ALINA WOŹNIAK

Ten „kraj zachodzącego słońca” smagany jest bryzą znad Morza Śródziemnego i suchymi wiatrami Sahary, doświadczony burzliwą historią – zarówno starożytną, jak i współczesną, przepełniony tradycją, ale i otwarty na świat, pulsujący życiem kurortów i gwarem w medinach, uśpiony ciszą bezkresnych piasków. Tunezja mieni się w promieniach słonecznych, uwodząc całą paletą kolorów, dla których przybywali tu poeci i malarze, później filmowcy, a wraz z nimi rzesze turystów z całego globu. Niestety, ostatnie zawirowania w tym regionie świata studzą nieco zapał do jego odwiedzenia. Republika Tunezyjska jest jednak nadal bezpieczna dla gości, którzy – jak zresztą zawsze – są mile widziani w jej gościnnych progach.

W 2010 r. ten kraj w Afryce Północnej odwiedziło 7 mln turystów. Ich liczba spadła wyraźnie po tzw. rewolucji jaśminowej (17 grudnia 2010 r. – 14 stycznia 2011 r.). W pierwszym kwartale tego roku przybyło do Tunezji 2,6 mln gości zza granicy. Zaczęło to wyglądać optymistycznie, ale w wyniku doniesień prasowych o burzliwych wydarzeniach w pobliskim Egipcie liczba rezerwacji znów się zmniejszyła. Obecnie trwa walka o powrót wczasowiczów, bowiem turystyka stanowi niezmiernie ważną gałąź tunezyjskiej gospodarki (zapewnia 7 proc. dochodu narodowego brutto, daje pracę dla ok. 400 tys. osób).

 

Nic dziwnego, że władze Tunezji dbają bardzo o ten sektor. Mimo obecnego kryzysu ekonomicznego i zawirowań politycznych, nie zaprzestano inwestycji hotelowych, modernizowane są starsze obiekty. Trwają też kampanie marketingowe mające przywrócić wizerunek Republiki Tunezyjskiej jako kierunku wakacyjnego przyjaznego i bezpiecznego dla turystów. Tunezja została krajem partnerskim listopadowych XXI Międzynarodowych Targów Turystycznych TT Warsaw. Z tej okazji zaplanowano wizytę w Warszawie tunezyjskiego ministra turystyki. Polacy, którzy jeszcze nie tak dawno licznie (w liczbie 200 tys. rocznie) odwiedzali to pełne atrakcji państwo w Afryce Północnej, znów zaczynają do niego wracać.  

 FOT. BANQUE IMAGE TUNISIE Śnieżnobiałe zabudowania Hammametu na tle Morza Śródziemnego

 

Morski raj

Od Tabarki na północnym zachodzie, poprzez półwysep Cap Bon (Al-Watan al-Kibli), wschodnie wybrzeże, aż po wyspę Dżerba (Jerba), Tunezja kusi miłośników plaż, słońca, sportów wodnych, golfa, rozrywek i zabiegów spa. Tutejsze hotele, otoczone wspaniałymi ogrodami, nawiązują do lokalnych tradycji architektonicznych, oszałamiają stylem, ogromną przestrzenią, oferują wszystko to, czego dusza zapragnie: piękne wnętrza, malownicze otoczenie, komfortowe warunki, bogate zaplecze sportowe, rekreacyjne i gastronomiczne. Ich gość ma się czuć niczym prawdziwy sułtan… Rzuca się to w oczy zwłaszcza w luksusowych obiektach. Przy wielu z nich powstały ośrodki talasoterapii (z gr. thalassa, czyli „morze”), w których zregenerujemy siły witalne, wzmocnimy organizm, staniemy się zdrowsi, zrelaksowani, młodsi i piękniejsi. Wszystko to za sprawą dobroczynnego działania morza, basenów, hammamów (łaźni tureckich), masaży, hydromasaży, okładów, gimnastyki, naparów i rozmaitych zabiegów spa. Lista tych ostatnich jest naprawdę długa… Wystarczy choćby wymienić peeling w hammamie, arabską depilację pastą cukrową czy relaksujący masaż z użyciem olejku z jaśminu (narodowego kwiatu Tunezji).

Polecam szczególnie kilkudniowe serie zabiegów (np. przeciwreumatycznych, antycellulitowych, wyszczuplających, relaksujących itp.), wówczas korzyści z nich płynące będą bardziej widoczne. W doborze najlepszych dla nas terapii pomoże profesjonalny personel – fizjoterapeuci, dietetycy, kosmetyczki i lekarze.  

Fantazyjne wnętrza ośrodków talasoterapii przywodzą na myśl antyczne termy i arabskie pałace. W ten sposób tradycji staje się zadość, wszak starożytni Rzymianie uwielbiali dbać o ciało i spotykać się w łaźniach. Natomiast Arabowie uczynili z hammamu prawdziwy symbol kultury islamskiej. Dziś tradycyjne łaźnie cieszą się nadal wielkim powodzeniem. Te znajdujące się w centrach talasoterapii wyróżniają się bardzo wysokim standardem i towarzyszącym im bogatym zapleczem, choćby w postaci basenów z wodą morską czy gabinetów odnowy biologicznej. Można w nich natknąć się na znanych biznesmenów, polityków i osobistości z pierwszych stron europejskich gazet. Zawinięci w ręczniki, w szlafrokach i klapkach są tu trudno rozpoznawalni przez pozostałych gości. 

 

Plażowe fascynacje

Kurorty tunezyjskie nie stanowią sztucznych enklaw, są zlokalizowane na obrzeżach miast lub sąsiadują bezpośrednio z nimi, stanowiąc nierzadko ich część. Tak jest choćby w przypadku najstarszego ośrodka wypoczynkowego – Hammametu, którego piękne wybrzeże styka się z zabytkowymi murami obronnymi. Turyści wprost z plaży i nadmorskich knajpek przenoszą się tu do starej mediny, na brukowane placyki i wąskie uliczki, aby kupić (oczywiście, po uprzednim targowaniu się) pachnidła, bębenki, ceramiczne naczynia albo tutejsze specyfiki, jak np. zachwalane jako najlepszy podarunek dla teściowej suszone skorpiony.

