MAGDALENA ŁADANAJ


Kostaryka jestpołożona między dwoma oceanami (Atlantyckim i Spokojnym), od północy graniczy z Nikaraguą, a od południa – z Panamą. W ciągu jednego dnia można więc podziwiać w niej magiczny wschód słońca nad Morzem Karaibskim i zniewalający zachód słońca na plaży nad Pacyfikiem. Niegdyś w tym regionie Ameryki Środkowej żyła głównie rdzenna ludność, dziś pozostało niewielu jej potomków. Starają się jednak pielęgnować swoje zwyczaje i tradycje, np. mieszkający na południu kraju Indianie Bribri nadal wytwarzają pyszną naturalną czekoladę.


Podobno właśnie sam Krzysztof Kolumb, kiedy dotarł tu we wrześniu 1502 r., nazwał ten rejon Nowego Świata la costa rica („bogate wybrzeże”). Wielki odkrywca poszukiwał cennych skarbów, a trafił na niesamowite bogactwo natury. Jego oczekiwania nie były jednak bezzasadne, ponieważ Indianie, którzy go powitali, nosili liczne złote ozdoby, lecz nie chcieli zdradzić, skąd pochodzi cenny kruszec. W Muzeum Prekolumbijskiego Złota (Museo del Oro Precolombino) w stołecznym San José przedstawione zostały stosowane przed wiekami metody wydobycia i przetwarzania tego metalu. Pełna soczystych kolorów Kostaryka charakteryzuje się niezwykłą różnorodnością flory i fauny. Jej terytorium, w granicach którego występują liczne wulkany, leży w strefie klimatu równikowego i podrównikowego. Choć kraj zajmuje niewielki obszar (51 100 km², czyli mniej więcej 16 proc. powierzchni Polski), wyróżnia się w nim ok. 150 mikroklimatów. Wiele faktów dotyczących Kostaryki bywa dość zaskakujących. Przykładowo aż ponad 25 proc. jej terytorium pokrywają parki narodowe lub inne tereny podlegające ochronie przyrody. Od 1 grudnia 1948 r. państwo to nie ma armii (pilnowaniem porządku i obroną granic zajmują się niewielkie oddziały paramilitarne), a zaoszczędzone dzięki temu środki przeznacza się na edukację i służbę zdrowia. Mało naszych rodaków wie, że w latach 1944–1948 urząd prezydenta tego kraju sprawował Teodoro Picado Michalski (1900–1960), syn PolkiJadwigi Michalskiej. Była ona tutaj prawdopodobnie pierwszą kobietą lekarzem i przyczyniła się do dynamicznego rozwoju systemu opieki zdrowotnej.


Kostaryka przyciąga swoim wielobarwnym krajobrazem, na którego atrakcyjność w znacznym stopniu wpływa wyjątkowe podejście jej mieszkańców do ochrony przyrody i ekologii. Wchodząc do rezerwatu czy parku narodowego, a nawet zwykłego lasu, często słyszałam od przewodników jedno z moich ulubionych powiedzeń – take as much time, as you need, czyli „poświęć tyle czasu, ile potrzebujesz”. Od marca 2015 r. w kraju tym wykorzystuje się energię pochodzącą niemal wyłącznie ze źródeł odnawialnych, głównie wytwarzaną w elektrowniach wodnych.


DOTRZEĆ DO RAJU

Bezpośrednie połączenia lotnicze z Warszawy do sąsiadującej z Kostaryką Panamy mają zostać uruchomione od listopada 2016 r. (czarter biura podróży Itaka). Bez przesiadek polecimy do San José z Londynu (liniami British Airways), Madrytu (Iberią), Monachium (Condorem – od połowy listopada br.) lub Paryża (Air France – od listopada 2016 r.). Zdarzają się również atrakcyjne cenowo loty przez USA, choć w tym przypadku potrzebna jest amerykańska wiza, a podróż trwa dłużej. Można także najpierw dotrzeć na lotnisko w sąsiedniej Panamie i stamtąd pojechać do Kostaryki, jak czyni wielu turystów z Europy.

               
W tym kraju wyróżnia się dwie pory roku – deszczową (nazywaną zimą) i suchą (tutejsze lato). Sezon turystyczny przypada na tę drugą, czyli na okres od końca listopada do końca kwietnia. Niezależnie od tego, jak długo będzie trwała nasza podróż samolotem (od 12 do nawet 35 godzin), na miejscu czeka nas wspaniała nagroda. Podczas mojej ostatniej wizyty w Kostaryce, zaraz po wylądowaniu w stołecznym San José wsiadłyśmy do autobusu jadącego do znajdującego się na karaibskim wybrzeżu Puerto Viejo (Puerto Viejo de Talamanca) i szybko zapomniałyśmy o trudach 35-godzinnej wyprawy. Droga wiła się pośród soczyście zielonych wzgórz regionu Monteverde, które otulała delikatna poranna mgła. Otaczały nas uśmiechnięte twarze turystów i ticos (jak mówią o sobie Kostarykanie) oraz zapierające dech w piersiach widoki. W mieście Limón zrobiliśmy krótki przystanek na sok ze świeżych mango i plátanos maduros, przekąskę z wyglądu i w smaku podobną do pieczonych bananów. Po 4 godzinach dotarłyśmy na miejsce, gdzie powitała nas ciepła karaibska bryza. Zobaczyłyśmy turkusową wodę połączoną z błękitem nieba i złotą plażę. Miałyśmy wielką ochotę zostawić nasze plecaki i rzucić się w fale, jednak nie był to jeszcze koniec naszej podróży.


W CUDOWNYM OGRODZIE

Jaskrawozielona chwytnica kolorowa

Caribe  Rana calzonuda
© COSTA RICAN TOURISM BOARD

Obiekt, w którym planowałyśmy spędzić pierwsze dni wyprawy, leżał kilka kilometrów od przystanku autobusowego. Musiałyśmy jakoś się do niego dostać. Znalazłyśmy nietypową taksówkę – po prostu ktoś zapytał kogoś, czy podwiezie nas w dane miejsce. Na nasz ośrodek składały się domki lub pokoje do wynajęcia, często o wystroju tematycznym, np. dla naszego inspiracją była joga, dla innych – natura, taniec czy też głębokie wyciszenie.


Samo podróżowanie taksówkami w Kostaryce to ciekawe doświadczenie i choć wciąż wprowadza się próby nadawania konkretnym lokalizacjom adresów (jak w większości Ameryki Środkowej, nie ma nazw ulic i numerów domów), ludzie nadal posługują się tu punktami orientacyjnymi, czyli określeniami typu „przy uniwersytecie”, „obok dużego drzewa”, „za komisariatem policji w Cartago”. Warto wiedzieć, co znajduje się w okolicy miejsca, do którego chcemy trafić, i w jakiej jest ono dzielnicy. Urządzenia GPS nie będą najlepszymi doradcami, nawet te zachwalane przez osoby wynajmujące nam auto. Pamiętajmy, że San José to aglomeracja miejska połączona m.in. z Heredią, Alajuelą i Cartago (Gran Área Metropolitana). Jak w wielu egzotycznych krajach, cenę przejazdu najlepiej uzgodnić przed rozpoczęciem podróży. Nauczona doświadczeniem zwykle targuję się z kierowcami, ale trzeba wyczuć, czy w ogóle warto to robić, bo zwykle ticos chcą po prostu pracować i uczciwie zarabiać.


