicze stolicy wilajetu samarkandzkiego. Składają się na nie skromne domy, bita droga, trochę porozrzucanych śmieci oraz uśmiechnięte dzieci kopiące piłkę i proszące turystów o bon-bona, czyli cukierka. W tej Samarkandzie tętni prawdziwe życie. Tutaj miejscowi uśmiechają się do obcokrajowców, chłopcy z piekarni zapraszają ich do spróbowania najlepszego tradycyjnego uzbeckiego chleba, kobiety wychodzą na spacery ze swoimi pociechami i czuć zapach gotującego się obiadu dochodzący z czyjejś kuchni.

To trzecie co do wielkości miasto Uzbekistanu (po Taszkencie i Namanganie) jest jednym z najstarszych wciąż zamieszkanych na świecie. Pierwsze wzmianki o nim sięgają IV w. p.n.e. Było wówczas znane jako Marakanda, stolica krainy Sogdiana. Zdobył ją w 329 r. p.n.e. Aleksander Wielki. Za panowania średniowiecznego władcy Tamerlana (Timura, 1336–1405), określanego mianem tyrana z duszą artysty, ośrodek stał się najwspanialszym pod względem architektury miejscem w całej Azji Środkowej. Dziś swoim rozmachem i przepychem dorównuje wielu światowym metropoliom. Imponująca liczba zabytków przyczyniła się do wpisania go w 2001 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.  

Nawet ci, którzy nie uważają się za miłośników sztuki, powinni zobaczyć chociaż te najbardziej znane samarkandzkie atrakcje, będące wspaniałymi wizytówkami miasta, takie jak plac Registan z trzema monumentalnymi medresami z XV i XVII w., największy i najpiękniejszy tutejszy Meczet Bibi Chanum, obecnie pełniący funkcję muzeum, nekropolia Szach-i Zinda nazywana „Aleją Mauzoleów” czy Gur-i Mir („Grób Króla”), czyli grobowiec Timura i jego potomków.

Oprócz podziwiania wspaniałej architektury koniecznie należy odwiedzić samarkandzki Bazar Siabski położony tuż obok Meczetu Bibi Chanum. Nawet gdy nie planujemy zakupów, warto pójść na niego przyjrzeć się codziennej krzątaninie miejscowych, spróbować lokalnych specjałów i nasycić się zapachami okazałych owoców. Charakterystycznymi dla Samarkandy przysmakami są domowej roboty słodkości sprzedawane przez gospodynie. Znajdziemy wśród nich czekolady, nugaty i ogromny wybór bakalii. Pamiętajmy również, że przy kupowaniu nie tyle można, co trzeba się targować, a bazar jest nieczynny w poniedziałki.

Tam, gdzie czas stoi w miejscu

W Bucharze czas zatrzymał się setki lat temu. Na własnej skórze da się w niej poczuć klimat średniowiecznego islamskiego miasta, pełnego starych medres, meczetów, mauzoleów, minaretów i innych zabytków, pomiędzy którymi toczy się normalne życie mieszkańców. W świątyniach modlą się ludzie, pomiędzy budowlami sprzed kilku stuleci przechadzają się kobiety z zakupami czy dzieci wracające ze szkoły. Niektóre zabytkowe obiekty przekształcono na sklepy lub zakłady usługowe. Buchara jest bardziej kameralna niż Samarkanda, posiada mniej monumentalną architekturę i choć swoim pięknem także przyciąga wielu turystów, można w niej odetchnąć od zgiełku. Ten spokój naruszają jedynie lekko nachalni sprzedawcy rozmaitych pamiątek, ale oni stanowią nieodłączną część ruchu turystycznego.

