ROBERT PAWEŁEK

 

Jeśli nie wiesz, jak wygląda raj, jedź do Trentino! – mawiają Włosi. Miłośnikom białego szaleństwa region ten oferuje 800 km nartostrad, a amatorom sportów wodnych – setki jezior i rzek. A wszystko to pośród majestatycznych szczytów Dolomitów, jednych z najpiękniejszych gór świata, wpisanych w 2009 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Każdy narciarz ma swoje ulubione miejsca. Jedni wolą szwajcarskie, austriackie czy słoweńskie kurorty, inni, jak np. sam król nart – Alberto Tomba, Dolomity. Bardzo lubił je także papież Jan Paweł II, też narciarz. Trasy zjazdowe prowadzą tu pośród szczytów, przez zaśnieżone doliny. Warto poczekać do zmierzchu, żeby stać się świadkiem magicznego zjawiska nazywanego po włosku enrosadira, kiedy czerwona, słoneczna poświata oblewa szczyty. Te niesamowite widoki można również podziwiać o świcie. Zachwycał się nimi Johann Wolfgang von Goethe, choć sam nie jeździł na nartach.

 

Dla podróżnych, przybywających do Włoch starożytną drogą przez przełęcz Brenner (Passo del Brennero), Trentino-Alto Adige (Trydent-Górna Adyga) jest pierwszym napotkanym regionem tego kraju. Łagodny klimat jezior miesza się tutaj z ostrym powietrzem gór. Oprócz przepięknych krajobrazów znajdziemy na tym malowniczym terenie wszystko to, co sprawia, że wypoczynek można uznać za udany.

Prowincja Trentino (Trydent) znana jest nie tylko z doskonałych tras narciarskich, ale także z licznych źródeł termalnych, z których najsłynniejsze znajdują się w Levico Terme, Roncegno Terme, Rabbi i Comano Terme. W regionie znajduje się 297 jezior, na czele ze słynną Gardą oraz pobliskim Ledro. W wielu z nich można pływać i uprawiać sporty wodne – windsurfing, żeglarstwo czy kajakarstwo. Bez wątpienia Trentino to prawdziwy raj dla osób lubiących aktywny wypoczynek na łonie natury i ceniących sobie włoską gościnność.

 

Zima – narciarstwo bez granic

Jeśli zamierzacie szusować w paśmie Dolomitów Brenty (Dolomiti di Brenta), polecam miejscowość Madonna di Campiglio, która stała się najsłynniejszym ośrodkiem sportów zimowych we Włoszech. Niestety, ceny nie należą tu do najniższych. Ten modny kurort stanowi nie tylko mekkę narciarzy, lecz jest także miejscem, w którym warto bywać. Dlatego też pokazują się w nim znani politycy, gwiazdy show-biznesu, a wśród nich m.in. kreator mody Valentino, modelka Naomi Campbell, brytyjski aktor Roger Moore czy były gubernator stanu Kalifornia – Arnold Schwarzenegger.

Miłośników białego szaleństwa kuszą wspaniałe stoki, pozwalające szusować na wysokościach dochodzących do 2600 m n.p.m. Ci, którzy lubią wyzwania, powinni zmierzyć się z trasą Pucharu Świata, słynną nartostradą 3-Tre. Nie będą również zawiedzeni, jeśli wypuszczą się na Spinale Direttissima, której końcowy odcinek został zadedykowany mistrzowi Formuły 1 Michaelowi Schumacherowi. W Madonna di Campiglio każdy znajdzie coś dla siebie – zarówno wielbiciele ostrych zakrętów, jak i amatorzy łagodnych zjazdów, np. ze szczytu Spinale (2101 m n.p.m.). Warto zrobić sobie przerwę między szaleństwami na stokach i zajrzeć do lokalnych restauracji, żeby skosztować tradycyjnych włoskich makaronów i góralskiej polenty. W południe zapełniają się one zawsze narciarzami. Tłoczno bywa też w weekendy, dlatego niektórzy wolą zjazdy w sąsiednim, spokojniejszym Pinzolo (doskonałym dla rodzin z dziećmi). Dzięki nowym 8-osobowym gondolom, którymi połączono stoki w okolicach obu miejscowości, narciarze będą mieli teraz do swojej dyspozycji łącznie ponad 90 km tras. Dawniej odległość tę mogli pokonać jedynie samochodem, jadąc krętymi, górskimi drogami.

Nie odpinając desek, przeniesiemy się z Madonna di Campiglio również i do sąsiedniej strefy narciarskiej Folgarida-Marilleva w Val di Sole, czyli Dolinie Słońca, gdzie czeka na nas 300 km wspaniałych nartostrad. Zimą jest to najpopularniejsze miejsce w Trentino wśród turystów z Polski. Nazwa Dolina Słońca nie jest sloganem reklamowym. Wzmianki o Val di Sole można znaleźć już w starych dokumentach z XIII w. Według ludowej tradycji, nazwa ta wzięła się od położenia doliny, która „obraca się za słońcem” – ze względu na specyficzne ukształtowanie terenu przez większość dni w roku zbocza są tu wyjątkowo nasłonecznione.

Trentino przyciąga narciarzy jak magnes. W tym rejonie Włoch jest naprawdę wszystko: cudowne krajobrazy, łagodny klimat, 800 km nartostrad, setki kombinacji narciarskich. Oprócz Madonna di Campiglio, Folgarida-Marilleva czy Passo del Tonale (jazda na lodowcu), należących do regionu Skirama Dolomiti Adamello-Brenta, znajdziemy dziesiątki innych atrakcyjnych miejsc dla miłośników białego szaleństwa, w tym słynne Val di Fassa, Val di Fiemme czy San Martino di Castrozza (region Dolomiti Superski).