Koło południa dotarłyśmy do recepcji naszego ośrodka, gdzie z radosnym uśmiechem przywitała nas przesympatyczna czarnoskóra Cecilia. Tajemniczo się uśmiechając, poinformowała, że ma dla nas niespodziankę, i muszę przyznać, iż okazała się ona naprawdę wspaniała. Nasz domek znajdował się na wysokości ok. 800 m n.p.m. na stromym wzgórzu porośniętym lasem tropikalnym, więc dostanie się do niego wymagało nieco wysiłku. Gdy szłyśmy ścieżką, ptaki śpiewały, kolibry uwijały się w hibiskusach i strelicjach królewskich (kwiatach popularnie zwanych rajskimi ptakami), barwne tukany ścigały się między palmami. Chatka była drewniana, a w oknach zamiast szyb miała jedynie siatkę chroniącą przed owadami. Weszłyśmy na taras, na którym poza hamakiem i kostarykańskim bujanym fotelem zachwycił nas rozpościerający się z niego spektakularny widok na dolinę ubarwioną przecudną kolorową roślinnością. Na jej końcu rozpościerała się plaża ze złotym piaskiem i turkusowe Morze Karaibskie. Cały ten obraz, a raczej film, podczas którego przylatywały różnobarwne motyle, wyjce skakały po drzewach, a tukany nie mogły się zdecydować, na której gałęzi przysiąść, rozświetlały promienie słońca. Stałyśmy oczarowane i gdyby nie silne uczucie głodu, nie ruszyłybyśmy się z tego tarasu jeszcze długo.


ZWIEDZANIE KRAJU

Podczas podróży do Puerto Viejo miałam dużo obaw. Nasłuchałam się, jak niebezpiecznie bywa w tej okolicy i w ogóle na karaibskim wybrzeżu. Na szczęście, różnego rodzaju okoliczności zaprowadziły mnie właśnie w to miejsce, bo spędziłam tu cudowny czas. To nie pierwszy raz, gdy słyszałam lub czytałam o zagrożeniach w danym rejonie, który w rzeczywistości okazał się całkiem bezpieczny. Oczywiście, zawsze trzeba być uważnym i nie kusić losu.


Podobne opinie docierały do mnie o regionie Cahuita, gdzie znajduje się sanktuarium porzuconych lub chorych leniwców (Sloth Sanctuary, www.slothsanctuary.com). Ci, którzy chcieliby choć chwilę dłużej uczestniczyć w życiu tych przesympatycznych zwierząt, mogą skorzystać z noclegu na terenie ośrodka (Buttercup Inn). Mimo iż na pobyt w Puerto Viejo przeznaczyłam w moim kalendarzu jedynie tydzień, a znajomi, z którymi przyleciałam, zdążyli już wyjechać, ja nadal nie potrafiłam rozstać się z tym miejscem i spędziłam w nim niemal trzy tygodnie.


W Kostaryce rytm życia wyznaczają wschody i zachody słońca. Podróże należy planować między godz. 5.00 a najpóźniej 18.00. Nie polecam przemieszczania się po zmroku, ponieważ bywa wtedy mniej bezpiecznie. Główne drogi w kraju są dobrej jakości, ale wystarczy z nich zjechać, aby przekonać się, że poza nimi świat wygląda zupełnie inaczej. Jeśli zdecydujemy się na wynajęcie samochodu, powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na zakres ubezpieczenia. Z reguły żadne z tych podstawowych nie obejmuje takich szkód jak przedziurawienie opony czy zbicie szyby, dlatego polecam te z jak najobszerniejszą listą nieprzewidzianych sytuacji i uszkodzeń. Podczas pierwszej wyprawy miałyśmy wypadek, po którym nasze auto nadawało się na złom, i gdybyśmy nie wykupiły najbardziej rozszerzonego pakietu ubezpieczeniowego, musiałybyśmy zapłacić ok. 25 tys. dolarów amerykańskich.


ROZKOSZ DLA ZMYSŁÓW

Nasze poranki zaczynały się z pierwszymi promieniami słońca, gdy rześki powiew wiatru poruszał firankami, a wyjce dyskutowały już ze sobą od ok. 5.00, zachęcając do wyjścia na taras i ułożenia się w hamaku. Chwilę potem napawałyśmy się wspaniałym widokiem, sącząc pyszną kostarykańską kawę, która uznawana jest za jedną z najlepszych na świecie. Nasze zmysły rozpieszczane były na wszelkie możliwe sposoby. Oczy chłonęły każdy detal. Oddychałyśmy głęboko, a zapach lasu tropikalnego mieszał się z wyrazistym aromatem gorącego napoju. Łagodny wiatr jak jedwabna chusta delikatnie głaskał nasze ciała. Czułyśmy, że nigdzie nie musimy pędzić i możemy cieszyć się tym wszystkim, co nas otacza, aż do momentu, gdy zachce nam się jeść. Na śniadanie podawano standardowo kostarykańskie gallo pinto (ryż z czerwoną fasolą i kolendrą), jajka na tysiąc sposobów, sałaty, świeże papaje, mango, ananasy i banany, a także pyszne naleśniki z bananami i cynamonem. Podniebienie nie posiadało się z radości i nie wiedziałyśmy, na czym się skupić: zapachach, smakach, widokach czy wszystkim naraz.


Ku mojemu zaskoczeniu w Puerto Viejo dosyć często słyszałam język polski, po raz pierwszy w Kostaryce. Być może dlatego, że do tej pory podróżowałam raczej wzdłuż wybrzeża Pacyfiku i po centralnej części kraju w okolicy jeziora i wulkanu Arenal. Miałam wrażenie, iż w te miejsca Polacy rzadko docierali.


Na ulicznych straganach kupowałyśmy rambutany, które nazwałyśmy kudłaczkami. Zebrane tego samego ranka smakują obłędnie, a gdy dodamy do tego sok z guanábany (flaszowca miękkociernistego) czeka nas wyjątkowa uczta. Wspomniana guanábana to zielony owoc wielkości sporego melona, z miękkimi kolcami i o białym wnętrzu. Jej smak trudno porównać z jakimkolwiek znanym nam z Europy. Badania wskazują, że guanábana jest bardzo zdrowa i ma silne działanie przeciwnowotworowe.


