Karaweik

Stylizowany na wspaniałą królewską barkę pałac Karaweik w Rangunie

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Ten kraj tysiąca świątyń, w którym w marcu 2011 r. z władzą pożegnała się (przynajmniej formalnie) junta wojskowa, ulega przeobrażeniom i otwiera się na świat. Nadal jednak kryją się w nim liczne zakątki nieodwiedzane przez zagranicznych przybyszów zbyt często. Podróżników zachwyca on niesamowitymi krajobrazami, magiczną atmosferą, a przede wszystkim niezwykłym ciepłem i gościnnością mieszkańców.

 

Birma (oficjalnie Myanmar, w języku polskim Mjanma) jest drugim (po Indonezji) największym państwem Azji Południowo-Wschodniej (o powierzchni ponad 676 tys. km²). Leży malowniczo nad Morzem Andamańskim i Zatoką Bengalską. Jeszcze do niedawna był to jeden z najbardziej zamkniętych krajów na świecie – od 1962 do 2011 r. znajdował się pod twardymi rządami junty wojskowej. Generałowie upaństwowili przedsiębiorstwa i doprowadzili do międzynarodowej izolacji Mjanmy, a jedynym sojusznikiem tej dawnej kolonii brytyjskiej (w latach 1824–1942 i 1945–1948) stały się Chiny. Siedem lat temu rozpoczęto ostrożny proces demokratyzacji. W 2010 r. w liczącym obecnie ponad 51 mln mieszkańców państwie odbyły się pierwsze demokratyczne wybory powszechne, niektórzy więźniowie polityczni odzyskali wolność. Jednym z nich była Aung San Suu Kyi – przewodnicząca Narodowej Ligi na rzecz Demokracji, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla z 1991 r. i bojowniczka o prawa człowieka, która wcześniej spędziła w areszcie domowym łącznie 15 lat.

 

Od tego czasu w Birmie rzeczywistość zaczęła ulegać szalonym przeobrażeniom, a kraj znacznie się otworzył. Wciąż jednak birmańskie społeczeństwo pozostaje bardzo przywiązane do swoich tradycji – jednymi z najbardziej rzucających się w oczy tego oznakami są choćby longyi (strój używany na co dzień przez mężczyzn, przypominający nieco… spódnicę), htamain lub htamein (rodzaj tradycyjnej prostokątnej chusty, noszonej z kolei przez kobiety) czy tanaka (żółty proszek ze startego drzewa o tej samej nazwie, nakładany na twarz w celu ochrony przed słońcem). To tylko niektóre z elementów tutejszej bogatej kultury mogące zaskoczyć przybysza z zewnątrz na sam początek. Trzeba też przyznać, że nadal – w porównaniu choćby z sąsiednią Tajlandią czy Laosem – turystyka ma tu dość nierozwiniętą formę i wciąż jeszcze można znaleźć w Birmie miejsca nieodkryte przez podróżników. 

 

W KOLORZE SZAFRANU

 

Największe birmańskie miasto – Rangun – w odróżnieniu od wielu azjatyckich metropolii przepełnionych tysiącami zwiedzających pozwala odetchnąć od tłumów. Tkwi w nim łagodność płynąca z twarzy jego mieszkańców – gościnnych, otwartych, po okresie wieloletniej izolacji państwa szczególnie spragnionych kontaktu z przyjezdnymi. Takie było moje wrażenie z pierwszej wizyty w tym pięknym kraju i spacerów po jego ośrodku, w którym żyje ok. 7,5 mln ludzi. Czułam się otoczona serdecznymi uśmiechami i zaciekawionymi spojrzeniami osób zastanawiających się, skąd jestem i dlaczego zdecydowałam się na podróż do Birmy. Ta łagodność mieszkańców ma także inne podstawy – Rangun, podobnie jak większość birmańskich miast, wydaje się zdominowany przez buddyjskich mnichów, dostojnym krokiem przemierzających ulice. To właśnie oni (obok wspomnianej Aung San Suu Kyi) stanowią jeden z najważniejszych symboli politycznych przemian, które pozwoliły wywalczyć demokrację. W sierpniu i wrześniu 2007 r. współorganizowali szafranową rewolucję (nazwa pochodzi od koloru mnisich szat), czyli pierwszy od wielu lat tak znaczący protest przeciwko juncie wojskowej. Choć po paru tygodniach demonstracje krwawo stłumiono i nie doprowadziły one do obalenia dyktatorskich rządów, to w dalszej perspektywie okazały się mieć niebagatelne znaczenie – zostały zauważone przez świat, a społeczeństwu przyniosły nadzieję. Dziś, przemierzając spokojnymi krokami ranguńskie ulice, mnisi w naturalny, niemal namacalny sposób wnikają w tkankę ruchliwego miasta. Wydają się przy tym nieobecni, krążą jakby ponad chodnikami, rzadko odwzajemniają spojrzenie. Pozostali mieszkańcy chętnie jednak zagadują przyjezdnych, cieszą się na ich widok i nie kryją radości z tego, że coraz więcej podróżników znów odwiedza ich ojczyznę. 

 

Mimo to w gościnnym Rangunie wciąż wyczuwalny jest ciężar rządów junty. Znajdziemy w nim również ślady starszej historii, obok których trudno przejść obojętnie – niemal na każdym kroku spotkamy kolonialne budynki. Lata ich świetności dawno przeminęły. Po olśniewającej imperialnej architekturze miasta pozostały nieco już sypiące się mury. Te zapomniane przez los budynki mają w sobie dziwny, trochę nierzeczywisty urok. 

 

Przede wszystkim jednak dawna stolica Birmy (do listopada 2005 r.), podobnie jak cały kraj, jest dziś przestrzenią intensywnych zmian. Wypełnia się zachodnimi sklepami, bankomatami, coraz liczniej pracującymi tu obcokrajowcami. Staje się, przynajmniej dla patrzącego z zewnątrz, bardziej nowoczesna. Dusza Rangunu wciąż pozostaje jednak taka sama: nieco skomplikowana i zaskakująca. To miasto nie daje się łatwo zaklasyfikować, odurza słodko-gorzkimi zapachami, ogłusza chaotycznymi dźwiękami. Zachwyca wielokulturowością – w całej Birmie żyje 135 grup etnicznych. Charakterystyczny znak tej kulturowej różnorodności stanowi okolica pagody Sule, którą postawiono w samym sercu Rangunu, jak mówi legenda, ponad 2,5 tys. lat temu w miejscu zamieszkanym dotąd przez jedno z lokalnych bóstw (nata Sule Bo Bo Gyi). Mieniący się w słońcu złocony kompleks buddyjski sąsiaduje z meczetem i kościołem baptystycznym, a stoi na przecięciu dwóch dróg prowadzących do chińskiej i indyjskiej części miasta. Niedaleko pagody Sule leży też warty zainteresowania Park Mahy Banduli (generał Maha Bandula uchodzi za bohatera narodowego walczącego z brytyjskimi kolonistami, zginął 1 kwietnia 1825 r. podczas bitwy pod Danubyu), w którym znajduje się pomnik upamiętniający uniezależnienie się Birmy od Brytyjczyków w 1948 r. Kolejnym symbolicznym miejscem jest jezioro Inya, choć oddalone o ok. 10 km od centrum, chętnie odwiedzane przez ranguńczyków, szczególnie tych chcących tu w spokoju uprawiać jogging, jeździć na rowerze lub spędzić romantyczny wieczór we dwoje. Nad brzegami akwenu, naprzeciw siebie, stoją domy dwóch osób ważnych dla XX-wiecznej historii kraju: dawna rezydencja generała Ne Wina (1911–2002), który wprowadził w państwie dyktaturę, i willa walczącej z reżimem Aung San Suu Kyi.