W mieście warto pospacerować labiryntem bocznych ulic odchodzących od tych głównych. Spotkamy tu serdecznych bucharczyków, którzy nierzadko potrafią zaprosić przyjezdnego na herbatę. Centrum wyznacza kompleks budowli Lab-i Hauz otaczający staw z fontanną, wokół którego szczególnie wieczorami zarówno turyści, jak i mieszkańcy odpoczywają od upału na ławkach i w restauracjach. Bucharę nazywa się żywym muzeum, więc zabytków w niej nie brakuje. Za jej wizytówkę uchodzi Poi Kalon – przepiękny zespół architektoniczny, na który składają się olbrzymi minaret i meczet Kalon oraz medresa Mir-i Arab. Do punktów obowiązkowych zalicza się również potężna Twierdza Ark z medresami, meczetami, minaretami, ruinami murów obronnych, salą koronacyjną i kilkoma muzeami.

Oaza poza światem

fot2_Cmentarzysko_statków_-_Mujnak.jpg

Cmentarzysko statków na obrzeżach niegdysiejszego portu Mujnak

©SŁAWEK JANAS/ODPRAWIENI.PL



Położona tuż przy granicy z Turkmenistanem Chiwa jest idealnym celem dla osób zafascynowanych klimatem Jedwabnego Szlaku. Nie dociera do niej zbyt wielu turystów, bo droga przez pustynię nie należy do łatwych, mimo to zdecydowanie warto zadać sobie ten trud. Miasto dzieli się na dwie części: nową Diszan Kala oraz starą, schowaną za X-wiecznymi murami Iczan Kala. To właśnie te labirynty uliczek, meczety, minarety, domy mieszkających w tym miejscu od pokoleń rodzin i idylliczny spokój sprawią, że zapomnicie tutaj o całym świecie. Wszystko oświetlają piekielnie gorące promienie pustynnego słońca. W Chiwie nie ma strefy turystycznej. Chcąc nie chcąc, każdy przenosi się w niej chociaż na chwilę w czasy podróży w karawanach i wyczuwa atmosferę oazy, w której można zaczerpnąć oddechu przed dalszą wędrówką. Historyczna część miasta stanowi stosunkowo nieduży obszar, lecz nawet wielokrotne spacery wśród jej zabudowań zawsze dostarczają coraz to innych wrażeń. Tu nie trzeba i nie należy się nigdzie spieszyć, wszystko znajduje się w zasięgu ręki. Centralnym punktem tego rejonu Chiwy jest deptak, wzdłuż którego zlokalizowane są stoiska z pamiątkami i restauracje. Oprócz kilku straganów z tandetą, które zdarzają się wszędzie, odkryjemy tutaj także takie z prawdziwymi dziełami sztuki tworzonymi tuż za rogiem w przydomowych warsztatach. Pracują w nich często całe pokolenia. Warto przyjrzeć się tym rzemieślnikom artystom, gdy misternie rzeźbią kolejne pionki szachów czy też wzory na meblach.

Nad miastem górują minarety meczetów Islam Chodża i Dżuma, z których rozpościerają się przepiękne widoki na okolicę i Mauzoleum Pahlawona Mahmuda. Doskonały punkt obserwacyjny stanowią również mury obronne. Turyści mogą na nie wchodzić po uiszczeniu drobnej opłaty. Koniecznie trzeba to uczynić o zachodzie słońca – panorama robi wtedy niesamowite wrażenie. Najbardziej charakterystyczną budowlą, widoczną niemal z każdego miejsca starej dzielnicy, jest minaret Kalta Minor z XIX w. Miał to być najwyższy tego typu obiekt w Azji Środkowej (o wysokości ponad 70 m), z którego dałoby się dostrzec całą drogę z Buchary do Chiwy. Jego budowę jednak nagle przerwano ze względu na śmierć głównego fundatora. W rezultacie wieża liczy sobie 29 m i swoim nietypowym kształtem przypomina olbrzymi pionek szachowy. Zdobią ją mieniące się w słońcu glazurowane płytki.

