ROBERT PAWEŁEK

 

Ta zielona wyspa potrafi zauroczyć nawet najbardziej wybrednych obieżyświatów. Wspaniałe ślady celtyckiej kultury sąsiadują na niej z pozostałościami po czasach wczesnochrześcijańskich. Nieodłączną częścią tutejszego krajobrazu rozległych równin i skalistych urwisk są tajemnicze dolmeny i kamienne rzeźbione krzyże. Możemy tu znaleźć fabrykę słynnego piwa Guinness i puby tętniące życiem do białego rana oraz zwiedzić Dublin pod rękę z bohaterem powieści Jamesa Joyce’a Ulisses. To właśnie osobliwe połączenie teraźniejszości z przeszłością oraz sympatyczni i otwarci mieszkańcy stanowią o uroku Irlandii.

FOT. TOURISM IRELAND

Po irlandzku nazwa tego europejskiego państwa brzmi Éire. Dziś zajmuje ono większą część drugiej pod względem wielkości wyspy archipelagu Wysp Brytyjskich, współdzieląc jej terytorium ze Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. W godle państwowym na niebieskim tle znajduje się złota harfa Briana Śmiałego, króla panującego na tych ziemiach na początku XI w. Najpopularniejszym symbolem kraju jest jednak trójlistna koniczyna (ang. shamrock), którą Irlandczycy noszą przypiętą do ubrania w dniu swojego patrona św. Patryka, 17 marca.

 

Czy zastanawialiście się kiedyś, co sprawia, że przyjeżdżający do Irlandii Polacy postanawiają zostać w niej na dłużej? Czy to zasługa wesołych Irlandczyków, znakomitych kompanów w zabawie do białego rana, a jednocześnie gotowych bronić suwerenności swojego państwa wielbicieli wolności? A może tak działają szmaragdowe bezkresne równiny kończące się skalistymi klifami nad brzegiem morza, które pozwalają każdemu odetchnąć pełną piersią? Jeśli chcecie poznać odpowiedź na to pytanie, najlepiej poszukajcie jej sami i już dziś kupcie bilet do Irlandii.  

 

Dublin Ulissesa

Podróż po szmaragdowej wyspie zaczynam od stołecznego Dublina (jego irlandzka nazwa to Baile Átha Cliath, czyli „miasto brodu z trzcinowymi płotami”). Z samolotu widać zielone pola okolone kamiennymi murkami. Dziwny to widok jak na stolicę europejskiego kraju, którego gospodarka nie tak dawno była liderem Unii Europejskiej. Nie ma tu ani drapaczy chmur, ani metra, są za to dwie linie tramwajowe! Kiedyś młodym ludziom Dublin wydawał się zacofany, dziś mówią, że nie istnieje lepsze miasto na świecie. Większość atrakcji turystycznych znajduje się w centrum stolicy. Warto tu kupić jednodniowy karnet Dublin Pass (35 euro dla osoby dorosłej), dający darmowy wstęp do ponad 30 muzeów, galerii, zamków i innych miejsc. Przyda się nam też bilet na zielone autobusy Hop On – Hop Off (16 euro dla osoby dorosłej). Dzięki nim w jeden dzień zwiedzimy najciekawsze zakątki w mieście.

                                                                                                             FOT. TOURISM IRELAND

Na spacer lepiej zabrać ze sobą parasol – deszcz pada tu średnio przez 270 dni w roku. Zwiedzanie można rozpocząć od O’Connell Street, jednej z najważniejszych ulic stolicy. Wznosi się przy niej wiele pomników, z których na spacerujących spoglądają m.in. Daniel O’Connell (1775–1847) – irlandzki polityk i przywódca narodowy, James Larkin (1876–1947) – socjalista i jeden z założycieli Irlandzkiej Partii Pracy, oraz James Joyce (1882–1941) – autor słynnego Ulissesa. Leopold Bloom, główny bohater tej powieści, znał w Dublinie każdy kąt. Podążając śladem fikcyjnej postaci, przechodzę przez rzekę Liffey zabytkowym Liffey Bridge, nazywanym „Mostem Pół Pensa” (Ha’penny Bridge), ponieważ sto lat temu pobierano tu pół pensa myta za korzystanie z przeprawy. Na drugim brzegu widać Christ Church Cathedral, czyli Katedrę Kościoła Chrystusowego z początku XI w. (powstałą na miejscu pierwszej chrześcijańskiej świątyni w Dublinie, zbudowanej przez chrześcijańskich wikingów). Choć została wzniesiona z litego kamienia, zachwyca lekkością. W jej katakumbach znajdziemy liczne ślady po pierwszych chrześcijanach, którzy w IX w. założyli tutaj osadę. W okolicy kościoła napotykam grzebienie i brzytwy wtopione w chodnik. W ten niecodzienny sposób zaprasza do siebie pobliskie centrum historii miasta – Dublinia, którego budynek połączony jest z katedrą przejściem nad ulicą. Warto do niego zajrzeć, aby poznać interesujące dzieje średniowiecznego Dublina i pamiątki pozostałe tu po wikingach. Natomiast żeby zobaczyć Book of Kells (Księgę z Kells) z ok. 800 r., jeden z najpiękniej ilustrowanych średniowiecznych manuskryptów, trzeba się udać do Trinity College, czyli Kolegium Trójcy Świętej, uczelni założonej pod koniec XVI w. przez królową Elżbietę I Tudor. Irlandzcy mnisi, przepisując kolejne strony dzieła, ozdobili je misternymi ornamentami, inspirowanymi kulturą celtycką. Przed bramą Kolegium Trójcy Świętej zaczyna swój bieg główna ulica stolicy – Grafton. Natrafiam tu na pomnik Molly Malone, ulicznej sprzedawczyni ryb, tytułowej bohaterki popularnej piosenki, która stała się nieoficjalnym hymnem Dublina. 

