KATARZYNA BYRTEK
<< Ten kraj serdecznych ludzi, gdzie przepyszne piwo leje się strumieniami od południa do późnej nocy, słynie przede wszystkim ze swojej stolicy, nazywanej Miastem Stu Wież i Złotą Pragą, obowiązkowego przystanku w podróży dla turystów przyjeżdżających do niego z całego świata – od Japonii przez Rosję po państwa Ameryki Południowej. Znajdziemy w nim jednak także wiele romantycznych zabytkowych zamków i dobrze zachowanych wiekowych miasteczek czy też idealne tereny do aktywnego wypoczynku. Dlatego warto zostać na czeskiej ziemi tak długo, jak to tylko możliwe. >>

Czechy jako kierunek wyjazdowy są atrakcyjne przez cały rok. Wiosna to najlepszy czas na wizytę w Pradze, gdzie przed sezonem noclegi bywają tańsze, a po moście Karola przechadza się dwa razy mniej przyjezdnych. Latem nie będą się tu nudzić amatorzy turystyki rowerowej, wodnej czy pieszej oraz miłośnicy festiwali muzycznych (np. Colours of Ostrava), teatralnych czy wreszcie historycznych, które organizuje się na licznych zamkach. Na jesieni można wziąć udział w winobraniu w jednym z morawskich miasteczek, a zimą zapakować narty zjazdowe lub popularne tutaj biegówki i wybrać się do górskiego Harrachova czy Pecu pod Śnieżką. Jedno jest pewne – piwo i knedliki z gulaszem smakują u naszych sąsiadów tak samo dobrze przez 365 dni w roku.

Położona w Europie Środkowej Republika Czeska, nazywana przez swoich obywateli Česko, dzieli się na trzy krainy historyczne – Czechy na zachodzie, Morawy na wschodzie oraz mały kawałek Śląska z przemysłową Ostrawą. Kraj graniczy z Polską, Niemcami, Austrią i Słowacją, z którą od 1918 do końca 1992 r. tworzył jedno państwo – Czechosłowację. Mieszka w nim 10,5 mln ludzi, z czego aż ponad jedna dziesiąta w uroczej stolicy.