 

Mimo reform niesionych z góry i zewnątrz życie w poprzedniej birmańskiej stolicy zdaje się toczyć własnym rytmem, wyznaczanym przez nawoływania rykszarzy i śpiewy płynące ze świątyń. Każdego dnia po zmroku ciemne ranguńskie niebo przecinają długie strumienie światła, które rozchodzą się z potężnego, górującego nad miastem Szwedagonu (Shwedagonu). Według popularnej legendy w jego złocistej stupie ukryto włosy z głowy Buddy i niezliczone skarby: złoto i kosztowności. Jak wyznał mi jeden z przypadkowo poznanych Birmańczyków, wystarczyłoby przetopić ten oszałamiający budynek na tysiące sztabek złota i zamienić je na pieniądze, aby móc na wiele lat rozwiązać problem ubóstwa w całym kraju. Jednak najpewniej większość jego głęboko religijnych rodaków potraktowałoby tę propozycję jako (delikatnie mówiąc) bluźnierstwo. Magiczny Szwedagon to dla nich coś więcej niż świątynia – to święty symbol całej Birmy. Strzelista, 99-metrowa stupa podobno została zbudowana 2,5 tys. lat temu i od tego czasu zachowała praktycznie niezmieniony wygląd. Przetrwała brytyjski imperializm, wojny, wojskowe reżimy i wiele trzęsień ziemi (ostatnie z nich nawiedziło ten rejon w sierpniu 2016 r.). Wydaje się, że podobnie jest z całym Rangunem, który tak jak Birma sprawia wrażenie odpornego na każde możliwe szaleństwo przyrody czy okrucieństwo historii. 

 

SIŁA ASTROLOGII

 

Jednym z najwybitniejszych reportażystów badających azjatycką duszę i rozszyfrowujących kulturę tego kontynentu był Tiziano Terzani (1938–2004) – Włoch przez wiele lat pracujący w Azji jako korespondent niemieckiego tygodnika Der Spiegel. Do napisania swojej chyba najsłynniejszej książki Powiedział mi wróżbita zainspirowało go spotkanie z tytułowym wróżbitą w Hongkongu. Przepowiedział on autorowi, że jeśli w 1993 r. wsiądzie do samolotu, to zginie. Zwykle sceptyczny Tiziano Terzani pod koniec 1992 r. postanowił przez kolejne miesiące podróżować tylko drogą lądową lub morską. W odwiedzanych kolejno azjatyckich krajach udawał się do astrologów i wróżbitów. Dużą część swoich przemyśleń poświęcił właśnie kwestii magii. Wskazywał na to, jak ważną funkcję pełni ona wśród mieszkańców Azji i jak silnie naznacza ich codzienne życie. 

 

Podobnie rzecz wygląda w przypadku Birmy, a jeden z dowodów na to, jak bardzo jest ona przesycona myśleniem magicznym, stanowi 950-tysięczne miasto Naypyidaw (Nay Pyi Taw), które wznoszono od 2002 r., a od listopada 2005 r. odgrywa rolę stolicy kraju. To swoiste dzieło życia generała Than Shwe, rządzącego państwem w latach 1992–2011. Ośrodek zbudowano od podstaw najpewniej głównie ze względów strategicznych – usytuowanie w nim instytucji rządowych miało umocnić pozycję władzy w tej części Birmy. Założenie nowej stolicy doradzili rządzącym astrologowie. Ministrowie wyruszyli do niej z Rangunu (w liczbie 11 i w towarzystwie 11 batalionów żołnierzy w konwoju złożonym z 1100 ciężarówek!) w najlepszym według układu gwiazd momencie, o szczęśliwej numerologicznie godzinie, czyli 11 listopada o 11.00. Naypyidaw leży w centrum kraju, z dala od większych skupisk ludzkich. O przenosinach do nowej stolicy nie wiedział nikt, nawet członków rządu poinformowano niemal w ostatniej chwili. Choć w ciągu ostatniej dekady zdążyła się ona rozwinąć, to wciąż przypomina trochę opuszczone miasto – wypełniają ją monumentalne budynki rządowe, szerokie, puste aleje, pozbawione uroku i rzadko odwiedzane hotele. 

 

KRAJ TYSIĄCA ŚWIĄTYŃ

 

4-8 MG MG TUN 3

Widok na zabytkowe budowle w mieście Pagan położonym nad rzeką Irawadi

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

Całkowitym przeciwieństwem Naypyidaw jest inny ośrodek, który założono za radą wróżbitów. On również przez pewien czas (w latach 1857–1885) był stolicą. Mowa o pulsującym życiem Mandalaj. To drugie po Rangunie największe miasto Birmy (niemal 2-milionowe). Założył je przedostatni birmański król Mindon (1808–1878). Decyzję podjął po konsultacji z nadwornymi astrologami, którzy doradzili mu wybudować Mandalaj u podnóża wzgórza uważanego za święte. Według wierzeń Budda w trakcie swojej wizyty na tej górze przepowiedział, że u jej stóp powstanie wspaniałe miasto. Miał to być zarazem punkt stanowiący środek świata. Nazwano je wówczas Złotym Miastem i wypełniono budowlami postawionymi na planie kwadratu o bokach skierowanych na cztery strony świata. Całość otoczono fosą i wysokimi murami, 48 bastionami oraz 12 potężnymi bramami, prowadzącymi na północ i południe, wschód i zachód. W samym środku wzniesiono ogromny pałac królewski, który – niestety – został zniszczony w pożarze podczas II wojny światowej – część Mandalaj zbombardowali alianci, którzy chcieli uwolnić je spod japońskiej okupacji (1942–1945). Zamiast oryginalnej rezydencji króla można więc dziś zwiedzać tylko jej replikę, oddaloną nieco od dawnego serca miasta i znacznie młodszą, ale równie imponującą.

