MAGDALENA ŁADANAJ


Kostaryka jestpołożona między dwoma oceanami (Atlantyckim i Spokojnym), od północy graniczy z Nikaraguą, a od południa – z Panamą. W ciągu jednego dnia można więc podziwiać w niej magiczny wschód słońca nad Morzem Karaibskim i zniewalający zachód słońca na plaży nad Pacyfikiem. Niegdyś w tym regionie Ameryki Środkowej żyła głównie rdzenna ludność, dziś pozostało niewielu jej potomków. Starają się jednak pielęgnować swoje zwyczaje i tradycje, np. mieszkający na południu kraju Indianie Bribri nadal wytwarzają pyszną naturalną czekoladę.


Podobno właśnie sam Krzysztof Kolumb, kiedy dotarł tu we wrześniu 1502 r., nazwał ten rejon Nowego Świata la costa rica („bogate wybrzeże”). Wielki odkrywca poszukiwał cennych skarbów, a trafił na niesamowite bogactwo natury. Jego oczekiwania nie były jednak bezzasadne, ponieważ Indianie, którzy go powitali, nosili liczne złote ozdoby, lecz nie chcieli zdradzić, skąd pochodzi cenny kruszec. W Muzeum Prekolumbijskiego Złota (Museo del Oro Precolombino) w stołecznym San José przedstawione zostały stosowane przed wiekami metody wydobycia i przetwarzania tego metalu. Pełna soczystych kolorów Kostaryka charakteryzuje się niezwykłą różnorodnością flory i fauny. Jej terytorium, w granicach którego występują liczne wulkany, leży w strefie klimatu równikowego i podrównikowego. Choć kraj zajmuje niewielki obszar (51 100 km², czyli mniej więcej 16 proc. powierzchni Polski), wyróżnia się w nim ok. 150 mikroklimatów. Wiele faktów dotyczących Kostaryki bywa dość zaskakujących. Przykładowo aż ponad 25 proc. jej terytorium pokrywają parki narodowe lub inne tereny podlegające ochronie przyrody. Od 1 grudnia 1948 r. państwo to nie ma armii (pilnowaniem porządku i obroną granic zajmują się niewielkie oddziały paramilitarne), a zaoszczędzone dzięki temu środki przeznacza się na edukację i służbę zdrowia. Mało naszych rodaków wie, że w latach 1944–1948 urząd prezydenta tego kraju sprawował Teodoro Picado Michalski (1900–1960), syn PolkiJadwigi Michalskiej. Była ona tutaj prawdopodobnie pierwszą kobietą lekarzem i przyczyniła się do dynamicznego rozwoju systemu opieki zdrowotnej.


Kostaryka przyciąga swoim wielobarwnym krajobrazem, na którego atrakcyjność w znacznym stopniu wpływa wyjątkowe podejście jej mieszkańców do ochrony przyrody i ekologii. Wchodząc do rezerwatu czy parku narodowego, a nawet zwykłego lasu, często słyszałam od przewodników jedno z moich ulubionych powiedzeń – take as much time, as you need, czyli „poświęć tyle czasu, ile potrzebujesz”. Od marca 2015 r. w kraju tym wykorzystuje się energię pochodzącą niemal wyłącznie ze źródeł odnawialnych, głównie wytwarzaną w elektrowniach wodnych.


DOTRZEĆ DO RAJU

Bezpośrednie połączenia lotnicze z Warszawy do sąsiadującej z Kostaryką Panamy mają zostać uruchomione od listopada 2016 r. (czarter biura podróży Itaka). Bez przesiadek polecimy do San José z Londynu (liniami British Airways), Madrytu (Iberią), Monachium (Condorem – od połowy listopada br.) lub Paryża (Air France – od listopada 2016 r.). Zdarzają się również atrakcyjne cenowo loty przez USA, choć w tym przypadku potrzebna jest amerykańska wiza, a podróż trwa dłużej. Można także najpierw dotrzeć na lotnisko w sąsiedniej Panamie i stamtąd pojechać do Kostaryki, jak czyni wielu turystów z Europy.

               
W tym kraju wyróżnia się dwie pory roku – deszczową (nazywaną zimą) i suchą (tutejsze lato). Sezon turystyczny przypada na tę drugą, czyli na okres od końca listopada do końca kwietnia. Niezależnie od tego, jak długo będzie trwała nasza podróż samolotem (od 12 do nawet 35 godzin), na miejscu czeka nas wspaniała nagroda. Podczas mojej ostatniej wizyty w Kostaryce, zaraz po wylądowaniu w stołecznym San José wsiadłyśmy do autobusu jadącego do znajdującego się na karaibskim wybrzeżu Puerto Viejo (Puerto Viejo de Talamanca) i szybko zapomniałyśmy o trudach 35-godzinnej wyprawy. Droga wiła się pośród soczyście zielonych wzgórz regionu Monteverde, które otulała delikatna poranna mgła. Otaczały nas uśmiechnięte twarze turystów i ticos (jak mówią o sobie Kostarykanie) oraz zapierające dech w piersiach widoki. W mieście Limón zrobiliśmy krótki przystanek na sok ze świeżych mango i plátanos maduros, przekąskę z wyglądu i w smaku podobną do pieczonych bananów. Po 4 godzinach dotarłyśmy na miejsce, gdzie powitała nas ciepła karaibska bryza. Zobaczyłyśmy turkusową wodę połączoną z błękitem nieba i złotą plażę. Miałyśmy wielką ochotę zostawić nasze plecaki i rzucić się w fale, jednak nie był to jeszcze koniec naszej podróży.


W CUDOWNYM OGRODZIE

Jaskrawozielona chwytnica kolorowa

Caribe  Rana calzonuda
© COSTA RICAN TOURISM BOARD

Obiekt, w którym planowałyśmy spędzić pierwsze dni wyprawy, leżał kilka kilometrów od przystanku autobusowego. Musiałyśmy jakoś się do niego dostać. Znalazłyśmy nietypową taksówkę – po prostu ktoś zapytał kogoś, czy podwiezie nas w dane miejsce. Na nasz ośrodek składały się domki lub pokoje do wynajęcia, często o wystroju tematycznym, np. dla naszego inspiracją była joga, dla innych – natura, taniec czy też głębokie wyciszenie.