PRASKIE SPACERY
Najpopularniejsze miasto Republiki Czeskiej stanowi – oczywiście – Praga, którą rocznie odwiedza powyżej 5 mln turystów. Z północy na południe przecina ją największa czeska rzeka Wełtawa. Na wysokości dzielnic Staré Město i Malá Strana jej brzegi spina ukończony w 1402 r. kamienny most Karola (Karlův most). Jego budowę, na zlecenie cesarza Karola IV Luksemburskiego (1316–1378), rozpoczęto o godz. 5.31 dnia 9 lipca 1357 r. Data ta nie jest przypadkowa – kiedy dobrze jej się przyjrzeć, okazuje się, że cyfry układają się w magiczny palindrom: czytane czy to od lewej do prawej, czy na odwrót, zachowują ten sam porządek (1 3 5 7 9 7 5 3 1). Spaceru po moście nie wolno sobie odpuścić, najlepiej jednak przyjść bardzo wcześnie rano, żeby uniknąć tłumów i podziwiać budzącą się dopiero ze snu czeską stolicę.
Wspomniane Staré Město (po prawej stronie rzeki) i Malá Strana (na lewym brzegu Wełtawy) oraz Zamek Praski (Pražský hrad) to zdecydowanie najatrakcyjniejsze turystycznie rejony Pragi, wpisane zresztą na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W centrum Starego Miasta znajduje się Rynek Staromiejski (Staroměstské náměstí) z zabytkowym Ratuszem Staromiejskim z XV-wiecznym astronomicznym zegarem nazywanym Orlojem. Zaprojektował go mistrz Hanuš (Jan Růže). Podobno dzieło to tak spodobało się władcy, że rozkazał oślepić rzemieślnika, żeby już nigdy na życzenie żadnego innego fundatora nie zaprojektował nic tak pięknego. Jednak ślepy zegarmistrz zemścił się, zatrzymując skomplikowany mechanizm, i przez długi czas wielu ludzi głowiło się, jak go naprawić. Dziś o każdej pełnej godzinie z małych okienek nad tarczami zegara wyglądają figurki przedstawiające 12 apostołów.
Wokół Rynku Staromiejskiego dobrze jest zagubić się pośród poplątanych, wąskich ulic, wyznaczonych przez zdobione fasady kamienic, z których najstarsze powstały jeszcze w okresie gotyku. Na ich parterach mieszczą się sklepiki z pamiątkami, urokliwe kawiarnie, restauracje i galerie z rękodziełem. Do dzielnicy przylega Nové Město, założone w XIV w. Przebiega przez nie długi wielkomiejski bulwar plac Wacława (Václavské náměstí) zwieńczony budynkiem Muzeum Narodowego (Národní muzeum). Pod tą placówką stoi też pomnik św. Wacława na koniu, pod którego ogonem najczęściej spotykają się prażanie. Warto zobaczyć również jego alternatywną wersję autorstwa Davida Černego w Pałacu Lucerna (wejście od ul. Vodičkovej lub Štěpánskiej). Václavák, bo tak plac Wacława nazywają Czesi, żyje o każdej porze dnia i nocy – rano ludzie przemierzają go śpiesznie w drodze do pracy, koło południa zapełnia się zagubionymi turystami, wieczorem wszyscy wyruszają stąd do barów i nocnych klubów.
Odwiedziny w Pradze nie będą kompletne bez wspinaczki uliczkami Malej Strany, które prowadzą na Hradczany i Zamek Praski. Nad siedzibą władców dominuje budowana niemal 6 wieków strzelista Katedra św. Wita, Wacława i Wojciecha, gdzie przechowuje się insygnia królewskie, a także obejrzymy groby królów oraz witraż genialnego artysty Alfonsa Muchy (1860–1939).
Na zwiedzanie czeskiej stolicy zarezerwować trzeba przynajmniej 2 pełne dni, choć wystarczy to jedynie na szybką wycieczkę po najważniejszych atrakcjach. Kto ma więcej czasu lub planuje kolejną wizytę w mieście, powinien zaryzykować i przejść się raczej nieutartymi szlakami: zobaczyć wzgórze Wyszehrad (Vyšehrad), wypić piwo w jednej z lokalnych knajp w dzielnicy Žižkov, pooglądać przepiękne wille na Vinohradach. Można także po prostu vykašlet se na Prahu („olać Pragę”), jakby powiedzieli Czesi, i ruszyć na poszukiwanie prawdziwych Czech.

OD KNEDLIKA DO ROHLÍKA
Podczas podróży nie wolno zapomnieć o porządnym posiłku, który da nam energię na kolejne godziny zwiedzania. Czeska kuchnia nie należy do najbardziej dietetycznych. Popularne są w niej zupy – czosnkowa, gulaszowa czy flaczki. Jedno z najpopularniejszych dań stanowią dobrze znane knedliki, występujące najczęściej w dwóch rodzajach: bramborové (ziemniaczane) o żółtawym kolorze i houskové (bułkowe), typowe białe. Podaje się do nich obowiązkowo różne mięsne sosy, które pasują do głównej pozycji w tutejszym menu, czyli mięsa. Koniecznie trzeba spróbować np. svíčkovej – wołowiny z sosem ze zmiksowanych warzyw i śmietany, udekorowanej żurawiną i bitą śmietaną.
Ze znalezieniem odpowiedniej potrawy mogą mieć w tym kraju trudność wegetarianie, szczególnie że w karcie pod hasłem „dania bezmięsne“ figuruje często smażony ser podawany nie tylko z frytkami i ziemniakami oraz sosem tatarskim, ale też z szynką. Zapytany o powód takiego pomieszania kelner ze zdziwieniem odpowie nam zapewne, że przecież szynka to nie mięso...
Najciekawszym elementem czeskiej kuchni są zagryzki do piwa czy wina. Miejscowe knajpy proponują m.in. ser pleśniowy marynowany ok. 2 tygodnie w oleju z przyprawami i papryczkami tzw. nakládaný hermelín, pokrojone kiełbaski czy salceson (tlačenka) oraz utopence, czyli przekąski przypominające specjalnie marynowane grube parówki. Wszystko to podaje się z pieczywem: chlebem (koniecznie z kminkiem) lub podłużnymi bułkami rohlíkami.  

