Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl

Posągi na terenie świątyni Pura Nunggu
99


Indonezja leży wzdłuż równika. W jej granicach znajduje się 17 508 wysp Archipelagu Malajskiego, z których tylko mniej więcej jedna trzecia – ok. 6 tys. – jest zamieszkała. Tworzą one niezwykłą mozaikę kultur, krajobrazów, zwyczajów, architektury, kuchni i religii. Wciąż można w tym kraju znaleźć wiele jeszcze nieodkrytych miejsc. Czeka w nim na nas z jednej strony błogi wypoczynek w niezmiernie komfortowych warunkach, a z drugiej – fascynująca przygoda. To prawdziwy wakacyjny i podróżniczy raj. 


Jedyne, co pozostaje tu stałe, to temperatura powietrza. W ciągu roku wynosi średnio 28°C na nizinnym wybrzeżu, 26°C w głębi lądu i na terenach wyżynnych oraz 23°C w wyżej położonych regionach górskich. Republika Indonezji uchodzi obecnie za bardzo popularny cel wyjazdów. Pod względem geograficznym położona jest w Azji Południowo-Wschodniej i Oceanii. Od południowego zachodu otacza ją Ocean Indyjski, a od północnego wschodu – Pacyfik. To wyspiarskie państwo graniczy z Malezją (na Borneo), Timorem Wschodnim (na Timorze) i Papuą-Nową Gwineą (na Nowej Gwinei).


Ogromne odległości w Indonezji najwygodniej pokonywać samolotem. Narodowe linie lotnicze Garuda Indonesia stworzyły siatkę połączeń, dzięki którym można łatwo dostać się do najodleglejszych miejsc w kraju. Z dnia na dzień rośnie liczba lotnisk, nawet tych obsługujących loty międzynarodowe.


JAZZOWA STOLICA

Idylliczny archipelag Raja Ampat
Raja Ampat Inseln 3
© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE/WWW.TOURISMUS-INDONESIEN.DE

Stołeczna 10-milionowa Dżakarta zaskakuje nowoczesnymi wieżowcami i gmachami wyrastającymi często z typowego azjatyckiego postkolonialnego chaosu architektonicznego, jaki pozostawili po sobie rozmaici osadnicy. Zakrojone na szeroką skalę inwestycje stopniowo wprowadzają ład w tym mętliku, który Europejczykowi wydaje się nie do ogarnięcia. W Indonezji żyje ok. 256 mln ludzi, z czego aż 57 proc. (145 mln) mieszka na nie tak znów wielkiej Jawie (niemal 130 tys. km² powierzchni). Tutejsze miasta to wielomilionowe molochy, a Dżakarta jest największym z nich. Mimo to podczas zwiedzania z każdą chwilą robi coraz lepsze wrażenie. W jej historycznej części ze zwodzonym mostem widać wpływy holenderskie. Wygląda ona jak wyjęta z dawnych rycin przedstawiających amsterdamskie kanały. Stąd niedaleko już do portu, z którego łodzią motorową możemy wyruszyć do krainy tysiąca wysp.


Lubię mój widok z okna ogromnego tchnącego kolonialną atmosferą Hotelu Borobudur Jakarta na rozległy park z potężną ekspresyjną rzeźbą umieszczoną na cokole wystającym wysoko ponad okazałe drzewa. Dalej widać największy w tej części Azji meczet Istiqlal (Masjid Istiqlal), mogący pomieścić śmiało ponad 120 tys. wiernych. Naprzeciw niego wznosi się strzelista katolicka Katedra Wniebowzięcia NMP. Nazwać ją neogotycką byłoby nadużyciem. Jej wieże przypominają raczej szaleństwa Antoniego Gaudíego w wersji ażurowej. Horyzont zamykają niezliczone drapacze chmur nowoczesnej części miasta. Taka właśnie jest Dżakarta – niezmiernie różnorodna.


Mój hotel stanowił też główną siedzibę odbywającego się na początku marca 2016 r. ważnego wydarzenia muzycznego – Jakarta International Java Jazz Festival, obecnie jednego z największych festiwali jazzowych na świecie. Jego tegoroczna dwunasta edycja robiła porywające wrażenie, zadziwiała znakomitą organizacją i wielkim rozmachem. Wspaniali artyści, w tym światowe gwiazdy występujące na kilkunastu scenach, przyciągnęli niezliczone tłumy słuchaczy i fanów jazzu z Indonezji i całego globu. Lista wykonawców była niewiarygodnie długa, ale wystarczy wymienić tylko niektórych z nich, takich jak Sting, Chris Botti, David Foster, Candy Dulfer, Eric Benét, Larry Coryell, Orquesta Buena Vista Social Club czy Michelle Walker, aby pokazać wysoki poziom imprezy. Wśród znanych muzyków pojawili się również Polacy, np. Wojtek Pilichowski i członkowie zespołu Dwiki Dharmawan & His Polish Friends – Piotr Chęcki, Adam Golicki i Piotr Lemańczyk.


To zresztą nie jedyne polskie akcenty. Jakarta International Java Jazz Festival nie odbyłby się bez Petera Fransa Gonthy, ambasadora Indonezji w Polsce i wielbiciela jazzu i muzyki w ogóle. Dzięki jego pasji i świetnemu zmysłowi organizatorskiemu to wydarzenie z roku na rok staje się coraz bardziej imponujące.


MAGICZNA WYSPA

Aktorzy występujący w balijskich spektaklach często noszą maski

IMG 0628
© JERZY PAWLETA

Lecę na Bali, do 850-tysięcznego Denpasar. Już lotnisko wygląda jak zapowiedź czegoś niezwykłego. Wita mnie potężna i zaskakująca swoim strzelistym kształtem brama, pełna hinduistycznych rzeźb. Jest repliką wejść do największych tutejszych świątyń. Po przejeździe przez niekończący się pasaż restauracyjno-handlowo-usługowy usytuowany wzdłuż wybrzeża docieram do hotelu z otwartym basenem i restauracją na dachu, z którego podziwiać można słońce chowające się za horyzontem wyznaczanym przez Ocean Indyjski. Ja ten spektakl planuję oglądać, jak dziesiątki innych turystów, z plaży usytuowanej po drugiej stronie wąskiej, ale ruchliwej ulicy. Siedzimy na piasku, wpatrując się w linię oddzielającą wodę od nieba i przyglądając się akrobacjom ostatnich tego dnia surferów. Spośród mnóstwa kolczyków, bransoletek czy wisiorków oferowanych przez barwnych sprzedawców wybieramy jedną najbardziej urzekającą ozdobę, aby przypominała nam zachód słońca na Bali.


Potem wybieram się do leżącej poza miastem wioski rybackiej Jimbaran, obecnie popularnego kurortu turystycznego pełnego nadmorskich knajpek. Wszystkie wychodzą wprost na plażę. Stoliki ustawione są na piasku aż do linii wody. Podają tu świeże ryby, owoce morza, lokalne zupy i inne niezliczone orientalne przysmaki. Na stole, pośród migoczących na wietrze świec, ląduje danie sate lilit – typowe dla balijskiej kuchni szaszłyki rybne nadziewane na źdźbła trawy cytrynowej. Według programu CNNGo należą one do 50 najsmaczniejszych potraw na świecie. W pobliżu rozbrzmiewa indonezyjska muzyka. Z cienia nocy wyłania się Balijka i rozpoczyna piękny i skomplikowany taniec. Trudno oderwać od niej oczy.


Następnego dnia jadę na kolejne spotkanie z Bali. Mijam kilometry niskich rodzinnych zabudowań z własnymi świątyniami. Zachwycają mnie przepych architektury, bogata ornamentyka i niezwykłe posągi. Urzeka piękno kompozycji kwiatowych czy roślinnych. Świątynie przydomowe stawia się, żeby oddawać cześć nie tylko hinduistycznym bóstwom, lecz także duchom przodków. W każdej z nich codziennie składana jest ofiara zwana banten (są to zwykle kadzidła, kwiaty, ale też np. ciasteczka, słodycze, owoce, papierosy lub pieniądze).


Jeszcze przed lunchem docieram pod Bratan (2276 m n.p.m.), wulkan z trzema kalderami, często mylonymi z kraterami. Na jego zboczach w sąsiedztwie wioski Jatiluwih usytuowane są opadające tarasowo, malownicze pola ryżowe, miejsce wpisane w 2012 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (widnieje na niej pod nazwą Krajobraz kulturowy prowincji Bali – system „subak” jako manifestacja filozofii Tri Hita Karana). Przemierzam plantacje, podziwiając misterne rozwiązania doprowadzające ściśle określoną ilość wody do sadzonek. Otoczone barwnymi kompozycjami roślinnymi świątynie wodne, które wystają ponad soczystą zieleń, spełniają również bardzo pragmatyczną funkcję. Służą do wytyczania poszczególnych poletek. Stanowią też centrum całego systemu składającego się z kanałów i śluz, zwanego subak, którego dzieje sięgają IX w. Jest on odzwierciedleniem ideałów Tri Hita Karana, filozofii łączącej sferę ducha, światów ludzi i przyrody, powstałej w wyniku kontaktów kulturalnych między Bali i Indiami na przestrzeni ostatnich 2000 lat.


Tutejszy ryż smakuje przepysznie. Mogłem się o tym przekonać w miejscowej knajpce. Podaje się w niej m.in. specyficzny lekko alkoholowy napój w intensywnie zielonym kolorze, niesamowity różowy ryż czy jedną z klasycznych potraw Indonezji – nasi goreng. Jej podstawę stanowi smażony ryż i jajko, do których kucharz dodaje według uznania warzywa, różne mięsa lub owoce morza. Warto pozostać tu dłużej, aby w spokoju delektować się niezwykłymi widokami i potrawami.


Następnie udaję się do XVI-wiecznej hinduistycznej świątyni wznoszącej się na skale wystającej z wody. Jej nazwa – Tanah Lot – w języku balijskim oznacza po prostu „Ziemia w morzu”. To jedno z najświętszych miejsc na wyspie. W grocie pod świątynią odbywa się misterium, do którego ustawia się kolejka pielgrzymów i zaciekawionych przybyszów. Ja także znajduję się w ich gronie. Oddajemy się obrządkowi publicznego oczyszczenia, kapłan kciukiem naznacza nasze czoła ryżem. Za ucho wkładają nam mały symboliczny kwiat. Na tacach trzymanych przez ubranych w białe szaty mężczyzn ląduje za każdym razem kilka tysięcy rupii indonezyjskich, czyli mniej więcej kilka złotych.


Po takiej odnowie duchowej zasiadam w restauracji z widokiem na cały klif i świątynię. Obok, w niewielkim teatrze na świeżym powietrzu odbywa się słynny spektakl indonezyjski kecak. Jest on hipnotyzującym połączeniem gry aktorskiej, śpiewu i tańca. Zaczyna się zawsze tuż przed zachodem słońca. Aktorzy w demonicznych maskach odgrywają swoje role przy wtórze chóru półnagich śpiewaków siedzących wokół centralnego postumentu (małej świątyni), na którym palą się ognie.