Samo podróżowanie taksówkami w Kostaryce to ciekawe doświadczenie i choć wciąż wprowadza się próby nadawania konkretnym lokalizacjom adresów (jak w większości Ameryki Środkowej, nie ma nazw ulic i numerów domów), ludzie nadal posługują się tu punktami orientacyjnymi, czyli określeniami typu „przy uniwersytecie”, „obok dużego drzewa”, „za komisariatem policji w Cartago”. Warto wiedzieć, co znajduje się w okolicy miejsca, do którego chcemy trafić, i w jakiej jest ono dzielnicy. Urządzenia GPS nie będą najlepszymi doradcami, nawet te zachwalane przez osoby wynajmujące nam auto. Pamiętajmy, że San José to aglomeracja miejska połączona m.in. z Heredią, Alajuelą i Cartago (Gran Área Metropolitana). Jak w wielu egzotycznych krajach, cenę przejazdu najlepiej uzgodnić przed rozpoczęciem podróży. Nauczona doświadczeniem zwykle targuję się z kierowcami, ale trzeba wyczuć, czy w ogóle warto to robić, bo zwykle ticos chcą po prostu pracować i uczciwie zarabiać.


Koło południa dotarłyśmy do recepcji naszego ośrodka, gdzie z radosnym uśmiechem przywitała nas przesympatyczna czarnoskóra Cecilia. Tajemniczo się uśmiechając, poinformowała, że ma dla nas niespodziankę, i muszę przyznać, iż okazała się ona naprawdę wspaniała. Nasz domek znajdował się na wysokości ok. 800 m n.p.m. na stromym wzgórzu porośniętym lasem tropikalnym, więc dostanie się do niego wymagało nieco wysiłku. Gdy szłyśmy ścieżką, ptaki śpiewały, kolibry uwijały się w hibiskusach i strelicjach królewskich (kwiatach popularnie zwanych rajskimi ptakami), barwne tukany ścigały się między palmami. Chatka była drewniana, a w oknach zamiast szyb miała jedynie siatkę chroniącą przed owadami. Weszłyśmy na taras, na którym poza hamakiem i kostarykańskim bujanym fotelem zachwycił nas rozpościerający się z niego spektakularny widok na dolinę ubarwioną przecudną kolorową roślinnością. Na jej końcu rozpościerała się plaża ze złotym piaskiem i turkusowe Morze Karaibskie. Cały ten obraz, a raczej film, podczas którego przylatywały różnobarwne motyle, wyjce skakały po drzewach, a tukany nie mogły się zdecydować, na której gałęzi przysiąść, rozświetlały promienie słońca. Stałyśmy oczarowane i gdyby nie silne uczucie głodu, nie ruszyłybyśmy się z tego tarasu jeszcze długo.


ZWIEDZANIE KRAJU

Podczas podróży do Puerto Viejo miałam dużo obaw. Nasłuchałam się, jak niebezpiecznie bywa w tej okolicy i w ogóle na karaibskim wybrzeżu. Na szczęście, różnego rodzaju okoliczności zaprowadziły mnie właśnie w to miejsce, bo spędziłam tu cudowny czas. To nie pierwszy raz, gdy słyszałam lub czytałam o zagrożeniach w danym rejonie, który w rzeczywistości okazał się całkiem bezpieczny. Oczywiście, zawsze trzeba być uważnym i nie kusić losu.


Podobne opinie docierały do mnie o regionie Cahuita, gdzie znajduje się sanktuarium porzuconych lub chorych leniwców (Sloth Sanctuary, www.slothsanctuary.com). Ci, którzy chcieliby choć chwilę dłużej uczestniczyć w życiu tych przesympatycznych zwierząt, mogą skorzystać z noclegu na terenie ośrodka (Buttercup Inn). Mimo iż na pobyt w Puerto Viejo przeznaczyłam w moim kalendarzu jedynie tydzień, a znajomi, z którymi przyleciałam, zdążyli już wyjechać, ja nadal nie potrafiłam rozstać się z tym miejscem i spędziłam w nim niemal trzy tygodnie.


W Kostaryce rytm życia wyznaczają wschody i zachody słońca. Podróże należy planować między godz. 5.00 a najpóźniej 18.00. Nie polecam przemieszczania się po zmroku, ponieważ bywa wtedy mniej bezpiecznie. Główne drogi w kraju są dobrej jakości, ale wystarczy z nich zjechać, aby przekonać się, że poza nimi świat wygląda zupełnie inaczej. Jeśli zdecydujemy się na wynajęcie samochodu, powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na zakres ubezpieczenia. Z reguły żadne z tych podstawowych nie obejmuje takich szkód jak przedziurawienie opony czy zbicie szyby, dlatego polecam te z jak najobszerniejszą listą nieprzewidzianych sytuacji i uszkodzeń. Podczas pierwszej wyprawy miałyśmy wypadek, po którym nasze auto nadawało się na złom, i gdybyśmy nie wykupiły najbardziej rozszerzonego pakietu ubezpieczeniowego, musiałybyśmy zapłacić ok. 25 tys. dolarów amerykańskich.


ROZKOSZ DLA ZMYSŁÓW

Nasze poranki zaczynały się z pierwszymi promieniami słońca, gdy rześki powiew wiatru poruszał firankami, a wyjce dyskutowały już ze sobą od ok. 5.00, zachęcając do wyjścia na taras i ułożenia się w hamaku. Chwilę potem napawałyśmy się wspaniałym widokiem, sącząc pyszną kostarykańską kawę, która uznawana jest za jedną z najlepszych na świecie. Nasze zmysły rozpieszczane były na wszelkie możliwe sposoby. Oczy chłonęły każdy detal. Oddychałyśmy głęboko, a zapach lasu tropikalnego mieszał się z wyrazistym aromatem gorącego napoju. Łagodny wiatr jak jedwabna chusta delikatnie głaskał nasze ciała. Czułyśmy, że nigdzie nie musimy pędzić i możemy cieszyć się tym wszystkim, co nas otacza, aż do momentu, gdy zachce nam się jeść. Na śniadanie podawano standardowo kostarykańskie gallo pinto (ryż z czerwoną fasolą i kolendrą), jajka na tysiąc sposobów, sałaty, świeże papaje, mango, ananasy i banany, a także pyszne naleśniki z bananami i cynamonem. Podniebienie nie posiadało się z radości i nie wiedziałyśmy, na czym się skupić: zapachach, smakach, widokach czy wszystkim naraz.


