RENATA SUCHODOLSKA
www.poloniasardynia.blox.pl

 

<< Te dwie największe wyspy Morza Śródziemnego łączą podobne losy ziem przez wiele wieków narażonych na najazdy, pustoszonych przez epidemie i rozpalanych przez bunty. Każda z nich jest mimo to inna. Sardynia przypomina raczej zamkniętą w sobie, nieufną, lecz dumną siostrę jakże odmiennej, towarzyskiej i rozgadanej Sycylii. I jedna, i druga stara się jednak pozostać niezmienna, choć czas upływa nieubłaganie. Może właśnie dlatego dopiero w XX stuleciu pozwoliły, aby przemysł turystyczny na stałe zagościł w ich progach. >>

Oba te regiony autonomiczne Włoch zajmują zbliżoną powierzchnię (24,1 km2 i 25,7 tys. km2), ale naznaczoną wulkanami Sycylię zamieszkuje dużo większa liczba ludności niż skalistą Sardynię. Znajdują się w strefie klimatu śródziemnomorskiego z łagodną zimą i gorącym latem. Wraz z francuską Korsyką i Półwyspem Apenińskim tworzą granicę Morza Tyrreńskiego.
Swoją wyprawę zaczynam od sardyńskich brzegów, aby następnie dotrzeć do sycylijskiego lądu i opuścić go w Mesynie, zwróconej w stronę włoskiego regionu Kalabria.

 

OSOBLIWI WYSPIARZE
Zeskakuję z koi, nim megafon obwieszczający bliskość portu wrzaśnie, budząc wszystkich pasażerów. Opatulona wybiegam na pokład. Jest jak za każdym razem, gdy dopływam do brzegów Sardynii promem: za rufą horyzont żarzy się od wschodzącego słońca, a od dziobu zuchwały mistral uderza w nozdrza charakterystycznym zapachem makii śródziemnomorskiej. Wciągam w płuca potężny haust powietrza.
Położona strategicznie na szlakach handlowych antyczna Ichnusa (dzisiaj tę nazwę nosi lokalne piwo) od czasów starożytnych kusiła ambitnych kupców. Od VIII w. p.n.e. Fenicjanie zakładali tu swoje placówki, które rozrosły się później w tętniące życiem miasta: Caralis (Cagliari), Nora, Bithia, Sulcis na południu oraz Tharros na zachodnim wybrzeżu. Dziś do ruin dwóch z nich, Nory i Tharros, ściągają rzesze turystów. Kartagińczycy z kolei uczynili z Sardynii spichlerz śródziemnomorski. Pod ich panowaniem sadzenie drzew owocowych na terenach przeznaczonych pod uprawę zboża było karane śmiercią. Rzymianie pozostawili na wyspie sieć dróg i mostów – podczas spacerów polami można się ciągle natknąć na niektóre z nich. Bizantyjczycy przyczynili się do wyplenienia pogańskich wierzeń, które jednak, ku radości etnografów, przetrwały zakamuflowane w obrządkach religijnych. Szczególnie kilka z nich zasługuje na uwagę. 17 stycznia oraz podczas ostatnich dni karnawału ulicami Mamoiady przechodzą ubrani w maski Mamuthones i Issohadores.

FOT. FOTOTECA ENIT

Mamuthone z karnawału w Mamoiadzie

 

W Oristano koniec karnawałowego szaleństwa uświetnia rodzaj turnieju rycerskiego Sartiglia, w trakcie którego pędzący galopem jeźdźcy w maskach muszą nabić na szpadę srebrną gwiazdę. 1 maja w Cagliari długim pochodem rozpoczyna się Festa di Sant'Efisio. 6 lipca w Sedilo z okazji uroczystości zwanej Ardia urządza się szaleńczy wyścig konny. 14 sierpnia w Sassari obchodzi się natomiast festiwal Discesa dei Candelieri (Faradda di li Candareri), któremu towarzyszy procesja z kilkunastometrowymi ozdobnymi świecznikami niesionymi na ramionach tańczących przy wtórze bębnów reprezentantów cechów rzemieślniczych. W 2013 r. wpisano ją na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Razem z turystami schodzę na ląd niepodobny do żadnego innego, znajdujący się poza czasem i historią, jak napisał o Sardynii angielski pisarz David Herbert Lawrence (1885–1930) w książce Morze i Sardynia (Sea and Sardinia) po krótkiej podróży w 1921 r. Nie napotkam tak jak on na początku XX w. brodatych mężczyzn w berritcie – nakryciu głowy w kształcie długiej rury z czarnej tkaniny, uginających się pod ciężarem mastruci – okrycia ze skóry owcy. Cyceron, gardzący Sardyńczykami z górzystego wnętrza wyspy (być może miał im za złe, iż nie dali się do końca podporządkować Rzymowi), określał ich mianem latruncoli mastrucati (łac. latrunculus – bandyta), najwyraźniej nawiązując do charakterystycznego odzienia. Dzisiaj tradycyjnym strojom sardyńskim można się przyjrzeć albo w muzeach etnograficznych (np. w Nuoro), albo podczas parad. Największą z nich stanowi Cavalcata Sarda odbywająca się w trzecią niedzielę maja w Sassari. Jeśli dopisze mi szczęście, to zobaczę chociaż odziane na czarno sardyńskie wdowy. Będą siedzieć na progach domów w Castelsardo, wyplatając koszyki.

 

WIEPRZOWINA I MAŁŻE
Mało kto domyśla się, że dzisiejsza kuchnia Sardynii daleko bardziej opiera się na mięsie niż na darach morza, co jest ściśle związane z dziejami najstarszych mieszkańców wyspy – Nuorów. Gdy doświadczyli oni najazdów Kartagińczyków od południa i Rzymian od północy, zmuszeni byli opuścić wybrzeże i uciekać w głąb lądu, gdzie osiedlali się na terenach górskich. Nic więc dziwnego, że zajęli się myślistwem i pasterstwem.
Tradycyjny sardyński sposób pieczenia prosiaka – porcetto – w nakrytej kamieniami dziurze w ziemi, nad którą rozpalano ognisko, nie powstał jako przejaw genialnej intuicji kulinarnej, lecz z potrzeby ukrycia faktu, iż pieczyste pochodziło czasami z kradzieży. Obecnie w Barbagii podczas pranzo con i pastori („obiadu z pasterzami”) przy wtórze organetto (małego akordeonu diatonicznego) możemy spróbować tego, co niegdyś jadali Sardyńczycy i co wciąż jest obecne w tutejszej kuchni: cieniutkiego chleba carasau, porcetto, ricotty, oliwek i mocnego czerwonego wina Cannonau, podobno zapewniającego długowieczność.
Po obowiązkowej filiżance cappuccino postanawiam udać się pieszo nową promenadą z portu do centrum Olbii. Przechodząc wzdłuż brzegu zatoki, mijam zanurzonych po pas w wodzie zbieraczy małży arselle (Ruditapes decussatus). Jogheddadori (tak nazywają się ci poławiacze w miejscowym dialekcie gallurskim) używają specjalnego chwytaka, rodzaju kosza z metalowej siatki z doczepionymi do jednego boku kilkunastocentymetrowymi zębami, którymi orzą dno morskie. Spośród wybranych kamieni i mułu wygrzebują mięczaki i odkładają do zawieszonej na plecach torby. W restauracjach przyrządza się z nich potem pyszne dania: spaghetti cozze e arselle, zuppetta cozze e arselle. Na samą myśl aż cieknie mi ślinka! Jednak większość małży, które trafiają na stoły Sardyńczyków, pochodzi z hodowli. W zatoce Olbii zajmują one 150 ha. Co roku uzyskuje się z nich ok. 40 tys. kwintali omułków jadalnych Mytilus galloprovincialis.

