Karaweik

Stylizowany na wspaniałą królewską barkę pałac Karaweik w Rangunie

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Ten kraj tysiąca świątyń, w którym w marcu 2011 r. z władzą pożegnała się (przynajmniej formalnie) junta wojskowa, ulega przeobrażeniom i otwiera się na świat. Nadal jednak kryją się w nim liczne zakątki nieodwiedzane przez zagranicznych przybyszów zbyt często. Podróżników zachwyca on niesamowitymi krajobrazami, magiczną atmosferą, a przede wszystkim niezwykłym ciepłem i gościnnością mieszkańców.

 

Birma (oficjalnie Myanmar, w języku polskim Mjanma) jest drugim (po Indonezji) największym państwem Azji Południowo-Wschodniej (o powierzchni ponad 676 tys. km²). Leży malowniczo nad Morzem Andamańskim i Zatoką Bengalską. Jeszcze do niedawna był to jeden z najbardziej zamkniętych krajów na świecie – od 1962 do 2011 r. znajdował się pod twardymi rządami junty wojskowej. Generałowie upaństwowili przedsiębiorstwa i doprowadzili do międzynarodowej izolacji Mjanmy, a jedynym sojusznikiem tej dawnej kolonii brytyjskiej (w latach 1824–1942 i 1945–1948) stały się Chiny. Siedem lat temu rozpoczęto ostrożny proces demokratyzacji. W 2010 r. w liczącym obecnie ponad 51 mln mieszkańców państwie odbyły się pierwsze demokratyczne wybory powszechne, niektórzy więźniowie polityczni odzyskali wolność. Jednym z nich była Aung San Suu Kyi – przewodnicząca Narodowej Ligi na rzecz Demokracji, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla z 1991 r. i bojowniczka o prawa człowieka, która wcześniej spędziła w areszcie domowym łącznie 15 lat.

 

Od tego czasu w Birmie rzeczywistość zaczęła ulegać szalonym przeobrażeniom, a kraj znacznie się otworzył. Wciąż jednak birmańskie społeczeństwo pozostaje bardzo przywiązane do swoich tradycji – jednymi z najbardziej rzucających się w oczy tego oznakami są choćby longyi (strój używany na co dzień przez mężczyzn, przypominający nieco… spódnicę), htamain lub htamein (rodzaj tradycyjnej prostokątnej chusty, noszonej z kolei przez kobiety) czy tanaka (żółty proszek ze startego drzewa o tej samej nazwie, nakładany na twarz w celu ochrony przed słońcem). To tylko niektóre z elementów tutejszej bogatej kultury mogące zaskoczyć przybysza z zewnątrz na sam początek. Trzeba też przyznać, że nadal – w porównaniu choćby z sąsiednią Tajlandią czy Laosem – turystyka ma tu dość nierozwiniętą formę i wciąż jeszcze można znaleźć w Birmie miejsca nieodkryte przez podróżników. 

 

W KOLORZE SZAFRANU

 

Największe birmańskie miasto – Rangun – w odróżnieniu od wielu azjatyckich metropolii przepełnionych tysiącami zwiedzających pozwala odetchnąć od tłumów. Tkwi w nim łagodność płynąca z twarzy jego mieszkańców – gościnnych, otwartych, po okresie wieloletniej izolacji państwa szczególnie spragnionych kontaktu z przyjezdnymi. Takie było moje wrażenie z pierwszej wizyty w tym pięknym kraju i spacerów po jego ośrodku, w którym żyje ok. 7,5 mln ludzi. Czułam się otoczona serdecznymi uśmiechami i zaciekawionymi spojrzeniami osób zastanawiających się, skąd jestem i dlaczego zdecydowałam się na podróż do Birmy. Ta łagodność mieszkańców ma także inne podstawy – Rangun, podobnie jak większość birmańskich miast, wydaje się zdominowany przez buddyjskich mnichów, dostojnym krokiem przemierzających ulice. To właśnie oni (obok wspomnianej Aung San Suu Kyi) stanowią jeden z najważniejszych symboli politycznych przemian, które pozwoliły wywalczyć demokrację. W sierpniu i wrześniu 2007 r. współorganizowali szafranową rewolucję (nazwa pochodzi od koloru mnisich szat), czyli pierwszy od wielu lat tak znaczący protest przeciwko juncie wojskowej. Choć po paru tygodniach demonstracje krwawo stłumiono i nie doprowadziły one do obalenia dyktatorskich rządów, to w dalszej perspektywie okazały się mieć niebagatelne znaczenie – zostały zauważone przez świat, a społeczeństwu przyniosły nadzieję. Dziś, przemierzając spokojnymi krokami ranguńskie ulice, mnisi w naturalny, niemal namacalny sposób wnikają w tkankę ruchliwego miasta. Wydają się przy tym nieobecni, krążą jakby ponad chodnikami, rzadko odwzajemniają spojrzenie. Pozostali mieszkańcy chętnie jednak zagadują przyjezdnych, cieszą się na ich widok i nie kryją radości z tego, że coraz więcej podróżników znów odwiedza ich ojczyznę. 

 

Mimo to w gościnnym Rangunie wciąż wyczuwalny jest ciężar rządów junty. Znajdziemy w nim również ślady starszej historii, obok których trudno przejść obojętnie – niemal na każdym kroku spotkamy kolonialne budynki. Lata ich świetności dawno przeminęły. Po olśniewającej imperialnej architekturze miasta pozostały nieco już sypiące się mury. Te zapomniane przez los budynki mają w sobie dziwny, trochę nierzeczywisty urok. 

 

Przede wszystkim jednak dawna stolica Birmy (do listopada 2005 r.), podobnie jak cały kraj, jest dziś przestrzenią intensywnych zmian. Wypełnia się zachodnimi sklepami, bankomatami, coraz liczniej pracującymi tu obcokrajowcami. Staje się, przynajmniej dla patrzącego z zewnątrz, bardziej nowoczesna. Dusza Rangunu wciąż pozostaje jednak taka sama: nieco skomplikowana i zaskakująca. To miasto nie daje się łatwo zaklasyfikować, odurza słodko-gorzkimi zapachami, ogłusza chaotycznymi dźwiękami. Zachwyca wielokulturowością – w całej Birmie żyje 135 grup etnicznych. Charakterystyczny znak tej kulturowej różnorodności stanowi okolica pagody Sule, którą postawiono w samym sercu Rangunu, jak mówi legenda, ponad 2,5 tys. lat temu w miejscu zamieszkanym dotąd przez jedno z lokalnych bóstw (nata Sule Bo Bo Gyi). Mieniący się w słońcu złocony kompleks buddyjski sąsiaduje z meczetem i kościołem baptystycznym, a stoi na przecięciu dwóch dróg prowadzących do chińskiej i indyjskiej części miasta. Niedaleko pagody Sule leży też warty zainteresowania Park Mahy Banduli (generał Maha Bandula uchodzi za bohatera narodowego walczącego z brytyjskimi kolonistami, zginął 1 kwietnia 1825 r. podczas bitwy pod Danubyu), w którym znajduje się pomnik upamiętniający uniezależnienie się Birmy od Brytyjczyków w 1948 r. Kolejnym symbolicznym miejscem jest jezioro Inya, choć oddalone o ok. 10 km od centrum, chętnie odwiedzane przez ranguńczyków, szczególnie tych chcących tu w spokoju uprawiać jogging, jeździć na rowerze lub spędzić romantyczny wieczór we dwoje. Nad brzegami akwenu, naprzeciw siebie, stoją domy dwóch osób ważnych dla XX-wiecznej historii kraju: dawna rezydencja generała Ne Wina (1911–2002), który wprowadził w państwie dyktaturę, i willa walczącej z reżimem Aung San Suu Kyi.

