ELŻBIETA I ROBERT PAWEŁEK

 

<< Dla większości podróżników zakochanych w Czarnym Lądzie Kenia i Tanzania nie mają sobie równych. To kraje bajecznie piękne, magiczne i wciąż dzikie. Warto odwiedzić je szczególnie w porze tzw. Wielkiej Migracji, kiedy rozgrywa się jeden z najbardziej widowiskowych spektakli przyrody na ziemi. Jeśli przy okazji upolujemy aparatem fotograficznym całą Wielką Piątkę Afryki (lwa, słonia, bawoła, nosorożca czarnego i lamparta), nasze safari będziemy mogli zaliczyć do udanych i wyruszyć na zasłużony odpoczynek na afrykańskie wyspy – kenijską Lamu i słynny tanzański Zanzibar – prawdziwe miniaturowe wersje raju. >>

 FOT. KENYA TOURISM BOARD

Terytoria obu państw znajdowały się w swojej historii w granicach kolonii brytyjskiej. O czasach tych przypomina dzisiaj powszechny w sferze oficjalnej język angielski. Rdzenni mieszkańcy Kenii i Tanzanii posługują się jednak suahili, którego główny dialekt unguja pochodzi z wyspy Zanzibar.

Afryka jest mistyczna: dzika, piekielnie upalna, stanowi raj dla fotografujących i myśliwych, krainę utopii dla eskapistów. Jest tym, czego pragniesz, wymyka się wszelkim interpretacjom – pisała w swoich pamiętnikach West with the Night słynna kenijska pilotka urodzona w Wielkiej Brytanii Beryl Markham (1902–1986). Dla pasjonatów nieskażonej natury liczą się tu przede wszystkim dwa miejsca: Maasai Mara National Reserve (Rezerwat Narodowy Masai Mara) w Kenii i Serengeti National Park (Park Narodowy Serengeti) w Tanzanii. Jedną z największych atrakcji są w nich duże ssaki. Jednak ani gepard, ani lew, ani nawet sympatycznie wyglądające, choć groźne w rzeczywistości hipopotamy nie wystawią się nam same do zdjęcia. Niemal na każdym kroku napotkamy za to stada płochliwych oryksów czy żyjące gromadnie zebry, od których aż mieni się w oczach.

Czasem przy drzewie akacjowym zobaczymy cierpliwie skubiącą listki żyrafę, a na horyzoncie mignie nam hiena. Najlepiej przyjechać tutaj w porze suchej, z reguły pomiędzy czerwcem i sierpniem, kiedy antylopy gnu, zebry i inni roślinożercy wędrują w wielkich grupach liczących od kilkuset do paru tysięcy osobników z Serengeti na północ, do Masai Mara, w poszukiwaniu świeżego pożywienia.

 

Wielka szkoła przetrwania

Widowiskowy przemarsz kilku milionów afrykańskich zwierząt stał się już tematem wielu książek, filmów przyrodniczych i wspaniałych fotografii, a mimo to wciąż przyciąga rzesze turystów do Kenii i Tanzanii. Wielka Migracja rozpoczyna się na ogół w czerwcu lub lipcu. Natomiast wędrówka powrotna z Masai Mara do Serengeti odbywa się zazwyczaj od końca listopada do stycznia. Ma to związek z opadami deszczu, od których zależy wegetacja trawy. Za stadami antylop podążają zebry i bawoły afrykańskie. Tym ostatnim towarzyszą nieodłączne bąkojady, ptaki czyszczące ich skórę z pasożytów oraz sygnalizujące wszelkie zagrożenia. W poszukiwaniu nowych pastwisk te roślinożerne ssaki przebywają niemal 3 tys. km, gdy w maju deszcze, które nawodniły wschodnie równiny, zaczynają przesuwać się ku północy. Każdy gatunek ma własne sposoby na znajdowanie pokarmu. Gnu pręgowane kierują się zapachem wilgotnej ziemi i mogą usłyszeć odgłosy burzy nawet z odległości 50 km. W sierpniu zielona jeszcze do niedawna sawanna pustoszeje. To ciężki okres dla lwów, które tracą szanse na upolowanie zwierzyny. Wielotysięczne stada antylop i zebr ruszają na północ i przeprawiają się przez rzekę Marę, najbardziej dramatyczne miejsce całej migracji. W jej brązowych wodach część z nich ginie, padając łupem krokodyli lub po prostu tonąc. Gnu podporządkowują się zawsze prawom natury, dlatego słabe osobniki są pozostawiane, a silne niestrudzenie kontynuują wędrówkę bez oglądania się za siebie. Oblicza się, że podczas drogi na północ i przy przekraczaniu Mary ginie ok. 200 tys. antylop i zebr. Zwierzęta zatrzymują się na terenie Masai Mara do końca listopada, aby następnie wraz z przemieszczającą się strefą opadów wyruszyć z powrotem na dalekie południe, ku niekończącym się równinom Serengeti.

FOT. KENYA TOURISM BOARD

Wielką migrację prowadzą zebry, mimo iż liczbowo dominują gnu (stanowią ok. 60 proc.)

 

Śmietanka towarzyska na Lamu

Po trudach safari warto odpocząć nad Oceanem Indyjskim. Dużym powodzeniem cieszy się szczególnie wyspa Lamu, będąca jedną z większych kenijskich atrakcji, dobrze znana podróżnikom i żeglarzom już w XVI w. Należy ona do archipelagu o tej samej nazwie, w skład którego wchodzą także Pate i Manda oraz mniejsza od nich Kiwayu. Tutejsza miejscowość Lamu, wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, to najlepiej zachowane miasto kultury suahili w całej Afryce Wschodniej. Stare, białe domy, kryte gęstą strzechą z liści palmowych, z charakterystycznymi, bogato zdobionymi drewnianymi drzwiami przywołują przeszłość arabskiej faktorii handlowej i portugalskiej kolonii. Kiedyś panowała tu handlowa gorączka. Dziś czas płynie powoli. Można odnieść wrażenie, że nawet zatrzymał się w miejscu. Na wyspie znajduje się zaledwie kilka samochodów. Cały transport, jak za dawnych lat, odbywa się na grzbiecie osłów lub za pomocą rowerów. Dawno minęła epoka bogactwa, budowanego na handlu niewolnikami i kością słoniową. Pozostały po niej charakterystyczna architektura, meczety i eksponaty w muzeach.

