Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl

Posągi na terenie świątyni Pura Nunggu
99


Indonezja leży wzdłuż równika. W jej granicach znajduje się 17 508 wysp Archipelagu Malajskiego, z których tylko mniej więcej jedna trzecia – ok. 6 tys. – jest zamieszkała. Tworzą one niezwykłą mozaikę kultur, krajobrazów, zwyczajów, architektury, kuchni i religii. Wciąż można w tym kraju znaleźć wiele jeszcze nieodkrytych miejsc. Czeka w nim na nas z jednej strony błogi wypoczynek w niezmiernie komfortowych warunkach, a z drugiej – fascynująca przygoda. To prawdziwy wakacyjny i podróżniczy raj. 


Jedyne, co pozostaje tu stałe, to temperatura powietrza. W ciągu roku wynosi średnio 28°C na nizinnym wybrzeżu, 26°C w głębi lądu i na terenach wyżynnych oraz 23°C w wyżej położonych regionach górskich. Republika Indonezji uchodzi obecnie za bardzo popularny cel wyjazdów. Pod względem geograficznym położona jest w Azji Południowo-Wschodniej i Oceanii. Od południowego zachodu otacza ją Ocean Indyjski, a od północnego wschodu – Pacyfik. To wyspiarskie państwo graniczy z Malezją (na Borneo), Timorem Wschodnim (na Timorze) i Papuą-Nową Gwineą (na Nowej Gwinei).


Ogromne odległości w Indonezji najwygodniej pokonywać samolotem. Narodowe linie lotnicze Garuda Indonesia stworzyły siatkę połączeń, dzięki którym można łatwo dostać się do najodleglejszych miejsc w kraju. Z dnia na dzień rośnie liczba lotnisk, nawet tych obsługujących loty międzynarodowe.


JAZZOWA STOLICA

Idylliczny archipelag Raja Ampat
Raja Ampat Inseln 3
© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE/WWW.TOURISMUS-INDONESIEN.DE

Stołeczna 10-milionowa Dżakarta zaskakuje nowoczesnymi wieżowcami i gmachami wyrastającymi często z typowego azjatyckiego postkolonialnego chaosu architektonicznego, jaki pozostawili po sobie rozmaici osadnicy. Zakrojone na szeroką skalę inwestycje stopniowo wprowadzają ład w tym mętliku, który Europejczykowi wydaje się nie do ogarnięcia. W Indonezji żyje ok. 256 mln ludzi, z czego aż 57 proc. (145 mln) mieszka na nie tak znów wielkiej Jawie (niemal 130 tys. km² powierzchni). Tutejsze miasta to wielomilionowe molochy, a Dżakarta jest największym z nich. Mimo to podczas zwiedzania z każdą chwilą robi coraz lepsze wrażenie. W jej historycznej części ze zwodzonym mostem widać wpływy holenderskie. Wygląda ona jak wyjęta z dawnych rycin przedstawiających amsterdamskie kanały. Stąd niedaleko już do portu, z którego łodzią motorową możemy wyruszyć do krainy tysiąca wysp.


Lubię mój widok z okna ogromnego tchnącego kolonialną atmosferą Hotelu Borobudur Jakarta na rozległy park z potężną ekspresyjną rzeźbą umieszczoną na cokole wystającym wysoko ponad okazałe drzewa. Dalej widać największy w tej części Azji meczet Istiqlal (Masjid Istiqlal), mogący pomieścić śmiało ponad 120 tys. wiernych. Naprzeciw niego wznosi się strzelista katolicka Katedra Wniebowzięcia NMP. Nazwać ją neogotycką byłoby nadużyciem. Jej wieże przypominają raczej szaleństwa Antoniego Gaudíego w wersji ażurowej. Horyzont zamykają niezliczone drapacze chmur nowoczesnej części miasta. Taka właśnie jest Dżakarta – niezmiernie różnorodna.


Mój hotel stanowił też główną siedzibę odbywającego się na początku marca 2016 r. ważnego wydarzenia muzycznego – Jakarta International Java Jazz Festival, obecnie jednego z największych festiwali jazzowych na świecie. Jego tegoroczna dwunasta edycja robiła porywające wrażenie, zadziwiała znakomitą organizacją i wielkim rozmachem. Wspaniali artyści, w tym światowe gwiazdy występujące na kilkunastu scenach, przyciągnęli niezliczone tłumy słuchaczy i fanów jazzu z Indonezji i całego globu. Lista wykonawców była niewiarygodnie długa, ale wystarczy wymienić tylko niektórych z nich, takich jak Sting, Chris Botti, David Foster, Candy Dulfer, Eric Benét, Larry Coryell, Orquesta Buena Vista Social Club czy Michelle Walker, aby pokazać wysoki poziom imprezy. Wśród znanych muzyków pojawili się również Polacy, np. Wojtek Pilichowski i członkowie zespołu Dwiki Dharmawan & His Polish Friends – Piotr Chęcki, Adam Golicki i Piotr Lemańczyk.


To zresztą nie jedyne polskie akcenty. Jakarta International Java Jazz Festival nie odbyłby się bez Petera Fransa Gonthy, ambasadora Indonezji w Polsce i wielbiciela jazzu i muzyki w ogóle. Dzięki jego pasji i świetnemu zmysłowi organizatorskiemu to wydarzenie z roku na rok staje się coraz bardziej imponujące.


MAGICZNA WYSPA

Aktorzy występujący w balijskich spektaklach często noszą maski

IMG 0628
© JERZY PAWLETA

Lecę na Bali, do 850-tysięcznego Denpasar. Już lotnisko wygląda jak zapowiedź czegoś niezwykłego. Wita mnie potężna i zaskakująca swoim strzelistym kształtem brama, pełna hinduistycznych rzeźb. Jest repliką wejść do największych tutejszych świątyń. Po przejeździe przez niekończący się pasaż restauracyjno-handlowo-usługowy usytuowany wzdłuż wybrzeża docieram do hotelu z otwartym basenem i restauracją na dachu, z którego podziwiać można słońce chowające się za horyzontem wyznaczanym przez Ocean Indyjski. Ja ten spektakl planuję oglądać, jak dziesiątki innych turystów, z plaży usytuowanej po drugiej stronie wąskiej, ale ruchliwej ulicy. Siedzimy na piasku, wpatrując się w linię oddzielającą wodę od nieba i przyglądając się akrobacjom ostatnich tego dnia surferów. Spośród mnóstwa kolczyków, bransoletek czy wisiorków oferowanych przez barwnych sprzedawców wybieramy jedną najbardziej urzekającą ozdobę, aby przypominała nam zachód słońca na Bali.


Potem wybieram się do leżącej poza miastem wioski rybackiej Jimbaran, obecnie popularnego kurortu turystycznego pełnego nadmorskich knajpek. Wszystkie wychodzą wprost na plażę. Stoliki ustawione są na piasku aż do linii wody. Podają tu świeże ryby, owoce morza, lokalne zupy i inne niezliczone orientalne przysmaki. Na stole, pośród migoczących na wietrze świec, ląduje danie sate lilit – typowe dla balijskiej kuchni szaszłyki rybne nadziewane na źdźbła trawy cytrynowej. Według programu CNNGo należą one do 50 najsmaczniejszych potraw na świecie. W pobliżu rozbrzmiewa indonezyjska muzyka. Z cienia nocy wyłania się Balijka i rozpoczyna piękny i skomplikowany taniec. Trudno oderwać od niej oczy.


Następnego dnia jadę na kolejne spotkanie z Bali. Mijam kilometry niskich rodzinnych zabudowań z własnymi świątyniami. Zachwycają mnie przepych architektury, bogata ornamentyka i niezwykłe posągi. Urzeka piękno kompozycji kwiatowych czy roślinnych. Świątynie przydomowe stawia się, żeby oddawać cześć nie tylko hinduistycznym bóstwom, lecz także duchom przodków. W każdej z nich codziennie składana jest ofiara zwana banten (są to zwykle kadzidła, kwiaty, ale też np. ciasteczka, słodycze, owoce, papierosy lub pieniądze).


Jeszcze przed lunchem docieram pod Bratan (2276 m n.p.m.), wulkan z trzema kalderami, często mylonymi z kraterami. Na jego zboczach w sąsiedztwie wioski Jatiluwih usytuowane są opadające tarasowo, malownicze pola ryżowe, miejsce wpisane w 2012 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (widnieje na niej pod nazwą Krajobraz kulturowy prowincji Bali – system „subak” jako manifestacja filozofii Tri Hita Karana). Przemierzam plantacje, podziwiając misterne rozwiązania doprowadzające ściśle określoną ilość wody do sadzonek. Otoczone barwnymi kompozycjami roślinnymi świątynie wodne, które wystają ponad soczystą zieleń, spełniają również bardzo pragmatyczną funkcję. Służą do wytyczania poszczególnych poletek. Stanowią też centrum całego systemu składającego się z kanałów i śluz, zwanego subak, którego dzieje sięgają IX w. Jest on odzwierciedleniem ideałów Tri Hita Karana, filozofii łączącej sferę ducha, światów ludzi i przyrody, powstałej w wyniku kontaktów kulturalnych między Bali i Indiami na przestrzeni ostatnich 2000 lat.


