Magdalena Moll-Musiał

 

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

<< Wenezuela to kraj kontrastów - kipiące zielenią wilgotne lasy równikowe delty Orinoko, krystalicznie czysta woda i wspaniałe karaibskie plaże, nieziemskie góry stołowe, nazywane tu „tepuyes”, oraz Salto Ángel, najwyższy wodospad świata. Na jego terytorium mieszkają otwarci, roztańczeni ludzie, pielęgnujący swoje niezliczone tradycje. Z drugiej strony mamy tutaj zaniedbaną gospodarkę, niepohamowaną inflację i ubóstwo, co szczególnie rzuci nam się w oczy, jeśli zdecydujemy się na dłuższą wyprawę po kontynentalnej części tego południowoamerykańskiego państwa. Z pewnością jednak różnorodność pejzaży, smaków, zapachów i innych doznań sprawia, że ojczyzna jednych z najpiękniejszych kobiet na ziemi posiada nieodparty urok dla poszukiwaczy przygód. >>

 

Stać, kontrola! – krzyczy wojskowy, zatrzymując naszego busa. Wchodzi do środka, sprawdza dokumenty.  – Pani nie ma ważnego paszportu – zwraca się do jaskrawo ubranej Wenezuelki. – Tak, niestety, nie mam… – odpowiada ona, nieśmiało wtykając w dłoń mężczyzny zawiniątko boliwarów. Ten wsuwa banknoty do kieszeni i mówi: Można jechać! Pokonanie odległości 90 km od granicy z Kolumbią do wenezuelskiego miasta Maracaibo zajmuje nam 7 godz. Po drodze podobnych kontroli mamy aż 14, ale nie wszystkie są tak błyskawiczne. Podczas każdej pani bez paszportu uiszcza opłatę, która umożliwia jej kontynuowanie podróży. Gdy kończy się jej gotówka, cały bus wykazuje imponującą solidarność – pasażerowie zrzucają się na odpowiednią łapówkę, abyśmy mogli pojechać dalej. Wojskowi i policja nie sprawdzają niczego poza dokumentami – w bagażach prawdopodobnie da się przewieźć wszystko, czego dusza zapragnie, pewnie nawet i kolumbijską kokainę… Dla kontrolujących znalezienie podróżnego bez odpowiednich papierów to prosty i pewny zarobek.

 

Dzielnie znosimy trudy tej społecznie edukującej przeprawy, aby wreszcie dotrzeć do serca Wenezueli, poznać jej mieszkańców, kulturę i piękno. Wędrówka przez ten kraj ma niewątpliwie znamiona prawdziwej przygody z nutką nieprzewidywalności. Żartujemy, że odkrywamy te ziemie prawie jak włoski żeglarz w służbie hiszpańskiej Amerigo Vespucci (1454–1512). Dla niego również przeprawa przez kontynent była wyjątkowo trudna, tyle że nie z powodu przygranicznych kontroli, lecz ze względu na łańcuchy wysokich Andów. Vespucci dotarł podobnie jak my nad jezioro Maracaibo, gdzie spostrzegł domy zbudowane nad wodą na palach (palafitos). Dlatego też nazwał tę krainę „małą Wenecją”, co po hiszpańsku oddaje wyraz Venezuela.

 

Prawdziwe skarby przyrody

Dzisiaj Wenezuela przyciąga swoimi warunkami naturalnymi. Największą popularnością cieszy się wyspa Margarita, którą co roku odwiedza ponad 2,5 mln ludzi. To właśnie do jej brzegów w sierpniu 1498 r. dopłynął Krzysztof Kolumb. Jej okolica to znakomite miejsce do uprawiania wszelkich sportów wodnych: nurkowania, surfingu oraz wind- czy kitesurfingu. Liczne hiszpańskie fortyfikacje na wyspie opowiadają natomiast dawną historię pirackich porachunków. Ciekawą atrakcją na Margaricie są tzw. Piersi Maríi Guevary (Las Tetas de María Guevara) – dwa niewielkie bliźniacze wzgórza położone na południe od jeziora La Restinga. Lokalna legenda głosi, że ich nazwa pochodzi od imienia i nazwiska kobiety, która bohatersko walczyła w wojnie o niepodległość Wenezueli (1810–1823) i została pochowana pomiędzy wzniesieniami.

Miejsce niezwykle piękne stanowi Park Narodowy Canaima (Parque Nacional Canaima). To tutaj w sercu dżungli znajduje się osławiony wodospad Salto Ángel, wypływający z płaskiego jak stół wierzchołka Auyantepuy („Góry Diabła”). Ma on aż 979 m wysokości, czyli 19 razy więcej niż Niagara! Nazwano go na cześć Jamesa Crawforda Angela (1899–1956), amerykańskiego lotnika, który w 1933 r. jako pierwszy przeleciał nad tym cudem natury. Zakochał się w nim do tego stopnia, że zapragnął, aby po śmierci rozsypać nad wodospadem jego prochy. Dziś Salto Ángel przyciąga nie tylko miłośników przyrody, lecz również entuzjastów sportów ekstremalnych, szczególnie amatorów BASE jumping, czyli skoków spadochronowych z wieżowców, mostów, masztów, urwisk górskich itp. Warto przypomnieć, że właśnie w kwietniu br. Karolina Sypniewska, Agnieszka Grudowska i Piotr Sudoł po udanej wspinaczce do źródeł kaskady przez dwa dni (z noclegiem na półce skalnej) zjeżdżali na linach w dół wzdłuż wodospadu (tzw. rappelling). To pierwsi Polacy, którzy odbyli tego typu wyprawę na szczyt Auyantepuy.