Ku mojemu zaskoczeniu w Puerto Viejo dosyć często słyszałam język polski, po raz pierwszy w Kostaryce. Być może dlatego, że do tej pory podróżowałam raczej wzdłuż wybrzeża Pacyfiku i po centralnej części kraju w okolicy jeziora i wulkanu Arenal. Miałam wrażenie, iż w te miejsca Polacy rzadko docierali.


Na ulicznych straganach kupowałyśmy rambutany, które nazwałyśmy kudłaczkami. Zebrane tego samego ranka smakują obłędnie, a gdy dodamy do tego sok z guanábany (flaszowca miękkociernistego) czeka nas wyjątkowa uczta. Wspomniana guanábana to zielony owoc wielkości sporego melona, z miękkimi kolcami i o białym wnętrzu. Jej smak trudno porównać z jakimkolwiek znanym nam z Europy. Badania wskazują, że guanábana jest bardzo zdrowa i ma silne działanie przeciwnowotworowe.


NA KARAIBSKIM BRZEGU

W końcu gotowe na nowe wyzwania wynajęłyśmy rowery i ruszyłyśmy w kierunku plaży. Wzdłuż wybrzeża ciągnie się droga o długości ok. 20 km. Na tym odcinku leżą różnorodne plaże, od czarnej wulkanicznej przez złotą do białej. Przejażdżka rowerem wymaga dobrej kondycji, ponieważ na tej trasie trzeba pokonywać liczne pagórki. Wreszcie w Punta Uva zrobiłyśmy przerwę i rozłożyłyśmy nasze plażowe ręczniki. To fantastyczne miejsce dla tych, którzy lubią ciszę, spokój i piękne widoki. Tutejsza plaża ma złoty kolor, a otaczają ją skały i palmy próbujące wydostać się spomiędzy nich na brzeg. Kostaryka kojarzy mi się przede wszystkim z błogim relaksem, magiczną naturą, niebieskimi motylami, gorącymi źródłami, energią wulkanów i łączeniem się z tym, co pierwotne. Z tego względu wracam tu przy każdej okazji, a później dzielę się z innymi tym, co przeżyłam.


Wypieszczone słońcem i karaibskimi falami ruszyłyśmy na lunch. Znalazłyśmy miejsce przy plaży w Manzanillo. Kelner powitał nas lokalnym wyrażeniem pura vida (po hiszpańsku „czyste życie”, „pełnia życia”). Kostarykanie używają go bardzo często, np. na powitanie, pożegnanie czy jako przerywnik w rozmowie telefonicznej. Oznacza ono pokój, prostotę, wyraża wdzięczność za naturę, rodzinę oraz przyjaciół, szczęście i satysfakcję. Daniem dnia w naszej knajpce była ryba w sosie karaibskim z sałatą. Uwielbiam smak tutejszych warzyw (sałaty, kapusty lub marchewki), ponieważ jest wyrazisty i przypomina mi smaki z dzieciństwa.


Manzanillo to najdalej na południe położona miejscowość na kostarykańskim wybrzeżu karaibskim. Dalej znajduje się już tylko bujny las deszczowy i granica z Panamą na rzece Sixaola (Río Sixaola). Kilka kilometrów dalej natkniemy się na ciekawe przejście graniczne – stary drewniany most kolejowy z wielkimi dziurami. Wybrałyśmy się do sąsiedniego kraju z ciekawości, głównie po to, żeby zwiedzić Bocas del Toro, archipelag z mnóstwem małych wysepek. Polecam zostać tutaj na noc, ponieważ pomijając różnicę czasu między Kostaryką a Panamą, która wynosi 1 godz., przemieszczanie się między godnymi zobaczenia miejscami zajmie nam sporo czasu, a Kostarykanie zamykają swoją granicę o godz. 17.00.


PO DRUGIEJ STRONIE

Wyjątkowo barwne podwodne królestwo w rejonie Wyspy Kokosowej

ESY-002629228 - Underwater sceneCocos Island
© COSTA RICAN TOURISM BOARD

Wybrzeże nad Pacyfikiem pod wieloma względami różni się od tego nad Morzem Karaibskim. Ma niemal pięć razy dłuższą linię brzegową (1016 km) i jest bardziej rozwinięte turystycznie, dlatego również bywa częściej odwiedzane. Oprócz tego moją uwagę zwróciła także widoczna różnica w kolorze skóry tutejszych mieszkańców. Kostarykanie żyjący na Karaibach są ciemniejsi niż ci nad Oceanem Spokojnym.


Półwysep Nicoya, który leży na północnym zachodzie Kostaryki, znacząco różni się od reszty kraju i może pochwalić się wieloma unikatowymi w skali światowej miejscami. Sądzę, że tutaj, jak nigdzie indziej, widoczna jest sezonowość pór roku. W czasie suchej można swobodnie poruszać się wyschniętymi korytami rzecznymi i korzystać z uroków wypraw off-roadowych, co zdecydowanie odradzam w porze deszczowej. Wystarczy jeden tropikalny deszcz i w niespotykanie szybkim tempie wysuszone rzeki potrafią przerodzić się w rwące potoki. Wpływ zjawiska pogodowego zwanego El Niño powoduje – niestety – coraz mocniejsze wysychanie tego regionu. Wskutek tych warunków Kostaryka od kilku lat boryka się z jednej strony ze zmniejszającymi się opadami, a z drugiej – z powodziami lub podtopieniami, ponieważ przesuszona ziemia wolniej wchłania wodę podczas ulew.