 

CAŁY ŚWIAT POD RĘKĄ
Magiczną Sardynię ze względu na jej różnorodność krajobrazową określa się mianem „siedmiu kontynentów” lub „kontynentu w miniaturze”. Podróżnicy odkryją tutaj karaibskie plaże w archipelagu La Maddalena (np. Cala Coticcio) i rozległe laguny pełne ryb i wodnego ptactwa (Stagno di Molentargius w Cagliari oraz Stagno di Cabras niedaleko Oristano), jałowe wzgórza na północnym wschodzie i żyzną nizinę Campidano na południu, dziki masyw górski Gennargentu i jeden z najgłębszych europejskich kanionów – Gorroppu. Wyspę pokrywają szafranowe pola (okolice San Gavino Monreale), lasy korkowe, winnice, dzikie pastwiska, a także najwyższe ruchome wydmy w Europie (Dune di Piscinas). Wschodnie i północno-zachodnie wybrzeże kończą wapienne i granitowe klify, nad którymi krążą sępy płowe. Postindustrialne krajobrazy opuszczonych kopalń kontrastują z mieniącym się wszelkimi barwami światem morskiej flory i fauny. Są tu wytworne, charakterystyczne miasta naznaczone hiszpańskimi wpływami (Cagliari, Sassari, Alghero), takie same od tysięcy lat szałasy pasterzy, zwane pinnettu, rzekome „domy wróżek” (domus de janas) oraz tajemnicze kamienne nuragi – wieże w kształcie ściętych stożków. To właśnie one stały się symbolem Sardynii. Ich liczbę szacuje się na ok. 7 tys. Z większości pozostały ledwie widoczne kamienne okręgi – na przestrzeni wieków Sardyńczycy używali składających się na nie bloków jako łatwo dostępnego budulca do różnych celów. Kilkadziesiąt z nich leży pod asfaltem głównej drogi krajowej łączącej północ z południem wyspy, tzw. Carlo Felice (SS 131). Dopiero centralizacja nadzoru archeologicznego w XX w. przyniosła poprawę sytuacji. Znalazły się pieniądze na wykopaliska i ochronę, której najczęściej podejmują się zrzeszeni w kooperatywach przewodnicy. Mimo to znacznej części tych wież nie objęto żadnym nadzorem, a dotyczy to nawet tych całkiem pokaźnych, jak Santa Barbara niedaleko Macomer. Duże wrażenie robią zwłaszcza tzw. nuragi złożone (nuraghi complessi), czyli kompleksy kilku lub kilkunastu budowli oraz łączących je potężnych murów. Początkowo sądzono, że te osobliwe obiekty pełniły funkcje twierdz, lecz ostatnio coraz więcej naukowców skłania się ku tezie o ich religijnym przeznaczeniu. Podczas pobytu na wyspie trzeba zobaczyć przynajmniej jeden – polecam Santu Antine niedaleko Torralby, Losa koło Abbasanty albo Su Nuraxi w Barumini.

 

NARODZINY SARDYŃSKIEJ TURYSTYKI
Powojenny rząd Regionu Autonomicznego Sardynii uważał, iż najskuteczniejszym lekarstwem na opóźnienie cywilizacyjne obszaru będzie przemysł. Zaczęto inwestować w potężne rafinerie i fabryki, które po latach wzbudzającej zachwyty produkcji straszą dziś kikutami kominów. Zakład przetwarzania ropy naftowej miał powstać także w leżącej na północno-wschodnim wybrzeżu Olbii. Przeszkodziły temu prywatne interesy ówczesnego burmistrza, posiadającego w zatoce rozległe hodowle małży. Szczęśliwie dla niego pewnego dnia w jego biurze pojawił się książę Aga Chan IV, religijny przywódca ismailickich nizarytów, który odkupił 1800 ha ziemi od miejscowych pasterzy z zamiarem wybudowania serii turystycznych kompleksów, hoteli i willi. Radnym pomysł wydawał się absurdalny, nie wart nawet złamanego grosza. Według nich ludzie nie chcieliby tu przyjeżdżać. Dla Sardyńczyków ich rajskie plaże nie przedstawiały żadnej wartości – wszak nie można było na nich wypasać owiec. Mimo iż wydaje się to niedorzeczne, w tamtych czasach na sardyńskich brzegach wylegiwały się wyłącznie krowy. Uparty burmistrz przekonał swoich współpracowników, wydał stosowne pozwolenia i tak... rozpoczął się przewrót, który objął nie tylko ten najbiedniejszy, choć przepiękny zakątek Sardynii, ochrzczony najprawdopodobniej hebrajską nazwą Gallura („kraina wzgórz”), lecz całą wyspę. Zupełnie niepostrzeżenie na miejscu prostych pasterskich domów wyrosło Porto Cervo – miasteczko stylizowane na rustykalną osadę, stanowiące stolicę eleganckiego Szmaragdowego Wybrzeża (Costa Smeralda). Szybko upodobali ją sobie możni tego świata: królowie, książęta, księżniczki, magnaci, muzycy, aktorki, modelki. Znajdowali tutaj to, czego po wojnie zaczęło im brakować na Riwierze Francuskiej – dyskrecję. Z natury powściągliwi Sardyńczycy okazali się wymarzonymi sąsiadami.

 

GŁĘBOKA ZIELEŃ SZMARAGDÓW
W ciągu 50 lat rejon Costa Smeralda zmieniał kilkakrotnie właścicieli oraz rodzaj klienteli. Dziś na głównym placu Porto Cervo – piazzetta delle Chiacchiere – najłatwiej usłyszeć język rosyjski i arabski. Kryzys ostatnich lat przyczynił się do spadku cen. W słynnym luksusowym hotelu Cala di Volpe można przenocować za 10 proc. zwykłych kosztów, czyli niecałe 200 euro. Tyle samo zapłacimy za lunch, ale to już zupełnie inna kwestia...
Co ciekawe, jednymi z pierwszych przybyszów osiadłych na Szmaragdowym Wybrzeżu była żydowska para arystokratów polskiego pochodzenia: Gisèle i Renè Podbielscy. On, niespokojny pisarz dorównujący talentem Philipowi Miltonowi Rothowi i Isaacowi Bashevisowi Singerowi, nie miał szczęścia do wydawców. Ona, ekonomistka o międzynarodowej sławie, w interesującej książce Two European Lives opisała ich perypetie związane z ucieczką z Polski.
Kiedy pogoda na to pozwala – a zatem często, bowiem na Sardynii na cały rok ok. 300 dni przypada słonecznych – jeździmy rodzinnie na wycieczki. Najchętniej wchodzimy na szczyt któregoś ze wzniesień leżących na wprost przypominającej wielki głaz, wapiennej wyspy Tavolara (5,9 km²), spoczywającej w błękitnych wodach Morza Tyrreńskiego. Uchodzi ona za jedno z najmniejszych (nieuznanych) królestw świata. Za jego króla uważał się żyjący w XIX w. Giuseppe Bertoleoni, któremu podobno król Sardynii, Karol Albert Sabaudzki (1798–1849), nadał tytuł w podzięce za wyborną gościnę. Odważni mogą wspiąć się na 565-metrowy najwyższy punkt wyspy – Monte Cannone (Armatę). Na wyprawę należy wyruszyć wcześnie rano, wyłącznie pod opieką wyspecjalizowanego przewodnika, ponieważ po drodze trzeba pokonać m.in. niebezpieczne przejście Passu Malu (Zły Krok). My zadowalamy się raczej piknikiem w bezpiecznej odległości od olbrzymiej skały. Pewnego razu, gdy nieprzemyślanie próbowaliśmy zbliżyć się kajakiem do jej południowego boku, podmuchy mistralu poderwały kilkakrotnie dziób naszej łupiny i niemal wyrzuciły nas w złowieszcze odmęty fal. Od tej pory do brzegów Tavolary dopływamy rejsową łodzią, po czym rozkładamy się na plaży i idziemy nurkować. Ponura zieleń wzgórz kontrastuje z turkusowym morzem i dzięki temu wydaje się ono jeszcze czystsze i głębsze niż w rzeczywistości. Pośród zwartej roślinności uważne oko dostrzeże płochliwe muflony. Latem na morskiej tafli odznaczają się białe sylwetki jachtów manewrujących zwinnie pośród skalistych wysepek. Na ich pokładach opaleni młodzieńcy i dziewczęta w strojach topless, rozleniwieni krezusi i nuworysze rozkoszują się nicnierobieniem.