Do największych atrakcji należy tutaj Peponi Hotel Lamu: jeden z najsłynniejszych nie tylko na wyspie, ale w całej Kenii, przyciągający sławy z Europy i Stanów Zjednoczonych. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Lamu to modne miejsce wśród europejskich elit towarzyskich. Stare domy w pobliskiej pięknej wiosce Shela kupiło wielu obcokrajowców. Luksusowo odnowione rezydencje wynajmuje się dziś przez większą część roku. Co prawda, ruch turystyczny mocno zmalał po ostatnich zamachach w 2010 i 2011 r., ale sytuacja już się poprawiła i goście zaczynają powracać. Najwięcej turystów odwiedza Lamu między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, chociaż sezon trwa tu dużo dłużej – od października do marca. Warto też odbyć rejs po archipelagu tradycyjną łodzią dau (dhow). Jeśli mamy więcej czasu, możemy popłynąć na dziewicze wyspy Manda, Pate oraz Kiwayu. Ta ostatnia oraz słynąca z cichych, pustych plaż Wasini, położona w sąsiedztwie rafy koralowej Kisite, stanowią raj dla miłośników nurkowania. W Kisite Mpunguti Marine Park (Morskim Parku Kisite Mpunguti) między sierpniem a październikiem przy odrobinie szczęścia zobaczymy delfiny i wieloryby.

FOT. ROBERT PAWEŁEK

Na Lamu żyje aż ok. 3 tys. osłów, znajdziemy tu nawet szpital dla tych zwierząt

 

Wyspiarska Tanzania

Doskonałymi miejscami na błogi wypoczynek są również wyspy Tanzanii: Pemba, Mafia czy coraz modniejszy wśród Polaków Zanzibar. Bliskość równika powoduje, że tych pięknych skrawków lądu nie nawiedzają większe cyklony, groźne w wysuniętych, północnych lub południowych rejonach Oceanu Indyjskiego. Nie znajdziemy tutaj także wielkich dzikich zwierząt, żyjących w parkach narodowych Afryki Wschodniej. Lokalna fauna nie jest jednak uboga. Należy do niej m.in. zagrożona wyginięciem gereza trójbarwna, nazywana w języku suahili kima punju („trującą małpą”) ze względu na wydzielany silny zapach. Na pewno natkniemy się też na koczkodany, mangusty i liczne gekony, obecne praktycznie wszędzie – w nocy pracowicie łowią moskity i drobne owady. Niezmiernie rzadko udaje się zobaczyć pytona i mambę czarną. Raczej nie liczmy także na spotkanie lampartów zanzibarskich, które zostały wytępione, oraz niewielkich antylop mających płochliwy charakter i prowadzących nocny tryb życia. W okolicy osad ludzkich lubią za to przebywać sympatyczne małpiatki. Podkradają one często lokalnie pędzony alkohol (wino palmowe), który fermentuje w zbiornikach zawieszonych na drzewach.

Przy planowaniu wizyty na tanzańskich wyspach trzeba pamiętać, że ceny biletów lotniczych i hoteli najwyższe są w lipcu i sierpniu oraz w okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Dlatego na Zanzibar najlepiej przyjechać między początkiem września a połową grudnia lub od stycznia do końca marca. Za największą tutejszą atrakcję uchodzą sporty wodne. W czerwcu panują tu idealne warunki do uprawiania żeglarstwa oraz kitesurfingu. Wieje wówczas południowy monsun, zwany kusi, i jest nieco chłodniej – ok. 30°C. Największe upały na Zanzibarze występują między grudniem a marcem. Temperatura wody dochodzi wtedy do 30°C, a powietrza – do 40°C.

Nurkowanie można natomiast uprawiać tutaj przez cały rok. Podczas niego spotkamy żółwie morskie i delfiny (te ostatnie najczęściej przy powierzchni), a także – w zależności od sezonu – humbaki, rekiny wielorybie czy manty. Za najciekawsze miejsce nurkowe uważa się okolice wysepki Mnemba, która leży ok. 2 km od północno-wschodniego wybrzeża Zanzibaru.

W ciepłym, turkusowym Oceanie Indyjskim musimy jednak zachować pewne środki ostrożności. Oprócz żyjących w nim jadowitych stworzeń trzeba uważać na silne prądy przy brzegach, niebezpieczne zwłaszcza dla niedoświadczonych pływaków, szczególnie w czasie nowiu i pełni. Nie działają tu prawie żadne służby ratownicze, więc w razie potrzeby pomocy udzielają jedynie rybacy lub okoliczne profesjonalne bazy nurkowe. Na rafie, w miejscach, gdzie nie ma piasku, napotkamy również kłujące jeżowce. Uprzykrzyć życie mogą nam też pchły piaskowe, spotykane na wybrzeżu Tanzanii. Ich larwy potrafią zagnieździć się w stopie, na ogół w pobliżu paznokci, co powoduje nieprzyjemne swędzenie. Należy je usuwać na tyle ostrożnie, żeby nie wdało się zakażenie.

Swój raj na ziemi znaleźli na Zanzibarze nie tylko miłośnicy wspaniałych podwodnych przygód, ale także amatorzy wędkarstwa sportowego. Dużą popularnością cieszą się wśród nich jednodniowe polowania na tuńczyka, marlina lub barakudę. Ci, którzy wolą spokojniejszy wypoczynek, mogą wybrać się na spacer po zabytkowym Stone Town (Kamiennym Mieście), przejażdżkę rowerem po malowniczej okolicy lub zagrać w siatkówkę plażową. Warto też odwiedzić np. Jozani-Chwaka Bay National Park (Park Narodowy Jozani-Zatoka Chwaka), pokryty gęstymi namorzynami, gdzie mieszka duża populacja małp (w tym niezmiernie rzadkie gerezy trójbarwne), sąsiednią wysepkę Changuu z żółwiami olbrzymimi przywiezionymi specjalnie z Seszeli czy zanzibarskie urocze wioski Nungwi lub Jambiani.

FOT. ASILIA CAMPS, LODGES, SAFARIS

Zanzibar – rejs łodzią dau (dhow)

 

Zanzibarskie wspaniałości

Dziś jednak największy rozkwit przeżywa Zanzibar (w języku suahili Unguja), będący największą wyspą archipelagu o tej samej nazwie. Wraz z pobliską Pembą tworzy autonomiczny region Tanzanii – posiada własny rząd, parlament i prezydenta. Z tego też powodu jest zazwyczaj wymieniany i opisywany w przewodnikach oddzielnie. Nazwa Zanzibar pochodzi od słowa zendż (zenj), którym w świecie islamu określano czarnych mieszkańców Afryki Wschodniej, oraz od arabskiego i perskiego wyrazu oznaczającego ląd bądź wybrzeże (cząstka -bar). Przez bardzo długi czas ten afrykański zakątek kojarzył się głównie z prowadzonym tu na szeroką skalę handlem niewolnikami.

Wyspa składa się z trzech regionów, różniących się nieco od siebie. Na jej zachodnim wybrzeżu leży ponad 200-tysięczne miasto Zanzibar, które pełni funkcję administracyjnej stolicy całego archipelagu. W jego skład wchodzi historyczne Stone Town i nowe Ng’ambo. To pierwsze, czyli Kamienne Miasto, było w przeszłości największym ośrodkiem miejskim w Afryce Wschodniej. Charakteryzuje się zabytkową architekturą, labiryntem malowniczych, wąskich uliczek, sklepikami i pachnącymi straganami. Zwiedzając urokliwe Stone Town, warto odwiedzić XIX-wieczny pałac House of Wonders (Dom Cudów) lub znajdujący się nieopodal nocny targ z jedzeniem w Ogrodach Forodhani. W odróżnieniu od wielu innych afrykańskich rejonów, gdzie złe warunki sanitarne i wszechobecny kurz nie zachęcają do kupowania przekąsek na bazarze, tutaj możemy bez obaw nasycić nie tylko oczy, ale też żołądki. Po zmroku miejscowi sprzedawcy rozstawiają stoły i rozpalają grille, szykują szaszłyki z wielkich ryb i krewetek, a zapach potraw roznosi się po całej okolicy. Tej egzotycznej mieszance smaków i kolorów nie sposób się oprzeć.