 

W piwnym raju Guinnessa

Autor Ulissesa twierdził, że nawet jeśli kiedyś stolica Irlandii zostanie zburzona, będzie można ją odtworzyć na podstawie jego powieści. Ja kupuję niedrogą mapę Szlak pubów J. Joyce’a w Dublinie, aby odwiedzić te najpopularniejsze wśród Irlandczyków miejsca spędzania wolnego czasu.

Gdy w 1759 r. Arthur Guinness (1725–1803) podpisał kontrakt życia, uzyskując za 45 funtów rocznie prawo dzierżawy browaru przy Bramie św. Jakuba (St. James’s Gate Brewery)w Dublinie na kolejne 9 tys. lat, nie przypuszczał, że swoim napojem podbije świat. Irlandczycy nie od razu rozsmakowali się w ciężkim i gorzkawym smaku nowego piwa. Powstające jak grzyby po deszczu w pierwszej połowie XIX w. bary piwne szybko jednak stały się ośrodkami życia towarzyskiego. W tych eleganckich lokalach o wiktoriańskich wnętrzach, wykładanych mahoniem i marmurem, spotykała się elita kulturalna i cyganeria. Dawny klimat niektórych barów utrzymał się do dzisiaj. W mniejszych miastach i na wsiach ich rolę przejęły gospody i sklepy spożywcze z wyszynkiem. W dni świąteczne są bardziej zatłoczone niż sąsiadujący z nimi kościół. Ale to dzięki nim przetrwała tradycyjna muzyka irlandzka, która zyskała wielką popularność w latach 60. ubiegłego wieku. 

Smakosze piwa powinni odwiedzić również miasto Kilkenny, położone ok. 120 km na południowy zachód od Dublina, a w nim najsłynniejszy z miejscowych pubów – Marble City Bar. Warto też wstąpić do Tynan's Bridge House Bar o wystroju dawnego sklepu.   

Poszukującym prawdziwych irlandzkich piwiarni polecam te mieszczące się we wnętrzach XVII-wiecznych tawern. W ich wnętrzach rozbrzmiewa muzyka ludowa, blues, jazz, bluegrass czy reggae. Nierzadko też występują komicy, gwiazdy country, a czasem można obejrzeć pokazy irlandzkiego tańca. Nikt nie wie, ile pubów istnieje w Irlandii. Tylko w samej stolicy doliczono się ich ponad 800! Najlepsze znajdują się w dzielnicy Temple Bar. Za najstarszy uchodzi Brazen Head z XII w., gdzie bywał sam James Joyce. Maleńki Doheny & Nesbitt przyciąga dziennikarzy z The Irish Times (najpopularniejszego irlandzkiego dziennika), zaś w Mulligan's wypijemy najlepszej jakości Guinnessa.

 

Tajemnicze kamienie

Irlandczycy przestrzegają jednak, że Dublin to nie prawdziwa Irlandia. Postanowiłem więc sprawdzić tę tezę. Pierwszym miejscem, w którym się zatrzymuję, jest wioska Bullaun. Stąd kieruję się na Turoe Pet Farm, gdzie w rozległym parku stoi celtycki kamień z II w. p.n.e. (Turoe Stone), niegdyś pełniący funkcję rytualną. Pokrywa go spiralny relief. W Irlandii znajduje się wiele takich tajemniczych obiektów, zaznaczonych na mapach i opisanych w folderach. Większość z nich bywa jednak niedostępna dla turystów. Są umieszczone na kamienistych urwiskach albo chroni je ogrodzenie prywatnego terenu. Bez trudu możemy jednak znaleźć wiele ráth, czyli zespołów kilku domów i zagród, otoczonych dla ochrony przed wilkami bądź złodziejami kamiennym murem (zbudowanym bez użycia zaprawy!).  

Kto chce zobaczyć megalityczne grobowce, powinien udać się na płaskowyż Burren w zachodniej Irlandii. Pośród surowego kamiennego krajobrazu stoi tutaj majestatyczny Dolmen Poulnabrone. Wzniesiono go prawdopodobnie między 4200 a 2900 r. p.n.e. Konstrukcja złożona z pionowych kamiennych ścian i wielkiego głazu spoczywającego na nich przypomina bramę lub portal. Stała się popularnym motywem irlandzkich pocztówek.   