 

NA TROPIE SARDYNII PRAWDZIWEJ
Ja nad blichtr Szmaragdowego Wybrzeża przedkładam autentyczność Barbagii, gdzie według słów największej sardyńskiej pisarki i noblistki Grazii Deleddy (1871–1936) człowiek czuje się wolny i silny. To być może ostatnie miejsce na Sardynii, w którym mieszkańcy zachowali swoją oryginalną naturę.
    Jedno jest pewne – tę magiczną śródziemnomorską wyspę należy zobaczyć choć raz w życiu. Oferuje ona nieskończony wachlarz atrakcji o każdej porze roku. Co najważniejsze dla nas, Polaków, to właśnie na przepięknej sardyńskiej ziemi nie musimy wybierać między ciepłym morzem z piaszczystymi plażami a malowniczymi górami. Tutaj mamy wszystko w jednym, co stanowi niewątpliwy atut tego zapierającego dech w piersiach zakątka Włoch.
Włoski poeta i piosenkarz Fabrizio De André (1940–1999) uważał: życie na Sardynii jest najlepszym, jakie może sobie wymarzyć człowiek: 24 tys. km² lasów, pól, zanurzonych w cudownym morzu wybrzeży powinno zbiegać się z tym, co radziłbym dobremu Bogu podarować nam jako raj.

 

WYSPA GREKÓW, WYSPA ARTYSTÓW
Podobnie jak Fabrizio De André, myślał pisarz Edmondo De Amicis (1846–1908), ale o Sycylii, a zwłaszcza o Taorminie: Wierzę trochę w piekło, ale bardziej wierzę w raj, bowiem go widziałem… właśnie tutaj. To leżące między Mesyną i Katanią nieduże miasteczko, zawsze pełne turystów (a bywali w nim np. Richard Wagner, Gustaw Klimt, Władimir Nabokov, Anatol France, Francis Ford Coppola, Woody Allen, Greta Garbo czy Cary Grant), to nie tylko butiki i sklepiki przy deptaku, w których sprzedaje się mydło i powidło (m.in. piękną biżuterię). Jego atrakcję stanowi dobrze zachowany starożytny amfiteatr grecki (przebudowany przez Rzymian) – drugi co do wielkości na wyspie, lecz bez wątpienia najpiękniejszy. Z najwyższych jego rzędów rozpościera się fantastyczny widok na Morze Jońskie i wulkan Etna (3343 m n.p.m.).

FOT. FOTOTECA ENIT

Plac 9 Kwietnia w centrum Taorminy

 

Żądni dalszych wrażeń wspinamy się schodami do zawieszonego nad Taorminą miasteczka Castelmola (w ciągu dnia dojeżdża do niego też autobus). Oglądamy ruiny zamku, pochodzącego, jak się przypuszcza, z czasów rzymskich lub najazdu Normanów. Miał on za zadanie strzec przed atakami od strony lądu. Rzeczywiście, w 902 r. Maurom nie udało się go zdobyć, jednak mimo to przerwali mury miejskie i splądrowali osadę. Przez bramę nazywaną dziś Porta dei Saraceni (Bramą Saraceńską) zeszli do Taorminy. W Castelmoli idziemy się orzeźwić pysznym, słodkim mlekiem migdałowym (latte di mandorla) i migdałowym winem w ekscentrycznym barze Turrisi przy Piazza Duomo 19. Zmęczeni wspinaczką wracamy do nadmorskiego kurortu i zjeżdżamy kolejką linową do Mazzarò na plażę niedaleko malutkiej Pięknej Wyspy, czyli Isola Bella.

FOT. FOTOTECA ENIT

Ruiny Borgo Giulano z 1938 r. na tle Etny

 

 

SYCYLIJSKA SZTUKA ŻYCIA
Na Trinacrii (antyczna nazwa Sycylii, z gr. treis – trzy i àkra – cypel) wędrowcy po tłustej, czarnej ziemi wśród zapachu drzew pomarańczowych docierają do wspaniałych świątyń, amfiteatrów i willi. Horyzont wyznacza nieskończona tafla turkusowego morza, a noc rozświetla łuna lawy spełzająca z najwyższego w Europie czynnego wulkanu. Zachwyt przybyszów budzi szczególnie spuścizna kulturalna – pozostałość po najazdach i okupacji przedstawicieli najświetniejszych śródziemnomorskich cywilizacji. Wśród wąskich, zaniedbanych, krzykliwych uliczek zamiast atmosfery tęsknoty za przeszłością odnajdziemy raczej radość z przeżywania każdego dnia. Nie oczekujmy jednak, że gdy usiądziemy w restauracji, grupa Sycylijczyków przy sąsiednim stoliku zacznie nagle wesoło śpiewać, a puszysta mamma podsunie nam pod nos parujący talerz makaronu, zupełnie jak w filmie. Na pierwszy rzut oka mieszkańcy wyspy wydają się nieco markotni, lecz pod tą fasadą kryje się dusza kochająca życie. Aby się o tym przekonać, trzeba pójść wcześnie rano na jeden z miejskich targów: Vucciria, Ballarò lub Capo w Palermo albo A'Piscaria w Katanii. Tam, między stoiskami uginającymi się od wszelakich darów natury, daje o sobie znać ich nieokiełznany sycylijski temperament.

 

KUŹNIA HEFAJSTOSA
Nie mamy czasu na objechanie całej Sycylii, więc postanawiamy ograniczyć się do kilku atrakcji. Nie możemy sobie odmówić przede wszystkim spaceru stokami Etny. Na tę wyprawę trzeba koniecznie wynająć przewodnika, bowiem święta góra, wpisana w 2013 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, bywa bardzo kapryśna i pogoda, a co za tym idzie widoczność, potrafią się zmienić w przeciągu kilku minut. Mniej ambitnym wycieczkowiczom polecam dotrzeć autobusem AST z Katanii (piazza Papa Giovanni XXIII) lub samochodem skądkolwiek od strony wschodniej do Rifugio Sapienza – Schroniska Sapienzy położonego na 1910 m n.p.m., stamtąd podjechać kolejką linową na wysokość ok. 2500 m n.p.m., a ostatni odcinek pokonać busem z napędem na cztery koła. Dalej poniosą nas już tylko nasze własne nogi. Wchodzimy na popularny cel wycieczek: tzw. Torre del Filosofo (Wieżę Filozofa), niewielki stożek, do którego w sezonie wije się wąż turystów. Wzruszone ich butami niewielkie fragmenty lawy podskakują, raniąc nas boleśnie w łydki. Jeśli nam się zdarzy jeszcze kiedyś wspinać się na Etnę, z pewnością nie zapomnimy o długich spodniach!