Plaża Manuel Antonio należy do najpiękniejszych w Ameryce ŚrodkowejMl Antonio 6

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

Nicoya to piękne plaże i zieleń, choć już nie tak soczysta jak na wschodnim wybrzeżu. Półwysep oferuje wiele atrakcji, w jego okolicy można uprawiać surfing, kitesurfing i właściwie wszelkie sporty wodne. Pomimo suchego jak na tę szerokość geograficzną klimatu jest tu sporo przepięknych wodospadów. Najbardziej znaną miejscowość stanowi Tamarindo, w pobliżu którego znajdują się urokliwe plaże, ukryte w zatokach i wśród wzgórz. Gdy znudzi się nam wylegiwanie na delikatnym piasku, warto wybrać się na rejs katamaranem. Polecam również zajrzeć do Montezumy. To klimatyczne hippisowskie miasteczko, położone niedaleko Absolutnego Rezerwatu Narodowego Cabo Blanco (Reserva Nacional Absoluta Cabo Blanco). W jego sąsiedztwie leży malutka wysepka z cmentarzem pośrodku (Isla de Cabuya). Dotrzemy na nią głównie w czasie odpływu i proponuję nie negocjować z oceanem, ponieważ woda zawsze zalewa drogę powrotną o tej samej porze, o czym niechcący udało mi się przekonać.


W okolicy znajduje się też miejscowość Santa Teresa, malownicza mekka surferów, gdzie spotkać można brazylijską modelkę Gisele Bündchen czy światowe gwiazdy kina lub muzyki. Polecam zwiedzanie tego regionu wynajętym samochodem terenowym. Takie auto pozwoli nam zjechać z asfaltowych dróg i odwiedzić mniej turystyczne miejsca. Należy mieć jedynie na uwadze, że po trudniejszym terenie będziemy się poruszali dużo wolniej i jeśli przejedziemy 70 km w 5 godzin, osiągniemy dobry wynik. Podczas podróżowania w ten sposób warto zaufać intuicji i znajomości lokalnych zwyczajów oraz obserwować, co dzieje się dookoła nas. Półwysep Nicoya to także otaczające go wyspy, w tym prawdziwa perła – Wyspa Kokosowa (Isla del Coco), która stanowiła prawdopodobnie inspirację dla amerykańskiego pisarza Michaela Crichtona (1942–2008) do napisania powieści Park Jurajski. Ta zielona oaza, oddalona od kostarykańskiego wybrzeża o ponad 530 km, jest w całości objęta ochroną parku narodowego (Parque Nacional Isla del Coco), wpisanego w 1997 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Przybrzeżne wody są prawdziwym rajem dla nurków, którzy często odwiedzają to miejsce ze względu na występujące tu rekiny młoty.


WSPANIAŁE PARKI

Na południe od półwyspu Nicoya znajduje się najmniejszy (jedynie 19,83 km² powierzchni), a zarazem uznawany za najpiękniejszy w Kostaryce – Park Narodowy Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio). Aby zaoszczędzić drogi, najlepiej skorzystać z promu do Puntarenas, portowego miasta położonego na wąskim cyplu przypominającym Mierzeję Helską. Potem po drodze na południe przekracza się rzekę Tárcoles (Río Grande de Tárcoles), w której pod mostem stale wygrzewa się kilkadziesiąt ogromnych krokodyli amerykańskich. Wyglądają niepozornie, jak drewniane kłody, ale wystarczy rzucić kawałek mięsa, żeby zobaczyć, jakie są szybkie.


Park Narodowy Manuel Antonio leży nad Pacyfikiem, blisko portowego miasta Quepos (7 km na południe od niego). Stąd ruszają jachty i katamarany, z których można obserwować delfiny i wieloryby oraz jedne z największych morskich ptaków, czyli fregaty wielkie. Nasz hotel znajdował się przy samej plaży nad oceanem, bardzo blisko parku. Oprócz nas w pokoju mieszkały gekony, które potrafią przestraszyć gości przy pierwszym spotkaniu, ale odgrywają niezmiernie pożyteczną rolę, ponieważ zjadają komary i inne owady. Na wycieczkę po terenie parkowym warto zabrać ze sobą kostium kąpielowy, aby skorzystać z okazji do kąpieli w zatoczce oceanicznej.


Jeszcze dalej na południe położone są kolejne parki narodowe, w tym m.in. Corcovado (Parque Nacional Corcovado), największy w Kostaryce (424 km² powierzchni). Po przystanku w Parque Nacional Manuel Antonio trochę czasu spędziłyśmy w Zatoce Drake’a (Bahía Drake), gdyż nie mogłyśmy oprzeć się pokusie leniwego wypoczywania w hamakach rozwieszonych między wysmukłymi palmami ciągnącymi się w nieskończoność. Tu również czekają na nas malownicze wodospady, możliwość nurkowania w pobliżu wyspy Caño (Isla del Caño) oraz wycieczki organizowane w celu obserwowania wielorybów, które od sierpnia do listopada przypływają w te strony, żeby się rozmnażać – szansa na spotkanie ich wtedy jest niemal pewna. W całej Kostaryce wybierzemy się bez problemu na konną przejażdżkę, ale chyba tylko galop po plaży daje poczucie prawdziwej wolności i pozwala uświadomić sobie, jak wygląda piękno.


INNE SKARBY

Wodospad na turkusowej rzece Celeste w Parku Narodowym Wulkanu Tenorio

MP RioCeleste 001
© MARTA PISKOREK/WWW.HAPPYMARTI.COM

Centralna część kraju także oferuje mnóstwo wspaniałych atrakcji. Należy do nich m.in. Arenal – największe kostarykańskie jezioro (85 km² powierzchni). W jego okolicach możemy odwiedzić gorące źródła, wiszące mosty bądź parki linowe z bardzo długimi tyrolkami, z których spojrzymy na świat z lotu ptaka. Ukryte wśród zieleni wodospady, w tym błękitny na rzece Celeste (Río Celeste), są nagrodą za trud wędrówki w ich poszukiwaniu. Kostaryka to – oczywiście – też wulkany, takie jak potężny Arenal (1670 m n.p.m.) z gorącymi źródłami, otulony plantacjami kawy Poás (2708 m n.p.m.) czy Irazú (3432 m n.p.m.), z którego w pogodny dzień zobaczymy dwa oceany. Rzeki oplatają obszar kraju jak układ krwionośny, dzięki czemu obejrzymy go również z perspektywy wody. Ja polecam rafting na rzece Pacuare (Río Pacuare), ale rejonów idealnych na tego typu wyprawę znajdziemy tutaj mnóstwo i każdy z nich ukaże nam inną twarz kostarykańskiego raju.


