szwed-cabo-verde-santo-antao-ribeiry01-1

Ribeira – głęboka, wypełniona roślinnością dolina na Santo Antão

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Miejscowa legenda głosi, że Wyspy Zielonego Przylądka (po portugalsku Cabo Verde) powstały, gdy zadowolony ze stworzenia świata Bóg otrzepał ręce, a okruchy z jego palców niezauważenie spadły do wody. Znalazły się więc na oceanie niejako przypadkowo i takie również okazały się ich losy. Kraj ten bardzo długo nie mógł decydować o sobie (aż do 5 lipca 1975 r.), a zależny był od rozgrywek mocarstw z każdej strony Atlantyku. Dziś w pełni samorządna Republika Zielonego Przylądka stoi przed szansą umocnienia swojej pozycji. Przyciąga też coraz więcej osób chcących nie tylko podziwiać różnorodne krajobrazy i piękno przyrody, ale i obcować z bogatą kulturą.

 

To ponad 550-tysięczne państwo położone jest na Oceanie Atlantyckim, ok. 570 km od wybrzeży Afryki Zachodniej. Na jego terytorium o powierzchni 4033 km² składa się podzielony na dwie części archipelag pochodzenia wulkanicznego. Sal, Boa Vista, São Nicolau, niezamieszkana Santa Luzia, São Vicente i Santo Antão należą do północnych Wysp Zawietrznych (Ilhas de Barlavento), a Maio, Santiago, Brava i Fogo – do południowych Wysp Podwietrznych (Ilhas de Sotavento). Każda z nich to odrębny mały świat, unikatowy pod względem krajobrazowym i oferujący inne atrakcje. Przed wyjazdem warto zatem zrobić rozeznanie, aby wybrać część archipelagu najbardziej odpowiadającą naszym upodobaniom. Bardzo dobrze odwiedzić kilka wysp, a najlepiej – oczywiście – wszystkie, jeżeli tylko czas nam na to pozwala, i cieszyć się niesamowitą różnorodnością Cabo Verde.

 

Do XV w. ten rejon świata pozostawał nieodkryty, a także bezludny. Istnieje kilka hipotez na temat tego, kto był pierwszym odkrywcą archipelagu, ale historycy pewni są co do tego, że zaczęli go eksplorować dopiero Portugalczycy w latach 1456–1462. Do dziś to właśnie portugalski jest tu językiem urzędowym, mimo iż większość mieszkańców porozumiewa się w kabowerdeńskim języku kreolskim (kriolu kabuverdianu). Nazwa kraju przywodzi na myśl oblewaną oceanem zieloną oazę. Jednak kiedy przyjrzymy się wyspom, dojdziemy do wniosku, że niewiele z nich ma z tym obrazem coś wspólnego. Nic w tym dziwnego – nazwa ta stanowi nawiązanie do położonego po sąsiedzku senegalskiego Przylądka Zielonego. Odnalezienie zieleni na archipelagu zajęło mi nieco czasu, lecz gdy odkryłam ją na wyspie Santo Antão, jej intensywny odcień wywarł na mnie ogromne wrażenie.

 

TRUDNA HISTORIA

 

Choć tropikalne wyspy mogą kojarzyć się z luzem i beztroską, na Cabo Verde da się wyczuć swojego rodzaju melancholię. Ma na nią wpływ historia, która nie obeszła się z tym krajem łaskawie. Właściwie nigdy nie było to miejsce zbyt przyjazne do zamieszkania, a uprawa roślin na jałowych glebach zawsze stanowiła tutaj wyzwanie. Sytuację pogarszały suche wiatry i skąpe opady. Najdłuższy zanotowany okres, gdy archipelagu nie nawodniły deszcze niesione przez monsun, wynosił aż 18 lat! Krainę tę niemal w każdym stuleciu nawiedzały klęski głodu. Apogeum nastąpiło w latach 70. XVIII w. i później, między 1831 a 1833 r., kiedy z tego powodu zmarła blisko połowa populacji. Stulecie XX również przyniosło nieurodzaj, przerywany krótkimi okresami względnego dobrobytu. Także obecnie przetrwanie upraw w Republice Zielonego Przylądka wiąże się z dużym nakładem pracy, której efekty nigdy nie są pewne.

 

Kolonizacja archipelagu rozpoczęła się w 1462 r. wraz z przybyciem pierwszych osadników z Portugalii i Hiszpanii. Zamieszkali oni na najbardziej wówczas obiecującej z wysp (i największej, o powierzchni 991 km²) – Santiago – i zajęli się rolnictwem. Nie uprawiali jednak ziemi sami, lecz sprowadzili na swoje potrzeby niewolników. Po ponad 50 latach pracowało tu niemal 14 tys. ściągniętych siłą mieszkańców Afryki Zachodniej. Gdy Europejczycy uznali, że nie potrzebują już więcej robotników, zaczęli szukać na nich potencjalnych nabywców. Sprzedawali niewolników głównie do kolonii w Ameryce Południowej i Północnej. Utworzyli w ten sposób na Cabo Verde niechlubne centrum handlu żywym towarem.

 

W tych trudnych warunkach ludność pochodzenia europejskiego i afrykańskiego zawiązała wspólnotę i tak powstał zalążek kreolskiego społeczeństwa. Kolejne pokolenia coraz bardziej utożsamiały się z miejscem, w którym przyszły na świat. Wraz ze wzrostem tej tożsamości nasilał się bunt przeciw portugalskiemu zwierzchnictwu. Starania o uzyskanie niepodległości zakończyły się sukcesem dopiero w lipcu 1975 r.

 

Trudna przeszłość ukształtowała dzisiejsze pokolenie Kabowerdeńczyków, których większość żyje poza granicami swojego kraju (szacuje się, że aż ok. 1 mln ludzi). W XIX w. mieszkańcy republiki dołączyli do fali emigracji do Ameryki Północnej, utrzymującej się też w XX stuleciu. Dziś życie kabowerdeńskich rodzin naznaczone jest rozłąką i tęsknotą nie tylko ze względu na fakt, że wiele osób wyjechało za granicę, ale i ponieważ część z nich pracuje na morzu. Nie oznacza to oczywiście, że Wyspy Zielonego Przylądka są miejscem smutnym. Warto jednak poznać nieco tutejszą historię i sytuację społeczną, aby lepiej zrozumieć ten ciekawy kraj i jego mieszkańców.