Poza samym narciarstwem alpejskim możemy tu spróbować zimą także innych rodzajów aktywnego wypoczynku. Do wyboru mamy m.in. snowboard, skialpinizm po trasach, które nie mają sobie równych nigdzie indziej w Europie, wspinaczkę po zamarzniętych wodospadach czy też nocne wyprawy przy blasku księżyca do Parku Narodowego Stelvio i Parku Przyrody Adamello-Brenta. A po dniu pełnym wrażeń warto zrelaksować się przy rozgrzewającym vin brulé, czyli grzanym winie.

 

Lato na świeżym powietrzu

Miłośnicy aktywnego wypoczynku również w sezonie letnim znajdą w Trentino coś dla siebie. Przygotowano tu np. rozbudowaną sieć szlaków rowerowych o różnym stopniu trudności. Są one doskonale oznakowane, nie sposób więc się zgubić. Dodatkowo hotele zrzeszone w Consorzio Trentino Mountain Bike Hotels, przyjazne dla wielbicieli dwóch kółek, zapewniają transport bagażu z jednego miejsca w drugie (obiekty tego typu znajdują się przy 150 trasach dla rowerzystów, w 13 miejscowościach). Nic więc dziwnego, że Trentino uważa się za wymarzoną krainę dla wszystkich miłośników turystyki rowerowej. Dla tych, którzy wolą spokojną jazdę z rodziną, przeznaczony jest najdłuższy, 89-kilometrowy szlak, o różnicy wzniesień zaledwie 45 metrów, przecinający Dolinę Adygi (Val d’Adige). Interesującą propozycję stanowi też trasa Tour delle Fortezze, która biegnie wśród fortyfikacji z okresu I wojny światowej. Rowerzyści, którzy szukają mocniejszych wrażeń, mogą skorzystać ze szlaków polecanych przez dwukrotnego zwycięzcę słynnego wyścigu kolarskiego Giro d’Italia (w 2001 i 2003 r.) – Gilberta Simoniego, urodzonego właśnie w Trydencie. Niezwykłe emocje przeżyją w Trentino także miłośnicy kolarstwa górskiego, którzy zwykle rozwijają zawrotne prędkości podczas zjazdów z gór. Grupki kolarzy spotkamy także często na malowniczych, krętych i stromych ścieżkach nad jeziorem Garda.

Jeśli nie przepadamy za jazdą na rowerze, mamy do wyboru ponad 800 tras pieszych (w sumie ok. 5 tys. km). Jedną z najsłynniejszych z nich jest niemal 200-kilometrowy Szlak Legend (Trekking delle Legende), który łączy trzy przepiękne doliny Trentino: Val di Fiemme, Val di Fassa i San Martino di Castrozza – Primiero – Vanoi. Kto nie chce wędrować sam, może wyruszyć na wyprawę z przewodnikiem górskim. Z ich fachowej pomocy korzystają również amatorzy wspinaczek wysokogórskich.

W Trentino dużą popularnością cieszy się również free climbing, czyli widowiskowa wspinaczka klasyczna. Jej mekką stały się okolice miejscowości Arco. Organizuje się tu co roku w pierwszy weekend września słynne zawody Rock Master. Jest to jedna z najbardziej prestiżowych imprez wspinaczkowych, na którą zapraszani są najlepsi zawodnicy z całego świata. Oprócz Arco na uwagę miłośników free climbingu zasługuje też Val di Daone. Dolina ta słynie jednak przede wszystkim z zimowej wspinaczki lodowej po zamarzniętych wodospadach (lodospadach).

 

Wodny raj

Trentino to nie tylko wysokie szczyty, ale także rzeki oraz 297 malowniczych jezior, rozrzuconych po górach, wyżynach, lasach i pastwiskach. Latem można uprawiać na nich pływanie, żeglarstwo, windsurfing, kajakarstwo, wędkarstwo oraz nurkowanie, a w okolicznych, rwących potokach – rafting i kanioning. Garda, największe z włoskich jezior (ok. 370 km2), za sprawą wiejącego codziennie lokalnego wiatru z południa o nazwie ora, wspaniale nadaje się do żeglowania i zalicza do światowej czołówki najlepszych akwenów na regaty. Dodatkowym atutem tego miejsca jest cudowny mikroklimat, który sprawia, że już w marcu temperatura powietrza dosyć często przekracza 20° C. A poza tym, spacerując wśród tutejszych pięknych palm, możemy się poczuć niemal jak na wybrzeżu Morza Śródziemnego...

Swoimi uroczymi zatoczkami i rozbudowaną linią brzegową wielu turystów przyciąga także jezioro Ledro. Jego krystalicznie czyste zielono-lazurowe wody są doskonałym miejscem do uprawiania żeglarstwa, windsurfingu i kajakarstwa. Jezioro warte jest polecenia również z powodu odkrycia w nim śladów prehistorycznych cywilizacji. W 1929 r., podczas znacznego obniżenia poziomu wód, z jego głębin wyłoniła się osada palowa z epoki brązu, zbudowana 3500 lat temu. Z kolei jezioro Caldonazzo to prawdziwa mekka miłośników jazdy na nartach wodnych…

 

Rodzinne wakacje

Położone nad jeziorem Garda 16-tysięczne miasteczko Riva del Garda raz w roku zapełnia się baśniowymi postaciami podczas organizowanej tu pod koniec sierpnia 4-dniowej imprezy Notte di Fiaba, czyli „Nocy Baśni”. Po uliczkach spacerują wtedy np. Królewna Śnieżka lub Czarodziej z Krainy Oz. Dla rodzin z dziećmi, planujących wakacje na łonie natury, doskonałym miejscem może być też jezioro Levico, w którym temperatura wody nie spada latem poniżej 23° C. Korzystać z promieni słonecznych można tu na dzikich plażach lub w jednym ze strzeżonych kąpielisk – Lido del Levico i La Taverna. Na miejscu działają wypożyczalnie sprzętu pływającego (kajaków, żaglówek, desek surfingowych), a nad bezpieczeństwem kąpiących się dzieci czuwają ratownicy. Oprócz hoteli i apartamentów położonych bezpośrednio nad jeziorem mamy też do dyspozycji trzy campingi z doskonałą infrastrukturą. Dla turystów przygotowano także różnorodne oferty, np. program Valsugana Junior, którego animatorzy organizują dla najmłodszych wspólne zabawy podczas wycieczek, gier i imprez muzycznych. Natomiast projekt Sette giorni nel verde skierowany jest do ludzi w każdym wieku i nastawiony na poznawanie tradycji, kultury i zwyczajów kulinarnych doliny Valsugana.