W nowej części stolicy – Ng’ambo – wznoszą się monumentalne bloki, zaprojektowane przez enerdowskich inżynierów na przełomie lat 60. i 70. XX stulecia. Miały stanowić ozdobę miasta i podkreślać jego nowoczesność po rewolucji zanzibarskiej w 1964 r., ale dziś raczej je szpecą. W północnej części wyspy z malowniczymi wioskami Nungwi i Kendwa miejscowych wciąż jest więcej niż turystów. Szybki rozwój infrastruktury hotelowej i gastronomicznej najpewniej jednak to zmieni. Rozrzucone przy brzegu skały tworzą zachwycające kameralne zatoczki. Nungwi słynie poza tym z przepięknych zachodów słońca.

Szerokie, śnieżnobiałe plaże w północno-wschodniej i południowo-wschodniej części Zanzibaru ciągną się nieprzerwanie na całej długości wybrzeża. Wdzięku dodaje im pas wysokich palm kokosowych, a stosunkowo niedaleko od brzegu rozpościera się też potężna rafa koralowa. Większość tutejszych hoteli posiada własne zaplecze ze sprzętem do sportów wodnych, m.in. deskami do windsurfingu, kajakami i katamaranami.

Jeśli ktoś szuka odludnych miejsc, powinien wybrać południowy, słabiej rozwinięty turystycznie rejon Zanzibaru z uroczymi zatoczkami, wysepkami i rafami. W okolicach Kizimkazi największą atrakcję stanowi pływanie z delfinami, co mieszkańcom wioski przynosi całkiem spore dochody.  

FOT. THE PALMS ZANZIBAR

The Palms Zanzibar – rajska plaża ekskluzywnego resortu złożonego jedynie z 6 willi

 

Kulturalne Stone Town

Powszechnie wiadomo, że popularny wokalista zespołu Queen Freddie Mercury (czyli Farrokh Bulsara) urodził się właśnie w Stone Town na Zanzibarze (w 1946 r.). Nikt jednak nie ma pewności co do tego, gdzie dokładnie. Dlatego znajdziemy nawet kilka domów pretendujących do tego zaszczytu. Kamienne Miasto znane jest z licznych wydarzeń kulturalnych. Odbywa się tu m.in. Sauti za Busara – popularna afrykańska impreza muzyczna, oraz Zanzibar International Film Festival (ZIFF) – najsłynniejszy festiwal filmowy w Afryce Wschodniej. Lokalne środowiska nieustannie podtrzymują wspaniałe tradycje festiwalowe, a światowe gwiazdy coraz częściej goszczą w tych stronach.  

Na ulicach Kamiennego Miasta nieraz zobaczymy ludzi spacerujących z radiem. Mieszkańcy Zanzibaru (jak większość Afrykanów) nie posiadają powszechnego dostępu do książek, oprócz Koranu lub Biblii. Mały tranzystorowy odbiornik radiowy, który zabiera się ze sobą wszędzie, stawia na murku, na straganie czy pod meczetem, jest często jedynym łącznikiem ze światem. W wielu regionach Afryki to medium przejęło niemal całkowicie funkcję informacyjną, wychowawczą i rozrywkową. 

                 

Bliżej natury

Jeśli zostanie nam trochę czasu, warto zajrzeć na Pembę – wyspę mniejszą od Zanzibaru, bardziej dziewiczą i porośniętą bujniejszą roślinnością. Wydaje się ona dość hermetyczna, a jej mieszkańcy – mniej otwarci na gości. Podobno Pemba jest centrum czarnej magii, do którego przybywają adepci z najdalszych zakątków Afryki. Turystów przyciągają na nią puste i niemal dzikie plaże oraz wspaniałe warunki do nurkowania. Wielu podróżników chce też zobaczyć Ngezi Forest Reserve (Rezerwat Lasu Ngezi), czyli ostatni fragment pierwotnego lasu, który dawniej porastał ten skrawek lądu.

Ostatnim punktem wyprawy może być Mafia – pobliski nieduży archipelag z kilkunastoma koralowymi wysepkami. Nie należy on do zanzibarskiej autonomii, lecz podlega administracyjnie bezpośrednio rządowi Tanzanii. Tutejsza flora i fauna są podobne do tych na Zanzibarze i Pembie. W środku głównej wyspy znajduje się jezioro zamieszkane przez niewielką populację hipopotamów, które znalazły na niej schronienie po tym, jak podczas powodzi na rzece Rufidżi zostały porwane przez ocean. Mafia leży nieco z dala od głównych szlaków turystycznych. To czyni z tego archipelagu idealne miejsce dla osób spragnionych uroków natury, poszukujących bezludnych plaż i dobrych warunków do nurkowania czy wędkarstwa sportowego. 

Kenią i Tanzanią oraz ich malowniczymi wyspami zachwycą się z pewnością zarówno entuzjaści dzikiej przyrody i bezkrwawych łowów na grubego zwierza, jak i pasjonaci dawnych kultur i zabytków, miłośnicy sportów wodnych, a nawet amatorzy błogiego lenistwa w promieniach słońca. Każdy ma szansę przeżyć tu niezapomniane chwile szczęścia.

 

Artykuły wybrane losowo

Brazylia, czyli wszystko, czego szukasz

ANIA GRZEŚKOWIAK

 

<< Mało jest miejsc, które rozbudzają wyobraźnię, tak jak Brazylia. Dociera ona do człowieka za pomocą zmysłów chłonących uderzenia bębnów i gwar ulicy oraz wyczuwających gęstość brazylijskiego powietrza, przesiąkniętego słodkawym zapachem mango. Zgodnie z hasłem „Brasil, um país de todos” to kraj wszystkich i dla wszystkich. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że znajduje się tu wszystko, czego szukają podróżnicy. Najlepiej przekonać się o tym samemu. >>

 

Canoa Quebrada znana jest jako perła wschodniego wybrzeża stanu Ceará

©EMBRATUR IMAGE BANK

 

Brazylia to świat w zupełnie innej skali. Tutaj wszystko jest ogromne, od witryn sklepowych po billboardy, od ludzkiej serdeczności po kontrasty społeczne. Wyjątek stanowi jedynie brazylijskie bikini zwane figlarnie „nicią dentystyczną” (fio dental). Nikt również nie obejmuje i nie wita się z większym entuzjazmem niż Brazylijczycy. Poza tym ten kraj ma ponad 8,5 mln km2 powierzchni. To prawie dwukrotnie więcej niż łączne terytorium państw Unii Europejskiej. W samym stanie São Paulo (jednym z 27 brazylijskich jednostek administracyjnych) mieszka niemal tyle ludności (powyżej 45 mln), co w całej Hiszpanii.