 

Krzyże św. Patryka

Dawne wierzenia i chrześcijaństwo, które dotarło na zieloną wyspę pięć wieków wcześniej niż do Polski, przemieszały się i stopiły w jedno. W Galway w Kościele św. Mikołaja (Collegiate Church of St. Nicholas) z okazji święta zbiorów przynosi się w ofierze plony z pól i ogrodów: warzywa, owoce, kwiaty, zboża. Z celtyckiego zwyczaju zdobienia kamieni pochodzi też tradycja dekorowania kamiennych krzyży, zwanych krzyżami św. Patryka, patrona Irlandii. Niektóre są pokryte abstrakcyjnymi ornamentami, inne – scenami biblijnymi. Znajdziemy je m.in. w zespole klasztornym św. Kierana (Ciarána) w Clonmacnoise koło Athlone, uroczego portu rzecznego położonego w samym sercu Irlandii. Kompleks zbudowano w VI w. na wzniesieniu, nad idealnie płaską zieloną równiną. Gdy spojrzeć z góry na otaczające tereny, wydaje się, że statki płynące po rzece Shannon suną wprost po łące.

 

Celtycka kraina magii

Podróżując samochodem po Irlandii, trzeba się oswoić nie tylko z ruchem lewostronnym, lecz także z wąskimi drogami. Szosy z reguły nie mają żadnego pobocza. Z Galway kieruję się na południe. Mijam zapierające dech w piersiach urwiska: Klify Moher opadające pionową, ok. 200-metrową ścianą w stronę Oceanu Atlantyckiego.

Następnie jadę w głąb półwyspu Dingle. Według legendy to stąd św. Brendan wyruszył w VI w. na poszukiwanie wyspy, którą anioł ukazał mu we śnie. Tu znajduje się słynne Oratorium Gallarus, kościół z VI–IX w. zbudowany z kamieni bez użycia zaprawy, posiadający kształt łodzi odwróconej do góry dnem. Droga okalająca półwysep prowadzi do Dingle – najdalej na zachód położonego miasta Irlandii, którego mieszkańcy posługują się jeszcze dialektem celtyckim. Z tutejszego portu wyruszają rejsy wokół wysp Blasket (Blasket Islands) – kilku skalistych wysepek i kilkunastu skał sterczących wprost z oceanu.

Potem udaję się do magicznego Killarney. Można tu zobaczyć dość rzadki widok na wyspie – las. Podobno Anglicy zbudowali swoją flotę z irlandzkich drzew, pozbywając się przy okazji leśnej partyzantki. Killarney leży niedaleko Parku Narodowego Killarney (Killarney National Park) – krainy jezior, która szczyci się jednymi z najbardziej romantycznych krajobrazów w Irlandii.

 

Królestwo zamków i… rowerów

Na południu szmaragdowej wyspy leżą hrabstwa Cork i Kerry. To pierwsze przyciąga m.in. drugim co do wielkości miastem Irlandii, położonym malowniczo przy ujściu rzeki Lee do Morza Celtyckiego, zabytkowym Cork. To drugie zaś zwane jest czasem „królestwem” ze względu na silne poczucie niezależności jego mieszkańców.

  FOT. TOURISM IRELAND

Oba te hrabstwa słyną z pięknych plaż, uroczych portów rybackich oraz klimatycznych knajpek, w których serwowane są owoce morza, w tym jedne z najlepszych na świecie małż i ostryg. Portowe miasto Cork swoją urodę zawdzięcza rzece Lee oraz jej żeglownym kanałom. Na pobliskiej Great Island (Wielkiej Wyspie) znajduje się miejscowość Cóbh, gdzie zawinął w kwietniu 1912 r. Titanic przed spotkaniem z górą lodową.

Ostatnim miastem na mojej trasie jest wspomniane już Kilkenny. Chcę obejrzeć ogromny średniowieczny zamek zawieszony nad wąwozem rzeki Nore. Jego park przypomina wypielęgnowany ogród francuski. Bardziej kameralny okazuje się XVI-wieczny zamek Dunguaire niedaleko wioski rybackiej Kinvara, położony na cyplu ochraniającym portową zatokę Galway.

Doskonałym środkiem transportu w Irlandii jest rower. Zwiedzając wyspę, czasem z zazdrością spoglądałem na rowerzystów śmigających po miasteczkach i bezdrożach. Na każdym kroku spotkamy reklamy wypożyczalni rowerów (ok. 7 euro za dzień) oraz trasy przystosowane dla miłośników dwóch kółek. Jedną z piękniejszych z nich jest Rivers and Cathedrals Tour, która biegnie przez hrabstwo Kilkenny, pośród rzek, wspaniałych zabytków, pól uprawnych i malowniczych wzgórz. Inna, ciągnąca się wzdłuż wybrzeża, zaczyna się w położonym w pobliżu granicy z Irlandią Północną mieście Dundalk, prowadzi m.in. przez nadmorską osadę Annagassan, założoną w IX w. przez wikingów, aż do Droghedy (tzw. Dundalk to Drogheda Cycling Tour). Ta druga jest niezbyt długa (ma tylko 54 km), warto więc zaplanować sobie jednodniową wycieczkę rowerową na łonie przyrody.

Podróżując po Irlandii, zawsze można liczyć na wygodne łóżko z solidnym irlandzkim śniadaniem, czyli bed & breakfast. W zestawie oprócz jaj na bekonie pojawiają się też tradycyjne black pudding i white pudding. Pod tymi nazwami kryją się potrawy przypominające naszą kaszankę w dwóch kolorach – czarnym i białym. Gospodyni czasem przypomina dyskretnie, że do naszej dyspozycji jest także salonik z kominkiem. Zdarza się również, że oferuje nam kufelek Guinnessa. Musicie więc przyznać sami, że trudno nie pokochać gościnnej Irlandii…  


 

Artykuły wybrane losowo

Koleją przez Meksyk – ah, Chihuahua!