W Hammamecie bywali m.in. szwajcarsko-niemiecki malarz Paul Klee (1879–1940), francuski prozaik André Gide (1869–1951), irlandzki poeta i dramatopisarz Oskar Wilde (1854–1900), słynny brytyjski polityk Winston Churchill (1874–1965) czy aktorki Greta Garbo (1905–1990) i Sophia Loren. Inni zaś przeprowadzili się tutaj na stałe, biorąc przykład z rumuńskiego arystokraty i milionera Georgesa Sebastiana, który postawił okazałą willę w latach 20. XX w. (dziś dom kultury). W równie eleganckiej rezydencji mieszkał były włoski premier Bettino Craxi (1934–2000).

Najnowszą dzielnicą, turystyczną wizytówką miasta jest Yasmine, położona ok. 10 km od historycznego centrum. Znajdują się tu prestiżowe pola golfowe (również akademia golfa), korty tenisowe, port jachtowy, ośrodki jazdy konnej, wypożyczalnie sprzętu sportowego, park rozrywki Carthage Land, liczne komfortowe hotele przy plaży oraz restauracje i kawiarnie przy promenadzie.

Wyjątkowej urody jest pas wybrzeża w okolicach Susy (Sousse) i Monastyru (Monastir). Oba miasta mogą się pochwalić urokliwymi medinami, zabytkowymi ribatami (ufortyfikowanymi klasztorami muzułmańskimi), ciekawymi muzeami, eleganckimi dzielnicami willowymi czy gwarnymi promenadami charakteryzującymi się wielkomiejskim stylem i wakacyjnym luzem. Zarówno miejscowi, jak i turyści przesiadują do późnych godzin nocnych w kafejkach, zajadają tradycyjny kuskus, palą (w przypadku mężczyzn) fajki wodne, oglądają telewizję i komentują wydarzenia polityczne albo mecze piłki nożnej.

Perłę tunezyjskiej turystyki nad Morzem Śródziemnym stanowi malowniczy Port El Kantaoui (Marsa al-Kantawi) z dużą przystanią jachtową, podświetlanymi fontannami, hotelami przy rozległej plaży i dziesiątkami uroczych knajpek. To dobre miejsce dla osób lubiących aktywny wypoczynek. Są tu korty tenisowe, stadniny koni, wypożyczalnie sprzętu wodnego (w tym desek windsurfingowych), ośrodek nurkowy,pole golfowe z piękną panoramą morza – El Kantaoui Golf Course – uważane za jedno z najlepszych w Afryce Północnej. Warto wybrać się w rejs wycieczkowy katamaranem, żaglówką, łodzią ze szklanym dnem albo repliką statku z komedii przygodowej Piraci Romana Polańskiego. W tych malowniczych okolicach kręcono wiele filmów, choćby ostatnio sceny do Maryi, matki Jezusa z tunezyjskimi aktorami-amatorami w rolach głównych.  

 

W stolicy

Tunis to metropolia pełna majestatycznych, secesyjnych kamienic, zabytkowych budowli, eleganckich butików, kafejek i kwiaciarni przy wysadzanym palmami bulwarze. Największym jej skarbem jest jednak medina wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Dziś – podobnie jak w średniowieczu – tętni życiem, cieszy zmysły kolorami i zapachami. Można tutaj skosztować kawy z kardamonem, miętowej herbaty, migdałowych rogalików, zwanych rożkami gazeli, włóczyć się po sukach (bazarach) i przyglądać pracy rzemieślników. W gąszczu zaułków i wąskich uliczek wyrastają wiekowe mury meczetów, szkół koranicznych, grobowce, stare bramy, a także rezydencje, w których obecnie mieszczą się muzea i eleganckie restauracje (np. Dar El Jeld z zadaszonym dziedzińcem, balkonem i patiami).   

Na obrzeżach stolicy, w dawnym pałacu bejów, znajduje się Muzeum Narodowe Bardo z największą na świecie kolekcją mozaik rzymskich. Poza tym zgromadzono tu przedmioty pochodzące z tunezyjskich stanowisk archeologicznych: ceramikę, amulety, maski, figurki, posągi, wczesnochrześcijańskie nagrobki, chrzcielnice, krzyże i wiele innych. Są to naprawdę unikatowe kolekcje, w dodatku prezentowane w przepięknych wnętrzach. Warto choćby dla samego tego muzeum zawitać do Tunisu.

Jeżeli kogoś zmęczy gwar tuniskiej mediny i ogrom muzealnych skarbów w Bardo, niech wybierze się 20 km na północ od stolicy – do Sidi Bou Saïd, pocztówkowego miasteczka zawieszonego na urwistym zboczu. Znajdzie w nim wąskie brukowane uliczki, białe mury z niebieskimi muszarabami, żeliwne bramy, balkony z kutego żelaza, kamienne schodki, misterne patia i placyki, girlandy hibiskusów, klimatyczne knajpki z tarasami, na których wylegują się koty, a także lazurową zatokę i port jachtowy. Zauroczenie tym miejscem jest gwarantowane!  

Magią Sidi Bou Saïd, tutejszą atmosferą, mnogością barw i subtelną grą światła zachwycali się niegdyś Paul Klee, André Gide, niemiecki malarz August Macke (1887–1914), powieściopisarz i filozof francuski Jean-Paul Sartre (1905–1980) i jego towarzyszka życia Simone de Beauvoir (1908–1986). Przesiadywali oni w Café des Nattes, gdzie i dziś, popijając herbatę z orzeszkami pinii, można dumać nad losami awangardy artystycznej z początku XX w.