Już w XIX w. Brazylia nie była typowym latynoskim państwem postkolonialnym. Stała się imperium gospodarczym i ośrodkiem kultury całej Ameryki Łacińskiej i w zasadzie jest nim i dziś. Nie dziwi więc liczba prowadzonych tu międzynarodowych inwestycji, w tym polskich. Na rynku brazylijskim działa z powodzeniem kilka dużych firm z Polski. To właśnie do jednej z nich należy projekt Eco Estrela. Na nadmorskim obszarze o powierzchni ponad 2,5 tys. ha, położonym na północnym wschodzie, na terenie gminy Baía Formosa (Piękna Zatoka) w stanie Rio Grande do Norte, w przyszłości (w 2021 r.) powstanie kompleks wypoczynkowy najwyższej jakości – z dwoma resortami, centrum spa i wellness oraz willami (pod marką luksusowej sieci Six Senses) – i centrum badań i ochrony tutejszych żółwi. Brazylia jest w ścisłej czołówce krajów o największej liczbie portów lotniczych, a wciąż buduje się w niej nowe lotniska. Duże nadzieje związane są z planami utworzenia węzła lotniczego, tzw. hubu, w Regionie Północno-Wschodnim (Região Nordeste do Brasil). Ma on być największym portem Ameryki Południowej.

 

MEKKA KITESURFERÓW

W związku ze znacznym wzrostem gospodarczym północno-wschodnie wybrzeże Brazylii przyciąga coraz więcej inwestorów, ale także amatorów plażowania i sportów wodnych. Ci, którzy chcą poszaleć na falach i poznać lokalną kulturę, powinni odwiedzić właśnie ten region. Ze względu na ponad 3,3 tys. km dziewiczego wybrzeża, turkusowe laguny ukryte pośród piaszczystych wydm, malownicze klify, dzikie plaże i krystalicznie czyste powietrze, a do tego utrzymujące się przez dziewięć miesięcy doskonałe warunki pogodowe i sprzyjający wiatr entuzjaści sportów wodnych przybywają tu ze wszystkich stron świata. W północno-wschodnim rejonie kraju, a zwłaszcza w stanach Rio Grande do Norte, Piauí, Ceará, Bahia i Pernambuco, znajduje się mnóstwo wspaniałych zakątków, o których na innych kontynentach można jedynie pomarzyć.

Stan Ceará jest centrum kitesurfingu w Brazylii. Wiatr wieje tu równomiernie, a temperatura wody i powietrza utrzymuje się na stałym poziomie ok. 26–30°C. W regionie znajdziemy zarówno tętniące życiem miejskie plaże w Fortalezie i położoną na północny zachód od nich modną Jericoacoarę, jak i małe wioski rybackie, których mieszkańcy wciąż pływają jangadami (drewnianymi łodziami rybackimi) i żyją w domach krytych strzechą. Europejczycy dobrze znają stolicę stanu. Fortaleza przyciąga ich nie bez powodu – w dzień można w niej skorzystać z mnóstwa sposobów spędzania wolnego czasu, a w nocy bawić się w barach i klubach nocnych z muzyką na żywo. Chociaż niemal w samym centrum miasta jest plaża na miarę słynnej Waikiki w Honolulu na Hawajach (Praia de Iracema), wiele osób wybiera się na odpoczynek poza nie. Praia do Futuro (o długości mniej więcej 8 km), położona we wschodniej części stolicy Ceary, należy do najczęściej odwiedzanych miejsc. W jej okolicy doskonale się surfuje, a w czwartkowe wieczory w lokalnych barach i restauracjach podaje się tutejszy specjał z krabów – caranguejadas.

Na północny zachód od Fortalezy (ok. 30 km) leży Cumbuco – jeden z najsłynniejszych ośrodków kitesurfingu w kraju. Swoją popularność zawdzięcza m.in. położeniu w bliskiej odległości od międzynarodowego lotniska w stolicy stanu Ceará. Po 40 min. od wyjścia z samolotu można już szaleć na falach w jednym z najwietrzniejszych rejonów na ziemi. Niewątpliwą zaletą Cumbuco jest także doskonała infrastruktura. Znajduje się tu mnóstwo sklepów wind- i kitesurfingowych, szkół oferujących kursy na wszystkich poziomach zaawansowania, jak również wiele miejsc noclegowych i barów z charakterystyczną południowoamerykańską atmosferą. Wszystko to sprawia, że w szczycie sezonu, czyli od czerwca do stycznia, ceny rosną i bywa trochę tłoczno. W pobliżu leżą jednak znacznie spokojniejsze miejsca idealne na aktywny wypoczynek. Jedno z nich stanowi Taíba, mała rybacka wioska w gminie São Gonçalo do Amarante, w pobliżu której fale osiągają ponad 2 m wysokości. Jest w niej dużo spokojniej i taniej niż w Cumbuco, wiatr wieje równie mocno, a widoki są jak z pocztówki.

Nieco dalej na północny zachód znajduje się Guajiru (w gminie Trairi), kolejna urokliwa osada rybacka z piękną laguną. Wyróżnia się ona bardzo przyjazną atmosferą zapewniającą poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Tworzą ją mieszkańcy na co dzień zajmujący się głównie rybołówstwem. W miejscowości działa kilka małych hoteli i sklepików. Po okolicy porusza się tu głównie pojazdami typu buggy, wszędzie jest blisko, a kitesurfing można uprawiać właściwie wzdłuż całego wybrzeża (ok. 6-kilometrowego). Na oceanie panują (zależne od pływów) doskonałe warunki do surfowania.

Jeśli ruszymy dalej brzegiem Atlantyku, dotrzemy do kolejnego miejsca znanego miłośnikom sportów wodnych. Ilha do Guajirú w gminie Itarema słynie z ogromnej laguny zwanej Flatwatersea, która ma długość ponad 4 km i szerokość powyżej 400 m. Nad wielką, płaską taflą wody stale wieje tu wiatr. To prawdopodobnie jedyne takie miejsce na świecie! Trudno o lepsze i bezpieczniejsze warunki do nauki kitesurfingu lub szlifowania trików.