MAJA ZAWIERZENIEC

 

Kraj ten, należący do pierwszej dwudziestki największych państw świata, powszechnie kojarzy się z kukurydzą, tequilą i kulturą prekolumbijską. Turyści odwiedzają Meksyk, aby podziwiać zarówno dawną monumentalną architekturę, jak i przepiękną przyrodę. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że można i warto zejść z utartych szlaków i spojrzeć na tę część Ameryki Łacińskiej z innej perspektywy. Wystarczy wykupić bilet na przejazd koleją z Chihuahua do Topolobampo, aby w trakcie takiej wycieczki odkrywać nieznane oblicza Meksyku stacja po stacji…

Więcej…

Kazachstan – kraina różnorodności

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Nowoczesna Astana – widok na miasto z wieżą Bäjterek w oddali

astana  10

© ARCHIWUM AMBASADY KAZACHSTANU W POLSCE

 

Tereny obecnego Kazachstanu zwane były niegdyś skrzyżowaniem Europy i Azji. To miejsce, w którym wpływy Zachodu od wieków ścierały się z kulturą orientalną i tak pozostało do dziś. Historia tego regionu to tysiąclecia migracji, a także najazdów ludów ze wszystkich stron świata. Obszar ten należał m.in. do kaganatu tureckiego, Złotej Ordy, Rosji czy ZSRR. Potężni władcy zabiegali, żeby kazachskie ziemie znalazły się w granicach ich imperiów. Działo się tak nie bez powodu.

 

Ze względu na swoją ogromną powierzchnię (ponad 2,7 mln km2)Kazachstan zalicza się do pierwszej dziesiątki największych państw świata. Mimo iż zdecydowana większość jego terytorium leży w Azji Środkowej, przez co uznawany jest za kraj azjatycki, ok. 13 proc. obszaru pozostaje w granicach Europy (tereny nad Morzem Kaspijskim, na zachód od rzeki Emba). To kraina równin i ciągnących się po horyzont stepów, piaszczystych pustyń i malowniczych pasm górskich. Nieograniczona przestrzeń od wieków przyciąga ludy pasterskie i koczownicze. Nazwa państwa pochodzi z języków starotureckiego i perskiego i odzwierciedla właśnie tę nomadyczną kulturę. „Kazachstan” oznacza „krainę wędrowców”. To terytorium niejednorodne pod względem etnicznym. Tu Wschód spotyka się z Zachodem, a wpływy głównej religii w kraju, islamu, mieszają się ze spuścizną komunistyczną z czasów Związku Radzieckiego (ZSRR), którego republiką było to państwo aż do uzyskania niepodległości 16 grudnia 1991 r.

 

Do Kazachstanu nie docierają masy morskiego powietrza, a jego wybitnie kontynentalny klimat cechują skrajności. Zimy są tutaj niezmiernie mroźne, natomiast lata – suche i upalne. Dość trudne warunki pogodowe i surowość krajobrazu mogą skłaniać do postrzegania tego kraju jako monotonnego i nieprzystępnego. I o ile podróżowanie po nim nie zawsze bywa łatwe, warto odkryć ukrytą w nim różnorodność.

 

Majestatyczny Kanion Szaryński w promieniach zachodzącego słońca

Kazachstan Szaryn1 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Kraj niesamowitych jezior

 

Kazachstan jest największym państwem na świecie pozbawionym dostępu do morza. Nie przeszkadza mu to jednak w posiadaniu własnej floty. Brak ten rekompensują inne akweny, odznaczające się niezwykłą urodą, a także wyjątkowością w skali świata.

 

Zachodnia granica kraju przebiega m.in. wzdłuż brzegów największego na świecie jeziora – Morza Kaspijskiego (371 tys. km² powierzchni). Długość wybrzeża wynosi niemal 1,9 tys. km. W drodze na wschód dotrzemy do leżącego na kazachsko-uzbeckim pograniczu Jeziora Aralskiego (nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim), a raczej tego, co z niego zostało. W wyniku radzieckiego programu wykorzystującego wody Syr-darii i Amu-darii do nawadniania olbrzymich plantacji bawełny, akwen zaczął wysychać i stracił ostatecznie aż ok. 90 proc. swojej pierwotnej powierzchni. Dziś znaczną część jego dawnego obszaru zajmują połacie piachu i uwięzione w nich wraki statków, przemierzających niegdyś wzdłuż i wszerz wielkie Morze Aralskie. Miejsce to znajduje się w niechlubnej czołówce ekologicznych katastrof świata i przykładów destrukcyjnego wpływu człowieka na środowisko. Obecnie organizacje i instytucje międzynarodowe (m.in. Bank Światowy) podejmują działania mające na celu uratowanie zbiornika i osiągają nawet niewielkie sukcesy. Odwrócenie tak ogromnych zniszczeń będzie jednak niezmiernie trudne, a przyszłość dawnej chluby regionu jest niepewna.