 

SŁODKA KATANIA
Choć to trochę nie po drodze, postanawiamy pojechać do Agrygentu (Agrigento), aby zobaczyć osławioną Valle dei Templi (Dolinę Świątyń). Zahaczamy o Katanię, jedno z ośmiu miast zaliczanych do podlegającego ochronie UNESCO regionu Val di Noto. Miejscowości te, odbudowane równocześnie po tragicznym trzęsieniu ziemi z 1693 r., są spektakularnym świadectwem szczytu rozkwitu baroku europejskiego. Niełatwo wskazać pośród nich najciekawsze zabytki. W Katanii wyróżniają się Duomo di Sant'Agata (Katedra św. Agaty) oraz szlak architektoniczny Via dei Crociferi. Podczas wizyty w niej nie odmawiamy sobie sycylijskich przysmaków. W restauracji Al Tortellino przy Via Giuseppe Simili, otwartej wyłącznie w porze obiadowej, zamawiamy katańską specjalność – pasta alla Norma, makaron z pomidorowym sosem, smażonymi bakłażanami i startą na tarce słoną ricottą, nazwany na cześć słynnej opery Vincenza Belliniego (1801–1835), syna miasta. Na deser wracamy do historycznego centrum Katanii na włoskie lody, czyli gelato – ulubiony smakołyk dzieci i dorosłych. W XVII w. ich ulepszoną recepturę przywiózł ze sobą do Paryża właśnie Sycylijczyk, Francesco Procopio dei Coltelli (1651–1727), który w stolicy Francji otworzył kawiarnię Café Procope, sprzedającą urzeczonym Paryżanom lodowe specjały.
Katania jest także królestwem granity – słodkiego, na wpół mrożonego deseru przypominającego sorbet, serwowanego klasycznie z bułeczką brioche (brioszką). Powstał on z inspiracji arabskich osadników, którzy przygotowywali sharbat – zimny napój aromatyzowany sokami owocowymi lub wodą różaną. Do jego produkcji używali śniegu z Etny, przechowywanego w nivieri – naturalnych bądź wydrążonych w ziemi dziurach nakrytych kamiennymi szałasami. Latem starte lodowe płatki polewano syropami z owoców – smakołyk nosił nazwę rattata. Z czasem zaczęto korzystać z cynkowego pojemnika, którym kręcono wewnątrz drewnianej kadzi wypełnionej mieszaniną lodu z solą morską. Tradycyjne smaki granity to cytrynowy, jaśminowy, cynamonowy i scursunera (z kozibrodu łąkowego), najpopularniejsze (oprócz cytrynowego) – truskawkowy, migdałowy oraz kawowy (al caffè), królujący w Mesynie. W Katanii spośród wielu doskonałych lokali polecam Caffè Europa przy Corso Italia 302.
Również zamkniętym za murami klasztoru, zajętym modlitwą zakonnicom przychodziły do głowy nowatorskie pomysły na słodkości, np. frutta di Martorana – kolorowe owoce z masy marcepanowej, oraz wykonane z kruchego ciasta minni di virgini, czyli w tłumaczeniu „piersi dziewicy”. Te ostatnie były dziełem XVIII-wiecznej siostry Virgini Casale di Rocca Menna z miejscowości Sambuca di Sicilia, która tłumaczyła się, że zainspirowały ją okoliczne wzgórza. Łasuchom posmakują też z pewnością przysmaki z ricottą: biszkoptowa cassata z kandyzowanymi owocami oraz kruche rurki cannoli.

 

STAROŻYTNA GRECJA
Przez całą ponaddwugodzinną podróż wygodną autostradą A19 i dalej drogą SS640 wyjadamy z torebki marcepanowe owoce, wspominając orzeźwiającą granitę jaśminową. Wreszcie docieramy do wspomnianej Valle dei Templi, leżącej na niewielkim płaskowyżu i odwiedzanej co roku przez ok. 600 tys. turystów. Oglądane z oddali budowle wydają się nie stać na ziemi, lecz wisieć pod błękitnym niebem. Przez 2,5 tys. lat wiatr wgryzał się tutaj w ciała posępnych telamonów podtrzymujących architrawy Świątyni Zeusa Olimpijskiego (Tempio di Zeus Olimpio). Oszczędził jednego – ocalały prawie 8-metrowy atlant znalazł schronienie w Museo Archeologico Regionale (Regionalnym Muzeum Archeologicznym) w Agrygencie, zaś między ruinami leży jego kopia. Słońce nasyca tu złotem wszystko, co oświeca: kwitnące w lutym migdałowce, srebrno-zielone drzewka oliwne, odurzające zapachem krzaki rozmarynu, rzeki i wzgórza. Nagrzewa kolumny z tufu wapiennego, porozrzucane kamienne bloki i głazy – niegdyś stanowiące część „najpiękniejszego miasta śmiertelników”, jak określił założone w 582–580 r. p.n.e. Akragas (Agrygent) Pindar, współczesny mu grecki twórca liryki chóralnej.
Spośród dziesięciu świątyń znajdujących się na terenie Valle dei Templi największa poświęcona jest Zeusowi. Sam Olimp musiał patrzeć z zazdrością na tego wspaniałego, acz niezbyt zgrabnego kolosa, długiego na 113 m i szerokiego na 56 m oraz posiadającego powierzchnię ok. 6,5 tys. m2. W 406 r. p.n.e. podczas oblężenia kartagińskiego w budynku zabarykadowali się podobno wszyscy mieszkańcy Akragas. Dominique Vivant Denon (1747–1825), francuski pionier egiptologii, dyplomata i podróżnik, twierdził, że rozmiar kompleksu miał raczej podrażnić bogów lub przestraszyć ludzi niż przyczynić się do chwały tych pierwszych i zachwycić drugich.
Wszystkie świątynie w dolinie, podpalone przez Kartagińczyków w 406 r. p.n.e., zostały trzy wieki później odbudowane przez Rzymian z poszanowaniem oryginalnego stylu doryckiego. Ostateczny cios zadały im trzęsienia ziemi i chrześcijanie zachęceni edyktem tesalońskim cesarza Teodozjusza I Wielkiego z 380 r. Dewastacji uniknęła jedynie Tempio della Concordia (Świątynia Zgody), którą w 597 r. biskup Agrygentu Grzegorz zamienił na chrześcijańską bazylikę. Dziś wraz z Tempio di Segesta w okolicach miasteczka Calatafimi Segesta w prowincji Trapani uchodzi za najlepiej zachowaną tego typu budowlę dorycką na świecie.