BALIJSKI SYLWESTER

Na Bali obchodzi się bardzo wiele świąt. Ja trafiłem na Nyepi (dzień Nowego Roku w kalendarzu balijskim) wypadające w marcu (niekiedy w kwietniu). Miejsce, w którym znalazłem się w tym czasie, było idealne. Nowoczesny resort De Klumpu Bali zbudowano w tradycyjnym i ekologicznym stylu pośród pól ryżowych w pobliżu malowniczej świątyni i wioski, w której urodził się Putu Winastra, właściciel kompleksu i pięknej rezydencji o cechach typowej balijskiej architektury. Właśnie w tej charakterystycznej dla Bali osadzie, gdzie każdy dom ma swoją małą świątynię, uczestniczyłem (jako jedyny turysta) w całodniowych obchodach wigilii Nyepi. Składano dary bogom, odprawiano kolorowe rytuały religijne, brano udział w grach hazardowych czy walkach kogutów. Kulminacyjny punkt święta stanowił Ngrupuk, popołudniowa parada kilkudziesięciu olbrzymich wielobarwnych rzeźb wykonanych ze sklejonego papieru, przedstawiających hinduistyczne bóstwa oraz mitologiczne demony (ogoh-ohog), niesionych na specjalnych konstrukcjach na ramionach dorosłych, młodzieży i dzieci. Wiele z tych pochodów, którym towarzyszyły koncerty żywiołowej muzyki gamelan, kończyło się szalonym tańcem i niszczeniem tych strasznych postaci. Ciemności nocy rozjaśniały blaskiem ognia podpalane figury.


Następnego ranka zaczyna się Nyepi (Dzień Ciszy) – czas refleksji, zadumy, planów na nowy rok, robienia postanowień i zmian na lepsze. Nikt nie opuszcza wtedy swojego domu. Na całej wyspie panuje błogi spokój. Nie działa komunikacja, nawet lotniska nie obsługują pasażerów. Ja z resortu wymknąłem się jedynie do sąsiedniej świątyni. Pozostały czas spędzałem na smakowaniu serwowanych gościom tradycyjnych balijskich potraw, kąpieli w basenie, lekturze, podziwianiu z mojego tarasu wspaniałych widoków na Agung (3031 lub 3142 m n.p.m.) – najwyższy i ciągle czynny wulkan Bali.


Kolejny dzień zaczynam wyprawą do niedawno odkrytego malowniczego wodospadu. Z moim przewodnikiem najpierw maszerujemy przez pola ryżowe, potem mijamy małą osadę i świątynie, przedzieramy się przez fragment dżungli, pokonujemy chybotliwy most nad głębokim jarem. Zawiesiwszy plecaki na drągach, które trzymaliśmy nad głowami, przeprawiamy się przez rzekę zanurzeni po pas w wodzie. Po przekroczeniu wąskiego skalnego kanionu docieramy do wodospadu opadającego z kilkunastu metrów niemal wprost na nas. Nie pozostaje nam nic innego jak się w nim zanurzyć i skorzystać z masażu wodnego. To była prawdziwa frajda.


Po powrocie na polu przy resorcie czeka już na mnie para bawołów z tradycyjnym przyrządem do prac rolniczych. Mam za zadanie przygotować pole pod uprawę ryżu. Na początku brodzę po kostki w błocie, aby za chwilę zostać ochlapany od stóp do głów. Kolejny etap stanowi umieszczanie w ziemi sadzonek. Przy 30-stopniowym upale nie jest to lekka praca. Ja na szczęście na jej zakończenie dostaję lunch i zimne piwo.


Po krótkim odpoczynku udajemy się na drugi koniec wsi do pięknego tradycyjnego domu właściciela resortu De Klumpu Bali – Putu Winastry. Tu przy pomocy miejscowych kucharek uczę się przygotowywać kilka indonezyjskich dań. Muszę przyznać, że sprawiło mi to mnóstwo radości.


KULTURALNA STOLICA BALI

Miasto Ubud to obowiązkowy przystanek dla każdego turysty przemierzającego wnętrze Bali. Mnogość hoteli i pensjonatów powoduje, że trudno wybrać ten najbardziej nam odpowiadający. Ja miałem szczęście być zaproszonym do Suarti Boutique Village, luksusowego resortu leżącego tuż poza centrum. Wychodzący na pola ryżowe obiekt składa się z kilkunastu drewnianych pawilonów umieszczonych pośród zieleni i kanałów z czystą wodą, a także kilku ekskluzywnych domków z własnym basenem. Zaletą tego miejsca jest też bliskość muzeum ARMA (Agung Rai Museum of Art), jednej z najciekawszych placówek w 30-tysięcznym Ubud. W kilku stojących w pięknym parku budynkach galerii, stworzonej przez Agunga Raia, zebrano eksponaty sztuki tradycyjnej, współczesnej, balijskiej i światowej. Chwilę wytchnienia da nam mała kafejka (kawa w cenie biletu) sąsiadująca z muzealnym sklepikiem oferującym pamiątki w całkiem rozsądnej cenie. Swoją jakością zdecydowanie przewyższają rzeczy, które znajdziemy w większości turystycznych sklepów w mieście.


Przy centralnej ulicy Ubud, pełnej knajpek, barów i galerii malarstwa, mieści się mnóstwo wspaniałych świątyń i pałaców, które wolno zwiedzać za darmo. Za wstęp zapłacimy jedynie, jeśli będziemy chcieli wziąć udział w wieczornych pokazach tańca balijskiego i muzyki gamelan. To z nich słynie miasto. Świątynię Saraswati (Pura Taman Saraswati) możemy podziwiać, siedząc w Cafe Lotus przy kawie, lokalnym piwie Bintang lub drinku. Z całą pewnością warto również odwiedzić położone za dwoma mostami Muzeum Don Antonio Blanco z pracami ekstrawaganckiego, erotyzującego malarza Antonia Blanco (1912–1999), stylizującego się na Salvadora Dalego. Choć temu twórcy daleko do mistrza surrealizmu, samo miejsce ma interesujący charakter, zupełnie inny od całej wyspy. Z ozdobionego złotymi figurami tancerek dachu budowli rozpościera się widok na okolicę. Wieczorem bary i restauracje przy głównej ulicy Raya Ubud (Jalan Raya Ubud) oraz kilku sąsiednich rozbrzmiewają muzyką i wypełniają się turystami i rozbawioną młodzieżą.


TAJEMNICE HINDUIZMU

Wulkan Batur (1717 m n.p.m.) leży we wnętrzu rozległej kaldery o wymiarach 10 x 13 km z ogromnym jeziorem o tej samej nazwie. Łatwy dostęp do szczytu powoduje, że chętnych do podziwiania wschodu słońca z krawędzi krateru wciąż przybywa. Rozpościerająca się stąd panorama zdecydowanie wynagradza trud, jaki włożymy w półtoragodzinną wspinaczkę. Turyści odwiedzający ten rejon wyspy ograniczają na ogół swój pobyt do jednego noclegu w oferującym bajeczny widok na całą okolicę Lakeview Hotel & Restaurant i nocnego wymarszu na wulkan. Warto tu jednak zatrzymać się na dłużej, aby po zejściu zanurzyć się w gorących źródłach pięknie zagospodarowanego kompleksu basenów wychodzących wprost do jeziora, podziwiać wyjątkową architekturę pobliskich wiosek, zwiedzić drugą pod względem ważności na Bali (zaraz po Pura Besakih na zboczu góry Agung) świątynię Ulun Danu Batur (Pura Ulun Danu Batur) czy poznać tutejsze magiczne miejsca. Wyznaczają je ukryte w bujnych tropikalnych lasach hinduistyczne obiekty sakralne, w których rzeźby swoim kształtem i symboliką przywodzą na myśl raczej wierzenia animistyczne. Jeden z nich stanowi niezmiernie rzadko odwiedzany przez turystów Pura Nunggu. Wykonawcy jego drewnianych posągów inspiracji szukali podczas wielogodzinnych medytacji. Efekty ich pracy są zadziwiające, kojarzą się bardziej z sennymi koszmarami niż relaksującymi wizjami.


Niezwykłym miejscem jest też cmentarz przy jednej z najstarszych miejscowości na Bali. Wioska Trunyan (Terunyan) leży na wprost wulkanu Batur. Dzieli ją od niego jedynie jezioro (Danau Batur). Ta nekropolia to jeden z trzech cmentarzy w rybackiej osadzie, a każdy z nich został przeznaczony dla osób zmarłych innego rodzaju śmiercią. Dostać się do niej można wyłącznie łodzią. Zwłoki układane są pod rosnącym tylko w tym rejonie drzewem taru menyan, które neutralizuje zapach rozkładających się ciał. Znajduje się tu miejsce jedynie dla jedenastu zmarłych. Czaszki i kości poprzedników układa się obok bambusowych klatek służących za tymczasowe trumny. W przylegającej do cmentarza, pochłanianej przez dżunglę świątyni królują wszędobylskie niewielkie małpy. Atmosfera nekropolii przypomina nastrój z filmów grozy.


SIELSKA PÓŁNOC

Większość turystów przybywających na Bali zatrzymuje się na południu wyspy. Przepełniona Kuta wygląda jak typowy nadmorski kurort wypełniony sklepami, hotelami, knajpkami i barami. Ja wybrałem przeciwległą część lądu i niezmąconą ciszę i nienaruszoną naturę północy. W zachodniej części tego regionu, niemal na samym końcu wyspy znalazłem rybacką osadę Pemuteran, malowniczo położoną pomiędzy górami i Morzem Balijskim. Mieszają się w niej wpływy stanowiących większość w Indonezji muzułmanów (87,2 proc. populacji) i balijskich wyznawców hinduizmu. Pobliskie świątynie nie są sakralnymi pomnikami, a żywymi wspólnotami wiernych i kapłanów odprawiających rytuały. Możemy tu uczestniczyć w obrzędach religijnych jednoczących wiejską społeczność.


Nieco inny obraz miejscowości Pemuteran tworzą wyrastające jak grzyby po deszczu nowoczesne kameralne resorty turystyczne. Dzięki czystej wodzie, dbaniu o środowisko naturalne i współpracy właścicieli z lokalną społecznością wypoczynek w tym miejscu jest wyjątkowo relaksujący. Nikt nie narzuca się nam z ofertami nurkowymi, paciorkami czy tureckim kebabem na wynos. W balijskich knajpkach zjemy znakomite balijskie potrawy, w muzułmańskich – muzułmańskie. W resortach wykupimy rejs łodzią rybaków, którzy wypłyną z nami w morze, żebyśmy mogli podziwiać bogactwo tutejszych raf koralowych. W góry zaprowadzą nas lokalni przewodnicy. Obsługę obiektów stanowią wyłącznie mieszkańcy wioski. Prekursorem takiego modelu turystyki w tym rejonie był Agung Prana, który opuścił Denpasar, aby zrealizować swoją wizję wypoczynku w zgodzie z prawami natury, w duchu współpracy, poszanowania prywatności, religii i szacunku dla ludzi. Jego leżący nad brzegiem morza Taman Sari Bali Resort & Spa jest doskonałym odzwierciedleniem tego pomysłu. Dużą wagę przywiązuje się tutaj do odbudowy rafy koralowej. Podczas nurkowania przy plaży bez trudu dostrzeżemy podwodne konstrukcje, na których z użyciem nowoczesnych technologii powstaje ten ekosystem. Kilkaset metrów dalej rafa odnawia się w sposób naturalny. Choć rozwija się wolniej, jej kolory są jeszcze bardziej wyraziste. Kilka dni, które spędziłem w Taman Sari Bali Resort & Spa, sprawiły, że poczułem się wyjątkowo wypoczęty i zrelaksowany. W mojej komfortowej willi z widokiem na morze lubiłem szczególnie ozdobioną wieloma rzeźbami łazienkę pod gołym niebem. Po takim odpoczynku z nowymi siłami ruszyłem dalej w drogę.