NA KARAIBSKIM BRZEGU

W końcu gotowe na nowe wyzwania wynajęłyśmy rowery i ruszyłyśmy w kierunku plaży. Wzdłuż wybrzeża ciągnie się droga o długości ok. 20 km. Na tym odcinku leżą różnorodne plaże, od czarnej wulkanicznej przez złotą do białej. Przejażdżka rowerem wymaga dobrej kondycji, ponieważ na tej trasie trzeba pokonywać liczne pagórki. Wreszcie w Punta Uva zrobiłyśmy przerwę i rozłożyłyśmy nasze plażowe ręczniki. To fantastyczne miejsce dla tych, którzy lubią ciszę, spokój i piękne widoki. Tutejsza plaża ma złoty kolor, a otaczają ją skały i palmy próbujące wydostać się spomiędzy nich na brzeg. Kostaryka kojarzy mi się przede wszystkim z błogim relaksem, magiczną naturą, niebieskimi motylami, gorącymi źródłami, energią wulkanów i łączeniem się z tym, co pierwotne. Z tego względu wracam tu przy każdej okazji, a później dzielę się z innymi tym, co przeżyłam.


Wypieszczone słońcem i karaibskimi falami ruszyłyśmy na lunch. Znalazłyśmy miejsce przy plaży w Manzanillo. Kelner powitał nas lokalnym wyrażeniem pura vida (po hiszpańsku „czyste życie”, „pełnia życia”). Kostarykanie używają go bardzo często, np. na powitanie, pożegnanie czy jako przerywnik w rozmowie telefonicznej. Oznacza ono pokój, prostotę, wyraża wdzięczność za naturę, rodzinę oraz przyjaciół, szczęście i satysfakcję. Daniem dnia w naszej knajpce była ryba w sosie karaibskim z sałatą. Uwielbiam smak tutejszych warzyw (sałaty, kapusty lub marchewki), ponieważ jest wyrazisty i przypomina mi smaki z dzieciństwa.


Manzanillo to najdalej na południe położona miejscowość na kostarykańskim wybrzeżu karaibskim. Dalej znajduje się już tylko bujny las deszczowy i granica z Panamą na rzece Sixaola (Río Sixaola). Kilka kilometrów dalej natkniemy się na ciekawe przejście graniczne – stary drewniany most kolejowy z wielkimi dziurami. Wybrałyśmy się do sąsiedniego kraju z ciekawości, głównie po to, żeby zwiedzić Bocas del Toro, archipelag z mnóstwem małych wysepek. Polecam zostać tutaj na noc, ponieważ pomijając różnicę czasu między Kostaryką a Panamą, która wynosi 1 godz., przemieszczanie się między godnymi zobaczenia miejscami zajmie nam sporo czasu, a Kostarykanie zamykają swoją granicę o godz. 17.00.


PO DRUGIEJ STRONIE

Wyjątkowo barwne podwodne królestwo w rejonie Wyspy Kokosowej

ESY-002629228 - Underwater sceneCocos Island
© COSTA RICAN TOURISM BOARD

Wybrzeże nad Pacyfikiem pod wieloma względami różni się od tego nad Morzem Karaibskim. Ma niemal pięć razy dłuższą linię brzegową (1016 km) i jest bardziej rozwinięte turystycznie, dlatego również bywa częściej odwiedzane. Oprócz tego moją uwagę zwróciła także widoczna różnica w kolorze skóry tutejszych mieszkańców. Kostarykanie żyjący na Karaibach są ciemniejsi niż ci nad Oceanem Spokojnym.


Półwysep Nicoya, który leży na północnym zachodzie Kostaryki, znacząco różni się od reszty kraju i może pochwalić się wieloma unikatowymi w skali światowej miejscami. Sądzę, że tutaj, jak nigdzie indziej, widoczna jest sezonowość pór roku. W czasie suchej można swobodnie poruszać się wyschniętymi korytami rzecznymi i korzystać z uroków wypraw off-roadowych, co zdecydowanie odradzam w porze deszczowej. Wystarczy jeden tropikalny deszcz i w niespotykanie szybkim tempie wysuszone rzeki potrafią przerodzić się w rwące potoki. Wpływ zjawiska pogodowego zwanego El Niño powoduje – niestety – coraz mocniejsze wysychanie tego regionu. Wskutek tych warunków Kostaryka od kilku lat boryka się z jednej strony ze zmniejszającymi się opadami, a z drugiej – z powodziami lub podtopieniami, ponieważ przesuszona ziemia wolniej wchłania wodę podczas ulew.

Plaża Manuel Antonio należy do najpiękniejszych w Ameryce ŚrodkowejMl Antonio 6

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

Nicoya to piękne plaże i zieleń, choć już nie tak soczysta jak na wschodnim wybrzeżu. Półwysep oferuje wiele atrakcji, w jego okolicy można uprawiać surfing, kitesurfing i właściwie wszelkie sporty wodne. Pomimo suchego jak na tę szerokość geograficzną klimatu jest tu sporo przepięknych wodospadów. Najbardziej znaną miejscowość stanowi Tamarindo, w pobliżu którego znajdują się urokliwe plaże, ukryte w zatokach i wśród wzgórz. Gdy znudzi się nam wylegiwanie na delikatnym piasku, warto wybrać się na rejs katamaranem. Polecam również zajrzeć do Montezumy. To klimatyczne hippisowskie miasteczko, położone niedaleko Absolutnego Rezerwatu Narodowego Cabo Blanco (Reserva Nacional Absoluta Cabo Blanco). W jego sąsiedztwie leży malutka wysepka z cmentarzem pośrodku (Isla de Cabuya). Dotrzemy na nią głównie w czasie odpływu i proponuję nie negocjować z oceanem, ponieważ woda zawsze zalewa drogę powrotną o tej samej porze, o czym niechcący udało mi się przekonać.


W okolicy znajduje się też miejscowość Santa Teresa, malownicza mekka surferów, gdzie spotkać można brazylijską modelkę Gisele Bündchen czy światowe gwiazdy kina lub muzyki. Polecam zwiedzanie tego regionu wynajętym samochodem terenowym. Takie auto pozwoli nam zjechać z asfaltowych dróg i odwiedzić mniej turystyczne miejsca. Należy mieć jedynie na uwadze, że po trudniejszym terenie będziemy się poruszali dużo wolniej i jeśli przejedziemy 70 km w 5 godzin, osiągniemy dobry wynik. Podczas podróżowania w ten sposób warto zaufać intuicji i znajomości lokalnych zwyczajów oraz obserwować, co dzieje się dookoła nas. Półwysep Nicoya to także otaczające go wyspy, w tym prawdziwa perła – Wyspa Kokosowa (Isla del Coco), która stanowiła prawdopodobnie inspirację dla amerykańskiego pisarza Michaela Crichtona (1942–2008) do napisania powieści Park Jurajski. Ta zielona oaza, oddalona od kostarykańskiego wybrzeża o ponad 530 km, jest w całości objęta ochroną parku narodowego (Parque Nacional Isla del Coco), wpisanego w 1997 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Przybrzeżne wody są prawdziwym rajem dla nurków, którzy często odwiedzają to miejsce ze względu na występujące tu rekiny młoty.


WSPANIAŁE PARKI

Na południe od półwyspu Nicoya znajduje się najmniejszy (jedynie 19,83 km² powierzchni), a zarazem uznawany za najpiękniejszy w Kostaryce – Park Narodowy Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio). Aby zaoszczędzić drogi, najlepiej skorzystać z promu do Puntarenas, portowego miasta położonego na wąskim cyplu przypominającym Mierzeję Helską. Potem po drodze na południe przekracza się rzekę Tárcoles (Río Grande de Tárcoles), w której pod mostem stale wygrzewa się kilkadziesiąt ogromnych krokodyli amerykańskich. Wyglądają niepozornie, jak drewniane kłody, ale wystarczy rzucić kawałek mięsa, żeby zobaczyć, jakie są szybkie.