Tutejszy ryż smakuje przepysznie. Mogłem się o tym przekonać w miejscowej knajpce. Podaje się w niej m.in. specyficzny lekko alkoholowy napój w intensywnie zielonym kolorze, niesamowity różowy ryż czy jedną z klasycznych potraw Indonezji – nasi goreng. Jej podstawę stanowi smażony ryż i jajko, do których kucharz dodaje według uznania warzywa, różne mięsa lub owoce morza. Warto pozostać tu dłużej, aby w spokoju delektować się niezwykłymi widokami i potrawami.


Następnie udaję się do XVI-wiecznej hinduistycznej świątyni wznoszącej się na skale wystającej z wody. Jej nazwa – Tanah Lot – w języku balijskim oznacza po prostu „Ziemia w morzu”. To jedno z najświętszych miejsc na wyspie. W grocie pod świątynią odbywa się misterium, do którego ustawia się kolejka pielgrzymów i zaciekawionych przybyszów. Ja także znajduję się w ich gronie. Oddajemy się obrządkowi publicznego oczyszczenia, kapłan kciukiem naznacza nasze czoła ryżem. Za ucho wkładają nam mały symboliczny kwiat. Na tacach trzymanych przez ubranych w białe szaty mężczyzn ląduje za każdym razem kilka tysięcy rupii indonezyjskich, czyli mniej więcej kilka złotych.


Po takiej odnowie duchowej zasiadam w restauracji z widokiem na cały klif i świątynię. Obok, w niewielkim teatrze na świeżym powietrzu odbywa się słynny spektakl indonezyjski kecak. Jest on hipnotyzującym połączeniem gry aktorskiej, śpiewu i tańca. Zaczyna się zawsze tuż przed zachodem słońca. Aktorzy w demonicznych maskach odgrywają swoje role przy wtórze chóru półnagich śpiewaków siedzących wokół centralnego postumentu (małej świątyni), na którym palą się ognie.


BALIJSKI SYLWESTER

Na Bali obchodzi się bardzo wiele świąt. Ja trafiłem na Nyepi (dzień Nowego Roku w kalendarzu balijskim) wypadające w marcu (niekiedy w kwietniu). Miejsce, w którym znalazłem się w tym czasie, było idealne. Nowoczesny resort De Klumpu Bali zbudowano w tradycyjnym i ekologicznym stylu pośród pól ryżowych w pobliżu malowniczej świątyni i wioski, w której urodził się Putu Winastra, właściciel kompleksu i pięknej rezydencji o cechach typowej balijskiej architektury. Właśnie w tej charakterystycznej dla Bali osadzie, gdzie każdy dom ma swoją małą świątynię, uczestniczyłem (jako jedyny turysta) w całodniowych obchodach wigilii Nyepi. Składano dary bogom, odprawiano kolorowe rytuały religijne, brano udział w grach hazardowych czy walkach kogutów. Kulminacyjny punkt święta stanowił Ngrupuk, popołudniowa parada kilkudziesięciu olbrzymich wielobarwnych rzeźb wykonanych ze sklejonego papieru, przedstawiających hinduistyczne bóstwa oraz mitologiczne demony (ogoh-ohog), niesionych na specjalnych konstrukcjach na ramionach dorosłych, młodzieży i dzieci. Wiele z tych pochodów, którym towarzyszyły koncerty żywiołowej muzyki gamelan, kończyło się szalonym tańcem i niszczeniem tych strasznych postaci. Ciemności nocy rozjaśniały blaskiem ognia podpalane figury.


Następnego ranka zaczyna się Nyepi (Dzień Ciszy) – czas refleksji, zadumy, planów na nowy rok, robienia postanowień i zmian na lepsze. Nikt nie opuszcza wtedy swojego domu. Na całej wyspie panuje błogi spokój. Nie działa komunikacja, nawet lotniska nie obsługują pasażerów. Ja z resortu wymknąłem się jedynie do sąsiedniej świątyni. Pozostały czas spędzałem na smakowaniu serwowanych gościom tradycyjnych balijskich potraw, kąpieli w basenie, lekturze, podziwianiu z mojego tarasu wspaniałych widoków na Agung (3031 lub 3142 m n.p.m.) – najwyższy i ciągle czynny wulkan Bali.


Kolejny dzień zaczynam wyprawą do niedawno odkrytego malowniczego wodospadu. Z moim przewodnikiem najpierw maszerujemy przez pola ryżowe, potem mijamy małą osadę i świątynie, przedzieramy się przez fragment dżungli, pokonujemy chybotliwy most nad głębokim jarem. Zawiesiwszy plecaki na drągach, które trzymaliśmy nad głowami, przeprawiamy się przez rzekę zanurzeni po pas w wodzie. Po przekroczeniu wąskiego skalnego kanionu docieramy do wodospadu opadającego z kilkunastu metrów niemal wprost na nas. Nie pozostaje nam nic innego jak się w nim zanurzyć i skorzystać z masażu wodnego. To była prawdziwa frajda.


Po powrocie na polu przy resorcie czeka już na mnie para bawołów z tradycyjnym przyrządem do prac rolniczych. Mam za zadanie przygotować pole pod uprawę ryżu. Na początku brodzę po kostki w błocie, aby za chwilę zostać ochlapany od stóp do głów. Kolejny etap stanowi umieszczanie w ziemi sadzonek. Przy 30-stopniowym upale nie jest to lekka praca. Ja na szczęście na jej zakończenie dostaję lunch i zimne piwo.


Po krótkim odpoczynku udajemy się na drugi koniec wsi do pięknego tradycyjnego domu właściciela resortu De Klumpu Bali – Putu Winastry. Tu przy pomocy miejscowych kucharek uczę się przygotowywać kilka indonezyjskich dań. Muszę przyznać, że sprawiło mi to mnóstwo radości.


KULTURALNA STOLICA BALI

Miasto Ubud to obowiązkowy przystanek dla każdego turysty przemierzającego wnętrze Bali. Mnogość hoteli i pensjonatów powoduje, że trudno wybrać ten najbardziej nam odpowiadający. Ja miałem szczęście być zaproszonym do Suarti Boutique Village, luksusowego resortu leżącego tuż poza centrum. Wychodzący na pola ryżowe obiekt składa się z kilkunastu drewnianych pawilonów umieszczonych pośród zieleni i kanałów z czystą wodą, a także kilku ekskluzywnych domków z własnym basenem. Zaletą tego miejsca jest też bliskość muzeum ARMA (Agung Rai Museum of Art), jednej z najciekawszych placówek w 30-tysięcznym Ubud. W kilku stojących w pięknym parku budynkach galerii, stworzonej przez Agunga Raia, zebrano eksponaty sztuki tradycyjnej, współczesnej, balijskiej i światowej. Chwilę wytchnienia da nam mała kafejka (kawa w cenie biletu) sąsiadująca z muzealnym sklepikiem oferującym pamiątki w całkiem rozsądnej cenie. Swoją jakością zdecydowanie przewyższają rzeczy, które znajdziemy w większości turystycznych sklepów w mieście.


Przy centralnej ulicy Ubud, pełnej knajpek, barów i galerii malarstwa, mieści się mnóstwo wspaniałych świątyń i pałaców, które wolno zwiedzać za darmo. Za wstęp zapłacimy jedynie, jeśli będziemy chcieli wziąć udział w wieczornych pokazach tańca balijskiego i muzyki gamelan. To z nich słynie miasto. Świątynię Saraswati (Pura Taman Saraswati) możemy podziwiać, siedząc w Cafe Lotus przy kawie, lokalnym piwie Bintang lub drinku. Z całą pewnością warto również odwiedzić położone za dwoma mostami Muzeum Don Antonio Blanco z pracami ekstrawaganckiego, erotyzującego malarza Antonia Blanco (1912–1999), stylizującego się na Salvadora Dalego. Choć temu twórcy daleko do mistrza surrealizmu, samo miejsce ma interesujący charakter, zupełnie inny od całej wyspy. Z ozdobionego złotymi figurami tancerek dachu budowli rozpościera się widok na okolicę. Wieczorem bary i restauracje przy głównej ulicy Raya Ubud (Jalan Raya Ubud) oraz kilku sąsiednich rozbrzmiewają muzyką i wypełniają się turystami i rozbawioną młodzieżą.


TAJEMNICE HINDUIZMU

Wulkan Batur (1717 m n.p.m.) leży we wnętrzu rozległej kaldery o wymiarach 10 x 13 km z ogromnym jeziorem o tej samej nazwie. Łatwy dostęp do szczytu powoduje, że chętnych do podziwiania wschodu słońca z krawędzi krateru wciąż przybywa. Rozpościerająca się stąd panorama zdecydowanie wynagradza trud, jaki włożymy w półtoragodzinną wspinaczkę. Turyści odwiedzający ten rejon wyspy ograniczają na ogół swój pobyt do jednego noclegu w oferującym bajeczny widok na całą okolicę Lakeview Hotel & Restaurant i nocnego wymarszu na wulkan. Warto tu jednak zatrzymać się na dłużej, aby po zejściu zanurzyć się w gorących źródłach pięknie zagospodarowanego kompleksu basenów wychodzących wprost do jeziora, podziwiać wyjątkową architekturę pobliskich wiosek, zwiedzić drugą pod względem ważności na Bali (zaraz po Pura Besakih na zboczu góry Agung) świątynię Ulun Danu Batur (Pura Ulun Danu Batur) czy poznać tutejsze magiczne miejsca. Wyznaczają je ukryte w bujnych tropikalnych lasach hinduistyczne obiekty sakralne, w których rzeźby swoim kształtem i symboliką przywodzą na myśl raczej wierzenia animistyczne. Jeden z nich stanowi niezmiernie rzadko odwiedzany przez turystów Pura Nunggu. Wykonawcy jego drewnianych posągów inspiracji szukali podczas wielogodzinnych medytacji. Efekty ich pracy są zadziwiające, kojarzą się bardziej z sennymi koszmarami niż relaksującymi wizjami.