Kostaryka to bez wątpienia wyjątkowe miejsce na ziemi, którego obraz tworzą energia natury, majestatyczne wulkany, spektakularne wodospady, niezmiernie różnorodna flora i fauna oraz bogata kultura, troska o ekologię i uśmiechnięci ticos potrafiący emocjonalnie przeżywać kontakt z przyrodą. Kto stąd wraca, często staje się innym człowiekiem. Umie zatrzymać się w pędzącym świecie i zaczyna żyć pełniej, tak jak to robią Kostarykanie – pura vida!

Artykuły wybrane losowo

Na krańcu świata w Chile

DOROTA STAŃCZYK

<< Republika Chile jest jednym z nielicznych krajów, które mogą poszczycić się wielką różnorodnością krajobrazów i stref klimatycznych. Na północy występuje najsuchsza pustynia świata – Atakama, a na południu – potężne lodowce. Pomiędzy tymi dwoma skrajnościami znajdziemy wszystko: od skąpanych w słońcu plaż, poprzez bujne winnice, wiecznie zielone lasy ze szmaragdowymi jeziorami, aż do niekończących się patagońskich stepów. Dopełnieniem tego wszystkiego są szczyty Andów i dymiące wulkany. To właśnie w Chile cuda natury i ciekawa historia składają się na wspaniałe atrakcje turystyczne. >>

Więcej…

Bali – perła Indonezji

Balijki w bogato zdobionych kostiumach w trakcie tańca legong

Photo Balinese - Kopia

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MARTINA ZAWADZKA

http://lovelajf.pl/

 

Bali od stuleci przyciąga turystów i podróżników z całego świata. Odwiedzają oni wyspę ze względu na jej wielowiekową kulturę, zapierające dech w piersiach krajobrazy i egzotyczną przyrodę. Pragną osobiście przekonać się, czy wszystko, co słyszeli na jej temat, jest prawdą. Po kilku dniach od przybycia na miejsce wiedzą już, że na Bali czeka ich dużo więcej. W tym niezwykłym zakątku ziemi mieszkają przecież przyjaźni, uśmiechnięci ludzie i od samego początku daje się wyczuć panującą w nim specyficzną atmosferę duchowości. Większość obcokrajowców w chwili wylotu zdaje sobie sprawę, iż nie była tu po raz ostatni i na pewno wróci odkrywać kolejne sekrety tego fascynującego lądu.

 

Tworzące piękne tarasy pola ryżowe nawadniane systemem przelewowym

rice flields Bali Mkhail Tsyganov

 

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE/MKHAIL TSYGANOV

 

Indonezja leży na 17 508 wyspach, z których w przybliżeniu jedna trzecia – ok. 6 tys. – pozostaje stale zamieszkana. Zdecydowanie najpopularniejsza jest Bali, wchodząca w skład archipelagu Małych Wysp Sundajskich, położonego na granicy Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Znajduje się ona między znacznie większą od siebie Jawą (dzieli je cieśnina Bali) a nieco mniejszą Lombok (odseparowane są cieśniną Lombok). Stolicę prowincji stanowi 850-tysięczne miasto Denpasar, w linii prostej oddalone od Warszawy o ok. 11 tys. km. Bali ma powierzchnię zaledwie 5780 km2 (razem z sąsiednimi wysepkami Nusa Penida, Nusa Lembongan czy Nusa Ceningan), czyli trochę mniej niż połowa województwa świętokrzyskiego, jednego z najmniejszych w naszym kraju. Maksymalna długość wyspy z północy na południe wynosi mniej więcej 112 km, a szerokość – jakieś 153 km.

 

Aby dostać się z Polski do tej części Indonezji, trzeba przekroczyć linię równika. Ze względu na położenie geograficzne przez cały rok panuje tutaj stabilny klimat. Przewodniki turystyczne ostrzegają przed występującą w tym regionie porą deszczową, która trwa zwykle od października do kwietnia. Jednak z doświadczenia wiem, że sytuacja nie wygląda wówczas tak źle. Deszcz i burze pojawiają się głównie wieczorem bądź w nocy, rzadko w ciągu dnia, ale nawet jeśli pada, wciąż jest ciepło. Średnia roczna temperatura powietrza na wybrzeżu wynosi 28°C, w głębi lądu osiąga wartość 26°C, a wyżej w górach – 23°C. Dlatego można wybrać się tu praktycznie zawsze.

 

INNY ŚWIAT

 

Ta perła Indonezji wyróżnia się na tle reszty kraju. W przeciwieństwie do innych wysp, na których żyją głównie wyznawcy islamu, dominującą religię w tym rejonie stanowi hinduizm w odmianie balijskiej. Nie znaczy to jednak, że nie spotkamy w nim muzułmanów (ponad 13 proc. tutejszej ludności) czy chrześcijan (niemal 2 proc. Balijczyków). Miejscowi traktują się nawzajem z szacunkiem. Dużą przyjemność sprawia obserwowanie, jak bardzo tolerancyjne społeczeństwo tworzą. Podczas mojej podróży dookoła świata miałam szansę przez kilka tygodni mieszkać u tradycyjnej rodziny z Bali. Ketut i jego żona Puspa wyznawali właśnie hinduizm balijski. To najpopularniejsza odmiana tej religii na wyspie. Łączy w sobie również elementy buddyzmu i animistycznych wierzeń lokalnych.

 

Balijczycy uważają, że każdego z nich od urodzenia obciążają trzy długi (Tri Rna), które muszą spłacić w trakcie swojego życia. Pierwszym z nich jest Dewa Rna (dług życia). Należy za niego wynagrodzić bogu Sang Hyang Widhi Wasa, który stworzył człowieka. Drugi dług to Pitra Rna (dług miłości i oddania). Za niego trzeba uczynić zadość swoim przodkom. Trzeci – Rsi Rna (oznaczający nabytą mądrość) – spłaca się kapłanom. Większość obrzędów i ceremonii religijnych na Bali dotyczy realizacji tych zobowiązań. Balijczycy liczą, iż bogowie i zmarli krewni uznają ich starania po śmierci.

 

Poza tym dla mieszkańców wyspy bardzo ważna jest karma. Wierzą, że wszystko, co człowiek daje innym, zarówno dobro, jak i zło, wraca do niego z podwojoną siłą, czyli czyny mają wpływ na nasze życie. Jeśli więc siejemy nienawiść, możemy być pewni, iż prędzej czy później takie działanie wyda plony i to, na co pracowaliśmy, zostanie zniszczone.