ZA MIASTO
Okolice Pragi i cała historyczna kraina Czechy uchodzą nie bez przyczyny za niemal tak samo atrakcyjne jak stolica. To świetne rejony dla osób lubiących aktywny tryb życia – na północy ciągną się pasma górskie graniczące z Polską, południe zajmuje chroniony region Szumawa (Šumava), z którego wypływa królowa czeskich rzek Wełtawa. Republika Czeska słynie też z setek zamków. Szacuje się, że w przeliczeniu na jednego mieszkańca, tylko Francja ma ich więcej niż właśnie Česko. Na dodatek, kraj jest skomunikowany najgęstszą siecią kolejową w Europie (będącą w bardzo dobrym stanie), a pociągiem dojedziemy nawet do najmniejszych wiosek.

FOT. CZECHTOURISM.COM/PAWEL OUREDNIK

Jezioro Czarne w Obszarze Chronionego Krajobrazu Szumawa

Koleją bez problemu dotrzemy do najchętniej odwiedzanego zamku niedaleko Pragi. Karlštejn wzniesiono w XIV w. na polecenie wspomnianego już cesarza Karola IV. Najwspanialszy jego skarb stanowi bogato zdobiona Kaplica św. Krzyża, gdzie kiedyś przechowywano cesarskie klejnoty koronne, a dziś obejrzymy setki drogocennych kamieni, 129 gotyckich obrazów świętych i detale ze szkła weneckiego. Najkorzystniej przyjechać tu we wrześniu, kiedy w pobliskim miasteczku organizuje się wielkie winobranie uświetniane przejściem orszaku królewskiego.
Mniej więcej 100 km na północny wschód od Pragi leży ponad 100-tysięczny Liberec, do którego warto udać się szczególnie z dziećmi. W miejscowym Centrum Babylon można poszaleć w aquaparku lub lunaparku, z kolei niedawno otwarta, niezmiernie nowoczesna iQLANDIA przed swoimi gośćmi odkrywa tajniki nauki i techniki. Na zwiedzających czekają w niej nie tylko interaktywne wystawy, ale także planetarium 3D, laboratorium i specjalne pokazy nazwane science show. Oprócz tego w jednej z sal przygotowano ekspozycję prezentującą czeskich wynalazców, a wśród nich Františka Křižíka (1847–1941) – twórcę nowego rodzaju lampy łukowej, który zbudował w 1888 r. pierwszą elektrownię w Czechach (w praskiej dzielnicy Žižkov). Z Liberca wybierzemy się również na przyjemną wycieczkę górską na szczyt Ještěd (1012 m n.p.m.), gdzie stoi 3-gwiazdkowy hotel z restauracją o charakterystycznym futurystycznym kształcie.