 

Za najważniejszą budowlę sakralną Mandalaj uchodzi pagoda Mahamuni (czyli Świątynia Wielkiego Mędrca), zbudowana w drugiej połowie XVIII w. przez króla Bodawpayę (1745 – 1819). W samym jej centrum stoi niemal 4-metrowy, wykonany z brązu posąg siedzącego Buddy Mahamuni. To obok ranguńskiego Szwedagonu najświętsze miejsce w całym kraju i jeden z najważniejszych celów buddyjskich pielgrzymek. Często odwiedzane zarówno przez Birmańczyków, jak i zaglądających w te rejony podróżników jest także wzgórze Mandalaj (ok. 240 m n.p.m.), na które można dostać się czterema rzędami potężnych schodów (saungdan) prowadzącymi z każdej strony świata bądź dobudowanymi w naszych czasach schodami ruchomymi i windą. Na szczycie znajdują się kolejne pagody, sale medytacji i punkty widokowe. Roztacza się stąd niesamowity widok na okolicę, a przede wszystkim rzekę Irawadi, najdłuższą w Birmie (mającą mniej więcej 2200 km), wpadającą do Morza Andamańskiego. 

 

Jeśli zdecydujemy się na wizytę w Mandalaj, koniecznie powinniśmy wybrać się też na jedno- lub dwudniową wycieczkę po regionie, m.in. do Inwy (dawniej Avy), która dziś przypomina spokojną wioskę, ale w przeszłości, przez niecałe 360 lat z przerwami (1365–1842) była stolicą królestwa. Ogromne wrażenie robią fragmenty imponującego muru, otaczającego niegdyś miasto. Inną atrakcją jest tzw. wieża obserwacyjna Nanmyin z 1821 r., ze względu na swoje odchylenie od pionu porównywana do tej w Pizie. Stanowi ona jedyną pozostałość znajdującego się kiedyś w tym miejscu pałacu królewskiego i wznosi się na 27 m. Warto wspiąć się na górę, aby podziwiać przepiękną panoramę. W pobliżu Mandalaj nie można również ominąć okolic Amayabuyi (Amarapury) z najprawdopodobniej najstarszym i najdłuższym na świecie mostem tekowym, mierzącym 1,2 km, a skonstruowanym ok. 1850 r. Nosi on nazwę U Bein na cześć głównego inżyniera nadzorującego jego budowę. Szczególne wrażenie robi o wschodzie i zachodzie słońca – wygląda wtedy naprawdę magicznie, podobnie jak mieniące się w ciepłych promieniach słońca okoliczne stupy czy sylwetki przemierzających go mieszkańców. 

 

Choć Mandalaj ze swoimi licznymi buddyjskimi świątyniami pozostaje największym ośrodkiem religijnym w Birmie, z jej sakralnymi zabytkami podróżnicy kojarzą zwykle założone w 849 r. (jak się przyjmuje) miasto Pagan (Bagan), stanowiące jedną z najważniejszych atrakcji archeologicznych całego kontynentu. Okres swojej największej świetności przeżywało za czasów króla Anawrathy (panującego w latach 1044–1077), w XI–XIII w. było stolicą królestwa Paganu (849–1297), a w 1287 r. zostało podbite przez Mongołów i nigdy już nie odzyskało dawnego znaczenia. Znajduje się tu mnóstwo obiektów do zwiedzania. Ze względu na duże odległości obejście całego obszaru na piechotę raczej nie wchodzi w grę. Najlepiej wynająć rikszę konną lub rower. Na zwiedzanie trzeba przeznaczyć co najmniej dwa pełne dni. Na powierzchni ok. 104 km2 wznosi się tutaj ponad 2,2 tys. buddyjskich pagód, klasztorów i świątyń. W okresie największej świetności miasta było ich ponoć pięć razy więcej, nie wszystkie jednak dotrwały do naszych czasów. 

 

Drugim najpopularniejszym celem turystów w Birmie jest jezioro Inle położone w paśmie gór Szan na wysokości 880 m n.p.m. Bazę dla osób chcących po nim popływać stanowi niewielka miejscowość Nyaungshwe – właśnie w niej najlepiej zamówić wyprawę łodzią. Na wizytę w rejonie Inle wystarczy tak naprawdę jeden dzień. Na wycieczkę należy wyruszyć o świcie, aby móc przyjrzeć się rybakom wypływającym na połów. Napędzają oni łódź w dość oryginalny sposób: stoją na rufie i wiosłują nogą, owijając stopę wokół długiego wiosła. Dzięki temu mają wolne obie ręce, co umożliwia im wygodniejsze zarzucanie i wyciąganie sieci oraz pozwala obserwować sytuację panującą na jeziorze. Poza rybakami i ich drewnianymi domami na palach uwagę przyciągają pływające plantacje. Inle przypomina w niektórych miejscach kolorową łąkę, a nawet… pole. Uprawia się tu kwiaty oraz warzywa i owoce, które codziennie są dostarczane łodziami na targi do przybrzeżnych miejscowości. To drugie po Indawgyi największe w kraju jezioro (o powierzchni 116 km²) już od dobrych paru lat wyrasta na jedną z największych atrakcji turystycznych tej części Azji. Trzeba przyznać, że robi się na nim coraz tłoczniej. 

 

POZA TURYSTYCZNYM SZLAKIEM

 

shutterstock 177900569 - Fishermen at Inle Lake

Nad jeziorem Inle mieszkają głównie przedstawiciele grupy etnicznej Intha

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

Dla porządku należy dodać, że Birma – mimo rosnącej z każdym rokiem liczby odwiedzających – pozostaje krajem, gdzie z powodzeniem można znaleźć rejony niezadeptane jeszcze przez turystów. Do takich miejsc zalicza się pagoda Kyaiktiyo (jej nazwa w tłumaczeniu na polski brzmi Pagoda na Głowie Pustelnika), będąca ulubionym celem pielgrzymek birmańskich buddystów, wciąż jednak często pomijana przez obcokrajowców. Znajduje się ona w okolicy wioski Kinpun w stanie Mon, ok. 200 km na północny wschód od Rangunu. Warto odwiedzić ją zwłaszcza w Dzień Pełni Księżyca (w marcu), wypadający w ostatnim miesiącu tutejszego kalendarza, czyli tabaung. Pagodę podświetlają wówczas tysiące świec i ozdabiają tony kwiatów, stanowiące symboliczny podarek dla Buddy. Na szczycie porośniętego przez bujną roślinność wzgórza Kyaiktiyo (1100 m n.p.m.) znajduje się mniej więcej 8-metrowy głaz pokryty najprawdziwszym złotem. Ważący ponad 600 t (według szacunków) i zawieszony tuż nad przepaścią kamień wygląda tak, jakby miał za chwilę runąć w dół. Mimo to od wieków w tajemniczy i sobie tylko znany sposób zachowuje równowagę. Podobnie jest z postawioną na nim pagodą, zwaną Złotą Skałą. Według legendy głaz zawdzięcza swoją stabilność ukrytemu w nim świętemu włosowi Buddy. Wielu pielgrzymujących wierzy zresztą, że nie leży on bezpośrednio na szczycie góry, tylko unosi się nad nią w powietrzu. Zgodnie z niektórymi podaniami olbrzymi kamień kilkaset lat temu wisiał dużo wyżej, ale stopniowo, wraz z upadkiem moralności i obyczajów wśród ludzi, zaczął opadać i osiadł na ziemi. Widok tej osobliwości, szczególnie o zachodzie słońca, robi niesamowite wrażenie. Potężna skała z pagodą lśni wówczas drobinkami złota, a po chwili wtapia się w zabarwione na różowo niebo. Właśnie o tej porze dnia zbiera się tu najwięcej mnichów, którzy wieczorem zaczynają swoje modlitwy i medytacje. Często spędzają w tym miejscu całą noc i o świcie witają wschodzące słońce.