 

Mimo reform niesionych z góry i zewnątrz życie w poprzedniej birmańskiej stolicy zdaje się toczyć własnym rytmem, wyznaczanym przez nawoływania rykszarzy i śpiewy płynące ze świątyń. Każdego dnia po zmroku ciemne ranguńskie niebo przecinają długie strumienie światła, które rozchodzą się z potężnego, górującego nad miastem Szwedagonu (Shwedagonu). Według popularnej legendy w jego złocistej stupie ukryto włosy z głowy Buddy i niezliczone skarby: złoto i kosztowności. Jak wyznał mi jeden z przypadkowo poznanych Birmańczyków, wystarczyłoby przetopić ten oszałamiający budynek na tysiące sztabek złota i zamienić je na pieniądze, aby móc na wiele lat rozwiązać problem ubóstwa w całym kraju. Jednak najpewniej większość jego głęboko religijnych rodaków potraktowałoby tę propozycję jako (delikatnie mówiąc) bluźnierstwo. Magiczny Szwedagon to dla nich coś więcej niż świątynia – to święty symbol całej Birmy. Strzelista, 99-metrowa stupa podobno została zbudowana 2,5 tys. lat temu i od tego czasu zachowała praktycznie niezmieniony wygląd. Przetrwała brytyjski imperializm, wojny, wojskowe reżimy i wiele trzęsień ziemi (ostatnie z nich nawiedziło ten rejon w sierpniu 2016 r.). Wydaje się, że podobnie jest z całym Rangunem, który tak jak Birma sprawia wrażenie odpornego na każde możliwe szaleństwo przyrody czy okrucieństwo historii. 

 

SIŁA ASTROLOGII

 

Jednym z najwybitniejszych reportażystów badających azjatycką duszę i rozszyfrowujących kulturę tego kontynentu był Tiziano Terzani (1938–2004) – Włoch przez wiele lat pracujący w Azji jako korespondent niemieckiego tygodnika Der Spiegel. Do napisania swojej chyba najsłynniejszej książki Powiedział mi wróżbita zainspirowało go spotkanie z tytułowym wróżbitą w Hongkongu. Przepowiedział on autorowi, że jeśli w 1993 r. wsiądzie do samolotu, to zginie. Zwykle sceptyczny Tiziano Terzani pod koniec 1992 r. postanowił przez kolejne miesiące podróżować tylko drogą lądową lub morską. W odwiedzanych kolejno azjatyckich krajach udawał się do astrologów i wróżbitów. Dużą część swoich przemyśleń poświęcił właśnie kwestii magii. Wskazywał na to, jak ważną funkcję pełni ona wśród mieszkańców Azji i jak silnie naznacza ich codzienne życie. 

 

Podobnie rzecz wygląda w przypadku Birmy, a jeden z dowodów na to, jak bardzo jest ona przesycona myśleniem magicznym, stanowi 950-tysięczne miasto Naypyidaw (Nay Pyi Taw), które wznoszono od 2002 r., a od listopada 2005 r. odgrywa rolę stolicy kraju. To swoiste dzieło życia generała Than Shwe, rządzącego państwem w latach 1992–2011. Ośrodek zbudowano od podstaw najpewniej głównie ze względów strategicznych – usytuowanie w nim instytucji rządowych miało umocnić pozycję władzy w tej części Birmy. Założenie nowej stolicy doradzili rządzącym astrologowie. Ministrowie wyruszyli do niej z Rangunu (w liczbie 11 i w towarzystwie 11 batalionów żołnierzy w konwoju złożonym z 1100 ciężarówek!) w najlepszym według układu gwiazd momencie, o szczęśliwej numerologicznie godzinie, czyli 11 listopada o 11.00. Naypyidaw leży w centrum kraju, z dala od większych skupisk ludzkich. O przenosinach do nowej stolicy nie wiedział nikt, nawet członków rządu poinformowano niemal w ostatniej chwili. Choć w ciągu ostatniej dekady zdążyła się ona rozwinąć, to wciąż przypomina trochę opuszczone miasto – wypełniają ją monumentalne budynki rządowe, szerokie, puste aleje, pozbawione uroku i rzadko odwiedzane hotele. 

 

KRAJ TYSIĄCA ŚWIĄTYŃ

 

4-8 MG MG TUN 3

Widok na zabytkowe budowle w mieście Pagan położonym nad rzeką Irawadi

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

Całkowitym przeciwieństwem Naypyidaw jest inny ośrodek, który założono za radą wróżbitów. On również przez pewien czas (w latach 1857–1885) był stolicą. Mowa o pulsującym życiem Mandalaj. To drugie po Rangunie największe miasto Birmy (niemal 2-milionowe). Założył je przedostatni birmański król Mindon (1808–1878). Decyzję podjął po konsultacji z nadwornymi astrologami, którzy doradzili mu wybudować Mandalaj u podnóża wzgórza uważanego za święte. Według wierzeń Budda w trakcie swojej wizyty na tej górze przepowiedział, że u jej stóp powstanie wspaniałe miasto. Miał to być zarazem punkt stanowiący środek świata. Nazwano je wówczas Złotym Miastem i wypełniono budowlami postawionymi na planie kwadratu o bokach skierowanych na cztery strony świata. Całość otoczono fosą i wysokimi murami, 48 bastionami oraz 12 potężnymi bramami, prowadzącymi na północ i południe, wschód i zachód. W samym środku wzniesiono ogromny pałac królewski, który – niestety – został zniszczony w pożarze podczas II wojny światowej – część Mandalaj zbombardowali alianci, którzy chcieli uwolnić je spod japońskiej okupacji (1942–1945). Zamiast oryginalnej rezydencji króla można więc dziś zwiedzać tylko jej replikę, oddaloną nieco od dawnego serca miasta i znacznie młodszą, ale równie imponującą.