PRAGA W MINIATURZE
W odległości 170 km na południe od stolicy znajduje się jedna z najbardziej malowniczych i urokliwych czeskich miejscowości – Český Krumlov – której zabytkowe centrum i stojący na wzgórzu zamek wpisano w 1992 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niektórzy uważają ją za miniaturową Pragę. Tutejsze zabudowania zamkowe to drugi pod względem powierzchni (po obiekcie na praskich Hradczanach) taki kompleks w Czechach. Wejścia na tzw. Hrádek (Zameczek) strzeże fosa z dwoma niedźwiedziami, ulubieńcami dzieci. Trakt prowadzi obok potężnej, oryginalnej 6-piętrowej wieży do świetnie zachowanego Górnego Zamku, z którego mostów i tarasów rozciągają się niespotykane widoki na położone u jego stóp miasto. Po przejściu przez aż 5 dziedzińców dochodzi się do rozległych Ogrodów Zamkowych z wyjątkowym na skalę europejską teatrem – jego scena w czasie przedstawienia powoli się obraca. Odbywające się w nim tylko w sezonie spektakle cieszą się tak dużą popularnością, że bilety na nie trzeba kupować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
W trakcie ciepłych miesięcy przecinająca miasteczko wstążka Wełtawy zapełnia się kajakami i pontonami raftingowymi, bo Český Krumlov przyciąga także miłośników spływów, które to po czesku nazywają się wyjazdami „na wodę“.

„NA VODU” CZY „NA CHATU”
Czesi kochają aktywny odpoczynek na łonie natury. Odcinek między Vyšším Brodem a wspomnianym Českým Krumlovem to najbardziej standardowa trasa wypadowa na wycieczki kajakowe lub rafting. Przy Wełtawie znajdują się wielkie kempingi, gdzie za rozsądną cenę można rozbić namiot, posilić się kiełbaską z grilla i koniecznie napić się zimnego piwa. Czasem ta dość bezpieczna rzeka wygląda jak jedna wielka impreza – grupki wesołych młodych ludzi przewożących zgrzewki z napojami na pontonach przepływają obok specjalnych miniprzystani, gdzie kupuje się złocisty trunek i słynny kubański koktajl mojito na wynos bez wysiadania z kajaka.
Wielu zwolenników posiada w tym kraju również turystyka rowerowa, a ścieżki i trasy przygotowano do miejscowych zwyczajów – obowiązkowo co kilka kilometrów rozmieszczono na nich bary lub małe hospody, gdzie uzupełnia się płyny, czyli odświeża się zimnym piwem.
Właściwie każda czeska miastowa rodzina ma swoją chalupę, domek w górach, nad jeziorem lub na wsi, ewentualnie ogródek działkowy, dokąd ucieka już przy pierwszych oznakach dobrej pogody. W upalne letnie dni Praga zostaje wręcz opuszczona przez Czechów.

NA ZACHODZIE
Ok. 90 km na południowy zachód od stolicy leży Pilzno słynące ze znanego na całym świecie jasnego piwa Pilsner Urquell, które warzone jest w nim do dziś. Sporych rozmiarów browar, główną atrakcję miasta, udostępniono do zwiedzania.
Zachodni region Czech to przede wszystkim miejscowości uzdrowiskowe. Najpiękniejsze i najsławniejsze są Karlowe Wary (Karlovy Vary). Ich niezmiernie malowniczą zabytkową część wybudowano w dolinie rzeki Teplá. Widok na rzędy przepięknych, dobrze zachowanych kamienic burzy tylko ciemna bryła niezbyt zgrabnego Hotelu Thermal z kompleksem basenów, powstałego pod koniec lat 70. XX w.

FOT. CZECHTOURISM.COM/LADISLAV RENNER

Pięknie zdobiona Kolumnada Targowa w uzdrowisku Karlowe Wary


Warto tu wpaść choćby na jeden dzień, napić się leczniczej wody z charakterystycznych kubeczków z długim lejkiem i odwiedzić Muzeum Jana Bechera (Jan Becher Muzeum), który wynalazł ziołowy likier Becherovka. Jego receptura, idealne połączenie ponad 20 ziół, to najpilniej strzeżona karlowarska tajemnica. W mieście przyda się znajomość języka rosyjskiego – od kilku lat z upodobaniem oblegają je bogaci Rosjanie.