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

Playa El yaque na Margaricie – mekka wind- i kitesurferów

 

Przy planowaniu ekspedycji do Salto Ángel trzeba wybrać odpowiednią porę roku. Dociera się do niego drewnianą curiarą – rodzajem długiego czółna Indian Pemon. Od czerwca do grudnia rzeki są na tyle głębokie, że pozwalają przepłynąć swobodnie. W porze suchej, od grudnia do marca, często łodzie trzeba pchać po piachu, bo poziom wód jest za niski.

Park Narodowy Canaima kryje jednak w sobie jeszcze więcej wspaniałości. Można powiedzieć, że natura stworzyła tu jedne z najbardziej zadziwiających budowli na ziemi. Wspomniani miejscowi Indianie Pemon nazywają je tepuyes, co oznacza „domy bogów”. Te nierzadko spowite mgłą góry stołowe (z najwyższą Roraimą – 2810 m n.p.m.) pochodzą z ery prekambru. Wykształciły się w ciągu milionów lat pod wpływem erozji. Niczym kamienne drapacze chmur wyrastają nawet 1000 m ponad poziom otaczającej dżungli. W parku znajduje się ok. 115 szczytów, z których bierze swój początek wiele drobnych rzek.

 

W chatkach Warao

Podróżnicy o zainteresowaniach etnograficznych prawdopodobnie odkryją swoje eldorado przy ujściu Orinoko do Atlantyku, o ile tylko zaakceptują miejscową wersję luksusu (na turystów czekają tutaj domy, w których rolę ścian pełnią moskitiery, dachy pokryte są palmowymi liśćmi, a prysznic działa na wodę z deszczówki). To druga co do wielkości (po Amazonce) delta rzeczna w Ameryce Południowej. Mówi się, że należy do najbardziej dziewiczych regionów świata. Te tereny zamieszkują Indianie Warao, czyli „Ludzie Łodzi”. Doskonale zaaklimatyzowali się oni w tych trudnych warunkach. Plątaninę odgałęzień i odnóg rzeki Orinoko pokonują tradycyjnymi czółnami. Czasem można zobaczyć, jak dzieci Warao uczą się pływać, zanim jeszcze zaczną chodzić. Niektórzy twierdzą, że przed postawieniem pierwszych kroków maluchy potrafią już wiosłować. Kanały dzielą deltę na niezliczone podmokłe wysepki pokryte gęstym lasem deszczowym i bujną roślinnością. Indianie żyją w małych osadach złożonych z charakterystycznych domków na palach. Prowadzą oni bardzo proste życie. W chatach zobaczymy zazwyczaj tylko rozwieszone hamaki i sznurki z kolorowym praniem. Jednak ich mieszkańcy wyglądają na szczęśliwych. Pokażą nam, jak cieszyć się każdą chwilą, nie martwić o przyszłość i radować z rzeczy zwyczajnych. W takim otoczeniu nie jest to zresztą aż tak trudne. W gęstwinach drzew ukrywają się tu niezliczone tropikalne ptaki – papugi ary, kolibry, tukany i setki innych, które bez przerwy wyśpiewują codzienną pieśń natury. Przy odrobinie szczęścia w wodach Orinoko spostrzeżemy też różowe delfiny (inie), a na brzegu zobaczymy pociesznego gryzonia – wielką włochatą kapibarę. Wraz z Indianami złowimy także kilka piranii i to przy pomocy najprostszej na świecie wędki – patyka z nadzianą przynętą.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Indianie Warao żyją na obszarze delty orinoko od ok. 8–9 tys. lat

 

Warao ucieszą się, jeśli zakupimy od nich jakieś pamiątki. Dzięki temu zarobią choć parę groszy. Mimo iż nadal żyją w zgodzie z rytmem przyrody, ich świat wygląda inaczej niż za czasów ich przodków. Orinoko została już tak zanieczyszczona przez odpady przemysłowe z centralnej Wenezueli, że nie mogą oni polegać na jej darach. Warto więc zabrać ze sobą na wycieczkę paczkę dla nich z wodą pitną czy nieprzetworzonym jedzeniem o przedłużonym terminie ważności. Na pewno odwdzięczą się nam za to na swój sposób, np. zaproszą na ucztę z serc palmy (palmitos) – bogatych w witaminy A i C rdzeni pnia młodego drzewa, a nawet poczęstują nas winem palmowym (czyli naturalnym sokiem roślinnym z palmy poddanym procesowi fermentacji). Niestety, w związku z dewastacją środowiska Indianie żyją krótko i ich populacja kurczy się. Dziś ocenia się ją na ok. 40 tys. osób. Dodatkowe spustoszenia w ich społeczności wyrządza gruźlica, na którą dość często zapadają i której nie potrafią skutecznie leczyć. Warto podkreślić, że uznają oni śmierć za bardzo naturalne zjawisko, więc łatwo godzą się z przewlekłą chorobą i nie szukają pomocy.

