ELŻBIETA I ROBERT PAWEŁEK

 

<< Dla większości podróżników zakochanych w Czarnym Lądzie Kenia i Tanzania nie mają sobie równych. To kraje bajecznie piękne, magiczne i wciąż dzikie. Warto odwiedzić je szczególnie w porze tzw. Wielkiej Migracji, kiedy rozgrywa się jeden z najbardziej widowiskowych spektakli przyrody na ziemi. Jeśli przy okazji upolujemy aparatem fotograficznym całą Wielką Piątkę Afryki (lwa, słonia, bawoła, nosorożca czarnego i lamparta), nasze safari będziemy mogli zaliczyć do udanych i wyruszyć na zasłużony odpoczynek na afrykańskie wyspy – kenijską Lamu i słynny tanzański Zanzibar – prawdziwe miniaturowe wersje raju. >>

 FOT. KENYA TOURISM BOARD

Terytoria obu państw znajdowały się w swojej historii w granicach kolonii brytyjskiej. O czasach tych przypomina dzisiaj powszechny w sferze oficjalnej język angielski. Rdzenni mieszkańcy Kenii i Tanzanii posługują się jednak suahili, którego główny dialekt unguja pochodzi z wyspy Zanzibar.

Afryka jest mistyczna: dzika, piekielnie upalna, stanowi raj dla fotografujących i myśliwych, krainę utopii dla eskapistów. Jest tym, czego pragniesz, wymyka się wszelkim interpretacjom – pisała w swoich pamiętnikach West with the Night słynna kenijska pilotka urodzona w Wielkiej Brytanii Beryl Markham (1902–1986). Dla pasjonatów nieskażonej natury liczą się tu przede wszystkim dwa miejsca: Maasai Mara National Reserve (Rezerwat Narodowy Masai Mara) w Kenii i Serengeti National Park (Park Narodowy Serengeti) w Tanzanii. Jedną z największych atrakcji są w nich duże ssaki. Jednak ani gepard, ani lew, ani nawet sympatycznie wyglądające, choć groźne w rzeczywistości hipopotamy nie wystawią się nam same do zdjęcia. Niemal na każdym kroku napotkamy za to stada płochliwych oryksów czy żyjące gromadnie zebry, od których aż mieni się w oczach.

Czasem przy drzewie akacjowym zobaczymy cierpliwie skubiącą listki żyrafę, a na horyzoncie mignie nam hiena. Najlepiej przyjechać tutaj w porze suchej, z reguły pomiędzy czerwcem i sierpniem, kiedy antylopy gnu, zebry i inni roślinożercy wędrują w wielkich grupach liczących od kilkuset do paru tysięcy osobników z Serengeti na północ, do Masai Mara, w poszukiwaniu świeżego pożywienia.

 

Wielka szkoła przetrwania

Widowiskowy przemarsz kilku milionów afrykańskich zwierząt stał się już tematem wielu książek, filmów przyrodniczych i wspaniałych fotografii, a mimo to wciąż przyciąga rzesze turystów do Kenii i Tanzanii. Wielka Migracja rozpoczyna się na ogół w czerwcu lub lipcu. Natomiast wędrówka powrotna z Masai Mara do Serengeti odbywa się zazwyczaj od końca listopada do stycznia. Ma to związek z opadami deszczu, od których zależy wegetacja trawy. Za stadami antylop podążają zebry i bawoły afrykańskie. Tym ostatnim towarzyszą nieodłączne bąkojady, ptaki czyszczące ich skórę z pasożytów oraz sygnalizujące wszelkie zagrożenia. W poszukiwaniu nowych pastwisk te roślinożerne ssaki przebywają niemal 3 tys. km, gdy w maju deszcze, które nawodniły wschodnie równiny, zaczynają przesuwać się ku północy. Każdy gatunek ma własne sposoby na znajdowanie pokarmu. Gnu pręgowane kierują się zapachem wilgotnej ziemi i mogą usłyszeć odgłosy burzy nawet z odległości 50 km. W sierpniu zielona jeszcze do niedawna sawanna pustoszeje. To ciężki okres dla lwów, które tracą szanse na upolowanie zwierzyny. Wielotysięczne stada antylop i zebr ruszają na północ i przeprawiają się przez rzekę Marę, najbardziej dramatyczne miejsce całej migracji. W jej brązowych wodach część z nich ginie, padając łupem krokodyli lub po prostu tonąc. Gnu podporządkowują się zawsze prawom natury, dlatego słabe osobniki są pozostawiane, a silne niestrudzenie kontynuują wędrówkę bez oglądania się za siebie. Oblicza się, że podczas drogi na północ i przy przekraczaniu Mary ginie ok. 200 tys. antylop i zebr. Zwierzęta zatrzymują się na terenie Masai Mara do końca listopada, aby następnie wraz z przemieszczającą się strefą opadów wyruszyć z powrotem na dalekie południe, ku niekończącym się równinom Serengeti.

FOT. KENYA TOURISM BOARD

Wielką migrację prowadzą zebry, mimo iż liczbowo dominują gnu (stanowią ok. 60 proc.)

 

Śmietanka towarzyska na Lamu

Po trudach safari warto odpocząć nad Oceanem Indyjskim. Dużym powodzeniem cieszy się szczególnie wyspa Lamu, będąca jedną z większych kenijskich atrakcji, dobrze znana podróżnikom i żeglarzom już w XVI w. Należy ona do archipelagu o tej samej nazwie, w skład którego wchodzą także Pate i Manda oraz mniejsza od nich Kiwayu. Tutejsza miejscowość Lamu, wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, to najlepiej zachowane miasto kultury suahili w całej Afryce Wschodniej. Stare, białe domy, kryte gęstą strzechą z liści palmowych, z charakterystycznymi, bogato zdobionymi drewnianymi drzwiami przywołują przeszłość arabskiej faktorii handlowej i portugalskiej kolonii. Kiedyś panowała tu handlowa gorączka. Dziś czas płynie powoli. Można odnieść wrażenie, że nawet zatrzymał się w miejscu. Na wyspie znajduje się zaledwie kilka samochodów. Cały transport, jak za dawnych lat, odbywa się na grzbiecie osłów lub za pomocą rowerów. Dawno minęła epoka bogactwa, budowanego na handlu niewolnikami i kością słoniową. Pozostały po niej charakterystyczna architektura, meczety i eksponaty w muzeach.