Blisko 300 km od Fortalezy leży kultowa Jericoacoara, przez miejscowych pieszczotliwe nazywana Jeri. Trafić do niej nie jest łatwo. Do miasteczka można dotrzeć jedynie łodzią, helikopterem lub samochodem terenowym z napędem na cztery koła. Niegdyś było ono senną wioską rybacką przyciągającą hippisów, marzycieli i zbłąkanych wędrowców, dziś uchodzi za atrakcję dla podróżników z całego świata i wielbicieli ujarzmiania fal. Ze względu na dość utrudniony dojazd Jeri nie opanowała jeszcze masowa turystyka, ale wizytę tutaj należy zaplanować z odpowiednim wyprzedzeniem, zwłaszcza w szczycie sezonu, czyli od sierpnia do stycznia. Trudno uwierzyć, że jeszcze mniej więcej 30 lat temu w miejscowości nie było elektryczności, telewizji ani telefonów. Jericoacoara od lat zachwyca jedną z najpiękniejszych plaż świata. Dziś Jeri wypełniają przede wszystkim tętniące życiem małe bary, kolorowe restauracje, sklepy dla wind- i kitesurferów, butiki oraz budki serwujące açaí na tigela (w dosłownym tłumaczeniu „açaí w misce”) i to one tworzą tutejszy pejzaż. Co wieczór z wydmy Pôr do Sol (Zachód Słońca) można podziwiać niezwykły spektakl, tzw. szmaragdowy zachód słońca – trwający ułamek sekundy błysk zielonego światła pojawia się zanim żółta kula ostatecznie zniknie za horyzontem.

Mniej więcej 20 min. (ok. 12 km) jazdy po plaży dzieli słynną Jericoacoarę od nieco spokojniejszej miejscowości Preá. Warto o niej wspomnieć, gdyż ponoć to właśnie tutaj znajduje się jedna z największych szkół kitesurfingu na świecie. Na południowy wschód od Fortalezy ciągną się bez końca plaże usiane małymi wioskami rybackimi i w tym rejonie także usytuowanych jest kilka dobrych ośrodków dla kite- i windsurferów. Należy do nich m.in. Barra Nova (w gminie Cascavel) – stosunkowe nowe miejsce na surferskiej mapie Brazylii, co stanowi jego największy atut. Ceny zakwaterowania są tu znacznie niższe niż w innych, bardziej znanych miejscowościach, a warunki do pływania – tak samo dobre.

Jeżeli ktoś szuka zakątków nie mających jeszcze typowo turystycznego charakteru, to idylliczne Parajuru będzie dla niego strzałem w dziesiątkę. W tym rejonie znajduje się ogromna laguna u ujścia rzeki Pirangi (Piranji), a stały wiatr wieje od lipca do stycznia, najsilniej po południu, więc poranki to idealna pora dla początkujących. Życie toczy się tu leniwie, dzięki czemu można poznać spokojniejsze oblicze Brazylii. Parajuru znalazło się zresztą na liście najlepszych dziewiczych miejsc dla kitesurferów w całej Ameryce Łacińskiej.

Na koniec została nam Canoa Quebrada (w gminie Aracati) – gigantyczne różowe wydmy i klify i nieco hippisowska atmosfera to wizytówka tej nadmorskiej miejscowości. Położona w małej zatoczce pośród kopernicji i palm kokosowych, mimo dość licznego napływu turystów zachowała swój dawny urok. Jej głównymi atrakcjami są białe plaże, piękne zachody słońca i zabawa na głównym deptaku zwanym Broadwayem. Canoa Quebrada słynie również ze wspaniałych warunków do uprawiania wind- i kitesurfingu. Można tu też pojeździć buggy lub spróbować swoich sił w sandboardingu, czyli zjeździe na desce z okolicznych wydm. Według miejscowej legendy pary, które oglądają zachód słońca z tutejszej wydmy, będą cieszyć się wiecznym szczęściem.

Nie tylko stan Ceará kitesurfingiem stoi. W sąsiednim Piauí pojawił się nowy ośrodek coraz bardziej zyskujący na znaczeniu – Barra Grande. Leży 100 km na zachód od słynnej Jericoacoary i stanowi modny punkt dla kitesurferów już nie tylko z Brazylii, ale i z całego świata. Największym wyzwaniem jest samo dotarcie do tej miejscowości położonej poza turystycznym szlakiem. Jednak panujące tu doskonałe warunki sprawiają, że naprawdę warto podjąć ten wysiłek. W 900-tysięcznym mieście Natal, stolicy stanu Rio Grande do Norte, słońce świeci przez 300 dni w roku. Kitesurferzy ściągają w tym regionie do takich miejsc jak Baía Formosa, Barra de Cunhaú i São Miguel do Gostoso. Ze względu na stałe podmuchy wiatru temperatura powietrza nad oceanem utrzymuje się na poziomie 28–34°C, dzięki czemu jest tu przyjemniej niż w stanach Pernambuco, Ceará czy Rio de Janeiro, gdzie latem termometry pokazują nierzadko nawet 40°C.

 

 Krzyż na placu Anchiety przed Kościołem św. Franciszka w Pelourinho (Salvador)

©EMBRATUR IMAGE BANK

 

AFROBRAZYLIJSKI SEN

Północno-wschodnie wybrzeże charakteryzuje się także bogatymi tradycjami. Pełno w tym regionie barokowych kościołów i kolonialnych budynków. To tutaj bije afrobrazylijskie serce kraju – ludzie uprawiają capoeirę i praktykują candomblé, a życie toczy się w rytmie wygrywanym na pandeiro (przypominającym tamburyn) i bębnach (atabaque). Taki właśnie jest stan Bahia i jego stolica Salvador. To miasto oszałamiającej architektury i pięknych brukowanych uliczek. Najlepiej zwiedzać je po prostu na piechotę. Salvador został odrestaurowany przed Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej w 2014 r. i miejscami wydaje się nie do poznania. Oczywiście, największe wrażenie robią kolonialne dzielnice Pelô, czyli słynne Pelourinho, i Santo Antônio. Jednak już po drodze z lotniska widać, że dzisiejsza stolica stanu to ośrodek nowoczesny, z szerokimi alejami, eleganckimi wieżowcami i modnymi centrami handlowymi. Warto również przejechać się jedną z najbardziej znanych wind na świecie – Lacerdą, usytuowaną w historycznym centrum Salvadoru i łączącą tzw. Górne i Dolne Miasto (Cidade Alta i Cidade Baixa). Mieszkańcom służy ona po prostu za środek transportu, którym często najszybciej docierają do pracy. Za to turyści zza jej wielkich, szklanych okien podziwiają okolicę w całej okazałości. Przejażdżka jest warta każdego z 25 centavos, które trzeba zapłacić za bilet. Mimo niewątpliwej urody Salvadoru jego mieszkańcy, gdy tylko nadarza się okazja, uciekają z niego na wybrzeże, a mają w czym wybierać. W stanie Bahia znajdują się jedne z najpiękniejszych plaż na świecie (o łącznej długości aż 932 km)!