Warao wierzą, że pochodzą od żądnego przygód Pierwszego Łowcy. Mieszkał on w niebie wraz z istotami podobnymi do ludzi i ptakami. Pewnego dnia wziął swój łuk i zestrzelił jednego z tych ptaków, a jego towarzysze zlecieli się w miejsce, gdzie upadł, i rozdrapali podłogę z chmur. Przez powstałą dziurę Pierwszy Łowca spostrzegł, że na dole rozpościera się przepiękny ląd, z żyzną ziemią i wspaniałymi owocami. Zszedł przez chmury po linie i zdecydował się opuścić na zawsze niebiańską krainę. Osiadł w delcie Orinoko, a jego ród to właśnie Warao. Do dziś wierzą oni w trzypoziomowy podział wszechświata – pośrodku znajduje się ziemia, nad nią niebo, a pod nią królestwo podziemia, zamieszkane odpowiednio przez dobre i złe duchy. Szamani mają moc kontaktowania się z nimi, kiedy wprowadzą się w trans. Pomaga im w tym zwykły tytoń.

Wnikliwy obserwator z pewnością dostrzeże oryginalne indiańskie instrumenty. Wolno je fotografować, ale nie radzę ich kupować, bo wyrabia się je z części odzwierzęcych, więc ich przewóz do Europy jest nielegalny. Najpopularniejsze to flet muhusemoi (muhu znaczy „kość”, semoi – „instrument dęty”), skrzypce sekeseke oraz bęben ehuru. Flety są wytwarzane z piszczeli jeleni. Usuwa się z nich szpik kostny (najpierw nożem, resztę wyjadają karaluchy) i drąży się trzy otworki oraz ustnik w kształcie siodełka. Prawdziwych koncertów fletowych posłuchamy podczas tanecznego festiwalu z okazji zbioru plonów. Skrzypce sekeseke, według legendy, po raz pierwszy zbudowała małpa. Przyśniło jej się, jak je zrobić, a gdy się obudziła, metodą prób i błędów odtworzyła instrument. Dzięki swojemu talentowi muzycznemu uniknęła zjedzenia przez pana dżungli – jaguara. Dlatego do dziś Indianie wierzą w ochronny wpływ tych skrzypiec. Ehuru powstaje natomiast z dwóch rozciągniętych na drewnianych obręczach skór wyjców, jeleni lub jaguarów. W środku przywiązuje się struny z kolcami, które powodują charakterystycznie drgający dźwięk. Bębnów używało się podczas marszu przez dżunglę, aby wszyscy dobrze słyszeli, gdzie znajduje się przewodnik.

 

Wenezuelskie życie

Tym, którzy lubią muzykę i taniec, spodoba się nie tylko w gościnie u Warao. W wenezuelskich miastach kluby taneczne otwarte są 7 dni w tygodniu, przez całą noc aż do wczesnego rana i prawie zawsze można spotkać w nich tłumy ludzi. Gdy docieramy do stołecznego Caracas, nasz wenezuelski przyjaciel Ivan, dowiedziawszy się, że lubimy z mężem salsę, tak planuje nam każdy wieczór, abyśmy bawili się wyłącznie w miejscach, gdzie gra się i śpiewa na żywo. Wenezuelczycy uwielbiają też merengue, calipso i reggaeton. Ich dźwięki słychać niemal wszędzie – w sklepikach, autobusach, barach. Co ciekawe, większość (przynajmniej tych napotkanych przez nas) mieszkańców Wenezueli ma czysty głos i nie fałszuje, warto więc wybrać się z nimi na karaoke.

Być może to właśnie muzyka daje ludziom poczucie szczęścia i zapomnienia… Jeśli zamieszkamy w hotelu sieciowym, nie dotkną nas problemy, z jakimi borykają się Wenezuelczycy, jednakże warto zdawać sobie z nich sprawę. Ostatnio rząd wprowadził ograniczenia zakupu papieru toaletowego – tylko jedna rolka dziennie na rodzinę (jeszcze w maju 2013 r. były to 4 rolki na osobę). W tym południowoamerykańskim państwie do towarów deficytowych należy też pasta do zębów, mydło, szampon, proszek do prania czy mleko. Miejscowym bywa więc naprawdę trudno. Pamiętajmy o tym podczas pobytu w Wenezueli.

FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

XVII-wieczny zamek San Carlos de Borromeo nad zatoką Pampatar

 

Zwiedzanie wenezuelskiej ziemi proponuję zatem zacząć od Margarity. Już wyjaśniam dlaczego. Podobno w czasach kolonialnych hiszpańska brygantyna Santa Lucía, która transportowała wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa z Hiszpanii do Santo Domingo, musiała zatrzymać się na wyspie z powodu nagłej awarii. Przybito do brzegu w miejscowości Pampatar. Załoga poprosiła kapitana, aby podczas naprawy statku krzyż zawiesić w lokalnej kaplicy. Tak też uczyniono. Minęło kilka tygodni, usunięto usterki i wszystko było gotowe do dalszej drogi. Cenny ładunek znów umieszczono na pokładzie. W księgach okrętowych odnotowano idealną pogodę. Jednak gdy tylko kapitan odbił od brzegu, rozpętała się gwałtowna burza. Ulewa, grad i pioruny uniemożliwiały bezpieczną żeglugę. Załoga zaczęła przeglądać ładunek. Ktoś otworzył skrzynię ze świętym wizerunkiem. Twarz Chrystusa wydawała się tak przejęta i smutna, jak nigdy dotąd. Zdecydowano się więc na powrót do portu. Krucyfiks znów zawieszono w Pampatar, a niebo rozchmurzyło się i morze stało się spokojne. W ten sposób Jezus z Hiszpanii zamieszkał na uroczej wyspie i zasłynął jako Chrystus od Dobrej Podróży – Cristo del Buen Viaje. W 1748 r. zbudowano mu mały kościółek. Do dziś modlą się w nim miejscowi, którzy planują oddalić się od rodzinnych stron, oraz podróżni. Z jego opieką nawet na najdalszym krańcu fascynującej wenezuelskiej ziemi włos nam z głowy nie spadnie.

 

Artykuły wybrane losowo

Seszele – kokosowa kraina szczęścia

379 IMG1 Grande Soeur 10630x7102

Otoczona granitowymi skałami rajska plaża na wysepce Grande Soeur na Seszelach

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

MAGGIE ANKOWSKA

www.seszelerajnaziemi.com

 

Pewnego dnia dziwnym zbiegiem okoliczności miejsce, które do niedawna było dla mnie tylko kropką na mapie świata, tropikiem odległym i nieosiągalnym, stało się moim domem. Wylądowałam w zakazanym raju – wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że nie mam prawa tu być. Na Seszelach, archipelagu będącym częścią Grzbietu Maskareńskiego, do dziś żyje największa populacja żółwi olbrzymich na naszym globie. Większość wysp jest niezamieszkała, a ciszę mąci na nich tylko szum Oceanu Indyjskiego i wiatr szeleszczący wśród liści palm kokosowych…

 

W tym wyspiarskim państwie mieszka ponad 93 tys. ludzi. Dla porównania w samej Warszawie żyje ich niemal 19 razy tyle. Największa w archipelagu jest wyspa Mahé (157,3 km2) ze stolicą Victorią. Seszele, znajdujące się przez wiele lat w rękach Francuzów, a potem Brytyjczyków, uzyskały niepodległość w czerwcu 1976 r. Mimo iż ich mieszkańcy silnie utożsamiają się ze swoją kreolską kulturą i najchętniej posługują się seszelskim kreolskim, wpływy wcześniejszych kolonizatorów są bardzo wyraźne – do języków urzędowych należy również francuski i brytyjski, na ulicach obowiązuje ruch lewostronny, a w budynkach montuje się gniazdka z trzema otworami.

 

Choć dochody z turystyki stanowią niezmiernie istotną część budżetu państwa i miejscowi chętnie goszczą turystów, najważniejsze pozostaje dla nich zachowanie archipelagu w niezmienionym naturalnym stanie. Życie lokalnej ludności płynie spokojnym rytmem, a ruch turystyczny odbywa się jakby obok. Mieszkałam tutaj kilka lat, pracowałam z wyspiarzami i spędzałam z nimi czas wolny, ale pomimo moich największych starań i dużej otwartości na odmienną kulturę zawsze czułam się obca, choć zostałam zaakceptowana. Ta aura niedostępności otaczająca Seszelczyków sprawia, że człowiek z zewnątrz odnosi wrażenie, iż znalazł miejsce wyjątkowe, tylko dla wybranych – trafił do raju. Okolica zdaje się zresztą potwierdzać to przypuszczenie. Nawet na Mahé, najpopularniejszej z wysp, o każdej porze dnia możemy wybierać z minimum tuzina rajskich plaż, na których będziemy po prostu sami.

 

WYSPA ATRAKCJI

 

W ostatnich latach ruch turystyczny na Seszelach zwiększył się i dziś archipelag postrzegany jest jako idealne miejsce na romantyczny wyjazd dla zakochanych, ślub, podróż poślubną czy świętowanie okrągłych rocznic dla osób w związku. Trudno się temu dziwić. Już w momencie opuszczania samolotu można poczuć, że trafiło się w tropiki. Słodkie, lepkie, gorące powietrze o niepowtarzalnym zapachu otula twarz i zapowiada dalsze przyjemności. Droga z lotniska prowadzi krętym wybrzeżem pokrytym białym piaskiem i granitowymi skałami. Gdy wreszcie dotrze się do jednego z miejscowych wspaniałych hoteli, trudno oprzeć się urokowi pięknych prywatnych plaż i znakomicie zagospodarowanych ogrodów. Niejednemu turyście wydaje się, że cudowniej być już nie może. Dlatego też wielu z nich decyduje się nie opuszczać swojego hotelowego raju, ale zupełnie niesłusznie. Zapewniam, że warto poznać bliżej całe Seszele.