 

POWRÓT NAD CIEŚNINĘ MESYŃSKĄ
Wracamy do Mesyny, zatrzymując się na kilku cudownych, lecz nie dorównujących sardyńskim, plażach: Scala dei Turchi (Schody Turków) w Realmonte, San Lorenzo w Marzamemi, Calamosche w Eloro oraz w miejscu urodzin filozofa i matematyka Archimedesa – Syrakuzach, o których Cyceron powiedział, że były największym i najpiękniejszym z greckich miast. Niezliczone zabytki antyczne, renesansowe i barokowe na syrakuzańskiej wysepce Ortygia (Ortigia) – najstarszej części ośrodka, założonej w 734 r. p.n.e. – tworzą prawdziwą ucztę dla oczu. Szczególnie warto zobaczyć barokową Katedrę (Duomo di Siracusa), która trzyma w objęciach resztki doryckiej świątyni Ateny, oraz największy teatr grecki na Sycylii, gdzie w maju i czerwcu odbywa się międzynarodowy festiwal teatru klasycznego.
Po wizycie na obu wyspach śmiało mogę stwierdzić, że nawet ten, kto zjeździł kontynentalne Włochy wzdłuż i wszerz, ale nigdy nie dotarł do brzegów Sardynii i Sycylii, tak naprawdę nie poznał do końca tego kraju. Kto natomiast przybył w te fascynujące strony, patrzy teraz na Italię z całkowicie innej perspektywy.

Artykuły wybrane losowo

Wszystkie odcienie Peru

IMG 20160616 174118594 HDR

Alpamayo magazyn Alpinismus ogłosił w 1966 r. najpiękniejszą górą świata

© PERU EXPEDITIONS TOURS

 

KAROLINA WUDNIAK

 

Peru to kraj kontrastów: zimna i gorąca, gór i oceanu, bogactwa i biedy, przeszłości i współczesności, bujnej zieleni wilgotnych lasów równikowych i suchych piasków pustyni. Mieni się kolorami tęczy. Ta wielka różnorodność zadziwia, zachwyca, a nawet wciąga na dłużej. Mnie wciągnęła na dwa pełne miesiące, a wciąż czuję, że to zdecydowanie za mało czasu, aby odkryć wszystkie jej odcienie.

 

Obecne tereny Peru setki lat wstecz zamieszkiwali Inkowie, którzy stworzyli całkiem rozległe imperium. Dzisiejszy kraj zajmuje powierzchnię niemal 1,3 mln km2 i jest trzecim największym państwem kontynentu po Brazylii i Argentynie. Od północy graniczy z Ekwadorem i Kolumbią, na wschodzie – z Boliwią i Brazylią, na południu – z Chile, a zachodnie wybrzeże oblewają wody Oceanu Spokojnego. Na obszarze Peru leżą wilgotne lasy dorzecza Amazonki i pustynia, wznoszą się sześciotysięczne szczyty oraz wspaniałe inkaskie ruiny i perły kolonialnej architektury. W tym pięknym kraju nie sposób się nudzić, bo każdy znajdzie w nim coś dla siebie.

 

Turyści zwykle zaczynają tu zwiedzanie od Limy, peruwiańskiej stolicy. Stąd wyruszają później na poznawanie innych regionów Peru. Do wyboru mają wiecznie zielone lasy równikowe, majestatyczne Andy, suche płaskowyże, a nawet pacyficzne plaże.

 

004554 300

Pustynię w okolicy miasta Ica można przemierzać pojazdem typu buggy

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/WALTER HUPIU

 

Z WIZYTĄ W STOLICY

 

Lima jest jednym z największych miast w Ameryce Południowej, zamieszkuje ją ponad 10 mln osób. Ośrodek założył 18 stycznia 1535 r. hiszpański konkwistador Francisco Pizzaro (1478–1541) – miał służyć jako zaplecze do podboju imperium Inków. Od 1551 r. działa tutaj szkoła wyższa (Uniwersytet Świętego Marka – Universidad Nacional Mayor de San Marcos), najstarsza na kontynencie. Przez stulecia Lima była stolicą Wicekrólestwa Peru (w latach 1542–1821), a później Republiki Peru. Dziś jest szybko rozwijającą się metropolią, ale znajduje się w niej wiele zabytków z dawnych czasów. Historyczną część miasta z kolonialną zabudową wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wyróżniają ją przede wszystkim słynne limskie balkony – bogato i pięknie zdobione przykuwają uwagę przechodniów. Można je podziwiać podczas spaceru ulicami biegnącymi pomiędzy dwoma głównymi placami: Plaza Mayor de Lima (Plaza de Armas de Lima) i Plaza San Martín. Wokół obu wznoszą się wspaniałe zabytkowe obiekty. Przy pierwszym z nich stoi Katedra (Catedral de Lima), której budowę rozpoczęto w 1535 r., Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) i Pałac Rządu (Palacio de Gobierno del Perú), obecna oficjalna siedziba prezydenta kraju. Oczywiście, budynki ozdabiają balkony. Przy drugim placu warto zwrócić uwagę na Gran Hotel Bolívar, a w szczególności jego wnętrze i wspaniałą witrażową kopułę. Miłośnicy sztuki sakralnej nie powinni przegapić również stojącej nieopodal Pałacu Rządu Bazyliki św. Franciszka wraz klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco). Z kolei poszukiwacze polskich śladów za granicą muszą zajrzeć do pobliskiego Domu Literatury Peruwiańskiej (Casa de la Literatura Peruana) mieszczącego się w budynku dawnego dworca (Estación de Desamparados). Jedną ze ścian zdobi w nim tablica poświęcona Ernestowi Malinowskiemu (1818–1899) – polskiemu inżynierowi i budowniczemu Centralnej Kolei Transandyjskiej (Ferrocarril Central del Perú).

 

Kolejnym tutejszym rejonem popularnym wśród turystów jest pełen hoteli, hosteli, restauracji i sklepów dystrykt prowincji Lima – Miraflores. Można tutaj kupić sweter z wełny z lamy lub alpaki, plecaki w inkaskie wzory, torebki, dywany, buty, portfele i co tylko dusza zapragnie. Jednak należy zdawać sobie sprawę z tego, że na spacer po targowiskach przy alei Abela Bergasse’a du Petita Thouarsa (Avenida Petit Thouars) potrzeba sporo czasu, dużo silnej woli, umiejętności negocjacyjnych, cierpliwości i… pieniędzy. Po opuszczeniu tego świata andyjskich kolorów najlepiej poszukać wytchnienia nad oceanem. Trasy spacerowe przy Circuito de Playas ciągną się kilometrami. Rozpościera się z nich doskonały widok na surferów walczących z falami. Warto przyjrzeć się rzeźbom w Parku Miłości (Parque del Amor), a na kolację wybrać się do dystryktu Barranco charakteryzującego się piękną i stonowaną XIX-wieczną architekturą, drogimi restauracjami z wymyślnymi daniami kuchni peruwiańskiej i modnymi kawiarniami.