Do Trentino warto się wybrać z rodziną także zimą. Praktycznie w każdej miejscowości znajdują się szkółki narciarskie dla dzieci (godzinny kurs kosztuje ok. 40 euro). Na trasach dla maluchów ustawiono kolorowe, dmuchane zamki i postaci z bajek. Pomyślano też o specjalnych zniżkach: nasze pociechy do 8 roku życia otrzymują bezpłatny skipass (karnet narciarski), a za dzieci od 8 do 14 lat zapłacimy połowę ceny. Dla rodziców chcących w spokoju pozjeżdżać ze stoków powstały kluby dla najmłodszych (baby clubs). Mogą oni zostawić w nich swoje pociechy pod czujnym okiem doświadczonych opiekunów.

 

Zdrowie i relaks

Po aktywnie spędzonym dniu warto odpocząć, żeby zebrać siły przed kolejnymi sportowymi wyzwaniami. W każdym hotelu oznaczonym logiem Vita Nova – Trentino Wellness Hotel&Resort możemy spodziewać się najwyższego poziomu usług. Do wyboru będą sauny, łaźnie tureckie, baseny, wanny z hydromasażem i tzw. strefa relaksu. Wykwalifikowany personel wykonuje masaże odprężające i prowadzi kursy gimnastyki wodnej, jogi czy zajęcia fitness. W Trentino znajduje się aż osiem ośrodków wodolecznictwa, wyspecjalizowanych w kąpielach ziołowych, m.in. Rabbi i Peio w Val di Sole, Val Rendena w regionie Val Rendena i Terme Dolomia w Val di Fassa. Tradycje wód termalnych sięgają tu czasów antycznych, bowiem właściwości terapeutyczne tutejszych źródeł znane były już w okresie Cesarstwa Rzymskiego. W tym regionie leczy się głównie choroby skóry, stawów, układów krążenia i oddechowego, schorzenia trawienno-jelitowe. Wszystkie ośrodki są malowniczo położone, otoczone bujną zielenią i przepięknymi górami.

 

Rozkosze podniebienia

Miłośnikom włoskich smaków Trentino gwarantuje wspaniałe doznania. Posiłek w tutejszej restauracji składa się z kilku obowiązkowych pozycji. Najpierw podaje się antipasti (przekąski), czyli zestaw wędlin, sałat i serów, potem primo piatto (pierwsze danie) – makaron przyrządzany na różne sposoby, a potem secondo piatto (drugie danie) – mięso, sosy i dodatki w postaci polenty lub ziemniaków. Ucztę kończy deser oraz kawa. Alpejska kuchnia miesza się tu ze śródziemnomorską, dzięki czemu bogactwo potraw jest ogromne. Wiele restauracji, pensjonatów agroturystycznych i schronisk oferuje dania przygotowane według tradycyjnych receptur. Prawdziwą gwarancję wysokiej jakości naturalnych produktów dają jednak tylko typowe gospody trydenckie spod znaku Osteria Tipica Trentina. Jest to kilkadziesiąt wyselekcjonowanych lokali serwujących regionalne potrawy, do których podaje się znakomite wina ze znaczkiem DOC (Denominazione di Origine Controllata), a wśród nich najbardziej znane: Teroldego Rotaliano – mocne, czerwone, o intensywnym aromacie, Marzemino – wytrawne, czerwone, o delikatnej nucie oraz Vino Santo, czyli „Wino Święte” – słodkie i aromatyczne, wytwarzane ze szczepu winogron Nosiola. Na zakończenie posiłku zawsze podaje się słynną grappę, czyli mocny trunek destylowany ze świeżych sfermentowanych wytłoczyn po produkcji wina.

W Trentino mówi się: Ciesz się dniem, gdyż właśnie trwa. Zapewne ta maksyma przypadła do gustu również Polakom, którzy – według ostatnich badań – są drugą nacją po Niemcach, najchętniej odwiedzającą ten rejon Włoch. Co roku przyjeżdża tutaj na narty ok. 80 tys. polskich turystów. Warto, żeby poznali oni również wiosenne, letnie i jesienne atrakcje Trentino – miejsca idealnego na aktywne wakacje. Nic więc dziwnego, że nawet Czesław Lang myśli o rozpoczęciu w sierpniu 2013 r. naszego narodowego wyścigu kolarskiego Tour de Pologne z tej malowniczej prowincji Włoch…

 


 

 

Artykuły wybrane losowo

Niezwykłe piękno Panamy

 

Filip Werstler

 

Sielski archipelag Bocas del Toro położony na Morzu Karaibskim

14991055 1200368353389294 7969613924783795900 o

© AZULPARADISE.COM/BOCASDELTORO.COM

 

Od zawsze chciałem odwiedzić Amerykę Środkową, a najbardziej Karaiby. Taka podróż z Polski to wciąż niezbyt łatwa wyprawa. Dlatego gdy pojawiła się korzystna oferta lotów do Panamy, nie wahałem się długo. Ten kraj już w trakcie przeglądania relacji internetowych wystarczająco mnie zainteresował. Miałem ochotę na własne oczy zobaczyć wielkie drapacze chmur jego stolicy i piękne bezludne wyspy na Morzu Karaibskim. Jednak to, co ujrzałem i przeżyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

 

Panama jest obecnie jednym z najszybciej rozwijających się państw Ameryki Łacińskiej. W ciągu ostatnich 16 lat zmieniła się nie do poznania, głównie dzięki dochodom płynącym z administrowania Kanału Panamskiego (od 31 grudnia 1999 r.), wpływom ze Strefy Wolnego Handlu Colón (Zona Libre de Colón – druga największa strefa wolnocłowa na naszym globie po Hongkongu) i funkcjonowania stołecznego międzynarodowego centrum bankowego (uważanego również za drugie w skali światowej pod względem wielkości, zaraz po Zurychu). Ma to swoje odbicie także w turystyce, która z roku na rok staje się coraz ważniejszym elementem gospodarki tego niewielkiego kraju (o powierzchni ponad 74 tys. km²) leżącego między Kostaryką a Kolumbią.