Brazylijczycy uwielbiają Morro de São Paulo na wyspie Tinharé. Od Salvadoru dzielą ją 2 godz. rejsu katamaranem. Ilha de Tinharé jest częścią archipelagu Cairu złożonego z 26 wysp, z których tylko 3 są zamieszkałe. Plaże Morro de São Paulo nazwane zostały numerycznie: Primeira Praia (Pierwsza Plaża), Segunda Praia (Druga Plaża) i tak aż do Piątej (Quinta), zwanej też Praia do Encanto. Wraz z numerem wydaje się rosnąć atrakcyjność plaż. Na każdej kolejnej znajduje się coraz więcej białego piasku i palm kokosowych, ale mniej turystów. Nie ma tu samochodów, za to działa sporo barów i kolorowych straganów oferujących doskonałe tropikalne koktajle z dodatkiem rumu lub cachaçy (alkoholu z fermentowanego soku z trzciny cukrowej). Nie tak znana, lecz równie ciekawa jest plaża Arembepe (w gminie Camaçari), położona ok. 40 km na północny wschód od Salvadoru. Główną atrakcję w okolicy stanowi mała hipisowska wioska, w której do dziś wyznawcy filozofii pokoju i miłości żyją w zgodzie z naturą w domach z gliny i słomy, nie podłączonych do prądu. Zajmują się głównie szeroko rozumianym rękodziełem, z którego sprzedaży się utrzymują. Ciekawostką jest fakt, że w latach 60. XX w. pomieszkiwali tu Mick Jagger i Keith Richards, a Janis Joplin bywała w Arembepe częstym gościem. Miłośników przyrody ucieszy, iż tutejsze plaże objęte są projektem ochrony żółwi morskich (tzw. Projeto TAMAR) i od grudnia do lutego można obserwować wypuszczanie ich do oceanu. To bez wątpienia wielka atrakcja turystyczna, która pełni też funkcję edukacyjną.

Na południe od Salvadoru, na Wybrzeżu Kakao (Costa do Cacau), znajduje się najlepiej strzeżony sekret stanu Bahia – 30-tysięczne miasto Itacaré. Niegdyś słynące z licznych plantacji kakaowca, a od lat 80. uchodzi za mekkę brazylijskich (i nie tylko!) surferów. Mówi się, że gdyby Itacaré było piosenką, to linia basowa pochodziłaby z energetycznego numeru funkowego, melodia – z pięknej ballady miłosnej, a tekst – z utworu Boba Marleya. Coś w tym jest. W tej miejscowości pachnącej kakao upływ czasu nie ma znaczenia, a jedyne co się przydaje, to deska surfingowa. Rzeczywiście, warunki do surfingu i aktywnego wypoczynku są tutaj znakomite.

Miłośnicy wypraw pieszych powinni udać się nieco na zachód od Salvadoru, do Parku Narodowego Chapada Diamantina. Kiedyś wydobywano na tym obszarze diamenty, dziś przyciągają do niego liczne trasy trekkingowe, tajemnicze jaskinie, szumiące wodospady, malownicze formacje skalne i przepiękne krajobrazy. Na terenie parku znajduje się drugi najwyższy brazylijski wodospad (Cachoeira da Fumaça – 340 m), słynne płaskie wzgórze (Morro do Pai Inácio) i przypominająca meksykańskie cenoty jaskinia z wodą w kolorze czystego błękitu (Poço Azul). Piesze wędrówki, wspinaczka i kąpiele w naturalnych źródłach to tylko niektóre atrakcje, jakie czekają na odwiedzających. Podczas wizyty w Salvadorze warto nieco zboczyć z trasy i spędzić tu trochę czasu.

 

ROZTAŃCZONE MIASTO

Rio de Janeiro nie jest największym ani najważniejszym miastem Brazylii. Tytuł największej metropolii przypada São Paulo – w całej aglomeracji mieszka ponad 21 mln osób. Rio de Janeiro ze swoimi 12 mln mieszkańców plasuje się na drugim miejscu. Miasto bardzo zmieniło się od czasu powstania bossa novy, czyli lat 50. i 60. XX w., prawdziwej złotej ery, do której prawdopodobnie nigdy już nie powróci. Ale pomimo problemów, z jakimi zmaga się od lat, wciąż wyczuwa się w nim tę trudną do uchwycenia magię. To stąd pochodzi samba i Dziewczyna z Ipanemy (Garota de Ipanema), tutaj odbywa się najsłynniejszy karnawał na świecie oraz znajduje się figura Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor) i Stadion Maracanã. Brazylijska plaża kojarzy się z legendarną Copacabaną. Sąsiednia Ipanema nie przypomina żadnej innej plaży na ziemi. Leży u stóp pokrytego tropikalnym lasem wzgórza – Morro Dois Irmãos (533 m n.p.m.), na którego szczycie człowiekowi wydaje się, jakby mógł dotknąć słońca, gdy jednocześnie spogląda w dół na miasto niczym ptak. Rio de Janeiro to również feijoada (gulasz z czarnej fasoli) i duma Brazylii – açaí na tigela (potrawa z mrożonego musu z owoców euterpy warzywnej, czyli açai) – śniadanie surferów. To najlepsze podaje się w barze „Amazônia Soul” w Ipanemie. Surferów przyciąga Barra da Tijuca z 18-kilometrową plażą. Właśnie na niej odbywa się wiele krajowych mistrzostw w surfingu oraz wind- i kitesurfingu. W gorące letnie weekendy bywa tu tłoczno, gdyż obecnie to bardzo modne miejsce.

Cudowne Rio de Janeiro kojarzy się nie tylko z plażami i sambą, lecz także ze sztuką uliczną. Podczas spaceru wzdłuż nabrzeża można podziwiać największe graffiti ścienne na świecie, mające powierzchnię 3 tys. m2, wpisane do Księgi rekordów Guinnessa. Autorem muralu Etnias jest Eduardo Kobra, światowej sławy brazylijski artysta, który w ten sposób postanowił upamiętnić XXXI Letnie Igrzyska Olimpijskie z 2016 r. To prawdziwa wizualna uczta dla miłośników street artu. Jeśli o Nowym Jorku mówi się, że nigdy nie śpi, Rio de Janeiro powinno nazywać się miastem, które nigdy nie przestaje tańczyć. Jednak liczba turystów przybywających do Cidade Maravilhosa (Cudownego Miasta) z roku na rok maleje i aby temu przeciwdziałać, brazylijski rząd ogłosił nowy program pod hasłem Rio de Janeiro a Janeiro (Rio od stycznia do stycznia). W jego ramach w ciągu roku odbywają się liczne wydarzenia z dziedziny kultury, sportu, turystyki i biznesu.

Za to na tropikalnych wyspach położonych nieopodal miasta turystów nie brakuje. Najsłynniejszą i zarazem najpiękniejszą z nich jest niewątpliwie Ilha Grande. Do 1994 r. mieściło się na niej więzienie (Instituto Penal Cândido Mendes), odpowiednik amerykańskiego Alcatraz, ale dzięki temu wciąż w dużej mierze pozostaje niezagospodarowana i dziewicza. Porastający ją atlantycki las deszczowy cechuje niezwykłe bogactwo fauny i flory. Na wyspie znajdują się również liczne wodospady i dzikie plaże, w tym najpiękniejsza z nich – Lopes Mendes (blisko 3-kilometrowa). Nie ma przy niej restauracji, barów czy hoteli, nie można się na nią także dostać łodzią. Jedynym sposobem dotarcia na Lopes Mendes jest dość wymagająca wędrówka przez gęsty tropikalny las. Rozpościerające się z niej widoki rekompensują jednak wszystkie trudy.