 

Za najważniejszą budowlę sakralną Mandalaj uchodzi pagoda Mahamuni (czyli Świątynia Wielkiego Mędrca), zbudowana w drugiej połowie XVIII w. przez króla Bodawpayę (1745 – 1819). W samym jej centrum stoi niemal 4-metrowy, wykonany z brązu posąg siedzącego Buddy Mahamuni. To obok ranguńskiego Szwedagonu najświętsze miejsce w całym kraju i jeden z najważniejszych celów buddyjskich pielgrzymek. Często odwiedzane zarówno przez Birmańczyków, jak i zaglądających w te rejony podróżników jest także wzgórze Mandalaj (ok. 240 m n.p.m.), na które można dostać się czterema rzędami potężnych schodów (saungdan) prowadzącymi z każdej strony świata bądź dobudowanymi w naszych czasach schodami ruchomymi i windą. Na szczycie znajdują się kolejne pagody, sale medytacji i punkty widokowe. Roztacza się stąd niesamowity widok na okolicę, a przede wszystkim rzekę Irawadi, najdłuższą w Birmie (mającą mniej więcej 2200 km), wpadającą do Morza Andamańskiego. 

 

Jeśli zdecydujemy się na wizytę w Mandalaj, koniecznie powinniśmy wybrać się też na jedno- lub dwudniową wycieczkę po regionie, m.in. do Inwy (dawniej Avy), która dziś przypomina spokojną wioskę, ale w przeszłości, przez niecałe 360 lat z przerwami (1365–1842) była stolicą królestwa. Ogromne wrażenie robią fragmenty imponującego muru, otaczającego niegdyś miasto. Inną atrakcją jest tzw. wieża obserwacyjna Nanmyin z 1821 r., ze względu na swoje odchylenie od pionu porównywana do tej w Pizie. Stanowi ona jedyną pozostałość znajdującego się kiedyś w tym miejscu pałacu królewskiego i wznosi się na 27 m. Warto wspiąć się na górę, aby podziwiać przepiękną panoramę. W pobliżu Mandalaj nie można również ominąć okolic Amayabuyi (Amarapury) z najprawdopodobniej najstarszym i najdłuższym na świecie mostem tekowym, mierzącym 1,2 km, a skonstruowanym ok. 1850 r. Nosi on nazwę U Bein na cześć głównego inżyniera nadzorującego jego budowę. Szczególne wrażenie robi o wschodzie i zachodzie słońca – wygląda wtedy naprawdę magicznie, podobnie jak mieniące się w ciepłych promieniach słońca okoliczne stupy czy sylwetki przemierzających go mieszkańców. 

 

Choć Mandalaj ze swoimi licznymi buddyjskimi świątyniami pozostaje największym ośrodkiem religijnym w Birmie, z jej sakralnymi zabytkami podróżnicy kojarzą zwykle założone w 849 r. (jak się przyjmuje) miasto Pagan (Bagan), stanowiące jedną z najważniejszych atrakcji archeologicznych całego kontynentu. Okres swojej największej świetności przeżywało za czasów króla Anawrathy (panującego w latach 1044–1077), w XI–XIII w. było stolicą królestwa Paganu (849–1297), a w 1287 r. zostało podbite przez Mongołów i nigdy już nie odzyskało dawnego znaczenia. Znajduje się tu mnóstwo obiektów do zwiedzania. Ze względu na duże odległości obejście całego obszaru na piechotę raczej nie wchodzi w grę. Najlepiej wynająć rikszę konną lub rower. Na zwiedzanie trzeba przeznaczyć co najmniej dwa pełne dni. Na powierzchni ok. 104 km2 wznosi się tutaj ponad 2,2 tys. buddyjskich pagód, klasztorów i świątyń. W okresie największej świetności miasta było ich ponoć pięć razy więcej, nie wszystkie jednak dotrwały do naszych czasów. 

 

Drugim najpopularniejszym celem turystów w Birmie jest jezioro Inle położone w paśmie gór Szan na wysokości 880 m n.p.m. Bazę dla osób chcących po nim popływać stanowi niewielka miejscowość Nyaungshwe – właśnie w niej najlepiej zamówić wyprawę łodzią. Na wizytę w rejonie Inle wystarczy tak naprawdę jeden dzień. Na wycieczkę należy wyruszyć o świcie, aby móc przyjrzeć się rybakom wypływającym na połów. Napędzają oni łódź w dość oryginalny sposób: stoją na rufie i wiosłują nogą, owijając stopę wokół długiego wiosła. Dzięki temu mają wolne obie ręce, co umożliwia im wygodniejsze zarzucanie i wyciąganie sieci oraz pozwala obserwować sytuację panującą na jeziorze. Poza rybakami i ich drewnianymi domami na palach uwagę przyciągają pływające plantacje. Inle przypomina w niektórych miejscach kolorową łąkę, a nawet… pole. Uprawia się tu kwiaty oraz warzywa i owoce, które codziennie są dostarczane łodziami na targi do przybrzeżnych miejscowości. To drugie po Indawgyi największe w kraju jezioro (o powierzchni 116 km²) już od dobrych paru lat wyrasta na jedną z największych atrakcji turystycznych tej części Azji. Trzeba przyznać, że robi się na nim coraz tłoczniej. 

 

POZA TURYSTYCZNYM SZLAKIEM

 

shutterstock 177900569 - Fishermen at Inle Lake

Nad jeziorem Inle mieszkają głównie przedstawiciele grupy etnicznej Intha

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

Dla porządku należy dodać, że Birma – mimo rosnącej z każdym rokiem liczby odwiedzających – pozostaje krajem, gdzie z powodzeniem można znaleźć rejony niezadeptane jeszcze przez turystów. Do takich miejsc zalicza się pagoda Kyaiktiyo (jej nazwa w tłumaczeniu na polski brzmi Pagoda na Głowie Pustelnika), będąca ulubionym celem pielgrzymek birmańskich buddystów, wciąż jednak często pomijana przez obcokrajowców. Znajduje się ona w okolicy wioski Kinpun w stanie Mon, ok. 200 km na północny wschód od Rangunu. Warto odwiedzić ją zwłaszcza w Dzień Pełni Księżyca (w marcu), wypadający w ostatnim miesiącu tutejszego kalendarza, czyli tabaung. Pagodę podświetlają wówczas tysiące świec i ozdabiają tony kwiatów, stanowiące symboliczny podarek dla Buddy. Na szczycie porośniętego przez bujną roślinność wzgórza Kyaiktiyo (1100 m n.p.m.) znajduje się mniej więcej 8-metrowy głaz pokryty najprawdziwszym złotem. Ważący ponad 600 t (według szacunków) i zawieszony tuż nad przepaścią kamień wygląda tak, jakby miał za chwilę runąć w dół. Mimo to od wieków w tajemniczy i sobie tylko znany sposób zachowuje równowagę. Podobnie jest z postawioną na nim pagodą, zwaną Złotą Skałą. Według legendy głaz zawdzięcza swoją stabilność ukrytemu w nim świętemu włosowi Buddy. Wielu pielgrzymujących wierzy zresztą, że nie leży on bezpośrednio na szczycie góry, tylko unosi się nad nią w powietrzu. Zgodnie z niektórymi podaniami olbrzymi kamień kilkaset lat temu wisiał dużo wyżej, ale stopniowo, wraz z upadkiem moralności i obyczajów wśród ludzi, zaczął opadać i osiadł na ziemi. Widok tej osobliwości, szczególnie o zachodzie słońca, robi niesamowite wrażenie. Potężna skała z pagodą lśni wówczas drobinkami złota, a po chwili wtapia się w zabarwione na różowo niebo. Właśnie o tej porze dnia zbiera się tu najwięcej mnichów, którzy wieczorem zaczynają swoje modlitwy i medytacje. Często spędzają w tym miejscu całą noc i o świcie witają wschodzące słońce.