 

Ze wszystkich wysp archipelagu właściwie tylko trzy są zamieszkałe przez lokalną ludność – Mahé, Praslin i La Digue. Na kilku pozostałych znajdują się luksusowe ośrodki wczasowe i przebywają tu tylko bardzo majętni turyści i obsługa hotelowa.

 

Dla większości osób odwiedzających Seszele pierwszym przystankiem jest Mahé. Ponieważ to największa i najbardziej rozwinięta wyspa z całego regionu, czeka na niej najwięcej atrakcji. Możemy wykupić lot helikopterem, popłynąć na połów, pojeździć po wybrzeżu konno, wynająć skutery wodne, wybrać się na rejs łodzią i zatrzymywać po drodze na najdzikszych plażach. Dla amatorów pieszych wycieczek nie zabraknie szlaków trekkingowych. W środku tropikalnego lasu poszalejemy na tyrolce. Podwodne królestwo wokół Mahé przypadnie do gustu nawet najbardziej wymagającym i doświadczonym nurkom. Chyba jedynym typowo turystycznym rejonem jest plaża Beau Vallon położona na północno-zachodnim brzegu wyspy. W jej okolicy znajdują się hotele, restauracje, promenada i uliczny bazar Labrin, na którym sprzedaje się typowo kreolskie jedzenie. Warto odwiedzić to miejsce w środę wieczorem, kiedy odbywa się festyn z kulinarnymi przysmakami. Seszelski rum Takamaka leje się wtedy strumieniami, a wokół rozbrzmiewa kreolska muzyka. Okoliczni mieszkańcy wylegają na ulice i można poczuć się wśród nich częścią tej lokalnej społeczności, która chętnie przyjmuje do swojego grona ludzi chcących poznać tutejszą kulturę.

 

Jeśli jednak wolimy zejść z utartych ścieżek i odkryć prawdziwe oblicze wyspy, proponuję wynająć samochód i objechać ją dookoła. Podczas takiej wycieczki trzeba zatrzymać się na plaży Anse Royale i po spacerze po ogrodzie przypraw spróbować dań seszelskiej kuchni. Na liście obowiązkowych przystanków nie powinno zabraknąć także Anse Takamaka. Ta jedna z najsłynniejszych plaż na Mahé ciągnie się przez 2 km. Warto zahaczyć też o plaże Anse Intendance i Port Launay.

 

Do stolicy Seszeli – Victorii – dobrze wybrać się rano, aby zdążyć na najświeższe przysmaki z tutejszego targu rybnego, kupić przyprawy, owoce i warzywa. Jeśli jednak ryby aż tak nas nie interesują albo wolimy rozpocząć dzień od plażowania, możemy spokojnie odwiedzić to miejsce później, gdyż otwarte jest do popołudnia i rzadko kiedy brakuje tu towaru.

 

Miłośnicy lokalnej sztuki znajdą w mieście mnóstwo straganów i galerii oferujących wyroby seszelskich artystów. W położonej na piętrze restauracji „Marie-Antoinette” spróbujemy miejscowej kuchni i zasymilujemy się z tutejszą społecznością.

 

Prawie w samym centrum Victorii, w dzielnicy Mont Fleuri leży piękny ogród botaniczny, w którym można zobaczyć, a nawet nakarmić słynne żółwie olbrzymie. Te osobliwe zwierzęta są jedną z większych atrakcji w tym zakątku świata.

 

W SESZELSKICH GŁĘBINACH

 

Podwodny świat Seszeli to przede wszystkim mieniące się tysiącami kolorów i tętniące życiem rafy koralowe, ale nie tylko one. Do najpopularniejszych punktów nurkowych w okolicy należą także cztery wraki (Ennerdale, Twin Barges, Dredger i Aldebaran), które koniecznie trzeba zobaczyć. W ich pobliżu zawsze, bez względu na sezon czy pogodę, można spotkać licznych mieszkańców oceanicznego królestwa. Pod wodą z pewnością natkniemy się na skorpeny, szkaradnice, skrzydlice, olbrzymich rozmiarów homary czy rozdymki tygrysie, a oglądaniu tych niezwykłych stworzeń będzie towarzyszył lekki dreszczyk emocji związany ze zwiedzaniem wnętrz zatopionych statków.

 

Sprzyjające warunki pogodowe i stabilna temperatura utrzymująca się przez cały rok sprawiają, że na nurkowanie na Seszelach warto wybrać się właściwie zawsze, jednak są miesiące, w których eksploracja głębin bywa znacznie przyjemniejsza. Polecam szczególnie okres od stycznia do kwietnia. Wówczas woda jest najcieplejsza, a widoczność – najlepsza. Życie w oceanie rozkwita i zachwyca swoją różnorodnością. Deszcze nie padają prawie w ogóle, w związku z czym między kolejnymi zanurzeniami można przyjemnie odpocząć na łódce i wspaniale się opalić.