 

ZATOKI I FESTIWALE

 

caboverde-baia-das-gatas-szwed-01

Baía das Gatas – skały stworzyły w tym miejscu olbrzymi naturalny basen

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Swoista melancholia Kabowerdeńczyków wyraża się w muzyce, której stolicą jest położone na wyspie São Vicente niemal 80-tysięczne Mindelo. To właśnie tu przyszła na świat Cesária Évora (1941–2011), najbardziej znana na świecie artystka wykonująca mornę – nostalgiczny gatunek wywodzący się właśnie z Cabo Verde. Melodie morny, jak i zdecydowanie bardziej żwawej funany dobiegają wieczorem nie tylko z tutejszych barów, ale i mieszkań. 

 

Muzyka i taniec są niezmiernie ważne także dla mieszkańców pozostałych miast i części archipelagu. Jednak to właśnie São Vicente stała się wyspą festiwali i zabawy. Odbywający się w Mindelo karnawał stanowi kilkudniową barwną i huczną imprezę, do której przygotowania trwają prawie cały rok. To jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w kraju, a żeby wziąć w nim udział, należy wybrać się tu w lutym lub marcu (w 2018 r. w terminie od 9 do 13 lutego). W sierpniu tłumy zjeżdżają z kolei do małej miejscowości Baía das Gatas, leżącej ok. 10 km na wschód od Mindelo. W trakcie trwania tutejszego festiwalu (Festival de Música da Baía das Gatas) nie zasypia ona przez trzy dni.

 

Baía das Gatas warto jednak odwiedzić i poza sezonem, aby cieszyć się przepięknym położeniem sennej wówczas wioski. Nieopodal nowo wybudowanych domów leży tu osada, w której ludzie od lat żyją tak samo – każdy dzień zależy od udanych połowów. To miejsce, gdzie w lazurowych wodach odbijają się ciemnozielone góry, mimo słonecznej pogody często osłonięte chmurami. Niebieska laguna otoczona wzniesieniami pozostaje w pamięci na długo, a wszechogarniający spokój pomaga naładować akumulatory przed dalszą podróżą.

 

São Vicente spodoba się miłośnikom nie tylko muzyki i tańca, ale i sportu. Deptaki w Mindelo pełne są biegaczy, plaże oblegają windsurferzy, a na wielbicieli golfa czeka profesjonalne pole z 18 dołkami (Clube de Golfe de São Vicente).

 

NIE TYLKO PLAŻE

 

szwedacz-caboverde-praktycznie-07

Mieszkańcy wioski Baía das Gatas trudnią się przede wszystkim połowami

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

szwed-cabo-verde02

Igreja do Nazareno – kościół w Espargos, stolicy wyspy Sal

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Przed podróżą w te strony spotykałam się ze skrajnymi opiniami na temat walorów turystycznych archipelagu. Z racji tego, że większość osób spędza urlopy na wyspie Sal (216 km² powierzchni i ok. 40 tys. mieszkańców), to właśnie jej dotyczyły one w szczególności. Czytałam, że jeśli ktoś spodziewa się egzotycznego raju, przeżyje rozczarowanie. Z drugiej strony biura podróży zachwalają ciągnące się kilometrami rajskie plaże i gwarantowaną słoneczną pogodę przez 350 dni w roku. Jak wygląda rzeczywistość? Prawda, jak to zwykle bywa, leży pośrodku, a wrażenia są uzależnione od oczekiwań i upodobań przyjezdnych. 

 

Moją przygodę z Cabo Verde zaczęłam właśnie od Sal i od razu przekonałam się, że poza 350 dniami słonecznymi jest jeszcze 15 pozostałych. Nasz samolot miał lądować najpierw na wyspie Boa Vista (Boavista), ale okazało się to niemożliwe z powodu silnej burzy. Lotnisko na Sal (Aeroporto Internacional Amílcar Cabral) funkcjonowało, lecz przywitało nas ulewą i wysokim poziomem wody. Następnego dnia po intensywnym deszczu nie pozostał jednak niemal żaden ślad i bez przeszkód mogliśmy rozpocząć zwiedzanie.

 

Obecna nazwa lądu pochodzi od bogatych złóż soli. Dawno temu pierwsi odkrywcy ochrzcili ją mianem Llana (z port. „równa”, „płaska”), które wydaje się bardzo adekwatne, gdyż pierwszym, co na wyspie rzuca się w oczy, jest rozległe pustkowie. Płaski, pustynny krajobraz urozmaica tylko kilka stożków wygasłych wulkanów. Być może nie każdemu taki teren przypadnie do gustu, jednak osobom lubiącym wędrówki po piaszczystych bezdrożach powinno bardzo spodobać się to miejsce. Zachwycają się nim także surferzy i amatorzy innych sportów wodnych, którzy coraz liczniej przybywają na Sal, żeby korzystać ze sprzyjających wiatrów i odpowiedniego zaplecza. 

 

Turystyczna infrastruktura najlepiej rozwinięta jest właśnie na tej wyspie, a dokładnie w miejscowości Santa Maria i jej okolicy. To właśnie tu piaszczyste plaże ciągną się kilometrami, a hotele przygotowane są na przyjęcie gości o różnorakich wymaganiach. Miasteczko nadal się rozbudowuje, a w pobliżu powstaje coraz więcej szkół sportów wodnych, w których można doskonalić swoje umiejętności. Warto wybrać się również na spacer wzdłuż znajdującej się niedaleko uroczej zatoki Murdeira (Baía da Murdeira), dochodzącej aż do Monte Leão (165 m n.p.m.) – wygasłego wulkanu o kształcie przywodzącym na myśl dostojnego króla sawanny.

 

Santa Maria to jednak typowy kurort nastawiony na zagranicznego turystę z wszelkimi zaletami, ale i wadami tego typu miejsc. Aby poczuć prawdziwego ducha wyspy, warto spędzić nieco czasu w jej stolicy – Espargos. Nazwa miasta pochodzi od porastających okolicę dzikich szparagów. Da się w nim dostrzec podział na dwie niepodobne do siebie części. Zabudowa nowoczesnego rejonu Espargos ma charakter bardziej europejski, a tworzą ją proste, utrzymane w jednolitej kolorystyce bloki. Dusza stolicy skrywa się w starej jej części, pełnej nieuporządkowanych, brukowanych uliczek, kolonialnych budynków i ludzi, którzy nigdzie się nie spieszą. Za dnia spalone słońcem miasto sprawia wrażenie ospałego, pogrążonego w melancholii, udzielającej się także mnie. Sytuacja zmienia się z nadejściem zmierzchu, gdy zapełniają się ulice i place, rozbrzmiewa coraz głośniejsza muzyka, a mieszkańcy stają się bardziej rozmowni i ożywieni. Jakby energia tłumiona przez upał dopiero wieczorem znajdowała ujście. Nazajutrz miasto znów obudzi się leniwe i pozostanie takie aż do zachodu słońca.