Do największych atrakcji należy tutaj Peponi Hotel Lamu: jeden z najsłynniejszych nie tylko na wyspie, ale w całej Kenii, przyciągający sławy z Europy i Stanów Zjednoczonych. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Lamu to modne miejsce wśród europejskich elit towarzyskich. Stare domy w pobliskiej pięknej wiosce Shela kupiło wielu obcokrajowców. Luksusowo odnowione rezydencje wynajmuje się dziś przez większą część roku. Co prawda, ruch turystyczny mocno zmalał po ostatnich zamachach w 2010 i 2011 r., ale sytuacja już się poprawiła i goście zaczynają powracać. Najwięcej turystów odwiedza Lamu między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, chociaż sezon trwa tu dużo dłużej – od października do marca. Warto też odbyć rejs po archipelagu tradycyjną łodzią dau (dhow). Jeśli mamy więcej czasu, możemy popłynąć na dziewicze wyspy Manda, Pate oraz Kiwayu. Ta ostatnia oraz słynąca z cichych, pustych plaż Wasini, położona w sąsiedztwie rafy koralowej Kisite, stanowią raj dla miłośników nurkowania. W Kisite Mpunguti Marine Park (Morskim Parku Kisite Mpunguti) między sierpniem a październikiem przy odrobinie szczęścia zobaczymy delfiny i wieloryby.

FOT. ROBERT PAWEŁEK

Na Lamu żyje aż ok. 3 tys. osłów, znajdziemy tu nawet szpital dla tych zwierząt

 

Wyspiarska Tanzania

Doskonałymi miejscami na błogi wypoczynek są również wyspy Tanzanii: Pemba, Mafia czy coraz modniejszy wśród Polaków Zanzibar. Bliskość równika powoduje, że tych pięknych skrawków lądu nie nawiedzają większe cyklony, groźne w wysuniętych, północnych lub południowych rejonach Oceanu Indyjskiego. Nie znajdziemy tutaj także wielkich dzikich zwierząt, żyjących w parkach narodowych Afryki Wschodniej. Lokalna fauna nie jest jednak uboga. Należy do niej m.in. zagrożona wyginięciem gereza trójbarwna, nazywana w języku suahili kima punju („trującą małpą”) ze względu na wydzielany silny zapach. Na pewno natkniemy się też na koczkodany, mangusty i liczne gekony, obecne praktycznie wszędzie – w nocy pracowicie łowią moskity i drobne owady. Niezmiernie rzadko udaje się zobaczyć pytona i mambę czarną. Raczej nie liczmy także na spotkanie lampartów zanzibarskich, które zostały wytępione, oraz niewielkich antylop mających płochliwy charakter i prowadzących nocny tryb życia. W okolicy osad ludzkich lubią za to przebywać sympatyczne małpiatki. Podkradają one często lokalnie pędzony alkohol (wino palmowe), który fermentuje w zbiornikach zawieszonych na drzewach.

Przy planowaniu wizyty na tanzańskich wyspach trzeba pamiętać, że ceny biletów lotniczych i hoteli najwyższe są w lipcu i sierpniu oraz w okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Dlatego na Zanzibar najlepiej przyjechać między początkiem września a połową grudnia lub od stycznia do końca marca. Za największą tutejszą atrakcję uchodzą sporty wodne. W czerwcu panują tu idealne warunki do uprawiania żeglarstwa oraz kitesurfingu. Wieje wówczas południowy monsun, zwany kusi, i jest nieco chłodniej – ok. 30°C. Największe upały na Zanzibarze występują między grudniem a marcem. Temperatura wody dochodzi wtedy do 30°C, a powietrza – do 40°C.

Nurkowanie można natomiast uprawiać tutaj przez cały rok. Podczas niego spotkamy żółwie morskie i delfiny (te ostatnie najczęściej przy powierzchni), a także – w zależności od sezonu – humbaki, rekiny wielorybie czy manty. Za najciekawsze miejsce nurkowe uważa się okolice wysepki Mnemba, która leży ok. 2 km od północno-wschodniego wybrzeża Zanzibaru.

W ciepłym, turkusowym Oceanie Indyjskim musimy jednak zachować pewne środki ostrożności. Oprócz żyjących w nim jadowitych stworzeń trzeba uważać na silne prądy przy brzegach, niebezpieczne zwłaszcza dla niedoświadczonych pływaków, szczególnie w czasie nowiu i pełni. Nie działają tu prawie żadne służby ratownicze, więc w razie potrzeby pomocy udzielają jedynie rybacy lub okoliczne profesjonalne bazy nurkowe. Na rafie, w miejscach, gdzie nie ma piasku, napotkamy również kłujące jeżowce. Uprzykrzyć życie mogą nam też pchły piaskowe, spotykane na wybrzeżu Tanzanii. Ich larwy potrafią zagnieździć się w stopie, na ogół w pobliżu paznokci, co powoduje nieprzyjemne swędzenie. Należy je usuwać na tyle ostrożnie, żeby nie wdało się zakażenie.

Swój raj na ziemi znaleźli na Zanzibarze nie tylko miłośnicy wspaniałych podwodnych przygód, ale także amatorzy wędkarstwa sportowego. Dużą popularnością cieszą się wśród nich jednodniowe polowania na tuńczyka, marlina lub barakudę. Ci, którzy wolą spokojniejszy wypoczynek, mogą wybrać się na spacer po zabytkowym Stone Town (Kamiennym Mieście), przejażdżkę rowerem po malowniczej okolicy lub zagrać w siatkówkę plażową. Warto też odwiedzić np. Jozani-Chwaka Bay National Park (Park Narodowy Jozani-Zatoka Chwaka), pokryty gęstymi namorzynami, gdzie mieszka duża populacja małp (w tym niezmiernie rzadkie gerezy trójbarwne), sąsiednią wysepkę Changuu z żółwiami olbrzymimi przywiezionymi specjalnie z Seszeli czy zanzibarskie urocze wioski Nungwi lub Jambiani.