 

011315 300

Promenada Malecón de Miraflores w Limie biegnie niemal na skraju klifów

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/MIGUEL CARRILLO

 

W SERCU TROPIKALNEGO LASU

 

Stolica Peru jest dobrą bazą wypadową do różnych części kraju, w tym do tych trudno dostępnych, jak choćby największe na świecie miasto, do którego nie można dojechać drogą lądową – Iquitos. Najłatwiej dostać się do niego samolotem z Limy, ale najłatwiej wcale nie musi oznaczać najciekawszej formy podróżowania. Inną możliwość stanowi rejs jednym ze statków, które wyruszają z miast Yurimaguas i Pucallpa. Z tego pierwszego płynie się do Iquitos dwa i pół dnia, z drugiego – trzy dni. Powolna podróż pozwala obserwować z pokładu życie rzek Marañón (z Yurimaguas) i Ukajali (z Pucallpy) oraz Amazonki, do której oba dopływy dołączają przed miastem. Taki rejs zdecydowanie nie należy do szczególnie komfortowych, ale może być ciekawą przygodą. Alternatywą dla niego jest lot do Iquitos i kilkudniowa wycieczka po Amazonce na pokładzie jednej z luksusowych i pełnych atrakcji łodzi (należących np. do Delfin Amazon Cruises czy Aqua Expeditions). To idealne rozwiązanie dla turystów spragnionych wrażeń, którzy jednocześnie nie chcą rezygnować z wygody. Warto zdecydować się na wyprawę po rzece, bo wschody i zachody słońca w jej rejonie należą do najwspanialszych na świecie. Poza tym to dobry pomysł na odcięcie się od codzienności.

 

Amazonia, zajmująca północno-wschodnią część Peru (ok. 60 proc. powierzchni kraju), jest pięknym i egzotycznym regionem, w którym króluje dzika i nieokiełznana natura. W bezpośredni z nią kontakt można wejść zarówno podczas rejsu po rzece, jak i w trakcie wędrówki po lesie deszczowym. Kilka nocy spędzonych w domku oddalonym od cywilizacji, położonym w samym sercu zielonej gęstwiny również dostarcza sporo wrażeń. Już w Iquitos, w ośrodkach ratowania zwierząt spotkamy mieszkańców królestwa przyrody, np. małpy, manaty, krokodyle czy kolorowe motyle. W ukrytym w selwie mieście żyje na co dzień ponad 450 tys. osób. W centrum znajdziemy wiele pięknych, choć mocno nadgryzionych zębem czasu, budynków z okresu tzw. boomu kauczukowego, czyli przełomu XIX i XX w., kiedy Europejczycy zaczęli na masową skalę pozyskiwać kauczuk w Amazonii. Jeden z najsłynniejszych obiektów stoi na głównym placu Iquitos, Plaza de Armas, i nazywa się Dom z Żelaza (Casa de Fierro). Miał go podobno zaprojektować sam Gustaw Eiffel na wystawę światową w Paryżu w 1889 r. Jeden z potentatów kauczukowych kupił budynek, rozebrał i przetransportował właśnie tutaj. Z tego odciętego od świata miasta najlepiej jednak szybko uciekać. Tutejsze lepkie, wilgotne i gorące powietrze sprawia, że zaczyna się marzyć o chłodniejszym klimacie górskich szczytów. Akurat w Peru nietrudno to marzenie spełnić. Wystarczy wybrać się w inną część kraju.

 

WŚRÓD SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

To właśnie ta wielka różnorodność zachwyca w Peru. Z głośnego, wonnego i bujnego lasu deszczowego można bez problemu przenieść się do surowej krainy strzelistych, śnieżnych gór. Do najpiękniejszych pasm peruwiańskich Andów należy Kordyliera Biała (Cordillera Blanca). Ciągnie się przez prawie 200 km, a swoją nazwę zawdzięcza zawsze ośnieżonym kilkunastu sześciotysięcznikom i kilkudziesięciu pięciotysięcznikom. W paśmie jest również ponad 720 lodowców. Najwyższy szczyt Kordyliery Białej, a zarazem całego Peru, Huascarán, mierzy 6768 m n.p.m. Każdy, kto chociaż raz oglądał jakiś film wyprodukowany przez Paramount Pictures, widział też górę Artesonraju (6025 m n.p.m.), której sylwetka widnieje w logo amerykańskiej wytwórni (przynajmniej tak twierdzą niektórzy). Miłośnicy górskich wędrówek z całego świata przyjeżdżają do 130-tysięcznego miasta Huaraz, stanowiącego dobrą bazę wypadową na większość tras, także na te w sąsiedniej Kordylierze Czarnej (Cordillera Negra). Szlaki mają różny poziom trudności. Do najbardziej popularnych wypraw należą jednodniowa wycieczka do zniewalającego błękitem polodowcowego jeziora Laguna 69, kilkudniowy trekking Santa Cruz oraz ok. 12-dniowy trekking Cordillera Huayhuash, ale możliwości jest zdecydowanie więcej. Mniej doceniane, ale również ciekawe i trochę łatwiejsze trasy znajdują się w Kordylierze Czarnej, z której rozpościera się niezwykły widok na Kordylierę Białą. Te ośnieżone góry to jedno z moich ukochanych miejsc w Ameryce Południowej, do którego z pewnością jeszcze wrócę.

 

PERUWIAŃSKIE SPECJAŁY

 

Nie można pisać o Peru i nie poruszyć tematów kulinarnych. Dlaczego? Bo tutejsza kuchnia uchodzi za najlepszą w Ameryce Południowej, i to zasłużenie, ponieważ jest wyjątkowo różnorodna. Miejscowe przepisy zasiliły m.in. chińskie, japońskie, hiszpańskie, francuskie i włoskie wpływy. Dzięki temu dziś można wybierać wśród wielu dań z ryb, wołowiny, kurczaka, kukurydzy, ziemniaków czy kwinoi, nazywanej peruwiańskim ryżem lub komosą ryżową. Na pobudzenie apetytu polecam pisco sour, czyli narodowy koktajl Peru. Pisco to destylat powstały z winogron przy okazji produkcji wina, jest dość mocny. Cieszy się podobną popularnością w Peru i Chile i od lat oba kraje toczą spór o to, kto pierwszy zaczął produkować ten trunek. Kwestia – oczywiście – pozostaje nierozstrzygnięta, ale to nie powinno przeszkadzać w degustacji. Kiedy pisco zmiesza się z sokiem z limonek i gorzkim likierem angostura oraz przykryje pianą ubitą z białek jajek, powstaje pisco sour. Ten drink wypić można prawie w każdym pubie i restauracji w kraju, ale żeby zobaczyć, jak produkuje się sam alkohol, trzeba wybrać się na pustynię, w okolice miasta Ica.

 

POŚRÓD PIASKÓW PUSTYNI

 

Mikroklimat regionu Ica umożliwia uprawę winogron, z których wytwarza się mało popularne peruwiańskie wina i uwielbiane pisco. Trunki te powstają kilkanaście kilometrów na północ od wspomnianego miasta. Wystarczy jednak pojechać kilka kilometrów na zachód od Iki, żeby znaleźć się na pustyni, a dokładniej w oazie Huacachina – świetnym miejscu na odpoczynek i uprawianie nietypowych aktywności. Lokalne agencje oferują tutaj przejażdżki po pustynnych wydmach pojazdem rodem z filmu Mad Max, tzw. buggy, oraz sandboarding, czyli nic innego jak zjeżdżanie na specjalnie przygotowanej desce po piasku, przypominające snowboarding i akrobacje na śniegu. Wcale jednak nie trzeba umieć jeździć na snowboardzie, żeby spróbować tej rozrywki. Z większości desek da się korzystać… w pozycji leżącej. Wystarczy się położyć lub usiąść, złapać za przymocowane uchwyty i zjechać z piaszczystego zbocza. Zachód słońca nad tymi wydmami jest przepiękny! Złotopomarańczowe światło tańczące na pustynnym piasku tworzy cudowne wzory. Stąd można wybrać się do Paracas, ponad 70 km na północny zachód od miasta Ica, i wsiąść na jedną z łodzi płynących na wyspy Ballestas (Islas Ballestas), żartobliwie zwane przez niektórych Galapagos dla ubogich, a to dlatego, że na terenie miejscowego rezerwatu żyją pingwiny Humboldta, kotiki południowe, uchatki patagońskie i inne zwierzęta, które trudno spotkać w pozostałych rejonach Peru.