 

Warto odwiedzić również wioskę Kinpun leżącą u podnóża słynnego wzgórza, służącą jako baza wypadowa pod Złotą Skałę. Wydaje się ona niewielka i niezbyt efektowna – tworzy ją parę ulic z kilkoma skromnymi sklepikami i restauracjami. Co jednak najważniejsze, zamieszkują ją gościnni ludzie, żyjący spokojnie po swojemu i zdający się nie przejmować turystycznym ruchem. Jest to też jedno z tych miejsc, w których może nie ma sensu zatrzymywać się na dłużej, ale warto zostać na popołudnie lub wieczór, choćby po to, aby napić się pysznej lokalnej herbaty (uważanej za najpopularniejszy napój w Birmie) i zobaczyć, jak wygląda codzienność Birmańczyków. 

 

Spotkania z licznymi turystami unikniemy także w innej urokliwej miejscowości. Mulmejn (Moulmein) wciąż czeka na odkrycie. Leży ok. 300 km na południowy wschód od Rangunu. To obecnie 300-tysięczne miasto, które odwiedzili m.in. angielscy pisarze Rudyard Kipling (1865–1936) i George Orwell (1903–1950), wydaje się zatrzymane w czasie i ma w sobie nieprzemijającą magię, kiedyś tak bardzo kuszącą podróżników. Położenie nieco na uboczu bardziej uczęszczanych turystycznych tras tylko dodaje mu uroku. Niepowtarzalną atmosferę Mulmejn zawdzięcza też rzece Saluin, mającej źródło na Wyżynie Tybetańskiej w Chinach i tworzącej deltę przed połączeniem się z Morzem Andamańskim. Ze względu na szybki, niebezpieczny nurt bywa ona nazywana „wściekłą rzeką”, w co trudno uwierzyć, jeśli przyjrzymy się jej w tej okolicy, gdzie sprawia wrażenie wyjątkowo spokojnej. Wszystko zresztą wydaje się tu jakby znieruchomiałe, może więc właśnie z powodu charakteru Mulmejn również Saluin, rodząca się w paśmie górskim Tangla (Tanggula Shanmai) w sąsiedztwie Jangcy i Mekongu, pokornieje i wytraca pęd. 

 

To miejsce mogłoby walczyć z takimi miastami jak Lizbona czy Stambuł o miano króla miejskiej melancholii. Choć trudno znaleźć w języku birmańskim bezpośredni odpowiednik portugalskiego saudade bądź tureckiego hüzün, to ulice i domy w Mulmejn zdają się doskonale odzwierciedlać znaczenie tych słów. Zanurzony we wspomnieniach ośrodek żyje dziś trochę w cieniu Rangunu i Mandalaj, mimo iż rozwijał się kiedyś równie prężnie jak one. W 1826 r., wkrótce po tym, jak Birma trafiła w ręce Brytyjczyków, miasto stało się stolicą (pozostało nią do 1852 r.). Gdy kraj był europejską kolonią, trafił do Mulmejn na kilka godzin wspomniany Rudyard Kipling, który ponoć zakochał się w nim, czemu dał wyraz w wierszu Droga do Mandalaj. George Orwell z kolei spędził tu kilka miesięcy w 1926 r. i na podstawie tych doświadczeń napisał później m.in. słynny antykolonialny esej Zabicie słonia (1936), stanowiący metaforyczną krytykę działania zachodniego imperium (którego sam – jako oficer policji – przez pewien czas był częścią). Po Brytyjczykach pozostała w mieście, podobnie jak w wielu innych zakątkach Birmy, głównie kolonialna architektura, nieco dziś zaniedbana, ale nadal w niektórych miejscach rozkwitająca kolorami, wciąż mająca w sobie coś ujmującego. Wśród tej zabudowy wyrasta potężny śnieżnobiały meczet i pierwsza birmańska świątynia należąca do Kościoła Anglii, wpisujące się w wielokulturowy rys kraju i samego stanu Mon, zamieszkanego obok Monów przez Bamarów (Birmańczyków), Karenów, Pa’O i Tajów. W Mulmejn wielu podróżników może też rozkochać jego portowy charakter. Mieszkańcy utrzymują się głównie z rybołówstwa lub rolnictwa i zajmują się pracą w porcie handlowym czy na plantacjach tropikalnych owoców bądź produkcją sieci. 

 

Kyauk Ka Lat Pagoda-Hpa An

 Pagoda Kyauk Ka Lat na wysokiej wapiennej skale w okolicy Mulmejn

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

Jednak obrazem, który po wizycie w tym nieco zapomnianym mieście nad deltą Saluinu pozostaje najdłużej w pamięci, jest górująca nad nim buddyjska pagoda Kyaik Than Lan (Kyaikthanlan), którą otaczają 34 mniejsze świątynie. Szczególne wrażenie robi nie tyle sam kompleks, ile magiczny widok, jaki rozpościera się z jego tarasów i mostów. Chyba właśnie wówczas, gdy stanie się wysoko nad Mulmejn i biegnącą w stronę morza rzeką, można na dobre się w nim zakochać. Warto pojawić się tu o wschodzie lub zachodzie słońca, kiedy różowoczerwone niebo nadaje wąskim uliczkom i strzelistym stupom szczególnego wyrazu, a potężny blok skalny, na którym powstała pagoda, wydaje się unosić. Raz spada wraz z nami w głęboką przepaść, innym razem pochyla się nad nią nisko, zanurzając w soczystej zieleni rosnących w pobliżu drzew. 

 

Oto złota kopuła, oto Birma – kraj, którego nie można porównać z żadnym innym – tak pisał w swoich wspomnieniach z podróży Rudyard Kipling. Choć jego słowa pochodzą z końca XIX w., to ma się wrażenie, że od tego czasu jedno bez wątpienia się tutaj nie zmieniło. Czarująca Birma wciąż jest krajem innym niż wszystkie i trudno przyrównać ją do jakiegokolwiek innego miejsca na ziemi.