 

Dziedzictwo Dydony

Na przedmieściach Tunisu leży Kartagina, do której łatwo dostać się kolejką TGM. To ogromny teren (kilka stacji) z eleganckimi dzielnicami tonącymi w eukaliptusach i mimozach, pałacem prezydenckim, a przede wszystkim ruinami punickiego, a potem rzymskiego miasta. Kartagina powstała w IX w. p.n.e., w czasach, gdy Fenicjanie osiedlali się w zachodniej części basenu Morza Śródziemnego. Według legendy osadę założyła Elissa (później zwana Dydoną, upamiętniona przez Wergiliusza w Eneidzie), która po ucieczce z Tyru zwróciła się o azyl do berberyjskiego władcy Jorbasa. Wyraził on zgodę na oddanie jej tyle ziemi, ile zdoła objąć skóra z bawoła. Sprytna kobieta pocięła skórę na cieniutkie paski, otoczyła nimi wzgórze i wraz z grupą osadników zbudowała Quart Hadasht (z połączenia tych słów powstała łacińska nazwa Carthago).

Dzięki zdolnościom organizacyjnym, handlowym, budowniczym i silnej flocie Kartagina stała się potęgą, co – oczywiście – nie było na rękę Rzymowi, który w III wojnie punickiej zrównał ją z ziemią (w 146 r. p.n.e.). Wiek później na jej zgliszczach powstała stolica rzymskiej prowincji Africa Proconsularis (w 697 r. zniszczona ostatecznie przez Arabów).   

Po imperium punickim zachowały się tylko szczątki ogromnego niegdyś portu, świątyń bogini Tanit i boga Baala Hammona (w tutejszych jamach odkryto cmentarzysko dzieci składanych mu w ofierze). Najwięcej pamiątek przetrwało po rzymskiej Kartaginie: ruiny amfiteatru, stajni, cystern, willi z kolumnami i rzeźbami oraz słynnych Term Antoniusza. Są tu również chrześcijańskie ślady: fragmenty bazyliki kartagińskiej, gdzie biskupem w III w. n.e. był św. Cyprian, oraz cela, w której więziono św. Perpetuę i św. Felicytę przed męczeńską śmiercią na arenie amfiteatru. To tutaj modlił się Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Tunezji w 1996 r. Nad wykopaliskami góruje XIX-wieczna Katedra św. Ludwika. Wzniósł ją kardynał Charles Martial Lavigerie (1825–1892), prymas Afryki, w miejscu domniemanej śmierci króla Francji Ludwika IX Świętego (1214–1270). Dziś pełni ona rolę placówki kulturalnej. Warto odwiedzić pobliskie muzeum, gdzie znajduje się bezcenna kolekcja ceramiki punickiej, rzymskich mozaik i pamiątek chrześcijańskich.

 

Antyczna spuścizna

Północny-zachód i centrum Tunezji to tereny idealne dla miłośników historii i architektury starożytnej. Są tu zarówno duże, popularne miejsca, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO – Kartagina, Al-Dżamm (El Jem), Karkawan (Kerkouane), jak i nieco zapomniane, położone z dala od głównych szlaków turystycznych, ale równie ciekawe. Będąc np. w Kartaginie, warto odwiedzić usytuowaną niedaleko, starszą od niej aż o 300 lat, Utykę (Utica), dawną kolonię fenicką. W czasie III wojny punickiej stanęła ona po stronie Rzymu, co wynagrodzili jej później cesarze licznymi przywilejami. Zachowały się tu domy, termy, teatr i przechowywane w miejscowym muzeum starożytne przedmioty codziennego użytku.

Jednym z najsłynniejszych stanowisk archeologicznych jest Dougga (Thugga) – dawna stolica państwa libijsko-punickiego, a później ważny ośrodek w czasach rzymskich. Miejsce to nazywa się tunezyjskimi Pompejami. Z kolei w centrum kraju, pośród zielonych równin, wznosi się miasteczko Sbeïtla (Subajtila) z malowniczymi ruinami świątyń, łuku triumfalnego, twierdzy bizantyjskiej i kilku kościołów, spośród których najlepiej zachowała się Bazylika Witalisa z V w. z ogromną, obudowaną pięknymi mozaikami chrzcielnicą.

FOT. BANQUE IMAGE TUNISIE

Stanowisko archeologiczne z ruinami w Sbeïtli (Subajtili)

 

Wędrówkę rzymskimi śladami możemy zakończyć w Al-Dżamm (El Jem), gdzie znajduje się trzeci co do wielkości (148 m długości, 122 m szerokości) starożytny amfiteatr na świecie, po Koloseum w Rzymie i teatrze w Capui. To prawdziwy majstersztyk budowlany, symbol potęgi i ekspansji w Afryce Cesarstwa Rzymskiego. Na jego trybunach mogło zasiadać nawet 35 tys. widzów. Dziś to duma Tunezji, jedna z najważniejszych atrakcji turystycznych kraju, ulubione miejsce filmowców poszukujących autentycznych plenerów z epoki rzymskiej (kręcono tutaj m.in. sceny do Żywota Briana, Gladiatora i Quo Vadis).Latem w amfiteatrze odbywająsię koncerty muzyki klasycznej.

Do wielu z wymienionych przeze mnie powyżej miejsc można dojechać komunikacją publiczną, wziąć udział w wycieczkach do nich organizowanych przez biura podróży albo dotrzeć na własną rękę wynajętym samochodem. Nawet ci, którzy zbyt rozleniwieni wylegiwaniem się na plaży nie chcą ruszać się daleko, zetkną się ze starożytnym światem niemal na rogatkach kurortów. Niedaleko Hammametu leży punickie miasto Karkawan (Kerkouane). Natomiast w Susie (Sousse)  możemy zwiedzić katakumby z wczesnochrześcijańskimi grobami.    