SMOKI Z KOMODO

Następnym przystankiem było portowe miasteczko Labuan Bajo położone na Flores w Małych Wyspach Sundajskich (Nusa Tenggara). Przed hotelem stojącym nad samym brzegiem morza gości witała grupa tradycyjnie ubranych śpiewaków. Ceremonia zaczęła się od groźnego wymachiwania szablą, a skończyła na degustacji lokalnego niskoprocentowego trunku. Towarzyszyły jej niemal nieustanne przyjazne uśmiechy wyspiarzy.


Z niewielkiego portu motorówką z trzema potężnymi silnikami wyruszamy w stronę pobliskiego Parku Narodowego Komodo na wizytę u jego niesamowitych mieszkańców. Tutejsze ogromne warany, które przetrwały tylko w tym rejonie świata, nazywa się smokami z Komodo. Spotkanie z nimi to niezwykłe przeżycie, szczególnie że gady nie boją się ludzi i podchodzą zupełnie blisko. O nasze bezpieczeństwo dbają strażnicy uzbrojeni w długie kije rozwidlone na końcu. To wystarczająca obrona, choć te ponad 3-metrowe i ważące do 100 kg największe współcześnie żyjące jaszczurki potrafią rozpędzić się do 20 km/godz. i uderzeniem ogona powalić dużo większego przeciwnika. Atakują znienacka, z ich zachowania nie można odczytać ich zamiarów. Nie wolno więc ignorować ich pozornego spokoju i należy słuchać ostrzeżeń strażników.


Długi trekking po wyspie kończymy wspinaczką na wzgórze, z którego rozciąga się wspaniały widok na Małe Wyspy Sundajskie oraz tutejszą zjawiskową Różową Plażę. Jej biały piasek na kolor różu zabarwiają otwornice. To w to miejsce udajemy się na nurkowanie wzdłuż raf koralowych położonych przy malowniczej linii brzegowej Komodo, gdzie w krystalicznie czystej wodzie podziwiać można setki kolorowych ryb. Na koniec jemy lunch pod kwitnącymi drzewami namorzynowymi.


OSTATNI RAJ NA ZIEMI

Rejon archipelagu Raja Ampat w prowincji Papua Zachodnia promuje się określeniem „ostatni raj na ziemi”. Nie ma w nim zresztą żadnej przesady. Ten region leży na skraju Oceanu Spokojnego. Wszystkich wysp i wysepek naliczono tutaj aż ponad 1500. Miejscowej florze i faunie bliżej do tej australijskiej niż azjatyckiej. Na archipelagu spotkamy np. torbacze. Według badaczy lokalne wody odznaczają się olbrzymią różnorodnością występujących w nich stworzeń. Znajdziemy w nich ponad 1500 gatunków ryb i niemal 540 gatunków koralowców, w tym wiele endemicznych.


Pomiędzy wyrastającymi wprost z oceanu wysepkami i skałami o fantastycznych kształtach usytuowane są niewielkie platformy do nurkowania. Po przybiciu łodzią do jednej z nich oddajemy się przyjemności kąpieli. Tuż obok, nad złocistą plażą chatę na palach zbudował rybak. Wita nas wraz z całą swoją rodziną i oprowadza po skromnym domostwie. Wspinamy się na stromą górę znajdującą się na końcu piaszczystego brzegu. Roztacza się z niej wspaniały widok na całą okolicę. Opływamy ozdobione palmami wysepki otoczone białymi plażami. Woda zmienia barwę od głębokiej zieleni przez turkus aż po srebrzystą szarość, w zależności od głębokości i rodzaju podłoża. Nurkujemy w kolejnym bajecznym miejscu z niesamowicie kolorowymi koralowcami. Setki ryb przemykają przed moją maską, niektóre podpływają zupełnie blisko, z ciekawością przyglądając się dziwnemu stworowi w płetwach, i czmychają natychmiast, gdy tylko wysuwam rękę w ich stronę.


Mam nadzieję, że mieszkańcom tego regionu uda się utrzymać obrany przez nich kierunek rozwoju turystyki. Powstają tu jedynie niewielkie klimatyczne resorty. Odwiedzamy jeden z nich – Papua Explorers. Na piaszczystym brzegu wznosi się na palach kilkanaście bungalowów w tradycyjnym papuaskim stylu. Zostały zbudowane z lokalnych materiałów, dostarczanych z okolicznych wiosek. Łoże z baldachimem kusi, aby się na nim wyciągnąć, ale wybieram hamak na werandzie, z której roztacza się przepiękny widok. Można z niej zejść prosto do morza, żeby zażyć orzeźwiającej kąpieli w towarzystwie ławic ryb. W ofercie resortu znajdują się nurkowanie i snorkeling, np. wokół słynących z filmowych plenerów bezludnych wysp Wayag, obserwowanie ptaków czy trekking połączony z wizytami w tutejszych wioskach. Podczas krótkiej wyprawy przez dżunglę dociera się do niezmiernie atrakcyjnego dla miłośników fotografii jeziora leżącego wśród bujnej roślinności. W jego pobliżu spotkamy m.in. indonezyjskie jaszczurki o niebieskich językach (Tiliqua gigas) i gigantyczne ćmy. Zdecydowanie warto zadać sobie nieco trudu i dotrzeć do Raja Ampat, aby ujrzeć ten ostatni raj na ziemi.


GROŹNY WULKAN

Kwaśne jezioro powstałe w jednym z wielu kraterów wulkanu Ijen

172
© JERZY PAWLETA

Wracam na Jawę. Koniecznie chcę zobaczyć jeszcze kilka miejsc. Pierwszym jest Kawah Ijen, czy też Gunung Iljen (2443 m n.p.m.), czynny wulkan wznoszący się wewnątrz ogromnej starej kaldery o średnicy ok. 20 km z kilkunastoma innymi kraterami (najwyższy – Gunung Merapi – ma wysokość 2799 m n.p.m.). Znajduje się w nim urokliwe turkusowe jezioro, piękne i jednocześnie groźne. Uchodzi za największy tego typu silnie zakwaszony akwen na świecie. Ze ścian wulkanu wydobywają się siarczane wyziewy o temperaturze do 300°C. Są one schładzane do postaci ciekłej przez ludzi pracujących w skrajnie niebezpiecznych warunkach. Gdy stygną, zmieniają kolor z czerwonego na jaskrawo żółty. To siarka o czystości dochodzącej do 99 proc. Wśród trujących oparów robotnicy wykuwają ogromne bloki, kruszą je do koszy i wnoszą na krawędź krateru, wspinając się pod górę wąską i urwistą kamienistą ścieżką. Następnie znoszą kosze do miejsca, do którego można dotrzeć ręcznymi wózkami. Siarka jest przeładowywana i transportowana do najbliższej wioski. Ze względu na tak ciężką pracę wykonujący ją ludzie rzadko dożywają 40 lat. O ich zajęciu opowiada wiele reportaży i filmów dokumentalnych. Najsłynniejszy z nich to Śmierć człowieka pracy (Workingman’s Death) z 2005 r. w reżyserii Michaela Glawoggera z muzyką Johna Zorna. Temu tematowi poświęcono w nim jeden z pięciu epizodów.


Ja na Kawah Ijen (Gunung Iljen) wyruszam z ponad 100-tysięcznego miasta Banyuwangi w środku nocy z Jarotem Erdiyanto, przewodnikiem z Banyuwangi Government Culture and Tourism Service. Samochodem docieramy do podnóży wulkanu i przez półtorej godziny wspinamy się na jego krawędź. Zaopatrzeni w latarki i specjalistyczne maski zakrywające usta i nos schodzimy powoli na dno. W ciemnościach mijamy mężczyzn z koszami. Pozdrawiamy się serdecznie. Nie okazują niezadowolenia z faktu, że przeszkadzamy im w ciężkiej pracy. Kiedy odsuwamy się na stromą krawędź ścieżki, aby ich przepuścić, uśmiechają się przyjaźnie. Głęboko w dole mrok nocy rozjaśniają światełka latarek robotników oświetlających żółte płaty rozkuwanych bloków i charakterystyczne niebieskie ognie wydobywające się ze szczelin krateru. Gdy dochodzę do miejsca, gdzie wydobywa się siarkę, nieprzyjemny zapach i gryzący dym stają się trudne do zniesienia. Z pomocą przychodzi nam lekki wiatr, który kieruje trujące opary w stronę jeziora.


Im bliżej wschodu słońca, tym przybywa więcej turystów. My wspinamy się z powrotem na krawędź krateru, aby na nim powitać słońce wychodzące zza sąsiedniego wulkanu. Po drodze kupuję mały kawałek czystej siarki od odpoczywającego tragarza. Z rozmysłem płacę mu za niego więcej, niż zapewne dostanie za cały kosz we wsi. Choć w ten sposób mogę zrewanżować się za jego wyrozumiałość i serdeczny uśmiech.


Widok na Kawah Ijen (Gunung Iljen) o świcie jest niezwykły. Nieckę krateru wypełnionego turkusowym jeziorem przecina gruba smuga szarobiałego dymu wydobywającego się z miejsca eksploatacji siarki. Wierzchołki wulkanów wyrastające wokół powoli zaczyna rozświetlać wstające słońce. To wyjątkowo magiczna chwila.


Podczas powrotu mijamy tragarzy. Kupuję od nich małe figurki wykonane z siarki. W nagrodę dostaję do podniesienia drąg z dwoma pełnymi koszami, które jeden z robotników dźwiga pod górę. Udaje mi się unieść go do kolan (ma wagę ok. 100 kg). Moje wysiłki wywołują uśmiech u tragarzy. Wyczuwam w nim również nieukrywaną dumę z własnej siły i wyjątkowości ich pracy.


DUCHOWE CENTRUM

Z Banyuwangi do 400-tysięcznej Yogyakarty (Jogyakarty) jest mniej więcej 615 km. Jadę tam pociągiem Sri Tanjung. Bilet w klasie ekonomicznej kosztuje tylko 100 tys. rupii indonezyjskich, czyli ok. 30 zł. Podróż trwa ponad 13 godzin. Nie ma wygód, ale klimatyzacja działa.


Yogya (Jogja), jak pieszczotliwie bywa nazywane miasto, stanowi duchową stolicę Jawy. Na bazę wypadową wybieram niewielki obiekt Delta Homestay w rejonie Prawitoraman, który przypomina połączenie klasycznych przedmieść i turystycznej enklawy. Zaletami mojego miejsca zakwaterowania są czysty basen, bliskość biura podróży i knajpki ViaVia Jogja oraz agencji Kaleidoscope of Java Tour (z obu chciałem skorzystać), położenie niedaleko XVIII-wiecznego kompleksu Keraton (Kraton) czy znaczne oddalenie od hałaśliwej, przereklamowanej ulicy handlowej Malioboro.


Zwiedzanie zaczynam od wspomnianego Keratonu, pałacu sułtańskiego, do którego docieram klasyczną lokalną rikszą. Na początek muszę jednak kupić T-shirt. Założyłem koszulkę bez rękawa, a w kompleksie obowiązuje ubiór z zakrytymi ramionami. Zasada ta dotyczy nie tylko kobiet. Straganów jest tyle, że bez problemu udaje mi się spełnić mój zamiar. Oprócz biletu wykupuję zezwolenie na fotografowanie. Za wszystko płacę 13,5 tys. rupii indonezyjskich, czyli ok. 4 zł. To wyjątkowo tanio.