Artykuły wybrane losowo

Słowenia – mały kraj wielkich win

LUCYNA LEWANDOWSKA

<< Istnieje takie państwo w Europie, w którym nic nie leży za daleko, a niemal wszystko jest po drodze. Z górskich szczytów widać w nim morze, blisko wybrzeża Adriatyku znajdują się liczne zapierające dech w piersiach jaskinie, a kawałek dalej – malownicze rejony winiarskie. To właśnie w niewielkiej Słowenii, dosłownie wciśniętej między Włochy, Austrię, Chorwację i Węgry, natura potrafiła zebrać wszystko to, co w niej najatrakcyjniejsze. >>

Więcej…

Wyprawy po Republice Południowej Afryki

KRZYSZTOF JAXA KWIATKOWSKI

 

<< Polakom z pokolenia będącego obecnie w średnim wieku Republika Południowej Afryki (RPA) kojarzy się z bajkowym snem o egzotycznym dobrobycie. Młodsi ludzie widzą ją raczej jako rozwijający się kraj pełen przygód i atrakcji, choć leżący na końcu świata. Dziś odwiedzają go miliony turystów, którzy wracają stąd zachwyceni. Przekonajmy się zatem, jak jest w rzeczywistości. >>

 

Spektakularny widok na Przylądek Dobrej Nadziei i plażę Diasa z Cape Point

© LISA BURNELL/CAPE TOWN TOURISM

 

RPA to kraj rozległy (ponad 1,22 mln km² powierzchni), z kilkoma strefami klimatycznymi i wegetacyjnymi, dostępem do dwóch oceanów (Atlantyckiego na zachodzie i Indyjskiego na wschodzie), pustyniami i sawannami, mnóstwem dzikich zwierząt we wspaniale urządzonych parkach narodowych i rezerwatach przyrody oraz wielkimi górami pokrytymi często śniegiem (na czele z Mafadi – 3450 m n.p.m. – w paśmie Gór Smoczych, najwyższym szczytem tego państwa na południowym krańcu Afryki). Duże, nowoczesne miasta, wyśmienita międzynarodowa kuchnia, perfekcyjna infrastruktura hotelowa i drogowa zachęcają do spędzenia tu wakacji. Całości obrazu dopełniają ciekawa, choć mocno zagmatwana, historia oraz grupy etniczne, spośród których kilka wciąż żyje w tradycyjny sposób. Kraj jest obecnie stosunkowo bezpieczny dla turystów, ale – co oczywiste – podczas wizyty w nim trzeba zachować zdrowy rozsądek, podobnie jak w każdym nieznanym miejscu na świecie. W dużych miastach nie należy spacerować samotnie po zmroku, a we wszystkich częściach RPA nie zaleca się zapuszczać do tzw. locations, czyli osiedli zamieszkałych przez czarnoskórych obywateli. Powszechnie używa się tutaj języka angielskiego, ale warto być przygotowanym, że w kilku prowincjach można się dogadać z lokalną społecznością wyłącznie w afrikaans (afrykanerskim). Ze względu na zróżnicowanie etniczne Południowoafrykańczyków nazywa się ich tęczowym społeczeństwem.

Zwiedzanie RPA zazwyczaj zaczyna się w jednym z dwóch największych miast: Johannesburgu lub Kapsztadzie (Cape Town). Rzadziej turyści lecą bezpośrednio do Durbanu albo Nelspruit (Mbombeli). Z czterech największych międzynarodowych lotnisk w kraju w dalszą podróż po nim można udać się samolotem bądź drogą lądową. RPA jest tak rozległa i bogata w różnorodne atrakcje, że nie da się jej zwiedzić w całości nawet w kilka tygodni. Zwykle więc podczas jednej wyprawy odwiedza się kilka wybranych miejsc.

 

MIASTO Z GÓRĄ STOŁOWĄ

Dla wielu osób Kapsztad to najpiękniejsze miasto na świecie. Z pewnością jest on miejscem niezwykłym. Stanowi wyjątkowe połączenie błękitu oceanu, nadbrzeżnych wysokich gór wyrastających tuż przy plaży i nowoczesnej architektury. To tutaj zdecydowana większość turystów rozpoczyna lub kończy przygodę z RPA. W mieście warto zrobić sobie bazę wypadową do wycieczek po okolicy.

Kapsztad (niemal 4 mln mieszkańców w obszarze metropolitalnym) jest rozległym ośrodkiem o niskiej zabudowie. Wyjątek stanowi ścisłe centrum, tzw. City Bowl, w którym wyrastają wysoko nowoczesne biurowce, hotele i apartamentowce. Reprezentacyjne dzielnice mieszkaniowe usytuowane są wzdłuż wybrzeża. Rozciągają się od plaż przy Table View na północy aż po słynne Nabrzeże Wiktorii i Alfreda (Victoria & Alfred Waterfront) – centrum komercyjne z piękną galerią handlową (zbudowaną w miejscu starych magazynów i doków portowych), licznymi hotelami i restauracjami. Tutaj prędzej czy później docierają wszyscy turyści odwiedzający Kapsztad. Stąd w kierunku południowym aż do piaszczystej plaży w Camps Bay biegną obszary z drogimi rezydencjami mieszkalnymi – Green Point, Sea Point i Clifton. Z nowoczesnymi rejonami wyraźnie kontrastują duże dzielnice imigrantów i biedoty, którzy swoje blaszano-kartonowe domy (tzw. shacks) budowali od kilku dekad wzdłuż autostrady, prowadzącej z lotniska do centrum miasta. Obecnie dzięki dużym publicznym nakładom finansowym tereny te są systematycznie przekształcane w gęste osiedla murowanych domków dla najbiedniejszych mieszkańców. Niemniej prawdziwe dzielnice ubogich wciąż istnieją na głębokich przedmieściach i do nich turyści nie powinni się zapuszczać.

W Kapsztadzie każdy znajdzie odpowiednie dla siebie miejsce zakwaterowania. Są tu hotele oferujące usługi na najwyższym światowym poziomie, średniej klasy hotele sieciowe, liczne obiekty typu B&B (bed and breakfast, niezmiernie popularne w RPA) i hostele. Najbardziej okazałe kompleksy znajdują się w centrum, w okolicach City Bowl oraz Nabrzeża Wiktorii i Alfreda. Obiekty B&B o dobrym standardzie rozmieszczone są w zasadzie na terenie całego miasta, ale najlepszą lokalizację mają te z obszarów Green Point i Sea Point oraz sąsiedztwa Gardens. Amatorzy gier hazardowych (i nie tylko!) powinni rozważyć zatrzymanie się w stylowym Grand Hotelu połączonym ze sporym kasynem (GrandWest Casino) i… krytym lodowiskiem, na którym można pojeździć na łyżwach.