Zaledwie ponad 2 godz. jazdy samochodem na wschód od Rio de Janeiro leży jeden z najbardziej znanych kurortów nadmorskich w Brazylii – Búzios. Dni upływają w nim beztrosko na plażach i deptakach. Malownicze nabrzeże pełne jest butików, eleganckich restauracji i gwarnych barów, dlatego kurort nazywa się brazylijskim Saint-Tropez. Nieco większa odległość (4 godz. drogi) dzieli Rio de Janeiro od kolonialnej perełki. Paraty to doskonale zachowane, urokliwe miasteczko znajdujące się na Zielonym Wybrzeżu (Costa Verde). Można się w nim poczuć, jakby prosto z tropików przeniosło się do Europy Zachodniej. Z jednej strony widać góry porośnięte tropikalnym lasem, z drugiej – zatokę z dziesiątkami małych wysepek i kolorowych łodzi oraz domy milionerów i lokalnych rybaków. Do tego panuje tu kosmopolityczna i nieco artystyczna atmosfera. Wszystko to daje mieszankę doskonałą.

 

 Statua Chrystusa Zbawiciela na Corcovado

©ALEXANDRE MACIEIRA/RIOTUR

 

POŁUDNIOWOAMERYKAŃSKI NOWY JORK

Gdy burmistrz São Paulo witał delegację Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej (FIFA), powiedział: To kosmopolityczna metropolia. Czy jest jakiekolwiek inne miejsce w świecie, gdzie spotkacie Japończyków mówiących po portugalsku z włoskim akcentem?. To ogromne miasto, trudne do ogarnięcia i na pierwszy rzut oka dość odstraszające. Paulistanos, mieszkańcy São Paulo, mają wielkie ambicje i widać to na każdym kroku. Metropolię pokrywa niekończący się las budynków, starych i zaniedbanych, ale i tych supernowoczesnych. Tę miejską dżunglę przecina niemal 3-kilometrowa Avenida Paulista – lokalny odpowiednik Pól Elizejskich.

Budynki z betonu sąsiadują tu z zielonymi oazami takimi jak parki Ibirapuera czy Trianon. Ten południowoamerykański Nowy Jork jest najbardziej kosmopolitycznym i nowoczesnym miastem na kontynencie, zamieszkałym przez zamożną i najlepiej wykształconą część brazylijskiego społeczeństwa. Sampa, bo tak mówią o metropolii jej mieszkańcy, to przemysłowa, finansowa, kulturalna i gastronomiczna stolica kraju. Znajduje się w niej ponad 12 tys. restauracji, 110 światowej klasy muzeów, 90 centrów kultury, 280 sal kinowych i 180 teatrów. W São Paulo wystawia się więcej sztuk niż w Nowym Jorku i jest w nim trzy razy więcej księgarń. Tutejsze kluby nocne i bary są jednymi z najlepszych na kontynencie, a miasto nie zwalnia przez całą dobę. Paulistanos kochają pizzę i pingado (kawę z odrobiną mleka) i raczą się nimi o każdej porze dnia i nocy. Międzynarodowy tydzień mody odbywający się w São Paulo (São Paulo Fashion Week – SPFW) uchodzi za jeden z najważniejszych na świecie. Poza tym organizuje się tu największy festiwal designu w całej Ameryce Południowej – Bienal de São Paulo jest drugim najstarszym tego typu wydarzeniem na naszym globie (istnieje od 1951 r.), zaraz po Biennale w Wenecji, i należy do najważniejszych wystaw artystycznych w kraju.

Jeżeli ktoś zechce uciec od zgiełku metropolii, może udać się na Piękną Wyspę (Ilhabela), która w pełni zasługuje na swoją nazwę. Stanowi ona miejsce wypoczynku zamożnych mieszkańców São Paulo. Ze względu na wspaniałą przyrodę stworzono na niej w 1977 r. park stanowy (Parque Estadual de Ilhabela). Na wyspie warto przedrzeć się przez tropikalny las deszczowy na plażę Castelhanos lub zażyć orzeźwiającej kąpieli w wodospadzie Gato (Cachoeira do Gato). Zupełnie odmienny charakter ma leżący ok. 170 km od São Paulo 50-tysięczny kurort Campos do Jordão. To najwyżej położone (1628 m n.p.m.) i najzimniejsze miasto Brazylii. Jego architektura nawiązuje do zabudowy europejskich miejscowości wypoczynkowych. Nazywane brazylijską Szwajcarią, porównywane do Davos i francuskiego Chamonix-Mont-Blanc, zaczyna tętnić życiem, gdy tylko zima dociera na półkulę południową. Wtedy to Campos do Jordão zamienia się w ośrodek narciarski pokryty sztucznym śniegiem, a wielkie centra handlowe otwierają swoje drzwi. Życie kurortu koncentruje się w eleganckiej dzielnicy Vila Capivari, w której znajduje się większość hoteli, restauracji, kafejek, butików i barów serwujących gorącą czekoladę. Zimą odbywa się tu również festiwal muzyki klasycznej, jeden z najważniejszych nie tylko w Brazylii, ale i w całej Ameryce Łacińskiej.

 

 Cascata do Caracol – malowniczy, 131-metrowy wodospad obok kurortu Canela

©EMBRATUR IMAGE B

 

BRAZYLIJSKA MAŁA POLSKA

Jeszcze bardziej europejsko jest na południe od stanu São Paulo. Ta część kraju nadal przyciąga znacznie mniej turystów niż rejony północne, a ma wiele do zaoferowania. Stany Paraná, Santa Catarina i Rio Grande do Sul leżą w regionie subtropikalnym (podzwrotnikowym), gdzie śnieg niekiedy pokrywa wyższe wzniesienia. Europejczycy z Polski, Włoch i Niemiec uznali ten klimat za przyjazny i ponad 100 lat temu wyemigrowali do Ameryki Południowej w poszukiwaniu lepszego życia. Przywieźli ze sobą odmienne obyczaje, tradycje kulinarne, języki i siłą rzeczy inne geny. Dlatego nie dziwi fakt, że południowe stany Brazylii są niebieskookie i jasnowłose. Szacuje się, że co dziesiąty mieszkaniec Parany ma polskie korzenie – to taka mała Polska za oceanem. Najwięcej potomków Polaków, bo nawet ok. 400 tys., mieszka w niemal 2-milionowej Kurytybie. Jest to grupa wyjątkowa, gdyż jej przedstawiciele jako jedyni ze światowych Polonii praktycznie nie mówią już po polsku. Wpływy znad Wisły widoczne są tutaj na każdym kroku, a składają się na nie tradycyjna architektura, przedstawienia teatralne, polskie msze w kościołach czy w końcu pierogi i żurek jak u babci. Kurytyba należy do najbogatszych i najbardziej rozwiniętych miast Brazylii, a potomkowie Polaków od wielu lat przyczyniają się do rozwoju brazylijskiej gospodarki. Miasto słynie z wysokiej jakości życia, nowoczesnego systemu komunikacji miejskiej i międzynarodowej atmosfery. Znajduje się w nim mnóstwo parków i terenów zielonych. Tutejszy Ogród Botaniczny (Jardim Botânico de Curitiba) przypomina najlepsze francuskie ogrody królewskie. Jego główną atrakcją jest imponujących rozmiarów szklarnia, wyróżniająca się na tle panoramy Kurytyby.