Pałac, a w zasadzie kilka tworzących go pawilonów, znajduje się wewnątrz małego miasteczka otoczonego murami. Mieszka tu mniej więcej 25 tys. ludzi zajmujących się głównie rzemiosłem, handlem i usługami turystycznymi. Jeśli planujemy przywieźć pamiątki z Yogyakarty, to najlepiej kupić je w zaułkach sułtańskiego miasta. Ok. tysiąca osób z tej egzotycznej osady pracuje na stałe w pałacu. Ich zajęcie często ogranicza się do przywdziewania paradnego stroju i uśmiechania się do zwiedzających. W labiryncie pałacowych alejek, placyków i pawilonów łatwo się pogubić. Wtedy pojawiają się wspomniani pracownicy i chętnie pomagają znaleźć drogę, a przy okazji pozują do zdjęć. Polecam tutaj restaurację znajdującą się na obrzeżach pałacu – Balé Raos. Dania są w niej królewskie, a ceny – umiarkowane. Ja zamówiłem tumis buncis udang, czyli krewetki w papryce. Duża szklanka Beer Djawa (bezalkoholowego napoju sułtanów zwanego także Magic Drink) ledwo ugasiła ogień w moim gardle!


Po południu zwiedzam odległą o ponad 15 km od Yogyakarty świątynię Prambanan z połowy IX stulecia. Ten największy hinduistyczny kompleks starożytnej Jawy poświęcony Wisznu, Brahmie i Śiwie znalazł się w 1991 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO nie bez powodu. Jego rzeźby, zdobienia i cała architektura to szczytowe osiągnięcia sztuki hinduizmu w Indonezji. Historia obiektu jest dramatyczna. W wyniku wybuchu wulkanu Merapi (Gunung Merapi), trzęsienia ziemi i zawirowań w dynastiach Jawy niemal zaraz po wybudowaniu ten wspaniały zespół świątynny został opuszczony. Kolejne potężne trzęsienie ziemi w XVI w. dokonało dalszych zniszczeń. Dopiero w 1811 r. Prambanan ponownie odkryli Brytyjczycy. Ucierpiał on jednak znowu podczas niszczycielskiego trzęsienia ziemi na Jawie w maju 2006 r. Dzisiaj ten fantastyczny, w znacznej części odbudowany kompleks podziwiać możemy w pełnej krasie. O skuteczne rozprowadzanie pamiątek zadbano tu w szczególny sposób. Wyjście przez sklepy jest najdłuższe, jakie kiedykolwiek widziałem. To prawdziwy labirynt straganów. Nie ma innej możliwości – trzeba przez nie przejść.


Dzień kończy wizyta w rodzinnej firmie zajmującej się produkcją i sprzedażą słynnej drogiej kawy kopi luwak, wytwarzanej z ziaren, które wydobywane są z odchodów łaskuna muzanga (łaskuna palmowego), nazywanego popularnie cywetą, a lokalnie luwak. Tutaj przydaje się bardzo dobra umiejętność targowania się ze sprzedawcami.


SPEŁNIENIE MARZEŃ

Zobaczyć chińskie Zakazane Miasto w centrum Pekinu, kambodżański Angkor i indonezyjski Borobudur – to od zawsze były moje azjatyckie marzenia. Dwa pierwsze szczęśliwie udało mi się spełnić. Trzecie pozostawało wciąż w sferze planów. Aż w końcu, niemal ostatniego dnia pobytu w Indonezji dotarłem do tego magicznego miejsca, aby spomiędzy stup i 504 posągów Buddy podziwiać wschód słońca wynurzającego się w porannej mgle zza wysokiego na 2914 m n.p.m. wulkanu Merapi (Gunung Merapi, czyli Góry Ognia). Kompleks Borobudur był najlepszym zwieńczeniem mojej wspaniałej indonezyjskiej podróży. Tak ziściłem swoje wielkie marzenie!


Właściwie nie wiadomo kiedy i dlaczego ta największa buddyjska świątynia na świecie dokładnie powstała. Nieznane jest nawet do końca pochodzenie samej nazwy. Budowę Borobudur szacuje się na VIII–IX w. W zapomnienie kompleks popadł już na przełomie X i XI stulecia. W 1814 r. został odkryty przez Brytyjczyków. Od 1991 r. widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


Piramidalna konstrukcja świątyni nawiązuje do buddyjskiej wizji świata. Miałem niezwykłe szczęście, że moją przewodniczką po tym obiekcie była nadzwyczaj sympatyczna Atik z agencji Kaleidoscope of Java Tour. Jako buddystka znakomicie wpisała w dzieje Borobudur opowieść o swoim mocno skomplikowanym życiu. Świetnie udało jej się też przekazać historię życia Buddy wyrytą na niemal 2,7 tys. kamiennych reliefów o łącznej długości ponad 3 km! W drodze powrotnej do Yogyakarty, po lekcji muzyki gamelan, garncarstwa i wyrabiania tofu, zatrzymaliśmy się jeszcze na lunch w rodzinnym domu Atik, gdzie przywitała nas i ugościła jej matka. Chyba nie można sobie wyobrazić piękniejszego zakończenia podróży po tak egzotycznym i wyjątkowym kraju, jakim jest Indonezja.

Artykuły wybrane losowo

Nieznany niesamowity Honduras

 

Copan Stairs Day

Imponujące Schody Hieroglifów w Copán mają 62 stopnie o szerokości 10 m

© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

IZABELA RUTKOWSKA

 

Honduras jako jeden z niewielu krajów na świecie oparł się masowej turystyce i komercjalizacji. Długo okryty był złą sławą, a to ze względu na niestabilną sytuację polityczną i panującą w nim biedę. Według rozpowszechnionych stereotypów wciąż uchodzi za miejsce niebezpieczne. Jednak podczas wizyty w Hondurasie łatwo odczarujemy ten jego wizerunek. Znajdziemy w nim wszystko, co sprawia, że wyjazd staje się podróżą marzeń. Zanurzymy się tu w krystalicznie czystych, turkusowych wodach Morza Karaibskiego, zakochamy się w pięknych złotych plażach, odkryjemy niezliczone gatunki egzotycznej fauny w tropikalnych lasach i pełne tajemnic ruiny miast niezwykłej cywilizacji Majów.

 

Ten niewielki kraj (jego powierzchnia wynosi prawie 112,5 tys. km2) leży w Ameryce Środkowej, w sąsiedztwie Gwatemali, Salwadoru i Nikaragui. Zamieszkuje go ponad 9,1 mln ludzi. Mniej więcej połowa z nich to katolicy, drugą co do wielkości grupą wyznaniową są protestanci (ok. 40 proc.). Hondurasu nie zalała jeszcze masowa turystyka, co stanowi jego ogromny atut. Jest to świetne miejsce na wyjazdy kulturowe i przyrodnicze oraz wyprawy dla osób aktywnych. Tutejsze wybrzeże Morza Karaibskiego uchodzi za prawdziwy raj dla nurków. Na południowym zachodzie kraju znajduje się zatoka Fonseca (Golfo de Fonseca) wychodząca na Ocean Spokojny. Uważa się ją za jeden z najlepszych naturalnych portów na świecie. Prawie 80 proc. terytorium Hondurasu zajmują wyżyny i góry. Karaibski brzeg o długości mniej więcej 670 km porastają gęste lasy.

 

Honduran cechuje skromność i serdeczność, a także wielka miłość do ojczyzny. Ich ulubionym sportem jest piłka nożna. W lipcu 1969 r. rozegrał się konflikt zbrojny między Hondurasem a Salwadorem. Wojna stu godzin, nazwana przez polskiego reportażystę Ryszarda Kapuścińskiego wojną futbolową, pochłonęła ok. 2 tys. ofiar. Walki przerwała interwencja Organizacji Państw Amerykańskich, lecz napięcie w kontaktach obu krajów utrzymywało się jeszcze latami. Zarzewiem konfliktu miała być rzekomo przegrana honduraskiej drużyny w meczu kwalifikacyjnym do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 1970 odbywającym się 15 czerwca 1969 r. w San Salvadorze (salwadorskiej stolicy). W rzeczywistości jednak stosunki między tymi państwami nie należały do najłatwiejszych już dużo wcześniej. Główny powód wybuchu wojny stu godzin stanowił fakt, że na przygranicznych obszarach Hondurasu masowo osiedlali się salwadorscy rolnicy poszukujący pracy. Honduraskie władze chciały zmusić Salwadorczyków do powrotu do ojczyzny, ale rząd Salwadoru obawiał się, że będą oni żądać reformy rolnej i przydziału ziemi.

 

DZIEDZICTWO MAJÓW

 

Sport, a właściwie sportowe emocje towarzyszyły człowiekowi od zawsze. W Imperium Rzymskim wrażeń dostarczały walki gladiatorów, starożytni Grecy żyli igrzyskami olimpijskimi, natomiast większość ludów prekolumbijskich miała swoją grę w piłkę, czyli juego de pelota.W ruinach majańskich miast w Ameryce Środkowej do dziś zachowały się boiska do grania. Jedno z największych i najbardziej imponujących powstało w Copán, znajdującym się obecnie na zachodzie Hondurasu. Ta mezoamerykańska gra była bardzo trudna i wymagała nie lada umiejętności. Do zawieszonej na wysokości kilku metrów kamiennej obręczy należało trafić podłużną kauczukową piłką (niekiedy nawet 4-kilogramową), którą odbijało się wyłącznie łokciem, kolanem lub biodrem. Gracze używali specjalnych ochraniaczy, często zrobionych z drewna. Z tego, że sport to nie do końca zdrowie, a jego uprawianie może powodować kontuzje i ciężkie obrażenia, Majowie doskonale zdawali sobie sprawę. Oprócz źródła sportowych emocji gra stanowiła też swojego rodzaju rytuał. Często jedna z drużyn składała się z jeńców wojennych i to właśnie ten zespół skazany był na porażkę. Wedle reguł krwawego wariantu rozgrywek kapitan drużyny przegranej tracił głowę. Podczas spaceru po wielkim boisku w Copán łatwo wyobrazić sobie, jak kilkunastu młodzieńców toczy tu walkę na śmierć i życie.

 

Majowie swoje miasta budowali na trudno dostępnym obszarze, w zakątkach głęboko ukrytych wśród gęstych tropikalnych lasów. Dotarcie do nich wymagało znakomitej wiedzy o przyrodzie, tężyzny fizycznej, odwagi i orientacji w terenie. Stanowisko archeologiczne Copán to największe i najlepiej zachowane pozostałości po majańskiej cywilizacji w całym kraju. Koniecznie trzeba je odwiedzić podczas wizyty w Hondurasie. Ruiny zostały odkryte na początku XIX w., ale dopiero w 1841 r. dzięki publikacji amerykańskiego podróżnika Johna Lloyda Stephensa i angielskiego rysownika Fredericka Catherwooda świat dowiedział się więcej o tym niezwykłym miejscu.

 

Tajemniczy Majowie zamieszkiwali półwysep Jukatan i rejony na południe od niego. Do najważniejszych ich ośrodków należały m.in. Chichén Itzá i Palenque (w Meksyku), Tikal (w granicach Gwatemali) czy właśnie Copán. To ostatnie miasto słynie przede wszystkim z najdłuższego znanego majańskiego tekstu utrwalonego pismem hieroglificznym, który opisuje historię jego władców. Znajdziemy go na kamiennych Schodach Hieroglifów prowadzących do centrum ceremonialnego. Składały się na nie świątynie budowane na piramidach schodkowych, zespoły pałacowe, dziedzińce i wspomniane boisko. Na głównym placu mieszkańcy spotykali się w ważnych dla społeczności momentach i z okazji uroczystości religijnych. Znajdowały się tu również stanowiska do prowadzenia niezwykle ważnych dla prekolumbijskich cywilizacji obserwacji astronomicznych. Okres świetności Copán przypada na stulecia od V do VIII. W tym czasie miasto mogło zamieszkiwać nawet 20 tys. osób. Nie bez powodu ośrodek nazywa się Atenami Nowego Świata. Centrum otoczone było dzielnicami mieszkalnymi. W Copán można spędzić cały dzień. Warto przy okazji zajrzeć do tutejszego bardzo ciekawego muzeum archeologicznego.