Niezwykłym miejscem jest też cmentarz przy jednej z najstarszych miejscowości na Bali. Wioska Trunyan (Terunyan) leży na wprost wulkanu Batur. Dzieli ją od niego jedynie jezioro (Danau Batur). Ta nekropolia to jeden z trzech cmentarzy w rybackiej osadzie, a każdy z nich został przeznaczony dla osób zmarłych innego rodzaju śmiercią. Dostać się do niej można wyłącznie łodzią. Zwłoki układane są pod rosnącym tylko w tym rejonie drzewem taru menyan, które neutralizuje zapach rozkładających się ciał. Znajduje się tu miejsce jedynie dla jedenastu zmarłych. Czaszki i kości poprzedników układa się obok bambusowych klatek służących za tymczasowe trumny. W przylegającej do cmentarza, pochłanianej przez dżunglę świątyni królują wszędobylskie niewielkie małpy. Atmosfera nekropolii przypomina nastrój z filmów grozy.


SIELSKA PÓŁNOC

Większość turystów przybywających na Bali zatrzymuje się na południu wyspy. Przepełniona Kuta wygląda jak typowy nadmorski kurort wypełniony sklepami, hotelami, knajpkami i barami. Ja wybrałem przeciwległą część lądu i niezmąconą ciszę i nienaruszoną naturę północy. W zachodniej części tego regionu, niemal na samym końcu wyspy znalazłem rybacką osadę Pemuteran, malowniczo położoną pomiędzy górami i Morzem Balijskim. Mieszają się w niej wpływy stanowiących większość w Indonezji muzułmanów (87,2 proc. populacji) i balijskich wyznawców hinduizmu. Pobliskie świątynie nie są sakralnymi pomnikami, a żywymi wspólnotami wiernych i kapłanów odprawiających rytuały. Możemy tu uczestniczyć w obrzędach religijnych jednoczących wiejską społeczność.


Nieco inny obraz miejscowości Pemuteran tworzą wyrastające jak grzyby po deszczu nowoczesne kameralne resorty turystyczne. Dzięki czystej wodzie, dbaniu o środowisko naturalne i współpracy właścicieli z lokalną społecznością wypoczynek w tym miejscu jest wyjątkowo relaksujący. Nikt nie narzuca się nam z ofertami nurkowymi, paciorkami czy tureckim kebabem na wynos. W balijskich knajpkach zjemy znakomite balijskie potrawy, w muzułmańskich – muzułmańskie. W resortach wykupimy rejs łodzią rybaków, którzy wypłyną z nami w morze, żebyśmy mogli podziwiać bogactwo tutejszych raf koralowych. W góry zaprowadzą nas lokalni przewodnicy. Obsługę obiektów stanowią wyłącznie mieszkańcy wioski. Prekursorem takiego modelu turystyki w tym rejonie był Agung Prana, który opuścił Denpasar, aby zrealizować swoją wizję wypoczynku w zgodzie z prawami natury, w duchu współpracy, poszanowania prywatności, religii i szacunku dla ludzi. Jego leżący nad brzegiem morza Taman Sari Bali Resort & Spa jest doskonałym odzwierciedleniem tego pomysłu. Dużą wagę przywiązuje się tutaj do odbudowy rafy koralowej. Podczas nurkowania przy plaży bez trudu dostrzeżemy podwodne konstrukcje, na których z użyciem nowoczesnych technologii powstaje ten ekosystem. Kilkaset metrów dalej rafa odnawia się w sposób naturalny. Choć rozwija się wolniej, jej kolory są jeszcze bardziej wyraziste. Kilka dni, które spędziłem w Taman Sari Bali Resort & Spa, sprawiły, że poczułem się wyjątkowo wypoczęty i zrelaksowany. W mojej komfortowej willi z widokiem na morze lubiłem szczególnie ozdobioną wieloma rzeźbami łazienkę pod gołym niebem. Po takim odpoczynku z nowymi siłami ruszyłem dalej w drogę.


SMOKI Z KOMODO

Następnym przystankiem było portowe miasteczko Labuan Bajo położone na Flores w Małych Wyspach Sundajskich (Nusa Tenggara). Przed hotelem stojącym nad samym brzegiem morza gości witała grupa tradycyjnie ubranych śpiewaków. Ceremonia zaczęła się od groźnego wymachiwania szablą, a skończyła na degustacji lokalnego niskoprocentowego trunku. Towarzyszyły jej niemal nieustanne przyjazne uśmiechy wyspiarzy.


Z niewielkiego portu motorówką z trzema potężnymi silnikami wyruszamy w stronę pobliskiego Parku Narodowego Komodo na wizytę u jego niesamowitych mieszkańców. Tutejsze ogromne warany, które przetrwały tylko w tym rejonie świata, nazywa się smokami z Komodo. Spotkanie z nimi to niezwykłe przeżycie, szczególnie że gady nie boją się ludzi i podchodzą zupełnie blisko. O nasze bezpieczeństwo dbają strażnicy uzbrojeni w długie kije rozwidlone na końcu. To wystarczająca obrona, choć te ponad 3-metrowe i ważące do 100 kg największe współcześnie żyjące jaszczurki potrafią rozpędzić się do 20 km/godz. i uderzeniem ogona powalić dużo większego przeciwnika. Atakują znienacka, z ich zachowania nie można odczytać ich zamiarów. Nie wolno więc ignorować ich pozornego spokoju i należy słuchać ostrzeżeń strażników.


Długi trekking po wyspie kończymy wspinaczką na wzgórze, z którego rozciąga się wspaniały widok na Małe Wyspy Sundajskie oraz tutejszą zjawiskową Różową Plażę. Jej biały piasek na kolor różu zabarwiają otwornice. To w to miejsce udajemy się na nurkowanie wzdłuż raf koralowych położonych przy malowniczej linii brzegowej Komodo, gdzie w krystalicznie czystej wodzie podziwiać można setki kolorowych ryb. Na koniec jemy lunch pod kwitnącymi drzewami namorzynowymi.


OSTATNI RAJ NA ZIEMI

Rejon archipelagu Raja Ampat w prowincji Papua Zachodnia promuje się określeniem „ostatni raj na ziemi”. Nie ma w nim zresztą żadnej przesady. Ten region leży na skraju Oceanu Spokojnego. Wszystkich wysp i wysepek naliczono tutaj aż ponad 1500. Miejscowej florze i faunie bliżej do tej australijskiej niż azjatyckiej. Na archipelagu spotkamy np. torbacze. Według badaczy lokalne wody odznaczają się olbrzymią różnorodnością występujących w nich stworzeń. Znajdziemy w nich ponad 1500 gatunków ryb i niemal 540 gatunków koralowców, w tym wiele endemicznych.


Pomiędzy wyrastającymi wprost z oceanu wysepkami i skałami o fantastycznych kształtach usytuowane są niewielkie platformy do nurkowania. Po przybiciu łodzią do jednej z nich oddajemy się przyjemności kąpieli. Tuż obok, nad złocistą plażą chatę na palach zbudował rybak. Wita nas wraz z całą swoją rodziną i oprowadza po skromnym domostwie. Wspinamy się na stromą górę znajdującą się na końcu piaszczystego brzegu. Roztacza się z niej wspaniały widok na całą okolicę. Opływamy ozdobione palmami wysepki otoczone białymi plażami. Woda zmienia barwę od głębokiej zieleni przez turkus aż po srebrzystą szarość, w zależności od głębokości i rodzaju podłoża. Nurkujemy w kolejnym bajecznym miejscu z niesamowicie kolorowymi koralowcami. Setki ryb przemykają przed moją maską, niektóre podpływają zupełnie blisko, z ciekawością przyglądając się dziwnemu stworowi w płetwach, i czmychają natychmiast, gdy tylko wysuwam rękę w ich stronę.


Mam nadzieję, że mieszkańcom tego regionu uda się utrzymać obrany przez nich kierunek rozwoju turystyki. Powstają tu jedynie niewielkie klimatyczne resorty. Odwiedzamy jeden z nich – Papua Explorers. Na piaszczystym brzegu wznosi się na palach kilkanaście bungalowów w tradycyjnym papuaskim stylu. Zostały zbudowane z lokalnych materiałów, dostarczanych z okolicznych wiosek. Łoże z baldachimem kusi, aby się na nim wyciągnąć, ale wybieram hamak na werandzie, z której roztacza się przepiękny widok. Można z niej zejść prosto do morza, żeby zażyć orzeźwiającej kąpieli w towarzystwie ławic ryb. W ofercie resortu znajdują się nurkowanie i snorkeling, np. wokół słynących z filmowych plenerów bezludnych wysp Wayag, obserwowanie ptaków czy trekking połączony z wizytami w tutejszych wioskach. Podczas krótkiej wyprawy przez dżunglę dociera się do niezmiernie atrakcyjnego dla miłośników fotografii jeziora leżącego wśród bujnej roślinności. W jego pobliżu spotkamy m.in. indonezyjskie jaszczurki o niebieskich językach (Tiliqua gigas) i gigantyczne ćmy. Zdecydowanie warto zadać sobie nieco trudu i dotrzeć do Raja Ampat, aby ujrzeć ten ostatni raj na ziemi.