 

Oprócz tego Balijczycy wierzą w dobre i złe bóstwa. Znajduje się tu kilkadziesiąt tysięcy różnych miejsc kultu. Mimo iż ta liczba wydaje się ogromna jak na tak niewielką wyspę, mieszkańcy praktykują swoją religię nie tylko w ich pobliżu. Sfera sacrum obejmuje znacznie więcej, co dostrzega się na każdym kroku.

 

W BALIJSKIM DOMU

 

Przygotowywanie ofiarnych koszyków

offiar

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Podczas gościny u balijskiej rodziny miałam możliwość przyjrzeć się z bliska niektórym obrzędom oraz oddawaniu czci siłom przyrody i bogom. Niezmiernie dużą rolę odgrywają tutaj także kult przodków i wiara w demony. Puspa (podobnie jak większość kobiet na Bali) codziennie przygotowywała ofiarę złożoną z pięknych kwiatów, ryżu, świeżych owoców i pachnących kadzideł umieszczonych w małym koszyczku z liści palmowych. Jest to bardzo ważny rytuał. Czasem dorzuca się też drobne monety i papierosy. Cudownie przyozdobione kolorowe dary składane są w różnych intencjach zarówno dobrym, jak i złym bóstwom. Ofiarne koszyczki można zobaczyć prawie na każdym ulicznym rogu, chodnikach, przy domach i sklepach, a nawet na plażach.

 

Pewnego dnia Puspa i Ketut obudzili mnie z samego rana i poprosili, żebym wyprowadziła swój skuter, ponieważ chcieliby poświęcić pojazdy. Aby to zrobić, najpierw należało przyozdobić je kwiatami i ofiarami. Podeszli do tego niesamowicie poważnie. Powiedzieli, że po poświęceniu nie będą musieli się o mnie martwić, gdy wybiorę się gdzieś samodzielnie skuterem, bo nie zagrozi mi już żadne niebezpieczeństwo. Obrzęd wraz z przygotowaniami trwał mniej więcej godzinę. Na początek wspólnie pokroiliśmy owoce, przycięliśmy kwiaty i wykonaliśmy koszyczki z liści palmy, a następnie udekorowaliśmy nimi zaparkowane na podjeździe pojazdy. Po kilku minutach ich samochód i mój skuter przypominały przystrojone na święta Bożego Narodzenia choinki. Wtedy przyszedł czas na modlitwę. Poprowadziła ją najstarsza osoba z obecnych, czyli ojciec Puspy. Wszyscy, włącznie ze mną, byliśmy ubrani w tradycyjne koronkowe koszule i długie spódnice, a biodra przepasaliśmy sarongiem (chustą zasłaniającą nogi), który miał nas chronić przed demonami wychodzącymi z wnętrza ziemi. Ceremonia odbywała się na werandzie domu moich gospodarzy. Przed nią stały zaparkowane pojazdy, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł. Siedzieliśmy ze skrzyżowanymi nogami i rękoma złożonymi na wysokości klatki piersiowej. Ojciec Puspy powtarzał słowa modlitwy, którą co jakiś czas przerywał, aby zadzwonić małym dzwonkiem, gdy my oddawaliśmy pokłon.

 

MUZYKA I TANIEC

 

Mimo iż Bali jest niewielką wyspą, może poszczycić się niezmiernie barwną kulturą. To nieprawda, że tutejsze budowle i wytwory artystyczne mają tylko przyciągać turystów. Przejawy sztuki dostrzeżemy praktycznie wszędzie, a jej cel stanowi zadowolenie bogów. Już po opuszczeniu samolotu na lotnisku w Denpasar orientujemy się, iż znaleźliśmy się w zupełnie innej, magicznej części świata. Atmosferę duchowości wyczujemy również w domach, świątyniach, budynkach rządowych, biurach i hotelach.

 

Gdy po raz pierwszy usłyszałam balijską muzykę, byłam zachwycona! Jednak po kilku dniach słuchania jej w kółko, zaczęłam mieć wrażenie, że towarzyszy mi ciągle ten sam utwór… Na wyspie rozwinął się wyjątkowy styl muzyczny i taneczny, rozpoznawany na całym świecie, a zwany gamelanem. Utwory gra się na tradycyjnych metalofonach, gongach, ksylofonach i bębnach. Zespołów tego typu można posłuchać na Bali przy każdej okazji – podczas pokazów artystycznych, występów tancerzy czy rozmaitych uroczystości, np. weselnych.

 

Według statystyk na tej niewielkiej wyspie funkcjonują setki grup tanecznych wykonujących więcej niż 200 rodzajów tańca tradycyjnego. Oryginalny układ choreograficzny wykorzystuje głównie mowę ciała, mimikę i ruchy palców, nadgarstka, stóp, szyi, a nawet ust i oczu. Jeden z najstarszych gatunków (jego dzieje sięgają XV stulecia) nosi nazwę gambuh, charakteryzuje się wolnym rytmem i swoistym mistycyzmem. Bez wątpienia taniec u Balijczyków należy do sfery sacrum.

 

Ze względu na bardzo duże zainteresowanie tym elementem kultury wśród turystów, pokazy odbywają się niemal wszędzie. Tancerzy coraz częściej można podziwiać w restauracjach, hotelach, a nawet centrach handlowych. Żeby zapobiec profanacji w przypadku religijnych odmian tańca balijskiego, w 1992 r. lokalne władze podjęły decyzję o całkowitym zakazie prezentowania niektórych gatunków w nieodpowiednich dla ich charakteru miejscach.

 

KRAINA SPOKOJU I PIĘKNA

 

Jak większość mieszkańców Azji Balijczycy są ludźmi raczej niskimi, lecz o wielkich sercach i szczerym uśmiechu. W odróżnieniu od Europejczyków żyją zdecydowanie wolniej. Z przyjemnością można przyglądać się, jak celebrują czas spędzany z rodziną i jak ogromnym szacunkiem obdarzają osoby starsze. Zdają sobie sprawę z tego, że wszystko, co mają, zawdzięczają swoim przodkom i tego uczą swoje dzieci. I nie oznacza to wcale majątku, a dar życia. Balijczycy skupiają się na codziennych zajęciach, nie rozmyślają o przyszłości i nie snują długoterminowych planów. Oprócz pracy rytm kolejnych dni wyznaczają im religijne obrzędy i święta. Żyją w zgodzie z tradycją.