 

Saharyjska przygoda

Gdy u nas prószy śniegiem, łamiemy się opłatkiem i śpiewamy kolędy, południe Tunezji przygotowuje się do corocznego Międzynarodowego Festiwalu Sahary w Duz (Douz), podczas którego odbywają się wyścigi koni i wielbłądów, występują zespoły ludowe, a oczy cieszy nieprawdopodobna wręcz feeria kolorów na tle pustynnych krajobrazów (jego najbliższą, 46. już edycję zaplanowano od 26 do 29 grudnia 2013 r.). Do Duz można przyjechać autobusem z Monastyru i rozpocząć tu przygodę z pustynią, wynajmując jeepa albo… wielbłąda. Najbezpieczniej jest jednak wziąć udział w zorganizowanej wycieczce lub skorzystać z usług miejscowego przewodnika.

 FOT. BANQUE IMAGE TUNISIE

Pokazy konne podczas Międzynarodowego Festiwalu Sahary w Duz

 

Pobyt tutaj pozwala choć przez chwilę znaleźć się w krainie baśni i magii. Stanowi duże przeżycie dla osób tęskniących za obrazami niczym z filmu, co zresztą nie może dziwić, bo twórcy kinowi upodobali sobie okoliczne pejzaże (znajdziemy je w Gwiezdnych wojnach, W pustyni i w puszczy, Angielskim pacjencie czy Poszukiwaczach zaginionej Arki). Zachwycają tutejsze wschody i zachody słońca na tle bezkresnego piachu, spalone słońcem skały i falujące wydmy, malownicze wąwozy górskie, zielone oazy zawieszone na stokach kanionów, gaje daktylowe, róże pustyni (fantazyjne formy z kryształków gipsu), szoty (płytkie, słone jeziora), nad którymi można doświadczyć zjawiska fatamorgany, oraz berberyjskie wioski, wyglądające też niczym wytwory wyobraźni. Najbardziej niezwykłą z nich jest Matmata. Jej mieszkańcy żyją w wydrążonych w skałach domach. Podążając jeszcze bardziej na południe, wśród urwisk i wzgórz ujrzymy kilkukondygnacyjne, wyżłobione w piaskowcu ufortyfikowane spichlerze z wnękami i zewnętrznymi schodami (tzw. ghorfas). To szlak unikatowych ksarów, zwanych niegdyś pałacami pustyni.

FOT. BANQUE IMAGE TUNISIE

Lot balonem nad Saharą dostarcza niezapomnianych przeżyć

 

Największe miasto regionu stanowi Tauzar (Tozeur) z międzynarodowym lotniskiem (połączenia z Tunisu i kilku miast europejskich, m.in. Paryża, Lyonu, Nicei czy Madrytu), przepiękną mediną, polem golfowym (Golf Oasis) i ciekawym muzeum (częściowo pod gołym niebem) Dar Cheraїt. Wśród piaszczystych i kamienistych bezdroży południa Tunezji wyrastają ogromne gaje palmowe, po których można przejechać się dorożką lub rowerem. Inni korzystają tu z możliwości lotu motolotnią lub balonem albo zjazdu na specjalnie przygotowanej desce z wydm, czyli sandboardingu. Spotkamy tutaj również śmiałków pędzących na desce z żaglem po słonym jeziorze oraz turystów podziwiających okoliczne wąwozy podczas podróży zabytkowym pociągiem Lézard Rouge (Czerwona Jaszczurka) pokonującym starą trasę kolejową zbudowaną dla transportu fosforanów.

Pustynna baza noclegowa sprosta każdym gustom i różnym portfelom. Na południu Tunezji na gości czekają luksusowe hotele z basenami, fontannami i centrami spa, a także skromne hostele, na ogół prowadzone przez miejscowe rodziny, oraz romantyczne biwaki pod rozgwieżdżonym niebem, w otoczeniu wielbłądów i niewidzialnych dżinnów. Czegóż chcieć więcej...?


 

Artykuły wybrane losowo

Przygoda na Zanzibarze

Mariusz Kozak-Zagozda

 

Archipelag Zanzibar składa się z trzech dużych wysp – Ungui (Zanzibaru), Pemby i Mafii, a także kilkudziesięciu mniejszych wysepek. Pierwsza z nich od wieków przyciągała poszukiwaczy przygód, odkrywców i podróżników. Skąd się wzięła jej egzotyczna nazwa, dokładnie nie wiadomo. Najczęściej powtarzane turystom wyjaśnienie mówi, że pochodzi od słowa „zendż” („zenj”) oznaczającego czarnoskórych mieszkańców Afryki Wschodniej oraz arabskiego i perskiego określenia lądu lub wybrzeża oddanego w cząstce „-bar”. Ten toponim podobno wymyślili Arabowie, którzy w I w. n.e. przypłynęli w te strony na drewnianych łodziach żaglowych „dau” („dhow”).

Więcej…

Panama – na styku dwóch oceanów i Ameryk

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

<< Jednym z pierwszych widoków witających przyjezdnych w stolicy Panamy (Ciudad de Panamá) jest skupisko szklanych wieżowców dumnie górujących nad wodami Zatoki Panamskiej. Panorama dzielnicy finansowej przywodzi na myśl nowoczesne metropolie i może sugerować, że przybyliśmy do kraju żyjącego w znanym nam europejskim rytmie. Gdy wyruszymy poza miasto, szybko uświadomimy sobie, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. >>

Panama to wiecznie zielone lasy deszczowe, malownicze góry, rajskie wyspy i plaże oraz urokliwe miasteczka i ich serdeczni mieszkańcy. W tym kraju z karaibską duszą dzieje Indian przeplatają się z historią tworzoną przez konkwistadorów i pirackimi podbojami, o których do dziś krążą legendy. Prawdziwa egzotyka czeka w nim na odkrycie.

 

Nie pamiętam dokładnie, z czym kojarzyła mi się Panama, zanim się do niej udałam. Myślę, że był to, jak w przypadku wielu osób, słynny Kanał Panamski. Ten majstersztyk inżynierii swoich czasów, łączący Atlantyk z Pacyfikiem, który nieporównywalnie skrócił czas morskich podróży, nadal pozostaje jedną z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Rocznie przeprawia się przez niego ok. 14 tys. statków. I choć od ponad 100 lat jest symbolem Panamy, to nie on zajmuje szczególne miejsce w mojej pamięci. Teraz ten piękny zakątek Ameryki Centralnej kojarzy mi się z czymś innym.