Park Narodowy Manuel Antonio leży nad Pacyfikiem, blisko portowego miasta Quepos (7 km na południe od niego). Stąd ruszają jachty i katamarany, z których można obserwować delfiny i wieloryby oraz jedne z największych morskich ptaków, czyli fregaty wielkie. Nasz hotel znajdował się przy samej plaży nad oceanem, bardzo blisko parku. Oprócz nas w pokoju mieszkały gekony, które potrafią przestraszyć gości przy pierwszym spotkaniu, ale odgrywają niezmiernie pożyteczną rolę, ponieważ zjadają komary i inne owady. Na wycieczkę po terenie parkowym warto zabrać ze sobą kostium kąpielowy, aby skorzystać z okazji do kąpieli w zatoczce oceanicznej.


Jeszcze dalej na południe położone są kolejne parki narodowe, w tym m.in. Corcovado (Parque Nacional Corcovado), największy w Kostaryce (424 km² powierzchni). Po przystanku w Parque Nacional Manuel Antonio trochę czasu spędziłyśmy w Zatoce Drake’a (Bahía Drake), gdyż nie mogłyśmy oprzeć się pokusie leniwego wypoczywania w hamakach rozwieszonych między wysmukłymi palmami ciągnącymi się w nieskończoność. Tu również czekają na nas malownicze wodospady, możliwość nurkowania w pobliżu wyspy Caño (Isla del Caño) oraz wycieczki organizowane w celu obserwowania wielorybów, które od sierpnia do listopada przypływają w te strony, żeby się rozmnażać – szansa na spotkanie ich wtedy jest niemal pewna. W całej Kostaryce wybierzemy się bez problemu na konną przejażdżkę, ale chyba tylko galop po plaży daje poczucie prawdziwej wolności i pozwala uświadomić sobie, jak wygląda piękno.


INNE SKARBY

Wodospad na turkusowej rzece Celeste w Parku Narodowym Wulkanu Tenorio

MP RioCeleste 001
© MARTA PISKOREK/WWW.HAPPYMARTI.COM

Centralna część kraju także oferuje mnóstwo wspaniałych atrakcji. Należy do nich m.in. Arenal – największe kostarykańskie jezioro (85 km² powierzchni). W jego okolicach możemy odwiedzić gorące źródła, wiszące mosty bądź parki linowe z bardzo długimi tyrolkami, z których spojrzymy na świat z lotu ptaka. Ukryte wśród zieleni wodospady, w tym błękitny na rzece Celeste (Río Celeste), są nagrodą za trud wędrówki w ich poszukiwaniu. Kostaryka to – oczywiście – też wulkany, takie jak potężny Arenal (1670 m n.p.m.) z gorącymi źródłami, otulony plantacjami kawy Poás (2708 m n.p.m.) czy Irazú (3432 m n.p.m.), z którego w pogodny dzień zobaczymy dwa oceany. Rzeki oplatają obszar kraju jak układ krwionośny, dzięki czemu obejrzymy go również z perspektywy wody. Ja polecam rafting na rzece Pacuare (Río Pacuare), ale rejonów idealnych na tego typu wyprawę znajdziemy tutaj mnóstwo i każdy z nich ukaże nam inną twarz kostarykańskiego raju.


Kostaryka to bez wątpienia wyjątkowe miejsce na ziemi, którego obraz tworzą energia natury, majestatyczne wulkany, spektakularne wodospady, niezmiernie różnorodna flora i fauna oraz bogata kultura, troska o ekologię i uśmiechnięci ticos potrafiący emocjonalnie przeżywać kontakt z przyrodą. Kto stąd wraca, często staje się innym człowiekiem. Umie zatrzymać się w pędzącym świecie i zaczyna żyć pełniej, tak jak to robią Kostarykanie – pura vida!

Artykuły wybrane losowo

Peru – duch Inków

PIOTR MACIEJ MAŁACHOWSKI

 

Peru jest fascynującym państwem, ale może też rozczarować tych, którzy nie znają choć trochę historii kraju Inków, jeśli po przyjeździe tutaj nie spotkają nie tylko żadnego z nich, a nawet ich potomków. Pod względem bogactwa dziedzictwa historycznego Peru zajmuje trzecie miejsce na świecie, zaraz po Włoszech i Izraelu. Tak wynika z analizy marek państw przeprowadzonej przez globalną organizację FutureBrand. W pozostałych czterech wskaźnikach – poziom oferty turystycznej, klimat dla przedsiębiorczości, jakość życia i system wartości – kraju utożsamianego z Inkami nie ma nawet w pierwszej trzydziestce.

Więcej…

Stracić głowę dla Dominikany

MAGDALENA PIETRUSIŃSKA

<< Republika Dominikańska jest jednym z najczęściej odwiedzanych krajów na Karaibach. Jej niezmiernie urokliwe plaże, niepowtarzalna kultura, pyszne jedzenie, ciepli i radośni mieszkańcy czyni ją bardzo atrakcyjnym kierunkiem dla wielu turystów z różnych zakątków świata. Jak śpiewa o Dominikanie popularny piosenkarz merengue El Jeffrey: „Mi tierra, tiene palmeras (…), Mi tierra, tiene montañas (…), Mi tierra tiene su sol (…), Mi tierra tiene naranjos y tres mares que la besan”, czyli: „Moja ziemia ma palmy (…), Moja ziemia ma góry (…), Moja ziemia ma swoje słońce (… ), Moja ziemia ma pomarańcze i trzy morza, które ją całują”. >>

Więcej…

Veneto – peregrynacje nie tylko weneckie

Verona   Piazza Bra  di fronte il municipio e a destra l arena

Przy Piazza Bra w Weronie stoją m.in. Palazzo Barbieri i rzymski amfiteatr

© FOTOTECA REGIONE DEL VENETO

 

MAKSYMILIAN CZORNYJ

 

Jeżeli jak pisał amerykański pisarz i scenarzysta Truman Capote: „Być w Wenecji to jakby zjeść całe pudełko czekoladek z likierem naraz”, to odwiedziny w regionie Veneto należałoby przyrównać do wizyty w cukierni albo jeszcze trafniej – w wielkiej fabryce słodkości. Znajdziemy w nim wszystko, z czego słyną Włochy: miasta pełne najwyższej klasy zabytków, morze, plaże, urokliwe wysepki, malownicze jeziora i góry. Nie brakuje tu modnych kurortów, ośrodków rozrywkowych, tras narciarskich, doskonałych enotek i winnic.

 

Wszak Veneto, czyli Wenecja Euganejska, to Italia w miniaturze. Aby zobrazować skalę tej miniatury, wystarczy wspomnieć, że region ten ma powierzchnię porównywalną do województwa pomorskiego lub łódzkiego (blisko 18,5 tys. km²). Zamieszkuje go niespełna 5 mln osób, a szacuje się, że samą Wenecję odwiedza rocznie nawet sześć razy więcej turystów.