Samo centrum Kapsztadu najlepiej zwiedzać pieszo. Tuż obok dzielnicy biurowej, przy placu Grand Parade znajduje się zabytkowy Ratusz Miejski (City Hall), z którego balkonu w 1990 r. Nelson Mandela (1918–2013) wygłosił swoje pierwsze publiczne przemówienie po opuszczeniu więzienia. Tutaj wznosi się również XVII-wieczny Zamek Dobrej Nadziei (Castle of Good Hope), mieszczący obecnie małe muzeum, a będący najstarszym zachowanym budynkiem kolonialnym w Afryce Południowej. W centrum warto też zobaczyć anglikańską Katedrę św. Jerzego (St. George’s Cathedral), sąsiadujący z nią kompleks budynków parlamentu (Houses of Parliament) i park The Company’s Garden. Podczas spacerów po mieście nie wolno ominąć dzielnicy Bo-Kaap, zwanej Dzielnicą Malajską (Malay Quarter). Na jej terenie znajdują się m.in. jeden z pierwszych meczetów powstałych w Kapsztadzie (Nurul Islam Mosque z 1844 r.), charakterystyczne ulice wyłożone brukiem i małe domy pomalowane na jaskrawe kolory. Z kolei szybka przechadzka Long Street, główną arterią City Bowl, pozwala poznać dawną kapsztadzką architekturę. Można tu także znaleźć kilka niezłych knajpek, pubów i klubów nocnych.

Niemal w sercu miasta wyrasta imponująca Góra Stołowa (Table Mountain, 1086 m n.p.m.). Na jej płaski szczyt prowadzi kilka szlaków. Można na niego również wjechać kolejką linową z okrągłymi wagonikami (Table Mountain Aerial Cableway), z których rozpościera się doskonały widok na okolicę – to jedna z największych atrakcji w Kapsztadzie. Na amatorów mocniejszych wrażeń czeka kilka technicznych dróg wspinaczkowych biegnących zboczami Góry Stołowej albo lot moto- lub paralotnią z jej wierzchołka. Na szczycie warto zostać dłużej. Można stąd podziwiać zapierające dech w piersiach widoki na miasto, port i pobliską Robben Island (wyspę w Zatoce Stołowej – Table Bay). Górę pokrywa formacja roślinna fynbos (południowoafrykański odpowiednik śródziemnomorskiej makii). Większości z występujących tu roślin nie spotyka się nigdzie indziej na świecie.

Osoby lubiące wyprawy trekkingowe powinny wybrać się na Głowę Lwa (Lion’s Head, 669 m n.p.m.). Oglądanie zachodu słońca z jej szczytu to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju i na długo pozostanie w pamięci. Położone zaraz obok Wzgórze Sygnałowe (Signal Hill, 350 m n.p.m.) jest znakomitym miejscem na podziwianie panoramy miasta, szczególnie po zmroku, gdy Kapsztad ginie w blasku milionów świateł. Codziennie o 12.00 rozlega się pod Signal Hill wystrzał z historycznej armaty.

Turyści bardziej aktywni w ramach porannego spaceru mogą udać się na przechadzkę wzdłuż wybrzeża – od tzw. Mouille Point aż do wspaniałej piaszczystej plaży w Camps Bay. Nad samym oceanem biegnie tutaj malowniczy deptak. Podczas wędrówki można z bliska przyjrzeć się eleganckim osiedlom mieszkalnym.

Poza tym w Kapsztadzie znajduje się jeden z najpiękniejszych ogrodów botanicznych na ziemi – Kirstenbosch National Botanical Garden. Jest on usytuowany na zboczach Góry Stołowej pomiędzy przedmieściami Constantia i Newlands. Został założony w 1913 r. To pierwszy ogród botaniczny na świecie, stworzony specjalnie w celu ochrony endemicznych gatunków roślin. Malowniczo położony Kirstenbosch zachwyca olbrzymią kolekcją wrzośców (Erica) i srebrników (Protea). Po spacerach wśród kwiatów można odpocząć i zjeść obiad w tutejszej restauracji.

Osoby, które podczas wakacji nie mogą obejść się bez zakupów (a oprócz diamentów jest tu co kupować), powinny udać się do jednej z wielu galerii handlowych w mieście. Do najbardziej popularnych należy ta w rejonie Nabrzeża Wiktorii i Alfreda oraz drugie największe na kontynencie afrykańskim (zaraz po Gateway Theatre of Shopping pod Durbanem) luksusowe centrum handlowe Canal Walk (z ponad 400 sklepami rozlokowanymi na powierzchni 141 tys. m²), znane też pod nazwą Century City Mall.

 

Domy w intensywnych kolorach w kapsztadzkiej dzielnicy Bo-Kaap

© SA TOURISM

 

W OKOLICY PRZYLĄDKA

Jeśli z Kapsztadu udamy się na południe, w kierunku Przylądka Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope), napotkamy po drodze szereg wspaniałych atrakcji. Warto przejechać nadbrzeżną drogą biegnącą przez miejscowość Hout Bay i dalej jedną z najbardziej widokowych tras świata, tzw. Chapman’s Peak Drive, prowadzącą do Noordhoek. Podczas wyprawy nią trudno nie zatrzymywać się co kilkaset metrów, aby podziwiać widoki, bo każdy wydaje się piękniejszy od poprzedniego. W Hout Bay można skorzystać z łodzi i popłynąć na niewielką wysepkę Duiker (Duiker Island), na której znajduje się spora kolonia uchatek karłowatych. Dalej na południe warto przejechać rzadko uczęszczaną nadbrzeżną drogą przez miasteczka Kommetjie i Scarborough, gdzie również wytyczono wspaniałe punkty widokowe. Stąd wypatrzymy długie plaże, przy których śmiałkowie, nie bojący się spotkania z żarłaczem białym (rekinem ludojadem), surfują po Oceanie Atlantyckim.

Po drugiej stronie skalistego Półwyspu Przylądkowego (Cape Peninsula), nad Zatoką Mylną (False Bay), w uroczej miejscowości Simon’s Town znajduje się jedna z kilku kolonii pingwina przylądkowego. Przy Plaży Głazów (Boulders Beach), objętej ochroną Parku Narodowego Góry Stołowej (Table Mountain National Park), spacerujący po specjalnie wybudowanych pomostach turyści przyglądają się tym osobliwym ptakom wypoczywającym na piasku lub nurkującym w zimnej wodzie. Przy przejeżdżaniu przez miasteczko zwolnijmy – pingwiny uwielbiają spacery poza parkiem i często wędrują parami w poprzek głównej drogi. W samym Simon’s Town warto zobaczyć centrum z budynkami z XIX stulecia oraz położony obok port z okrętami wojennymi. Ciekawostką jest tutaj pomnik doga niemieckiego o imieniu Just Nuisance (1937–1944), który był jedynym na świecie psem wpisanym oficjalnie na listę marynarzy. W czasie II wojny światowej służył na statku HMS Afrikander i w bazie marynarki wojennej w miasteczku.