NA ZDROWIE!
Wprawdzie zwyczaj ten już zanika, ale na czeskiej ulicy ciągle czasem spotkamy ubranych swojsko panów, którzy z wielkim pustym dzbanem idą w kierunku najbliższej hospody, żeby zaopatrzyć się w piwo na wynos. Prawda jest taka, że o tym bursztynowym trunku można by pisać godzinami. Osoby niezainteresowane zbytnio samą sztuką piwowarską powinny jednak zapoznać się z podstawowymi informacjami przydatnymi w miejscowych pubach. Prawdziwe czeskie piwo musi mieć porządną pianę, a oznacza się je nie tylko zgodnie z kolorem: jasne (světlé), ciemne (tmavé lub černé) lub mieszane (řezané), ale także stopniem nasycenia ekstraktem. Najczęściej dostępne rodzaje mają  10° (np. Gambrinus), tzw. desítka, lub 12° (np. Pilsner) – dvanáctka. W lokalach specjalizujących się w serwowaniu tego trunku podaje się 16° czy nawet 24°. Im wyższy stopień, tym piwo będzie bardziej intensywne, ale też mocniejsze. W dobrych tradycyjnych gospodach następnej kolejki nie trzeba zamawiać: kiedy kończymy pić, przychodzi kelner i stawia nową pełną szklankę. Tylko stanowcze „dziękuję” wypowiedziane w momencie pojawienia się obsługi zapewni nam świeżą głowę następnego ranka. Choć Česko słynie wzdłuż i wszerz z przepysznych i tanich piw, mało kto wie, że dużą popularność zdobyły sobie również lokalne wina morawskie ze szczepów białych rulandské šedé, veltlínské zelené czy Müller Thurgau i czerwonych Modrý Portugal czy frankovka. Do wyboru mamy ich wersję standardową w szklanej zakorkowanej butelce lub tzw. stačené, zlewane z wielkiej beczki do różnych rozmiarów plastikowych pojemników.
Na jesieni spróbujemy czeskiej specjalności – burčáka, czyli bardzo młodego, jeszcze pracującego wina. Smakuje trochę jak mętny, podpsuty sok jabłkowy, ale delikatne bąbelki szybko uderzają do głowy i powodują nagłe uczucie upojenia. Z każdym dniem świeży burczak robi się intensywniejszy. Napój ciągle fermentuje, więc przy chowaniu go do lodówki trzeba pamiętać, aby lekko odkręcić zakrętkę. W przeciwnym wypadku może po prostu wybuchnąć. Wino to nie jest przeznaczone do długiego przechowywania.

ROMANTYCZNE MORAWY
Najsmaczniejsze wina dostaniemy bezpośrednio od producentów. Wystarczy pojechać na Morawy, głównie do ich południowej części, gdzie winiarze oferują zakwaterowanie w małych hotelach czy pensjonatach połączone z degustacją w piwniczce winnej. Właściciel winnicy chętnie wytłumaczy gościom różnice między podstawowymi gatunkami szlachetnego trunku, a potem zapewni im miły wieczór z alkoholem ze swoich wielkich beczek.
Również w tym regionie znajdują się miejsca uważane za na tyle cenne, że wpisano je na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (w sumie w całych Czechach jest ich aż 12). W historycznej stolicy Moraw, Ołomuńcu, na głównym rynku stoi XVIII-wieczna Kolumna Trójcy Przenajświętszej, pomnik typowy dla Europy Środkowej. Brno z kolei, poza zabytkowym Starym Miastem, szczególnie chlubi się obiektem powstałym już w I połowie XX w., czyli spektakularną funkcjonalistyczną Willą Tugendhatów, stworzoną przez modernistycznego architekta niemieckiego Ludwiga Miesa van der Rohe (1886–1969).
Jadąc jeszcze dalej na południe, dotrzemy do przeuroczego winnego miasteczka Mikulov, idealnego na romantyczny weekend we dwoje w małym rodzinnym pensjonacie lub hotelu. Nieduża, 7-tysięczna miejscowość zachwyca urokliwym historycznym centrum oraz zabytkami kultury żydowskiej – XVI-wieczną synagogą i rozległym cmentarzem (największym na Morawach). W znacznych rozmiarów barokowym zamku ma swoją siedzibę Muzeum Regionalne, prezentujące m.in. wystawy o tradycyjnej lokalnej sztuce winiarskiej.