 

Ten skarb kraju znajduje się jedynie ok. 10 km od gwatemalskiej granicy. Dlatego z Gwatemali często organizuje się fakultatywne wycieczki do Copán. W Hondurasie warto jednak zostać na dużo dłużej.

 

OWOCOWY PORT

 

Na nizinnym obszarze kraju rozciągającym się wzdłuż wybrzeża karaibskiego można spotkać ceibę, w kulturze Majów uważaną za święte drzewo. Jej polska nazwa rodzajowa to puchowiec. Roślina ta występuje licznie w basenie Morza Karaibskiego. Drzewo ma charakterystyczną gładką korę, a z upływem lat pokrywają je gęsto kilkucentymetrowe kolce. Od wieków wykorzystywane jest jako środek leczniczy przy problemach związanych z układem moczowym, jak również przy schorzeniach skóry. Z oleju z nasion ceiby produkuje się mydło. Najcenniejszą jej częścią są jednak włókna nasienne (w formie puchu) o znacznych właściwościach wypornościowych nazywane kapokiem. Wykorzystuje się je w tapicerstwie i jako materiał izolacyjny oraz wypełnia się nimi poduszki i materace (kiedyś używano ich w kamizelkach ratunkowych). Obecnie coraz częściej kapok bywa zastępowany sztucznymi odpowiednikami.

 

Od puchowca pochodzi nazwa trzeciego co do wielkości ośrodka miejskiego Hondurasu. La Ceiba to ponad 200-tysięczne miasto portowe, stolica departamentu Atlántida. Właśnie stąd eksportuje się do Stanów Zjednoczonych owoce z Ameryki Środkowej, m.in. grejpfruty, pomarańcze, cytryny, a przede wszystkim ananasy i banany. Plantacje bananowca są bardzo charakterystycznym elementem krajobrazu północnej i północno-wschodniej części kraju. W 1899 r. powstała spółka United Fruit Company operująca na terenie Ameryki Środkowej i Południowej. Firma była właścicielem największych plantacji i uzależniła Honduras od uprawy bananów, na eksporcie których zarobiła ogromne pieniądze. Miała poza tym znaczący wpływ na politykę w tym kraju i wielu innych, nazywanych z tego względu republikami bananowymi.

 

La Ceiba uchodzi za honduraską stolicę rozrywki. Turyści przyjeżdżają tutaj zwłaszcza w maju na festiwal karnawałowy organizowany ku czci patrona miasta – św. Izydora Oracza.

 

MIESZKAŃCY KARAIBÓW

 

Niedaleko La Ceiby znajduje się Park Narodowy Pico Bonito (Parque Nacional Pico Bonito), drugi co do wielkości w kraju (ok. 1070 km² powierzchni). Majestatyczna góra (Pico Bonito) o charakterystycznym trójkątnym wierzchołku to wizytówka tego portowego miasta. Szczyt położony w paśmie górskim o nazwie Nombre de Dios wznosi się na wysokość 2435 m n.p.m. O wyjątkowości tego obszaru stanowi bogactwo flory i fauny oraz piękno krajobrazu. Na stosunkowo niewielkiej powierzchni rozwinęły się tu różne systemy roślinne, w tym gęste lasy równikowe na wybrzeżu i leśne kompleksy wysokich partii gór. Warto spędzić w tej malowniczej okolicy więcej czasu. Można go poświęcić na wspinaczkę górską, kąpiele w naturalnych akwenach czy obserwowanie ptaków. W tym rejonie występuje ok. 700 ich gatunków! Spotyka się tutaj piękne bławatniki, kolorowe tukany, wielkie czerwone ary i mnóstwo innych fascynujących stworzeń. Rzeka Cangrejal przepływająca przez park idealnie nadaje się na rafting. Jest jednym z najbardziej znanych w Hondurasie miejsc do uprawiania tej aktywności. Obszar parkowy stanowi część mezoamerykańskiego korytarza migracyjnego zwierząt, obejmującego Amerykę Środkową. W krajach leżących w tym regionie występuje mniej więcej 8 proc. znanych na świecie gatunków fauny, w tym wiele endemicznych.

 

Przy opisywaniu tego rejonu naszego globu nie sposób nie wspomnieć o Garifuna, czyli o tzw. Czarnych Karaibach. Ich bardzo liczna społeczność zamieszkuje właśnie tereny nad rzeką Cangrejal w pobliżu Parku Narodowego Pico Bonito. W całym Hondurasie żyje ok. 100 tys. przedstawicieli tej grupy etnicznej, najwięcej spośród wszystkich krajów w basenie Morza Karaibskiego. Garifuna są potomkami rdzennej ludności Karaibów i Afrykańczyków przywiezionych do pracy na plantacjach. Przekazy mówią o dwóch statkach transportujących afrykańskich niewolników, które w 1635 lub 1675 r. rozbiły się w pobliżu wyspy Saint Vincent w archipelagu Małych Antyli. Prawie wszyscy ocaleli i zasymilowali się z miejscowymi Karaibami. Od połowy XVIII w. władzę w rejonie archipelagu zaczęli przejmować Brytyjczycy. Mieszkańcy wysp długo stawiali opór nowym porządkom. Ostatecznie na obszarze brytyjskiej kolonii pozwolono pozostać rdzennej ludności, tzw. Czerwonym Karaibom, resztę zesłano w 1797 r. na wyspę Roatán u wybrzeży Hondurasu. Była ona zbyt mała, aby pomieścić nowych mieszkańców, którzy szybko przenieśli się na kontynent. Kultura dumnych Garifuna rozwija się do dziś i wraz z ich językiem, tańcem i muzyką została wpisana na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Warto spędzić w zamieszkanym przez nich rejonie choć jeden cały dzień i dać się porwać rytmom energetycznych punty i hunguhungu (fedu) czy zagrać w domino przy szklaneczce wyśmienitego honduraskiego rumu. Produkcji tego trunku sprzyjają idealne warunki do uprawiania trzciny cukrowej.

 

AROMATYCZNE PAMIĄTKI

 

Z Hondurasu pochodzi jedna z najlepszych kaw na świecie. Paczka aromatycznych ziaren będzie znakomitą pamiątką lub prezentem z tego kraju. Aby dowiedzieć się czegoś więcej o uprawie kawowców, najlepiej udać się na jedną z licznych plantacji i do palarni kawy. W takich miejscach można spróbować świeżo przyrządzonego napoju i przekonać się, że zazwyczaj różni się on zdecydowanie jakością od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Zmielona kawa w sklepach w Europie często magazynowana bywa nawet ponad rok. O niepowtarzalnym smaku i doznaniach związanych z piciem tego napoju stanowi aromat, a on szybko się ulatnia. Dlatego też zawsze należy kupować kawę w ziarnach. Kawowce uprawiane są w Hondurasie na stokach o odpowiednim nachyleniu i nasłonecznieniu (głównie na terenie departamentu El Paraíso, czyli Raj). Przed palącym słońcem chronią je wysokie drzewa. Od października do stycznia pielęgnowane ręcznie krzewy pokrywają się czerwonymi dojrzewającymi owocami. Po zebraniu przy pomocy prasy pozbawia się je skórki, a następnie płucze i oddziela miąższ w procesie fermentacji. Kolejnym etapem jest suszenie, które niejednokrotnie odbywa się na słońcu. Rozsypane na plandekach ziarna to częsty widok w Hondurasie. Ostatni etap stanowi palenie – końcowe nierzadko odbywa się już w kraju importera. Najwartościowszą honduraską kawę oznacza się symbolem SHG (Strictly High Grown). Pochodzi ona z najlepszych upraw położonych na średniej wysokości ok. 1350 m n.p.m. Za jej kilogram trzeba zapłacić nawet kilkaset złotych.

 

Z Hondurasu warto przywieźć również cygara. W niewielu miejscach na świecie panują sprzyjające warunki do uprawy dobrego tytoniu. Liści z honduraskich plantacji, skoncentrowanych przede wszystkim na żyznym obszarze malowniczej doliny Jamastrán w departamencie El Paraíso, używają najwięksi światowi producenci. Od klimatu, rodzaju gleby, stopnia nasłonecznienia i poziomu wilgotności zależy smak, aromat, rozmiar i kolor cygar. Te z Hondurasu są wyraziste i aromatyczne.

 

KARAIBSKA IDYLLA

 

004PicoBonito
Pico Bonito, motyl Caligo memnon nazywany sową
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

Ten środkowoamerykański kraj to mekka miłośników nurkowania i wędkarstwa. Jego nazwa pochodzi od wyjątkowej głębokości wody w okolicy karaibskiego wybrzeża. W języku hiszpańskim hondo znaczy „głęboki”. Honduras leży wzdłuż drugiej co do wielkości na świecie (mającej długość ok. 1 tys. km) rafy koralowej zwanej Wielką Rafą Koralową Majów (Mezoamerykańskim Systemem Rafy Barierowej). Zwykle kojarzy się z nią Belize i głęboka studnia Great Blue Hole, ale prawdziwe bogactwo podwodnego świata kryje się także nieopodal honduraskiego archipelagu Islas de la Bahía. W jego skład wchodzą główne wyspy Roatán, Guanaja i Útila. Są one łatwo dostępne, a pobyt na nich nie kosztuje na ogół zbyt dużo. Z wyjątkiem rajskiego skrawka lądu, za jaki uważa się słusznie Roatán, nie ma tu rozbudowanych luksusowych hoteli i resortów, za to w wielu miejscach możemy spędzić niezapomniane chwile w hamaku na tarasie drewnianego domku na palach lub na dziewiczej plaży. W okolicach Útili znajdziemy jedne z najzdrowszych i najmniej zniszczonych koralowców w Morzu Karaibskim. Poza tym spotyka się w tym rejonie liczne rekiny wielorybie, płaszczki, homary, krewetki czy mureny. Jeśli dopisze nam szczęście, natkniemy się na stado delfinów. Nie bez powodu wyspa ta (jak zresztą cały archipelag Islas de la Bahía!) uchodzi za jedno z najlepszych miejsc do nurkowania na świecie.

 

 MG 7855

Roatán – tzw. Dolphin Encounter zaprasza na spotkanie i pływanie z delfinami 
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

Miłośnicy żeglarstwa, kajakarstwa, wędkarstwa, trekkingu, obserwacji ptaków i ekoturystyki koniecznie muszą odwiedzić jezioro Yojoa usytuowane na zachodzie kraju, na wysokości ok. 630–700 m n.p.m. Leży ono między szczytami wygasłych wulkanów. To największe naturalne jezioro Hondurasu. Znajdują się tu parki narodowe Montaña Santa Bárbara (Parque Nacional Montaña Santa Bárbara) i Cerro Azul Meámbar (Parque Nacional Cerro Azul Meámbar). Na tym obszarze występują np. legwany, węże, małpy, oceloty i pumy.