FOT. ASILIA CAMPS, LODGES, SAFARIS

Zanzibar – rejs łodzią dau (dhow)

 

Zanzibarskie wspaniałości

Dziś jednak największy rozkwit przeżywa Zanzibar (w języku suahili Unguja), będący największą wyspą archipelagu o tej samej nazwie. Wraz z pobliską Pembą tworzy autonomiczny region Tanzanii – posiada własny rząd, parlament i prezydenta. Z tego też powodu jest zazwyczaj wymieniany i opisywany w przewodnikach oddzielnie. Nazwa Zanzibar pochodzi od słowa zendż (zenj), którym w świecie islamu określano czarnych mieszkańców Afryki Wschodniej, oraz od arabskiego i perskiego wyrazu oznaczającego ląd bądź wybrzeże (cząstka -bar). Przez bardzo długi czas ten afrykański zakątek kojarzył się głównie z prowadzonym tu na szeroką skalę handlem niewolnikami.

Wyspa składa się z trzech regionów, różniących się nieco od siebie. Na jej zachodnim wybrzeżu leży ponad 200-tysięczne miasto Zanzibar, które pełni funkcję administracyjnej stolicy całego archipelagu. W jego skład wchodzi historyczne Stone Town i nowe Ng’ambo. To pierwsze, czyli Kamienne Miasto, było w przeszłości największym ośrodkiem miejskim w Afryce Wschodniej. Charakteryzuje się zabytkową architekturą, labiryntem malowniczych, wąskich uliczek, sklepikami i pachnącymi straganami. Zwiedzając urokliwe Stone Town, warto odwiedzić XIX-wieczny pałac House of Wonders (Dom Cudów) lub znajdujący się nieopodal nocny targ z jedzeniem w Ogrodach Forodhani. W odróżnieniu od wielu innych afrykańskich rejonów, gdzie złe warunki sanitarne i wszechobecny kurz nie zachęcają do kupowania przekąsek na bazarze, tutaj możemy bez obaw nasycić nie tylko oczy, ale też żołądki. Po zmroku miejscowi sprzedawcy rozstawiają stoły i rozpalają grille, szykują szaszłyki z wielkich ryb i krewetek, a zapach potraw roznosi się po całej okolicy. Tej egzotycznej mieszance smaków i kolorów nie sposób się oprzeć.

W nowej części stolicy – Ng’ambo – wznoszą się monumentalne bloki, zaprojektowane przez enerdowskich inżynierów na przełomie lat 60. i 70. XX stulecia. Miały stanowić ozdobę miasta i podkreślać jego nowoczesność po rewolucji zanzibarskiej w 1964 r., ale dziś raczej je szpecą. W północnej części wyspy z malowniczymi wioskami Nungwi i Kendwa miejscowych wciąż jest więcej niż turystów. Szybki rozwój infrastruktury hotelowej i gastronomicznej najpewniej jednak to zmieni. Rozrzucone przy brzegu skały tworzą zachwycające kameralne zatoczki. Nungwi słynie poza tym z przepięknych zachodów słońca.

Szerokie, śnieżnobiałe plaże w północno-wschodniej i południowo-wschodniej części Zanzibaru ciągną się nieprzerwanie na całej długości wybrzeża. Wdzięku dodaje im pas wysokich palm kokosowych, a stosunkowo niedaleko od brzegu rozpościera się też potężna rafa koralowa. Większość tutejszych hoteli posiada własne zaplecze ze sprzętem do sportów wodnych, m.in. deskami do windsurfingu, kajakami i katamaranami.

Jeśli ktoś szuka odludnych miejsc, powinien wybrać południowy, słabiej rozwinięty turystycznie rejon Zanzibaru z uroczymi zatoczkami, wysepkami i rafami. W okolicach Kizimkazi największą atrakcję stanowi pływanie z delfinami, co mieszkańcom wioski przynosi całkiem spore dochody.  

FOT. THE PALMS ZANZIBAR

The Palms Zanzibar – rajska plaża ekskluzywnego resortu złożonego jedynie z 6 willi

 

Kulturalne Stone Town

Powszechnie wiadomo, że popularny wokalista zespołu Queen Freddie Mercury (czyli Farrokh Bulsara) urodził się właśnie w Stone Town na Zanzibarze (w 1946 r.). Nikt jednak nie ma pewności co do tego, gdzie dokładnie. Dlatego znajdziemy nawet kilka domów pretendujących do tego zaszczytu. Kamienne Miasto znane jest z licznych wydarzeń kulturalnych. Odbywa się tu m.in. Sauti za Busara – popularna afrykańska impreza muzyczna, oraz Zanzibar International Film Festival (ZIFF) – najsłynniejszy festiwal filmowy w Afryce Wschodniej. Lokalne środowiska nieustannie podtrzymują wspaniałe tradycje festiwalowe, a światowe gwiazdy coraz częściej goszczą w tych stronach.  

Na ulicach Kamiennego Miasta nieraz zobaczymy ludzi spacerujących z radiem. Mieszkańcy Zanzibaru (jak większość Afrykanów) nie posiadają powszechnego dostępu do książek, oprócz Koranu lub Biblii. Mały tranzystorowy odbiornik radiowy, który zabiera się ze sobą wszędzie, stawia na murku, na straganie czy pod meczetem, jest często jedynym łącznikiem ze światem. W wielu regionach Afryki to medium przejęło niemal całkowicie funkcję informacyjną, wychowawczą i rozrywkową. 

                 

Bliżej natury

Jeśli zostanie nam trochę czasu, warto zajrzeć na Pembę – wyspę mniejszą od Zanzibaru, bardziej dziewiczą i porośniętą bujniejszą roślinnością. Wydaje się ona dość hermetyczna, a jej mieszkańcy – mniej otwarci na gości. Podobno Pemba jest centrum czarnej magii, do którego przybywają adepci z najdalszych zakątków Afryki. Turystów przyciągają na nią puste i niemal dzikie plaże oraz wspaniałe warunki do nurkowania. Wielu podróżników chce też zobaczyć Ngezi Forest Reserve (Rezerwat Lasu Ngezi), czyli ostatni fragment pierwotnego lasu, który dawniej porastał ten skrawek lądu.