GROŹNY WULKAN

Kwaśne jezioro powstałe w jednym z wielu kraterów wulkanu Ijen

172
© JERZY PAWLETA

Wracam na Jawę. Koniecznie chcę zobaczyć jeszcze kilka miejsc. Pierwszym jest Kawah Ijen, czy też Gunung Iljen (2443 m n.p.m.), czynny wulkan wznoszący się wewnątrz ogromnej starej kaldery o średnicy ok. 20 km z kilkunastoma innymi kraterami (najwyższy – Gunung Merapi – ma wysokość 2799 m n.p.m.). Znajduje się w nim urokliwe turkusowe jezioro, piękne i jednocześnie groźne. Uchodzi za największy tego typu silnie zakwaszony akwen na świecie. Ze ścian wulkanu wydobywają się siarczane wyziewy o temperaturze do 300°C. Są one schładzane do postaci ciekłej przez ludzi pracujących w skrajnie niebezpiecznych warunkach. Gdy stygną, zmieniają kolor z czerwonego na jaskrawo żółty. To siarka o czystości dochodzącej do 99 proc. Wśród trujących oparów robotnicy wykuwają ogromne bloki, kruszą je do koszy i wnoszą na krawędź krateru, wspinając się pod górę wąską i urwistą kamienistą ścieżką. Następnie znoszą kosze do miejsca, do którego można dotrzeć ręcznymi wózkami. Siarka jest przeładowywana i transportowana do najbliższej wioski. Ze względu na tak ciężką pracę wykonujący ją ludzie rzadko dożywają 40 lat. O ich zajęciu opowiada wiele reportaży i filmów dokumentalnych. Najsłynniejszy z nich to Śmierć człowieka pracy (Workingman’s Death) z 2005 r. w reżyserii Michaela Glawoggera z muzyką Johna Zorna. Temu tematowi poświęcono w nim jeden z pięciu epizodów.


Ja na Kawah Ijen (Gunung Iljen) wyruszam z ponad 100-tysięcznego miasta Banyuwangi w środku nocy z Jarotem Erdiyanto, przewodnikiem z Banyuwangi Government Culture and Tourism Service. Samochodem docieramy do podnóży wulkanu i przez półtorej godziny wspinamy się na jego krawędź. Zaopatrzeni w latarki i specjalistyczne maski zakrywające usta i nos schodzimy powoli na dno. W ciemnościach mijamy mężczyzn z koszami. Pozdrawiamy się serdecznie. Nie okazują niezadowolenia z faktu, że przeszkadzamy im w ciężkiej pracy. Kiedy odsuwamy się na stromą krawędź ścieżki, aby ich przepuścić, uśmiechają się przyjaźnie. Głęboko w dole mrok nocy rozjaśniają światełka latarek robotników oświetlających żółte płaty rozkuwanych bloków i charakterystyczne niebieskie ognie wydobywające się ze szczelin krateru. Gdy dochodzę do miejsca, gdzie wydobywa się siarkę, nieprzyjemny zapach i gryzący dym stają się trudne do zniesienia. Z pomocą przychodzi nam lekki wiatr, który kieruje trujące opary w stronę jeziora.


Im bliżej wschodu słońca, tym przybywa więcej turystów. My wspinamy się z powrotem na krawędź krateru, aby na nim powitać słońce wychodzące zza sąsiedniego wulkanu. Po drodze kupuję mały kawałek czystej siarki od odpoczywającego tragarza. Z rozmysłem płacę mu za niego więcej, niż zapewne dostanie za cały kosz we wsi. Choć w ten sposób mogę zrewanżować się za jego wyrozumiałość i serdeczny uśmiech.


Widok na Kawah Ijen (Gunung Iljen) o świcie jest niezwykły. Nieckę krateru wypełnionego turkusowym jeziorem przecina gruba smuga szarobiałego dymu wydobywającego się z miejsca eksploatacji siarki. Wierzchołki wulkanów wyrastające wokół powoli zaczyna rozświetlać wstające słońce. To wyjątkowo magiczna chwila.


Podczas powrotu mijamy tragarzy. Kupuję od nich małe figurki wykonane z siarki. W nagrodę dostaję do podniesienia drąg z dwoma pełnymi koszami, które jeden z robotników dźwiga pod górę. Udaje mi się unieść go do kolan (ma wagę ok. 100 kg). Moje wysiłki wywołują uśmiech u tragarzy. Wyczuwam w nim również nieukrywaną dumę z własnej siły i wyjątkowości ich pracy.


DUCHOWE CENTRUM

Z Banyuwangi do 400-tysięcznej Yogyakarty (Jogyakarty) jest mniej więcej 615 km. Jadę tam pociągiem Sri Tanjung. Bilet w klasie ekonomicznej kosztuje tylko 100 tys. rupii indonezyjskich, czyli ok. 30 zł. Podróż trwa ponad 13 godzin. Nie ma wygód, ale klimatyzacja działa.


Yogya (Jogja), jak pieszczotliwie bywa nazywane miasto, stanowi duchową stolicę Jawy. Na bazę wypadową wybieram niewielki obiekt Delta Homestay w rejonie Prawitoraman, który przypomina połączenie klasycznych przedmieść i turystycznej enklawy. Zaletami mojego miejsca zakwaterowania są czysty basen, bliskość biura podróży i knajpki ViaVia Jogja oraz agencji Kaleidoscope of Java Tour (z obu chciałem skorzystać), położenie niedaleko XVIII-wiecznego kompleksu Keraton (Kraton) czy znaczne oddalenie od hałaśliwej, przereklamowanej ulicy handlowej Malioboro.


Zwiedzanie zaczynam od wspomnianego Keratonu, pałacu sułtańskiego, do którego docieram klasyczną lokalną rikszą. Na początek muszę jednak kupić T-shirt. Założyłem koszulkę bez rękawa, a w kompleksie obowiązuje ubiór z zakrytymi ramionami. Zasada ta dotyczy nie tylko kobiet. Straganów jest tyle, że bez problemu udaje mi się spełnić mój zamiar. Oprócz biletu wykupuję zezwolenie na fotografowanie. Za wszystko płacę 13,5 tys. rupii indonezyjskich, czyli ok. 4 zł. To wyjątkowo tanio.


Pałac, a w zasadzie kilka tworzących go pawilonów, znajduje się wewnątrz małego miasteczka otoczonego murami. Mieszka tu mniej więcej 25 tys. ludzi zajmujących się głównie rzemiosłem, handlem i usługami turystycznymi. Jeśli planujemy przywieźć pamiątki z Yogyakarty, to najlepiej kupić je w zaułkach sułtańskiego miasta. Ok. tysiąca osób z tej egzotycznej osady pracuje na stałe w pałacu. Ich zajęcie często ogranicza się do przywdziewania paradnego stroju i uśmiechania się do zwiedzających. W labiryncie pałacowych alejek, placyków i pawilonów łatwo się pogubić. Wtedy pojawiają się wspomniani pracownicy i chętnie pomagają znaleźć drogę, a przy okazji pozują do zdjęć. Polecam tutaj restaurację znajdującą się na obrzeżach pałacu – Balé Raos. Dania są w niej królewskie, a ceny – umiarkowane. Ja zamówiłem tumis buncis udang, czyli krewetki w papryce. Duża szklanka Beer Djawa (bezalkoholowego napoju sułtanów zwanego także Magic Drink) ledwo ugasiła ogień w moim gardle!


Po południu zwiedzam odległą o ponad 15 km od Yogyakarty świątynię Prambanan z połowy IX stulecia. Ten największy hinduistyczny kompleks starożytnej Jawy poświęcony Wisznu, Brahmie i Śiwie znalazł się w 1991 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO nie bez powodu. Jego rzeźby, zdobienia i cała architektura to szczytowe osiągnięcia sztuki hinduizmu w Indonezji. Historia obiektu jest dramatyczna. W wyniku wybuchu wulkanu Merapi (Gunung Merapi), trzęsienia ziemi i zawirowań w dynastiach Jawy niemal zaraz po wybudowaniu ten wspaniały zespół świątynny został opuszczony. Kolejne potężne trzęsienie ziemi w XVI w. dokonało dalszych zniszczeń. Dopiero w 1811 r. Prambanan ponownie odkryli Brytyjczycy. Ucierpiał on jednak znowu podczas niszczycielskiego trzęsienia ziemi na Jawie w maju 2006 r. Dzisiaj ten fantastyczny, w znacznej części odbudowany kompleks podziwiać możemy w pełnej krasie. O skuteczne rozprowadzanie pamiątek zadbano tu w szczególny sposób. Wyjście przez sklepy jest najdłuższe, jakie kiedykolwiek widziałem. To prawdziwy labirynt straganów. Nie ma innej możliwości – trzeba przez nie przejść.


Dzień kończy wizyta w rodzinnej firmie zajmującej się produkcją i sprzedażą słynnej drogiej kawy kopi luwak, wytwarzanej z ziaren, które wydobywane są z odchodów łaskuna muzanga (łaskuna palmowego), nazywanego popularnie cywetą, a lokalnie luwak. Tutaj przydaje się bardzo dobra umiejętność targowania się ze sprzedawcami.