 

Warto odwiedzić również wioskę Kinpun leżącą u podnóża słynnego wzgórza, służącą jako baza wypadowa pod Złotą Skałę. Wydaje się ona niewielka i niezbyt efektowna – tworzy ją parę ulic z kilkoma skromnymi sklepikami i restauracjami. Co jednak najważniejsze, zamieszkują ją gościnni ludzie, żyjący spokojnie po swojemu i zdający się nie przejmować turystycznym ruchem. Jest to też jedno z tych miejsc, w których może nie ma sensu zatrzymywać się na dłużej, ale warto zostać na popołudnie lub wieczór, choćby po to, aby napić się pysznej lokalnej herbaty (uważanej za najpopularniejszy napój w Birmie) i zobaczyć, jak wygląda codzienność Birmańczyków. 

 

Spotkania z licznymi turystami unikniemy także w innej urokliwej miejscowości. Mulmejn (Moulmein) wciąż czeka na odkrycie. Leży ok. 300 km na południowy wschód od Rangunu. To obecnie 300-tysięczne miasto, które odwiedzili m.in. angielscy pisarze Rudyard Kipling (1865–1936) i George Orwell (1903–1950), wydaje się zatrzymane w czasie i ma w sobie nieprzemijającą magię, kiedyś tak bardzo kuszącą podróżników. Położenie nieco na uboczu bardziej uczęszczanych turystycznych tras tylko dodaje mu uroku. Niepowtarzalną atmosferę Mulmejn zawdzięcza też rzece Saluin, mającej źródło na Wyżynie Tybetańskiej w Chinach i tworzącej deltę przed połączeniem się z Morzem Andamańskim. Ze względu na szybki, niebezpieczny nurt bywa ona nazywana „wściekłą rzeką”, w co trudno uwierzyć, jeśli przyjrzymy się jej w tej okolicy, gdzie sprawia wrażenie wyjątkowo spokojnej. Wszystko zresztą wydaje się tu jakby znieruchomiałe, może więc właśnie z powodu charakteru Mulmejn również Saluin, rodząca się w paśmie górskim Tangla (Tanggula Shanmai) w sąsiedztwie Jangcy i Mekongu, pokornieje i wytraca pęd. 

 

To miejsce mogłoby walczyć z takimi miastami jak Lizbona czy Stambuł o miano króla miejskiej melancholii. Choć trudno znaleźć w języku birmańskim bezpośredni odpowiednik portugalskiego saudade bądź tureckiego hüzün, to ulice i domy w Mulmejn zdają się doskonale odzwierciedlać znaczenie tych słów. Zanurzony we wspomnieniach ośrodek żyje dziś trochę w cieniu Rangunu i Mandalaj, mimo iż rozwijał się kiedyś równie prężnie jak one. W 1826 r., wkrótce po tym, jak Birma trafiła w ręce Brytyjczyków, miasto stało się stolicą (pozostało nią do 1852 r.). Gdy kraj był europejską kolonią, trafił do Mulmejn na kilka godzin wspomniany Rudyard Kipling, który ponoć zakochał się w nim, czemu dał wyraz w wierszu Droga do Mandalaj. George Orwell z kolei spędził tu kilka miesięcy w 1926 r. i na podstawie tych doświadczeń napisał później m.in. słynny antykolonialny esej Zabicie słonia (1936), stanowiący metaforyczną krytykę działania zachodniego imperium (którego sam – jako oficer policji – przez pewien czas był częścią). Po Brytyjczykach pozostała w mieście, podobnie jak w wielu innych zakątkach Birmy, głównie kolonialna architektura, nieco dziś zaniedbana, ale nadal w niektórych miejscach rozkwitająca kolorami, wciąż mająca w sobie coś ujmującego. Wśród tej zabudowy wyrasta potężny śnieżnobiały meczet i pierwsza birmańska świątynia należąca do Kościoła Anglii, wpisujące się w wielokulturowy rys kraju i samego stanu Mon, zamieszkanego obok Monów przez Bamarów (Birmańczyków), Karenów, Pa’O i Tajów. W Mulmejn wielu podróżników może też rozkochać jego portowy charakter. Mieszkańcy utrzymują się głównie z rybołówstwa lub rolnictwa i zajmują się pracą w porcie handlowym czy na plantacjach tropikalnych owoców bądź produkcją sieci. 

 

Kyauk Ka Lat Pagoda-Hpa An

 Pagoda Kyauk Ka Lat na wysokiej wapiennej skale w okolicy Mulmejn

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

Jednak obrazem, który po wizycie w tym nieco zapomnianym mieście nad deltą Saluinu pozostaje najdłużej w pamięci, jest górująca nad nim buddyjska pagoda Kyaik Than Lan (Kyaikthanlan), którą otaczają 34 mniejsze świątynie. Szczególne wrażenie robi nie tyle sam kompleks, ile magiczny widok, jaki rozpościera się z jego tarasów i mostów. Chyba właśnie wówczas, gdy stanie się wysoko nad Mulmejn i biegnącą w stronę morza rzeką, można na dobre się w nim zakochać. Warto pojawić się tu o wschodzie lub zachodzie słońca, kiedy różowoczerwone niebo nadaje wąskim uliczkom i strzelistym stupom szczególnego wyrazu, a potężny blok skalny, na którym powstała pagoda, wydaje się unosić. Raz spada wraz z nami w głęboką przepaść, innym razem pochyla się nad nią nisko, zanurzając w soczystej zieleni rosnących w pobliżu drzew. 

 

Oto złota kopuła, oto Birma – kraj, którego nie można porównać z żadnym innym – tak pisał w swoich wspomnieniach z podróży Rudyard Kipling. Choć jego słowa pochodzą z końca XIX w., to ma się wrażenie, że od tego czasu jedno bez wątpienia się tutaj nie zmieniło. Czarująca Birma wciąż jest krajem innym niż wszystkie i trudno przyrównać ją do jakiegokolwiek innego miejsca na ziemi.