 

Niespełna 5 km na wschód od Espargos leży miasteczko Pedra de Lume. Składają się na nie zaledwie szkoła, kościół i rząd jednopiętrowych domów mieszkalnych otoczonych piaszczystymi wzniesieniami. Miejsce bardzo dobrze prosperowało w XIX w. za sprawą intensywnego pozyskiwania soli. Ilości tu wytwarzane pokrywały zapotrzebowanie archipelagu, ale produkt eksportowano również do Brazylii, Afryki czy Stanów Zjednoczonych. Tutejsze saliny powstały w kraterze wygasłego wulkanu. Dostać się do nich można przez wydrążony w skałach tunel. Po wkroczeniu do wnętrza krateru ukazały nam się geometryczne w kształcie, oddzielone murkami jeziora w kolorach niebieskim, zielonym i różowym. Ich barwa zależy od etapu wytrącania się soli. Jeden ze zbiorników był zupełnie biały i gdyby nie 40-stopniowy upał, sprawiałby wrażenie wypełnionego śniegiem. Chętni mogą się tu wykąpać w solance, a także skorzystać z zabiegów upiększających. I choć miejsce lata świetności ma już dawno za sobą, łatwo zrozumieć w nim, do czego nawiązuje obecna nazwa wyspy.

 

KRÓLOWA KUCHNI

 

O ile archipelag Cabo Verde jest dla Europejczyka regionem egzotycznym, o tyle oryginalność tutejszej kuchni trudno dostrzec od razu. Podstawę żywienia stanowią świeże ryby i owoce morza. Poza nimi w restauracjach (zwłaszcza tych bardziej turystycznych) zamówić można świetnie nam znane kurczaki, hamburgery i frytki.

 

Egzotyczne mogą wydać się sklepowe półki świecące pustkami, na których królują puszkowane parówki i fasola. Na taki widok natkniemy się jednak tylko wówczas, gdy na którąś z wysp od dawna nie zawitał prom. Zdarzyło mi się to tuż po przyjeździe i nieświadoma przyczyn przyjęłam sytuację z lekkim niepokojem. Jak się okazało, całkiem niepotrzebnie. Po uzupełnieniu zapasów sklepowy asortyment znów był różnorodny. Zdecydowana większość towarów pochodzi jednak z importu, co znajduje odzwierciedlenie w cenach, które są dość wysokie (porównywalne do zachodnioeuropejskich).

 

Wróćmy do tematu tutejszej kuchni. Dla poszukiwaczy nowych smaków znajdzie się wiele ciekawych owoców czy dań jednogarnkowych, do których zalicza się przede wszystkim królowa miejscowych potraw – cachupa. Bazuje ona na kukurydzy poddanej procesowi nixtamalizacji. Napęczniałe, nieco klejące się ziarna zawdzięczają swój wyjątkowy smak tej specjalnej obróbce. Można podawać je w kilku wersjach: pobre (biednej – składa się na nią przeważnie gotowana kukurydza, fasola, ziemniaki i zioła), rica (bogatej – z dodatkiem ryby, wołowiny, koźliny, kurczaka czy kiełbasy) bądź grelhada (grillowanej – zwykle ze składnikami, które kucharz akurat miał pod ręką). W praktyce i tak ciężko poznać, na co się trafiło, gdyż danie przyjmuje formę mniej lub bardziej zbitej, pożywnej papki, ukrytej nieraz pod sadzonym jajkiem. Mimo niepozornego wyglądu cachupa smakowała mi zawsze wyśmienicie, zarówno w eleganckiej knajpce, jak i w przydrożnym barze.

 

Z WYSPY NA WYSPĘ

 

Aby poznać więcej wysp, można przemieszczać się na dwa sposoby. Samolot to rozwiązanie droższe, za to niezwykle szybkie i proste. Komunikacja lotnicza działa na archipelagu bardzo sprawnie. Dużo tańszym środkiem transportu będzie prom. Podróżowanie w ten sposób wiąże się jednak z nieprzewidywalnymi sytuacjami i wymaga zapasu czasu. Stałe rozkłady rejsów funkcjonują tylko między niektórymi wyspami. W wielu przypadkach godzina przypłynięcia statku i punkt docelowy jego trasy bywają niespodzianką. Wycieczka promem daje jednak szansę na poobcowanie z lokalną ludnością, a przy okazji odkrycia zaskakujących faktów, np. tego, że dużo mieszkańców archipelagu cierpi na chorobę morską, co w kraju wyspiarskim wydaje się nieco osobliwe. Obsługa skrupulatnie rozdaje więc czarne torebki na wypadek złego samopoczucia pasażerów. Jeśli zależy nam na czasie, możemy dowiedzieć się w porcie, kiedy odpływa najbliższy prom (przy odrobinie szczęścia będzie to jeszcze tego samego dnia), i zdać się na obrany przez niego kierunek. My w ten sposób dotarliśmy przez São Vicente na Santo Antão, czego nie żałujemy ani trochę.

 

NAPRAWDĘ ZIELONA KRAINA

 

Mimo iż wyspa Santo Antão (779 km² powierzchni i ok. 50 tys. mieszkańców) w całości powstała z materiału wulkanicznego, jej północna i południowa część to dwa różne światy, które długo pozostawały oddzielone nieprzebytym pasmem górskim ze szczytem Topo da Coroa na czele (1979 m n.p.m.). I choć dziś światy te łączą dwie kręte drogi, ten wyrazisty podział nie uległ zmianie.

 

Santo Antão witamy w jej głównym mieście – 10-tysięcznym Porto Novo, gdzie przybijają promy z São Vicente i statki z całego świata. Uzyskało ono prawa miejskie we wrześniu 2005 r., a okazałe budynki i promenady sfinansował rząd Luksemburga. Mimo położenia nad oceanem, sprawia wrażenie pustynnego. Zwłaszcza kiedy na archipelag dociera harmattan (po portugalsku harmatão) – gorący wiatr znad Sahary, niosący ze sobą pył i piach. Takie jest również całe południe wyspy. To kraina płaska, sucha, przypominająca owiewaną gorącym powietrzem pustynię.