 

Ameryka Południowa i Środkowa to – z wyjątkiem niektórych państw wyspiarskich położonych na Morzu Karaibskim, jak Jamajka, Kuba czy Republika Dominikańska, do których latają bezpośrednio samoloty czarterowe z Polski – rejony wciąż nie tak łatwo dostępne dla turystów znad Wisły. Panama, ale też Nikaragua, Kostaryka, Gwatemala, Honduras, Salwador czy inne kraje tej części globu nadal stanowią dla większości Polaków pewną zagadkę. W te strony najczęściej dolecimy z przesiadką w Madrycie (liniami Iberia) lub USA. O ile w tym pierwszym przypadku nie musimy starać się o żadne dodatkowe dokumenty, o tyle zmienianie samolotu na lotnisku w Stanach Zjednoczonych wymaga już posiadania ważnej wizy tranzytowej, co jest niejakim utrudnieniem. Na ogół polskim podróżnikom najłatwiej wyprawić się do kontynentalnej części Ameryki Środkowej z Hiszpanii, skąd dotrą bez żadnych przesiadek do Gwatemali, Salwadoru oraz Kostaryki i Panamy. Te dwa ostatnie państwa są zresztą zdecydowanie najlepiej połączone z Europą. Do kostarykańskiej stolicy dostaniemy się przez cały rok nie tylko z Madrytu, ale także z Frankfurtu nad Menem (Condor) czy Londynu (British Airways). Jeszcze większy wybór mamy obecnie w przypadku panamskiej metropolii. Dolecimy do niej bezpośrednio właśnie z Madrytu oraz Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Paryża (Air France), Amsterdamu (KLM) i Stambułu (Turkish Airlines).

 

Jeżeli chodzi o mnie, to kupiłem bilet do Panamy z Barcelony z międzylądowaniem w hiszpańskiej stolicy. W sumie przesiadałem się dwa razy, bo na Półwysep Iberyjski dotarłem samolotem tanich linii Ryanair z Portu Lotniczego Warszawa-Modlin w Nowym Dworze Mazowieckim. Lot z Madrytu nie najnowszym airbusem trwał ok. 11 godz. i nie należał do ciężkich. Podstawowe udogodnienia w klasie ekonomicznej pozwoliły nam przetrwać podróż w znośnych warunkach. Po wylądowaniu i dopełnieniu formalności administracyjnych udaliśmy się na postój taksówek przy Międzynarodowym Lotnisku Tocumen usytuowanym ok. 25 km od panamskiej metropolii.

 

Casco Antiguo (Casco Viejo) – historyczna dzielnica panamskiej stolicy

Casco Antiguo 2

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

 

Latynoski Nowy Jork

 

 Stolica kraju – Panama (Ciudad de Panamá) – zachwyciła nas od samego początku naszej wizyty. Dzielnica finansowa (distrito financiero) imponuje wysokimi wieżowcami, których są tu dziesiątki. Potężne galerie handlowe, drapacze chmur i ekskluzywne samochody wypełniają miasto ludzi z latynoskim temperamentem. Ważnym miejscem w tym rejonie jest Cinta Costera, ok. 7-kilometrowa promenada biegnąca wzdłuż wybrzeża. Można na niej spotkać panamczyków, którzy biegają lub ćwiczą w siłowniach pod gołym niebem. Jogging stanowi tutaj jedną z najpopularniejszych aktywności, uprawia go naprawdę wiele osób.

 

Z tej chętnie odwiedzanej promenady szybko dotrzemy do historycznego centrum stolicy – Casco Viejo (Casco Antiguo). Należy pamiętać, żeby raczej nie zwiedzać jego zaułków po zmroku, jeśli nie towarzyszą nam miejscowi. Ta część miasta bardziej przypomina Kubę niż Stany Zjednoczone. Wśród kolorowych, choć dość często odrapanych, kamienic i małych sklepików stojących przy wąskich uliczkach unosi się atmosfera latynoskiego świata. Mimo iż coraz więcej budynków zostało świeżo odnowionych, Casco Viejo nie straciło swojego klimatu. Możemy tu spróbować innych przysmaków niż w modnych restauracjach i poznać bliżej codzienną twarz Panamy, odmienną od jej biznesowego oblicza. Nie znajdziemy w tym rejonie zbyt wielu punktów informacji turystycznej (przyznaję, że nawet ich nie szukałem), ale nie jest on duży i zwiedzimy go w ciągu 2–3 godz. Wystarczy, że ruszymy przed siebie.

 

Kolejne miejsce warte odwiedzenia stanowi Calzada de Amador. Wzdłuż tej drogi łączącej ze stałym lądem mały archipelag czterech wysp na Pacyfiku (Naos, Perico, Culebra i Flamenco) biegnie krótka, bo ledwie kilkukilometrowa, trasa rowerowa, z której rozpościerają się wspaniałe widoki zarówno na nową część Panamy, jak i południowe wejście do Kanału Panamskiego oraz oczekujące na przeprawę różnej wielkości statki. Wypożyczenie roweru kosztuje kilka dolarów amerykańskich (USD), a sama wycieczka razem z postojem na robienie zdjęć i podziwianie okolicy zajmuje ok. 1,5–2 godz.

