MARTYNA GNIADKOWSKA

 

<< Piaszczyste plaże, kołyszące się nad turkusową wodą palmy, wszechobecna muzyka i taniec, świeżo skręcone aromatyczne cygara, orzeźwiające drinki na bazie rumu oraz brodate twarze Ernesta „Che” Guevary i Fidela Castro – taki obraz Republiki Kuby znajdziemy w większości przewodników. Jednak aby poznać ten kraj, nie wystarczy o nim przeczytać, trzeba go odwiedzić i samemu przekonać się, czy to, co o nim piszą, jest prawdą. >>

Niewątpliwie egzotycznego rysu dodaje Kubie także fakt, że Fidel Castro zamienił ją w enklawę socjalizmu i do dziś panuje w państwie ustrój socjalistyczny. Obywatele polscy przed przekroczeniem granicy kubańskiej muszą wyrobić sobie wizę. Powinni również posiadać paszport ważny jeszcze co najmniej 3 miesiące od planowanej daty opuszczenia kraju.

 

Nasza przygoda na Kubie zaczyna się tuż po wylądowaniu w stołecznej Hawanie. Lotnisko przypomina warszawskie Okęcie z lat 70. XX w. Działa tu kilka sklepów i jedna nie najlepsza kawiarnia. Po licznych kontrolach (łącznie ze skrupulatnym sprawdzeniem walizki wraz z otwieraniem każdego kosmetyku i analizą jego koloru, zapachu i konsystencji) docieramy do kantoru, do którego zdążyła już ustawić się długa kolejka. Przed budynkiem portu lotniczego mężczyzna z krótkofalówką pyta nas, dla ilu osób potrzebny będzie transport. Po kilku sekundach podjeżdża zadbana, rządowa taksówka. Choć od wyjścia z samolotu minęła mniej więcej godzina, nie odczuwam zniecierpliwienia. Dla mnie wszystko odbyło się niesamowicie szybko.

Z okna naszej casy particular wyczekują nas jej gospodarze. Witają nas niezmiernie miło i życzliwie i częstują świeżo przyrządzonym sokiem z ananasa i papai. Kubańska casa particular to kwatera prywatna, której właściciele ok. 70 proc. swojego dochodu z wynajmu zobowiązani są oddać państwu. Mimo iż często pokoje dla gości są w lepszym stanie niż część zamieszkiwana przez gospodarzy, warto zatrzymać się właśnie w domach Kubańczyków, gdyż dzięki temu poznamy bliżej życie codzienne na Kubie, a poza tym nierzadko możemy mieć też okazję zjeść smaczne, obfite i świeże domowe posiłki, dużo tańsze od tych w restauracjach. My pierwsze noclegi, właśnie w Hawanie, rezerwowaliśmy jeszcze z Polski, jednak każde kolejne, z wyprzedzeniem jednodniowym, umawialiśmy już za pośrednictwem osoby, u której aktualnie mieszkaliśmy.

 

Zwiedzanie na własną rękę

Do obowiązkowych punktów typowej turystycznej wycieczki po stolicy Kuby należą m.in. plac Rewolucji (Plaza de la Revolución), Kapitol (Capitolio de La Habana), Muzeum Rewolucji (Museo de la Revolución) czy Cmentarz Krzysztofa Kolumba (Cementerio de Cristóbal Colón). Jednak aby poczuć klimat Hawany, trzeba przejść się po jej wąskich uliczkach, wśród starych, popękanych kamienic, połączonych plątaniną kabli elektrycznych, oraz psów leniwie wylegujących się na każdym rogu. W przyulicznej budce kupimy tu bułkę z szynką, a przez kratę zamontowaną w domach zamiast drzwi (bardzo powszechny widok w kubańskiej metropolii) podadzą nam piekielnie mocne espresso i lody w gumowej misce do zwrotu. Zaobserwujemy również jak świeże mięso wieprzowe, leżące na ladzie, zostaje wyprzedane w mgnieniu oka. Spotkane po drodze umorusane kubańskie dzieci podziękują nam za nawet niewielkiego lizaka szczerym uśmiechem. Oczywiście, tę karaibską stolicę można zwiedzać z lokalnym biurem podróży, którego autokar zawozi turystów jedynie do zadbanych, odrestaurowanych obiektów i miejsc, najczęściej związanych ze światowej sławy pisarzem Ernestem Hemingwayem. Jednak zarówno Hawana, jak i cała Kuba, zasługują na znacznie więcej naszej uwagi, zwłaszcza dopóki jeszcze zachowały wygląd sprzed 50 lat. W kubańskim krajobrazie zachodzą ostatnio nieubłagane zmiany, a obce wpływy (przede wszystkim chińskie) stają się coraz bardziej widoczne. Dlatego też nie należy zwlekać z wyjazdem do tego kraju.

Hawańczycy, choć często biedni, potrafią cieszyć się z tego, co mają. Czy to ubrani w jednakowe mundurki uczniowie wracający ze szkoły, sprzedawcy na bazarach serwujący klientom świeżo obrane cytrusy, czy kobiety stojące na rogach głównych ulic i sprzedające zawinięte w papierowe rurki orzeszki – wszyscy sprawiają wrażenie szczęśliwych. Na najdłuższej hawańskiej alei – Malecón, przy której wznosi się mur oddzielający stolicę od morza, o każdej porze dnia i nocy spotkamy mieszkańców Hawany w różnym wieku i o różnym statusie. Grają na gitarze, czytają książki, piją piwo, przychodzą na randki – ta ulica niezmiennie tętni życiem.
            Z moich doświadczeń wynika, że Kubańczycy są ogromnie przyjaznym narodem: poproszeni o pomoc chętnie udzielają wskazówek, a zagadnięci nie odmawiają rozmowy na jakikolwiek temat. Wyspiarze często uczą się języka angielskiego na własną rękę, gdyż widzą w nim szansę na lepszą przyszłość czy wyjazd ze swojego kraju.