 

Droga wiodąca na północ, choć ma zaledwie ok. 40 km (z Porto Novo do Ribeiry Grande), przenosi nas do świata skrajnie odmiennego. Kamienno-pustynny krajobraz stopniowo ustępuje miejsca bazaltowym wzniesieniom. Północny obszar Santo Antão to kraina strzelistych szczytów, soczyście zielonych zboczy, głębokich wąwozów i poszarpanych klifów. Drogi prowadzą głębokimi dolinami ze strumieniami, zwanymi ribeirami, lub pną się wzdłuż grzbietów nad potężnymi urwiskami. Mimo niełatwych do życia warunków napotykamy osady ludzkie uczepione stromych skalnych ścian. Szczyty toną w ciężkich chmurach wzmagających niesamowitą atmosferę. To właśnie tu Cabo Verde pokazuje swoje zielone oblicze.

 

Zielenią najlepiej cieszyć się, przemierzając wspomniane wcześniej ribeiry. Przeprawa przez nie jest okazją nie tylko do podziwiania niezwykłych widoków, lecz także, co chyba ważniejsze, do odkrywania malowniczych kreolskich wiosek i styczności z miejscową ludnością.

 

Miasteczko Vila das Pombas leży u progu przepięknej 8-kilometrowej doliny Paul (Ribeira do Paul), pokrytej plantacjami trzciny cukrowej, kawy, bananowców i manioku. W tej okolicy co krok natykamy się na gwarne osady, wypełniające każdy możliwy ustęp skalny. Ribeira do Paul słynie z wyrobu narodowego trunku – grogu (grogue). Tradycyjnie trzcinę cukrową do jego produkcji wyciskano w drewnianych prasach (tzw. trapiche), do których zaprzęgano woły i muły. Obecnie pracę zwierząt zastąpiły na ogół maszyny, lecz w tym rejonie można jeszcze znaleźć dawne urządzenia. Ugotowany i poddany destylacji trzcinowy sok zmienia się w wysokoprocentowy grog, który jest tu wzbogacany wyciągami z różnorakich owoców i roślin (np. ruty, rozmarynu czy anyżu), dzięki czemu powstaje wiele wersji smakowych. Występuje też w nieco słodszym, rozcieńczonym wariancie z limonką i melasą zwanym ponczem (ponche). Obu postaci tego trunku mieliśmy okazję spróbować m.in. właśnie w ribeirach na Santo Antão, gdy spotkaliśmy grupę zainteresowanych nami okolicznych mieszkańców. Niezobowiązująca pogawędka na środku drogi przerodziła się w długie rozmowy okraszone spożyciem niewielkich ilości ponczu i grogu, a zakończyła gościną w jednym z miejscowych domów przy dalszym towarzystwie wspomnianych napitków.

 

Warte odwiedzenia są również inne spektakularne doliny, jak 12-kilometrowa Ribeira Grande, a także malownicze miejscowości, w tym szczególnie Ponta do Sol. Jednak na Santo Antão nawet zwykły spacer z miasta do miasta może być okazją do podziwiania wspaniałych krajobrazów.

 

DLA KAŻDEGO COŚ DOBREGO

 

Wyspy Zielonego Przylądka nie są jeszcze często obieranym kierunkiem wśród turystów, mimo iż leżą w pobliżu tak dobrze nam znanych Wysp Kanaryjskich. Co prawda oferty wyjazdów na Cabo Verde pojawiają się w katalogach biur podróży, ale klientom proponuje się głównie zatrzymanie się w Santa Marii na Sal i na Boa Viście. Jeśli ktoś liczy na ciągnące się kilometrami piękne plaże, spędzanie czasu na uprawianiu sportów wodnych i rozrywki charakterystyczne dla turystycznych kurortów, może bez obaw z tych ofert skorzystać. Jeżeli nie lubi tłumów, wystarczy, że odjedzie kilka kilometrów od popularnych miejscowości, aby mieć kawałek dziewiczego wybrzeża tylko dla siebie.

 

Wyspy Zielonego Przylądka oferują jednak znacznie więcej niż wodę i piasek. Miłośnicy muzyki i tańca, barwnych festiwali i interesujących zabytków powinni wybrać się na São Vicente. Tutejszą atmosferę chłonąć można szczególnie wieczorami, w kameralnych knajpkach klimatycznego Mindelo. Amatorom podziwiania wulkanicznych stożków z pewnością przypadnie do gustu wyspa Fogo (476 km² powierzchni i ok. 40 tys. mieszkańców), będącą właściwie w całości czynnym wulkanem, zdradzającym to mniejszą, to większą aktywność. Ostatnia erupcja Pico do Fogo (2829 m n.p.m.), najwyższego szczytu Cabo Verde, odbyła się niespełna trzy lata temu (zaczęła się w listopadzie 2014 r.). Dzięki sprawnej ewakuacji lawa nie zebrała śmiertelnego żniwa, ale – niestety – tutejsza wioska Portela została doszczętnie zniszczona. 

 

Poszukiwacze soczystej zieleni, wspaniałych tras trekkingowych i zapierających dech w piersiach widoków zachwycą się z pewnością Santo Antão, ale także São Nicolau i Bravą. Ci zaś, którzy chcieliby doświadczyć wszystkiego po trochu, powinni wybrać się na Santiago, gdzie poza uroczymi plażami i malowniczymi górskimi szczytami czeka gwarna stolica Republiki Zielonego Przylądka – 150-tysięczna Praia. Aby jednak lepiej poznać ten wyjątkowy kraj i jego fascynującą afrykańsko-europejską kulturę, warto odwiedzić kilka wysp i odkryć niesamowitą różnorodność archipelagu. 

Artykuły wybrane losowo

Dotknąć Afryki w Ugandzie

10a_1.jpg

Grupa dzieci z przedmieść Masaki

©MARTA RZESZUT

MARTA RZESZUT

 

Podróżujący po Ugandzie Winston Churchill nazwał ją „Perłą Afryki”. Użył tego wyrażenia nie bez przyczyny. Ten kraj może pochwalić się bogatą przyrodą, soczyście zielonymi lasami, przyjaznymi mieszkańcami i… najsmaczniejszymi ananasami na świecie. Tutaj naprawdę poczujemy, czym jest Czarny Ląd.