SPEŁNIENIE MARZEŃ

Zobaczyć chińskie Zakazane Miasto w centrum Pekinu, kambodżański Angkor i indonezyjski Borobudur – to od zawsze były moje azjatyckie marzenia. Dwa pierwsze szczęśliwie udało mi się spełnić. Trzecie pozostawało wciąż w sferze planów. Aż w końcu, niemal ostatniego dnia pobytu w Indonezji dotarłem do tego magicznego miejsca, aby spomiędzy stup i 504 posągów Buddy podziwiać wschód słońca wynurzającego się w porannej mgle zza wysokiego na 2914 m n.p.m. wulkanu Merapi (Gunung Merapi, czyli Góry Ognia). Kompleks Borobudur był najlepszym zwieńczeniem mojej wspaniałej indonezyjskiej podróży. Tak ziściłem swoje wielkie marzenie!


Właściwie nie wiadomo kiedy i dlaczego ta największa buddyjska świątynia na świecie dokładnie powstała. Nieznane jest nawet do końca pochodzenie samej nazwy. Budowę Borobudur szacuje się na VIII–IX w. W zapomnienie kompleks popadł już na przełomie X i XI stulecia. W 1814 r. został odkryty przez Brytyjczyków. Od 1991 r. widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


Piramidalna konstrukcja świątyni nawiązuje do buddyjskiej wizji świata. Miałem niezwykłe szczęście, że moją przewodniczką po tym obiekcie była nadzwyczaj sympatyczna Atik z agencji Kaleidoscope of Java Tour. Jako buddystka znakomicie wpisała w dzieje Borobudur opowieść o swoim mocno skomplikowanym życiu. Świetnie udało jej się też przekazać historię życia Buddy wyrytą na niemal 2,7 tys. kamiennych reliefów o łącznej długości ponad 3 km! W drodze powrotnej do Yogyakarty, po lekcji muzyki gamelan, garncarstwa i wyrabiania tofu, zatrzymaliśmy się jeszcze na lunch w rodzinnym domu Atik, gdzie przywitała nas i ugościła jej matka. Chyba nie można sobie wyobrazić piękniejszego zakończenia podróży po tak egzotycznym i wyjątkowym kraju, jakim jest Indonezja.

Artykuły wybrane losowo

Sardynia – miłość od pierwszego wejrzenia

 

ALEKSANDRA GĄSOWSKA

 

 Prawdopodobnie nie da się pojechać na Sardynię i nie wrócić zakochanym w jej klimacie, różnorodności, krajobrazach, atmosferze, kulturze, tradycjach, winie, jedzeniu i ludziach. Są tacy, którzy tu przybyli i już zostali. Aż trudno uwierzyć, że ten raj znajduje się tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, bo już niespełna trzy godziny lotu od Polski.

 

Obecnie Polacy plasują się na dziewiątym miejscu na liście turystów ze świata najliczniej odwiedzających tę piękną wyspę. Ze względu zarówno na coraz bardziej efektywną promocję regionu, jak i uruchomione nowe połączenia lotnicze do Alghero (Wizz Air z Warszawy i Katowic) i Cagliari (Ryanair z Krakowa i Modlina), liczba naszych rodaków wybierających ten kierunek na spędzenie urlopu ciągle rośnie.

 

Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ Sardynii nie da się opisać, trzeba jej doświadczyć każdym zmysłem. Ta wyspa, która była wielokrotnie podbijana, dziś sama podbija serca turystów. Można poczuć się na niej jak dziecko w fabryce czekolady Willy’ego Wonki. Sardynia spełnia marzenia plażowiczów, miłośników sportów ekstremalnych, ludzi lubiących aktywnie spędzać czas w górach i na wodzie, rodzin z dziećmi i seniorów, poszukiwaczy zaginionych cywilizacji, kolekcjonerów wyjątkowego rękodzieła, osób uwielbiających uczestniczyć w barwnych lokalnych świętach i zabawach oraz prawdziwych smakoszy.

 

PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA

 

Sardyńska kuchnia wiele mówi o mieszkańcach wyspy, jej historii i miejscowych tradycjach i jest tak różnorodna jak sami Sardyńczycy. Królują w niej proste, lecz oryginalne i wyraziste smaki, lokalne zwyczaje kulinarne mieszają się z wpływami katalońskimi, arabskimi, liguryjskimi, rzymskimi, genueńskimi, pizańskimi i sabaudzkimi. Z powodu licznych najazdów wyspiarze często chronili się w głębi lądu i osiedlali w centralnej, górzystej jego części. Dlatego też Sardyńczycy zajmują się pasterstwem i rolnictwem, a bardziej niż dania ze stworzeń morskich cenią sobie potrawy z warzyw, baraniny czy koźliny. Ziemię darzą zresztą niebywałym szacunkiem. Być może z tego względu Sardynia wiedzie prym wśród włoskich regionów specjalizujących się w uprawach biologicznych.

 

Bez wątpienia warto tu spróbować przepysznych kiełbas i salami, a w szczególności porceddu – młodego prosięcia (8–10 kg) pieczonego przez wiele godzin na ruszcie, przyprawionego jedynie solą morską i przygotowywanego tradycyjnie przez pasterzy ze wzgórz Barbagii. W tym rejonie hoduje się sardyńską rasę owiec (sarda), których mleko służy do produkcji znakomitych serów. Króluje wśród nich pecorino, w tym pecorino sardo. Co ciekawe, Sardynia jest największym wytwórcą pecorino romano i największym w Europie producentem serów owczych. Powstają tutaj również sery z koziego i krowiego mleka, np. pachnąca świeżością ricotta, która wyśmienicie smakuje z lokalnym miodem i cienkim, chrupiącym sardyńskim chlebem carasau (pane carasau). Ten ostatni przyrządza się według starej receptury. Piecze się go dwukrotnie – przed drugim razem płaski pszeniczny placek rozdziela się jeszcze na pół. Przepis na ten chleb został stworzony z myślą o pasterzach, którzy przebywali z dala od domu przez długie miesiące i potrzebowali zapasów jedzenia. Carasau sprawdzał się znakomicie jako prowiant, ponieważ nadaje się do spożycia nawet do roku od wypieczenia. Na Sardynii niemal w każdej miejscowości znajdziemy nieco inną odmianę tego pieczywa. Różne są także sposoby jego przyrządzania, a w procesie produkcji często uczestniczy kilka domostw.

 

Ze słodkich wypieków warto skosztować pokrytych cytrynowym lukrem ciasteczek mostaccioli czy rujoli z ricotty, kostek z pigwowej marmolady cotognata, orzechowych kulek bucconettos i babeczek zwanych cardinali (cardinales). Poza tym wyśmienicie smakują teżculurgiòni (culurgiònes) – swoim kształtem przypominają pierogi, a konsystencją polskie kopytka, tradycyjnie wypełnia się je nadzieniem z ziemniaków, sera i mięty.

 

Nadmorskie kurorty są rajem dla smakoszy ryb i owoców morza. Na pewno zachwycą ich podawane na rozmaite sposoby małże, langustynki (homarce), krewetki i kraby. Specjałem, którego nie można nie spróbować, jest bottarga, solona i suszona ikra cefala.

 

W sardyńskim winie da się wyczuć ślady czasów, kiedy wyspę zdobywali przedstawiciele różnych kultur, a w szczególności wpływy hiszpańskie. Na Sardynii występuje wiele odmian winorośli, zarówno tych uprawianych w innych regionach Morza Śródziemnego, jak i lokalnych, niespotykanych nigdzie indziej, takich jak Cannonau, Semidano, Nuragus, Girò, Monica, Torbato czy Vernaccia di Oristano. Do owoców morza doskonale pasuje schłodzone wyważone białe Vermentino. Do mięs natomiast Sardyńczycy rekomendują wina czerwone: wytwarzane już przez starożytne ludy Cannonau i cieszące się coraz większą popularnością Carignano del Sulcis.

 

 BOGATA HISTORIA

 

Sardynia to prawdziwa mozaika kultur. Można ją odkrywać całe życie i nigdy nie poznać w pełni. Niektórzy nawet twierdzą, że jest ona zaginioną Atlantydą, a tajemnicza starożytna cywilizacja nuragijska, która rozwijała się na wyspie od XIX do II w. p.n.e., osiągnęła świetność równą wspaniałości mitycznych Atlantów. Jej przedstawiciele nie pozostawili jednak po sobie żadnych tekstów, dlatego przez wiele lat ich kultura uznawana była za bardzo prymitywną i niezasługującą na uwagę. Dopiero od niedawna badacze interesują się nią coraz częściej. Najnowsze odkrycia dowodzą, że cywilizacja ta przeżywała swój największy rozkwit w okresie X–VIII w. p.n.e. Do dziś zachowały się m.in. groby gigantów, statuetki z brązu, rzeźby z piaskowca w Mont’e Prama i zagadkowe kamienne wieże, czyli nuragi. Tych ostatnich obiektów, wciąż w dobrym stanie, na całej Sardynii jest ok. 7 tys. Najwięcej znajduje się w Dolinie Nuragów (Valle dei Nuraghi) w centralnej części lądu. Co ciekawe, niektóre nuragijskie budowle przypominają bardzo architektoniczne konstrukcje z odległych krajów, np. święta studnia Funtana Coberta wBallao wygląda podobnie jak ta zachowana koło wioski Garlo w Bułgarii.