Wspaniałą panoramę Hawany obejrzymy z balkonu na 20 piętrze hotelu Habana Libre. Nie polecam jednak tej przyjemności osobom z lękiem wysokości, gdyż taras jest długi, lecz niezmiernie wąski i zabezpieczony balustradą o wysokości jedynie ok. metra. Na szczęście dla nich na najwyższym, 25 piętrze znajduje się tutaj restauracja, z której rozciąga się równie piękny widok.

FOT. CUBAINFO.DE/CUBAN TOURIST OFFICE Nieodłącznymi elementami kubańskiej ulicy są muzyka i taniec

 

Kubańskie krajobrazy

Kuba zachwyca swoją florą i fauną. Naturalne krajobrazy po prostu zapierają dech w piersiach, a przyroda w dużej części pozostaje wciąż nienaruszona przez człowieka.

W Rezerwacie Biosfery Sierra del Rosario w zachodniej części wyspy leży dziki rejon Soroa, nazywany „tęczą Kuby”. Wejście na szlak prowadzący do tutejszego 22-metrowego wodospadu o tej samej nazwie jest płatne. Po uiszczeniu opłaty czeka nas ok. 30-minutowy spacer (obowiązkowo trzeba zabrać wygodne obuwie) wśród niezwykle bujnej roślinności, jakiej nie zobaczymy nigdzie w Europie. Na końcu trasy znajduje się przepiękna kaskada – wdzięczny obiekt do fotografowania i znakomite miejsce na orzeźwiającą kąpiel. Przy samym wodospadzie można zakupić świeże, obrane owoce oraz drinki z rumem w łupinie kokosa.

            Dużą popularnością wśród turystów cieszy się miasto Viñales w Dolinie Viñales (Valle de Viñales), wpisanej w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, leżące na północ od rejonu Soroa. Cały otaczający je górzysty region zachował swoje pierwotne piękno. Powstałe tu w okresie jury ogromne ostańce erozyjne, porośnięte dziś gęstą roślinnością, tworzą scenerię niczym z planu filmu Park Jurajski Stevena Spielberga. Gdy burmistrz Viñales zorientował się, jaki dochód przynoszą odwiedziny turystów, kazał pomalować wszystkie domy na różne kolory, aby jeszcze bardziej uatrakcyjnić krajobraz, który sam w sobie jest już ogromnie przyciągający. Kolejnym powodem, dla którego warto tutaj przyjechać, może być najlepszy na całej Kubie tytoń, z którego słynie Valle de Viñales. Cygara warto jednak kupić u prywatnych osób – po pierwsze dlatego, że wtedy nie są produkowane masowo, po drugie – zapłacimy za nie taniej niż w sklepach, gdzie i tak dość często natrafimy – niestety – na podróbki.

FOT. CUBAINFO.DE/CUBAN TOURIST OFFICE
Zbieranie tytoniu w Pinar del Río

 

            Przewodniki po Kubie wśród atrakcji Viñales wymieniają zawsze gigantyczne malowidło na skalnej ścianie – Mural de la Prehistoria. Jego wykonanie zlecił Fidel Castro, a obrazować ma ono ewolucję rasy ludzkiej od jej początków do ostatecznego etapu, czyli wykształcenia się człowieka socjalizmu. Efekt wizualny musimy ocenić sami… Dla mnie dużo wartościowszym przeżyciem estetycznym było podziwianie wspaniałego widoku rozciągającego się z tarasu hotelu Los Jazmines. Gdy wschodzące słońce oświetlało na czerwono okoliczne góry, znów przypomniały mi się sceny ze wspomnianego już słynnego filmu o wyspie zamieszkałej przez dinozaury.

FOT. CUBAINFO.DE/CUBAN TOURIST OFFICEMalowidło Mural de la Prehistoria w okolicy Doliny Viñales

 

            Kubańską dżunglę porastającą południowy Półwysep Zapata (Península de Zapata) turyści natomiast najczęściej, zupełnie niesłusznie, omijają. Warto tu pojechać chociażby ze względu na krokodyle kubańskie – jedne z najmniejszych w rodzinie krokodylowatych (rzadko osiągające powyżej 3,5 m długości). Co prawda, ogrodzenia, za którymi trzyma się te gady w miejscowej wylęgarni, nie wyglądają zbyt wytrzymale, ale pracownicy zapewniają, że w jej granicach nie wydarzył się żaden wypadek. Oprócz oglądania z bliska dzikich zwierząt ośrodek oferuje także nietypową atrakcję: możemy w nim potrzymać i pogłaskać małego krokodyla.

 

W promieniach słońca

Wybrzeże Kuby posiada niewątpliwie urok rajskiego zakątka – szerokie plaże z białego piasku, wysmukłe palmy, nieskazitelnie czysta, turkusowa woda, która przez kilkanaście metrów od brzegu ciągle sięga do kolan, a do tego brak tłumu plażowiczów. Turyści korzystają z kąpieli słonecznych głównie w pobliżu nadmorskich kurortów, przy swoich hotelach, więc wystarczy tylko nieco oddalić się od okupowanych przez nich rejonów, aby poczuć się jak rozbitek na bezludnej wyspie. Nie jestem w stanie wybrać jednej najpiękniejszej kubańskiej plaży. Dla mnie zarówno te północne, dookoła Hawany, jak i południowe, ciągnące się od Trinidadu, warte są zobaczenia.