 

Podróż na Bali dostarcza mnóstwa wrażeń.Na wyspie działa bardzo dużo ośrodków oferujących zajęcia z jogi i sesje poświęcone nauce medytacji. Najwięcej znajduje się ich w ponad 30-tysięcznym mieście Ubud. Stanowi ono tutejsze centrum kulturalne, a także jest ważnym duchowym ośrodkiem regionu. Powinna do niego zawitać każda osoba szukająca odpowiedniego miejsca, aby móc skupić myśli i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Bali to idealny zakątek na skoncentrowanie się na przywróceniu równowagi w swoim życiu.

 

Miłośnicy sportów wodnych też bez wątpienia nie będą się tu nudzić. W pobliżu plaż (np. w sąsiedztwie miasta Kuta) miejscowi oferują wypożyczenie nart wodnych, sprzętu surfingowego, windsurfingowego i łodzi do żeglowania. Balijskie wybrzeże cieszy się wielką popularnością wśród surferów, zarówno tych początkujących, jak i zaawansowanych. Co więcej, wiele osób uważa je za najpiękniejszą okolicę do nurkowania na świecie. Tutejsze rafy koralowe bywają określane mianem cudu natury. Ich niesamowicie bogatą faunę i niespotykane kształty można podziwiać m.in. w południowym rejonie Bali – Nusa Dua, koło wysepki Nusa Penida i plaży Sanur, niedaleko miejscowości Padang Bai (Padangbai) i Candi Dasa (Candidasa), rybackiej wioski Tulamben i zatoki Cemeluk (Jemeluk) oraz wysepki Menjangan i osady Pemuteran.

 

ATRAKCJE WYSPY

 

We wspomnianym mieście Ubud leży Ubud Monkey Forest. To park z hinduistycznymi świątyniami położony w wiosce Padangtegal i zamieszkany przez liczne makaki krabożerne. Przed jego odwiedzeniem warto zaopatrzyć się w banany. Dzięki takiej przynęcie małpy będą bardzo chętnie do nas podchodziły.

 

Miejscem godnym polecenia w pobliżu Ubud jest Satria Coffee Plantation (Satria Agrowisata).Podczas spaceru można tu obejrzeć nie tylko plantację wiecznie zielonych krzewów kawowca, ale również uprawy egotycznych owoców i przypraw. Za jedną z najlepszych i najdroższych kaw na świecie uchodzi kopi luwak. Powstaje ona w specyficzny sposób. Jagody kawowca stanowią pożywienie łaskuna muzanga (nazywanego cywetą, a lokalnie luwakiem). Ten drapieżny ssak z rodziny łaszowatych nie trawi jednak nasion, a jedynie miąższ. Wydalone ziarna, które zostały poddane działaniu enzymów w przewodzie pokarmowym, wybiera się z odchodów zwierzęcia, następnie suszy i pali. W Satria Coffee Plantation przyjrzymy się temu procesowi na własne oczy, a także spróbujemy tej pysznej kawy i innych indonezyjskich przysmaków.

 

Indonezja jest też trzecim największym producentem ryżu na świecie (po Chinach i Indiach). Ze względu na uprawianie różnych jego gatunków zbiory odbywają się co kilka miesięcy, a więc Balijczycy sadzą i zbierają plony przez okrągły rok.W centrum Bali nieodłączną częścią krajobrazu są zielone pola ryżowe. Pokrywają one wzgórza i tworzą piękne wielopoziomowe tarasy.

 

Egzotycznym i jednocześnie mistycznym przeżyciem będzie dla Europejczyków wizyta w Pura Tirta Empul, zwanej również Świątynią Świętej Wody. Pielgrzymi z całej wyspy przybywają do niej w celu oczyszczenia bądź uleczenia ciała i duszy. W odświętnych strojach zanurzają się w kamiennym basenie z fontannami. Po kolei podchodzą do każdej z nich i odmawiają modlitwy, po czym opłukują twarz i ciało tryskającą z otworu wodą. Ceremoniom towarzyszy zapach kadzideł unoszący się w powietrzu.

 

Do najstarszych świątyń na Bali należy XI-wieczna Pura Uluwatu (Pura Luhur Uluwatu). Wznosi się ona na 97-metrowym klifie, znajdującym się na południowym krańcu wyspy. Oprócz podziwiania samej budowli (niestety, turyści nie mogą wejść do środka) atrakcję w tej okolicy stanowi także spacer po przepięknym urwistym wybrzeżu.

 

Pierwszą świątynią, do której zabrali mnie Puspa i Ketut, była Pura Tanah Lot z XVI stulecia. Właśnie od niej polecono mi zacząć odkrywanie Bali i uważam, że to właściwy wybór. Miejsce kultu umieszczono tu na wspaniałej formacji skalnej, której osobliwy kształt wyrzeźbiły fale oceanu. Nazwa Tanah Lot oznacza po balijsku „Ziemię w morzu”. Jeżeli zdecydujemy się na odwiedziny w trakcie przypływu, to zobaczymy właśnie, jak całkowicie oddzielone od lądu skały oblewa z każdej strony woda. W pobliżu znajduje się poza tym słynna jaskinia węży morskich, które podobno chronią świątynię przed intruzami i złymi duchami. Warto też pamiętać, że w przypadku większości obiektów sakralnych przed wizytą na ich terenie trzeba zadbać o odpowiedni ubiór. Należy założyć ubranie zakrywające nogi albo osłonić je sarongiem, który można kupić przed wejściem.

 

W odległości niemal 2 km od świątyni Ulun Danu Bratan (Pura Ulun Danu Bratan) odkryłam miejsce, które skradło moje serce. Prawdopodobnie nie wspomina o nim żaden przewodnik, ale podczas pobytu w urokliwym rejonie miejscowości Bedugul bardzo polecam się tutaj wybrać. Mam na myśli majestatyczną bramę będącą kiedyś wejściem do pobliskiego miasta. Ciężko oddać słowami niecodzienny widok, jaki tworzy ona wraz z wznoszącymi się w tle malowniczymi zielonymi górami. W okolicy stoją wiejskie domy i leżą pola uprawne, a w środku tego sielskiego krajobrazu wyrasta samotny portal przypominający przejście do innego świata.