Artykuły wybrane losowo

Bruksela i Walonia – odpoczynek w sercu Europy

 

Elżbieta Kuźma

 

Wycieczka do Brukseli to niewątpliwie atrakcja dla każdego turysty. Zarówno dorośli, jak i dzieci czy młodzież znajdą tutaj ciekawe i warte zobaczenia miejsca. I to niezależnie od pogody, która akurat w tej stolicy Europy nikogo nie rozpieszcza. Belgia zaprasza zresztą również do innych swoich regionów, w tym malowniczej francuskojęzycznej Walonii. Nie dajmy się więc dłużej prosić.

Więcej…

Iran – oaza w niespokojnym świecie

 

Marcin Wesołowski

www.wesolowski.co

 

Fantazyjne formacje skalne w pobliżu niezmiernie gorącego miasta Szahdad

kalout-kerman-iran-001

 © MR HASSANI/GOLDENDAYS TRAVEL GROUP/WWW.KERMAN.IRANGOLDENDAYS.COM

 

Współcześnie trudno ignorować kwestie bezpieczeństwa. Strach coraz częściej wpływa na decyzje o podróżach, a miejsca uchodzące jeszcze nie tak dawno za idealny cel wakacyjnych wyjazdów, takie jak Tunezja, Egipt czy Turcja, przestały się cieszyć dużą popularnością. W niezwykle interesującym świecie islamu na pierwszy plan zaczął wysuwać się jednak w ostatnim czasie kraj, który choć kiedyś został uznany za państwo osi zła przez prezydenta USA George’a W. Busha, dziś jawi się jako oaza spokoju na Bliskim Wschodzie. Co sprawia, że Iran kusi coraz większe rzesze podróżnych? Wpływa na to z pewnością kilka czynników. Oficjalną religią w tej teokratycznej republice jest islam szyicki, nurt, który ma zdecydowanie mniej wyznawców na świecie i w tym jego regionie niż sunnizm. Wiele osób fascynuje niezmiernie długa i ciekawa historia dawnej Persji, a także sami jej mieszkańcy, różniący się znacznie od Arabów. Ten bezpieczny i przyjazny dla zagranicznych gości kraj staje się dzisiaj znakomitą alternatywą dla osób interesujących się wyprawami na Bliski Wschód.

 

Pierwsze miesiące 2015 r. wyznaczały nowy kierunek, w którym podążać miał Iran. Wzdłuż alei Ferdousiego, jednej z głównych ulic jego stolicy Teheranu, codziennie zbierały się tłumy ludzi nerwowo sprawdzających kursy walut. Trwały właśnie intensywne negocjacje władz państwa z przedstawicielami mocarstw nuklearnych w sprawie zamrożenia irańskiego programu atomowego, otwarcia się na świat i anulowania nałożonych przed laty sankcji spowalniających rozwój gospodarki. Zanim podpisano ostateczne porozumienie normalizujące stosunki między zainteresowanymi stronami, w tym przede wszystkim z USA, pojawiły się pojedyncze znaki wskazujące na to, że w Iranie nadchodzą zmiany. Dzięki liberalizacji przepisów wizowych, braku nie tak dawnych długich kontroli na granicy i wciąż zwiększającej się liczbie tanich lotów z Europy do Teheranu o tym kraju mówiło się coraz lepiej i więcej.

 

My w naszą podróż ruszaliśmy z mnóstwem pytań, na które odpowiedzi szukaliśmy z pomocą jednego z tutejszych najbardziej znanych prywatnych przewodników. W młodości, za panowania ostatniego szacha Mohammada Rezy Pahlawiego (1919–1980) latał wojskowymi myśliwcami. Po irańskiej rewolucji islamskiej z 1979 r. postanowił jednak nie wiązać się z władzami i przez całe swoje życie konsekwentnie pracował jako mały przedsiębiorca. Podczas zwiedzania najpopularniejszych miejsc w Iranie poznawaliśmy ten kraj dzięki długim rozmowom z Alim i spotkaniom z Irańczykami, w trakcie których nasz towarzysz służył za tłumacza.

 

Miasto kontrastów

 

Trudno opowiadać o Teheranie jak o klasycznej atrakcji turystycznej. Jest inny od pozostałych tutejszych miast i regionów, podobnie jak Nowy Jork nie przypomina reszty Stanów Zjednoczonych, Taszkent – Uzbekistanu, a Moskwa – Rosji. To miejsce, które przyjezdni często po prostu omijają i od razu wyruszają na poszukiwania Persji z Księgi tysiąca i jednej nocy. Mimo wielu negatywnych opinii o irańskiej metropolii, jej złej jakości powietrzu i ogromnym ruchu samochodowym, zdecydowanie warto zostać w niej choć na chwilę, gdyż taka wizyta pozwoli nam lepiej zrozumieć współczesny Iran.

 

Wszystkie zmiany w kraju zawsze rozpoczynają się w Teheranie i nic nie dzieje się tu bez ostatniego słowa teherańczyków. W mieście współistnieją ze sobą równoległe, a przy tym bardzo odmienne światy. Z jednej strony stanowi ono centrum reżimu ajatollahów, ale z drugiej uchodzi za najbardziej tolerancyjne i otwarte na różnorodność miejsce w Iranie. Stolicę charakteryzują bardzo widoczne granice – północna jej część to oaza bogatych i liberalnych mieszkańców, w rejonie południowym żyją biedni obywatele o najczęściej konserwatywnych poglądach. Niełatwo jest poznać i zrozumieć Teheran, podobnie jak i się po nim poruszać. Jego główne atrakcje są znacznie od siebie oddalone, dlatego warto przemieszczać się pociągami teherańskiego metra i od czasu do czasu skorzystać z usług taksówkarzy.

 

Na początku podróży po tym kraju nic nie będzie bardziej wymowne i symboliczne niż wizyta przed byłą amerykańską ambasadą. Jej zajęcie w trakcie irańskiej rewolucji islamskiej przyczyniło się do zerwania stosunków dyplomatycznych między oboma państwami. Spacer wzdłuż murów, na których wymalowano antyamerykańskie hasła, przypomina o ostatnich trudnych dziesięcioleciach i uświadamia, jak długą drogę Iran przebył od tamtego czasu do dziś.

 

W Teheranie pełno jest muzeów i pałaców, jednak o wiele ciekawsze wydaje się obserwowanie życia jego mieszkańców. Odwiedziny na Wielkim Bazarze są idealną okazją, aby zobaczyć Irańczyków w codziennych sytuacjach, a nic nie prezentuje lepiej kultury i zasad ta’arofu, czyli irańskiej etykiety, niż zachowania i rozmowy teherańczyków na tym targowisku leżącym w sercu miasta. Żeby podejrzeć, jak miejscowi spędzają czas wolny, warto z kolei wybrać się do znajdującego się na wzgórzu Darbandu, jednej z najpopularniejszych oaz w stolicy, która dzięki położeniu na dużej wysokości pozwala schronić się przed smogiem i zgiełkiem.