FOT. CUBAINFO.DE/CUBAN TOURIST OFFICEJardines del Rey (Ogrody Króla) – rajska plaża na jednej z wysepek

 

            Mimo iż nie przepadam za zamkniętymi ośrodkami turystycznymi typu all inclusive, gdzie główną atrakcję stanowią drinki alkoholowe oraz wylegiwanie się na leżaku w promieniach słońca, to polecam wybrać się na kilka dni do któregoś z luksusowych resortów na Cayo Coco – wyspie, która pomimo wielu protestów ekologów została połączona z Kubą 17-kilometrowym wałem. Sam dojazd prostą, asfaltową drogą, szeroką na może 15 m, będzie wyjątkowym przeżyciem. Groblę z obu stron otacza jedynie błękitne morze – to widok nie do opisania.

 

Na kubańskich drogach
Z myślą o turystach na Kubie stworzone zostały specjalne linie autobusowe Viazul. Ich autobusy kursują codziennie o stałych porach do wszystkich turystycznych miast na całej wyspie. Jednak znacznie lepszym środkiem transportu bywają taksówki. Koszt przejazdu jest porównywalny, ale przygody, jakie przeżyjemy po drodze, na pewno urozmaicą nam podróż. Każda taksówka, z której korzystaliśmy, miała ukryty defekt: od wyciekającego paliwa, przez opadającą wciąż szybę, aż do silnika, który popsuł się w połowie trasy, co zmusiło nas do przesiadki do ciężarówki z paką, jaką jeżdżą na ogół tylko Kubańczycy (tutaj to turyści stanowią nie lada atrakcję!). Najciekawszym przeżyciem był jednak dla nas zupełnie niespodziewany przejazd rozsypującym się wozem ciągniętym przez konia. Kobieta, która zaoferowała nam podwiezienie, użyła w rozmowie z nami słowa coche, przez co wywnioskowaliśmy, że ma na myśli – oczywiście – samochód…

            Mimo wszystko najbardziej na kubańskich drogach zaskoczyły nas egzemplarze Fiata 126p. Większość aut na wyspie to stare, wysłużone amerykańskie samochody z połowy XX w. Swojskie maluchy wyglądają więc wśród nich dość osobliwie, szczególnie dla Polaków. Sama ich liczba także wprawia w zdumienie. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że 1 na 10 samochodów, które widziałam na Kubie, to właśnie tak popularny u nas niegdyś Fiat 126p!

 

Lokalne rozrywki

Jako że wielu Kubańczyków nie może sobie pozwolić na duże wydatki, w kasynie, na boisku czy sali do squasha lub w kręgielni spotkamy raczej obcokrajowców. Miejscowi mają własne sposoby na spędzanie wolnego czasu. Widok ludzi grających w karty, domino bądź szachy przy stolikach ustawionych wprost na ulicy należy już do typowego krajobrazu wyspy. Odkryjemy tu także jedną z lokalnych gier hazardowych. Na obwodzie dużego, okrągłego stołu rozstawione są malutkie, kolorowe drewniane domki z wejściami. Na środku na niskiej, obrotowej platformie znajduje się jeszcze jeden domek bez wejścia, ale za to ze schowaną w nim świnką morską. Prowadzący rozgrywkę zbiera pieniądze od graczy, obstawiających, gdzie schroni się zwierzę. Następnie kręci platformą i po jej zatrzymaniu wypuszcza mocno skołowaną świnkę. Ten, kto zgadł, który domek wybierze mały gryzoń, wygrywa albo obstawione pieniądze, albo alkohol. W tym ostatnim przypadku wszystkie postawione stawki zostają w kieszeni prowadzącego grę. Wersja pierwsza jest dla Kubańczyków, a druga – dla turystów.

FOT. MARTYNA GNIADKOWSKAGra hazardowa, w której główną rolę odgrywa świnka morska

 

Ponad dwa tygodnie, które spędziliśmy na Kubie, to zdecydowanie za mało, aby poznać jej wszystkie atrakcje. To jednak wystarczająco dużo, żeby zapragnąć na nią wrócić jak najprędzej. Kto raz wybrał się na tę fascynującą i gorącą wyspę, nigdy już o niej nie zapomni.


 

Artykuły wybrane losowo

Chorwacka kraina wysp i wodospadów

Przepiękny krasowy krajobraz Parku Narodowego Jezior Plitwickichplitvice-optimized-for-print-ivo-biocina 1
© NARODOWY OŚRODEK INFORMACJI TURYSTYCZNEJ REPUBLIKI CHORWACJI/IVO BIOCINA

MAGDALENA BARTCZAK


Położona na Półwyspie Bałkańskim Chorwacja jest ciągle jednym z najpopularniejszych kierunków turystycznych w Europie. Serca odwiedzających ją podróżników podbija oszałamiającą architekturą miast i miasteczek, bajeczną, często niemal dziką przyrodą, różnorodnością wysp i wybrzeża, doskonałą kuchnią i wyśmienitymi winami oraz niezwykłą gościnnością i serdecznością mieszkańców. Nic więc dziwnego, że co roku, nie tylko w okresie wakacyjnym, przybywa tu mnóstwo obcokrajowców.