 

Do 238 r. p.n.e. na wyspie panowali Kartagińczycy, których wyparli Rzymianie. Ci pierwsi zostawili po sobie wiele śladów. Do czasów obecnych przetrwały m.in. fragmenty domów, cmentarzy czy sanktuarium (tofet) poświęcone bogini Tanit w starożytnym mieście Nora. Kilka stuleci wcześniej, ok. IX w. p.n.e. u wybrzeży Sardynii zbudowali swoje pierwsze porty handlowe feniccy żeglarze. W 540 r. p.n.e. Fenicjanie weszli w konflikt z miejscową ludnością i zwrócili się o pomoc do Kartaginy, która stopniowo podbiła większość wyspy. Po każdym najeździe rdzenni mieszkańcy przenosili się dalej w głąb lądu, na górzyste tereny Barbagii. Wśród Sardyńczyków nadal żywe jest przekonanie, że do ich małej ojczyzny niebezpieczeństwo zawsze przychodzi od morza. Na Sardynię zawitali również Grecy. W miejscu fenickiej osady założyli w VII w p.n.e. kolonię Olbia, później rozbudowaną przez Kartagińczyków. Obecnie to czwarte największe sardyńskie miasto (z 60 tys. mieszkańców). Znajdują się w nim port morski i lotnisko będące bramą do Szmaragdowego Wybrzeża (Costa Smeralda).

 

Po Rzymianach pojawili się tu Wandalowie (od 456 do 534 r.), Bizantyjczycy i Arabowie. Wyspa należała także do Genui i Pizy, a następnie papież Bonifacy VIII (ok. 1230–1303) podarował ją w 1295 r. władcom Aragonii (na mocy traktatu w Anagni). Kilkaset lat później była nawet krótko (przez kilka lat) w rękach Austrii, która wymieniła ją z Sabaudią na Sycylię. Od 1720 r. Sardynią rozporządzała dynastia sabaudzka i w wyniku tego w 1861 r. stała się ona częścią Włoch. Jednak do dziś wyspiarze mówią, że są przede wszystkim Sardyńczykami, a dopiero potem Włochami.

 

 SARDYŃSKA BARCELONA

 

 Do Alghero możemy dolecieć bezpośrednio z Warszawy i Katowic liniami Wizz Air (w sezonie letnim). Miasto zadziwia już od pierwszych chwil, ponieważ przyjezdni czują się w nim jak na hiszpańskim wybrzeżu. Takie skojarzenia przywodzi na myśl miejscowa architektura, układ uliczek, lokalna kuchnia, przypominający kataloński język (dialekt algherese, alguerés), którym posługują się mieszkańcy, czy też flaga miasta składająca się z żółto-czerwonych pasów. Nawet nazwiska wielu osób brzmią jak w Hiszpanii. Skąd na północnym wschodzie Sardynii wzięła się mała Barcelona (Barceloneta)? Otóż w 1354 r. Alghero zdobył król Piotr IV Aragoński (1319–1387). Sprowadził do niego nowych osadników, m.in. z Katalonii. W 1372 r. Aragończycy wysiedlili ostatnich miejscowych buntowników. Miała to być kara za spisek tutejszej wpływowej genueńskiej rodziny Doria.

 

Obecnie w mieście mieszka na stałe 44 tys. ludzi. Znajdują się w nim małe, klimatyczne restauracje, piękny nadmorski deptak sąsiadujący z aragońskimi basztami, marina i niewielki port, z którego można wyruszyć w rejs wzdłuż wybrzeża i do pobliskich Grot Neptuna (Grotte di Nettuno). Nocny spacer uliczkami urokliwej starej części Alghero, po tętniącym życiem i romantycznym nabrzeżu jest dobrym sposobem na dostrojenie zmysłów do nieśpiesznego rytmu tego niezwykłego miejsca, gdzie wystawy sklepów cieszą oczy wyrobami z wydobywanego nieopodal koralu oraz jedynej w swoim rodzaju ceramiki.

 

W dzień warto wybrać się na wycieczkę łodzią po wcześniejszym zaopatrzeniu się w prowiant – focaccię del Milese, przysmak polecany przez okolicznych mieszkańców. Jeśli nie wieje zbyt mocno, bez problemu dostaniemy się do wspomnianych Grot Neptuna, do których rejsy organizowane są praktycznie co godzinę. Dwa razy w ciągu dnia można także popłynąć na spotkanie z delfinami. Do jaskini dotrzemy również drogą lądową – schodami z 656 stopniami (Escala del Cabirol). Powstały w latach 50. XX w. i prowadzą w dół z malowniczego szczytu klifu Capo Caccia. Niezależnie od wyboru trasy, Groty Neptuna robią na odwiedzających ogromne wrażenie. To jedna z głównych atrakcji na Sardynii. W ich wnętrzu możemy poczuć się jak tytułowy bohater powieści J.R.R. Tolkiena Hobbit, czyli tam i z powrotem w jaskini Golluma. W środku znajduje się słone jezioro Lamarmora o długości 120 m i szerokości 25 m, zasilane przez wodę morską. Choć ścieżka turystyczna ma 580 m, szacuje się, że system grot ciągnie się przez ok. 4 km. Oprócz jeziora, zachwyt budzą ogromne stalaktyty i stalagmity oraz nacieki jaskiniowe. Samo zwiedzanie trwa mniej więcej 40 minut, a wyprawa łodzią z portu w Alghero – 30–40 minut.

 

Pobyt w mieście dostarczy nam rozrywki na nawet kilka dni. Możemy leniwie wylegiwać się na jednej z okolicznych przepięknych plaż, wieczorami wyruszyć na zwiedzanie, wybrać się na zakupy w małych sklepikach, podziwiać zachody słońca przy orzeźwiającym aperitifie. W Alghero warto odwiedzić barokowy kościół jego patrona św. Michała Archanioła (Chiesa di San Michele Arcangelo). Kolorowa kopuła świątyni przepięknie mieni się w słońcu. Poza tym na zainteresowanie zasługuje pochodząca z XVI stulecia Katedra Matki Boskiej Niepokalanej (Cattedrale di Santa Maria Immacolata), skromna z zewnątrz, ale zachwycająca w środku, i XV-wieczny Kościół św. Franciszka (Chiesa di San Francesco, przebudowany w XVI w.) w stylu katalońskiego gotyku. Otaczające zabudowania miejskie baszty i mury chronią je od czasów panowania Aragończyków. Alghero jest jednym z niewielu włoskich miast warownych, w których zachowało się w dobrym stanie ponad 70 proc. murów obronnych. Ciągną się od Forte della Maddalena do Torre di Sulis (Torre dell’Esperò Rejal). Na północny zachód od placu Sulisa (Piazza Sulis) wybrzeża bronią bastiony poświęcone sławnym żeglarzom i podróżnikom: Bastioni Cristoforo Colombo, Bastioni Antonio Pigafetta, Bastioni Ferdinando Magellano i Bastioni Marco Polo.

 

W okolicy Alghero znajduje się nekropolia Anghelu Ruju ze słynnymi grobowcami zwanymi domami wróżek (domus de janas). Wiek tego odkrytego na początku XX stulecia cmentarza szacuje się nawet na 5 tys. lat. Nieopodal miasta jest też kompleks nuragów wraz z otaczającą je wsią i największym obiektem – Palmavera. Budowle powstawały w epoce brązu i żelaza. Oprócz tego warto również wyruszyć na Capo Caccia, zanurzony w szmaragdowym morzu wapienny cypel z licznymi jaskiniami. W jego pobliżu znajduje się wiele miejsc nurkowych, to także odpowiedni teren na trekking lub wspinaczkę.

 

Poza tym w rejonie Alghero można żeglować, pływać motorówką, uprawiać snorkeling, surfować czy wybrać się na degustację wina do winnicy albo odpoczywać na jednej z tutejszych plaż. Niedaleko miasta leży malownicza Spiaggia Lido di San Giovanni. Najbardziej urokliwe plaże są oddalone stąd o zaledwie kilka minut jazdy autobusem lub samochodem. Należą do nich Maria Pia (ok. 4 km), Punta Negra (7 km), La Speranza (9 km), Le Bombarde (10 km), Lazzaretto (11 km) i Mugoni (16 km).

 

Na wspomnienie zasługuje też wreszcie La Pelosa w miejscowości Stintino (mniej więcej 55 km na północ od Alghero). Jej zdjęcia stanowią popularny motyw pocztówek. To jedna z najpiękniejszych plaż nie tylko na Sardynii, ale prawdopodobnie również na świecie. Turkusowe morze oblewa wybrzeże pokryte delikatnym, białym piaskiem. Nieopodal na małej wysepce wznosi się aragońska wieża (Torre della Pelosa). Woda jest przejrzysta i ciepła, można w niej brodzić wiele metrów od brzegu. Niestety, w sezonie La Pelosę wypełniają tłumy turystów. Warto ją jednak odwiedzić nawet tylko dla samego spektakularnego widoku.

 

 REJS PO ARCHIPELAGU

 

 W poszukiwaniu małych, urokliwych plaż koniecznie trzeba pojechać na północny wschód wyspy, czyli na Szmaragdowe Wybrzeże (Costa Smeralda). Swoją nazwę zawdzięcza kolorowi wody, jaki morze przybiera w tej okolicy. Na całodniowy rejs po tutejszym malowniczym archipelagu La Maddalena (Arcipelago di La Maddalena) można wypłynąć z portu w Palau. Tylko wyspy La Maddalena, Caprera i Santo Stefano są zamieszkane, reszta (Spargi, Santa Maria, Budelli i Razzoli) pozostaje dzika i nietknięta ludzką ręką. W styczniu 1994 r. utworzono w tym rejonie Park Narodowy Archipelagu La Maddalena (Parco Nazionale dell’Arcipelago di La Maddalena).