FOT. CZECHTOURISM.COM/LADISLAV RENNER

Panorama zabytkowego historycznego centrum Mikulova z zamkiem

 

Co roku we wrześniu odbywa się tu Pálavské Vinobraní – trwające 3 dni święto wina (w tym roku od 12 do 14 września) urozmaicone degustacjami, koncertami i innymi atrakcjami, którym patronuje król Wacław IV (żyjący w latach 1361–1419). Zaledwie kilka kilometrów od Mikulova leży wspaniały zespół pałacowo-parkowy rozciągający się na powierzchni 300 km² między miejscowościami Lednice i Valtice. Nie pozostaje nam tutaj nic innego, jak wypożyczyć rowery i w cieniu drzew angielskiego parku podziwiać perły architektury barokowej, romantycznej i neogotyckiej, a wieczorem przy zachodzącym słońcu zasiąść w klimatycznej mikulovskiej gospodzie i raczyć się wybornym schłodzonym winem oraz domowym nakládaným hermelínem.

Artykuły wybrane losowo

Panama z dwóch stron

taboga Island 2

Statki w Zatoce Panamskiej u brzegów Tabogi

© HOVER TOURS

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Słowo „Panama” ma w sobie siłę i melodię. Ilekroć je słyszę, zawsze pobudza moją wyobraźnię. Przed oczami staje mi scena, w której w tropikalnym klimacie literat pracuje nad swoją książką. Na suficie szumi wiatrak, na kolonialnym biurku stoi maszyna do pisania i butelka postarzonego rumu. Panamska rzeczywistość oczarowała pisarzy takich jak choćby Graham Greene, Joseph Conrad czy John le Carré. Ten ostatni zresztą tutaj właśnie umieścił akcję swojej powieści „Krawiec z Panamy”.

 

Kiedy trafiła się więc okazja, aby pojechać do tego kraju w Ameryce Środkowej, natychmiast z niej skorzystałem. Ta wyprawa dała mi mnóstwo radości. Odnajdywałem ją wszędzie: w ludziach, języku, na stoiskach z ulicznym jedzeniem i w przebogatej przyrodzie, której wcześniej nie znałem. Codziennie wstawałem o 5.00 lub 6.00, żeby nowa przygoda nie musiała na mnie czekać, i ciągle nabierałem apetytu na więcej. Na pierwszy rzut oka Panama wydaje się krajem lepiej zorganizowanym niż np. Dominikana. Ale bez obaw! Nie brakuje w niej naturalnego luzu. Wciąż odnajdziemy tu jedyny w swoim rodzaju, uroczy latynoski rozgardiasz. Do Polski wróciłem ogrzany promieniami słońca, naładowany pozytywną energią oraz wzmocniony witaminami ze świeżych soczystych owoców tropikalnych i życzliwością Panamczyków.

 

Z wyprawy do Panamy z największym sentymentem wspominam wizyty na dwóch wyspach: Taboga (Isla de Taboga) i Kolumba (Isla Colón). Pierwszą z nich oblewają wody Oceanu Spokojnego (Zatoki Panamskiej), a druga należy do archipelagu Bocas del Toro na Morzu Karaibskim. Udało mi się więc poznać ten kraj od strony obu jego wybrzeży.