Legendarny Przylądek Dobrej Nadziei to symbol okolic Kapsztadu, ale też całej Afryki Południowej. Jego pierwotna nazwa – Przylądek Burz (po portugalsku Cabo das Tormentas) – nadana mu została przez pierwszego europejskiego żeglarza, który do niego dotarł w 1488 r. – Portugalczyka Bartolomeu Diasa (ok. 1450–1500). Później król Portugalii Jan II (1455–1495) przemianował go na Cabo da Boa Esperança, bo opłynięcie przylądka otwierało okrętom możliwość dotarcia do Indii. Cape of Good Hope wchodzi w skład Parku Narodowego Góry Stołowej. Występują tu rozmaite zwierzęta (m.in. pawiany, przylądkowe pingwiny i góralki, kilka gatunków antylop, strusie) i wiele endemicznych roślin. Sam przylądek to nieznacznie wysunięty cypel skalny, na którego szczyt można dotrzeć z parkingu lub z centrum obsługi turystycznej położonego poniżej tzw. Cape Point. Ta druga, dłuższa trasa jest szczególnie atrakcyjna, bo po drodze mamy okazję zejść na wspaniałą, dziką plażę ukrytą pomiędzy wysokimi klifami. Specjalna kolejka linowo-terenowa (Flying Dutchman Funicular) dowozi pasażerów pod latarnię na Cape Point, skąd rozciągają się cudowne widoki na False Bay i otwarty ocean. Wbrew temu, co mówią liczne materiały reklamowe dla turystów, oceany Atlantycki i Indyjski spotykają się nie tutaj, a ok. 160 km dalej na południowy wschód, przy Przylądku Igielnym (Cape Agulhas).

Aby zobaczyć imponujące rytuały godowe waleni południowych, warto udać się w okolice miejscowości Hermanus w okresie od czerwca do grudnia. Wyskakujące wysoko ponad wodę olbrzymy można podziwiać ze skalistego brzegu lub pokładu łodzi specjalnie przeznaczonej do tego celu. Amatorzy przygód z dreszczykiem mogą zdecydować się na nurkowanie z drapieżnym żarłaczem białym. Taką rozrywkę organizuje kilka firm w miejscowości Gansbaai. Nurkowanie odbywa się w specjalnych klatkach, ale spotkanie oko w oko z mniej więcej 6-metrowym (i 2-tonowym) stworzeniem robi ogromne wrażenie.

 

AFRYKAŃSKIE WINO

Wielu turystów nie wyobraża sobie podróży przez RPA bez odwiedzenia choć jednej winnicy w okolicy Kapsztadu. Miasta Stellenbosch, Wellington i Paarl czy kapsztadzkie przedmieścia Constantia to jedynie te najbardziej znane ośrodki winiarskie w kraju. Jest ich tutaj znacznie więcej i przy dłuższym pobycie w Południowej Afryce warto poszukać tych mniej znanych miejsc, oferujących wyborne wino koneserom i osobom pijącym je od czasu do czasu. Niemal wszystkie winnice w okolicach Kapsztadu zapraszają również na noclegi, w bardzo dobrym lub średnim standardzie, w zabytkowych domach utrzymanych w historycznym holenderskim stylu przylądkowym. Na zatrzymanie się w nich na noc dobrze się zdecydować, szczególnie jeśli planuje się degustacje w kilku miejscach. Osoby, którym brakuje czasu, mogą zajrzeć do jednej czy dwóch tradycyjnych winnic, takich jak Vergelegen Estate (powstała w 1700 r.) w mieście Somerset West lub położona bliżej Cape Town Klein Constantia (założona w 1685 r.).

 

WZDŁUŻ WYBRZEŻA

Z Kapsztadu w kierunku Durbanu warto pojechać drogą wiodącą wzdłuż wybrzeża. Na wysokości miasta Mossel Bay wjeżdża się na ok. 300-kilometrową Trasę Ogrodów (Garden Route). Ten szlak poleca się szczególnie osobom lubiącym wyprawy samochodowe połączone z zatrzymywaniem się przy licznych atrakcjach przyrodniczych. Można odwiedzić tutaj miasta Knysna i George, miejscowości Plettenberg Bay czy Nature’s Valley oraz Park Narodowy Trasy Ogrodów (Garden Route National Park) i góry Outeniqua (z najwyższym punktem Cradock Peak, 1578 m n.p.m.), gdzie czekają wspaniałe szlaki spacerowe i trekkingowe. Jednym z największych bogactw tego rejonu jest szata roślinna będąca połączeniem fynbosu charakterystycznego dla okolic Kapsztadu z lasami subtropikalnymi. Zaraz za Nature’s Valley znajduje się popularny wśród amatorów wrażeń podnoszących poziom adrenaliny Bloukrans Bridge, najwyższy most na świecie, z jakiego wykonuje się skoki na bungee (ponad 215 m lotu). Dalej na wschód, tuż za Port Elizabeth (przy miejscowości Addo) trzeba odwiedzić atrakcyjny Park Narodowy Słoni Addo (Addo Elephant National Park), będący najbardziej wysuniętym na południe obszarem na kontynencie afrykańskim, gdzie żyją słonie.

Durban, trzecie najbardziej zaludnione miasto kraju (jego obszar metropolitalny zamieszkuje blisko 3,5 mln osób), kojarzy się z ciepłym Oceanem Indyjskim i licznymi plażami ciągnącymi się niemal nieprzerwanie aż do Ponta do Ouro na południowym krańcu Mozambiku. Jeśli w trakcie wizyty w RPA mamy zamiar się tutaj wybrać, to powinniśmy uwzględnić w swoich planach spędzenie kilku leniwych dni na wybrzeżu w którymś z hotelowych resortów czy kameralnych obiektów B&B. Sam Durban, zwany często Małymi Indiami, zamieszkuje największa diaspora Hindusów na świecie. To oni nadali kształt i charakter miastu swoimi świątyniami, zwyczajami, ubiorem i – oczywiście – pyszną indyjską kuchnią. Warto tu zajrzeć do centrum i zapuścić się w mniejsze uliczki ze sklepikami, straganami i małymi targami. Ciekawą atrakcją jest również piękny park tematyczny uShaka Marine World z największym akwarium w Afryce (uShaka Sea World) oraz kompleksem podwodnych restauracji i sal konferencyjnych, usytuowany malowniczo nad Oceanem Indyjskim.

Jeśli z Durbanu wyruszymy na północny wschód, dotrzemy do jednego z największych skarbów przyrodniczych RPA, czyli Parku Mokradeł iSimangaliso (iSimangaliso Wetland Park, znanego też pod nazwą Greater St. Lucia Wetland Park), wpisanego w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na olbrzymich, podmokłych terenach (ok. 3280 km² powierzchni), obejmujących także Jezioro św. Łucji (Lake St. Lucia) i pas wybrzeża, żyją wielkie grupy hipopotamów, krokodyli nilowych, kilkaset gatunków ptaków i kilkanaście gatunków mniejszych ssaków. Można tu odbyć wodne safari, podczas którego obserwuje się zwierzęta z pokładu specjalnej łodzi, zatrzymać się w jednym z obiektów hotelowych lub uciec od świata na wspaniałą, dziką plażę.