Więcej…

Esencja Kuby, czyli cygara, rum i muzyka

Anna César Winiarek
www.cuba-miamor.blogspot.com

 

<< Są trzy rzeczy, które rozsławiły Kubę na cały świat: cygara, rum i tutejsza muzyka. Z nimi zresztą kojarzy się ona większości obcokrajowców i to dla nich ściągają do niej liczni turyści. Kubanka wydmuchująca cygarowy dym, ludzie spędzający czas w hawańskim barze ze szklaneczką złocistego rumu w dłoni, para tańcząca salsę na ulicy – takie zdjęcia widzieli prawie wszyscy z nas. Pora przenieść się do miejsc, gdzie zostały zrobione. >>

Więcej…

Rajskie wyspy Indonezji

 Prambanan temple

Hinduistyczny kompleks Prambanan na Jawie

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MAJA KAŹMIERCZAK-BARTHEL

www.TRAVELINGROCKHOPPER.COM

 

Według mnie Indonezja słynie z licznych wulkanów, tradycyjnego dania „nasi goreng”, orangutanów z Sumatry i Borneo oraz waranów z Komodo. Choć każdy z moich przykładów da się uzasadnić, większość osób kojarzy ją jednak z rajską Bali. Czy właśnie ta wyspa najlepiej reprezentuje cały kraj? Zdecydowanie nie i… trochę tak.

 

Indonezja leży w Azji Południowo-Wschodniej i częściowo Oceanii. To największe wyspiarskie państwo na świecie (o powierzchni ponad 1,9 mln km²). Swoimi granicami obejmuje 17 508 wysp, z czego mniej więcej 6 tys. pozostaje zamieszkanych. Ten rozległy kraj oddziela Pacyfik od Oceanu Indyjskiego.

 

Przy tak dużym wyborze naprawdę trudno zdecydować, gdzie zawitać podczas podróży po Indonezji. Mnóstwo jej wysp kusi turystów obietnicą rajskich wakacji. W tym ogromie znajduje się wiele prawdziwych perełek.

 

KRAINA BOGÓW

 

Bali z jednej strony jawi się jako turystyczny eden, egzotyczna kraina o wyjątkowej kulturze, z cudowną przyrodą, piaszczystymi plażami i idealną pogodą. Z drugiej strony wiele osób mówi, że wyspa jest przereklamowana, zatłoczona czy wręcz niewarta odwiedzenia, ponieważ w Indonezji znajduje się mnóstwo ciekawszych miejsc. Obie te opinie są słuszne. Na Bali funkcjonują rewelacyjne resorty, ale także kiepskiej jakości hotele. Rozwinęła się tu interesująca kultura i balijska odmiana hinduizmu, przetrwał odrębny język (balijski, basa bali), jednak inne rejony kraju też są wyjątkowe. Na wyspie leży dużo pięknych plaż, lecz wiele z nich jest zatłoczonych. W tym regionie panuje klimat równikowy z dwoma porami w roku: suchą i deszczową. W trakcie trwania tej drugiej (zazwyczaj od października do kwietnia) nie należy raczej spodziewać się idealnej pogody. Mnóstwo miejsc na Bali ma charakter typowo turystyczny, komercyjny, ale nie wszystkie, uchowało się tutaj również wiele urokliwych zakątków. Choć to nieduża wyspa (ma ponad 5,5 tys. km² powierzchni), jednak jest na tyle rozległa, że dzięki sporemu zróżnicowaniu prawie każdy znajdzie na niej coś dla siebie. Zdecydowanie warto ją odwiedzić i poznać rozmaite jej oblicza. W końcu nie bez przyczyny nazywana bywa krainą bogów.

 

Jednym z powodów, dla których turyści udają się na Bali, są jej przepiękne plaże. Wybrzeże wyspy w wielu miejscach pokrywa biały piasek. Natkniemy się też na czarne, wulkaniczne brzegi (plaża Lovina na północy), także bardzo malownicze. Amatorzy wszelkich sportów wodnych poczują się tu jak w raju. Ogromną popularnością cieszą się surfing i nurkowanie. Ciekawą atrakcję stanowi poza tym obserwowanie delfinów.

 

Indonezja jest w większości muzułmańska (powyżej 87 proc. ludności), jednak Balijczycy wyznają przede wszystkim lokalną odmianę hinduizmu (ok. 83,5 proc. mieszkańców wyspy), co w dużej mierze sprawiło, że kultura balijska tak bardzo różni się od tej z innych rejonów kraju. Na Bali znajduje się ponad 6 tys. świątyń hinduistycznych! Nie sposób ich wszystkich odwiedzić, ale do kilku koniecznie należy się wybrać, gdyż są dość specyficzne. Jedne z piękniejszych to np. Besakih na zboczu góry Agung (3031 m n.p.m.), Tirta Empul i Gunung Kawi w mieście Tampaksiring, sanktuarium Goa Gajah (Jaskinia Słonia) koło Ubud, zbudowana na klifie XI-wieczna świątynia Uluwatu (zwana również Luhur Uluwatu) oraz dwie najchętniej fotografowane budowle: Ulun Danu Bratan nad brzegiem jeziora Bratan i usytuowana na skale Tanah Lot niedaleko Denpasar.

 

Zwiedzanie obiektów sakralnych na wyspie można połączyć z oglądaniem przedstawienia muzyczno-tanecznego. Mimo iż takie spektakle bywają zwykle przeznaczone głównie dla turystów, warto je zobaczyć, gdyż prezentują interesujące elementy balijskiej kultury. Do typowych widowisk należy pokaz tańca lwa (barong), ilustrującego wieczną walkę dobra ze złem.