 

MIASTO W GÓRACH

 

 F3G1132

Kobiety Garifuna tańczące hunguhungu (fedu)
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

Tegucigalpę, stolicę kraju, zamieszkuje ok. 1,2 mln osób – to ponad jedna ósma ludności całego Hondurasu. Położona u podnóży wzgórza El Picacho, przed wiekami stanowiła ośrodek wydobycia srebra i złota. Miasto sprawia wrażenie nieuporządkowanego. Warto odwiedzić w nim Muzeum Tożsamości Narodowej (Museo para la Identidad Nacional – MIN). W rejonie historycznego centrum wznosi się XVIII-wieczna barokowa Katedra św. Michała Archanioła i budynek Kongresu Narodowego. Miasto często służy turystom za bazę wypadową, ponieważ właśnie stąd bez problemu dostaniemy się do wszystkich najatrakcyjniejszych miejsc w Hondurasie. Niemal z każdego punktu w Tegucigalpie można dostrzec 30-metrową figurę Chrystusa El Picacho ustawioną na szczycie wzgórza El Picacho. Ma ona przynosić nadzieję na lepszą przyszłość krajowi, który w 1821 r. wyrwał się spod hiszpańskiego jarzma i 17 lat później ogłosił pełną niepodległość (26 października 1838 r.), lecz dopiero od niedawna powoli staje na nogi. Ogromną szansą dla tego państwa jest m.in. rozwój turystyki, a temu sprzyja walka ze stereotypami na temat Hondurasu.

 

Aby wczuć się w atmosferę stolicy, warto przystanąć na chwilę i zjeść sprzedawane na każdym rogu arepas, czyli placki z kukurydzy, smażonych platanów czy fasoli. Honduraska kuchnia niewiele różni się od tej spotykanej w innych krajach Ameryki Środkowej. Jej podstawę stanowi ryż, a także fasola przygotowywana na różne sposoby i tortilla. Na śniadanie jada się zwykle tzw. baleadas, czyli właśnie tortille podawane z fasolą, żółtym serem i kwaśną śmietaną. Dodatki zależą – oczywiście – od upodobania. Kilkadziesiąt lempirów (HNL) kosztuje doskonała wersja z awokado, mięsem i wieloma innymi składnikami. Całość doprawia się zazwyczaj bardzo ostrym sosem na bazie papryki jalapeño. Słynny szkocki szef kuchni Gordon Ramsay, który odwiedził Honduras w marcu 2017 r., tak zachwycił się miejscowymi baleadas, że uznał je nawet za zdecydowanie najlepsze latynoamerykańskie danie.    

 

INDIANIE I KOLONIŚCI

 

Ciudad Blanca, legendarne Białe Miasto, można nazwać Atlantydą Ameryki Środkowej. Według wierzeń to właśnie w nim narodził się Pierzasty Wąż (Quetzalcóatl). Uważany był za boga wiatru, nieba, ziemi, wody i płodności. Ok. 300 km od Tegucigalpy archeolodzy odkryli w 2012 r. interesujący zespół ruin. Wiele artefaktów dowodzi, że mogą być to pozostałości legendarnego ośrodka Ciudad Blanca. Stanowisko archeologiczne, którego powierzchnię szacuje się na mniej więcej 50 km², znajduje się w gęstym tropikalnym lesie w historycznym rejonie La Mosquitia (na Wybrzeżu Moskitów – Costa de Mosquitos), na terenie dziewiczego Rezerwatu Biosfery Río Plátano, wpisanego w 1982 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To pełne tajemnic miejsce do dziś chroni wojsko, aby zapobiec kradzieżom. Odnaleziono tu fragmenty starożytnych struktur, w tym ziemnych piramid i placów, oraz liczne przedmioty codziennego użytku.

 

W wielu honduraskich miejscowościach natkniemy się na ślady kolonialnych czasów. Perełką architektury i niezmiernie ciekawym miejscem jest Gracias, dawna stolica Hondurasu (dzisiaj departamentu Lempira), założona w 1536 r. Do najstarszych tutejszych budynków należy świetnie zachowany Kościół La Merced, który powstał na początku XVII w. Obowiązkowo trzeba wybrać się też na spacer do hiszpańskiego Fortu św. Krzysztofa (Fuerte San Cristóbal), z którego rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na całą dolinę. Wiele nazw własnych w Gracias nawiązuje do imienia pochodzącego z tego terenu legendarnego Lempiry (ok. 1499–1537), bohaterskiego władcy Indian Lenca (zamieszkujących terytorium dzisiejszego Hondurasu i Salwadoru), walczącego z hiszpańskimi konkwistadorami w latach 30. XVI stulecia. W pobliżu miasta znajdują się najsłynniejsze naturalne gorące źródła w kraju (Aguas Termales „Presidente”).

 

W tej części Ameryki Środkowej jest jeszcze bezsprzecznie mnóstwo do odkrycia. Nie warto się więc zbyt długo zastanawiać nad decyzją o podróży do wciąż raczej nieznanego turystom, lecz niezmiernie fascynującego Hondurasu. Najlepiej po prostu wyruszyć na spotkanie z wielką przygodą.

Madagaskar a sprawa polska

MAREK RACHOŃ

www.e-rachon.pl

Wyobraźcie sobie egzotyczny kraj, oddalony od Warszawy o jakieś 10 godzin lotu, gdzie pół Polski z całymi rodzinami wyrusza co roku na wakacje. Do tego bez przerwy świeci tam słońce i jest przyjemnie ciepło… Wyobraźcie sobie ląd, na którym tubylcy o skórze w kolorze przypieczonego chleba mówią po polsku. Takim miejscem mógł być Madagaskar. Oczywiście, gdyby historia potoczyła się nieco inaczej. Gdyby Francuzi w latach 30. ubiegłego wieku przekazali nam tę wyspę, a naszym rodakom udało się ją skolonizować. Mielibyśmy wówczas w Afryce trochę polskiej kultury i kuchni, na plażach swojsko brzmiące napisy, a w głębi lądu przewodników posługujących się językiem Miłosza i Gombrowicza. Nasze narodowe linie lotnicze obrałyby Madagaskar za jeden ze swoich głównych wakacyjnych kierunków, a dzieci w szkole uczyłyby się historii tego kraju. Szkoda wam trochę? Bo mnie tak.

Madagaskar ma jednak jeden polski akcent. Chodzi tu o Maurycego Beniowskiego (1746–1786). Malgasze obwołali go w 1776 r. królem wyspy. Chociaż urodził się w Verbó (obecnie słowackie miasteczko Vrbové), na terenie ówczesnych Węgier, uważał się za Polaka, co podkreślał w swoim Pamiętniku.  

Więcej…

Dominikańskie rozmaitości

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

<< „Dominikana, ta czarująca diablica, usidliła mnie, owinęła wokół palca. Wabi feromonami, od których kręci mi się w głowie” – tak przeważnie odpowiadam, kiedy ktoś pyta mnie (a zdarza się to nader często), dlaczego wybrałem ten kraj, dlaczego poświęciłem mu tyle czasu i dlaczego wciąż do niego wracam. Przepadłem na dobre w 2006 r., podczas pierwszej podróży. Zakochałem się od razu! Pamiętam to nocne tropikalne niebo nad Puerto Plata – gwiazdy wisiały tak nisko, że można je było przesuwać dłońmi. I to powietrze, lepkie, wilgotne, nasycone mieszanką odurzających zapachów. Potem Dominikana wzywała mnie wielokrotnie, wymęczyła duchotą i nieziemskim upałem, wyciągnęła ze mnie hektolitry potu, zabrała oszczędności, pozbawiła alternatyw, była zaborcza. Ale dała w zamian jedno – jakąś namiastkę szczęścia, niesłychaną beztroskę, z którą dorosły mężczyzna nie powinien się już tak obnosić. Nie oddałbym ułamka czasu, jaki jej poświęciłem. >>

Niedawno przekonałem się o czymś jeszcze: wspaniale jest pokazywać Dominikanę innym ludziom, na żywo. Uwielbiam spoglądać na miejsca, które dobrze znam, czyimiś oczami. Lubię stanąć z boku i popatrzeć, jak inni reagują, jakie towarzyszą im emocje. Właśnie wtedy dopełnia się podróż, nierzadko w sposób zaskakujący. Najważniejsze są przy tym fascynacja, entuzjazm, świeże wrażenie. Jeśli ktokolwiek miałby ochotę ze mną pojechać, zabiorę go z przyjemnością. Jednak kiedy wróci do domu, odczuje prawdziwy koszt wyprawy – przyjdzie mu słodko cierpieć, bo Dominikana nie pozwoli o sobie zapomnieć. Dominikański bakcyl wnika w duszę trwale i skutecznie.

 

Często otrzymuję pytania, w jaki sposób najlepiej poznawać ten kraj, jaką formę wakacji wybrać: jechać na własną rękę czy skorzystać z licznych ofert biur podróży. Odpowiadam wówczas przewrotnie. Jeśli ktoś znajduje w sobie siłę i czuje potrzebę podróżowania samodzielnego, lubi po prostu być w drodze, pragnie wyjechać po to, aby poznać z bliska miejsca i ludzi – nie ma dla niego lepszego regionu na Karaibach niż Dominikana. To kraj szalonej geografii, fantastycznej energii, niebywale życzliwych mieszkańców, z którego można czerpać garściami. Taki sposób zwiedzania praktykuję od lat i nie zamieniłbym go na żaden inny. Jeżeli z kolei komuś wydaje się, że potrzebuje porządnego odpoczynku w zjawiskowym otoczeniu, blisko basenu i baru z koktajlami oraz plaży ocienionej wysmukłymi palmami kokosowymi, pośród uczynnych ludzi, którzy zrobią wszystko, aby czuł się wyjątkowo od rana do wieczora (co zawiera się w cenie oferty all inclusive) – również powinien zdecydować się na Dominikanę. Taki jest właśnie fenomen tego kraju. A mnie czego brakuje najbardziej, kiedy wracam z tropiku w polskie realia, za czym tęsknię najmocniej, co wspominam najchętniej? Oto krótki przegląd dominikańskich zauroczeń i rozmaitości, do których żywię największy sentyment…

 

Carro público jest niezmiernie popularnym dominikańskim środkiem transportu

© Minis terio de Turis mo de Rep úbli ca Dominicana

 

ZACIEŚNIANIE WIĘZI

Nie mogę bez nich żyć, normalnie funkcjonować w latynoskiej przestrzeni, są mi potrzebne, są użyteczne, charakterne. Stanowią nieodłączną część pejzażu dominikańskich miast takich jak stołeczne Santo Domingo czy Santiago de los Caballeros, mkną też nieprzerwanie gdzieś na północnym wybrzeżu Dominikany, po prostu – rządzą na drogach. Mam na myśli wieloosobowe taksówki, zwane carros públicos. To zwykłe auta osobowe, przeważnie wysłużone toyoty, mazdy lub inne modele wyprodukowane przed laty w Japonii, do których wsiada zawsze więcej pasażerów, niż powinno zgodnie z przepisami. Nie są to żadne wymuskane gabloty, raczej wyjeżdżone gruchoty, 100 razy stukane, obolałe ze starości, bez połowy okablowania, zombie na czterech kółkach, z przebiegiem Ziemia – Księżyc.

Wiele z tych wehikułów działa, o dziwo, normalnie, inne… tylko udają, że jeżdżą. Jednak chętnych do wspólnej podróży nie brakuje. Dlaczego? Bo carros públicos są względnie tanie, łatwo dostępne i wyrobione muzycznie – bachata, merengue, reggaetondudnią w nich aż miło. Co więcej, można w nich zacieśnić (i to dosłownie!) więzi z ludźmi… Kto był w Republice Dominikańskiej i korzystał z tego środka transportu, ten dobrze pamięta chwile ofiarnego dzielenia dyskomfortu ze współpasażerami: ściskanie ud, wciąganie pośladków, skręcanie w precel rąk i nóg.