 

WOKÓŁ STOLIC

Johannesburg to tętniące życiem serce RPA, centrum biznesowe, turystyczne i komunikacyjne, a jednocześnie tygiel etniczny. Samo miasto nie jest szczególnie atrakcyjne dla turystów. Na zainteresowanie zasługuje tutaj kilka ciekawych muzeów (np. Apartheid Museum), dawne podmiejskie slumsy Soweto czy leżący 50 km stąd kompleks muzealny Kolebka Ludzkości (Cradle of Humankind) z zespołem wapiennych jaskiń Sterkfontein wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

W odległości mniej więcej 60 km na północny wschód od Johannesburga znajduje się Pretoria, siedziba rządu i administracyjna stolica kraju (obok dwóch innych stolic: Kapsztadu z siedzibą parlamentu i Bloemfontein z siedzibą władzy sądowniczej). Właściwie jedyną atrakcją wartą w niej odwiedzenia jest kompleks budynków rządowych (Union Buildings). Stąd po ok. 2 godz. jazdy samochodem na północny zachód dociera się do słynnego Sun City – wybudowanego pod koniec lat 70. XX w. wielkiego centrum rozrywki z kilkoma luksusowymi hotelami, kasynem, restauracjami, barami, dwoma 18-dołkowymi polami golfowymi klasy mistrzowskiej (The Lost City Golf Course i Gary Player Country Club Golf Course) czy rozległym parkiem wodnym (Valley of Waves) ze zjeżdżalniami i basenami ze sztucznymi falami (aż do niemal 2 m wysokości w tzw. Roaring Lagoon). Tuż obok leży Park Narodowy Pilanesberg (Pilanesberg National Park). Można go zwiedzać w trakcie safari, podczas którego wypatruje się Wielkiej Piątki Afryki (lwa, lamparta, bawoła, słonia i nosorożca czarnego). To miejsce szczególnie atrakcyjne dla osób nie wybierających się do Parku Narodowego Krugera (Kruger National Park) lub do innych rezerwatów w kraju.

 

Johannesburg znany jest z bogatego życia nocnego

© SA TOURISM

 

KRÓLESTWO PRZYRODY

Prawie 70 proc. wszystkich turystów odwiedzających RPA udaje się na safari (zwane tutaj game drive) do wspomnianego Parku Narodowego Krugera. Jest on w zasadzie najważniejszą atrakcją turystyczną kraju i z tego powodu umieszczaną niemal zawsze w programach zwiedzania.

Niewątpliwy atut parku stanowi łatwy dostęp do niego – dostaniemy się tu bezpośrednio z pobliskiego lotniska pod Nelspruit (Mbombelą) lub z Johannesburga po kilku godzinach jazdy. Najczęściej odwiedzany bywa obszar południowy ze względu na bliskość tych dwóch ośrodków, najlepszą infrastrukturę noclegową i komunikacyjną oraz brak gęstego buszu, co pozwala na wypatrywanie zwierząt. Główne drogi na terenie parkowym zostały wyasfaltowane, dzięki czemu jego część można zwiedzać nawet autobusem lub otwartą ciężarówką. Drogi boczne są utwardzone, ale dalej na północ lub głębiej w buszu zamieniają się w szutrowe i ziemne. Podczas planowania safari trzeba wziąć więc pod uwagę również odległości i rodzaj nawierzchni. Infrastruktura noclegowa jest bardzo zróżnicowana, ale przygotowana na każdą kieszeń. Doskonale wyposażone kempingi, hotele i – oczywiście – luksusowe lodże otoczone bezpiecznymi ogrodzeniami zapewniają znakomity odpoczynek i oferują dobrą kuchnię. Część z najlepszych obiektów znajduje się w rękach prywatnych w wydzielonych rezerwatach będących jednak wciąż częścią ekosystemu Parku Narodowego Krugera. Zakwaterowanie w lodży można często połączyć z luksusowym safari z wybitnymi przewodnikami i tropicielami. Jeśli mamy więcej czasu i własny samochód terenowy, to warto zapuścić się dużo dalej na północ, aby zobaczyć trudniej dostępne i bardziej dzikie tereny parku. Taka wyprawa zapewnia większą prywatność, jest też niesamowitą przygodą i stwarza okazję do spotkania innych gatunków zwierząt. Park Narodowy Krugera słynie z dużej różnorodności gatunkowej i liczebności fauny. Warto spędzić tu kilka dni na podziwianiu przyrody, jaka nie występuje nigdzie indziej na świecie.

Po zachodniej stronie obszaru parkowego ciągnie się tzw. Panorama Route, czyli trasa widokowa biegnąca m.in. w okolicy jednego z największych kanionów na świecie, drugiego co do wielkości w Afryce – Kanionu Rzeki Radości (Blyde River Canyon), który ma ok. 26 km długości i średnią głębokość mniej więcej 750 m. Po drodze znajduje się wiele punktów, z których rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki. Jeśli z parku udamy się w kierunku południowym, trafimy do Królestwa Suazi, zwanego dawniej Swazilandem. Jest ono odrębnym państwem z licznymi atrakcjami i tradycyjnie żyjącymi grupami etnicznymi.

 

Kotlina Kalahari – wioska Buszmenów, rdzennych mieszkańców Południowej Afryki

© SA TOURISM

 

NA PÓŁNOCY

W artykule o RPA nie sposób nie wspomnieć o bezkresnych piaskach kotliny Kalahari i mających długą historię ludach Khoisan (m.in. Buszmenach czy Hotentotach). Prowincja Przylądkowa Północna (Northern Cape), rozciągająca się aż po granicę z Namibią i Botswaną, jest najrzadziej odwiedzana przez turystów. Co prawda obcokrajowcy docierają do położonego bliżej Johannesburga miasta Kimberley z Big Hole (jak się powszechnie uważa, największą na świecie dziurą w ziemi wykopaną ręcznie przez człowieka – o szerokości 463 m i głębokości ok. 215 m) i słynnym muzeum kopalni diamentów (The Kimberley Mine Museum), ale niezbyt często zapuszczają się na rozległe obszary Kalahari, leżące w północno-zachodniej części kraju. Ten region RPA to idealne miejsce dla poszukiwaczy przygód uwielbiających podróżowanie przez pustkowia. Powinni oni odwiedzić zwłaszcza wioski należące do grup etnicznych Khoisan znajdujące się przy granicy z Botswaną i piękny Transgraniczny Park Kgalagadi (Kgalagadi Transfrontier Park).

Wydanie Lato 2018

GRECJA DLA KAŻDEGO

WOJCIECH KUDER

 

Gdzie wyjechać na urlop, żeby ani przez chwilę się nie nudzić? Jak połączyć marzenia o beztroskim wypoczynku, fascynującej podróży w czasie i przygodach, o których z wypiekami na twarzy opowiada się potem przez szereg długich, zimowych wieczorów? Rozwiązaniem w tym przypadku może być z pewnością Grecja… Mityczna kraina wszechmocnych bogów i odważnych bohaterów, ojczyzna poetów, słońca i wyśmienitego wina, po którym świat wygląda jakby wyszedł spod pędzla mistrzów impresjonizmu. To jedno z tych miejsc, gdzie wraca się wielokrotnie. Jest niby zaginione pośród morskich fal królestwo wiecznej szczęśliwości, w którym każdy znajdzie coś dla siebie!

Więcej…