 

Niektórych miejsc w tym niezmiernie ciekawym regionie nie będzie nam dane zobaczyć z bliska. Różową Plażę (Spiaggia Rosa) na Budelli wolno podziwiać jedynie z łodzi. Nazwano ją w ten sposób ze względu na barwę piasku. Charakterystyczne różowe drobiny to w rzeczywistości pokruszone pancerzyki otwornic Miniacina miniacea. Turyści nie mają już tutaj wstępu, ponieważ zabierali ze sobą na pamiątkę nietypowy piasek i w ten sposób niszczyli ten wyjątkowy zakątek. Na pozostałych wyspach również znajdziemy piaszczyste i otoczone skałami zatoczki. Promieniami słońca, przyjemnie ciepłą wodą i piękną przyrodą dookoła nas możemy cieszyć się na plażach na Santa Marii (Cala Santa Maria), Caprerze (Spiaggia di Cala Coticcio) i Spargi (Cala Corsara).

 

Na La Maddalenie pospacerujemy po wąskich uliczkach i zaułkach niewielkiego, uroczego miasteczka o tej samej nazwie. Na Caprerze z kolei odwiedzimy grób Giuseppe Garibaldiego (1807–1882). Ten włoski bohater narodowy umarł właśnie na tej wyspie. Przed śmiercią poprosił podobno o przestawienie swojego łóżka tak, aby mógł z niego widzieć morze.

 

Widok na zabytkowe Alghero od strony morza

Alghero panorama

© UFFICIO STAMPA DELLA REGIONE AUTONOMA DELLA SARDEGNA

 

 LUKSUS I NATURA

 

Costa Smeralda nosi jeszcze jeden przydomek, a mianowicie Wybrzeże VIP-ów. To tutaj największe gwiazdy odpoczywają z dala od błysków fleszy i przybywają miliarderzy, tu odbywają się wykwintne przyjęcia na wartych miliony dolarów jachtach. Do lat 60. XX w. ten rejon Sardynii był miejscem zupełnie dzikim i nieznanym. Mało żyzne ziemie, dziedziczone przez kobiety, nie mały dla Sardyńczyków wartości. Jednak gdy nad tą częścią wyspy przelatywał książę Aga Chan IV, przywódca ismailickich nizarytów, od razu się w niej zakochał. Odkupił więc za grosze od lokalnych właścicieli ich działki i w ciągu dwóch dekad przemienił region w ekskluzywną enklawę dla znanych ludzi, którzy chcieli uciec przed zgiełkiem i rozgłosem.

 

W ten sposób powstała cała infrastruktura umożliwiająca turystom pobyt na Szmaragdowym Wybrzeżu. Osuszono nadbrzeżne mokradła, zbudowano międzynarodowe lotnisko w Olbii i hotele. Od podstaw wzniesiono miejscowość, która stała się synonimem luksusu. Porto Cervo zaprojektował znany włoski architekt Luigi Vietti (przy projektach na Costa Smeralda pracowali jeszcze Francuz Jacques Couëlle i jego syn Savin oraz Włoch Michele Busiri Vici), któremu Aga Chan IV wyznaczył wiele rygorystycznych wytycznych. Przede wszystkim książę zadbał o to, żeby ograniczyć do minimum ingerencję w środowisko naturalne. Architekt otrzymał zadanie wykorzystania zastanych walorów tego miejsca w taki sposób, aby jednocześnie stworzyć miasteczko funkcjonalne, komfortowe i wkomponowane w piękny krajobraz. Wszystkie materiały służące do budowy musiały być dostępne na wyspie. Domy w Porto Cervo nie przewyższają drzew, możemy spotkać tu budynki, w które skały czy roślinność zostały niejako wtopione. To wyjątkowy przykład symbiozy architektury z naturą. Kolory ścian odpowiadają barwie okolicznych skał, kostki brukowe są granitowe, bramy wjazdowe i tarasy wykonano z drewna cedrowego. Wszelkie instalacje ukryto pod ziemią, nie dostrzeżemy też żadnych reklam, ponieważ wieszanie plakatów jest surowo zabronione. Dodatkowo książę roboty budowlane zlecał miejscowej ludności. Dziś sardyńska branża turystyczna szczyci się tym, że za cel stawia sobie dbanie o środowisko naturalne. Gdy Aga Chan IV zaczynał realizować swoje pomysły na Szmaragdowym Wybrzeżu, to podejście wydawało się rewolucyjne.

 

W Porto Cervo znajdują się prywatne rezydencje, mały Kościół Gwiazdy Morza (Chiesa di Stella Maris), luksusowe butiki, restauracje i port, w którym ogromne wrażenie robią zacumowane w nim jachty. Dzięki wyjątkowo harmonijnie zaprojektowanemu otoczeniu podkreślającemu piękno krajobrazu tutejsza marina zachwyca bardziej niż ta w Monako. Porto Cervo jest miejscowością, jakiej nie zobaczymy nigdzie indziej na świecie – ekskluzywną, lecz pełną klasy i nie narzucającą się swoim blichtrem naturze.

 

 OZDOBA WŁOCH

 

 Na północy wyspy nie sposób przeoczyć Castelsardo, prawdziwej perły wśród malowniczych sardyńskich miasteczek. Nad spienionymi morskimi falami i aragońską wieżą góruje w nim zamek. Historia miasta jest długa i pełna intrygujących zwrotów akcji. Za datę powstania Castelsardo przyjmuje się 1102 r., to jednak data umowna. Nowe osady zaczęto wznosić na Sardynii po 1016 r., czyli po pokonaniu muzułmańskiej flotyMudżahida (Mujāhida), władcy Denii, przez połączone siły Sardyńczyków, Pizańczyków i Genueńczyków. W geście wdzięczności za okazaną pomoc czterej królowie sardyńscy podarowali sojusznikom nieurodzajne ziemie nadmorskie, na których ci zbudowali twierdze i skąd rozpoczęli swoją ekspansję na wyspie. Tereny, gdzie dziś znajduje się Castelsardo, otrzymała wpływowa rodzina Doria z Genui, a zamek pozostawał w jej posiadaniu od 1102 do 1448 r. Usytuowana na wzniesieniu budowla była niezmiernie trudna do zdobycia, w środku zebrano zasoby wody pitnej i zapasy jedzenia na kilka lat oblężenia. Panowało przekonanie, że nikt nie podbije tak naprawdę Sardynii, jeśli nie zdobędzie tej fortecy. Początkowo nazywano ją Zamkiem Genueńskim (Castel Genovese), a po zagarnięciu jej przez Aragończyków – Zamkiem Aragońskim (Castel Aragonese). W 1527 r. flota rodziny Doria próbowała odzyskać twierdzę, ale – niestety – po kilku dniach oblężenia musiała przerwać atak. Przez kolejne wieki miasto i cała wyspa zmagały się z głodem i epidemiami. W 1720 r. Castel Aragonese przeszedł w ręce dynastii sabaudzkiej – Wiktor Amadeusz II (1666–1732) dostał Sardynię od Austrii w zamian za Sycylię. Kolejny król, Karol Emanuel III (1701–1773), zmienił w 1769 r. nazwę fortecy na Zamek Sardyński, czyli Castelsardo.

 

Obecnie w twierdzy znajdują się sale ślubne, a także Muzeum Plecionkarstwa Śródziemnomorskiego. Przedmioty z trawy morskiej wyplatano w różnych formach. Pełniły wiele funkcji – służyły za naczynia do użytku domowego, były stosowane do połowu ryb i skorupiaków, wykorzystywano je jako łodzie. W Castelsardo można kupić przepiękne tradycyjne kosze. Nawet jeśli nie należą do najtańszych, są praktyczną i oryginalną pamiątką, bardzo charakterystyczną dla Sardynii, podobnie jak wyroby z korka. Obok zamku wnosi się Konkatedra św. Antoniego Opata (Concattedrale di Sant’Antonio Abate), konsekrowana w 1622 r. Jej ołtarz zdobi XV-wieczny obraz Madonny z Dzieciątkiem na tronie. Warto zwiedzić też katakumby, w których powstała interesująca ekspozycja rzeźb i obrazów. Natomiast Kościół Matki Boskiej Łaskawej (Chiesa di Santa Maria delle Grazie) zachwyca prostotą i skromnym wystrojem. W środku znajdziemy drewnianą rzeźbę Jezusa. W świątyni ma swoją siedzibę Bractwo Krzyża Świętego. Jeżeli dopisze nam szczęście, trafimy na próbę pieśni wielkanocnych, które mężczyźni ze wspólnoty zawsze wykonują w kwartetach. To magiczny, nieporównywalny do niczego rodzaj muzyki. W Wielki Poniedziałek (Lunissanti) w miasteczku odbywa się procesja z krzyżem, podczas której członkowie bractwa, odziani w białe szaty i szpiczaste kaptury, modlą się poprzez swój śpiew.