 

Kształtem Veneto przypomina konia stojącego dęba. Pysk opiera o wschodnie Dolomity i sięga nim aż do granicy z Austrią, grzbiet pręży ku jezioru Garda, zad unosi ponad deltą rzeki Pad, a nogami oplata wybrzeże Adriatyku. Z racji różnorodności rejonu dla pewnego porządku w tekście będę się trzymać tras kolejowych i to z ich perspektywy rozpoczniemy zwiedzanie miast. Bramy do nich stanowić będą właśnie dworce.

 

 Villa La Rotonda colza

Villa Rotonda w Vicenzy – renesansowa rezydencja projektu Andrei Palladia

© CONSORZIO VICENZA È/WWW.VICENZAE.ORG

 

WENECJA

 

Podczas peregrynacji po Veneto nie wypada pominąć Wenecji. To słynne miasto na wodzie jest obowiązkowym celem wypraw każdego turysty i podróżnika. Plac św. Marka, Most Westchnień, Bazylika św. Marka czy Pałac Dożów – któż o nich nie słyszał?

 

Jednak Wenecja to znacznie więcej. Poznać ją od innej strony można, gdy przybędzie się na stację kolejową Venezia Santa Lucia. Znajduje się ona przy Canal Grande, ale w innym miejscu niż najsłynniejsze zabytki. Park naprzeciw stacji, zwany Giardini Papadopoli, jest jednym z nielicznych zielonych fragmentów w historycznym centrum miasta. Po drugiej stronie kanału stoi Kościół św. Mikołaja z Tolentino (Chiesa di San Nicola da Tolentino) – świątynia niepozorna, rzadko odwiedzana przez turystów, a mogąca poszczycić się zachwycającymi freskami i chyba najpiękniej oświetlona naturalnym światłem w całej Wenecji. Właśnie takie, położone na uboczu miejsca pozwalają odkryć prawdziwe oblicze tego miasta. Tak wygląda niezadeptana przez zwiedzających Wenecja, zwyczajna i rozbrzmiewająca jedynie szumem przepływającej obok wody.

 

Tutaj najlepiej jest się zgubić. Zamiast podążać za tłumami turystów, gnać ślepo wzdłuż wykreślonych wcześniej na mapie szlaków warto zatracić się w atmosferze, zagłębić się w zaułki i tajemnice La Serenissimy, czyli Najjaśniejszej, jak mówią o swoim mieście wenecjanie. Podczas takiego spaceru przejdziemy przez bramę prowadzącą na niespełna metrowe nadbrzeże nad jednym z ponad 170 kanałów, dostrzeżemy wenecjanina cumującego łódkę bezpośrednio przy drzwiach kamienicy lub trafimy na maleńki targ pełen najświeższych ryb i owoców morza.

 

Tylko jeśli się zgubimy, unikniemy lokali, gdzie zwykły obiad kosztuje więcej niż wykwintna kolacja w luksusowej restauracji, i oszustów oferujących kurs wodną taksówką za bajońską sumę czy wystaw pełnych tandetnych masek karnawałowych sprowadzonych wprost z Chin lub Tajwanu. Błądząc wśród zaułków, poczujemy mistycyzm miasta wyrastającego z wody, w którym samochody, karetki i śmieciarki zostały zastąpione przez łodzie. Wenecja sprawia czasem wrażenie opuszczonej i wymarłej. Tak, naprawdę są w niej takie miejsca. Jeżeli skierujemy się np. w stronę Canale della Giudecca, trafimy na niemal bezludne place, przejdziemy uliczkami, na których spotkamy jedynie gołębie i koty.

 

Podczas dłuższego pobytu w Wenecji warto korzystać z tramwajów wodnych i udać się na inne wysepki Laguny Weneckiej. Na zainteresowanie zasługują szczególnie Murano (słynąca z wyrobów szklanych), Burano (pełna niezmiernie kolorowych domów) i Torcello (jeden z najstarszych tutejszych ośrodków, z Bazyliką Wniebowzięcia NMP – Basilica di Santa Maria Assunta).

 

Tramwajem wodnym (vaporetto) dotrzemy także znacznie dalej, np. do przylegającej do północno-wschodniego brzegu Laguny Weneckiej gminy Jesolo. Leży w niej jeden z najsłynniejszych włoskich kurortów – Lido di Jesolo rozciągnięte na zewnętrznej stronie cypla, wzdłuż wybrzeża Adriatyku. Jego wizytówkę stanowi długa na ok. 15 km i szeroka miejscami na prawie 200 m piaszczysta plaża. W 2017 r. ponownie otrzymała ona Błękitną Flagę, dzięki czemu możemy mieć pewność, że jest czysta i posiada odpowiednią infrastrukturę. Mimo dość dużych rozmiarów w sezonie w dzień plaża zwykle bywa szczelnie wypełniona ludźmi, którzy po zapadnięciu zmroku przenoszą się na niedaleki niewiele krótszy bulwar. Warto wiedzieć, że za wstęp na przeważającą jej część trzeba zapłacić, a niektóre fragmenty należą do pobliskich hoteli. Znajduje się tu również odcinek wydzielony dla naturystów. Poza tym w pobliżu funkcjonuje port jachtowy. Infrastruktura gastronomiczna jest bardzo bogata – w okolicy plaży można zjeść dania niemal z całego świata, a nawet wybrać się do restauracji, którym przyznano gwiazdki w prestiżowym przewodniku Michelin.

 

W Lido di Jesolo na turystów czekają oprócz tego profesjonalne 18-dołkowe pole golfowe klasy mistrzowskiej, tor gokartowy Pista Azzurra i rozległy park wodny Aqualandia. W SEA LIFE i Tropicarium Park zobaczymy ryby i zwierzęta wodne z całego świata. Kluby nocne zapewnią z kolei szaloną zabawę do białego rana.

 

Pamiętajmy jednak, że Veneto to nie tylko pełna atrakcji Laguna Wenecka, dlatego trzeba odwiedzić i inne miejsca w regionie. Warto więc zawrócić na kolejowy szlak, po czym ruszyć na zachód.

 

PiazzaSanMarcoDSC 8787

Wenecka Piazzetta San Marco z dwiema kolumnami

© SERVIZIO COMUNICAZIONE VISIVA DEL COMUNE DI VENEZIA

 

PADWA

 

Polakom Padwa znana jest przede wszystkim ze względu na uczących się tu niegdyś studentów. Wszak wiedzę zdobywali w niej Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski i Jan Zamoyski (wybrany nawet w 1563 r. rektorem tutejszej uczelni), ale założony w 1222 r. uniwersytet stanowi tylko jeden z wielu klejnotów w padewskiej koronie.

 

Według Eneidy Wergiliusza miasto mieli założyć Trojanie, którzy po upadku własnej stolicy wznieśli tu gród o nazwie Patavium. Przez setki lat osada rozrastała się, a w średniowieczu stała się istotnym ośrodkiem gospodarczym i dydaktycznym.