Ostatnim punktem wyprawy może być Mafia – pobliski nieduży archipelag z kilkunastoma koralowymi wysepkami. Nie należy on do zanzibarskiej autonomii, lecz podlega administracyjnie bezpośrednio rządowi Tanzanii. Tutejsza flora i fauna są podobne do tych na Zanzibarze i Pembie. W środku głównej wyspy znajduje się jezioro zamieszkane przez niewielką populację hipopotamów, które znalazły na niej schronienie po tym, jak podczas powodzi na rzece Rufidżi zostały porwane przez ocean. Mafia leży nieco z dala od głównych szlaków turystycznych. To czyni z tego archipelagu idealne miejsce dla osób spragnionych uroków natury, poszukujących bezludnych plaż i dobrych warunków do nurkowania czy wędkarstwa sportowego. 

Kenią i Tanzanią oraz ich malowniczymi wyspami zachwycą się z pewnością zarówno entuzjaści dzikiej przyrody i bezkrwawych łowów na grubego zwierza, jak i pasjonaci dawnych kultur i zabytków, miłośnicy sportów wodnych, a nawet amatorzy błogiego lenistwa w promieniach słońca. Każdy ma szansę przeżyć tu niezapomniane chwile szczęścia.

 

Artykuły wybrane losowo

Magiczny Tybet

PAWEŁ SKAWIŃSKI

autor książki Gdy nie nadejdzie jutro  

 

Ta historyczna kraina w Azji, obecnie leżąca w większości w granicach Chin, nazywana „Dachem Świata” i „Krainą Śniegów”, pełna tantrycznych wyroczni, demonów, szamanów-uzdrowicieli i „latających lamów”, od zawsze fascynowała ludzi Zachodu. Najodważniejsi odkrywcy ginęli w poszukiwaniu Shangri-La, raju ukrytego głęboko w Himalajach. Nawet dzisiaj, w XXI w., nic w Tybecie nie jest takie, jak nam się wydaje…

 

Kiedy w 1904 r. brytyjska ekspedycja wojskowa wchodziła do Lhasy, stolicy Tybetu, żołnierzy powitała burza oklasków. Brytyjczycy byli zdziwieni i zachwyceni – najwyraźniej miejscowa ludność miała dość rządów teokracji dalajlamów i z radością przyjmowała imperialne wojska. Trochę czasu minęło zanim ktoś uprzejmie im wytłumaczył, że oklaski są tutaj wyrazem dezaprobaty, a tłum chciał sprowadzić w ten sposób nawałnicę, żeby zmyć wrogą armię z powierzchni ziemi. Energiczne klaśnięcia w dłonie miały też odpędzić przybyszów – tak samo, jak odgania się złe duchy.

Więcej…

Saksonia – Niemcy mniej znane

590.jpg

Panorama historycznego centrum Drezna oglądana od strony Łaby

©TOURISMUS MARKETING GESELLSCHAFT SACHSEN MBH (TMGS)/ ANJA UPMEIER

JULITA CZECHOWICZ


Gdyby spytać Bawarczyka o to, z czym kojarzą mu się Saksonia i Saksończycy, pewnie uśmiechnąłby się z lekkim lekceważeniem i powiedział, że z dialektem. Rzeczywiście, Niemcy uważają dialekt saksoński za trudny w odbiorze, ale niewielu wie, iż to tą odmianą językową posłużył się w XVI w. Marcin Luter w swoim tłumaczeniu Biblii, pod wpływem którego wykształcił się później standardowy język niemiecki („Hochdeutsch”). Jednak wystarczy raz odwiedzić Saksonię, aby przekonać się, że jest miejscem jedynym w swoim rodzaju.

Więcej…

Roztańczona tropikalna Brazylia

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Wymyślne platformy z tancerzami na Sambódromo do Rio de Janeiro w 2016 r.

 24921609281 86fdc983ff o

© FERNANDO GRILLI/RIOTUR

 

W Brazylii, jednym z największych państw na świecie i największym w Ameryce Południowej, znajdziemy wszystko, czego pragnie podróżnik. Jej wschodnią granicę stanowią piękne złociste plaże położone nad Oceanem Atlantyckim. Na północy i zachodzie rozciągają się amazońskie lasy, a bliżej południa leżą tętniące życiem metropolie Rio de Janeiro i São Paulo. Ten kraj kusi i zniewala. Każdy, kto zostawił tu serce, marzy o powrocie w te strony.

 

Uderzenie gorącego powietrza, widok uśmiechniętych twarzy, dochodzący zewsząd gwar wielkiego miasta – takie były moje doświadczenia po wyjściu z lotniska podczas pierwszej wizyty w Rio de Janeiro, od którego rozpoczęłam wyprawę po fascynującej Brazylii. Oszałamia ona przyjezdnego nie tylko różnorodnością, klimatem i serdecznością mieszkańców, lecz także imponującym terytorium. Ma ponad 8,5 mln km2 powierzchni i zajmuje niemal połowę kontynentu. Pod względem obszaru niedużo więc ustępuje Europie.

 

Sami Brazylijczycy, których jest ok. 207 mln, mówią, że nie istnieje coś takiego jak jedna Brazylia. Obok elementów kultury jednoczących mieszkańców (m.in. znanej na całym świecie wielkiej miłości do piłki nożnej, uważanej przez nich za świętą) znajdziemy tu wiele różnic między regionami i ich tradycjami czy krajobrazami. Poza tym przy planowaniu podróży warto wziąć pod uwagę nie tylko duże odległości, ale też zmieniające się uwarunkowania klimatyczne. Na Nizinie Amazonki niemal przez okrągły rok panuje wysoka wilgotność i temperatura powietrza (dochodząca nawet czasami do prawie 45°C). Często nawiedzają ją również burze i tropikalne deszcze. W środkowo-wschodniej części kraju, gdzie rozciąga się Wyżyna Brazylijska, występuje pora deszczowa i sucha. Najbardziej sprzyjający klimat panuje na wybrzeżu, na którym upał nie daje się tak we znaki dzięki orzeźwiającej bryzie znad oceanu. Południe Brazylii natomiast leży w strefie zwrotnikowej i podzwrotnikowej z ciepłą zimą i gorącym latem.