 

KOWBOJE I GÓRSKIE KURORTY

Najdalej na południe rozciąga się stan Rio Grande do Sul, gdzie biali hodowcy bydła pielęgnują tradycje gauchów (gaúchos). Brazylijscy kowboje to także potomkowie europejskich emigrantów, którzy skolonizowali te tereny wiele lat temu. Region ten kojarzy się z ranczami, churrasco (brazylijskim grillem) i chimarrão (lub mate), sączonym przez gaúchos napojem z ostrokrzewu paragwajskiego. Stolicą stanu Rio Grande do Sul jest wielokulturowa metropolia Porto Alegre. To jedno z tych miast, w których Brazylia zaskakuje. Należy do najlepiej prosperujących i najbogatszych kulturowo ośrodków miejskich w kraju. Znajdują się tu liczne muzea, centra kulturalne i sceny teatralne. Większość atrakcji turystycznych usytuowanych jest w centrum, m.in. inspirowana architekturą włoskiego renesansu Katedra Metropolitalna czy dawna elektrownia Gasômetro, a obecnie ośrodek kultury. Na zakupy zaprasza Rua da Praia, na spacer warto udać się wzdłuż malowniczego jeziora Guaíba, a drinka wypić w barze w eleganckiej dzielnicy Cidade Baixa. Jednak wiele osób położone zaledwie 120 km od łańcucha górskiego Serra Gaúcha Porto Alegre traktuje jedynie jako bazę wypadową do najmodniejszych miejsc na południu kraju takich jak Gramado, Canela czy Bento Gonçalves.

          Jeśli ktoś chciałby poczuć się jak w Europie bez opuszczania Brazylii, to bliźniacze górskie kurorty Gramado i Canela są właśnie tym, czego szuka. W powietrzu unosi się w nich zapach gorącej czekolady i fondue, zachęcający do ogrzania się w lokalnych kawiarniach i restauracjach, szczególnie zimą (od czerwca do września), kiedy temperatura spada do 0°C. Romantyczne hotele w stylu alpejskim, tak różne od tych, które stoją przy Copacabanie czy Ipanemie, wtapiają się w krajobraz gór. W Gramado znajduje się muzeum czekolady (Mundo de Chocolate), park miniatur Mini Mundo z makietami różnych obiektów ze świata i Snowland, pierwszy kryty park śnieżny w Ameryce Południowej. W tym malowniczym 35-tysięcznym mieście odbywa się również wiele ważnych wydarzeń kulturalnych, takich jak sierpniowy festiwal filmowy (Festival de Cinema de Gramado), na który ściągają rzesze kinomanów i gwiazd kina brazylijskiego. Bliźniacza Canela kojarzy się przede wszystkim z ekoturystyką, pięknym wodospadem Caracol (Cascata do Caracol – 131 m), parkiem tematycznym Mundo a Vapor i wyciągiem krzesełkowym. Jest także doskonałym miejscem do uprawiania turystyki aktywnej (np. trekkingu, kolarstwa górskiego, canyoningu lub raftingu). Niezależnie od tego, czy od lat marzyliśmy o barwnej paradzie karnawałowej w Rio de Janeiro, czy raczej o wyprawie do dziewiczych amazońskich lasów, Brazylia koniecznie powinna się znaleźć na liście naszych podróży.

 

Wydanie Lato 2018

Słowenia wyjęta z obrazka

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Słoweńcy mówią o swoim pięknym kraju, że to Europa w miniaturze. Mają praktycznie każdy rodzaj krajobrazu – wysokie Alpy Julijskie, równiny, rozległe lasy, bystre rzeki, malownicze winnice, wody termalne, urocze kurorty nad ciepłym Adriatykiem, zabytkowe miasta i czarujące zamki oraz nowoczesną bazę hotelową i wyśmienitą kuchnię. Turystów z całego świata (ostatnio w Bledzie spotkałem nawet znajomych z Kolumbii!) przyciągają do Słowenii niesamowite cuda natury – bajeczne jaskinie (słynna Postojnska jama i Škocjanske jame) i zapierające dech w piersiach jeziora (Bled i Bohinj). Kraj ten jest także mekką miłośników raftingu (cudowna Soča), koni (historyczna stadnina w Lipicy), białego szaleństwa (Bovec, Cerkno, Kranjska Gora, Krvavec, Maribor Pohorje, Rogla), wędkarstwa (wyprawy na pstrągi), żeglarstwa, golfa, kolarstwa górskiego czy wreszcie zdrowego wypoczynku w ośrodkach SPA & Wellness (Moravske Toplice, Rogaška Slatina czy Portorož).

 

Słowenia to małe państwo o powierzchni porównywalnej do naszego województwa podlaskiego (ma jedynie 20 273 km2). Oferuje jednak tyle atrakcji, że śmiało może konkurować ze znacznie większymi krajami. Na jej obszarze żyje niewiele ponad 2 mln mieszkańców. Ma ona tylko 47 km wybrzeża, ale co najważniejsze – niezmiernie urodziwego. Brakuje tu jedynie piaszczystych plaż (wyjątek stanowi Portorož). Powiedzenie małe jest piękne pasuje jak ulał do tego kraju, położonego po słonecznej stronie Alp. Tylko w Słowenii możemy kąpać się w morzu, opalać na plaży, żeby już za chwilę (za mniej niż godzinę) wspinać się po wysokich górach, spacerować wokół malowniczych jezior i oddychać czystym, rześkim powietrzem.

Więcej…

Boska Brazylia

MAGDALENA WALCZUK

Fundacja Terra Brasilis

                                                                                                             FOT. FOZDOIGUACUDESTINODOMUNDO.COM.BR

<< „Deus é brasileiro”, czyli „Bóg jest Brazylijczykiem” – stwierdzenie to słyszałam z ust wielu mieszkańców Brazylii. Większość z osób, które kiedykolwiek miały okazję postawić stopę na brazylijskiej ziemi, zgodzi się z nim bez wahania. Bez wątpienia kraj ten został hojnie obdarzony przez Stwórcę: zachwyca bogactwem i niezwykłością przyrody, odurza tropikalnymi smakami i zapachami, urzeka niesamowitą różnorodnością, wybuchową mieszanką kultur, intryguje kontrastami i niejednoznacznością. Naprawdę nietrudno zakochać się w Brazylii. Jak prawdziwa kobieta, powoli odsłania przed nami swoje tajemnice i nie przestaje kusić tym, co jeszcze pozostało do odkrycia. Niechętnie poddaje się prostym definicjom. Nie wierzcie temu, kto twierdzi, że zdołał ją zrozumieć i poznać jej wszystkie sekrety. >>

Więcej…