 

 

Dzieło inżynierii wodnej

 

Podczas 6-dniowego pobytu w stolicy wybrałem się również – oczywiście – nad Kanał Panamski. Obok Kanału Sueskiego to jedna z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Dzięki tej ogromnej inwestycji znacząco skróciły się trasy rejsów statków pływających między Atlantykiem (Morzem Karaibskim) a Pacyfikiem. Wpływy z obsługi przeprawy stanowią główną siłę napędową gospodarki kraju. Jednak ten wyjątkowy wytwór inżynierii wodnej warto zobaczyć też z innych powodów.

 

Na miejsce dojedziemy transportem publicznym (za 1 dolara) lub taksówką (ok. 10–20 dolarów). My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Zapłaciliśmy przy wysiadaniu i prowadzeni przez drogowskazy skierowaliśmy się do wejścia na teren centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores). Po drodze dostrzegliśmy znak ostrzegający nas o pojawiających się w okolicy krokodylach, więc postanowiliśmy przyspieszyć kroku.

 

Po kupieniu biletów (15 dolarów od osoby dorosłej) i wejściu do budynku udaliśmy się po schodach na pierwsze piętro, gdzie niczym na stadionie znajdują się trybuny, a spiker na bieżąco komentuje to, co się dzieje. Wielkie tankowce i kontenerowce czekały w oddali. Kolejne wpływały do śluz Miraflores (las esclusas de Miraflores). Choć cała procedura trwa nieco ponad 30 min. (tak przynajmniej było przed powiększeniem Kanału Panamskiego, które zakończono oficjalnie 26 czerwca 2016 r.), jej przebieg wygląda imponująco. Cztery silniki, każdy wielkości ciężarówki, przesuwają się po specjalnych szynach. Do nich przyczepione są liny zamocowane do kadłuba statku. Dopiero po odpowiednim naprężeniu tych lin jednostka może zostać przeprowadzona. Minimalna odległość między burtą a krawędzią śluzy wynosi… ok. 60 cm. Niesamowity wydaje się fakt, że ta technologia ma więcej niż 100 lat (oddano ją do użytku 15 sierpnia 1914 r.). Przez ponad półtorej godziny oglądaliśmy kolejne statki pokonujące kanał, napełnianie i opróżnianie śluz. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sprawność całego procesu. Przeprowadzenie przez nie tak znów szeroki korytarz z wodą (o odległości między brzegami wynoszącej 33,53 m, a po poszerzeniu w 2016 r. – 54,86 m) długich stalowych kolosów wyglądało na najprostszą rzecz na świecie. Takiego doświadczenia się nie zapomina.

 

Po tym spektaklu odwiedziliśmy pozostałe piętra budynku prezentującego w ciekawy sposób rozwiązania techniczne i dzieje panamskiej przeprawy. Można tutaj zapoznać się z informacjami na temat powstawania i modernizacji kanału oraz tego, kto przy nim pracował, a także jakie zwierzęta żyją w jego rejonie. W gablotach obejrzymy mnóstwo okazów owadów różnych gatunków. W centrum dla odwiedzających jest również coś dla młodszych turystów – symulator 3D pokonywania przeprawy. Użytkownik urządzenia wciela się w rolę kapitana masowca o maksymalnych dopuszczalnych dla kanału wymiarach. Panamax może mieć do 294,1 m długości, 32,3 m szerokości i 12 m zanurzenia, a tzw. Neo Panamax (od 26 czerwca 2016 r.) odpowiednio: 366, 49 i 15,2 m. Na ostatnim poziomie znajduje się taras widokowy, z którego jeszcze lepiej widać przepływające statki, choć nie usłyszymy na nim komentatora i nie skorzystamy z miejsc siedzących. Wizytę w Centro de Visitantes de Miraflores z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, ponieważ spodoba się tu zarówno dorosłym, jak i dzieciom.

 

Wodospad El Macho skryty wśród bujnej tropikalnej roślinności

El Chorro del Macho

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Górskie wędrówki

 

Po opuszczeniu Panamy odwiedziłem najpierw El Valle de Antón – małą miejscowość położoną ok. 125 km na południowy zachód od stolicy, w odległości 2 godz. jazdy busem. Dociera się do niej początkowo Autostradą Panamerykańską (Carretera Panamericana), a następnie drogami wiodącymi przez góry i doliny prowincji Coclé. Po szybkiej konsultacji w punkcie informacji turystycznej wybrałem się obejrzeć mniej więcej 35-metrowy wodospad El Macho (Chorro El Macho). Leży w prywatnym rezerwacie o tej samej nazwie (Refugio Ecológico del Chorro Macho). Wejście kosztuje 5 dolarów, a w granicach obszaru chronionego oprócz podziwiania malowniczej kaskady można obserwować kolibry i przyjrzeć się dokładniej bogatej florze tego specyficznego miejsca. W pobliżu znajduje się poza tym naturalny basen termalny, w którym wolno się kąpać. Bardzo polecam skorzystanie z tej okazji wszystkim oglądającym wodospad.

 

Dłuższą i wymagającą więcej wysiłku wyprawę stanowi zdobycie góry La India Dormida (Śpiąca Indianka – ok. 800–900 m n.p.m.). To jeden z najbardziej wyróżniających się punktów w okolicy. Jej nazwa pochodzi od charakterystycznego kształtu śpiącej Indianki, jaki tworzy linia grzbietu. Wejście na teren Pomnika Przyrody Wzgórze Gaital (Monumento Natural Cerro Gaital), na którym wznosi się ten szczyt, kosztowało mnie 3,5 dolara. Proponuję jednak wynająć lokalnego przewodnika lub skorzystać z tego typu usługi oferowanej przez miejscowych. Ja tego nie zrobiłem, co spowodowało, że dwa razy się zgubiłem i straciłem mniej więcej godzinę na błądzenie po lesie tropikalnym, choć mogło skończyć się o wiele gorzej.