 

Podczas pobytu na Bali albo w innej części Indonezji polecam zainteresować się także batikiem. To technika malowania tkanin polegająca na nakładaniu wielu warstw wosku na materiał, a następnie zanurzaniu go w barwniku, który farbuje jedynie nie pokryte niczym miejsca. Aby uzyskać rozmaite efekty, proces woskowania i farbowania powtarza się wielokrotnie. Ta metoda zdobienia znana jest w różnych krajach, np. w Indonezji, Malezji, Singapurze, Indiach, Bangladeszu, Nigerii, Senegalu, Mali, Chinach, Japonii, Iranie, na Sri Lance i Filipinach. Historia batiku sięga starożytności, już w IV w. p.n.e. w Egipcie używano podobnie dekorowanych tkanin do owijania zwłok. Co ciekawe, ten indonezyjski uchodzi za zdecydowanie najsłynniejszy. W 2009 r. batik z Indonezji wpisano na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od tego czasu tutejszy rząd zachęca obywateli, aby w piątki nosili ubrania wykonane z tak zdobionych tkanin, a 2 października obchodzi się w kraju Dzień Batiku.

 

Ciekawą atrakcją Bali jest również Małpi Las Ubud (Ubud Monkey Forest). To park o powierzchni ok. 12,5 ha. Żyje w nim mniej więcej 700 małp (makaków krabożernych), występują tutaj rozmaite gatunki roślin i znajdują się trzy świątynie. Wizyta w tym miejscu powinna być doznaniem duchowym, przynieść nam spokój i równowagę.

 

Jeden z moich ulubionych rejonów na wyspie stanowią tarasy ryżowe (Tegallalang lub Jatiluwih). Ryż jest podstawowym produktem spożywczym na Bali (jak i w całym kraju), częścią tutejszej kultury. Co więcej, jego uprawa to ważny element indonezyjskiej gospodarki. Indonezja znajduje się na trzecim miejscu wśród największych światowych producentów ryżu (po Chinach i Indiach). Niestety, uprawianie tej rośliny stanowi skomplikowane i trudne zajęcie. W Azji rolnicy coraz częściej rezygnują z pracy na polu, gdy widzą, że łatwiej czerpać dochody z branży turystycznej. Trudno im się dziwić, ale żal patrzeć na niszczejące tarasy ryżowe.

 

Bali szczyci się też typowo indonezyjską atrakcją, jaką są wulkany. Dwa najsłynniejsze to Batur (1717 m n.p.m.) i Agung (3031 m n.p.m.). Ze szczytu pierwszego z nich turyści często podziwiają zachwycający wschód słońca. Góra Agung jest wyższa i wspinaczka na nią wymaga dużo więcej wysiłku. Na dodatek od sierpnia 2017 r. aktywność tego wulkanu bardzo wzrosła i w listopadzie doszło do kilku znacznych wybuchów. Z tego powodu odwołano wszystkie loty z i na Bali, a wiele osób ewakuowano. Większa erupcja może całkowicie odmienić oblicze wyspy...

 

RAJ BEZ TURYSTÓW

 

Jeżeli wakacje na Bali ciągle nie brzmią do końca przekonująco, polecam wybrać się na Lombok. Obie wyspy są do siebie podobne pod względem przyrodniczym (niektóre miejsca nawet mają takie same nazwy, np. plaża Kuta). Lombok bywa jednak słusznie nazywana Bali bez tłumów. Warto się spieszyć, żeby ją odwiedzić, bo każdego roku przybywa na nią coraz więcej turystów.

 

Na wyspie znajdują się wspaniałe plaże (w tym wyjątkowa różowa Tangsi), piękne wodospady (Benang Kelambu i Senaru), góry i wulkany. Jej okolica świetnie nadaje się do surfowania i nurkowania. Lombok to również znakomite miejsce na romantyczną podróż dla nowożeńców. Tutejsze tradycje i kulturę można poznać bliżej w wiosce grupy etnicznej Sasak.

 

Na północy wyspy wznosi się jeden z najwyższych i najbardziej aktywnych indonezyjskich wulkanów – Rinjani (3726 m n.p.m.). Wyprawa na jego szczyt zajmuje ok. dwa–trzy dni, mimo to przyciąga on wielu chętnych. Z góry rozpościera się wspaniała panorama na całą Lombok, widać nawet pobliską Bali.

 

U północno-zachodnich wybrzeży leżą tu trzy małe wysepki Gili. Dość długo ten archipelag był uznawany za rajski, idealny na idylliczne wakacje dla mniej zamożnych turystów. Obecnie wszystko się zmienia, jednak wysepki Gili ciągle wydają się być ciekawą propozycją turystyczną.

 

SEN NA JAWIE

 

bromo

Rozległa kaldera Tengger z dymiącym kraterem czynnego wulkanu Bromo

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Najbardziej zaludnioną wyspę na świecie stanowi indonezyjska Jawa. Zamieszkuje ją aż ok. 145 mln osób. Zdecydowanie nie brzmi to jak zachęta do jej odwiedzenia, ale jest tutaj kilka wspaniałych miejsc, bez zobaczenia których wizyta w Indonezji byłaby niepełna. To właśnie na Jawie znajdują się mistyczne świątynie Borobudur i Prambanan, zachwycające okolice z wulkanami Bromo (2329 m n.p.m.) i Ijen (2443 m n.p.m.) oraz Madakaripura – wodospad pozostający na długo w pamięci. Tutejsze cuda wbrew nazwie wyspy wydają się jak ze snu.