Smutny triumf ludzkiej ambicji

Wycieczka nad Jezioro Aralskie była najbardziej poruszającą częścią naszej wyprawy po Uzbekistanie. Tak naprawdę te 2 czy 3 dni podróży w sam środek pustkowia stały się żywą lekcją historii i uświadomiły nam, jak wielki wpływ na świat ma człowiek. Losy znikającego morza (jak nazywają je miejscowi) pokazują, jak ludzka ambicja potrafi doprowadzić do katastrofy ekologicznej. Pomysł uczynienia z krajów Azji Środkowej (Kazachstan, Uzbekistan i Turkmenistan) światowej potęgi w produkcji bawełny zdecydowanie zasługuje na miano szaleństwa. Ogromne pola przez dziesiątki lat nawadniano za pomocą wielokilometrowych kanałów irygacyjnych, pobierających wodę z rzek zasilających Jezioro Aralskie (Amu-darii i Syr-darii). Wskutek tego zaczęło ono wysychać i zmniejszać się w zastraszającym tempie. Od lat 60. XX w. do dziś jego powierzchnia zmalała o ok. 80 proc. Wioski rybackie i miasta, które żyły tylko i wyłącznie z rybołówstwa, opustoszały, bo z roku na rok brzeg znajdował się coraz dalej. Niegdyś leżący nad „Morzem Aralskim” kilkunastotysięczny Mujnak (Moʻynoq) to dziś wyludnione, smutne miejsce. Główny tutejszy pracodawca – fabryka konserw rybnych – wiele lat temu ogłosił upadłość. Wskutek osuszania jeziora zwiększało się mocno jego zasolenie, przez co wyginęły wszystkie zasiedlające je stworzenia.

Jeśli ktoś już dotarł do Uzbekistanu, to w planie zwiedzania powinien koniecznie uwzględnić 2–3-dniowy wyjazd do tego regionu (wyprawy wyruszają z miasta Nukus). Po odwiedzinach w prężnym niegdyś ośrodku przemysłu rybnego, jakim był do lat 80. XX w. Mujnak, oraz na słynnym cmentarzysku statków położonym na jego granicy polecamy pojechać dalej dawnym dnem akwenu w kilkudziesięciostopniowym upale, bowiem warto zobaczyć obecny brzeg wciąż wysychającego jeziora. Za jakiś czas „Morze Aralskie” może przecież zupełnie zniknąć. Kto chce je jeszcze zobaczyć, niech jak najszybciej wyrusza do pełnego atrakcji Uzbekistanu.

Trochę informacji praktycznych

Do przekroczenia uzbeckiej granicy potrzebne będą wiza i zaproszenie. Obecnie w Polsce wiele biur pośrednictwa załatwia za swoich klientów wszelkie formalności z nimi związane. Należy tylko przekazać im komplet dokumentów, czyli ważny co najmniej jeszcze 6 miesięcy paszport, zaświadczenie o zatrudnieniu lub studiowaniu oraz 2 zdjęcia. Procedurę wizową musimy rozpocząć przynajmniej miesiąc przed podróżą, bo cały proces trwa do kilku tygodni. Oczywiście, wszystkim możemy także zająć się samodzielnie.

Przy wjeździe do Uzbekistanu (na granicy albo lotnisku) wypełnia się w dwóch kopiach deklarację celną. Wpisujemy do niej ilość wwożonej waluty, cenne rzeczy (aparat, kamera), leki. Oddzielną jej część przeznaczono dla osób przyjeżdżających samochodem lub motocyklem. Formularz należy uzupełnić skrupulatnie, ale z zachowaniem zdrowego rozsądku. Warto również pamiętać, aby podać każdą walutę, którą mamy przy sobie (złotówki, dolary amerykańskie, sumy itd.)

W tym kraju turystów obejmuje obowiązek meldunkowy w miejscu zakwaterowania. Przepis ten nie jest już tak uciążliwy jak jeszcze kilka lat temu, bo formalności zazwyczaj dopełniają pracownicy hotelu. Trzeba jednak pamiętać, żeby po przybyciu do niego zapytać o to, czy obiekt noclegowy otrzymał uprawnienia do wystawienia meldunku, bowiem czasem zdarza się, że nie posiada on odpowiedniej licencji. Druki pokwitowania zameldowania w danym mieście należy skrupulatnie gromadzić.