 

Przed wyruszeniem w dalszą podróż należy zatrzymać się na chwilę przed teherańską Wieżą Azadi. Paradoksalnie w kraju, gdzie nadal niektóre wolności bywają ograniczane, najważniejszym symbolem jest właśnie 45-metrowa Wieża Wolności. Zbudowano ją w 1971 r. z okazji obchodów 2500-lecia imperium perskiego. To miejsce było jedną z głównych aren irańskiej rewolucji, która obaliła rządy ostatniego szacha i ustanowiła Islamską Republikę Iranu. Pod nią też w 2009 r. zbierali się protestujący, gdy w wyniku sfałszowanych wyborów Mahmud Ahmadinedżad (Mahmud Ahmadineżad) wybrany został na drugą kadencję prezydencką.

 

Północny Teheran osłaniany przez imponujące pasmo górskie Elburs

DSCF8854

 

 

Święte miasto

 

W czerwcu 2009 r., podczas kampanii prezydenckiej jeden z najbardziej konserwatywnych szyickich duchownych kraju – ajatollah Mohammad Tagi Mesbah-Jazdi – wydał podobno fatwę (religijne rozporządzenie mające moc prawną) stanowiącą, że ludzie odpowiedzialni za przeprowadzanie wyborów mogą nimi manipulować tak, aby wygrał kandydat najwierniejszy zasadom islamu. Zwyciężył wspomniany bardzo niepopularny MahmudAhmadinedżad, człowiek, który konsekwentnie utwierdzał Zachód w przekonaniu, że Iran jest państwem terrorystycznym, a samych Irańczyków pchał (jak się zdawało, wbrew ich własnej woli) w objęcia fundamentalizmu religijnego nakazującego kontrolować każdy aspekt życia ludzkiego.

 

W trakcie lądowania na Międzynarodowym Lotnisku ImamaChomejniego można zauważyć biegnącą w nieskończoność, dziwną jasną nitkę pośród całkowitej ciemności. Jeśli przyjrzymy się jej dokładnie, zdamy sobie sprawę z tego, że to droga. Ta rzęsiście oświetlona autostrada łączy Teheran z oddalonym od niego o ok. 125 km na południowy zachód miastem Kom (Ghom). Jedzie nią każdy udający się na zwiedzanie Iranu turysta. Ma ona pokazywać, jak ważne miejsce na tutejszej mapie stanowi ten niepozorny ośrodek. Jeden z naszych rozmówców powiedział, że Kom słynie z produkcji dwóch rzeczy – świetnych słodyczy i licznych mułłów, szyickich duchownych, którzy trzymają w ryzach cały kraj.

 

W Iranie popularna była jeszcze niedawno opowieść o tym, jak diabeł spędza swój tydzień. Z reguły cztery dni w tygodniu przebywa w USA, czasem wejdzie do głowy prezydenta Baracka Obamy, czasem namiesza w umysłach republikanów, bo z nimi ma łatwiej. Na pozostałe trzy dni wraca natomiast na szkolenie do Kom. To jedno z najświętszych i najważniejszych miast dla szyitów. Odwiedziny w nim i poznanie jego historii pomagają zrozumieć specyfikę regionu, w jakim znajduje się Iran.

 

Islam szyicki, religia dominująca w państwie od czasów panowania dynastii Safawidów (1501–1736), jest inny niż sunnicki. Oprócz różnic w doktrynie, które pojawiły się już po śmierci proroka Mahometa w 632 r., odmienne zasady dotyczą też życia codziennego. Gdy Persja została podbita przez Arabów, przyjęła nowy system religijny, ale bardzo szybko dostosowała go do swojej starej i bogatej kultury. Nie zaakceptowano m.in. reguły nakazującej niszczenie wizerunków ludzi i zwierząt. Irańczycy nie mogą zapomnieć o tym, że najeźdźcy zdewastowali mnóstwo perskich zabytków w pierwszych dziesięcioleciach swojego panowania. Co ważniejsze jednak, szyizm uznaje, iż tekst Koranu podlega interpretacjom, które opracowują szyiccy duchowni. Sunnici, czyli 87–90 proc. muzułmanów na świecie, uważają szyitów za heretyków. Niechęć i nieufność są szczególnie widoczne między Irańczykami i Arabami, ale wynikają one nie tylko z różnic religijnych, lecz także uwarunkowań historycznych i kulturowych. Persowie (stanowiący większość w Iranie – ok. 65 proc. populacji) to dumny i bardzo stary naród, który ludy arabskie uważa za prostych mieszkańców pustyni żyjących w sztucznych krajach stworzonych przez kolonialne potęgi i utrzymujących się wyłącznie dzięki wydobywaniu ropy. Napięcia między zwolennikami szyizmu i sunnizmu istniały od zawsze. Jednak współcześnie stały się jeszcze bardziej jaskrawe ze względu na działalność Państwa Islamskiego, którego Irańczycy są wielkimi przeciwnikami.

 

Kom jest miastem niezmiernie konserwatywnym. Pielgrzymują do niego ogromne rzesze wiernych nie tylko z Iranu. Mimo to szyicki fundamentalizm wciąż pozostaje bardzo daleki od ideologii terrorystycznego Państwa Islamskiego.

 

W perskiej baśni

 

Po opuszczeniu Teheranu i Komu podróżnicy przemierzają coraz bardziej pustynne krajobrazy kraju i powoli wkraczają w baśniowy świat Persji, o którym marzyli przed wyjazdem. Po wjechaniu do miasta Isfahan trafia się w końcu do tej fantastycznej krainy. Plac Nagsz-e dżahan, inaczej zwany też placem Imama, stanowi pępek irańskiego wszechświata. To przy nim znajdują się najpiękniejsze zabytki perskiej architektury – Meczet Szejka Lotfallaha, pałac Ali Kapu (Ali Ghapu) i Meczet Imama. Ich widok zapiera dech w piersiach. Turystów zachwyca także pełen życia bazar, którego bramy przylegają do rozległego placu Imama. Niesamowitych wrażeń dostarcza również oaza spokoju, jaką jest dziedziniec Hotelu Abbasi. Tutaj mogliśmy wypić najpiękniej podaną herbatę w cudownych wiosennych promieniach słońca. Taką chwilę trudno zapomnieć.

 

Warto jednak zdawać sobie sprawę, że Isfahan nie należy do spokojnych miejsc. Łatwo zaobserwować w nim wzrost ruchu turystycznego, a co za tym idzie, postępującą komercjalizację i napływ tanich pamiątek. Miasto było popularne na długo przed niedawnym otwarciem się Iranu na świat, dlatego jeśli ktoś planuje kupić rękodzieło, nie powinien raczej robić tego na fascynującym isfahańskim bazarze, lecz skorzystać z takiej okazji w Szirazie.