 

MIASTO SŁOŃCA I BOSSA NOVY

 

Ten kraj rozsławił na cały świat – oczywiście – huczny karnawał. Zwyczaj zabaw przed okresem wielkiego postu przywieźli ze sobą w latach 20. XVIII w. portugalscy osadnicy. W kolejnym stuleciu został on spopularyzowany przez… coraz liczniejszych emigrantów z Francji. Brazylijczycy szybko go sobie przyswoili i stopniowo przekształcili w maskaradę i taneczne korowody. Pierwszy bal maskowy z muzyką odbył się w Rio de Janeiro w 1840 r. Od tego czasu tutejszy pięciodniowy karnawał zyskiwał sobie coraz większą popularność. Istnieje oficjalnie już od lutego 1892 r. i do tej pory odbyło się 125 jego edycji.

 

O wyjątkowym charakterze tej niezmiernie barwnej imprezy decyduje z pewnością samba – prawdziwy skarb narodowy Brazylijczyków. Ten gatunek sięga swoimi korzeniami do pieśni i tańców afrykańskich niewolników. Karnawałowe szaleństwo zaczyna się zwykle na kilka dni przed Środową Popielcową. Na znak inauguracji burmistrz oddaje klucze do miasta szkołom samby. To właśnie one organizują defilady, w których można podziwiać tancerzy w błyszczących, kolorowych kostiumach i ludzi poprzebieranych za rozmaite postacie. Fantastyczne korowody przemierzają ulice (Avenida Marquês de Sapucaí, Estrada Intendente Magalhães i inne główne arterie), a po słynnym sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí lub inaczej Sambódromo do Rio de Janeiro – specjalnej alei z trybunami dla widzów i jurorów oceniających każdy zespół) suną barwne platformy. Impreza trwa pięć dni, choć przygotowania do niej odbywają się praktycznie cały rok.

 

Główną zasadą karnawału, zarówno w Rio de Janeiro, jak i wszędzie na świecie, jest to, że w jego trakcie wszyscy stają się równi. Przestają liczyć się podziały na biednych i bogatych, a ustalony porządek ulega odwróceniu. Może dlatego jego tradycja zyskała sobie taką popularność akurat w tym mieście, niezmiernie zróżnicowanym społecznie i pełnym ludzi marzących o odmianie swojego losu. Swoiście karnawałowy charakter ma nawet krajobraz tej metropolii – zamieszkane przez najuboższych fawele (czyli dzielnice nędzy) rozciągają się na wzgórzach, a zamożniejsi obywatele żyją w niżej położonych rejonach. Właśnie ci najbiedniejsi codziennie budzą się z najpiękniejszym widokiem na Rio de Janeiro i pobliską zatokę Guanabara. Od pewnego czasu fawele jednak stopniowo się zmieniają. Nadal stanowią charakterystyczny element miasta, ale stają się bezpieczniejsze.

 

W rejonie dzielnic klasy średniej Santa Teresa i Lapa warto podejść pod ozdobione kolorowymi ceramicznymi kafelkami Schody Selarón (Escadaria Selarón, autorstwa chilijskiego artysty Jorge Selaróna). Na obu tych obszarach znajdziemy zachwycającą kolonialną architekturę. Na dodatek to ulubione miejsca tutejszej bohemy i amatorów dobrej zabawy. Kojarzą się z kawiarniami, klubami z muzyką na żywo i ulicznymi artystami, zapewniającymi spacerowiczom rozrywkę przez całą dobę. Niemal bez przerwy słychać tu sambę, a na placu pod XVIII-wiecznym Akweduktem Carioca (Aqueduto da Carioca) ludzie spotykają się, aby pograć w szachy i pogawędzić przy piwie lub koktajlu caipirinha (klasycznym drinku przyrządzanym na bazie mocnego alkoholu cachaça, cukru, limonek i lodu).

 

WZGÓRZA WŚRÓD PLAŻ

 

Kolejnym znakiem rozpoznawczym Cudownego Miasta (Cidade Maravilhosa), jak określa się Rio de Janeiro, jest bliskość przyrody. Nie trzeba nawet oddalać się od centrum czy dzielnic mieszkalnych, aby natknąć się na wzgórza, tropikalne lasy bądź parki. Właśnie w tej metropolii znajduje się największy ogród botaniczny w Ameryce Południowej (o powierzchni ok. 140 ha). Jardim Botânico do Rio de Janeiro założono w 1808 r. na polecenie późniejszego króla Portugalii Jana VI (1767–1826). Początkowo na tym terenie uprawiano przyprawy, ale po kilkunastu latach (w 1822 r.) został on otwarty dla publiczności. Dziś stanowi idealne miejsce do schronienia się przed gwarem miasta i upałami. Obejrzymy tutaj m.in. pięknie zaprojektowany ogród japoński i aleję wysmukłych palm królewskich (z gatunku Roystonea oleracea) – Aleia Barbosa Rodrigues.

 

W pobliżu ogrodu botanicznego leży Park Narodowy Tijuca (Parque Nacional da Tijuca – niemal 40 km2 powierzchni) z Lasem Tijuca (Floresta da Tijuca) należącym do największych na globie lasów w obrębie miejskiej aglomeracji. Prowadzi tędy droga na wzgórze Corcovado (710 m n.p.m.), którego szczyt wieńczy słynny pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor) – symbol Rio de Janeiro i jeden z siedmiu nowych cudów świata. Figurę Jezusa zaprojektował francuski artysta polskiego pochodzenia Paul Landowski (1875–1961). Powstały we Francji monument umieszczono na Corcovado w 1931 r. Dziś stanowi najpopularniejszy turystyczny punkt nie tylko w samym Rio de Janeiro, lecz także w całej Brazylii. Dlatego aby uniknąć tłumów, warto wybrać się tu wcześnie rano. To samo dotyczy innego znanego wzgórza, z którego rozciąga się niezapomniany widok na miasto (w tym na słynny piłkarski Stadion Maracanã), zatokę i ich okolicę. Mowa o cieszącej się dużym zainteresowaniem turystów Głowie Cukru (Pão de Açúcar, 396 m n.p.m.). Na jej szczyt można dostać się kolejką linową (Bondinho do Pão de Açúcar) lub wspiąć się o własnych siłach. Jeśli trafimy na bezchmurny dzień, w pełni będziemy mogli docenić piękno otaczających nas krajobrazów.