 

211 STB 14 Vallee De Mai 4961x3311

Rezerwat Naturalny Doliny Mai porastają endemiczne lodoicje seszelskie

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

Nie oznacza to jednak wcale, że nie powinno się nurkować w pozostałe miesiące, wręcz przeciwnie, nawet trzeba! Zwłaszcza jeśli chcielibyśmy popływać w towarzystwie rekinów wielorybich. Przybywają one w rejon archipelagu w okolicy września i października wraz z południowo-wschodnim monsunem, aby żywić się planktonem. Woda w tym czasie jest trochę chłodniejsza – ma ok. 24–26°C, ale 45-minutowa kąpiel w takiej temperaturze w odpowiednim stroju miło orzeźwia, a podziwianie tej największej ryby na ziemi dostarcza niezapomnianych wrażeń.

 

Nie trzeba być jednak doświadczonym nurkiem, aby odkrywać piękno oceanicznego świata Seszeli. Osoby początkujące znajdą tu wiele fantastycznych miejsc na płytkich wodach, gdzie pośród wspaniałej morskiej fauny i flory będą mogły podszlifować swoje nurkowe umiejętności.

 

Tym, którzy wolą zostać na powierzchni, a ryby chętniej widzą na swoim talerzu, również spodoba się na archipelagu. W regionie, gdzie taniej jest mieć małą łódkę niż samochód, ludzie często trudnią się połowami, a wiedza lokalnych rybaków bywaimponująca. Chętnie dzielą się nią ze wszystkimi zainteresowanymi w trakcie powszechnie organizowanych wypraw na pełne morze, podczas których trafiają się takie zdobycze jak barakudy, żaglice, tuńczyki, pelamidy, marliny błękitne czy samogłowy.

 

Wróćmy jednak na chwilę na ląd, bo i tutaj na Mahé na miłośników przygód czeka niejedno. Jeśli ktoś lubi bliski kontakt z naturą i górskie wędrówki, to na pewno się nie rozczaruje. Co prawda tutejsze góry nie są wysokie, więc wspinaczka w ich rejonie ma charakter bardziej turystyczny niż wyczynowy, ale istnieje kilka szlaków, których pokonanie w tym tropikalnym klimacie wymaga nieco wysiłku. Nagrodę dla wytrwałych stanowią satysfakcja i niepowtarzalne widoki. Najwyższym szczytem na wyspie jest Morne Seychellois (905 m n.p.m.) i choć wydaje się niewysoki, wyprawa na niego bywa niełatwa. Trzeba się dobrze napocić, aby dotrzeć do wierzchołka, ale naprawdę warto! Przy odpowiedniej pogodzie można stąd podziwiać zapierający dech w piersiach rozległy widok na Ocean Indyjski upstrzony gdzieniegdzie kawałkami zielonego, często nietkniętego ludzką ręką lądu.

 

Mahé, mimo iż jest wspaniała i różnorodna, stanowi jednak tylko część tropikalnego archipelagu. Jeśli ograniczymy się więc jedynie do pobytu na niej, nie będziemy w stanie poznać całego regionu. Choć nie sposób odwiedzić wszystkich wysp, są miejsca, których przegapić nie wolno…

 

W CIENIU PALM

 

Zwiedzanie powinniśmy zacząć od Praslin, mimo iż La Digue leży w podobnej odległości od Mahé. Na wyspę najlepiej dostać się porannym samolotem – lot dwupłatowcem prawie w kokpicie pilota dostarcza niesamowitych wrażeń, a przepiękny widok wschodzącego słońca i budzącego się do życia świata zostaje na długo w pamięci.

 

Praslin zachwyca swoimi restauracjami, barami i chyba jeszcze piękniejszymi plażami i ośrodkami wypoczynkowymi, z których nie chce się wychodzić. Jeżeli planujemy spędzić na Seszelach więcej czasu i mamy kilka wolnych dni do zagospodarowania, wizyta tu z pewnością nas nie rozczaruje. Wyspa ta charakteryzuje się stabilniejszą od Mahé pogodą, niewielkim ruchem samochodowym i licznymi połaciami pełnych życia tropikalnych lasów.

 

Odwiedziny na tutejszej przepięknej plaży Anse Lazio będą wspaniałym wstępem do późniejszego poznawania cudów La Digue. Oprócz tego na Praslin zobaczyć trzeba na pewno Rezerwat Naturalny Doliny Mai (Vallée de Mai Nature Reserve) z ekosystemem stanowiącym pozostałość po pradawnych lasach palmowych, gdzie wykształciła się słynna endemiczna dla Seszeli palma kokosowa (lodoicja seszelska), lokalnie zwana coco de mer. W jej owocach o bardzo specyficznym kształcie kryje się największe nasienie świata roślinnego. Wyjątkowa lodoicja seszelska stała się symbolem tego wyspiarskiego kraju.