 

W TROPIKALNYM LESIE

Dziś ten kraj to dla mnie przede wszystkim tropikalne lasy, z dusznym, wilgotnym powietrzem i sufitem zieleni nad głową. I mimo iż Panama jest różnorodna, blisko 40 proc. jej powierzchni zajmują właśnie wiecznie zielone lasy deszczowe, odznaczające się niezwykłą rozmaitością roślin i zwierząt. Liczba występujących tu gatunków flory i fauny należy do największych na świecie. Ich rozwinięciu się sprzyjały nie tylko panujące w tym regionie warunki klimatyczne, lecz także fakt, że niczym most łączy on obie Ameryki. Dlatego zawsze stanowił miejsce mieszania się gatunków.

Różnorodność ta była niegdyś jeszcze większa, ale budowa wspomnianego Kanału Panamskiego i związane z nią wycinki odbiły się negatywnie na ekosystemie. Od wielu lat lasy w Panamie karczuje się również pod plantacje, a przede wszystkim pod pastwiska dla bydła. Sytuacja jest jednak pod pewnym względem paradoksalna. Otóż obszary leśne są ponoć niezbędne do nawadniania kanału i utrzymania jego żeglowności. Wbrew pozorom więc tutejsze lasy, zwłaszcza te w okolicach Ciudad de Panamá, wydają się nie być zagrożone, a to z powodów praktyczno-ekonomicznych. Możliwe zatem, że inwestycja, której zrealizowanie przyczyniło się niegdyś do tylu zniszczeń w środowisku, stanie się strażnikiem przyrody. Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie.

Tropikalny las deszczowy porasta wiele regionów kraju. Jednym z najłatwiej dostępnych jest Park Narodowy Soberanía, położony około pół godziny jazdy samochodem od centrum stolicy (mniej więcej 25 km). Choć leży w niedalekiej odległości od dużych ośrodków miejskich, to jednak nie niewielki skrawek leśnego obszaru, lecz rozległy teren o powierzchni ponad 195 km². Mimo niesamowitej wilgotności i mnogości chronionych gatunków nie napotkałam tutaj pijawek, co po moich dawniejszych doświadczeniach nie tylko mnie zaskoczyło, ale też ucieszyło. Przez park prowadzi 10-kilometrowa trasa, którą w XVI w. Hiszpanie przewozili złoto i towary z Kalifornii i Ameryki Południowej. Dziś Camino de Cruces jest jednym z kilku dostępnych miejscowych szlaków. Należą do nich m.in. Sendero El Charco (800 m długości) czy Camino del Oleoducto (17 km), z których można obserwować setki gatunków ptaków. Podczas wędrówki wśród tutejszej bujnej zieleni aż trudno uwierzyć, że tylko pół godziny dzieli ten park od zgiełku stolicy.

Połacie lasu deszczowego znajdują się także w okolicach Boquete w prowincji Chiriquí, niewielkiego, górskiego miasteczka założonego na początku XX stulecia. Miejsce to leżało na szlaku poszukiwaczy złota, pragnących odnaleźć najszybszą drogę do Pacyfiku. Z początku to właśnie oni zaczęli się tu osiedlać. Dziś Boquete znane jest jako mekka ekspatów. Przyciąga również miłośników jazzu, kawy, a przede wszystkim okolicznej przyrody, czyli gór i wulkanów obrośniętych mglistym, tropikalnym lasem.

Kiedy chmury nie zalegają zbyt nisko, już w drodze do miasteczka dostrzec można górujący nad wszystkim wulkan Barú (3475 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Panamy. Zdobycie jego wierzchołka stawia sobie za cel wiele przybywających tutaj osób. Zapewne i my zrobilibyśmy tak samo, ale nie podjęliśmy tego wyzwania m.in. ze względu na brak czasu. Nie trzeba jednak wchodzić na wulkan, żeby docenić urok tego miejsca. Wystarczy wybrać się na wędrówkę którymś z leśnych szlaków. Podczas spaceru Sendero Los Quetzales (ok. 9,6 km długości) można wypatrzeć rzadko spotykane, pięknie ubarwione kwezale herbowe. Trasa Cascada Escondida, jak wskazuje jej nazwa, prowadzi do ukrytego wodospadu. I choć on sam nie wywarł na mnie dużego wrażenia, jego okolica, pełna majestatycznych drzew, warta jest każdej spędzonej w niej chwili.

Tropikalne lasy w rejonie Boquete skrywają także łakomy kąsek dla miłośników opuszczonych miejsc. Mowa o rezydencji w Bajo Mono, której budowę rozpoczął 40 lat temu niejaki José Domingo Serracín, bogaty posiadacz ziemski lepiej znany jako don Pepe. Atak serca położył kres jego życiu, a zarazem realizacji budowlanego projektu. Rezydencja nigdy nie została ukończona, gdyż rodzina inwestora raczej się nią nie interesowała. Dziś zamieszkały przez nietoperze pałac coraz bardziej wtapia się w krajobraz mglistego lasu. To jedno z piękniejszych opuszczonych miejsc, jakie miałam okazję zobaczyć.

W panamskich lasach rośnie też puchowiec (ceiba), zwany inaczej drzewem kapokowym. Według Majów on właśnie zrodził pierwszego człowieka i dlatego jest dla nich święty. Stanowi również pomost między rzeczywistością a niebiosami i światem podziemnym.

Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o przesmyku Darién (Tapón del Darién, Región del Darién), czyli najbardziej dzikim, niedostępnym i malarycznym fragmencie tropikalnego lasu, nie tylko w skali kraju, ale i świata. Oddziela on Panamę od Kolumbii i sprawia, że przekroczenie lądowej granicy między tymi państwami uchodzi za zadanie prawie niemożliwe. Z tego powodu przemieszczanie się pomiędzy Ameryką Centralną i Południową lądem jest niezwykle trudne (choć nielicznym się udaje). Darién to rozległe bagna porośnięte gęstym, ciemnym lasem, będące domem Indian Guna (Kuna) i Embera-Wounaan (Chocó) oraz schronieniem narkotykowych karteli i kolumbijskich rebeliantów. Aby zapuścić się głębiej w ten rejon, trzeba nie tylko wynająć lokalnego przewodnika, ale i skrupulatnie się przygotować.

 

FOLKLOR I FESTIWALE

Opuśćmy teraz zielone i wilgotne regiony Panamy, aby przenieść się w okolicę całkiem odmienną. Półwysep Azuero, bo o nim mowa, jest najgorętszym i najbardziej suchym miejscem w kraju. Nawet pora deszczowa omija część jego rejonów (wschodnie wybrzeże), w których ostatni deszcz widziano dawno temu. Tam, gdzie opady docierają, są rzadsze i mniej obfite niż w reszcie Panamy. Był to właśnie jeden z powodów, dla których tu trafiliśmy. Rozpoczynająca się w maju pora deszczowa dała nam się we znaki na tyle, że szukaliśmy schronienia przed strugami deszczu. Półwysep warto jednak odwiedzić nie tylko, aby uciec przed opadami. Miasteczka Azuero są głównymi ośrodkami panamskiego folkloru. W żadnej innej części kraju nie organizuje się tylu festiwali i nie obchodzi z takim zaangażowaniem karnawału. Imprezom towarzyszy rywalizacja w przygotowaniu barwnych kostiumów, występów, a i mocniejszych trunków nikt sobie specjalnie nie żałuje. Kiedy na półwyspie nie przypada czas fiesty, można zatopić się w powolnym rytmie życia niewielkich, spokojnych na co dzień miasteczek.

Historyczną i kulturalną stolicą regionu (i prowincji Herrera) jest Chitré, największe miasto na Azuero. Niewątpliwie ma ono swój urok, jednak pomiędzy festiwalami nie czeka w nim szczególnie wiele atrakcji. Znajduje się tutaj kilka zabytkowych kościołów oraz Museo de Herrera z pokaźnymi zbiorami sztuki prekolumbijskiej. Pierwszą osadą hiszpańską w regionie była Parita, założona w połowie XVI stulecia. Dziś to niewielkie, spokojne miasteczko uważane jest przez niektórych za jedno z najładniejszych w kraju. Jego centrum wyznacza Kościół św. Dominika Guzmána (Iglesia de Santo Domingo de Guzmán). To jedyna budowla w miejscowości wyższa niż poziom pierwszego piętra. W jej okolicy zbiegają się uliczki z kolorową kolonialną zabudową, która zachowała się w szczególnie dobrym stanie.

Warto odwiedzić również położone nieopodal Pedasí. To niewielkie, urokliwe miasteczko z domami w stylu kolonialnym. Sporą część jego mieszkańców stanowią emeryci, którzy postanowili właśnie tu spędzić resztę życia. W Pedasí możemy cieszyć się licznymi piaszczystymi plażami bez tłumów i kameralnymi knajpkami oraz korzystać z infrastruktury do uprawiania sportów wodnych (surfingu, kitesurfingu, wędkarstwa czy nurkowania). Warto stąd także popłynąć łódką na pobliską wysepkę Iguana.

 

Ze strąków nasiennych puchowca (ceiby) pozyskuje się włókno zwane kapokiem

© Agnies zka Szwed/www.szwedacz.com

 

TU RZĄDZĄ GADY

Isla Iguana oddalona jest od panamskiego wybrzeża o zaledwie ok. 5 km. Ma niewielką powierzchnię (mniej więcej 0,55 km²), jednak miłośnicy gadów, którzy chcieliby je spotkać w naturalnym środowisku, zdecydowanie powinni ją odwiedzić. Jak sama nazwa wskazuje, wyspę z jakiegoś powodu upodobały sobie iguany (a dokładniej legwany czarne i zielone). W jej okolicy żyje ich znacznie więcej niż ludzi. Niektóre z nich są zupełnie dzikie, inne – nieco oswojone. Chowają się w zaroślach lub wygrzewają na nadmorskich skałach. Choć legwany do dziś stanowią jedno ze źródeł mięsa w Ameryce Środkowej i Południowej, a bamboo chicken czy chicken of the tree (jak nazywa się ich mięso) dla wielu jest rarytasem, te z Iguany nie trafiają na miejscowe stoły. W utworzonym w 1981 r. na wyspie rezerwacie (Isla Iguana Wildlife Refuge) kategorycznie zabrania się polowań na wszelką zwierzynę – jaszczurki bywają w nim raczej dokarmiane niż zjadane. I chociaż same potrafią zapewnić sobie pożywienie, nie pogardzą również darowaną przez człowieka miską ryżu. Warto dodać, że gady niesłusznie uważane są za zwierzęta mało kontaktowe. Legwany rozwinęły cały system mowy ciała służący komunikacji między sobą, a także z innymi gatunkami. Poprzez kiwanie głową i ruchy fałdami skórnymi na podgardlu nawiązują i podtrzymują społeczne interakcje.

Na Iguanie roi się też od pustelników. Ze względu na brak pancerza na miękkim odwłoku skorupiaki te ukrywają go w znalezionych muszlach martwych mięczaków. W ciągu swojego życia muszą ich szukać kilka razy, gdyż kiedy urosną, potrzebują większego lokum. Zarówno rozmiar, jak i przydatność pancerza pustelnik bada szczypcami. Ponieważ muszle gwarantują temu skorupiakowi przetrwanie, nierzadko toczy o nie walki.