 

Z kolei na południe od Iki znajduje się wielka gratka dla miłośników tajemniczych zjawisk. Mowa tu o słynnych liniach i rysunkach naziemnych w okolicy miasta Nasca (Nazca). W niektórych kręgach te geoglify uznawane są za znaki pozostawione przez przedstawicieli obcej cywilizacji. Jednak naukowcy przypisują ich autorstwo ludowi z kultury Nazca. Linie oraz rysunki zwierząt i roślin pokrywają obszar ok. 450 km2. Powstawały pomiędzy 500 r. p.n.e. a 500 r. n.e. Według opracowań naukowych peruwiańskie geoglify mogły mieć znaczenie religijne lub służyły za kalendarz astronomiczny. Żeby zobaczyć je w całości, trzeba odbyć lot niewielką awionetką.

 

NA DNIE KANIONU

 

Dalej na południe od Naski leży 900-tysięczna Arequipa, drugie największe po względem liczby ludności miasto Peru. Powstała w 1540 r., była ważnym ośrodkiem ekonomicznym w czasach kolonialnych, a w latach 1835–1883 pełniła funkcję stolicy kraju. Jej historyczny rejon został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i zachwyca piękną architekturą. Centralny plac miasta, Plaza de Armas, warto obejść zarówno za dnia, jak i po zmroku, kiedy wszystkie budynki są ładnie podświetlone. Uwagę przykuwa tu neorenesansowa Katedra (Catedral de Arequipa), odbudowana w XIX w. po niszczycielskim pożarze z grudnia 1844 r. Kilka ulic dalej stoi wielki Klasztor św. Katarzyny ze Sieny (Monasterio de Santa Catalina de Siena), założony w drugiej połowie XVI stulecia, którego wnętrze kryje kolorowe dziedzińce, arkady, fontanny i dużo zieleni. Historyczne centrum jest idealne na spacer, a sama Arequipa będzie przyjemnym przystankiem po drodze do kanionu Colca. To jedna z najgłębszych tego typu dolin na świecie. Jej ściany wznoszą się po południowej stronie do 3600 m nad poziom rzeki, a po północnej – nawet do 4160 m. Ma długość ok. 120 km. Kanion rzeki Colki po raz pierwszy przepłynęli kajakami Polacy w 1981 r. Na turystów, którzy schodzą na jego dno, czeka zupełnie inny świat. Bujna zieleń mocno kontrastuje z surowymi, skalistymi zboczami. Poza tym w okolicy znajdują się także cudownie orzeźwiające baseny w oazie Sangalle i źródła wód termalnych w Llahuar. Przy temperaturach, jakie panują w kanionie, marzenie o zimnej kąpieli towarzyszy każdemu od pierwszych kroków trekkingu. Zejście do Sangalle można zaplanować na jeden dzień, ale do wyboru jest też dłuższa, dwu- lub trzydniowa wycieczka, której trasa wiedzie z doliny inną ścieżką. Cañón del Colca stanowi również dobre miejsce do obserwowania kondorów wielkich – masywnych i majestatycznych ptaków zamieszkujących Andy. Jeśli komuś nie uda się wypatrzeć ich podczas trekkingu, powinien w drodze powrotnej do Arequipy zatrzymać się na tarasie widokowym Cruz del Cóndor, przy którym często się pokazują.

 

W ŚWIECIE INKÓW

 

022330 300

Machu Picchu to arcydzieło sztuki, urbanistyki, architektury i inżynierii

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/PILAR OLIVARES

 

Nie można być w Peru i nie zobaczyć Machu Picchu. Inkowie rozpoczęli budowę miasta w połowie XV w., ale jej nie dokończyli. Mniej więcej 100 lat później w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach opuścili Stary Szczyt, jak tłumaczy się nazwę Machu Picchu. W tym wyjątkowym miejscu najbardziej zachwyca jego położenie – miasto założono wysoko w górach, pośród bujnie porośniętych zboczy. Inkowie ukryli je bardzo skutecznie – dopiero amerykański naukowiec Hiram Bingham III w 1911 r. odnalazł ośrodek. Badacz podczas wyprawy dotarł także do innych ruin dawnego inkaskiego imperium. Nie wiadomo dokładnie, jaką funkcję pełniło Machu Picchu. Naukowcy spekulują o jego roli sakralnej i badawczej, niektórzy są zdania, że był to swojego rodzaju resort dla elit społeczeństwa. Zbudowano je na dwóch poziomach, z oszlifowanych, idealnie pasujących do siebie granitowych bloków. Wyżej znajdowały się królewskie grobowce, Pałac Królewski, Świątynia Trzech Okien i Świątynia Słońca. Na niższym poziomie powstała dzielnica mieszkalna i warsztaty. Tereny uprawne wkomponowane zostały w strome zbocza góry. Machu Picchu miało swój własny system doprowadzania wody z kamiennych zbiorników do różnych części miasta oraz okolicznych pól. Ośrodek rozciąga się pomiędzy dwoma szczytami – Huayna Picchu (Wayna Pikchu, czyli Młodym Szczytem, ok. 2720 m n.p.m.) i Machu Picchu (3082 m n.p.m.). Na oba można wejść, żeby podziwiać całą okolicę. Ze szczytów rozpościerają się jedne z tych widoków, które zapierają dech w piersiach i pozostają w pamięci na długo. Są one zdecydowanie warte wysiłku, który trzeba włożyć, aby pokonać strome podejście, choć w trakcie wspinaczki nie jest to wcale tak oczywiste. W 1983 r. Machu Picchu umieszczono na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, a w 2007 r. biorący udział w głosowaniu internauci wybrali je jednym z 7 Nowych Cudów Świata. Miasto rocznie odwiedza mniej więcej 1,2 mln turystów. Gdyby nie wprowadzone kilka lat temu dzienne limity zwiedzających, zostałoby całkowicie zadeptane.

 

Do Machu Picchu nie tak łatwo się dostać. Z Cusco (Cuzco), dawnej stolicy inkaskiego imperium, jedzie się do Ollantaytambo w tzw. Świętej Dolinie Inków (Valle Sagrado de los Incas), skąd pociągiem PeruRail dociera się do Aguas Calientes – bazy noclegowej pod Starym Szczytem. Stąd często odjeżdżają małe autobusy dowożące turystów pod wejście do zaginionego miasta, ale można też dojść o własnych siłach dość stromym podejściem. Warto wstać w nocy, żeby pojechać jednym z pierwszych autobusów. Poranne złote promienie słońca lub wprowadzające mistyczną atmosferę chmury przeplatające zbocza dodają Machu Picchu nieodpartego uroku. Inną możliwością dotarcia do inkaskiego ośrodka jest dwu- bądź czterodniowy trekking trasą zwaną Camino Inca (Inca Trail). Prowadzi ona przez Świętą Dolinę Inków i okoliczne przełęcze. To jeden z najbardziej obleganych szlaków trekkingowych na świecie. Ze względu na ten fakt oraz wprowadzone przez władze limity (podobnie jak w przypadku wejścia na teren Machu Picchu) wyprawę Drogą Inków należy rezerwować z co najmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Alternatywę dla tej trasy stanowi Salkantay Trek z nielimitowanym wstępem. Wycieczkę tym szlakiem można wydłużyć o dojście do Aguas Calientes i Machu Picchu.