 

W tych niemalże niezmienionych od wieków lasach spotkać można wiele endemicznych gatunków ptaków i roślin. Podczas spaceru da się usłyszeć czarną papugę seszelską, koralczyka czerwonogłowego czy pustułkę seszelską. Niesamowite bogactwo fauny i flory, zachowane do dziś dzięki staraniom Seszelczyków, sprawia, że to miejsce przypomina świat sprzed rozwinięcia się cywilizacji człowieka, prehistoryczną krainę, w której rządzi tylko natura.

 

Jeśli z Praslin będziemy chcieli wybrać się na La Digue, zabierze nas na nią prom. Na 15 min. staniemy się małym poruszającym się punkcikiem na bezkresnym Oceanie Indyjskim. Gdy ze wszystkich stron otacza nas lazurowa woda, a na horyzoncie widać jedynie oddalającą się linię brzegową usianą palmami kokosowymi, trudno nie pomyśleć, jak mali jesteśmy w porównaniu z ogromem świata. I może niektórych myśl ta przeraża i skłania do rozważań prowadzących do kryzysu egzystencjalnego, ale ja w takim właśnie momencie czuję się wolna…

 

225 STB 7 Creole Buffet 4961x3311

Kuchnia seszelska charakteryzuje się niezmiernie bogatą mieszanką smaków

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

SMAK RAJU

 

La Digue to miejsce idealne. Na tej trzeciej co do wielkości zamieszkałej wyspie Seszeli główny środek transportu stanowi rower. Zaraz po wpłynięciu do portu przedsiębiorczy miejscowi próbują każdego z turystów wyposażyć w jednoślad. Nie należy, oczywiście, oczekiwać najnowocześniejszych modeli rowerów górsko-wyścigowych – większość z oferowanych pojazdów to raczej wysłużone i lekko zniszczone wehikuły, ale przecież nikt nie przyjeżdża się tu ścigać…

 

Na La Digue koniecznie trzeba odwiedzić dwie plaże: Anse Source d’Argent i L’Union Estate. Do obydwu prowadzą bardzo przyjemne, niewymagające specjalnej sprawności fizycznej trasy rowerowe. W Parku Union Estate możemy spotkać żółwie olbrzymie, zwiedzić plantacje wanilii, kokosów i ananasów. Po przemierzeniu tej okolicy w końcu dociera się do jednej z najczęściej fotografowanych plaż na świecie – Anse Source d’Argent. Biały, drobny piasek, nieskazitelnie czysta, turkusowa woda, kokosowe palmy i tak charakterystyczne dla Seszeli granitowe skały tworzą scenerię niczym z prawdziwego raju. Do tego wokół panuje niesamowita cisza nie zakłócana nawet szumem fal, bo ich tu prawie nie ma. Koniecznie należy zabrać ze sobą maskę do snorkelingu, chociaż nawet bez niej najprawdopodobniej będziemy mogli oglądać żółwie morskie podpływające do brzegu w towarzystwie najbardziej egzotycznych gatunków ryb na ziemi. Podczas spaceru wzdłuż plaży na południe podziwia się zapierające dech w piersiach widoki, które na zawsze pozostawiają w pamięci pewność, że byliśmy częścią czegoś wyjątkowego.

 

Choć dzięki otaczającemu nas pięknu na chwilę zapomnimy o głodzie, oprócz nasycenia ducha ważny jest też pokarm dla ciała. Usytuowana tuż przy plaży restauracja, której nie sposób ominąć w drodze powrotnej, serwuje przysmaki kuchni kreolskiej, opartej głównie na rybach i owocach morza.

 

Potrawy z Seszeli są świeże i naturalne. W tutejszej aromatycznej, dość pikantnej kuchni wykorzystuje się głównie produkty lokalne. Miłośnicy owoców morza będą zachwyceni – na początek powinni spróbować tradycyjnej sałatki z ośmiornicy, a po niej ryby po kreolsku. Rybołówstwo jest jednym z głównych zajęć na archipelagu, więc różnorakich świeżych ryb, wyławianych praktycznie co godzinę, nie brakuje nigdy, a miejscowi osiągnęli prawdziwe mistrzostwo w ich przygotowywaniu. Niemal do każdego posiłku podaje się sałatkę z mango i papai. Wyśmienicie komponuje się ona z dość pikantnymi przyprawami, w szczególności ze słynnym kreolskim sosem curry, z którym serwuje się praktycznie wszystko: kurczaka, ryby, wieprzowinę, a dla odważniejszych – lokalny przysmak, czyli nietoperza!

 

Na Seszelach warto też spróbować charakterystycznego dla wysp pacyficznych owocu chlebowca właściwego – rośnie na drzewie i wygląda jak owoc, ale ma konsystencję świeżego chleba i smakuje podobnie do pieczonych ziemniaków. Ci, którzy nie lubią kulinarnych eksperymentów, mogą zamówić po prostu hamburgera i frytki.