Spokój wyspy został drastycznie zakłócony podczas II wojny światowej, gdy armia Stanów Zjednoczonych zrobiła z niej poligon artyleryjski. W ramach ćwiczeń na Iguanę i otaczającą ją rafę koralową zrzucano bomby i pociski. Aby oczyścić teren, w latach 90. XX w. zdetonowano dwie bomby, które utknęły w pobliżu pod wodą. I choć na pierwszy rzut oka po tych wydarzeniach nie pozostał już żaden ślad, zachwiały one mocno tutejszym ekosystemem. Na szczęście dziś legwany i inne zwierzęta mają się świetnie, a dzika przyroda wciąż się rozwija.

Osoby planujące wizytę na wyspie muszą być przygotowane na uiszczenie opłaty za przebywanie na terenie rezerwatu. W przypadku przyjezdnych wynosi ona 10 dolarów amerykańskich, obywatele Panamy płacą mniej (4 dolary). Na Iguanie nie można nocować. Nie ma na niej także zaplecza gastronomicznego, dlatego trzeba wziąć ze sobą własny prowiant i zapas wody.

 

Ubrana w tradycyjny strój uczestniczka styczniowej Parady Tysiąca Polleras na Azuero

© Autoridad de Turismo de Panamá/Branly Bruneth

 

LAS DESZCZOWY INACZEJ

To jeszcze nie koniec atrakcji rzadko odwiedzanego półwyspu Azuero. W położonym tu Parku Narodowym Sarigua można zobaczyć las deszczowy w nietypowej, suchej odsłonie. Sam park powstał w 1984 r. i zajmuje powierzchnię 8 tys. ha. Na pierwszy rzut oka jego teren przywodzi na myśl półpustynię. Spaloną ziemię w odcieniu pomarańczowym pokrywają miejscami wyschnięte krzewy. Powietrze jest bardzo gorące i suche. Jak dowiemy się z informacji na ścieżce edukacyjnej, na powstanie tego jałowego krajobrazu miało wpływ wysokie stężenie soli w tutejszej glebie. Niegdyś obszar parku zajmowało morze, które przez wieki cofało się, pozostawiając rozległą, słoną lagunę zwaną albiną. Wiatry wywiewały zalegającą sól, co przyczyniło się do zaniku wegetacji w regionie. Dla wielu Panamczyków Sarigua jest też smutnym świadectwem destrukcyjnego wpływu człowieka na otaczającą go przyrodę. Od XIX stulecia głównym sprawcą postępujących na tym terenie zniszczeń są właśnie ludzie. Latami prowadzili wycinki i wypalanie okolicznej wątłej roślinności, żeby budować farmy, które i tak się tutaj nie utrzymały.

Mimo iż krajobraz parku może wydać się monotonny i budzić nie do końca przyjemne skojarzenia, uważam, że nie warto go omijać. Choćby dlatego, że wizyta w nim stanowi okazję do zobaczenia suchego lasu deszczowego. Na tego typu obszarach ilość opadów deszczu oscyluje w okolicach 1 m rocznie. Jednak przez trzy, cztery miesiące w roku nie spada na nich ani jedna kropla wody. W Parku Narodowym Sarigua taka sytuacja ma miejsce od stycznia do kwietnia. Suszę wzmagają silne, gorące wiatry. Suche lasy deszczowe Azuero są szczególnie narażone na pożary. Często powodują je rolnicy wypalający pola.

Poza tym Park Narodowy Sarigua to również ważny ośrodek kultury prekolumbijskiej. Znaleziono w nim fragmenty przedmiotów sprzed ponad 11 tys. lat. Według archeologów już wtedy istniała tu rybacka wioska, co oznacza, że może być to miejsce najstarszego ludzkiego osadnictwa w Panamie.

 

SPOTKANIE Z HISTORIĄ

Przenieśmy się znów w inny rejon kraju, do prowincji Colón, a konkretnie do Portobelo. To położone na północy Przesmyku Panamskiego, liczące ok. 5 tys. mieszkańców portowe miasto wygląda dziś dość niepozornie. Ruiny okazałych fortów (na czele z Castillo de San Jerónimo, Fuerte de San Jerónimo) pozwalają się jednak domyślać, że w przeszłości odgrywać mogło doniosłą rolę. I tak było w istocie. Portobelo stanowiło niegdyś najważniejszy port na ziemiach obecnej Panamy i uchodziło za jedno z najwspanialszych miast w ówczesnym świecie. To właśnie stąd Hiszpanie wywozili do Europy skarby Inków oraz innych rdzennych mieszkańców Ameryki Środkowej i Południowej. Na grabieże te zazdrośnie spoglądały pozostałe potęgi kolonialne, na czele z Brytyjczykami. Sytuacji nie poprawiały hiszpańskie ataki na angielskie statki. Wszystko to doprowadziło do wybuchu konfliktu. Walki o Portobelo toczyły się kilkakrotnie, a najsłynniejsza z nich znana jest jako wojna o ucho Jenkinsa.

Robert Jenkins był walijskim kapitanem żeglugi. Gdy jego statek Rebecca został zatrzymany w kwietniu 1731 r. przez Hiszpanów u wybrzeży Kuby, wdał się w potyczkę z jednym z hiszpańskich oficerów, który odciął mu ucho. Jenkins zabrał ze sobą odciętą małżowinę i pokazywał w świecie jako dowód na hiszpańskie okrucieństwo. Zwrócił się też do brytyjskich władz o wzięcie odwetu. I choć historia z uchem nie była faktycznym powodem wybuchu wojny, posłużyła za dość dobry pretekst. W listopadzie 1739 r. sześć statków dowodzonych przez admirała Edwarda Vernona rozpoczęło ostrzał Portobelo i po 24 godz. zdobył on miasto. Siły wystarczyło Brytyjczykom na trzy tygodnie okupacji, ale w tym niezbyt długim czasie zniszczyli zarówno forty, jak i wiele budynków, pozostawiając jeden z najwspanialszych portów ówczesnego świata w ruinie. Portobelo podźwignąć się z tego nieszczęścia miało dopiero ponad 170 lat później, po wybudowaniu Kanału Panamskiego.