 

Podejście pod górę jest bardzo strome i jeśli mamy dobrą kondycję, na szczycie będziemy już po 50 min. ciągłego marszu. Szlak prowadzi po zboczu porośniętym bujną roślinnością, w trakcie wędrówki mija się też strumień. Towarzyszą nam odgłosy ptaków. Obok wodospadu położonego przy ścieżce warto zrobić sobie przerwę na odpoczynek i podziwianie zarówno wstęgi spienionej wody malowniczo omywającej skały, jak i wąwozu. Podczas mojej wyprawy oglądałem piękne widoki i kolorowe kwiaty oraz spotykałem ciekawe zwierzęta. Natknąłem się także na tutejszych Indian. Jak wspomniałem, nie miałem przewodnika, a przecież poruszałem się po obcym terenie. W takiej sytuacji w Panamie przydaje się znajomość języka hiszpańskiego. Na szczęście, miejscowi pomogli mi i wyprowadzili mnie na szczyt.

 

Zdobycie góry La India Dormida było warte każdych pieniędzy, a moje wspomnienia zostaną ze mną na zawsze. Widok na Dolinę Antoniego (Valle de Antón) zapierał dech w piersiach. Malownicze zielone wzgórza zatrzymywały masy chmur, a słońce oświetlało wąwóz z przeciwnej strony. To jedno z najcudowniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. W dodatku moja wyprawa nie obyła się bez przygód, więc z pewnością jej nie zapomnę.

 

Wizyta nad pacyfikiem

 

W drodze na północny zachód kraju skręciłem nieco na południe i zatrzymałem się w jednej z miejscowości położonych na wybrzeżu Pacyfiku w prowincji Veraguas. Santa Catalina znajduje się w środku lasu tropikalnego. Dotarcie do niej ze stolicy zajęło mi niemal cały dzień drogi i wymagało dwóch przesiadek (w miastach Santiago de Veraguas i Soná). Podróż kosztowała mnie w sumie ok. 12 dolarów. Późnym popołudniem dojechałem w końcu do miejsca, w którym przyszło mi spędzić kolejne 3 dni.

 

Miejscowość zasługuje na zainteresowanie ze względu na panujące w jej okolicy świetne warunki do uprawiania sportów wodnych. Do pobliskiego Parku Narodowego Coiba (Parque Nacional Coiba) można wybrać się na nurkowanie. Spotyka się tu niezmiernie dużo gatunków zwierząt, w tym manty (diabły morskie), koryfeny (złote makrele), tuńczyki żółtopłetwe, rekiny wielorybie, żarłacze tygrysie czy nawet humbaki, orki, delfinki wysmukłe i butlonosy zwyczajne. Poza tym na malownicze wybrzeże w tym rejonie ściągają liczni surferzy, zarówno osoby początkujące, jak i zaawansowane. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, w niewielkiej Santa Catalinie znaczną grupę stanowią przybysze z całego świata. Według mnie to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

 

Pierwszego dnia wybrałem się na surfing. Za wypożyczenie deski musiałem zapłacić 10 dolarów, a za godzinę opieki instruktora w 3-osobowej grupie – 15 dolarów. Warunki były bardzo dobre i po chwili mogłem już cieszyć się ze swoich postępów. Wody Pacyfiku oblewają tutaj pustą plażę pokrytą czarnym piaskiem i ocienioną wysmukłymi palmami. Miłośnikom surfowania z pewnością to miejsce przypadnie do gustu. Po całym dniu spędzonym na falach warto obejrzeć zachód słońca. Przed godziną 18.00 udałem się na brzeg. Widok, jaki ujrzałem, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Złocista kula powoli chowała się za horyzontem i odbijała w lekko falującej powierzchni Oceanu Spokojnego. Był to najpiękniejszy zachód słońca, jaki widziałem w życiu. Po dniu pełnym fantastycznych przeżyć szybko poszedłem spać. Nazajutrz planowałem wziąć udział w nurkowaniu.

 

Wyprawę rozpoczęliśmy od zbiórki w bazie i omówienia trasy oraz innych szczegółów. Na pokładzie łodzi poza dwoma osobami z załogi i instruktorem znalazłem się ja, para ze Szwecji i jeden Niemiec. W takim składzie wypłynęliśmy w godzinny rejs na wyspę Coiba (ok. 500 km² powierzchni), będącą częścią wspomnianego parku narodowego.

 

Już na miejscu miał odbyć się trening przypominający podstawowe zasady nurkowania. W moim przypadku okazało się to bardzo przydatne. Sama wyspa i jej okolica wyglądały naprawdę urokliwie. Po kilkudziesięciu minutach przygotowań ruszyliśmy w stronę wyznaczonego punktu. W wodzie mogliśmy obserwować wiele ciekawych zwierząt, m.in. mureny czy manty. Nie był to natomiast dobry sezon na wytropienie rekinów wielorybich czy żarłaczy tygrysich. Po ponad 20 min. od zejścia na dno całkowicie zużyłem swój tlen i musiałem wracać na górę. Czułem pewien niedosyt, bo chciałem jednak zobaczyć więcej.

 

Powrót uprzyjemniła nam niezapowiedziana atrakcja. W pewnym momencie para ze Szwecji zauważyła, że asystują nam 3 delfiny! Co chwilę wyskakiwały z wody w odległości ok. 1 metra od łodzi. Widok był fantastyczny. Pierwszy raz widziałem te sympatyczne ssaki na wolności w ich naturalnym środowisku i nigdy tego nie zapomnę, nawet mimo utraty filmu wideo, który udało mi się wówczas nagrać. Niespodziewana przygoda stała się tematem naszych rozmów już do końca dnia. Po powrocie zjedliśmy kurczaka w sosie kokosowym i poszliśmy spać. Następnego dnia wyruszyłem w kierunku północno-zachodniego wybrzeża Panamy.