 

Z MIASTA NA WYSPĘ KWIATÓW

 

Mieszkańcy miasta Panama i przyjeżdżający w odwiedziny do tej tętniącej życiem, ale też niezmiernie głośnej, chaotycznej i dzień w dzień potwornie zakorkowanej panamskiej stolicy mają wiele szczęścia. Z tej wielkomiejskiej przestrzeni naznaczonej gęstym lasem połyskujących w słońcu drapaczy chmur, wypełnionych filiami chyba wszystkich kluczowych banków świata czy kancelarii prawniczych, miejsca przypominającego do złudzenia betonową dżunglę Hongkongu albo Singapuru, dosyć łatwo się wydostać. Wystarczy 30 min. i 10 dolarów amerykańskich w kieszeni, aby dopłynąć do wyspy Taboga leżącej w Zatoce Panamskiej (ok. 20 km od wybrzeża kontynentu). Niebiesko-biały katamaran armatora Taboga Express lawiruje co i rusz między majestatycznymi stalowymi bestiami, czyli ogromnymi statkami flot handlowych. Większość z tych wyczekujących wejścia do Kanału Panamskiego wielotonowych kontenerowców, drobnicowców, tankowców czy masowców zarejestrowano w krajach tzw. tanich bander, jak choćby Bahamy, Antigua i Barbuda, oczywiście, Panama i daleka, położona w Afryce Zachodniej Liberia (w jej stolicy, Monrowii, rejestruje się najwięcej jednostek pod względem liczby i tonażu).

 

Na Tabodze dzięki jej wulkanicznemu pochodzeniu i żyznym glebom rozwinęła się niesamowicie bogata przyroda. Tutejsze wzniesienia pokryte są bujnym tropikalnym lasem. Najwyższe z nich – Cerro Vigía – mierzy 307 m wysokości. Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz) osiąga z kolei 169 m, a wieńczy je okazały sześciometrowy krzyż. Podczas II wojny światowej oba służyły amerykańskim żołnierzom jako punkty obserwacyjne. Stany Zjednoczone ulokowały na wyspie bazę wojskową, co ponoć poprawiło znacznie status ekonomiczny jej mieszkańców. Obecnie na szczyty wzniesień prowadzą ścieżki, których pokonanie wymaga mniejszego lub większego wysiłku. Zmieniające się nachylenie terenu i duchota, panująca szczególnie na odcinkach zadrzewionych, stanowią czasem nie lada wyzwanie. Jednak warto podjąć ten trud dla późniejszych widoków, które po prostu zachwycają. Nieco niepokojący wydaje się fakt, że nad głowami osób wchodzących na górę krążą pojedynczo lub stadnie urubu czarne (sępniki czarne), padlinożerne ptaki z rodziny kondorowatych, zwane w Panamie gallotes lub gallinazos (Coragyps atratus). Monitorują kondycję wchodzących, jakby wyczekiwały swojej szansy.

 

Niemal jedna trzecia powierzchni lądu została tu objęta obszarem chronionym. Taboga zwana jest również całkiem zasadnie Wyspą Kwiatów (Isla de las Flores). Zapach tychże dolatuje do nozdrzy, gdy tylko człowiek postawi nogę na molo niewielkiej przystani promowej – ta woń od razu upaja, wprawia w dobry nastrój, zwiastuje przyjemność wakacyjnej laby. Potem zaczyna się zauważać, że kwiaty rosną wszędzie. Mury i balustrady pokrywają bugenwille w kolorze szaty biskupiej, swoje okazałe kielichy kierują do słońca hibiskusy o barwie stroju kardynalskiego. Rośliny kwitną tu bez przerwy, soczystą, radującą oczy zieleń urozmaica mnóstwo wielobarwnych akcentów. Kwiaty zdobią pobocza wąskich uliczek, jakże spokojnych i urokliwych, upiększają domowe tarasy i przydrożne, zadbane kapliczki, których na wyspie nie brakuje. Najokazalsze z tych ostatnich poświęcone są Matce Boskiej z góry Karmel (Nuestra Señora del Carmen), patronce rybaków. Co roku 16 lipca na jej cześć odbywa się zachwycająca procesja na morzu. Świętuje wówczas cała wyspa. Wokół rozbrzmiewa muzyka, wszyscy tańczą do utraty tchu, a wieczorne niebo roziskrzają pokazy sztucznych ogni.