Zanim jednak miasto spustoszyli Brytyjczycy, padało ono łupem największej i najgroźniejszej pirackiej braci, jaką znały Karaiby – bukanierów. Ich szeregi zasilali ludzie wyjęci spod prawa, a także byli żołnierze czy zbiegowie uciekający przed prześladowaniami religijnymi. Tak zwane Bractwo Wybrzeża organizowało łupieżcze wyprawy i plądrowało kraje czy wyspy w regionie karaibskim. Bukanierzy znani byli z okrucieństwa, szczególnie w stosunku do wszystkiego co hiszpańskie. Bezpieczny przyczółek znaleźli sobie w Port Royal, dawnej stolicy Jamajki. Mogli w nim liczyć na wsparcie lokalnych władz, a mieszkańcy wyspy uważali ich za obrońców i dźwignię miejscowego handlu.

Zdobycie Portobelo, z którego wypływały zagrabione peruwiańskie skarby, stanowiło dla piratów niemałe wyzwanie. Zadania podjął się ochrzczony królem bukanierów Walijczyk Henry Morgan. Osiągnięty sukces zapewnił mu szacunek współbraci i otworzył drogę do wielkiej pirackiej kariery. Jego ludzie zdobyte 11 lipca 1668 r. miasto okupowali przez dwa tygodnie. Spędzili je na piciu i świętowaniu oraz zuchwałych grabieżach, gwałtach i morderstwach. Opuścili Portobelo po wynegocjowaniu okupu w wysokości 100 tys. dolarów hiszpańskich (reales de a ocho). I choć była to kwota jak na tamte czasy bardzo wysoka, bukanierzy wydali ją w iście pirackim stylu – w barach i domach uciech Port Royal. Henry Morgan znany jest dziś przede wszystkim z etykiet jamajskiego rumu nazwanego jego imieniem – Captain Morgan. Produkował ponoć wyśmienity trunek, a jeśli wierzyć producentowi, receptura jego wyrobu od XVII w. nie uległa zmianie. Po tej napaści Portobelo wracało powoli do dawnego trybu życia. W końcu nie był to pierwszy ani ostatni atak, z jakim przyszło mu się zmierzyć. Żaden z nich nie podkopał znacząco pozycji słynnego portu. Uczyniła to dopiero wiele lat później wojna o ucho Jenkinsa.

Dziś w centrum miasta stoi Kościół św. Filipa (Iglesia de San Felipe), który został wzniesiony w drugiej dekadzie XIX stulecia. Jego budynek jest biały, w przeciwieństwie do czczonego w nim Czarnego Chrystusa (Cristo Negro). Tego typu przedstawienie Jezusa stanowi obiekt kultu w wielu krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Łączy w sobie chrześcijaństwo z wierzeniami lokalnymi. Symbolizuje nadzieję wiernych na nadejście czarnego Mesjasza, który wyzwoli ciemnoskórych ludzi od zła utożsamianego z dominacją białego człowieka. W epoce kolonialnej chodziło głównie o dominację polityczną i ekonomiczną oraz związane z nią niewolnictwo, dziś rzecz tyczy się narzucania wzorców kulturowych.

 

Cayo Coral – malownicza wysepka sąsiadująca z Bastimentos w archipelagu Bocas del Toro

© Autoridad de Turismo de Panamá/Branly Bruneth

 

RAJSKIE ARCHIPELAGI

San Blas i Bocas del Toro to najbardziej rajskie archipelagi Panamy. Na tym pierwszym można nie tylko obcować z dziewiczą przyrodą, ale i zaznajomić się z grupą etniczną Guna (Kuna). Tych 365 wysepek położonych na Morzu Karaibskim należy do autonomicznego regionu Guna Yala (Kuna Yala).

Na północnym zachodzie kraju leży prowincja Bocas del Toro z archipelagiem o tej samej nazwie. To jedno z częściej odwiedzanych miejsc w Panamie, znane przede wszystkim z plaży Red Frog na wyspie Bastimentos, gdzie żyją wytwarzające jad, jaskrawe drzewołazy karłowate, a także plaży z licznymi rozgwiazdami (Playa de las Estrellas, Playa Estrella) na Wyspie Kolumba (Isla Colón). Na Bocas del Toro popularnością cieszy się też deep boarding, szerzej na świecie raczej nie praktykowany. W największym skrócie da się go określić jako nurkowanie za motorówką. Ciągnie ona za sobą człowieka trzymającego się deski przymocowanej do łodzi za pomocą liny. Podczas swoistego podwodnego lotu podziwia się rafy koralowe, ławice egzotycznych ryb i inne skarby Morza Karaibskiego. Należy jednak dobrze opanować manewrowanie trzymaną deską, bo od umiejętnego zwracania jej do góry zależy możliwość złapania oddechu. Do takiego nurkowania warto również założyć odpowiedni strój kąpielowy, gdyż ze względu na dużą prędkość i opór wody zaskakująco łatwo można zgubić ubranie.

Panama to w dalszym ciągu kraj dość mało popularny wśród polskich turystów. Szkoda, że tak się dzieje, bo znajduje się w niej wiele atrakcji. To kraina wspaniałych lasów deszczowych, pięknych wysepek, licznych gatunków flory i fauny oraz urokliwych miasteczek z karaibską duszą. Do tego zamieszkują ją gościnni i życzliwi ludzie, którzy chętnie zaznajomią nas z bogatą kulturą i historią swojej tropikalnej ojczyzny.

 

Wydanie jesień-zima 2018

 

 

Cypryjskie mezedes

ANNA KŁOSSOWSKA

italiannawdrodze.blogspot.com

 

« Mam wrażenie, że Cypr serwuje swoje atrakcje turystyczne niczym przystawki w tawernie. Podaje je w małych porcjach i po kolei. Ich smakowanie w ulubionym na wyspie rytmie „siga-siga”, czyli niespiesznie, budzi apetyt na kolejne. »

Więcej…