 

Po zwiedzaniu warto odpocząć na którejś z miejskich plaż. W całej aglomeracji jest ich kilkadziesiąt. Godne polecenia są m.in. niezbyt zatłoczone Praia do Leblon i Praia do Flamengo. Nie sposób też ominąć słynnej Copacabany (ponad 4-kilometrowej), tłumnie odwiedzanej zarówno przez turystów, jak i cariocas (jak nazywa się mieszkańców Rio de Janeiro). Przez całą dobę tętni ona życiem: spotkamy tu młodzież grającą w piłkę nożną albo siatkówkę, muzyków i surferów. Choć według miejscowych plaża ta stanowi symbol społecznej równości, bo nie obowiązują tutaj żadne ograniczenia dotyczące wstępu i chętnie wypoczywają na niej bogaci i ubożsi, to uznaje się ją za jeden z najbardziej ekskluzywnych rejonów w mieście. Świadczą o tym np. pobliskie eleganckie budynki takie jak ogromny Pałac Copacabana (Copacabana Palace), wznoszący się przy bulwarze. W obiekcie działa hotel sieci Belmond uchodzący za najbardziej luksusowy w Ameryce Łacińskiej. Poza stylowo urządzonymi pokojami i apartamentami znajdują się w nim m.in. dwa baseny (jeden tylko dla gości piętra z apartamentami penthouse), kort tenisowy, restauracje i kasyno.

 

Niedaleko południowo-zachodniego krańca Copacabany wznosi się twierdza (Forte de Copacabana), której budowę ukończono w 1914 r. Obecnie mieści się w niej muzeum historyczno-wojskowe (Museu Histórico do Exército e Forte de Copacabana). Położone obok przejście prowadzi na kolejną popularną plażę, a mianowicie Ipanemę (2,6 km długości), rozsławioną dzięki piosence Antônia Carlosa Jobima (1927–1994) i Viniciusa de Moraesa (1913–1980). Dziewczyna z Ipanemy (Garota de Ipanema), jedna z najbardziej klasycznych melodii bossa novy, powstała w 1962 r. Jak mówi lokalna legenda, obaj autorzy siedzieli przy stoliku w barze „Veloso” (dzisiaj „Garota de Ipanema”), gdy dostrzegli piękną Helô Pinheiro. Byli tak zachwyceni jej urodą, że postanowili napisać o niej piosenkę. Pikanterii dodaje tej historii fakt, iż zakochany w atrakcyjnej kobiecie żonaty Antônio Carlos Jobim wielokrotnie się jej potem oświadczał. Nostalgiczny utwór stał się rozpoznawalny na całym świecie, a sama bossa nova szybko zyskała sobie status charakterystycznego stylu muzycznego pochodzącego z Brazylii.

 

MIEJSKIE DŻUNGLE

 

Barwne historyczne centrum miasta Paraty

SE Parati0128

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

Jeśli plaże Rio de Janeiro nam nie wystarczą, powinniśmy wybrać się do Búzios (Armação dos Búzios), leżącego ok. 170 km na wschód stąd. To ponad 30-tysięczne miasto często bywa nazywane brazylijskim Saint-Tropez, choć nie ze względu na architekturę czy klimat, lecz głównie dlatego, że mniej więcej w tym samym czasie (w połowie lat 60. XX w.) zaczęło przekształcać się w znaną miejscowość wypoczynkową. Wpływ na tę zmianę miała gwiazda francuskiego kina Brigitte Bardot, która po raz pierwszy odwiedziła to miejsce w 1964 r. i od tego momentu spędzała w nim wakacje równie chętnie jak na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Cudowne, egzotyczne plaże (niemal 25!), krystalicznie czysta błękitna woda, malownicze zatoczki oraz eleganckie restauracje i hotele – to wszystko sprawia, że Búzios, położone blisko Rio de Janeiro, zdążyło wyrosnąć na jeden z najpopularniejszych kurortów w tej części kraju, nie tracąc przy tym swojej niewątpliwej urody.

 

Drugą perłę regionu stanowi miasto Paraty, według wielu należące do najbardziej fotogenicznych w Brazylii. Powstało ono w 1667 r. i szybko zaczęło służyć jako port, z którego wywożono do Portugalii złoto i kamienie szlachetne. Właśnie w tym okresie rozwinęło się i wzbogaciło o przepiękną kolonialną architekturę, do dziś zachowaną w niezmienionym kształcie. W tym melancholijnym, liczącym 40 tys. mieszkańców ośrodku czas naprawdę się zatrzymał.

 

Tego samego zdecydowanie nie można powiedzieć o położonym ok. 270 km dalej na zachód São Paulo – jednej z najludniejszych metropolii świata i zarazem największej pod względem populacji na półkuli południowej i w Ameryce Południowej. Całą aglomerację zamieszkuje ponad 21 mln ludzi. Zatłoczone miasto nie cieszy się takim zainteresowaniem wśród turystów jak Rio de Janeiro. Kryje w sobie jednak wiele atrakcji, a tym, co stanowi o jego sile, jest niezwykła energia, architektoniczny rozmach i różnorodność. Obok rejonów słynących ze sztuki ulicznej, kawiarni i klubów, takich jak Vila Madalena w dzielnicy Pinheiros, znajdują się tu największe na kontynencie centra biznesowe. Warto podkreślić też imponującą liczbę placówek muzealnych, z których szczególnie trzeba odwiedzić Muzeum Sztuki (Museu de Arte de São Paulo – MASP), mieszczące się przy jednej z najważniejszych ulic w São Paulo – alei Paulista (Avenida Paulista). W sercu miasta leży Praça da Sé – plac z neogotycką Katedrą Metropolitalną, którą zaczęto wznosić w 1913 r. Po kilkunastominutowym spacerze dotrzemy stąd z kolei na plac Ramosa de Azevedo (Praça Ramos de Azevedo) z eklektycznym gmachem Teatru Miejskiego (Theatro Municipal de São Paulo), należącym do najpiękniejszych tego typu budynków na świecie. Jednak największą atrakcją São Paulo jest modernistyczna architektura, której przykłady znajdziemy kilkaset metrów od teatru, na placu Sztuki (Praça das Artes). Przedstawicielem tego kierunku był słynny brazylijski architekt Oscar Niemeyer (1907–2012). Zaprojektował on wiele budynków w tym mieście (np. w Parku Ibirapuera) i innych częściach Brazylii (m.in. w Rio de Janeiro i Brasílii, stolicy kraju) oraz za granicą (w Nowym Jorku, Paryżu czy Berlinie). Oprócz tego uroku São Paulo dodaje jego wielokulturowość. Przykładowo w dzielnicy Liberdade żyje największa mniejszość japońska na świecie (stanowi 65 proc. spośród jej 220 tys. mieszkańców).