 

Zwiedzanie najlepiej zacząć od ponad 400-tysięcznej Yogyakarty (Jogyakarty). Uchodzi ona za centrum kultury i sztuki jawajskiej. Miasto jest warte zobaczenia, a do tego tutejsze restauracje kuszą smaczną kuchnią. Z Yogyakarty obowiązkowo trzeba wybrać się do wspomnianych wyjątkowych zabytków sakralnych.

 

Borobudur należy do największych buddyjskich świątyń na świecie. Pochodzi według szacunków z VIII–IX w. W 1991 r. obiekt ten został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Moim zdaniem to najpiękniejsza i najciekawsza świątynia w Indonezji, nie tylko ze względu na detale architektoniczne, liczne rzeźby (m.in. 504 posągi Buddy) i płaskorzeźby (2672 reliefy). Zachwyca także jej okolica. Jedynie ogromna popularność tego miejsca, a co za tym idzie, ściągające tu codziennie tłumy turystów, mogą odstręczać od wizyty. Co ciekawe, kompleks Borobudur przez kilka stuleci był ukryty pod pyłem wulkanicznym i porośnięty bujną roślinnością. Został opuszczony prawdopodobnie na przełomie X i XI w., ale dopiero w 1814 r. natrafiono na pierwsze ślady budowli. Przez kolejne lata odkrywano ją po kawałku, a obecnie jest jedną z głównych atrakcji kraju.

 

Prambanan to hinduistyczny zespół świątynny z połowy IX w. Ten największy tego typu obiekt w Indonezji umieszczono zresztą w 1991 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niestety, w wyniku trzęsień ziemi, zwłaszcza ostatniego z maja 2006 r., wiele miejscowych świątyń zostało zniszczonych. Niektóre z nich odbudowano, ale część nadal czeka na renowację. Prambanan również uchodzi za jedną z ważniejszych atrakcji kraju. Każdego dnia odwiedzają go rzesze turystów. Jednak i tu można znaleźć spokój i miejsce tylko dla siebie.

 

W Indonezji jest prawie 130 czynnych wulkanów. Na Jawie, o ile pozwalają na to względy bezpieczeństwa, polecam odwiedzić okolice Bromo i Ijen. Czasem z powodu dużej aktywności nie zaleca się wycieczek w ich rejony. Należy więc wcześniej sprawdzić aktualną sytuację.

 

Najpopularniejszy w Indonezji Bromo wchodzi w skład masywu Tengger. Najaktywniejszym i najwyższym wulkanem na Jawie jest jednak Semeru (zwany też Mahameru, 3676 m n.p.m.). Od 1967 r. regularnie (co ok. 20 min.) wydobywa się z niego dym, a czasem wydostają się również chmury pyłu lub kamienie. Bromo i Semeru położone są wewnątrz kaldery o średnicy mniej więcej 10 km i otoczone przez tzw. morze piasków (z drobnego piasku wulkanicznego). Okolica wulkanów stanowi popularne miejsce na podziwianie wschodu słońca. Jakkolwiek banalnie to brzmi, zapewniam, że jest cudownym doświadczeniem. Wyłaniający się spod pierzyny chmur krajobraz wygląda niesamowicie. Po przeżyciach natury estetycznej można pokrążyć w pobliżu i nawet zajrzeć do krateru. W drodze powrotnej trzeba koniecznie zobaczyć Madakaripurę – według mnie jeden z najwspanialszych wodospadów w Azji.

 

Równie wyjątkowo prezentuje się zespół czynnych wulkanów Ijen (Kawah Ijen, Gunung Iljen). W jednym z kraterów znajduje się największe na świecie kwaśne jezioro charakteryzujące się pięknym turkusowym kolorem. Ijen często bywa celem nocnych wycieczek, których uczestnicy chcą zobaczyć tzw. niebieski płomień. Zjawisko to zachodzi na skutek wysokiego stężenia związków siarki. Nie jest to jedyne miejsce na naszym globie, gdzie można je obserwować, jednak w Indonezji widuje się największe niebieskie ognie. Niestety, okolica słynie także z niezmiernie ciężkich warunków pracy. Mężczyźni wydobywający siarkę wspinają się po zboczu, aby dostać się do złóż. Nie mają żadnego specjalistycznego sprzętu, strojów ochronnych czy chociażby masek przeciwgazowych. Rozłupują ogromne bloki, a potem układają żółte bryły w dwóch sporych koszach i niosą je na plecach stromą i długą ścieżką. Mimo włożonego wielkiego wysiłku nie zarabiają zbyt dużo. Na ten temat nakręcono kilka filmów dokumentalnych, m.in. Śmierć człowieka pracy (Workingman’s Death) z 2005 r. w reżyserii Austriaka Michaela Glawoggera.

 

Na Jawie znajduje się również stolica, a zarazem największe miasto Indonezji – ponad 10-milionowa Dżakarta. Nie jest ona jednak zbyt ciekawa. Właściwie warto polecić w niej jedynie piękny park Taman Mini Indonesia Indah, który prezentuje w miniaturze rozmaite atrakcje kraju. Wizyta w nim może być swojego rodzaju inspiracją do odwiedzenia poszczególnych wysp. Dżakarta sprawia też wrażenie najbardziej holenderskiego miejsca w Indonezji. Przez kilka wieków nazywana była Batawią (od 1619 do 1949 r.) i stanowiła stolicę Holenderskich Indii Wschodnich (od 1800 do 1949 r.). Dziś w Holandii działa wiele restauracji indonezyjskich. W Indonezji można za to spotkać Holendrów i znaleźć wiatraki.