 

Nurkowanie w towarzystwie żółwi

 visitpanama 6252876118

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Raj odnaleziony

 

Cel mojej kolejnej wyprawy stanowił archipelag Bocas del Toro. Tworzy go kilkanaście większych wysp i ok. 250 wysepek, z których kilka pozostaje zamieszkanych. Najważniejszą wśród nich jest Isla Colón, czyli Wyspa Kolumba (o powierzchni ponad 61 km²), ze stolicą tutejszej prowincji Bocas del Toro noszącą tę samą nazwę, co cały region administracyjny. Miasto liczy w przybliżeniu 8 tys. mieszkańców. Aby dostać się na archipelag, najpierw musimy dojechać do miejscowości Almirante, gdzie należy skorzystać z taksówki wodnej, zabierającej średnio 7–9 osób (za taki kurs zapłacimy 7 dolarów od osoby w jedną stronę, podróż trwa mniej więcej 45 min.). Możemy tu też dolecieć w godzinę samolotem linii Air Panamá z lotniska Albrook w Ciudad de Panamá (koszt biletu powrotnego to ok. 250 dolarów).

 

Na północno-zachodnim brzegu Isla Colón leży Boca del Drago. Ta niewielka osada (a właściwie skupisko kilku domów) przypomina prawdziwy raj. Wśród kołyszących się przy uroczej plaży palm panuje błoga cisza. Nie ma tutaj sklepów, chińskich zabawek i przepełnionych koszów na śmieci. Jest za to dużo hamaków zamocowanych między drzewami. Po prostu wiszą i czekają na chętnych, dostępne bez żadnej opłaty. Nikt nie kładzie na nich swojego ręcznika z samego rana, żeby je zająć. Hamaków wystarczy dla wszystkich. Przystanek autobusowy stanowi palma. Wokół niej zakręca bus, który nas przywiózł. W osadzie znajdują się tylko dwa hostele oraz klimatyczne chatki do wynajęcia (cabañas), a także działają restauracje z wyśmienitymi daniami, typowymi dla kuchni karaibskiej. Wciąż mało kto wie o tym miejscu i chyba lepiej, aby tak zostało.

 

W pobliżu położona jest jedna z największych atrakcji wyspy – Playa de las Estrellas (Playa Estrella),czyli plaża, przy której możemy spotkać cudowne rozgwiazdy. Turyści zazwyczaj wolą nocować w Bocas del Toro, a w tę okolicę wybierają się z wycieczką zorganizowaną, co kosztuje ok. 20–30 dolarów. Za przejazd busem zapłacimy 5 dolarów. Przechadzki przepiękną plażą prowadzącą do Playa de las Estrellas nie da się wycenić. Uważam, że to przeżycie wyjątkowo wartościowe.

 

W Boca del Drago spędziłem 3 dni, w tym Wigilię i pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Codziennie szedłem na plażę i ładowałem baterie, leżałem na hamaku i czytałem. W okolicy jedynym miejscem przystosowanym do ruchu turystycznego jest Playa de las Estrellas, ale i ona nie utraciła z tego powodu swojego dziewiczego uroku. Owszem, można tu znaleźć białe plastikowe leżaki, drogie restauracje (zazwyczaj zbudowane z drewna) i reklamy popularnych napojów, a z głośników rozbrzmiewa radosna muzyka reggae. Ja traktowałem jednak to zestawienie jako swoisty klimat tego zakątka. Boca del Drago stanowi prawdziwą oazę spokoju, zachwyci osoby chcące zrelaksować się przez kilka dni w ciszy i z dala od tłumów. Odcięciu od świata sprzyjają nawet przerwy w dostawach energii elektrycznej – z prądu korzysta się tylko przez mniej więcej 5 godz. dziennie, między 18.00 a 23.00, przynajmniej w hostelach, w których nocowałem. A jeśli zatęsknimy za widokiem ludzi, wystarczy, że wybierzemy się wraz z innymi na plażę na podziwianie rozgwiazd.

 

Atrakcje archipelagu

 

Na Isla Colón warto odwiedzić również wspomnianą stolicę prowincji. W Bocas del Toro możemy dobrze zjeść w ciągu dnia i poimprezować w nocy. Tutejsze bary, puby i dyskoteki są otwarte do białego rana. Nie musimy się w nich obawiać o swoje bezpieczeństwo. Oprócz tego jeśli nie będziemy zapuszczać się poza główne ulice i spacerować samotnie, z pewnością nic się nam nie stanie. Po zapadnięciu zmierzchu turyści często wyruszają na pobliską długą i zalesioną wysepkę Carenero (Isla Carenero, 0,94 km² powierzchni). Krótki rejs łodzią, która kursuje bez przerwy, kosztuje 1 dolara. Tu także czeka na nas dobra zabawa. W lokalach gra się lokalną muzykę lub hity popularne w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

 

Po nocnych szaleństwach warto udać się na 7-kilometrową plażę Bluff (Playa Bluff). W jednej z tutejszych restauracji zamiast stolików natknęliśmy się na łóżka ustawione przy brzegu morza. Uznaliśmy to za wspaniały pomysł. Jeśli pójdziemy dalej wzdłuż plaży, trafimy na miejsce oblegane przez surferów ze względu na niesamowite fale, wysokie na 2–4 m.

 

Na wyspie polecam zajrzeć też do prywatnego Ogrodu Botanicznego Finca Los Monos. Dzięki takiej wizycie poznamy bogatą florę i faunę tego regionu. Osoby spacerujące alejkami otacza prawdziwa feeria barw i niezliczone ilości egzotycznych kwiatów, a nad ich głowami lata mnóstwo małych kolibrów.

 

Na północ od Isla Colón znajduje się Isla Pájaros – Wyspa Ptaków. To raczej grupa połączonych skał wystających z Morza Karaibskiego pokrytych bujną roślinnością. Prezentuje się jednak niezmiernie malowniczo. Ten cud natury cieszy się dość dużym zainteresowaniem wśród turystów. Zdecydowanie warto go zobaczyć na własne oczy.