Więcej…

Magiczny Tybet

PAWEŁ SKAWIŃSKI

autor książki Gdy nie nadejdzie jutro  

 

Ta historyczna kraina w Azji, obecnie leżąca w większości w granicach Chin, nazywana „Dachem Świata” i „Krainą Śniegów”, pełna tantrycznych wyroczni, demonów, szamanów-uzdrowicieli i „latających lamów”, od zawsze fascynowała ludzi Zachodu. Najodważniejsi odkrywcy ginęli w poszukiwaniu Shangri-La, raju ukrytego głęboko w Himalajach. Nawet dzisiaj, w XXI w., nic w Tybecie nie jest takie, jak nam się wydaje…

 

Kiedy w 1904 r. brytyjska ekspedycja wojskowa wchodziła do Lhasy, stolicy Tybetu, żołnierzy powitała burza oklasków. Brytyjczycy byli zdziwieni i zachwyceni – najwyraźniej miejscowa ludność miała dość rządów teokracji dalajlamów i z radością przyjmowała imperialne wojska. Trochę czasu minęło zanim ktoś uprzejmie im wytłumaczył, że oklaski są tutaj wyrazem dezaprobaty, a tłum chciał sprowadzić w ten sposób nawałnicę, żeby zmyć wrogą armię z powierzchni ziemi. Energiczne klaśnięcia w dłonie miały też odpędzić przybyszów – tak samo, jak odgania się złe duchy.

Więcej…

Kazachstan – kraina różnorodności

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Nowoczesna Astana – widok na miasto z wieżą Bäjterek w oddali

astana  10

© ARCHIWUM AMBASADY KAZACHSTANU W POLSCE

 

Tereny obecnego Kazachstanu zwane były niegdyś skrzyżowaniem Europy i Azji. To miejsce, w którym wpływy Zachodu od wieków ścierały się z kulturą orientalną i tak pozostało do dziś. Historia tego regionu to tysiąclecia migracji, a także najazdów ludów ze wszystkich stron świata. Obszar ten należał m.in. do kaganatu tureckiego, Złotej Ordy, Rosji czy ZSRR. Potężni władcy zabiegali, żeby kazachskie ziemie znalazły się w granicach ich imperiów. Działo się tak nie bez powodu.

 

Ze względu na swoją ogromną powierzchnię (ponad 2,7 mln km2)Kazachstan zalicza się do pierwszej dziesiątki największych państw świata. Mimo iż zdecydowana większość jego terytorium leży w Azji Środkowej, przez co uznawany jest za kraj azjatycki, ok. 13 proc. obszaru pozostaje w granicach Europy (tereny nad Morzem Kaspijskim, na zachód od rzeki Emba). To kraina równin i ciągnących się po horyzont stepów, piaszczystych pustyń i malowniczych pasm górskich. Nieograniczona przestrzeń od wieków przyciąga ludy pasterskie i koczownicze. Nazwa państwa pochodzi z języków starotureckiego i perskiego i odzwierciedla właśnie tę nomadyczną kulturę. „Kazachstan” oznacza „krainę wędrowców”. To terytorium niejednorodne pod względem etnicznym. Tu Wschód spotyka się z Zachodem, a wpływy głównej religii w kraju, islamu, mieszają się ze spuścizną komunistyczną z czasów Związku Radzieckiego (ZSRR), którego republiką było to państwo aż do uzyskania niepodległości 16 grudnia 1991 r.

 

Do Kazachstanu nie docierają masy morskiego powietrza, a jego wybitnie kontynentalny klimat cechują skrajności. Zimy są tutaj niezmiernie mroźne, natomiast lata – suche i upalne. Dość trudne warunki pogodowe i surowość krajobrazu mogą skłaniać do postrzegania tego kraju jako monotonnego i nieprzystępnego. I o ile podróżowanie po nim nie zawsze bywa łatwe, warto odkryć ukrytą w nim różnorodność.

 

Majestatyczny Kanion Szaryński w promieniach zachodzącego słońca

Kazachstan Szaryn1 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Kraj niesamowitych jezior

 

Kazachstan jest największym państwem na świecie pozbawionym dostępu do morza. Nie przeszkadza mu to jednak w posiadaniu własnej floty. Brak ten rekompensują inne akweny, odznaczające się niezwykłą urodą, a także wyjątkowością w skali świata.

 

Zachodnia granica kraju przebiega m.in. wzdłuż brzegów największego na świecie jeziora – Morza Kaspijskiego (371 tys. km² powierzchni). Długość wybrzeża wynosi niemal 1,9 tys. km. W drodze na wschód dotrzemy do leżącego na kazachsko-uzbeckim pograniczu Jeziora Aralskiego (nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim), a raczej tego, co z niego zostało. W wyniku radzieckiego programu wykorzystującego wody Syr-darii i Amu-darii do nawadniania olbrzymich plantacji bawełny, akwen zaczął wysychać i stracił ostatecznie aż ok. 90 proc. swojej pierwotnej powierzchni. Dziś znaczną część jego dawnego obszaru zajmują połacie piachu i uwięzione w nich wraki statków, przemierzających niegdyś wzdłuż i wszerz wielkie Morze Aralskie. Miejsce to znajduje się w niechlubnej czołówce ekologicznych katastrof świata i przykładów destrukcyjnego wpływu człowieka na środowisko. Obecnie organizacje i instytucje międzynarodowe (m.in. Bank Światowy) podejmują działania mające na celu uratowanie zbiornika i osiągają nawet niewielkie sukcesy. Odwrócenie tak ogromnych zniszczeń będzie jednak niezmiernie trudne, a przyszłość dawnej chluby regionu jest niepewna.

 

Wyjątkowy obszar wodny skrywa również rozległa Kotlina Bałchasko-Ałakolska. Mowa o bezodpływowym jeziorze Bałchasz (16,4 tys. km² powierzchni), które wymyka się standardowemu podziałowi zbiorników na słono- i słodkowodne. Wąski przesmyk dzielący akwen nie pozwala na całkowitą wymianę wód. Jedna z jego części pozostaje więc zasolona. Do drugiej natomiast wpływa rzeka Ili. Niesie ona ze sobą masy słodkiej wody pochodzącej z topniejących górskich śniegów.