 

Wyjątkowy obszar wodny skrywa również rozległa Kotlina Bałchasko-Ałakolska. Mowa o bezodpływowym jeziorze Bałchasz (16,4 tys. km² powierzchni), które wymyka się standardowemu podziałowi zbiorników na słono- i słodkowodne. Wąski przesmyk dzielący akwen nie pozwala na całkowitą wymianę wód. Jedna z jego części pozostaje więc zasolona. Do drugiej natomiast wpływa rzeka Ili. Niesie ona ze sobą masy słodkiej wody pochodzącej z topniejących górskich śniegów.

 

Wśród miejsc, które odwiedziłam w trakcie podróży, niewątpliwie wyróżnia się Kaindy (Kajyngdy). To akwen położony w południowo-wschodniej części kraju, w jednym z pasm gór Tien-szan – Küngej Ałatau. Turkusowy odcień wody i sąsiedztwo zielonych szczytów upodabnia go do innych urokliwych jezior górskich. Jednak Kaindy jest niezmiernie osobliwe. Jego wody skrywają zatopiony las, a widok kikutów świerków wystających na powierzchnię zapada w pamięć na długo. W języku kazachskim „Kaindy” oznacza „brzozowy”, „pełen brzóz”. To niezwykłe jezioro powstało stosunkowo niedawno, w styczniu 1911 r., w wyniku trzęsienia ziemi w dolinie rzeki Czongkemin. Spadające wapienne skały stworzyły naturalną zaporę, a dno wąwozu i rosnący w nim las zostały zalane. Podziwianie zatopionych konarów utrudnia nieco temperatura wody, która nigdy nie wzrasta powyżej 6°C. Jednak widoczne z brzegu drzewa znaczące gładką taflę i tak prezentują się bardzo malowniczo. Mimo iż woda jest lodowata, ze względu na jej przejrzystość ściąga tu wielu nurków chcących podziwiać niesamowitą podwodną scenerię.

 

Podczas wyprawy nad jezioro towarzyszyły nam wspaniałe widoki, ale te w Kazachstanie mogliśmy oglądać niezmiernie często. Dość łatwo dojechaliśmy do wioski Saty, aby po kilku kilometrach minąć cmentarz, przy którym należy skręcić w drogę prowadzącą do zatopionego lasu. I tutaj zaczęły się problemy. Wypożyczony przez nas samochód nie był porządnym autem terenowym, więc wydawało nam się, że to jedna z najgorszych tras, jaką kiedykolwiek przyszło nam pokonać. Prędkość jazdy spadła do 10 km na godzinę, a każda dziura poważnie zagrażała i tak już nadwyrężonemu podwoziu. Niestety, większość wiejskich dróg w Kazachstanie wygląda w ten sposób, dlatego przy planowaniu podróży trzeba wziąć pod uwagę, że dojazd nawet do pozornie blisko położonych miejsc zajmie znacznie więcej czasu, niż można by się spodziewać. Gdy dotarliśmy do przecinającej naszą trasę płytkiej rzeki, wiedzieliśmy, że wyprawa samochodem dobiegła końca. Jakby tego było mało, widoczne na horyzoncie ciemne chmury nad wyraz szybko zaczęły nadciągać w kierunku auta. I choć uwielbiam taką pogodę, to niekoniecznie potrafię się nią cieszyć, kiedy akurat muszę rozkładać namiot. Obawialiśmy się też znacznego pogorszenia warunków na szlaku, który następnego dnia mieliśmy pokonać pieszo. Napływ zwrotnikowych mas powietrza i niewielka ilość chmur sprawiają, że powietrze jest tu latem gorące i bardzo suche. Góry rządzą się jednak własnymi prawami i jak wszędzie mogą zaskoczyć zmianami pogody.

 

Noc upłynęła nam w strugach deszczu, ale poranek zachęcał do ruszenia w drogę. Do celu zostało nam 7 km. Na tym odcinku przekonaliśmy się, że trekking nie należy najwyraźniej do ulubionych zajęć Kazachów. Nikt, dosłownie żaden z miejscowych, nie szedł pieszo, mimo iż okolica wydawała się do tego stworzona. Owszem, ostatni fragment trasy niektórzy przemierzali o własnych siłach, ponieważ nie dało się tu wjechać żadnym pojazdem. Jednak i w tym przypadku sporo osób wybierało przejażdżkę na grzbiecie konia. Piesza wycieczka wydawała się ostatecznością, choć nie wymagała zbytniego wysiłku. Na szlaku napotkaliśmy skupiska jurt i straganów, przy których można było posilić się czy napić herbaty, z czego chętnie skorzystaliśmy.

 

Kaindy nie da się okrążyć, wędrując przy linii wody. Do fragmentów brzegu prowadzą leśne ścieżki. Warto przejść kilkoma z nich, żeby zobaczyć jezioro z różnych stron, gdyż z każdej prezentuje się nieco inaczej. W drodze powrotnej część trasy pokonaliśmy autostopem, ponieważ niezbyt dobrze wyliczyliśmy zapas czasu. Z Kaindy po prostu niełatwo się rozstać.