 

„Polski” Las Papieża Jana Pawła II powstał w 1979 r. w Kurytybie

PR Curitiba0438

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

POTRAWY Z GRILLA I PIEROGI

 

Brazylijska kuchnia bazuje raczej na mięsie. Niewątpliwie przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom dań z rusztu. Brazylijczycy chętnie grillują prawie wszystko: od drobiu i wołowiny po warzywa i owoce. Nieodłącznym składnikiem menu jest tu również ryż, czarna fasola (feijão) i mąka z manioku (farinha de mandioca). Z tych trzech produktów i mięsa wołowego lub kurczaka przyrządza się przypominającą gulasz potrawę feijoada. Mieszkańcy Brazylii uwielbiają także słodycze. W każdej kawiarni kupimy tzw. salgados, smażone w tłuszczu przekąski z serem, nadzieniem z mięsa bądź ryby, przygotowywane z kaszy albo manioku. Brazylijczycy zajadają się też kuleczkami mleczno-kokosowymi (beijinhos de coco) bądź kakaowymi (brigadeiros) i kremem czekoladowym serwowanym z brandy. Napój narodowy stanowi – oczywiście – kawa, uprawiana głównie w stanach São Paulo, Minas Gerais i Paraná. Choć od pewnego czasu w światowym wyścigu o pierwsze miejsce w jej produkcji ścigają się z Brazylią m.in. Wietnam i Kolumbia, to wciąż właśnie ten ogromny południowoamerykański kraj zajmuje pozycję lidera.

 

Jeśli w trakcie podróży najdzie nas ochota na… pierogi lub inne rodzime danie, powinniśmy odwiedzić Kurytybę, stolicę Parany. Mieszka w niej według różnych źródeł od 90 do nawet 400 tys. osób polskiego pochodzenia (w całym stanie żyje ich od 700 tys. do 1,5 mln). Pierwsi przybysze z Polski przypłynęli w te strony w zorganizowanych grupach w 1869 r. Potem, od końca XIX stulecia, rozpoczął się gwałtowny napływ imigrantów z terenów trzech zaborów, a druga największa fala emigracji dotarła tu po II wojnie światowej. Jeden z najrozleglejszych parków w mieście nosi zresztą imię Jana Pawła II (Bosque do Papa João Paulo II). Zaraz przy wejściu do niego natkniemy się na polską restaurację serwującą m.in. barszcz i pierogi. Kurytybę często nazywa się również najbardziej zadbanym, ekologicznym i zielonym ośrodkiem w kraju. Stolica Parany szczyci się poza tym wysoką jakością życia. Dotyczy to także oddalonego stąd o ok. 300 km na południe Florianópolis, położonego malowniczo głównie na wyspie Santa Catarina (424,4 km² powierzchni) i pobliskich mniejszych wysepkach. Nowoczesność świetnie komponuje się w nim z tradycją i naturalnym pięknem. Na północy wznoszą się wysokie hotele i drapacze chmur, rozciągające się wzdłuż nadmorskiej alei, a w południowej części miasta odkryjemy spokojne osady rybackie, pamiętające czasy portugalskich kolonizatorów. W historycznym centrum Florianópolis, wypełnionym kolonialną architekturą, uwagę przyciąga rozłożysty figowiec rosnący na głównym placu 15 Listopada (Praça XV de Novembro). Nieopodal znajduje się m.in. Muzeum Historyczne Santa Catariny (Museu Histórico de Santa Catarina – MHSC) w dawnym Różowym Pałacu (Palácio Rosado) oraz stary targ miejski z licznymi kawiarniami i restauracjami. Osoby marzące o błogim odpoczynku w promieniach słońca mogą udać się natomiast na jedną z ponad czterdziestu plaż. Do wyboru mają zarówno rejony z odpowiednią infrastrukturą, jak i bardziej naturalne miejsca, jak choćby dziewicza Lagoinha do Leste, na którą nie prowadzi żadna droga, dlatego docierają do niej tylko najwytrwalsi.

 

TWÓRCZA MOC WODY

 

Podczas wyprawy po Brazylii zdecydowanie nie wolno ominąć słynnego Parku Narodowego Iguaçu (Parque Nacional do Iguaçu) leżącego przy granicy z Argentyną, kilka kilometrów od Paragwaju. W 1986 r. wpisano go na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Turystów z całego globu przyciąga przede wszystkim zapierającymi dech w piersiach wodospadami Iguaçu (Cataratas do Iguaçu), okrzykniętymi jednym z siedmiu nowych cudów natury. Składa się na nie aż 275 kaskad, z których największe mają nawet ponad 800 m szerokości! Łuki powstających tutaj tęczy często łączą tereny obu krajów, zewsząd dobiega huk spadającej wody, a krajobraz urozmaica intensywnie zielona, gęsta roślinność. To wszystko sprawia, że okolica Iguaçu przypomina baśniową krainę. Choć znaczna część tego obszaru (ok. 80 proc.) znajduje się po stronie argentyńskiej (w granicach Parku Narodowego Iguazú), na terytorium Brazylii również jest co oglądać. Wodospadom można się tu przyjrzeć z naprawdę bliska i podziwiać je od dołu, a z tej perspektywy prezentują się jeszcze bardziej spektakularnie. Szczególnie warto podejść pod ogromną Diabelską Gardziel (Garganta do Diabo) – najwyższą kaskadę, osiągającą 80 m. Niżej położoną część tego regionu porasta subtropikalny las deszczowy. Wśród palm, ogromnych paproci czy araukarii żyją w nim liczne egzotyczne zwierzęta.