 

Wśród miejsc, które odwiedziłam w trakcie podróży, niewątpliwie wyróżnia się Kaindy (Kajyngdy). To akwen położony w południowo-wschodniej części kraju, w jednym z pasm gór Tien-szan – Küngej Ałatau. Turkusowy odcień wody i sąsiedztwo zielonych szczytów upodabnia go do innych urokliwych jezior górskich. Jednak Kaindy jest niezmiernie osobliwe. Jego wody skrywają zatopiony las, a widok kikutów świerków wystających na powierzchnię zapada w pamięć na długo. W języku kazachskim „Kaindy” oznacza „brzozowy”, „pełen brzóz”. To niezwykłe jezioro powstało stosunkowo niedawno, w styczniu 1911 r., w wyniku trzęsienia ziemi w dolinie rzeki Czongkemin. Spadające wapienne skały stworzyły naturalną zaporę, a dno wąwozu i rosnący w nim las zostały zalane. Podziwianie zatopionych konarów utrudnia nieco temperatura wody, która nigdy nie wzrasta powyżej 6°C. Jednak widoczne z brzegu drzewa znaczące gładką taflę i tak prezentują się bardzo malowniczo. Mimo iż woda jest lodowata, ze względu na jej przejrzystość ściąga tu wielu nurków chcących podziwiać niesamowitą podwodną scenerię.

 

Podczas wyprawy nad jezioro towarzyszyły nam wspaniałe widoki, ale te w Kazachstanie mogliśmy oglądać niezmiernie często. Dość łatwo dojechaliśmy do wioski Saty, aby po kilku kilometrach minąć cmentarz, przy którym należy skręcić w drogę prowadzącą do zatopionego lasu. I tutaj zaczęły się problemy. Wypożyczony przez nas samochód nie był porządnym autem terenowym, więc wydawało nam się, że to jedna z najgorszych tras, jaką kiedykolwiek przyszło nam pokonać. Prędkość jazdy spadła do 10 km na godzinę, a każda dziura poważnie zagrażała i tak już nadwyrężonemu podwoziu. Niestety, większość wiejskich dróg w Kazachstanie wygląda w ten sposób, dlatego przy planowaniu podróży trzeba wziąć pod uwagę, że dojazd nawet do pozornie blisko położonych miejsc zajmie znacznie więcej czasu, niż można by się spodziewać. Gdy dotarliśmy do przecinającej naszą trasę płytkiej rzeki, wiedzieliśmy, że wyprawa samochodem dobiegła końca. Jakby tego było mało, widoczne na horyzoncie ciemne chmury nad wyraz szybko zaczęły nadciągać w kierunku auta. I choć uwielbiam taką pogodę, to niekoniecznie potrafię się nią cieszyć, kiedy akurat muszę rozkładać namiot. Obawialiśmy się też znacznego pogorszenia warunków na szlaku, który następnego dnia mieliśmy pokonać pieszo. Napływ zwrotnikowych mas powietrza i niewielka ilość chmur sprawiają, że powietrze jest tu latem gorące i bardzo suche. Góry rządzą się jednak własnymi prawami i jak wszędzie mogą zaskoczyć zmianami pogody.

 

Noc upłynęła nam w strugach deszczu, ale poranek zachęcał do ruszenia w drogę. Do celu zostało nam 7 km. Na tym odcinku przekonaliśmy się, że trekking nie należy najwyraźniej do ulubionych zajęć Kazachów. Nikt, dosłownie żaden z miejscowych, nie szedł pieszo, mimo iż okolica wydawała się do tego stworzona. Owszem, ostatni fragment trasy niektórzy przemierzali o własnych siłach, ponieważ nie dało się tu wjechać żadnym pojazdem. Jednak i w tym przypadku sporo osób wybierało przejażdżkę na grzbiecie konia. Piesza wycieczka wydawała się ostatecznością, choć nie wymagała zbytniego wysiłku. Na szlaku napotkaliśmy skupiska jurt i straganów, przy których można było posilić się czy napić herbaty, z czego chętnie skorzystaliśmy.

 

Kaindy nie da się okrążyć, wędrując przy linii wody. Do fragmentów brzegu prowadzą leśne ścieżki. Warto przejść kilkoma z nich, żeby zobaczyć jezioro z różnych stron, gdyż z każdej prezentuje się nieco inaczej. W drodze powrotnej część trasy pokonaliśmy autostopem, ponieważ niezbyt dobrze wyliczyliśmy zapas czasu. Z Kaindy po prostu niełatwo się rozstać.

 

Żyjąca pustynia

 

Wycieczka konna w okolicy Kaindy

Kazachstan Kaindy3 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Ok. 150 km na północny wschód od miasta Ałmaty rozpoczyna się rozległa kraina pretendująca do znalezienia się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To Park Narodowy „Ałtyn-Jemiel”, którego pustynno-stepowy obszar niemal z każdej strony otaczają góry. Latem temperatura bywa tutaj trudna do zniesienia nawet dla osób lubiących upały.

 

Nazwa parku związana jest z historią Mongolii. Użycie po raz pierwszy określenia, które stosuje się do dziś, przypisuje się słynnemu Czyngis-chanowi (urodzonemu między 1155 a 1162 r. i zmarłemu w 1227 r.). Według legendy, gdy w 1219 r. przemierzał te ziemie ze swoją armią i ujrzał na horyzoncie wzgórza skąpane w promieniach słońca, nazwał je „złotym siodłem”, co właśnie znaczy „Ałtyn-Jemiel”. Kiedy zatrzymał się przed wielką równiną, którą chciał wcielić do swojego imperium, użył tego wyrażenia ponownie.

 

Park zajmuje powierzchnię ponad 5,2 tys. km2, dlatego warto przeznaczyć na jego zwiedzanie więcej niż jeden dzień. Zwłaszcza że największe atrakcje, czyli tzw. Śpiewającą Wydmę, góry Aktau i Katutau dzielą od siebie znaczne odległości. Do spędzenia nocy na tym obszarze świetnie nadaje się baza strażników parkowych, będąca zieloną oazą pośrodku pustyni. Można rozstawić tutaj namiot, skorzystać z wody, a nawet z bani, sprawiającej jednak wrażenie używanej dawno temu.