Artykuły wybrane losowo

W kalejdoskopie Stanów Zjednoczonych

CTTC100318162748121.jpg

Golden Gate Bridge w San Francisco

©CALIFORNIA TRAVEL AND TOURISM COMMISSION/ANDREAS HUB

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

www.lucyna-lewandowska.pl

 

Od kilku stuleci ludzie przybywający do Ameryki przywożą ze sobą swoje wyobrażenia, nadzieje i marzenia. W dzisiejszych czasach Stany Zjednoczone są dodatkowo postrzegane przez pryzmat kadrów z licznych amerykańskich filmów. Z pamięci widzów wyłania się więc specyficzny obraz kraju, na który składają się drapacze chmur, przepaściste kaniony, neony kasyn i bezkresne drogi. 

Więcej…

DOMINIKANA TO STAN UMYSŁU

MARCIN WESOŁY

 

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

<< Raj to poniekąd rzecz względna – również w Republice Dominikańskiej. W tym malowniczym zakątku świata może być bajkowo tylko gdzieniegdzie – ale za to jak bardzo! Niebiańskie Karaiby to bardziej stan umysłu. Gdy człowiek napatrzy się na zjawiskowe pejzaże, posiedzi w cieniu palmy nad brzegiem lazurowej wody, zakosztuje tropikalnych specjałów, popije koktajli na bazie rumu, odwzajemni serdeczne uśmiechy Dominikańczyków, to zechce tutaj wracać jak najczęściej… Wizyta w tym karaibskim kraju pozostawia w duszy ślad na całe życie! >>

 

Republika Dominikańska, położona na wyspie La Española (znanej w Polsce jako Haiti) na Morzu Karaibskim, to popularny kierunek podróży szczególnie wśród tych turystów, którzy raz w roku (zimą) uciekają przed niesprzyjającą pogodą we własnym kraju. Językiem urzędowym jest hiszpański i mimo iż jego tutejsza odmiana nieco różni się od wersji z Półwyspu Iberyjskiego, nie stanowi to przeszkody w komunikacji (oczywiście, dla znających go osób). Poza tym sami Dominikańczycy są niezmiernie otwarci i towarzyscy, więc naprawdę trudno się z nimi nie dogadać.

Więcej…

Z czym kojarzy się Argentyna…?

opracował:

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Zapytaliśmy o to czterech wybranych ekspertów, którzy bardzo dobrze znają ten południowoamerykański kraj, ojczyznę wyśmienitego wina, empanadas (pysznych pierożków), najlepszych steków na świecie, orzeźwiającej yerba mate, magicznego tanga, słynnej Evity czy odważnych gauchos… Poniżej znajdują się ich krótkie wypowiedzi na ten temat.

 

TERESA GÓRECKA

PREZES BIURA TURYSTYKI ZNP LOGOSTOUR

Kiedy myślę czasami o Argentynie, niczym slajdy z podróży, przesuwają mi się przed oczami trzy skrajnie różne obrazy. Ich kolejność jest przypadkowa, zależy od nastroju chwili. Dla mnie, niezależnie od szerokości geograficznej, zawsze w centrum uwagi znajduje się człowiek. Jeśli więc myślę o Argentyńczykach, widzę gauchos, czyli kowbojów z bezkresnej pampy. Chociaż obecnie częściej popisują się oni zręcznością w siodle przed turystami, a nie przy wypasie koni czy bydła, to trudno nie podziwiać ich, gdy w pełnym galopie, podczas zawodów corrida de sortija, trafiają w mały, zawieszony nad głową pierścień (sortija). Wiele z dawnych hacjend należących do gauchos w prowincji Buenos Aires zostało przemienionych w komfortowe estancias (historyczne hotele). Oferują one m.in. możliwość zakosztowania prawdziwego wiejskiego życia, pokazy tradycyjnych tańców (a także ich naukę), popisy zręczności argentyńskich kowbojów oraz przejażdżki konne po pampie. Turyści częstowani są w estancias obfitością regionalnych potraw, wśród których prym wiodą dania z grilla – asado. Oczywiście, towarzyszą im doskonałej jakości miejscowe wina. Tych wszystkich atrakcji można doświadczyć w znajdującej się w naszej ofercie, utrzymanej w stylu kolonialnym Estancia Santa Susana.

Więcej…