 

 Sunrise at Kawah Ijen

Turkusowe kwaśne jezioro wulkaniczne w aktywnym kraterze Kawah Iljen

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

U ORANGUTANÓW

 

Sumatra to szósta pod względem wielkości wyspa na świecie (ma powierzchnię ponad 443 tys. km²) i największa należąca w całości do Indonezji. Słynie ona przede wszystkim z przepięknej przyrody. Znajdziemy tutaj tropikalne lasy, wulkany i jeziora. Poza tym wyspę zamieszkuje także endemiczny gatunek orangutana (orangutan sumatrzański). Polecam szczególnie dwa akweny na Sumatrze – Toba i rzekę Bahorok.

 

Pierwszy z nich to największe jezioro wulkaniczne na świecie, które powstało po wybuchu ogromnego wulkanu, prawdopodobnie ok. 75–80 tys. lat temu. Toba ma powierzchnię 1130 km². Znajduje się na nim wyspa o nazwie Samosir. Okolica cieszy się dużą popularnością wśród Indonezyjczyków, ale niewielu obcokrajowców słyszało o tym miejscu. Muszę przyznać, że otoczenie jeziora wygląda całkiem przyjemnie, wokół wznoszą się majestatyczne góry, jest tu spokojnie (prawie nie ma turystów) i można wypocząć. Jednak bardzo rozczarowała mnie jakość wody. Niestety, obecnie Toba nie nadaje się nawet do pływania. Widok ludzi myjących w nim kanistry na benzynę zdecydowanie nie polepsza sytuacji. Może kiedyś się to zmieni.

 

Lasy deszczowe na Borneo i Sumatrze zamieszkują orangutany. Te wyjątkowe zwierzęta są dziś zagrożone wyginięciem. Ich populacja zmniejsza się ze względu na wycinanie drzew i wypalanie skupisk leśnych (często nielegalne). Uważam, że podczas podróżowania po świecie trzeba zachowywać się odpowiedzialnie i starać się jak najmniej wpływać na miejsca, do których się trafia. Dotyczy to szczególnie środowiska naturalnego. Polecam więc odwiedzać rezerwaty (a nie ogrody zoologiczne), gdzie można nauczyć się czegoś o ich mieszkańcach i dowiedzieć się, jak pomóc przetrwać zagrożonym gatunkom. Jednym z takich obszarów specjalnej ochrony jest sanktuarium w miejscowości Bukit Lawang na Sumatrze. Ośrodek nad rzeką Bahorok został założony w 1973 r. właśnie z myślą o osieroconych, rannych lub urodzonych w niewoli orangutanach. To wspaniałe centrum rehabilitacji leży na wschodnim skraju Parku Narodowego Gunung Leuser.

 

NA GRANICY

 

Trzecią co do wielkości wyspę na świecie stanowi Borneo (ma blisko 750 tys. km² powierzchni). Jej terytorium jest podzielone między trzy kraje: Malezję, Brunei i Indonezję. Do tego ostatniego należy największy obszar (ok. 73 proc. powierzchni wyspy). Borneo po indonezyjsku nazywa się Kalimantan. Co ciekawe, nie ma na niej wulkanów (z wyjątkiem Bombalai w malezyjskiej części), nie występuje również zagrożenie tsunami. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyspę pokrywały głównie lasy deszczowe. Niestety, ten stan bardzo drastycznie się zmienił. Niemniej dla turystów Borneo wciąż jest wielkim tropikalnym lasem z rozmaitymi gatunkami roślin i zwierząt. W indonezyjskiej części wyspy obowiązkowo trzeba odwiedzić Park Narodowy Tanjung Puting słynący z ochrony orangutanów i nosaczy sundajskich.

 

WSPANIAŁY OGRÓD

 

Sulawesi (Celebes) leży między Borneo i Molukami (Wyspami Korzennymi). Jest jedną z głównych wysp Indonezji (ma ponad 180 tys. km² powierzchni), ale ciągle pozostaje niemal nieodkrytą perełką. Znajdują się na niej piękne plaże, góry, tarasy ryżowe czy lasy deszczowe. Rozwinęła się tutaj także bogata kultura i tradycje. Na Sulawesi można spotkać wiele endemicznych gatunków zwierząt, np. anoa nizinnego, babirussę sulaweską, łaskuniaka (łaskuna) brązowego, wyraka karłowatego, nogala hełmiastego, makaka czarnego czy makaka czubatego (który przeniósł się też na sąsiednie mniejsze wyspy). Okoliczne wody budzą duże zainteresowanie wśród miłośników nurkowania, ponieważ rozciąga się w nich przepiękna kolorowa rafa koralowa (m.in. w rejonie wysepki Bunaken, archipelagu Wakatobi lub Togian).

 

Sulawesi ma bardzo specyficzny kształt – składa się z czterech półwyspów. Na poszczególnych jej obszarach występuje charakterystyczna dla nich fauna i flora. Mieszkańcy każdego półwyspu wymieniają tysiące powodów, dla których turyści powinni odwiedzić właśnie ich region. Ja jednak ograniczyłabym się do kilku najpiękniejszych miejsc (np. jeziora Tondano, obszaru Tana Toraja), chyba że czas pozwala komuś na dłuższy pobyt.

 

Wyspę zamieszkują różne grupy etniczne, w tym m.in. Toradżowie (Toraja), którzy zajmują się od lat uprawą ryżu, rybołówstwem i myślistwem. Warto rozważyć wizytę w rejonie Tana Toraja, aby poznać zwyczaje jego mieszkańców, ich styl życia czy specyficzne podejście do śmierci i oryginalne tradycje pogrzebowe. Poza tym to wyjątkowo malownicza okolica z zielonymi dolinami i górami.