 

Najedzeni, opaleni i wypoczęci wyruszymy w drogę powrotną do portu, aby zdążyć przed zachodem słońca. Należy pamiętać, że Seszele leżą na równiku, więc dzień i noc mają porównywalną długość przez cały rok (mniej więcej 12 godz.). Słońce zachodzi ok. godz. 18.30. Zachód oglądany z pokładu statku płynącego przez ocean wygląda po prostu bajecznie…

 

324 IMG24 Anse Source dArgent 4288x2848

Zjawiskowa plaża Anse Source d’Argent na La Digue

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

OSOBLIWY CUD NATURY

 

Rozpieszczeni i może nawet chwilowo nasyceni ostatnimi wrażeniami nie dajmy się zwieść, że widzieliśmy już wszystko. Najdalej na północ w archipelagu leży niewielka koralowa wyspa o powierzchni ok. 1 km2, przez wielu uważana za najpiękniejszą na świecie. To prawdziwy raj dla ornitologów, miejsce, w którym w niezmąconym spokoju żółwie morskie (zielone i szylkretowe) składają jaja.

 

Od maja do października miliony ptaków przylatują na Bird Island zakładać gniazda. Przez cały rok wyspę zasiedla przynajmniej 20 ich gatunków. Nieustannie rozbrzmiewające ptasie odgłosy nie dają zapomnieć o tym, kto rządzi na tym skrawku lądu.

 

Na Bird Island znajduje się jeden ośrodek (z 24 bungalowami), zbudowany i prowadzony w jak największej zgodzie z naturą. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc wycieczkę na wyspę trzeba zaplanować odpowiednio wcześniej. Choć koszt pobytu może nie należy do najniższych, jest warty każdej złotówki, a większość pieniędzy zostawianych przez turystów przeznacza się na ochronę tego niezaprzeczalnego cudu przyrody.

 

Nie da się na paru stronach przedstawić całego bogactwa Seszeli, jak również nie sposób w kilka czy kilkanaście dni zwiedzić ich całych. Po każdej wyprawie na archipelag pozostaje niedosyt. Nawet po kilku latach spędzonych na wyspach wciąż będzie nam mało. Stawałam na najwyższych szczytach kontynentów, przemierzałam przerażające ciszą pustynie, skakałam z samolotów, nurkowałam w niedosięgłych głębinach oceanów – robiłam to wszystko, bo szukałam ekstremalnych doznań.

 

Seszele też są ekstremalne, w swoim pięknie, ciszy i osamotnieniu. Leżą pośrodku niczego. To miejsce tak cudowne, że niemal nierealne, odcięte od problemów, z którymi boryka się reszta świata. Tu królową jest natura, a największą wartością – czas spędzany na jej łonie w towarzystwie najbliższych, w cieniu kokosowych palm i przy szklaneczce Takamaki… Na Seszelach człowiek zaczyna rozumieć, że to właśnie ten poszukiwany przez wszystkich raj, beztroska kraina szczęścia.

 

Magia pełnej tajemnic Sardynii

JERZY MOSKAŁA

<< Choć Sardynia to druga co do wielkości wyspa Morza Śródziemnego, pozostaje dla turystów z Polski mniej znanym kierunkiem niż jej większa sąsiadka Sycylia, hiszpańskie Baleary, greckie archipelagi czy wreszcie Cypr i Malta. Wpłynęły na to m.in. jej opinia dość drogiego miejsca oraz koszty podróży na nią – samolotem albo promem. Dzięki temu jednak ten skalisty ląd leżący u wybrzeży Włoch otacza w oczach Polaków pewna aura tajemniczości, a dziś po uruchomieniu bezpośrednich połączeń obsługiwanych przez tanie linie lotnicze oraz przelotów czarterowych możemy wyruszyć na odkrywanie tego fascynującego zakątka Europy w każdej chwili. >>

Więcej…

Malezja – między sacrum a futurum

ANNA JANOWSKA

<< Jeśli Malezja kojarzyła Wam się do tej pory z leżeniem na plaży, snorkelingiem czy nurkowaniem wśród kolorowych raf i pływaniem z żółwiami, a nie ze scenami rodem z filmów science fiction, nie jesteście na bieżąco! Są tu budowane od fundamentów na potrzeby branży informatycznej cybermiasta kontrolowane przez maszyny, jak w „Pamięci absolutnej”. Jest rozświetlona neonami stolica, w której życie toczy się piętrowo jak w futurystycznym Nowy Jorku z „Piątego elementu”. W nieskażonych cywilizacją lasach rodem z „Avatara” nadal można jednak spotkać tajemnicze gatunki roślin i zwierząt nieznane naukowcom. >>

To niemal 30-milionowe państwo w Azji Południowo-Wschodniej leży nad wodami Morza Południowochińskiego na Półwyspie Malajskim i w północnej części wyspy Borneo. Niepodległość od Wielkiej Brytanii uzyskało w 1957 r. Dziś na czele tego kraju o ustroju monarchii konstytucyjnej stoi król (obecnie Tuanku Abdul Halim), który mianuje premiera. Na początku lat 90. XX w. ze względu na szybkie tempo wzrostu gospodarczego Malezję zaliczono do tzw. azjatyckich tygrysów.

Więcej…