 

Wspomnienie imperium

 

Plac Nagsz-e dżahan w centrum Isfahanu

Isfahan 2

© PARS TOURIST AGENCY/KEY2PERSIA.COM

 

Z Isfahanu większość turystów wybiera się na południe, do ruin antycznego Persepolis położonych obok wspomnianego miasta Sziraz. W tym ostatnim urodził się w pierwszej połowie XIV stulecia jeden z najzdolniejszych i najbardziej podziwianych poetów perskich Hafiz (Hafez). Sziraz fascynuje swoją ciekawą historią. Poza tym produkowano w nim kiedyś najlepsze wino na Bliskim Wschodzie. Dziś jest miastem uczciwych handlarzy, szczyci się pięknym Różowym Meczetem, wspaniałymi świątyniami i majestatyczną Cytadelą Karima Chana, w której obecnie mieszczą się pracownie lokalnych artystów. Choć w porównaniu z wcześniej odwiedzonymi przez nas dużymi ośrodkami to prawdziwa oaza, jako miłośnika historii ciągnęło mnie do pobliskich słynnych ruin starożytnego miasta Persepolis. W końcu słyszałem i uczyłem się o nim, będąc jeszcze dzieckiem.

 

W już niemal letnich promieniach słońca wkraczaliśmy do miejsca, które było świadkiem wielkiej historii. Aby do niego dotrzeć, przemierza się bajkowe krajobrazy rozpościerające się wokół drogi łączącej Isfahan z Szirazem i wspina się na wysokie wzniesienia gór Zagros (z najwyższym punktem Zard Kuh – 4548 m n.p.m.). W ten sposób trafia się do prawdziwego serca Persji. Stąd wywodzi się wszystko, co w tej krainie najważniejsze, łącznie z jej nazwą. Ostan (rodzaj jednostki administracyjnej) Fars, stanowi region symboliczny, z którym związane są pasjonujące dzieje narodzenia i upadku imperium. Nazwa ta pochodzi od staroperskiego słowa „Pârs”, została zmieniona przez Arabów ze względu na brak głoski „p” w języku arabskim.

 

Równie piękne słońce jak podczas naszej wizyty świeciło nad całym tym rejonem, gdy w połowie października 1971 r. ostatni irański szach, Mohammad Reza Pahlawi, postanowił zwrócić oczy świata na swoją ojczyznę i pokazać wszystkim, że Iran jest potężny, ale również szczyci się niezmiernie bogatą kulturą i długą historią. Jak opowiadają Irańczycy, Amerykanie z wielkich firm zatrudnieni w tych stronach powszechnie żądali dodatków za pracę w tym „dzikim kraju”. Ówczesny władca chciał więc przekonać światową opinię publiczną, że jego państwo to spadkobierca wspaniałej cywilizacji. Okazją do tego miały być obchody 2500. rocznicy powstania imperium Persów z pięciodniową uroczystością w Persepolis. Mohammad Reza Pahlawi wiedział, że może sobie pozwolić na każdą formę ekstrawagancji. Petrodolary stale zasilały budżet Iranu, który wciąż się rozwijał. Mimo to nie robiono zbyt wiele, aby poprawić los zwykłych ludzi. W społeczeństwie narastało niezadowolenie, coraz większe wpływy zaczynali zyskiwać szyiccy mułłowie. W październiku 1971 r. świat miał być świadkiem ponownego narodzenia imperium, odrodzenia Persji. Przygotowania do obchodów trwały 10 lat. Wybudowano nowe drogi i lotniska i stworzono całą niezbędną infrastrukturę. Jednak wszystkie te starania tak naprawdę przyczyniły się jedynie do upadku władzy. Najgłośniej grzmiał ajatollah Ruhollah Chomejni (1902–1989) nazywający całe przedsięwzięcie festiwalem diabłów. Inni wypominali szachowi marnotrawienie publicznych pieniędzy, opowiadali o luksusowych namiotach przeznaczonych dla prawie 60 przywódców z całego świata, w których łazienki wykonano z marmuru. Natomiast wykwintne jedzenie i wina dla gości miały być transportowane z paryskiej restauracji „Maxim’s”. Choć Iran rzeczywiście olśnił wszystkich swoim bogactwem, wśród jego obywateli wzrastało oburzenie. Ta fala powoli wzbierała przez kilka lat, aż do chwili, gdy rewolucja islamska zakończyła rządy ostatniego szacha.

 

Kiedy odwiedzamy różne miejsca w kraju, z ich historii układamy sobie współczesny obraz tego regionu i jego mieszkańców. Persepolis nie po raz pierwszy odegrało rolę w spektaklu o upadku władzy. Niegdyś, przed wieloma wiekami marzenia Persów o wiecznym i potężnym imperium zniweczył Aleksander Wielki, który najechał, zdobył i spalił tę starożytną stolicę w 330 r. p.n.e. Płomienie strawiły bajeczny pałac Dariusza I Wielkiego (ok. 550–486 r. p.n.e.), bo choć zbudowany został z kamienia, wszystkie jego stropy były drewniane. Płonące elementy konstrukcyjne uszkadzały kamienne kolumny i ściany, a te przewracały się i burzyły kolejne części budowli. Mimo ogromnych zniszczeń ruiny i pozostałe piękne płaskorzeźby nadal pozwalają wyobrazić sobie, jak niezwykłe musiało być Persepolis niemal 2,5 tys. lat temu.

 

Oślepiające blaskiem wnętrze w mauzoleum Szach Czeragh w Szirazie

DSCF9147

© MARCIN KAWA/CZAJKA TRAVEL (CZAJKAPODROZE.PL)

 

Na środku pustyni

 

Po wizycie w Szirazie i starożytnej stolicy Persów warto skierować się na północny wschód do miasta Jazd, położonego na granicy Wielkiej Pustyni Słonej i Wielkiej Pustyni Lota. To podróż z rejonów pustynnych do krainy jeszcze surowszej i mniej przyjaznej człowiekowi. Samotne ostre szczyty wznoszą się na płaskiej przestrzeni. Podczas jazdy autem mamy wrażenie, że prowadząca przez pustynię szosa ciągnie się w nieskończoność i gdzieś przed nami rozmywa się pod wpływem wysokiej temperatury. Jednak różne miasteczka mijane po drodze pełne są życia, a my z fascynacją podziwiamy architektoniczne perły miejscowej architektury. Wyróżniają się tutaj różnego rodzaju wieże, np. ta w Abarkuh – ogromna konstrukcja, która w upalne miesiące pozwalała na przechowywanie powstałego w zimie lodu, służącego do chłodzenia napojów mieszkańcom tych niezwykle gorących i suchych terenów.

 

Jazd, typowo pustynne miasto, kryje w sobie wiele więcej, niż wydaje się turystom patrzącym na jego kolejne piękne meczety i inne ciekawe budowle. Ponieważ panuje w nim prowincjonalny spokój (mimo ponad 500 tys. mieszkańców), trudno uwierzyć, że ta ziemia wydała dwóch prezydentów wrogich sobie państw, którzy pełnili swoje funkcje w tym samym czasie. Historia ta pokazuje dobitnie, jak bardzo złożonym i niejednoznacznym miejscem jest Iran.