 

Castelsardo to niezwykłe miejsce. Podczas pobytu na północy Sardynii trzeba koniecznie je odwiedzić i spędzić tu choćby jeden dzień na spacerze i zwiedzaniu. Jeśli poczujemy się zmęczeni, możemy usiąść, aby napić się prosecco i posilić się sardyńskimi przysmakami, najlepiej w którejś z klimatycznych knajpek z przepięknym widokiem na wyjątkowy zamek będący jednym z symboli wyspy.

 

DZIKOŚĆ DUSZY

 

Widok na Nuoro, główny ośrodek miejski we wciąż dzikiej Barbagii

Barbagia2

© JAROSŁAW DĄBROWSKI/AGENCJA-INFINITY.PL

 

W Sardynii łatwo się zakochać i to nie tylko w jej wspaniałych plażach, lecz także malowniczym górzystym wnętrzu lądu. Prawdziwym sercem tej wyspy, które bije nieustannie od dawien dawna, jest Barbagia. Przez zdobywców była nazywana krainą barbarzyńców i bandytów, ale tak naprawdę stanowi ona centrum ojczyzny Sardyńczyków. Tu rodziły się zwyczaje i tradycje. W tej surowej krainie hołdowano również kiedyś prawu wendety. Nad wioskami górują w niej skalne masywy Supramonte i Gennargentu z najwyższym szczytem Punta La Marmora (1834 m n.p.m.). Barbagia to raj dla osób kochających dziką naturę, wyprawy trekkingowe i wspinaczkę oraz… prostą, tradycyjną kuchnię. Charakterystyczne dla tego regionu są też murale – forma społecznej i politycznej ekspresji, których najwięcej znaleźć można w miasteczku Orgosolo. Mieszkańcy tej części wyspy wydają się niejako przyrośnięci do ziemi, a ta odwzajemnia to przywiązanie, choć każda ze stron w tym związku pozostaje tak samo wierna, jak i surowa.

 

JASKINIE I GOŚCINA U PASTERZY

 

Fragment świętej studni w osadzie nuragijskiej Sa Sedda ’e Sos Carros

 

Wykopaliska

© JAROSŁAW DĄBROWSKI/AGENCJA-INFINITY.PL

 

Z Alghero warto wybrać się doBarbagii na wycieczkę jeepami. Wyrusza się na nią z samego rana, żeby o godz. 9.00 przesiąść się w miejscowości Oliena do samochodów i spędzić cały dzień na wyprawie po górach i jaskiniach urozmaiconej oglądaniem stanowiska archeologicznego. Widoki po drodze są przepiękne – gdy po opuszczeniu nadmorskich kurortów przeniesiemy się w głąb Sardynii, możemy poczuć się jak w zupełnie innym świecie. Dobrze zabrać ze sobą przewodników, zwłaszcza osoby pochodzące z tego regionu, które z pasją opowiadają o każdym odwiedzanym miejscu i dzielą się historiami mrożącymi niekiedy krew w żyłach.

 

Jaskinia Sa Oche wita nas sylwetką spoglądającej z półki skalnej czarnej pantery. Otwór w skale przypomina dzikiego kota strzegącego przejścia. Temperatura powietrza znacznie się obniża już kilka metrów od wejścia do groty, co w letnim upale przynosi niezwykłą ulgę. Jaskinia jest tak naprawdę korytem górskiej rzeki wydrążonym przez jej nurt i przez część roku bywa całkowicie zalana. Zanim woda piętrząca się w podziemnych korytarzach wypłynie na zewnątrz, wydaje bardzo donośne odgłosy, czym ostrzega zamieszkujących dolinę ludzi przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Stąd pochodzi nazwa groty. Sa Oche oznacza w języku sardyńskim „głos”.

 

Kolejny punkt wyprawy to stanowisko archeologiczne Sa Sedda ’e Sos Carros – nuragijska wioska zbudowana ok. 1300 r. p.n.e. Kompleks składa się z mniej więcej 150 okrągłych i owalnych chat, centralnej budowli i świątyni. Jednak ze względu na brak funduszy większa część osady nie została odkopana. Do zwiedzania udostępniono zespół świątynny. Powstał on ku czci bóstw wody. Jego centrum wyznacza święta studnia z widocznymi do tej pory głowami muflonów. Kiedyś równomiernie tryskała z nich woda.

 

W okolicy miasteczka Oliena znajduje się Su Gologone, krótki strumień zasilający rzekę Cedrino. W rzeczywistości tworzy on prawdopodobnie podziemną rzekę, której odkryty został jedynie mały fragment. Speleologom podczas kilku niebezpiecznych ekspedycji udało się zejść do tej pory maksymalnie na głębokość 135 m (w 2010 r.). Nad wodą wypływającą ze źródła wznosi się niewielki kościół. Na jego ścianach dostrzeżemy ślady po powodziach nawiedzających tę okolicę. Znaczą mury aż pod sam sufit.

 

Zaledwie kilka kilometrów od Olieny leży jedna z najdzikszych i najbardziej fascynujących części Sardynii – zatoka Orosei (Golfo di Orosei). Za jej wyjątkową ozdobę uchodzą wspaniałe plaże takie jak Cala Goloritzè, Cala Luna i Cala Mariolu oraz przepiękna jaskinia zwana Grotta del Bue Marino.

 

Po całodziennym zwiedzaniu doskonałym odpoczynkiem jest prawdziwa uczta u pasterzy, którzy już od rana przygotowują ricottę i przez wiele godzin pieką porceddu oraz inne mięsiwa. W cieniu drzew można wypocząć, napić się i najeść do syta, a nawet poznać nieco pasterskie zwyczaje. Na przystawkę pasterze podają zimne wędliny i oliwki, pane carasau z miodem i świeżą ricottą, a do tego czerwone wino Cannonau. Danie główne stanowią pieczone kiełbasy i rozpływające się w ustach prosię z rusztu. Na deser są owoce, sery owcze i kozie, liście sałaty rzymskiej polane miodem i… kieliszek grappy. Ten prosty posiłek dostarcza doznań kulinarnych godnych najlepszej restauracji.

 

To tylko krótki opis niewielkiego skrawka Sardynii, na której znajdziemy wszystko, czego turyści mogą zapragnąć. Na zboczach szczytu Bruncu Spina (1829 m n.p.m.) w masywie Gennargentu pojeździmy nawet na nartach. Dlatego po pierwszej wizycie i każdej kolejnej chce się tu znowu wrócić. Nie sposób też poznać do końca całej wyspy, zawsze odkrywa się na niej coś zupełnie nowego. Sardynia jest jednocześnie przystępna i tajemnicza, otwarta i zagadkowa, po prostu niezmiernie fascynująca.

 

Cala Goloritzè, niezmiernie fotogeniczna nieduża plaża w zatoce Orosei

Cala GoloritzÉ

© RENATA TRAVEL

 

 

Dominikana – raj dla każdego

MARCIN WESOŁY

<< Dominikana odcisnęła głęboki ślad w mojej duszy chyba za sprawą emocji, jakie towarzyszą zazwyczaj inicjacji. Pierwszy raz ujrzałem ją ponad 8 lat temu. Wtedy była dla mnie poniekąd tropikalnym zauroczeniem, po którym chce się od razu więcej. Z wprawą prawdziwej łamaczki serc usidliła mnie, oszołomiła i zatrzymała przy sobie na dłużej. Do dzisiaj zresztą pozostaję jej wierny. Dlatego opowiadam o mojej miłości z niegasnącym entuzjazmem. >>

Więcej…

Turystyka aktywna na Wyspach Kanaryjskich

JOANNA CYBULSKA-MIKA
www.wyspy-szczesliwe.pl

<< Wyspy Kanaryjskie najczęściej kojarzą się z błogim wylegiwaniem się pod palmą na wspaniałej, przez cały rok skąpanej w słońcu plaży czy z drinkiem w ręku przy basenie eleganckiego hotelu. Jednak region ten oferuje także niezliczone możliwości dla osób pragnących podczas urlopu zażywać więcej ruchu i poszukiwać nowych wrażeń. Wycieczka statkiem na spotkanie z delfinami, zdobywanie wulkanów pieszo czy na rowerze, ujarzmianie oceanu i wiatru, eksploracja wąwozów i wawrzynowych lasów to tylko kilka z wybranych tutejszych atrakcji dla miłośników turystyki kwalifikowanej. >>

Osoba lubiąca aktywny wypoczynek poczuje się na tym hiszpańskim archipelagu jak ryba w wodzie. Na wybrzeżu zimą temperatury w ciągu dnia rzadko spadają poniżej 20°C, a w lecie nieczęsto przekraczają 29°C, więc na wyspach swój ulubiony sport można uprawiać na świeżym powietrzu o każdej porze roku. Sami Kanaryjczycy wysoko cenią kulturę fizyczną i posiadają doskonałą infrastrukturę do dbania o swoją kondycję. Centra sportowo-rekreacyjne znajdziemy nawet w niewielkich miastach, powszechnie dostępne są sprzęty do ćwiczeń i boiska do gry w piłkę nożną czy siatkówkę, wytyczono również liczne oznakowane szlaki piesze i dla rowerów górskich, a kluby turystyki organizują trekkingi z wykwalifikowanymi przewodnikami. Bardzo dużą popularnością cieszy się tutaj lucha canaria (zapasy kanaryjskie), nadal naucza się też wymagającego dużej sprawności skoku pasterza – salto de pastor – z użyciem długiego kija. Dawniej stanowił on sposób na przekraczanie wąwozów.

Więcej…