 

Niezależnie od wyboru drogi, każdy turysta najpierw trafia zwykle do Cusco. Miasto to było inkaską stolicą od XIII do XVI w. i zachowało się w nim sporo pozostałości architektonicznych z tych czasów. Piękne historyczne centrum, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO w tym samym roku co Machu Picchu, zatrzymuje przyjezdnych w swoich objęciach na kilka dni. I bardzo dobrze, bo Cusco leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., a zatem jest odpowiednim miejscem na aklimatyzację przed wyjściem na jeden z wielu szlaków w okolicznych Andach. Ten czas można wykorzystać na zwiedzanie miasta. Na uwagę zasługują pozostałości inkaskich murów, Katedra (Catedral del Cusco), Klasztor św. Dominika (Convento de Santo Domingo) czy liczne muzea z cennymi eksponatami sztuki prekolumbijskiej. Ciasne, strome, kamienne uliczki idealnie nadają się na spacery, a rozświetlony wieczorem główny plac – Plaza de Armas – odcina się na tle okolicznych wzgórz i gór. Cusco jest także dobrym miejscem na odkrywanie peruwiańskich smaków. Mnogość restauracji i kawiarni pozwala docenić tutejszą kuchnię. Bez większego trudu można znaleźć tu potrawy z mięsa lamy czy alpaki, których zdecydowanie warto spróbować podczas pobytu w Andach. Polecam też zakupienie wyrobów z wełny z alpaki (np. swetrów, czapek, szali), które są przydatną i piękną pamiątką. Na lokalnym targu dobrze również zaopatrzyć się w liście koki – sporządzony z nich napar wspomaga aklimatyzację i osłabia objawy choroby wysokościowej (hiszp. soroche). Tak przynajmniej mawiają miejscowi, którzy nałogowo popijają taki napój i żują same liście. Nawet jeśli to nieprawda, wciąż warto spróbować herbaty z koki, bo smakuje naprawdę wybornie. Pamiętać jednak trzeba, żeby pić ją jedynie na miejscu, bo wywożenie rośliny za granicę jest nielegalne.

 

MODŁY DO DUCHA GÓR

 

Po zwiedzaniu i aklimatyzacji przychodzi pora na wybór szlaku. Popularnością cieszy się wspomniany klasyczny pięciodniowy Salkantay Trek w paśmie Vilcabamba (Cordillera de Vilcabamba), trasa na Ausangate w paśmie Vilcanota (Cordillera de Vilcanota) oraz jednodniowa wycieczka pod górę Vinicunca (zwaną Tęczową Górą lub Górą Siedmiu Kolorów, 5200 m n.p.m.). Ausangate jest piątym najwyższym szczytem Peru (6384 m n.p.m.) i mieszkańcy okolicznych wiosek nazywają go Apu Ausangate. W mitologii inkaskiej apu znaczy „duch gór”, „bóg gór”. To właśnie do niego wznoszą prośby, kierują podziękowania i jemu składają ofiary. On odpowiada za dobrą lub złą pogodę, deszcze nawadniające nieliczne pola uprawne i suszę niosącą głód. Legenda mówi, że Ausangate był bratem Salkantaya (Salkantay to najwyższy szczyt pasma Vilcabamba, 6271 m n.p.m.) i razem mieszkali w Cusco. Po jednej z susz rozdzielili się, aby uratować miasteczko od głodu. Salkantay poszedł na północ. Znalazł lasy, zakazaną miłość Veróniki (góra Verónica mierzy 5682 m n.p.m.), a tym samym problemy. Ausangate z kolei wyruszył na południe, gdzie odkrył ziemię bogatą w ziemniaki i kukurydzę oraz pasące się alpaki. Dzięki temu ocalił mieszkańców Cusco przed głodem. Zarówno trekking przy górze Salkantay, jak i wyprawa wokół Ausangate stanowią ciekawe uzupełnienie wizyty w zachwycającym Machu Picchu.

 

Niesamowite w Peru jest to, że w ciągu jednego urlopu można wylegiwać się na słońcu nad Oceanem Spokojnym, spędzić dzień na pustyni i kilka dni w wiecznie zielonym lesie deszczowym, podziwiać z bliska ośnieżone szczyty sześciotysięczników, poznawać bogatą historię imperium Inków, zejść na dno głębokiego kanionu, a na dokładkę przepłynąć się królową rzek – Amazonką. Po powrocie do domu zazwyczaj zaczyna się marzyć o kolejnej wizycie w tych stronach, bo wymienione przeze mnie atrakcje to zaledwie część tego, co nas tutaj czeka. Peru wciąga i rozbudza chęć poznawania kolejnych miejsc i powrotu do tych już poznanych. Dlatego wyruszenie w ponowną podróż do tego kraju stanowi tylko kwestię czasu.

 

Apetyt na Gruzję

NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

<< Podróżowanie po tym usytuowanym na Kaukazie Południowym (Zakaukaziu), na pograniczu Europy i Azji, pięknym, dzikim i szalonym państwie to doświadczanie świata wszystkimi zmysłami. Podczas podziwiania majestatycznych kaukaskich szczytów rozlewamy do kieliszków kolejną butelkę aromatycznego czerwonego wina Saperavi lub białego Rkatsiteli. W naszych ustach rozpływają się wyborne, domowej roboty sery, a na suto zastawionym stole czekają kolejne przysmaki, które kuszą apetycznym wyglądem, zapachem i przede wszystkim smakiem. Pora wznieść toast za przodków i rozpocząć gruzińską „suprę”, czyli huczną i radosną ucztę. „Gaumardżos!” – „Na zdrowie!”. Niech żyje Gruzja! >>

Więcej…

Królowie białego szaleństwa, czyli 10 najmodniejszych rejonów narciarskich tego sezonu

ELŻBIETA PAWEŁEK

                                                                                                              FOT. ZILLERTAL TOURISMUS GMBH

<<Największe ośrodki sportów zimowych z niepowtarzalną górską scenerią, snowparki dla snowboardzistów i amatorów freestyl’u oraz setki kilometrów bajecznych nartostrad – to marzenie wszystkich zapalonych narciarzy. Tej zimy każdy powinien poszaleć na nartach w jednym z bajecznych kurortów – z dziećmi, rodziną, przyjaciółmi bądź solo, a czasem nawet w towarzystwie gwiazd z pierwszych stron gazet. >>

Nie od dziś wiadomo, że nic tak nie urozmaica sennego zimowego okresu jak udane podróże. Dlatego też wyjazdy na narty od wielu lat cieszą się dużą popularnością wśród Polaków. Aktywny wypoczynek znakomicie wpływa na organizm człowieka. Urlop na jednej lub dwóch deskach pozwala zachować kondycję, a ciepłe promienie słoneczne, ogrzewające stoki, skutecznie poprawiają wszystkim samopoczucie. Wśród przepięknych górskich widoków, z grupą sprawdzonych przyjaciół czy najbliższych, na pewno uda nam się zapomnieć o codziennej miejskiej szarości.

Więcej…