 

Istnieje mnóstwo powodów, aby odwiedzić Bali. Jednym z nich są bez wątpienia cudowne rajskie plaże. Najpiękniejsze i najbardziej zapadające w pamięć to według mnie Suluban, Padang Padang i Balangan.

 

OSOBLIWY SYSTEM

 

Pura Ulun Danu Bratan w górach nad jeziorem Bratan niedaleko Bedugul

15-photos-that-will-make-you-want-to-travel-to-indonesia

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE

 

W trakcie mojego pobytu gospodarze domu kilkakrotnie próbowali mi wyjaśnić, dlaczego większość koleżanek i kolegów Ketuta nosi takie samo imię i skąd pochodzi jego własne. Muszę przyznać, że miałam duży problem ze zrozumieniem zależności w tutejszym systemie nazywania dzieci stosowanym przez Balijczyków żyjących zgodnie z tradycją. Zasady dotyczą głównie potomków mężczyzn pochodzących z najliczniejszych rodzin i najniższej kasty bądź mężczyzn z wyższej kasty, którzy poślubili kobiety z kasty najniższej. Oprócz przynależności kastowej o imieniu decyduje również kolejność urodzin. Pierwsze dziecko powinno nazywać się Wayan (co pochodzi od słowa wayahan oznaczającego „starszy”), Gede (Duży) lub Putu, czyli Wnuk. Płeć dziecka nie zawsze ma znaczenie. Imię Putu częściej nadaje się dziewczynkom, Wayan i Gede natomiast – chłopcom. Nie jest to jednak regułą. W innych przypadkach te same imiona mogą nosić zarówno synowie, jak i córki. W celu rozróżnienia płci Balijczycy stosują odpowiednie przedrostki. Gdy mówi się o chłopcach, należy użyć „i”, np. I Putu, kiedy wspomina się o dziewczynce, wstawia się „ni”, jak w Ni Putu.

 

Drugi w kolejności potomek to Made (imię zostało prawdopodobnie utworzone od słowa madya, czyli „środek”, „średni”), Nengah (tengah oznacza „w środku”) albo Kade czy Kadek (wyraz adik określa „młodszego brata”). Na trzecie dziecko zazwyczaj woła się Nyoman bądź Komang (co wywodzi się według pewnych hipotez od anom – „młody”, „mały” lub uman – „koniec”, „odpoczynek”). Ostatniego, najmłodszego malca nazywa się Ketut (przypuszczalnie od kitut, czyli „ogon”). Widać więc, że w pewnym uproszczeniu imię danej osoby zależy od kasty, kolejności urodzin, a czasem także od rejonu, z którego pochodzi rodzina. Trzeba przyznać, iż ten system nie jest łatwy i można się w nim pogubić.

 

POZA CZASEM

 

Życie na Bali upływa w swoim tempie i to nie tylko dlatego, że niemal zawsze świeci tu słońce, a w okolicy są same piaszczyste plaże, ciepły ocean i wysokie palmy kokosowe. Gdy mieszkałam u Puspy i Ketuta, codziennie rano obserwowałam, jak przeglądali gazetę i sprawdzali, kiedy będzie pełnia księżyca i jakie święta przypadają w najbliższym czasie według ich rachuby. Balijczycy mają swój własny tradycyjny kalendarz, na który składają się dwa systemy: 210-dniowy Pawukon (6 miesięcy po 35 dni) i księżycowy Saka (12-miesięczny). W każdym roku współistnieje ze sobą 10 osobnych cykli. Na podstawie ich wzajemnych zależności określa się m.in. daty ceremonii religijnych odprawianych w świątyniach.

 

Czas zatrzymuje się na wyspie w Nowy Rok, zwany Nyepi (wypada w marcu, niekiedy w kwietniu – w 2017 r. w dniu 28 marca). Ulice pustoszeją, sklepy, banki, a nawet urzędy są zamknięte. Lotnisko w Denpasar nie funkcjonuje i nie sposób dostać się tutaj w jakikolwiek sposób. Nie wolno jeździć samochodami i nikt nawet nie myśli o tym, aby wsiąść na skuter. Co więcej, w tym dniu Balijczycy rezygnują również z używania elektryczności, rozpalania ognia i wszelkich aktywności. Okna w domach pozostają zasłonięte, nikt nie wychodzi na zewnątrz. Mieszkańcy Bali wierzą, że w tym czasie nad wyspą przelatują demony, dlatego starają się je przekonać, iż cała okolica jest wyludniona, aby nie dać im powodu do zatrzymania się.

              

Ten tzw. Dzień Ciszy przeznacza się na medytację, rozmyślanie i pogrążenie się w zadumie. Stanowi on okazję do oczyszczenia umysłu, osiągnięcia wewnętrznej równowagi i zebrania myśli. Pozwala oderwać się od rzeczywistości, odseparować od świata zewnętrznego po to, aby odnaleźć spokój w sobie. Bali jest zresztą przez cały rok znakomitym miejscem na odkrywanie samego siebie. Panująca na wyspie atmosfera sprzyja błogiemu relaksowi i skupieniu się na swoim wnętrzu. Warto zatrzymać się choć na chwilę w codziennym pędzie, żeby odwiedzić ten wyjątkowy zakątek Indonezji.

UGANDA – nie tylko w poszukiwaniu goryli

ŁUKASZ WALL

 

Po wylądowaniu w godzinach wieczornych na międzynarodowym lotnisku Entebbe sprawnie załatwiamy formalności wizowe. Gdy opuszczamy budynek terminalu, zewsząd ogarniają nas ciemności. Nad głowami mamy piękne, rozgwieżdżone niebo, a dookoła rozlegają się dźwięki cykad. Tak rozpoczyna się nasza wielka przygoda w Ugandzie, do której trafiliśmy na spotkanie z wielkimi i niezmiernie rzadkimi gorylami górskimi…

Na pierwszy rzut oka rzuca się, że drogi w tym kraju (w większości szutrowe) są wyboiste i dziurawe. Przepędzane są po nich stada bydła, mkną szybko rejsowe autobusy przepełnione ludźmi oraz jeżdżą rowerzyści nieużywający świateł i żadnych elementów odblaskowych.  

Więcej…