 

Rodzina Mosze Kacawa, prezydenta Izraela w latach 2000–2007, opuściła Jazd w 1951 r. Z każdym rokiem społeczność żydowska tego miasta kurczyła się coraz bardziej. Obecnie wynosi jedynie kilkanaście osób. Mosze Kacaw obejmował swoje stanowisko 3 lata po tym, jak kadencję prezydencką zaczął w Iranie Mohammad Chatami, urodzony w Ardakanie w ostanie Jazd. Przedstawiciele obu zwaśnionych krajów mieli okazję się spotkać, gdy przybyli do Watykanu pożegnać zmarłego papieża Jana Pawła II. Na placu św. Piotra 8 kwietnia 2005 r. zgromadziła się większość przywódców państw świata. Pod koniec uroczystości pogrzebowej Mohammad Chatami, który ze względu na rozmieszczenie gości według alfabetycznej listy nazwisk siedział dość blisko Mosze Kacawa, wyciągnął do niego dłoń i pozdrowił go w języku perskim (farsi). Choć po powrocie do Iranu prezydent temu zaprzeczał, świadkowie zajścia potwierdzali, że ta sytuacja naprawdę się wydarzyła.

 

Jazd wypełniają wspaniałe zabytki architektury: począwszy od Meczetu Zgromadzenia (Masdżid-e Dżame) przez ogromną liczbę wież wiatrowych zwanych badgirami po kompleks Amira Chakmagha (Amira Czakmagha). Także w tym mieście zapoznać się możemy z historią zaratusztrianizmu, jednej z najstarszych religii monoteistycznych świata, która upowszechniła się na obszarach Persji przed islamem. Znajdują się tu dwa niezmiernie ważne miejsca z nią związane – świątynia ognia i wieża milczenia. Na szczycie tej ostatniej odbywały się tzw. powietrzne pogrzeby zaratusztrian (zwłoki wystawiano na żer ptakom).

 

Z Jazdu kierujemy się już na północ, ku stolicy. Robimy jeszcze krótki przystanek w mieście Kaszan, gdzie podziwiać można niezwykłe rezydencje i ogrody oraz pełen życia bazar. Powrót do Teheranu to ponownie bardzo interesujące, a zarazem ciężkie przeżycie. Gęsty smog i zapach spalin znów zwala nas z nóg i zmusza do powtórnej aklimatyzacji do tutejszych warunków.

 

Informacje praktyczne

 

Iran jest obecnie świetnie połączony z Europą. Wygodne i niedrogie loty odbywają się z takich miast jak Frankfurt nad Menem i Monachium (Lufthansa), Wiedeń (Austrian Airlines), Londyn (British Airways), Rzym (Alitalia), Amsterdam (KLM), Paryż (Air France), Stambuł (Turkish Airlines) czy Kijów (Ukraine International Airlines – UIA). Możemy też wybrać np. podróż z Warszawy liniami Emirates z międzylądowaniem w Dubaju albo samolotem Qatar Airways z przystankiem w Dosze. Poza tym – co najważniejsze dla turystów z Polski – Polskie Linie Lotnicze LOT planują w najbliższym czasie uruchomienie nowego bezpośredniego połączenia z Warszawy do Teheranu. Ostatnio nastąpiła również duża liberalizacja przepisów wizowych, dlatego wielu zagranicznych gości decyduje się na uzyskanie wizy tuż po wylądowaniu, na lotnisku w stolicy Iranu (visa on arrival).

 

Przed podróżą warto zaopatrzyć się w odpowiednią ilość gotówki na bieżące wydatki i jej zapas na wszelki wypadek, gdyż nadal nie ma możliwości płacenia na miejscu kartami kredytowymi i płatniczymi, co jest skutkiem wieloletnich sankcji i odcięcia od międzynarodowego systemu bankowego. Najbezpieczniejszymi walutami na wymianę są dolary amerykańskie i euro, przy czym należy pamiętać, że banknoty (szczególnie dotyczy to dolarów) muszą być w idealnym stanie, aby zostały zaakceptowane w kantorach. Jeżeli chodzi o koszty pobytu, to niejeden turysta będzie zaskoczony faktem, iż ceny hoteli i dań w restauracjach bywają raczej dosyć zbliżone do tych w Polsce.

 

Podróżowanie po Iranie nie jest skomplikowane. Kraj oplata sieć bardzo dobrych dróg, można korzystać z niezłych połączeń autobusowych i kolejowych. Nadal trudno tu jednak o dostęp do internetu. Transfer danych bywa wolny i często bez użycia specjalnych aplikacji nie wejdziemy na najpopularniejsze serwisy społecznościowe.

 

Irańczycy są niezmiernie przyjaznymi ludźmi, dlatego pod względem bezpieczeństwa Iran należy do jednych z najlepszych regionów do organizowania samodzielnych wypraw. Aby zrozumieć nieraz bardzo zaskakujące zachowania miejscowych, warto zapoznać się z pojęciem ta’arof. Jest to dość skomplikowana formuła grzecznościowa praktykowana przez mieszkańców tego kraju od wieków. Jej zastosowanie najlepiej wytłumaczyć na przykładzie. Po odwiezieniu nas pod wskazany adres taksówkarz może odmówić przyjęcia pieniędzy. Tak naprawdę nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy zapłacić za jego usługę, wręcz przeciwnie, trzeba nalegać, aż w końcu kierowca skapituluje. Podobnie jeśli Irańczyk oferuje nam coś za darmo, wcale nie świadczy to o tym, iż chce nam tę rzecz zwyczajnie podarować. Z takimi sytuacjami spotkamy się na targach, w sklepach, restauracjach czy wielu innych przypadkach. Należy pamiętać o tym, jak zareagować na tego typu bardzo specyficzną grzeczność. Jeżeli nie zapłacimy za usługę lub towar, wprawimy drugą stronę w ogromne zakłopotanie. Żeby lepiej zrozumieć Iran, warto sięgnąć po książki o tym kraju, w szczególności polecam pozycje autorstwa irańsko-amerykańskiego dziennikarza Hoomana Majda (Ajatollah śmie wątpić, Demokracja ajatollahów czy Ministerstwo Przewodnictwa uprasza o niezostawanie w kraju), który urodził się w Teheranie w 1957 r.

 

Sycylia od kuchni

Stragany na uliczce w Palermo uginają się od świeżych warzyw
food-and-wine-palermo-street-markets

© WWW.SICILY.CO.UK

Dominika Friedrich

www.sycyliabocznymidrogami.pl


Sycylia należy do tzw. Mezzogiorno, południowych regionów Włoch. To najbardziej odległy od kontynentalnej Europy zakątek kraju, oddzielony od niej Cieśniną Mesyńską, i najbliższy reszcie świata. Trójkątny ląd otaczają trzy morza – Jońskie, Tyrreńskie i Śródziemne.

Więcej…