Łatwo rozpoznać carros públicos po typowych oznaczeniach na dachu, na sfatygowanych drzwiach lub przedniej szybie (bywa, że strzaskanej). Z nich też wiadomo, skąd i gdzie jadą. Ich trasy, tzw. rutas, są ściśle ustalone i zwykle wiodą ważniejszymi komunikacyjnymi arteriami w mieście. Kierowcom wybitnie zależy na wydajnym przewozie pasażerów, dlatego hołdują zasadzie: im większy ścisk, tym lepiej. Powietrze może co najwyżej przez auto przepływać (i jedynie chłodzić podróżnych), a nie nim jechać.

Szczęśliwą liczbą dla każdego kierowcy carro público jest siódemka. Oznacza ona, iż zebrał wreszcie komplet pasażerów i wolno mu wcisnąć mocniej gaz. Nie będzie już ostentacyjnie zwalniał, ciągle trąbił i dawał stojącym na poboczu ludziom sygnałów, że wciąż mogą liczyć na miejsce. To moment, kiedy kierowca sobie odpuszcza. I to nie dlatego, że ma jakieś opory, martwi się o przeciążenie auta czy myśli o kontroli drogowej, nic podobnego. Chętnie by jeszcze kogoś wcisnął na dokładkę i dorzucił do kasy syndykatu, dla którego pracuje, dodatkowe pesos. Tyle że pasażerowie mu na to nie pozwolą – każda „puszka sardynek” ma swoją nieprzekraczalną pojemność! Czasem pozycja, jaką człowiek jest w stanie przybrać w przepełnionym carro público, zawstydziłaby niejednego giętkiego jogina.

Wiem, że wiele osób obawia się korzystać z tych leciwych wehikułów. Zraża je choćby niezbyt zachęcający wygląd. Można to zrozumieć. Z drugiej strony carros públicos to swojego rodzaju zjawisko społeczne – trzeba mu się przyjrzeć, najlepiej podczas obserwacji… uczestniczącej. Kierowcom tych nierzadko aut zombie nie opłaca się ich klepać, reperować, dopieszczać w warsztatach, malować nowym lakierem, dokręcać im reflektorów, podnosić zderzaków piłujących asfalt. Wóz musi jeździć, trzymać się na kołach. I wozić ludzi po swojej odwiecznej, ustalonej trasie. Jego wygląd ma drugo- albo i trzeciorzędne znaczenie. Kiedy dwa gruchoty zderzą się lekko, drasną w korku lub przy innej okazji, to być może nowe wgniecenie wyrówna stare nierówności na karoserii. Samochód nowy lub odrestaurowany nie nadaje się po prostu na carro público. Miejscowi kierowcy o tym wiedzą, a rozbawieni turyści strzelają tym jeżdżącym kuriozom setki zdjęć.

Mam również wielką słabość do innych środków lokalnego transportu. W Dominikanie chodzenie nie jest sprawą oczywistą. Jeśli ktoś spaceruje po mieście albo uprawia trekking w dzikim terenie, bo lubi z natury zdzierać nogi do bólu, to choćby szedł prostą drogą lub krążył po wertepach, może być pewien, że znienacka zjawi się przy nim usłużny osobnik na swoim stalowym rumaku, zwanym tu motoconcho (nowiutkim lub steranym życiem). I na pewno ów osobnik zaproponuje spotkanemu nieznajomemu podwózkę. W Dominikanie transport szuka człowieka, nie odwrotnie. Nieraz ta pogoń za klientem przybiera karykaturalne formy. Jednak nie sposób wyobrazić sobie przemieszczania się po tutejszych miastach, miasteczkach, małych i dużych wioskach bez tych pożytecznych motocykli taksówek. Wszędzie jest ich pełno. Produkują niewyobrażalną ilość spalin, hałasu i zamieszania. Ale wydają się częstokroć niezastąpione. Jeśli mamy w kieszeni trochę zmiętych pesos, a o własnych nogach już dalej nie pójdziemy – zatrzymajmy się. Właściciel motoconcho rozpozna ten sygnał i zjawi się od razu, żeby zabrać nas tam, gdzie tylko zechcemy. Czasem w zakorkowanej polskiej stolicy marzą mi się takie osobliwe rozwiązania komunikacyjne. Tak jak marzy mi się powrót do Río San Juan.

 

 

Kolorowy sklep ze świeżymi owocami i warzywami w spokojnym Río San Juan

© MARCIN WESOŁY/www .caribeya.pl

 

TROPIK DZIWNIE ZNAJOMY

W tym niewielkim miasteczku leżącym na północnym wybrzeżu kraju i pogrążonym w popołudniowym letargu wyczułem niegdyś zapachy znane mi z dzieciństwa, ze wsi mojego zmarłego dziadka. Bardzo mnie to rozczuliło. W parnym tropiku, jakieś 8,5 tys. km od domu, w powietrzu wibrowało coś nieuchwytnego, lecz niesłychanie swojskiego. Na Karaibach zamiast wierzb płaczących rosną palmy królewskie czy kokosowe. Więcej w tym rejonie mangowców niż gruszy lub jabłoni. Przyroda i klimat są inne niż w Polsce, podobnie jak i ludzie. A jednak odnajduję tu ślady czegoś, co mocno utrwaliło mi się w pamięci i za czym tęsknię.

Karaiby to kraina jakby ciągle zawieszona między jawą a snem. Nie dziwi więc fakt, że niektórzy wybitni pisarze, jak choćby Kolumbijczyk Gabriel García Márquez (1927–2014), potrafili czerpać z tej rzeczywistości inspirację do tworzenia wspaniałej, ponadczasowej literatury. W Polsce także miewałem takie miejsca, gdzie świat wydawał się odrealniony, ale już do nich nie wrócę, do tej dziadkowej chałupy, gdzie były cztery sypialnie, każda na inną porę roku...

Za to, na szczęście, mogę ponawiać wizyty w Río San Juan, które działa na mnie jak magnes i skradło mi duszę. Zapewne to za sprawą miejscowych, którzy mówili, że w Río jest tranquilo („spokojnie”), że otacza je piękna naturaleza („przyroda”), że trzeba koniecznie pójść na kameralną plażę, gdzie przychodzą tylko Dominikańczycy. Chodziło im o El Caletón, to cudo leżące kawałek za miasteczkiem. Zwali je pieszczotliwie la playita, całkiem trafnie, bo to rzeczywiście była plażyczka i taką pozostała – 200 m drobnego piasku, morze koloru, jaki od razu można polubić, tafla wody ledwo wzruszona i faktycznie więcej miejscowych niż obcych. Jedni odbywali sjestę, leniuchowali na leżakach stojących pod migdałowcami albo w cieniu wybujałych okazów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), zwanej tu uva de playa („winogronem plażowym”), inni jedli smakowitego kurczaka z ryżem, pili rum Brugal i piwo Presidente, schłodzone, jak Bóg przykazał.

El Caletón nie zmieniła się do dzisiaj, choć wówczas było na niej zupełnie dziko – żadnego normalnego baru czy garkuchni, ludzie przywozili wałówkę ze sobą, siadali i zaczynali biesiadę. Z biegiem czasu powstała wydajniejsza infrastruktura, na szczęście nieinwazyjna, a typowo karaibska, drewniana, idealna, aby zjeść pyszne ryby, owoce morza i wypić piña coladę prosto z wydrążonego ananasa, po czym wyjeść do reszty miąższ. Wciąż mam wiele powodów, żeby tutaj wracać. Zresztą najważniejszy z nich zawiera w sobie wszystkie pozostałe: po prostu Río San Juan wydaje mi się przejmująco znajome, wręcz rodzime i przenosi mnie w lata szczenięce, na dziadkową wieś, dokąd z radością jeździłem, aby spędzać na niej każde wakacje. Dominikańskie siano pachnie tak samo jak polskie, a tutejsze krowy muczą jak nasze. Popołudniami siadywaliśmy z dziadkiem na ławce przed wielką chałupą i wyjadaliśmy z garnka bób, który ugotowała nam babcia. Lubiłem nadgryzać sinawą łupinę bobu, wyciskać z niej miękki środek i go zjadać. Oto Karaiby magiczne, Karaiby zwodnicze – odurzą człowieka, zakpią z niego, namieszają mu w głowie, przeniosą go w czasie i przestrzeni.

 

 

Playa Frontón usytuowana na końcu rajskiego półwyspu Samaná, na wschód od Las Galeras

© MARCIN WESOŁY/www.caribeya.pl

 

PRZYSTANEK W RAJU

Kompletnie odurzony pozostaję też od 2006 r. atmosferą sielskiej miejscowości Las Galeras, leżącej gdzieś na skraju dominikańskiego świata, na półwyspie Samaná. Kiedyś, gdy krążyłem całymi dniami po Santo Domingo z aparatem i notesem, jedynie słyszałem (zazwyczaj od taksówkarzy pochodzących z tamtych rejonów) o tej prawdziwej tierra de coco – „ziemi kokosa”. Mówiono mi, że to piękna okolica, wciąż dzika, bez roju turystów. Byłem zbyt blisko tej kuszącej wizji, aby ją porzucić dla spraw, które mogły poczekać. Zresztą jak dotąd z plaży, morza i słońca miałem w nadmiarze tylko słońce, prażące niemiłosiernie na stołecznych ulicach. A przecież znajdowałem się w Dominikanie, na Karaibach!

Wciąż pamiętam, że ledwo zipiąca toyota pick-up (której pakę wypełniali rozgadani pasażerowie, ich bagaże oraz inwentarz w postaci nadpobudliwych kurczaków) wyhamowała niemalże w lazurowej wodzie zatoki Rincón. W tym miejscu kończyła się droga i kierowca zaczynał fajrant przed kolejnym kursem. Szarawy asfalt zastąpił piasek w kolorze mąki kukurydzianej. Plażę ocieniały pochyłe kokosowe palmy, targane morską bryzą. Miałem przed oczami karaibską pocztówkę, i to bez retuszu. Do dzisiaj opowiadam o tym każdemu, a komu mogę demonstruję ten cud na żywo. Gdy docieram do Las Galeras, niezmiennie ogarnia mnie szczenięcy zachwyt. Co za ulga, że człowiek czasem zapomina, jaki jest dorosły i jak wiele zjadł rozumów. Wtedy reaguje spontanicznie i nie tłumi emocji, a szczęście czyni z niego nieszkodliwego dzikusa.

To malownicze pueblo nieprzerwanie przyciąga swojskością, kameralną atmosferą i spokojem. Człowiek, który pokona kilka tysięcy kilometrów, aby uciec od europejskiej ciasnoty, znajdzie tu kawałek swojego wyczekiwanego raju. Tych, których zabieram do Las Galeras, oczarowuje lokalna gościnność. Jest im tak dobrze, że nie chcą wracać… A ja czerpię z tego ogromną radość. Oczywiście, miejscowość ewoluuje. Zmiany są raczej subtelne, a nie gwałtowne, lecz zauważalne. Prowadzi tutaj już porządna droga, pojawia się coraz więcej komfortowych pensjonatów i hotelików, poza tym niedawno w pobliżu zbudowano stację benzynową (choć pokątny handel paliwem w butelkach po piwie Presidente kwitnie po staremu).