 

Innym popularnym miejscem są bezludne Cayos Zapatilla – dwie małe wysepki (0,48 km² powierzchni) oddalone o ok. 50 min. rejsu łodzią od stolicy prowincji. Na wyprawę na nie należy zarezerwować sobie co najmniej pół dnia. Za taką wycieczkę bezpośrednio u właściciela łodzi zapłaciliśmy 10 dolarów za osobę, podczas gdy lokalne agencje turystyczne oferowały ją za 30–40 dolarów. Abyśmy mogli odbić od brzegu, musi zebrać się odpowiedniej wielkości grupa chętnych (przynajmniej 8–9 osób). W drodze powrotnej warto zatrzymać się w Morskim Parku Narodowym Wyspy Bastimentos (Parque Nacional Marino Isla Bastimentos), gdzie w trakcie snorkelingu przyjrzymy się licznym mieszkańcom podwodnego świata. Tego rodzaju rejs zazwyczaj zapewnia każdy właściciel łodzi, a w opłatę wliczony jest również sprzęt do nurkowania powierzchniowego.

 

Podróże po kraju

 

Na koniec chciałbym jeszcze krótko opisać sposoby przemieszczania się między różnymi punktami na mapie kraju. Samoloty z Europy (Frankfurtu nad Menem, Madrytu, Paryża, Amsterdamu i Stambułu) lądują na Międzynarodowym Lotnisku Tocumen (Aeropuerto Internacional de Tocumen), skąd do centrum panamskiej stolicy można dojechać taksówką, zwykły autobusem albo kolorowym chicken busem. Oczywiście, w tym pierwszym przypadku należy negocjować cenę. Po Panamie najlepiej podróżować samochodem bądź środkami autobusowego transportu zbiorowego. W kraju działa także kolej (Ferrocarril de Panamá), łącząca Atlantyk z Pacyfikiem, ale z niej nie korzystałem, bo nie było takiej potrzeby. W stolicy poruszałem się taksówkami lub komunikacją miejską, która funkcjonuje bardzo dobrze, zwłaszcza w części biznesowej i turystycznej. Cały system transportu publicznego jest zintegrowany. Podobnie jak w wielu dużych miastach na świecie, musimy kupić plastikową kartę i wpłacić na nią określoną sumę pieniędzy, które później wydajemy na przejazdy autobusami i metrem (odczytu dokonuje się przy wejściu). Główny stołeczny terminal autobusowy znajduje się przy modnym centrum handlowym Albrook Mall – Gran Terminal Nacional de Transporte de Panamá. Stąd dojedziemy do niemal każdego zakątka w Panamie, włącznie z Bocas del Toro. Oczywiście, po drodze czasem będą konieczne przesiadki (np. do Santa Catalina).

 

Do części rejonów można również dolecieć. Samolotem dostaniemy się np. do Bocas del Toro, choć ten środek transportu wybierają jednak nieliczni z uwagi na dość duży koszt biletu. Krajowe linie lotnicze Air Panamá oferują obecnie połączenia do siedemnastu miejsc leżących w panamskich granicach oraz do San José (stolicy Kostaryki) i dwóch miast w Kolumbii (Armenii i Medellín). Trzeba pamiętać, że niektóre loty są sezonowe. Jeśli nasz budżet na tym zbytnio nie ucierpi, warto skorzystać z usług tego przewoźnika, bo podróżowanie samolotem to z pewnością najwygodniejszy i najszybszy sposób poruszania się po Panamie. Połączeń oferowanych ze stolicy przez Air Panamá nie obsługuje jednak Międzynarodowe Lotnisko Tocumen, ale Międzynarodowy Port Lotniczy Marcosa A. Gelaberta (Aeropuerto Internacional Marcos A. Gelabert) położony przy Albrook Mall.

 

Ta część Ameryki Centralnej wciąż pozostaje dla Polaków ziemią nieznaną. Większość z nich niewiele wie o jej historii i mieszkańcach. Dlatego wyprawa do Panamy ma w sobie coś z odkrywania Nowego Świata. Ten kraj potrafi zachwycić swoim pięknem i nadal można w nim znaleźć prawdziwie rajskie zakątki. Kto zdecyduje się go odwiedzić, przeżyje fascynującą przygodę, której nigdy nie zapomni.

 

Pełna tajemnic Malta

DANUTA SZNAJDER
<< Malta, najdalej wysunięte na południe państwo europejskie, leży niespełna 300 km od wybrzeży Afryki. O ten tajemniczy skrawek lądu walczyło wiele narodów. Liczne ślady jego burzliwej historii zachowały się do naszych czasów. To właśnie w tym kraju odnaleziono jedne z najstarszych budowli na świecie – kamienne świątynie, które zachwycają rozmachem i intrygują zarówno turystów, jak i badaczy, wciąż nieznających ich przeznaczenia. >>

Więcej…

Ukryte oblicza Indii

PAWEŁ SKAWIŃSKI

autor książki Gdy nie nadejdzie jutro

 

<< Żeby zrozumieć wielką różnorodność Indii, trzeba pojechać w Himalaje, wybrać się na trekking przez deszczowy, zielony Sikkim, spalony słońcem, pustynny Ladakh i żyzny, szafranowy Kaszmir. Odpowiedź na pytanie, co – mimo aż tylu rzucających się w oczy różnic – łączy mieszkańców tego fascynującego kraju, można znaleźć również na dalekim południu Półwyspu Indyjskiego – w iście baśniowej Kerali. >>

Hindusi wierzą, że ich bogowie wybrali Himalaje na swoją siedzibę. Tu mieszka Śiwa z małżonką Parwati („górską boginią”), tutaj bierze swój początek święty Ganges. W tym rejonie rozpowszechnił się głównie buddyzm, ale wciąż silny jest też hinduizm oraz islam. Wyznawcy tych trzech religii na przestrzeni wieków toczyli zaciekłe boje o najwyższe góry świata.

Więcej…