 

Trafienie z dworca kolejowego do historycznego centrum nie powinno przysporzyć problemów. Wystarczy kierować się główną arterią,Corso del Popolo, która po kilkuset metrach płynnie przechodzi w Corso Giuseppe Garibaldi. Gdy miniemy rozległy zielony park (Giardini dell’Arena), możemy zwolnić kroku. Po chwili z lewej strony dostrzeżemy ruiny rzymskiego amfiteatru, a po prawej klasycystyczną bryłę Pałacu Zuckermanna (Palazzo Zuckermann), w którym funkcjonują dwa muzea – sztuki użytkowej i numizmatyczne.

 

Jeśli będziemy szli dalej, po kilkunastu minutach dotrzemy do Pałacu Bo (Palazzo Bo). Pod tą niewiele mówiącą nazwą kryje się w rzeczywistości główny gmach uniwersytecki. Przy jego schodach stoi pomnik Eleny Lucrezii Cornaro Piscopii (1646–1684), matematyczki i filozofki. W 1678 r. jako pierwsza kobieta w historii otrzymała stopień naukowy doktora. Wewnątrz budynku zachowała się m.in. katedra, z której nauki wygłaszał Galileusz (Cattedra di Galileo), a także teatr anatomiczny, czyli pomieszczenie, gdzie najsłynniejsi włoscy medycy w tajemnicy przeprowadzali przed studentami sekcje zwłok.

 

Na północny zachód od uniwersytetu leży Piazza della Frutta, gdzie odbywają się miejskie festyny, a lokalni producenci i wytwórcy wystawiają towary. Niemalże całą południową pierzeję placu zajmuje Palazzo della Ragione. Wielokrotnie przebudowywany gmach nabrał nieco pokracznej, przysadzistej formy, jednak szczyci się podobno największą w Europie powierzchnią dachu, którego nie podpierają kolumny.

 

Jeszcze dalej znajduje się Piazza dei Signori. Wschodni kraniec zamyka tu Kościół św. Klemensa (Chiesa di San Clemente), wzniesiony na miejscu jednej z najstarszych chrześcijańskich świątyń, a przeciwległy – ledwie 30-metrowa, lecz zgrabnie wkomponowana w miejski krajobraz Wieża Zegarowa (Torre dell’Orologio). Na trzecim piętrze umieszczono w niej wspaniały mechanizm wprawiający w ruch zegar astronomiczny, który po niedawnej renowacji ponownie odmierza turystom i padewczykom czas. Spostrzegawcze osoby dostrzegą, że na tarczy znaków zodiaku brakuje wagi, ale nie ma tutaj dość miejsca, aby poruszać legendy uzasadniające ten stan rzeczy.

 

Jeśli poszlibyśmy dalej prosto, dotarlibyśmy do Muzeum Nauk Archeologicznych i Sztuki. Odbijemy jednak w lewo i nie przejdziemy przez bramę Wieży Zegarowej. Wąska uliczka wijąca się pośród kamienic wiedzie do placu katedralnego. Katedra (Duomo di Padova) miała zostać wzniesiona według projektu Michała Anioła, lecz kierujący pracami architekci wprowadzili liczne zmiany i nadali budowli dość ostre, surowe rysy. Również jej wnętrze jest zimne i skromne. Znacznie ciekawsze są XIV-wieczne freski w przylegającym do świątyni baptysterium. Jego kopułę pokrywa monumentalne przedstawienie raju z Chrystusem otoczonym zastępami świętych.

 

Po skierowaniu się znowu na południe i przejściu wąskiego miejskiego kanału zbliżymy się do jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc Padwy – Prato della Valle. Ten największy plac we Włoszech (aż ok. 90 tys. m² powierzchni!) znajduje się w pobliżu słynnych bazylik: św. Antoniego i św. Justyny. Na jego środku leży otoczona eliptycznym kanałem wysepka Memmia. Wokół ustawiono 78 posągów osób zasłużonych dla miasta. Co ciekawe, wśród nich są także statuy Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego, ufundowane przez Stanisława Augusta Poniatowskiego.

 

Na zakończenie padewskiej wędrówki koniecznie należy odwiedzić obie wspomniane bazyliki. Bez wątpienia każda z nich wywiera większe wrażenie niż szacowna miejska katedra. Bazylika św. Antoniego z Padwy charakteryzuje się architektonicznym przemieszaniem stylu romańskiego i gotyckiego – przysadzistą, jakby przygiętą do ziemi fasadę zdobią ostrołukowe wnęki i arkady wspierane na filarach, a również jakże typowa rozeta zdobiona maswerkiem. Budowla ma osiem kopuł, z których centralna, umieszczona ponad skrzyżowaniem naw, została oparta na bryle ostrosłupa zwieńczonego latarnią. We wnętrzu bazyliki znajduje się grób jej patrona. Ołtarz główny jest autorstwa Donatella, jednak był wielokrotnie przekształcany i całkowicie zatracił swój pierwotny charakter.

 

Bazylika św. Justyny z Padwy, męczennicy ściętej 7 października 304 r. za panowania cesarza Dioklecjana, została wzniesiona na miejscu romańskiego kościoła zniszczonego przez trzęsienie ziemi. Budowla zachwyca już samymi rozmiarami – ma ponad 118 m długości i przeszło 82 m szerokości. W kampanili zawieszonych jest siedem dzwonów, z których największy waży niemal 2,5 t. W świątyni znajdują się liczne zabytki sztuki oraz relikwie świętych, w tym szczątki św. Łukasza Ewangelisty i św. Macieja Apostoła.

 

Pomiędzy obiema bazylikami leży zabytkowy ogród botaniczny (Orto Botanico di Padova), założony w 1545 r. jako miejsce, w którym ówcześni studenci medycyny mieli zapoznawać się z roślinami leczniczymi. To w nim uprawiano pierwsze warzywa sprowadzone z nowo odkrytych Ameryk.

 

Prato della Valle PH andrea babetto1

Prato della Valle – kanał i posągi

© PADOVAMERAVIGLIA PHOTO CONTEST/ANDREA BABETTO

 

VICENZA

 

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Wenecją a Weroną, trzy kwadranse koleją od obu z nich, znajduje się miasto, które większość turystów albo omija, albo podziwia jedynie przez okna pociągu. Przyjezdni gnają spod balkonu szekspirowskiej Julii ku placowi św. Marka, spod Mostu Westchnień ku werońskiej Arenie. Blask Vicenzy bezsprzecznie przygasiła bliskość tych dwóch bodaj najsłynniejszych ośrodków północnej Italii. Położone u podnóża monumentalnych gór miasto sprawia wrażenie, jakby spłynęło z alpejskiego stoku i zastygło w bezruchu. Gdy zanurzymy się w jego uliczkach, uderzy nas ich spokój i wytworność, nieuchwytne w wielu innych, zadeptanych przez turystów miejscach Veneto.