 

Żyjąca pustynia

 

Wycieczka konna w okolicy Kaindy

Kazachstan Kaindy3 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Ok. 150 km na północny wschód od miasta Ałmaty rozpoczyna się rozległa kraina pretendująca do znalezienia się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To Park Narodowy „Ałtyn-Jemiel”, którego pustynno-stepowy obszar niemal z każdej strony otaczają góry. Latem temperatura bywa tutaj trudna do zniesienia nawet dla osób lubiących upały.

 

Nazwa parku związana jest z historią Mongolii. Użycie po raz pierwszy określenia, które stosuje się do dziś, przypisuje się słynnemu Czyngis-chanowi (urodzonemu między 1155 a 1162 r. i zmarłemu w 1227 r.). Według legendy, gdy w 1219 r. przemierzał te ziemie ze swoją armią i ujrzał na horyzoncie wzgórza skąpane w promieniach słońca, nazwał je „złotym siodłem”, co właśnie znaczy „Ałtyn-Jemiel”. Kiedy zatrzymał się przed wielką równiną, którą chciał wcielić do swojego imperium, użył tego wyrażenia ponownie.

 

Park zajmuje powierzchnię ponad 5,2 tys. km2, dlatego warto przeznaczyć na jego zwiedzanie więcej niż jeden dzień. Zwłaszcza że największe atrakcje, czyli tzw. Śpiewającą Wydmę, góry Aktau i Katutau dzielą od siebie znaczne odległości. Do spędzenia nocy na tym obszarze świetnie nadaje się baza strażników parkowych, będąca zieloną oazą pośrodku pustyni. Można rozstawić tutaj namiot, skorzystać z wody, a nawet z bani, sprawiającej jednak wrażenie używanej dawno temu.

 

Śpiewająca Wydma wznosi się nad płaskim, pustynnym terenem, co sprawia, że góruje nad okolicą. Przy odpowiednim wietrze rozbrzmiewa charakterystycznym dudniącym dźwiękiem. Legendy mówią, że to głosy dusz wojowników pochowanych niegdyś w tym miejscu. Latem „Ałtyn-Jemiel” staje się niemal patelnią. Temperatura sięga 40–50°C i próżno szukać tu przynoszącego ulgę cienia. Dlatego wspinaczka na wysoką na 150 m wydmę w godzinach popołudniowych okazała się zadaniem karkołomnym i zakończyła się dla nas szybciej, niż zakładały plany. Mogliśmy za to chodzić po niej w całkowitej samotności. Wszystkim wybierającym się do parku w okresie letnim polecam jednak przybycie wczesnym rankiem, gdy upał nie daje jeszcze mocno o sobie znać. W tym regionie znajduje się także pięć kamiennych kurhanów Besszatyr, będących cmentarzem i miejscem kultu starożytnych plemion zwanych Sakami (spokrewnionych ze Scytami i Sarmatami), zamieszkujących te ziemie w I tysiącleciu p.n.e. „Ałtyn-Jemiel” sprawia wrażenie rejonu nienadającego się do życia, ale to tylko pozory, gdyż zamieszkują go rozmaite stworzenia. Poza licznymi owadami występuje w tych stronach kilkaset gatunków zwierząt. Zależnie od pory roku można tu spotkać m.in. wilki szare, lisy rude, gazele czarnoogonowe, pieszczanki wielkie, koziorożce syberyjskie, osły azjatyckie (onagery), węże i jaszczurki, a nawet pantery śnieżne (irbisy śnieżne)!

 

Park wolno zwiedzać jedynie od kwietnia do października. Do wstępu na jego teren upoważniają bilety, które kupuje się w biurze w wiosce Basszi. Jeśli nie nabędziemy wejściówek, szlabany ustawione na drodze na granicy obszaru chronionego okażą się najprawdopodobniej przeszkodą nie do przebycia. Basszi to również ostatnie miejsce, w którym możemy zaopatrzyć się w zapasy wody i żywności, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ich uzupełnienie w parku jest niemożliwe.

 

Kazachskie jurty charakteryzują się drzwiami zwróconymi na wschód

Kazachstan jurty Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Na dnie kanionu

 

W południowo-wschodnim Kazachstanie, tuż przy granicy z Chinami, warto odwiedzić też region nietypowy dla azjatyckiego krajobrazu. W rejonie rzeki Szaryn wiatr owiewa wyłonione z morza skały już od 12 mln lat. Kanion Szaryński określany jest mianem młodszego brata słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w stanie Arizona w USA. Wspominając widoki na amerykański cud natury, zastanawiałam się, czy jego kazachski odpowiednik będzie mu w stanie dorównać. Nie zawiodłam się.

 

Czas naszej podróży okazał się nieco niefortunny, gdyż władze kraju wprowadziły akurat ograniczenia w poruszaniu się w strefie przygranicznej. Do odwiedzania miejsc takich jak Kanion Szaryński czy Wielkie Jezioro Ałmaty wymagane były dodatkowe pozwolenia, których wyrobienie trwałoby zbyt długo. Liczyliśmy się z tym, że możemy zostać zawróceni przed samym osiągnięciem celu. Tak się na szczęście nie stało i po wykupieniu biletów w budce strażniczej niezatrzymywani przez nikogo ruszyliśmy przed siebie. Nad krawędź kanionu przybyliśmy w idealnym momencie. Zachodzące słońce oświetlało skały w głębi, wydobywając ich barwę i fakturę. Patrzyliśmy na ten spektakl natury aż do chwili, gdy światło zgasło. Zostawiliśmy samochód na górze, a sami przypominającą serpentynę ścieżką podążyliśmy w dół wąwozu, żeby zanocować w jego wnętrzu. Do celu dotarliśmy po zmroku. Nie byliśmy w stanie ocenić miejsca, w którym rozbijaliśmy namiot. Słyszeliśmy szum przepływającej obok rzeki i wiedzieliśmy, że otaczają nas strome skalne ściany. Wygląd okolicy do rana pozostał tajemnicą.