 

Śpiewająca Wydma wznosi się nad płaskim, pustynnym terenem, co sprawia, że góruje nad okolicą. Przy odpowiednim wietrze rozbrzmiewa charakterystycznym dudniącym dźwiękiem. Legendy mówią, że to głosy dusz wojowników pochowanych niegdyś w tym miejscu. Latem „Ałtyn-Jemiel” staje się niemal patelnią. Temperatura sięga 40–50°C i próżno szukać tu przynoszącego ulgę cienia. Dlatego wspinaczka na wysoką na 150 m wydmę w godzinach popołudniowych okazała się zadaniem karkołomnym i zakończyła się dla nas szybciej, niż zakładały plany. Mogliśmy za to chodzić po niej w całkowitej samotności. Wszystkim wybierającym się do parku w okresie letnim polecam jednak przybycie wczesnym rankiem, gdy upał nie daje jeszcze mocno o sobie znać. W tym regionie znajduje się także pięć kamiennych kurhanów Besszatyr, będących cmentarzem i miejscem kultu starożytnych plemion zwanych Sakami (spokrewnionych ze Scytami i Sarmatami), zamieszkujących te ziemie w I tysiącleciu p.n.e. „Ałtyn-Jemiel” sprawia wrażenie rejonu nienadającego się do życia, ale to tylko pozory, gdyż zamieszkują go rozmaite stworzenia. Poza licznymi owadami występuje w tych stronach kilkaset gatunków zwierząt. Zależnie od pory roku można tu spotkać m.in. wilki szare, lisy rude, gazele czarnoogonowe, pieszczanki wielkie, koziorożce syberyjskie, osły azjatyckie (onagery), węże i jaszczurki, a nawet pantery śnieżne (irbisy śnieżne)!

 

Park wolno zwiedzać jedynie od kwietnia do października. Do wstępu na jego teren upoważniają bilety, które kupuje się w biurze w wiosce Basszi. Jeśli nie nabędziemy wejściówek, szlabany ustawione na drodze na granicy obszaru chronionego okażą się najprawdopodobniej przeszkodą nie do przebycia. Basszi to również ostatnie miejsce, w którym możemy zaopatrzyć się w zapasy wody i żywności, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ich uzupełnienie w parku jest niemożliwe.

 

Kazachskie jurty charakteryzują się drzwiami zwróconymi na wschód

Kazachstan jurty Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Na dnie kanionu

 

W południowo-wschodnim Kazachstanie, tuż przy granicy z Chinami, warto odwiedzić też region nietypowy dla azjatyckiego krajobrazu. W rejonie rzeki Szaryn wiatr owiewa wyłonione z morza skały już od 12 mln lat. Kanion Szaryński określany jest mianem młodszego brata słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w stanie Arizona w USA. Wspominając widoki na amerykański cud natury, zastanawiałam się, czy jego kazachski odpowiednik będzie mu w stanie dorównać. Nie zawiodłam się.

 

Czas naszej podróży okazał się nieco niefortunny, gdyż władze kraju wprowadziły akurat ograniczenia w poruszaniu się w strefie przygranicznej. Do odwiedzania miejsc takich jak Kanion Szaryński czy Wielkie Jezioro Ałmaty wymagane były dodatkowe pozwolenia, których wyrobienie trwałoby zbyt długo. Liczyliśmy się z tym, że możemy zostać zawróceni przed samym osiągnięciem celu. Tak się na szczęście nie stało i po wykupieniu biletów w budce strażniczej niezatrzymywani przez nikogo ruszyliśmy przed siebie. Nad krawędź kanionu przybyliśmy w idealnym momencie. Zachodzące słońce oświetlało skały w głębi, wydobywając ich barwę i fakturę. Patrzyliśmy na ten spektakl natury aż do chwili, gdy światło zgasło. Zostawiliśmy samochód na górze, a sami przypominającą serpentynę ścieżką podążyliśmy w dół wąwozu, żeby zanocować w jego wnętrzu. Do celu dotarliśmy po zmroku. Nie byliśmy w stanie ocenić miejsca, w którym rozbijaliśmy namiot. Słyszeliśmy szum przepływającej obok rzeki i wiedzieliśmy, że otaczają nas strome skalne ściany. Wygląd okolicy do rana pozostał tajemnicą.

 

Podczas schodzenia na dno kanionu spotkaliśmy strażnika, u którego wcześniej kupowaliśmy bilety. Pokazał nam, gdzie możemy się rozbić, i zaproponował, żebyśmy po rozstawieniu namiotów podeszli do pobliskiego baru. Nie spodziewałam się niczego więcej niż niewielkiej budki, w której sprzedaje się przekąski i napoje. Nie doceniłam jednak kazachskiej kreatywności. Wspomniany bar był większy, niż myślałam, a dobiegająca z niego muzyka grała znacznie głośniej, niż można by przypuszczać. Przy stołach siedziały grupki miejscowych raczących się piwem i sziszą. Również na niewielkim drewnianym parkiecie robiło się coraz gęściej. Impreza trwała w najlepsze. Okazało się, że bawią się tu głównie ludzie związani z kanionem, m.in. strażnicy czy pracownicy zaplecza turystycznego. Przyjezdnych było jak na lekarstwo. Gospodarze nie pozwolili, abyśmy siedzieli z boku. Po chwili szisza krążyła już wśród nas, zadbano także, żebyśmy zbyt często nie schodzili z parkietu. Wyobrażałam sobie, że noc upłynie nam na toczonych przed namiotem rozmowach i wsłuchiwaniu się w szum Szarynu. W ogóle nie przyszło mi do głowy, iż w takim miejscu będę uczestniczyć w dość hucznej imprezie. Prawdę mówiąc, chociaż świetnie się bawiłam, nie popieram tworzenia tego typu lokali rozrywkowych w regionach o znacznych walorach przyrodniczych. Zwłaszcza że w tej okolicy planuje się ponoć rozbudowanie infrastruktury turystycznej, a nawet postawienie centrum spa. Raczej nie kibicuję temu przedsięwzięciu, bo sam kanion jest naprawdę wystarczającą atrakcją, a im bardziej dziki i naturalny pozostaje, tym lepiej. To – oczywiście – moje zdanie i zdaję sobie sprawę, że niektórym takie udogodnienia mogą odpowiadać.