 

Spójność architektoniczna tutejszej zabudowy, jej głęboka harmonia, choć trudno w to uwierzyć, jest dziełem jednego architekta. Andrea Palladio (właściwie Andrea di Pietro della Gondolo) urodził się w 1508 r. w rodzinie padewskiego młynarza, lecz niemal całe dorosłe życie związał właśnie z Vicenzą. Wykreślił fasady Bazyliki Palladiana (Basilica Palladiana), Katedry (Cattedrale di Santa Maria Annunciata), wspaniałych rezydencji i miejskich pałaców. Lekkość odrodzenia, liczne nawiązania do starożytnych rozwiązań i świeżość, które dostrzec można w tej architekturze, sprawiają, że miasto kontrastuje z gotyckim wspomnieniem Wenecji. Nic dziwnego, że główna arteria Vicenzy nosi imię Andrei Palladia (Corso Andrea Palladio). Zaczyna się przy Torrione di Porta Castello, monumentalnym fragmencie średniowiecznych fortyfikacji, i ciągnie przez ponad 700 m ku wijącej się rzece Bacchiglione.

 

Główne atrakcje Vicenzy znajdują się w promieniu kilkudziesięciu metrów od wspomnianego corso. Jak na najważniejszą z miejskich ulic jest ona dość wąska i tłoczna, głośna od warkotu skuterów i pokrzykiwań przechodniów. W zabytkowych kamienicach wznoszących się po obu stronach mieszczą się sklepy, restauracje, kawiarnie i kwiaciarnie. Jeśli spojrzymy w górę, bez trudu odnajdziemy gotyckie pozostałości w zabudowie, lecz nie dostrzeżemy ani kopuły Katedry, ani wieży Bazyliki Palladiana, ani wspaniałego Teatru Olimpijskiego (Teatro Olimpico). Aby je zobaczyć, musimy nieco zboczyć z obranej trasy. Wpierw jednak warto przyjrzeć się zwartej bryle Pałacu Thiene Bonin Longare (Palazzo Thiene Bonin Longare), monumentalnej kolumnadzie Pałacu Trissino Baston (Palazzo Trissino Baston), a wreszcie szeregowi figur obserwujących przechodniów z Pałacu Chiericati (Palazzo Chiericati). We wnętrzu tego ostatniego działa muzeum z ciekawym zbiorem malarstwa (pinakoteką).

 

Jeżeli zapuścimy się w boczne uliczki, dotrzemy do wspomnianejBazyliki Palladiana.Wbrew nazwie nie jest ona świątynią, a budynkiem użyteczności publicznej powstałym po przebudowie mniejszych kamienic i później jeszcze przerabianym. Dawniej stanowiła siedzibę władzy administracyjnej i sądowniczej, a w dolnych arkadach znajdowały się tu lokale rzemieślnicze i kupieckie. Wspaniale prezentuje się zachód słońca obserwowany z sąsiedniego placu (Piazza dei Signori). Wieża zegarowa (82-metrowa Torre Bissara) i dach gmachu zdają się wtedy tonąć w złocistych promieniach, podczas gdy marmurowe arkady okrywa kojący półcień. Nie ma nic bardziej włoskiego niż delektowanie się kawą przy takim widoku.

 

Kilkadziesiąt metrów dalej po drugiej stronie corso trafimy na Teatr Olimpijski – ostatnie dzieło wielkiego Andrei Palladia (z 1580 r.). To pierwowzór wielu europejskich teatrów. Jego scena stanowi doskonałe odzwierciedlenie rzymskiej tradycji stałej i przemyślanej dekoracji. Dostrzega się w nim antyczny rodowód miasta, który architekt tak doskonale potrafił uwypuklić.

 

Jeżeli mamy więcej czasu, koniecznie powinniśmy udać się do znajdującej się poza obrębem historycznego centrum Villi Rotonda. Do tej kolejnej realizacji projektu Palladia można dojechać bez problemu autobusem (numer 8, 108 i 132 z przystanku przy dworcu). Każdy z boków zbudowanej na wzniesieniu rezydencji znaczą klasyczne, jońskie portyki. Jej centralny punkt stanowi okrągła sala okryta kopułą. Ten symetryczny obiekt jest zwieńczeniem drogi, jaką architekt obrał w swoim literackim opus vitae zatytułowanym Cztery księgi o architekturze (1570 r.), i stał się inspiracją dla nurtu (palladianizm), w którym wzniesiono m.in. warszawską Królikarnię.

 

W Vicenzy warto zwrócić również uwagę na inne pałace – Palazzo del Capitaniato, Palazzo Valmarana i Palazzo Porto. Oczywiście, w każdym z nich widać wyjątkową rękę Palladia.

 

WERONA

 

Po opuszczeniu werońskiego dworca kolejowego powinniśmy skierować się ku ufortyfikowanej południowej bramie miejskiej o nazwie Porta Nuova, zbudowanej w latach 1532–1540. Jeśli pójdziemy stąd na wprost, już po kilku minutach dotrzemy do pięciokątnej wieży (Torre Pentagona) oraz łukowatych przejść (Portoni della Bra), powstałych w miejscu średniowiecznych murów. W 1872 r. między tymi drugimi zamontowano dwustronny zegar. To bezpośrednio za nimi, w zakolu Adygi, leży historyczna część Werony. W tej okolicy można wstąpić do Muzeum Lapidarnego Maffeiano (Museo Lapidario Maffeiano). Znajdują się w nim bogate zbiory etruskiej, greckiej i rzymskiej ceramiki, kamieni nagrobnych oraz inskrypcji.

 

Po minięciu Portonidella Bra wkraczamy na największy tutejszy plac miejski (Piazza Bra), gdzie stoją trzy istotne zabytki – amfiteatr, Palazzo Barbieri i statua Wiktora Emanuela II. O każdym z nich należy wspomnieć choć w kilku zdaniach.

 

Amfiteatr rzymski, przez werończyków zwany po prostu Areną, powstał w I w. Mógł pomieścić nawet prawie 30 tys. widzów i stanowił scenę walk gladiatorów czy spektaklów. Obecnie jest jednym z najsłynniejszych obiektów Werony, na którym odbywają się rozmaite wydarzenia kulturalne, w tym liczne koncerty gwiazd muzyki.

 

Palazzo Barbieri, encyklopedyczny przykład neoklasycyzmu, pierwotnie zajmował sztab armii austriackiej. Obecnie budynek pełni funkcję ratusza miejskiego. Na ścianę tuż obok wejścia został przeniesiony XIV-wieczny fresk przedstawiający ukrzyżowanie Chrystusa. Liczne sale zdobią zabytkowe płótna i tapiserie.

 

Brązową statuę króla Wiktora Emanuela II odsłonięto w styczniu 1883 r. Warto zwrócić na nią uwagę, choć nie jest to dzieło wybitne. Zarówno sylwetka konia, jak i władcy rażą sztucznością i brak im lekkości.

 

Na północny wschód od Areny uliczki stają się coraz gęściej wypełnione turystami. Niedaleko znajduje się najsłynniejsza atrakcja Werony – Casa di Giulietta. Nie da się potwierdzić, czy piękna Julia z dramatu Williama Szekspira wzdychała tu do Romea. Pewne jest, że w mieście żyły rodziny Montecchich i Cappellettich. Aby uczynić zadość tradycji, turyści zostawiają w murze kamienicy listy. Robią też sobie zdjęcia pod osławionym balkonem. Za wstęp na dziedziniec nie ma opłat.