 

Podczas schodzenia na dno kanionu spotkaliśmy strażnika, u którego wcześniej kupowaliśmy bilety. Pokazał nam, gdzie możemy się rozbić, i zaproponował, żebyśmy po rozstawieniu namiotów podeszli do pobliskiego baru. Nie spodziewałam się niczego więcej niż niewielkiej budki, w której sprzedaje się przekąski i napoje. Nie doceniłam jednak kazachskiej kreatywności. Wspomniany bar był większy, niż myślałam, a dobiegająca z niego muzyka grała znacznie głośniej, niż można by przypuszczać. Przy stołach siedziały grupki miejscowych raczących się piwem i sziszą. Również na niewielkim drewnianym parkiecie robiło się coraz gęściej. Impreza trwała w najlepsze. Okazało się, że bawią się tu głównie ludzie związani z kanionem, m.in. strażnicy czy pracownicy zaplecza turystycznego. Przyjezdnych było jak na lekarstwo. Gospodarze nie pozwolili, abyśmy siedzieli z boku. Po chwili szisza krążyła już wśród nas, zadbano także, żebyśmy zbyt często nie schodzili z parkietu. Wyobrażałam sobie, że noc upłynie nam na toczonych przed namiotem rozmowach i wsłuchiwaniu się w szum Szarynu. W ogóle nie przyszło mi do głowy, iż w takim miejscu będę uczestniczyć w dość hucznej imprezie. Prawdę mówiąc, chociaż świetnie się bawiłam, nie popieram tworzenia tego typu lokali rozrywkowych w regionach o znacznych walorach przyrodniczych. Zwłaszcza że w tej okolicy planuje się ponoć rozbudowanie infrastruktury turystycznej, a nawet postawienie centrum spa. Raczej nie kibicuję temu przedsięwzięciu, bo sam kanion jest naprawdę wystarczającą atrakcją, a im bardziej dziki i naturalny pozostaje, tym lepiej. To – oczywiście – moje zdanie i zdaję sobie sprawę, że niektórym takie udogodnienia mogą odpowiadać.

 

Kazachscy Ujgurzy

 

Wieczór upłynął nam nie tylko na zabawie, ale i na interesujących rozmowach z miejscowymi. Jak się okazało, byli wśród nich Ujgurzy. Są oni grupą etniczną pochodzenia tureckiego. Dawne ujgurskie imperium (kaganat ujgurski, chanat ujgurski), istniejące mniej więcej w latach 744–840, sięgało niemal od Morza Kaspijskiego po Mandżurię, zostało jednak podbite, a jego mieszkańcy w ciągu następnych wieków przenosili się m.in. na tereny podlegające Czyngis-chanowi i kolejnym mongolskim władcom. Ostatecznie Ujgurzy trafili pod panowanie Chińczyków. Obecnie zdecydowana większość ponad 15-milionowej populacji tej ludności zamieszkuje rozległy Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur w północno-zachodnich Chinach. W Kazachstanie żyje ich powyżej 250 tys., osiedlili się głównie na południu, np. w okolicach miasta Ałmaty. Mimo burzliwej przeszłości i braku własnego państwa, Ujgurzy nigdy nie zatracili tożsamości i nie porzucili marzeń o własnym kraju. Świadczą o tym liczne zrywy wolnościowe i powstania, którymi naznaczona jest ich historia. Również i dziś, zmuszani do używania głównie języka mandaryńskiego (standardowego chińskiego, putonghua) i asymilowania chińskiej kultury, nadal walczą o niepodległość. Chociaż uciekają się niekiedy nawet do aktów terroryzmu, większość świata nie wie o ich istnieniu. Ujgurzy opowiadali nam m.in. o swoim pochodzeniu i o tym, czym różni się język ujgurski od kazachskiego. Podkreślanie tych różnic było dla nich bardzo ważne i wiązało się zapewne właśnie z potrzebą zachowania odrębności kulturowej.

 

Spać położyliśmy się dużo później, niż planowaliśmy. Po raz pierwszy przebudziliśmy się o wschodzie słońca. Choć widziany z dna kanionu nie wydawał się zbyt spektakularny, światło pięknie wyeksponowało rozżarzone szczyty otaczających nas skał. Wtedy też zobaczyliśmy, w jak urokliwym miejscu spędziliśmy noc. Na dobre obudziliśmy się kilka godzin później. Zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy na dalsze odkrywanie Kanionu Szaryńskiego. Wracaliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Za dnia mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne w pełnej okazałości.