 

Na Sulawesi nie bez powodu przyciągają wielu turystów dwa obszary chronione. W końcu przyroda jest najpiękniejszym skarbem tej wyspy. W Parku Narodowym Bogani Nani Wartabone żyje mnóstwo endemicznych gatunków zwierząt, w tym anoa nizinny, niezmiernie rzadko widywana sowica cynobrowa, babirussa sulaweska, świnia celebeska czy jego symbol – nogal hełmiasty. Podobnym bogactwem fauny szczyci się pięknie usytuowany Rezerwat Naturalny Tangkoko Batuangus, gdzie ujrzymy choćby makaka czubatego i wyraka upiornego.

 

NIEZNANY SKARB

 

Flores przez wielu uważana jest za najpiękniejszą i najbardziej fascynującą wyspę Indonezji. Długo pozostawała w cieniu np. dużo popularniejszej Bali i dzięki temu nie została jeszcze zalana przez tłumy turystów. Dlatego tym bardziej polecam rozważyć zatrzymanie się na niej podczas planowania wakacji w tym fascynującym kraju. Flores reklamuje się jako wyspa dla osób aktywnych, ze wspaniałymi miejscami do nurkowania i snorkelingu oraz spektakularnymi wulkanami idealnymi na trekkingi. Poza tym kładzie się tu też nacisk na ekoturystykę, promowanie lokalnych tradycji i kultury.

 

Największą atrakcją wyspy jest zdecydowanie góra Kelimutu (1639 m n.p.m.). Zdjęcia prezentujące trzy tutejsze niesamowite wulkaniczne jeziora zdecydowanie zachęcają do odwiedzenia Flores. Widoki w tej okolicy rzeczywiście zapierają dech w piersiach. W przeszłości trzy jeziora w kraterze często zmieniały swój kolor. Obecnie jedno jest czarnobrązowe, drugie – turkusowoniebieskie, a trzecie ma barwę przechodzącą z zielonej w czerwoną. Ich woda wybarwia się prawdopodobnie za sprawą minerałów, które nasycają ją w różnej ilości w zależności od aktywności wulkanu. Ze względu na występowanie tego zjawiska lokalna ludność uważa to miejsce za święte. Okolica wulkanu Kelimutu zachwyca o każdej porze dnia, jednak najwięcej ludzi przyciąga o wschodzie słońca lub wcześnie rano.

 

Aby poznać kulturę Flores i jej mieszkańców, najlepiej wybrać się do wioski Wae Rebo. Żyją w niej przedstawiciele grupy etnicznej Manggarai. Osada jest ukryta wśród malowniczych gór i żeby się do niej dostać, trzeba maszerować przez ok. 3–4 godz. Nagrodę za ten wysiłek stanowi wyjątkowe doświadczenie obcowania z rdzenną ludnością Indonezji. Co więcej, w Wae Rebo można także spędzić noc w charakterystycznym domu w kształcie stożka.

 

Całkowicie inną wioską, niemniej fascynującą, jest Bena. To najbardziej znana i najczęściej odwiedzana tradycyjna osada na Flores. Podobnie jak Wae Rebo ona również leży w pięknej scenerii. Wizyta w niej będzie więc nie tylko poznawaniem kultury grupy etnicznej Ngada (Ngadha), ale też doznaniem estetycznym.

 

Inne ciekawe miejsce na wyspie stanowi jaskinia Liang Bua. Sama w sobie jest warta odwiedzenia, ale cieszy się obecnie zainteresowaniem głównie ze względu na cenne znalezisko. W 2003 r. odkryto tutaj szczątki Homo floresiensis, czyli człowieka z Flores. Naukowcy wciąż spierają się, czy był to osobny gatunek, czy odnaleziony osobnik cierpiał na jakąś chorobę, np. genetycznie uwarunkowany zespół Downa bądź zespół Larona. Niezależnie od tego, jakie okaże się wyjaśnienie tej zagadki, Flores jest dumna ze swojego hobbita, jak potocznie nazywa się hominida, którego szczątki zachowały się w Liang Bua. W okolicy warto również odwiedzić dwie pobliskie jaskinie – Gua Galang i Gua Tanah.

 

 Wae Rebo

Wioska Wae Rebo na wyspie Flores z domami mbaru niang w kształcie stożka

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

INDONEZYJSKIE SMOKI

 

Na zakończenie należy dodać chociaż kilka słów o jednym z symboli Indonezji – waranie (smoku) z Komodo. To największa współcześnie żyjąca jaszczurka. Dorosły osobnik może ważyć ponad 70 kg i osiągnąć 3 m długości. Co ciekawe, warany z Komodo nie mają naturalnych wrogów, przynajmniej wśród innych zwierząt, ale zdarza się, że zjadają młode swojego gatunku. Potrafią być też dość agresywne i choć zdarza się to wyjątkowo rzadko, mogą zaatakować człowieka. Muszę przyznać, że gdy kiedyś spotkałam jednego z nich na plaży (akurat wyszedł zza krzaków, wydając charakterystyczne odgłosy), bardzo szybko przeniosłam się w inne, bezpieczniej wyglądające miejsce. W celu ochrony warana w 1980 r. założono Park Narodowy Komodo (od 1991 r. znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Zajmuje on powierzchnię 1817 km² i obejmuje wiele wysp i wysepek, m.in. Komodo, Padar i Rincę (Rindję).