 

Kazachscy Ujgurzy

 

Wieczór upłynął nam nie tylko na zabawie, ale i na interesujących rozmowach z miejscowymi. Jak się okazało, byli wśród nich Ujgurzy. Są oni grupą etniczną pochodzenia tureckiego. Dawne ujgurskie imperium (kaganat ujgurski, chanat ujgurski), istniejące mniej więcej w latach 744–840, sięgało niemal od Morza Kaspijskiego po Mandżurię, zostało jednak podbite, a jego mieszkańcy w ciągu następnych wieków przenosili się m.in. na tereny podlegające Czyngis-chanowi i kolejnym mongolskim władcom. Ostatecznie Ujgurzy trafili pod panowanie Chińczyków. Obecnie zdecydowana większość ponad 15-milionowej populacji tej ludności zamieszkuje rozległy Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur w północno-zachodnich Chinach. W Kazachstanie żyje ich powyżej 250 tys., osiedlili się głównie na południu, np. w okolicach miasta Ałmaty. Mimo burzliwej przeszłości i braku własnego państwa, Ujgurzy nigdy nie zatracili tożsamości i nie porzucili marzeń o własnym kraju. Świadczą o tym liczne zrywy wolnościowe i powstania, którymi naznaczona jest ich historia. Również i dziś, zmuszani do używania głównie języka mandaryńskiego (standardowego chińskiego, putonghua) i asymilowania chińskiej kultury, nadal walczą o niepodległość. Chociaż uciekają się niekiedy nawet do aktów terroryzmu, większość świata nie wie o ich istnieniu. Ujgurzy opowiadali nam m.in. o swoim pochodzeniu i o tym, czym różni się język ujgurski od kazachskiego. Podkreślanie tych różnic było dla nich bardzo ważne i wiązało się zapewne właśnie z potrzebą zachowania odrębności kulturowej.

 

Spać położyliśmy się dużo później, niż planowaliśmy. Po raz pierwszy przebudziliśmy się o wschodzie słońca. Choć widziany z dna kanionu nie wydawał się zbyt spektakularny, światło pięknie wyeksponowało rozżarzone szczyty otaczających nas skał. Wtedy też zobaczyliśmy, w jak urokliwym miejscu spędziliśmy noc. Na dobre obudziliśmy się kilka godzin później. Zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy na dalsze odkrywanie Kanionu Szaryńskiego. Wracaliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Za dnia mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne w pełnej okazałości.

 

Na koniec warto wspomnieć, że z mniejszością ujgurską związana jest jedna z bardziej oryginalnych budowli znajdujących się na terenie Kazachstanu. Otóż w mieście Żarkent, zaledwie 30 km od granicy z Chinami, wybudowano niezwykły meczet przypominający chińską pagodę. Co ciekawe, wzniesiono go z drewna, bez użycia ani jednego gwoździa. W czasach ZSRR obiekt wykorzystywany był jako wartownia dla pograniczników lub pijalnia herbaty. Od końca lat 60. XX w. uchodzi za zabytek, a władze państwowe przekształciły go w muzeum.

 

Nie tylko przyroda

 

Kazachstan jest nie tylko największym, ale i najbogatszym stabilnie rozwijającym się krajem Azji Środkowej. Widać to zwłaszcza w dużych miastach takich jak Astana czy Ałmaty. To nowoczesne ośrodki, które bez problemu mogą konkurować z zachodnimi metropoliami. Architekci i planiści pragną, żeby ten pierwszy, pełniący od grudnia 1997 r. funkcję stolicy, stał się Berlinem w euroazjatyckim stylu. Jego centrum zaprojektowano z wielkim rozmachem, a futurystyczne budowle i monumentalizm architektury wprawiają w osłupienie. Miasto stanowi zrealizowaną wizję prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, sprawującego swój urząd od początku istnienia współczesnego niepodległego państwa. Zarówno Astana, jak i Ałmaty są ośrodkami przemysłowymi, kulturalno-naukowymi i handlowo-usługowymi. Znajdziemy w nich wiele udogodnień nie tylko dla mieszkańców, ale i turystów. Część miejskiej ludności szybko się bogaci, o czym świadczą liczne drogie samochody przemierzające tutejsze ulice.

 

Symbolem inwestycyjnego rozmachu, tym razem jednak jeszcze z czasów radzieckich, jest kosmodrom Bajkonur. Ten obiekt, wybudowany w 1955 r. ok. 200 km na wschód od Jeziora Aralskiego, to najstarszy i do tej pory nadal największy ośrodek wysyłający statki i promy kosmiczne poza orbitę Ziemi.

 

Mimo iż Kazachstan w porównaniu ze swoimi sąsiadami osiągnął względny sukces gospodarczy związany z wydobyciem surowców naturalnych, dostrzega się tu wyraźnie rozwarstwienie społeczne wynikające z różnic w dochodach, a duże obszary biedy poza wielkimi miastami stanowią wyzwanie dla władz stawiających na ciągły rozwój. Większość społeczeństwa wciąż żyje bardzo skromnie, a o problemach z dostępem do wody w mniejszych miejscowościach mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.

 

Rządzący krajem marzą jednak o zwiększeniu znaczenia Kazachstanu w świecie. To właśnie Astana została gospodarzem Expo 2017, cyklicznej prestiżowej wystawy prezentującej kulturowy, naukowy i techniczny dorobek państw i narodów z całego globu. Impreza rozpocznie się 10 czerwca i potrwa 3 miesiące, a jej temat stanowi energia przyszłości. Jednym z głównych wyzwań będzie uzyskanie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zapewnić bezpieczny i trwały dostęp do energii przy jednoczesnej redukcji emisji dwutlenku węgla.

 

Warto wspomnieć, że w sierpniu 2016 r. pierwszy raz po 14 latach odbyła się oficjalna wizyta prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w Polsce. To spotkanie ma być początkiem zacieśnienia stosunków między oboma państwami. Zapewne przełoży się więc na nasze częstsze kontakty z Kazachami tak w sferze gospodarki, jak i turystyki. Nie bez zasług w dziedzinie budowania wzajemnych relacji pozostaje również działalność kazachskiej ambasady i kierującego nią Ałtaja Abibułłajewa, który doskonale mówi po polsku, co pozwala mu wspaniale promować swoją ojczyznę w Polsce.

 

W 2017 r. Polacy dostaną się do Kazachstanu szybciej i łatwiej. Już od 8 maja Polskie Linie Lotnicze LOT wprowadzają do swojej oferty połączenia z Warszawy do Astany. Będą to pierwsze bezpośrednie loty naszego przewoźnika do Azji Środkowej. W jego rozkładzie znalazły się cztery rejsy w tygodniu (w poniedziałek, środę, czwartek i piątek) samolotami Boeing 737-800 Next Generation. Oprócz tego od 1 stycznia br. polscy obywatele mogą przekraczać kazachską granicę bez wizy, wystarczy jedynie okazanie ważnego paszportu (dotyczy to pobytu do 30 dni). Podróż z Polski do Kazachstanu nigdy jeszcze nie była tak prosta. Warto skorzystać z tej okazji i odkryć ten różnorodny i niezmiernie interesujący kraj.