Nie udało mi się uchować tego miejsca przed innymi, o czym na początku naiwnie marzyłem. Po prostu Las Galeras (mimo iż położone pozornie z dala od świata) jest na tyle zjawiskowe, że nie mogło pozostać nieodkryte. Poniekąd daje jakieś wyobrażenie o raju, ze swoimi czarującymi zatoczkami, cichymi plażami i połaciami wybujałej, soczystej roślinności. A ludzie pragną takiej tropikalnej rajskości i zawsze będą jej poszukiwać…

 

 

Pożywna zupa sancocho uważana za jedną z narodowych potraw Republiki Dominikańskiej

© Minis terio de Turis mo de Rep úbli ca Dominicana

 

KULINARNE OBJAWIENIA

W Dominikanie szukam również dobrych smaków, które potem próbuję odtworzyć w Polsce (co tylko połowicznie mi się udaje). Niestety, wiele z tutejszych potraw smakuje dokładnie tak, jak powinno, jedynie w konkretnym miejscu i czasie, w sprzyjającej atmosferze: w przyplażowym barze wymalowanym w barwy reggae, w restauracji położonej na klifie omywanym przez wody zatoki Rincón, w ulicznej garkuchni opartej na grillu skleconym ze starej beczki, w cafeterii liczącej ponad 80 lat, w jadłodajni z domowymi posiłkami, gdzie robotnicy budowlani jedzą obiad w towarzystwie biznesmenów, w otwartym od ćwierćwiecza bistro prowadzonym przez nobliwego dona, któremu kłania się całe miasteczko. Od lat powracam do tych samych punktów gastronomicznych, bo jestem pewny, że zawsze zjem w nich smacznie i nie zapłacę za tę przyjemność wygórowanej ceny. Mam swoje miejscówki w Santo Domingo, Sosúa, Río San Juan czy Las Galeras. Chętnie je zarekomenduję.

Mosha jest Jamajczykiem, który od wielu lat mieszka w Republice Dominikańskiej. Przy plaży Sosúa prowadzi bar „Mosha’s Reggae Lounge”, gdzie serwuje wyśmienitego kurczaka zwanego Jamaican jerk chicken. Przyrządza go z niezwykłą pieczołowitością według oryginalnych rodzinnych receptur, z użyciem blisko 25 różnych składników. Natarte przyprawami kawałki kurczaka są marynowane przez noc, a następnie – co istotne i co podkreśla Mosha – dopiero po złożeniu zamówienia przez klienta piecze się je na grillu węglowym z dodatkiem drewna, co nadaje im wyrazisty dymny smak – charakterystyczną cechę tej potrawy. Dopełnienie stanowi ryż po jamajsku z mlekiem kokosowym (Jamaican rice and peas) oraz świeża sałatka. Pyszne karaibskie jedzenie jest gotowane z pasją i po domowemu. Wszystkie pozycje w menu są wyśmienite i warte swojej ceny. Poza tym Mosha przygotowuje znakomite „poncze na rumie” (rum punches), które potrafią umilić oczekiwanie na danie główne.

Jednym z najważniejszych punktów na kulinarnej mapie obszaru Zona Colonial (Ciudad Colonial) w Santo Domingo jest jadłodajnia „Omeroliza D’Comer”. Warto do niej zajrzeć szczególnie w porze obiadowej. Lokal ten, leżący w nieznacznym oddaleniu od głównego turystycznego deptaku El Conde, cieszy się wielką popularnością wśród miejscowych. Przyciąga pysznym, tanim (i uzależniającym!) jedzeniem z repertuaru kuchni dominikańskiej. Duże porcje nakładane są z sercem przez właścicieli. Mięso wołowe, wieprzowe czy drobiowe przyrządzane na różne sposoby wyczekuje swoich amatorów, zawsze jest soczyste i aromatyczne. Towarzyszą mu rozmaite dodatki: maniok, gotowane i smażone platany (plátanos fritos), fasola w sosie, kawałki dojrzałego, maślanego awokado (w sezonie). Pośród świetnych zup można trafić na słynne treściwe sancocho. Kuszące i obszerne menu zmienia się częściowo każdego dnia, co sprzyja nowym odkryciom i raduje podniebienie. Warto spróbować czegoś nietypowego, jak choćby rabo encendido – pokrojonych ogonów wołowych, duszonych w smacznym, nieco pikantnym sosie. W końcu jak powiedział znany amerykański podróżnik i smakosz Andrew Zimmern (prowadzący pogramy z telewizyjnej serii Bizarre Foods), który uwielbia czerpać przyjemność z oryginalnego jedzenia, jeśli coś wygląda dobrze, zjedz to!. Tutaj wszystko wygląda dobrze, a portfel nie zadrży przy rachunku.

„La Cafetera Colonial”, znana bardziej jako „La Cafetera”, stanowi ikonę obszaru Zona Colonial. Ta kultowa, ponad 85-letnia kawiarnia w sercu kolonialnego Santo Domingo sprawia wrażenie, jakby stała w nim od zawsze, a cała reszta wiekowych murów jest jedynie imponującą dobudówką wokół niej. To kulturalna oś historycznej dzielnicy, azyl intelektualistów, komentatorów politycznych, rozmaitych artystów, ekscentryków i turystów. Wewnątrz przeszłość scala się z teraźniejszością, a człowiek przyjezdny z tutejszym. Wchodząc tu, od razu czujemy dotyk historii, sięgającej pamiętnego 1930 r., kiedy władzę w kraju przejął Rafael Leónidas Trujillo (w praktyce utrzymał ją przez 31 lat, aż zginął w zamachu, choć urząd prezydenta sprawował w sumie jedynie lat 18) i huragan San Zenón zdewastował doszczętnie dominikańską stolicę. Wtedy też narodziła się „La Cafetera”, oczywiście, z miłości do kawy. Założył ją hiszpański imigrant Benito Paliza. Lokal łączył w sobie cechy europejskiej kawiarni i bistra, gdzie można wpaść na dobrą kawę albo piwo i przekąsić coś, dyskutując o palących sprawach polityczno-społecznych. Miejsce służyło zarówno cyganerii czy twórcom, jak i ludziom biznesu. W czasie dyktatury konspirowali tutaj przeciwnicy Trujilla. W „La Cafeterze” wciąż czuć przyciągającą atmosferę nostalgii. Gdzieniegdzie panuje półmrok i chłód, nawiewany wiatrakami łopoczącymi na suficie. Kunsztowny szyld, jakby żywcem wyjęty z innej epoki, przylgnął do ściany nad wejściem niczym wielki, brązowy gekon. W środku znajduje się wąskie przejście, wysokie sklepienie, a na tyłach – kameralna wnęka z kilkoma stolikami. Centrum stanowi masywny i długi kontuar z rzędem taboretów oraz niezawodna maszyneria do parzenia wybornej café dominicano. Repertuar trunków i przekąsek jest skromny, lecz sprawdzony, od lat ten sam: kawa, wedle gustu, świeże soki owocowe, grillowane kanapki na każdy apetyt i trochę wypieków, w tym przepyszne ciasto biszkoptowe. Rządzi, oczywiście, kawa oceniana przez stałych bywalców jako najlepsza na świecie. Niewiele w tym przesady.

Całkiem zrozumiałe są również zachwyty spektakularnym widokiem na zatokę Rincón, jaki rozciąga się ze szczytu malowniczego klifu, gdzie powstała restauracja „El Cabito”. Do tego miejsca, oddalonego o ok. 3 km od centrum Las Galeras, można dojść piechotą ścieżką prowadzącą pośród bujnych plantacji bananowców lub podjechać motoconcho. Lokal prowadzi przeuroczy, troszczący się o gości Hiszpan z Majorki – Tomeu. Przygotowuje rewelacyjną paellę z owocami morza, również dla większej grupy. Czekanie uprzyjemnia dobrze schłodzone, hiszpańskie białe wino. Potem na stół wjeżdża ogromna paellera wypełniona po brzegi szafranowym ryżem, krewetkami i małżami (w tym „scyzorykami” – navajas, czyli okładniczkami, nożeńcami). Niegdyś kręcono tu fragment jednego z odcinków popularnej serii podróżniczo-kulinarnej Bez rezerwacji z nieodżałowanym Anthonym Bourdainem (tragicznie zmarłym na początku czerwca 2018 r.). W „El Cabito” warto zgrzeszyć nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu, choć tanio nie będzie. Zazwyczaj restauracja nadaje się najlepiej na kulinarną rozpustę wieńczącą pobyt na przepięknym półwyspie Samaná.

Za to miejscem, które nie wyróżnia się niczym specjalnym, jest „Comedor Rossy” przy głównej ulicy w Las Galeras. Mamy tutaj wiatę, pod nią kilka stołów nakrytych bordowymi obrusami, plastikowe krzesła, żwirek zamiast litej posadzki, naturalną klimatyzację i tablicę z nazwami kilku dań. Jeden z gości oblizuje palce po brunatnym sosie z duszonego kurczaka, drugi miesza fasolę z ryżem na talerzu i pałaszuje radośnie, inny uruchamia motocykl, trzymając w dłoni styropianowe pudełka z obiadem na wynos. To w zasadzie typowa dominikańska jadłodajnia jak setki innych w kraju. Żadnych fajerwerków. I właśnie to jest jej siłą, ta zwyczajna niezwyczajność. Można przemknąć obok, nie zauważyć jej i… stracić szansę na to, że stanie się naszą ulubioną miejscówką. Właścicielka „Comedor Rossy” z ekipą gwarantują domową atmosferę i dobre jedzenie. Najlepsze są świeże ryby a la plancha, czyli grillowane na beczkowym grillu tuż przed podaniem: soczyste, aromatyczne, pełne smaku, serwowane z dodatkami – ryżem, smażonymi bananami i fasolką w sosie (która smakuje wszędzie w Dominikanie tak samo, jakby istniała jakaś jedyna, uniwersalna receptura!). Obok talerza pojawia się oczywiście lodowate piwo Presidente albo orzeźwiający sok naturalny z różnych dostępnych owoców (ananasa, papai, guawy, limonki). „Comedor Rossy” potrafi człowieka nakarmić i sprawić, aby tu wrócił.

Z kolei w Río San Juan za kultowy punkt na mapie kulinarnej uchodzi licząca sobie ponad ćwierć wieku „La Casona”. Jej właściciel, Freddy Casona, jest w miasteczku postacią znaną i szanowaną. Wraz z żoną Carmen prowadzą lokal, w którym serwują najlepsze empanadas (smażone przekąski w kształcie nieco większych pierogów) w zasięgu wielu kilometrów. Już podczas pierwszej wizyty rozpoznaje się w nim galaktyki smaków dzięki przebogatemu wyborowi różnego rodzaju nadzienia: ryba, kalmar, langusta, krab, kurczak, wieprzowina, wołowina, ser, warzywa oraz wyśmienite połączenia tychże farszów. Do tego można zamówić świeże soki. Jest tak pysznie, że człowiek zje tutaj dwie empanadas na śniadanie i wróci na obiad, choćby po to, aby skosztować potrawki z krabów. Następnego dnia rytuał powtórzy. Oto magia tego miejsca.

Zresztą ten czar, ta różnorodność i wszelaka obfitość znakomicie określają Dominikanę, definiują jej charakter i przyciągają przybysza, który ani ciałem, ani duchem nie może się od niej uwolnić, czego sam jestem najlepszym przykładem. Pragnę tu wracać, do tych dominikańskich rozmaitości, po kolejne porcje zauroczeń…

 

Wydanie jesień-zima 2018