 

Na koniec warto wspomnieć, że z mniejszością ujgurską związana jest jedna z bardziej oryginalnych budowli znajdujących się na terenie Kazachstanu. Otóż w mieście Żarkent, zaledwie 30 km od granicy z Chinami, wybudowano niezwykły meczet przypominający chińską pagodę. Co ciekawe, wzniesiono go z drewna, bez użycia ani jednego gwoździa. W czasach ZSRR obiekt wykorzystywany był jako wartownia dla pograniczników lub pijalnia herbaty. Od końca lat 60. XX w. uchodzi za zabytek, a władze państwowe przekształciły go w muzeum.

 

Nie tylko przyroda

 

Kazachstan jest nie tylko największym, ale i najbogatszym stabilnie rozwijającym się krajem Azji Środkowej. Widać to zwłaszcza w dużych miastach takich jak Astana czy Ałmaty. To nowoczesne ośrodki, które bez problemu mogą konkurować z zachodnimi metropoliami. Architekci i planiści pragną, żeby ten pierwszy, pełniący od grudnia 1997 r. funkcję stolicy, stał się Berlinem w euroazjatyckim stylu. Jego centrum zaprojektowano z wielkim rozmachem, a futurystyczne budowle i monumentalizm architektury wprawiają w osłupienie. Miasto stanowi zrealizowaną wizję prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, sprawującego swój urząd od początku istnienia współczesnego niepodległego państwa. Zarówno Astana, jak i Ałmaty są ośrodkami przemysłowymi, kulturalno-naukowymi i handlowo-usługowymi. Znajdziemy w nich wiele udogodnień nie tylko dla mieszkańców, ale i turystów. Część miejskiej ludności szybko się bogaci, o czym świadczą liczne drogie samochody przemierzające tutejsze ulice.

 

Symbolem inwestycyjnego rozmachu, tym razem jednak jeszcze z czasów radzieckich, jest kosmodrom Bajkonur. Ten obiekt, wybudowany w 1955 r. ok. 200 km na wschód od Jeziora Aralskiego, to najstarszy i do tej pory nadal największy ośrodek wysyłający statki i promy kosmiczne poza orbitę Ziemi.

 

Mimo iż Kazachstan w porównaniu ze swoimi sąsiadami osiągnął względny sukces gospodarczy związany z wydobyciem surowców naturalnych, dostrzega się tu wyraźnie rozwarstwienie społeczne wynikające z różnic w dochodach, a duże obszary biedy poza wielkimi miastami stanowią wyzwanie dla władz stawiających na ciągły rozwój. Większość społeczeństwa wciąż żyje bardzo skromnie, a o problemach z dostępem do wody w mniejszych miejscowościach mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.

 

Rządzący krajem marzą jednak o zwiększeniu znaczenia Kazachstanu w świecie. To właśnie Astana została gospodarzem Expo 2017, cyklicznej prestiżowej wystawy prezentującej kulturowy, naukowy i techniczny dorobek państw i narodów z całego globu. Impreza rozpocznie się 10 czerwca i potrwa 3 miesiące, a jej temat stanowi energia przyszłości. Jednym z głównych wyzwań będzie uzyskanie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zapewnić bezpieczny i trwały dostęp do energii przy jednoczesnej redukcji emisji dwutlenku węgla.

 

Warto wspomnieć, że w sierpniu 2016 r. pierwszy raz po 14 latach odbyła się oficjalna wizyta prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w Polsce. To spotkanie ma być początkiem zacieśnienia stosunków między oboma państwami. Zapewne przełoży się więc na nasze częstsze kontakty z Kazachami tak w sferze gospodarki, jak i turystyki. Nie bez zasług w dziedzinie budowania wzajemnych relacji pozostaje również działalność kazachskiej ambasady i kierującego nią Ałtaja Abibułłajewa, który doskonale mówi po polsku, co pozwala mu wspaniale promować swoją ojczyznę w Polsce.

 

W 2017 r. Polacy dostaną się do Kazachstanu szybciej i łatwiej. Już od 8 maja Polskie Linie Lotnicze LOT wprowadzają do swojej oferty połączenia z Warszawy do Astany. Będą to pierwsze bezpośrednie loty naszego przewoźnika do Azji Środkowej. W jego rozkładzie znalazły się cztery rejsy w tygodniu (w poniedziałek, środę, czwartek i piątek) samolotami Boeing 737-800 Next Generation. Oprócz tego od 1 stycznia br. polscy obywatele mogą przekraczać kazachską granicę bez wizy, wystarczy jedynie okazanie ważnego paszportu (dotyczy to pobytu do 30 dni). Podróż z Polski do Kazachstanu nigdy jeszcze nie była tak prosta. Warto skorzystać z tej okazji i odkryć ten różnorodny i niezmiernie interesujący kraj.

 

Meksyk i trzeci ocean

MAGDALENA LASOCKA

<< Jeśli lubicie przygody i nowe doznania, na pewno nie będziecie zawiedzeni podróżą do Meksyku. Zwłaszcza jeżeli tak jak ja kochacie wodę i sporty wodne. W tym kraju czas płynie wolniej, zmysły odbierają więcej, słońce świeci jaśniej, a ludzie uśmiechają się radośniej. Jedyne ryzyko jest takie, że zakochacie się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i zapragniecie pozostać w nim na zawsze. >>

Więcej…