 

Stąd już tylko kilka kroków dzieli nas od innego werońskiego placu, obowiązkowego celu wędrówek po mieście. Piazza delle Erbe leży w miejscu starożytnego rzymskiego forum. Wokół wznoszą się średniowieczne kamienice, wieże i pałace. Na zainteresowanie zasługuje przede wszystkim Casa dei Mercanti (Domus Mercatorum) – budynek gildii kupieckiej. Z jego niskimi arkadami doskonale współgrają ciągnące się wzdłuż fasady zgrabne bifory (okna podzielone kolumienką na dwie części) i wieńczące ściany blanki.

 

Najwyższa wieża widoczna z placu to Torre dei Lamberti. Mierzy 84 m i znajduje się na niej XVIII-wieczny zegar. W środku wiszą dwa słynne dzwony (a w sumie cztery) – Marangona i Rengo, które odmierzały czas i regulowały życie mieszkańców Werony. Pierwszy z nich (o średnicy 130 cm i wadze 1300 kg) oznajmiał koniec dnia pracy dla miejscowych rzemieślników, w tym stolarzy (marangoni), i ogłaszał również alarm w przypadku pożaru. Z kolei Rengo (184 cm i 4215 kg) odzywał się, żeby zainicjować zebrania rajców i wezwać ludzi do broni w czasach wojny. Oba dzwony nadal rozbrzmiewają z okazji pogrzebów. Budynkiem, z którego zdaje się wyrastać Torre dei Lamberti, jest Palazzo della Ragione, miejsce dawnych zebrań mieszczan i skład soli.

 

Kiedy podążymy na północny wschód, niejako wzdłuż koryta Adygi, trafimy na jeszcze jeden wyjątkowy zabytek – Kościół św. Anastazji (Chiesa di Sant’Anastasia). Doskonale widać go zresztą z opisywanej wieży. Tę największą świątynię Werony wzniesiono w stylu gotyckim, lecz jej budowa nie została do tej pory zakończona. Choć z zewnątrz kościół nie sprawa szczególnego wrażenia, koniecznie należy wykupić bilet i wejść do środka. Krzyżowo-żebrowe sklepienie, które wspiera 12 potężnych marmurowych kolumn, zdaje się być zawieszone znacznie wyżej niż można przypuszczać, gdy patrzy się z zewnątrz. Pod nim znajdziemy bogate kaplice, barwne freski i precyzyjne detale.

 

Niedaleko kościoła stoi kolejny zabytek werońskiej architektury sakralnej – Katedra (Duomo di Verona). Świątynia powstała na miejscu dwóch kościołów zniszczonych przez trzęsienie ziemi w 1117 r. Jej wielokrotnie przebudowywana fasada to prawdziwa mozaika stylów, na którą składa się romańska bryła, gotyckie okna, barokowe dodatki i zaczątek renesansowej dzwonnicy. Jeśli ruszymy wzdłuż katedralnych murów i przejdziemy dalej, trzymając się linii kamienic wzniesionych tuż nad Adygą, dotrzemy do Kamiennego Mostu (Ponte Pietra). Wbrew temu, co często pisze się w przewodnikach, nie jest to oryginalna rzymska konstrukcja. W trakcie wieków pierwotna przeprawa była wielokrotnie niszczona i odbudowywana, a wreszcie została pieczołowicie zrekonstruowana (częściowo z dawnego budulca) po tym, jak w 1945 r. wysadziły ją wycofujące się wojska niemieckie.

 

Doskonałym zwieńczeniem wizyty w Weronie będzie chwila zadumy nad szumiącym nurtem Adygi, w którym odbija się złocisty zachód słońca. Miasto rzeczywiście emanuje niepowtarzalnym nastrojem.

 

GARDALAND

 

Wspomniałem na początku o tym, że w Veneto nie brakuje również ośrodków rozrywkowych. Oczywiście, w każdym z nadmorskich kurortów kwitnie życie nocne, odbywają się liczne festyny i imprezy uliczne. Jednak nieco ponad 20 km na zachód od Werony (zjazd z autostrady – Peschiera del Garda) znajduje się prawdziwe centrum zabawy. Gardaland, bo o nim mowa, to najczęściej odwiedzany park rozrywki we Włoszech (niemal 2,9 mln gości rocznie!). Na powierzchni ponad 200 tys. m² w malowniczym sąsiedztwie jeziora Garda ulokowano mnóstwo atrakcji, kilka barów i restauracji.

 

Park został podzielony tematycznie (m.in. na strefy: Średniowiecze, Rio Bravo, Akademia Kung Fu Pandy, Atlantyda, Piraci czy Królestwo Fantazji), dzięki czemu nadaje się zarówno dla dorosłych, jak i rodzin z dziećmi. Znajdziemy tu trzy rodzaje atrakcji – Fantasy (Fantazja), Adventure (Przygoda) i Adrenaline (Adrenalina), a także kino 4D. Oczywiście, największym zainteresowaniem cieszą się ekstremalne rollercoastery: Blue Tornado i Oblivion The Black Hole. Krzyki pędzących na nich osób niosą się daleko po tafli jeziora...

 

Ceny karnetów na cały sezon zaczynają się już od 50 euro (tzw. Season Pass One). Taki abonament uprawnia do nielimitowanych wejść i korzystania ze wszystkich rozrywek parku. Należy pamiętać, że Gardaland jest otwarty od wiosny do jesieni (w 2018 r. od 29 marca do 4 listopada). Poza sezonem odbywają się w nim widowiskowe wydarzenia tematyczne (np. Gardaland Magic Winter).

 

W REGIONIE

 

Oczywiście, w artykule udało mi się przedstawić jedynie drobny wycinek Veneto. Ten region Włoch idealnie nadaje się również m.in. dla miłośników sportów zimowych. Ów pysk konia skierowany ku Dolomitom przecinają jak mocowania uzdy szlaki narciarskie i wyciągi, a znaczy go najwyższy szczyt tego malowniczego pasma górskiego – Marmolada (3343 m n.p.m.). W gminie Cortina (Cortina d’Ampezzo) wytyczono 85 km doskonale przygotowanych tras zjazdowych.

 

Veneto to także ojczyzna grappy (z uroczym, pochylonym nad rzeką Brentą miastem Bassano del Grappa), kraina doskonałych win (przeszło 90 tys. ha winnic) i rejon słynący z carpaccio. W Wenecji Euganejskiej znajduje się też przycupnięta nad brzegiem Gardy turystyczna miejscowość Malcesine, skąd możemy dostać się koleją (tym razem linową) na szczyt masywu Monte Baldo (2218 m n.p.m.). Panorama roztaczająca się z niego w pogodne dni zapiera dech w piersiach.

 

Nie sposób opisać całego Veneto na kilku czy nawet kilkunastu stronach jednego artykułu. Trzeba po prostu samemu przybyć do tego regionu Italii. Podczas poznawania jego atrakcji możemy delektować się najlepszymi słodyczami z tej osobliwej cukierniczej fabryki.