 

Aby w pełni docenić urodę i różnorodność przyrody Brazylii, trzeba wyruszyć także na północny wschód kraju, gdzie rozciągają się plaże uchodzące za najpiękniejsze na całym kontynencie. Taką opinią cieszy się m.in. złociste wybrzeże w sąsiedztwie urokliwego kurortu Maceió, stolicy stanu Alagoas. Leży on ok. 250 km na południowy zachód od największego miasta regionu (Região Nordeste do Brasil) – ponad 1,6-milionowego Recife, które ze względu na dużą liczbę kanałów i mostów określa się mianem brazylijskiej Wenecji. Jednak turystów przyciąga do niego raczej nowoczesna architektura. Najchętniej odwiedzanym rejonem jest tzw. Strefa Południowa (Zona Sul). Powstała ona wzdłuż wybrzeża otoczonego malowniczymi rafami koralowymi, od których zresztą pochodzi nazwa samego ośrodka (recife znaczy po portugalsku „rafa”). Właśnie tu znajduje się też najwięcej hoteli, restauracji i plaż, w tym szeroka i długa na mniej więcej 7 km Boa Viagem (Praia de Boa Viagem), porównywana do Copacabany. Recife, stolica stanu Pernambuco, słynie oprócz tego z najlepszych lokali serwujących świeże ryby i owoce morza. Takich specjałów spróbujemy zarówno w knajpkach nad brzegiem oceanu, jak i w historycznym centrum, czyli Recife Antigo, które wieczorami rozbrzmiewa muzyką i wypełnia się ludźmi. W ciągu dnia warto zwiedzić m.in. Centrum Kultury Żydowskiej w Pernambuco (Centro Cultural Judaico de Pernambuco), mieszczące się w budynku najstarszej synagogi w obu Amerykach (Sinagoga Kahal Zur Israel), wzniesionej w pierwszej połowie XVII w. Inną ciekawą atrakcję stanowi wieża Malakoff (Torre Malakoff) służąca przez pewien czas jako obserwatorium astronomiczne (ukończona w 1855 r.). Rozpościera się z niej wspaniały widok na całe miasto.

 

Potężne kaskady na rzece Iguaçu spływającej z bazaltowego płaskowyżu

SU FozIguacu0931

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

GOŚCINNY RAJ

 

Jeśli z Recife udamy się jeszcze dalej na północ, dotrzemy na jedną z najpiękniejszych plaż na świecie, uważaną za prawdziwy raj na ziemi. Nieco hippisowska Pipa (aż 10-kilometrowa!) poza znakomitymi miejscami z lokalnymi przysmakami zachwyca podróżników przede wszystkim lazurową, krystalicznie czystą wodą, piaskiem o niemal śnieżnobiałym kolorze, gęstymi palmami kokosowymi i atmosferą błogości, która każdemu pozwala oderwać się choć na chwilę od problemów.

 

Na zwiedzanie z kolei koniecznie powinniśmy wybrać się do ponad 2,6-milionowej Fortalezy (ok. 570 km na północny zachód), stolicy stanu Ceará. Z dawnej wioski rybackiej w ciągu kilku stuleci zmieniła się ona w jeden z największych ośrodków turystycznych i handlowych Brazylii. Jej magia tkwi w wyjątkowej mieszance kolonialnych tradycji i elementów nowoczesności. Przy ciągnącej się wzdłuż brzegu oceanu alei Beira-Mar wznoszą się wspinające się pod niebo siedziby firm i banków, centra handlowe czy hotele. Tuż obok, wśród białych piasków, zacumowane są drewniane łódki rybaków, a na chodniku przy plaży lokalni artyści i rzemieślnicy wystawiają swoje prace, np. charakterystyczne dla tego rejonu ręcznie haftowane obrusy, hamaki i koronki.

 

Prawdziwy raj dla miłośników tradycyjnych wyrobów stanowi Salvador (Salvador da Bahia). To w nim wiele osób kończy wizytę na środkowym wybrzeżu. Właśnie tu znajduje się największy targ rzemiosła artystycznego w regionie – Mercado Modelo z 263 sklepikami, stoiskami i restauracjami z tradycyjną kuchnią stanu Bahia. Sam zabytkowy Salvador bywa nazywany czarną stolicą Brazylii lub czarnym Rzymem, bo aż 80 proc. jego mieszkańców jest potomkami niewolników, przywiezionych z Afryki na plantacje trzciny cukrowej. Wpływ afrykańskiej kultury dostrzeżemy zresztą w tutejszych tradycjach, lokalnej gastronomii i samym charakterze miasta, które za sprawą imponującej kolonialnej architektury i urokliwego położenia cieszy się zasłużenie opinią jednego z najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych na całym kontynencie. Niezmiernie atrakcyjnie prezentuje się historyczne centrum, czyli Pelourinho. Jego klimatyczną atmosferę tworzą urocze wąskie uliczki, barokowe kościoły, interesujące muzea (w tym znakomite Muzeum Afrobrazylijskie – Museu Afro-Brasileiro przy placu 15 Listopada, czyli Praça XV de Novembro) i nastrojowe kawiarnie, w których można zamówić café da manhã – zestaw śniadaniowy składający się zazwyczaj z kawy, owoców i słodkiej przekąski.

 

Jednak największe wrażenie na przyjezdnych robi w Salvadorze wielka serdeczność i niesamowita energia jego mieszkańców. Wydaje się, że te cechy charakteru Brazylijczyków występują tutaj w wyjątkowo zintensyfikowanej formie. Miejscowi są uśmiechnięci i otwarci, przyjaźnie zagadują innych niemal na każdym kroku. Oprócz tego obywatele Brazylii odczuwają ogromną dumę narodową. Podczas rozmów z cudzoziemcami potrafią godzinami z przejęciem chwalić własną kulturę i zachwycać się jedzeniem, wyliczać sukcesy swoich piłkarzy i opowiadać o bogactwach przyrody. I choć wiadomo, że wszyscy mamy prawo do idealizowania właśnie naszej ojczyzny, to chyba trudno nie przyznać im racji. W tym ogromnym, rozciągającym się na niemal pół kontynentu kraju znajdziemy wszystko, co czyni podróże tak ekscytującymi. Poza tym jego gościnni mieszkańcy nawet w trakcie krótkiej pogawędki będą nas w swoim melodyjnym języku gorąco przekonywać do tego, żebyśmy kiedyś koniecznie tu wrócili. Tak naprawdę nie muszą się jednak zbytnio starać, bo roztańczona Brazylia jest niezmiernie uzależniająca.