 

Colon Island 3

Kolorowe domy na karaibskiej Wyspie Kolumba

© HOVER TOURS

 

HISZPAŃSCY KONKWISTADORZY

 

Według legendy przekazywanej od pokoleń Matka Boska miała uwolnić miejscowych od najazdów piratów, którzy nękali tę okolicę w XVI w. Ponoć ukazała się intruzom na plaży jako przywódczyni zbrojnej grupy gotowej na odparcie ataku. Piraci zlękli się i wycofali. Wyspiarze pobiegli więc do kościoła, żeby podziękować Bogu za ten cud. W świątyni ujrzeli ślady mokrych stóp prowadzące do ołtarza. Stojący na nim posąg Maryi był mokry i pokryty piaskiem. Wtedy ludzie zrozumieli, komu ten cud zawdzięczają. Dlatego też czczą swoją patronkę do dziś z niesłabnącym oddaniem.

 

Wspomniany Kościół św. Piotra (Iglesia de San Pedro) jest podobno drugą najstarszą świątynią na półkuli zachodniej. Obecnie pieczołowicie odrestaurowany wyróżnia się bielą murów, jednak wyraźnie chropowatych, pamiętających odległą przeszłość. Mimo wielu budynków stojących w sąsiedztwie kościół już z daleka daje się namierzyć po typowej wieży z dzwonnicą. Wygląda niezmiernie malowniczo. Przed nim rozpościera się niewielki plac, gdzie starsi przychodzą, aby przysiąść i poplotkować, a młodsi, żeby pograć w koszykówkę. Świątynia powstała niedługo po tym, jak w 1524 r. przybył na wyspę hiszpański ksiądz Hernando de Luque i nad brzegiem oceanu założył osadę San Pedro. Najpierw była tu mała kaplica, w której m.in. przed wyprawą konkwistadorską komunię przyjęli poddani Królestwa Hiszpanii Diego de Almagro i Francisco Pizarro. Później, jak głosi historia, ten pierwszy odkrył Chile, a drugi podbił Peru. Datę odkrycia samej Tabogi, której nazwa pochodzi od słowa aboga znaczącego w języku dawnej rdzennej ludności „obfitość ryb”, podaje ceramiczna tablica umieszczona na urokliwym skwerku tuż przy nadmorskiej promenadzie. Według niej czynu tego dokonał w 1513 r. najbardziej kojarzony z Panamą konkwistador – Vasco Núñez de Balboa. Jako pierwszy Europejczyk pokonał Przesmyk Panamski i dotarł do Oceanu Spokojnego, któremu nadał nazwę Mar del Sur – Morze Południowe. Z Santo Domingo na wyspie Hispaniola (gdzie mieszkał i popadł w długi) dostał się do ówczesnej Złotej Kastylii, czyli północnego wybrzeża dzisiejszej Panamy, w nadzwyczaj zuchwały sposób. Ukrył się w beczce na solone mięso.

 

Ciudad de Panama-DSC 8755

Avenida Balboa i drapacze chmur stojące wzdłuż wybrzeża (Ciudad de Panamá)

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

WYDŁUŻAJĄCA SIĘ PLAŻA

 

Taboga przyciąga zarówno Panamczyków, jak i obcokrajowców sielskością i wciąż odczuwalną atmosferą czasów kolonialnych. Najwięcej turystów z kontynentu gości w trakcie świąt i weekendów. Dla tych, którzy odwiedzają kosmopolityczne miasto Panama w interesach lub innym celu i marzą, aby choć przez moment odprężyć się poza stolicą, ta wyspa stanowi najwłaściwszy wybór. Znajdują się na niej całkiem przyjemne plaże, obmywane łagodnymi falami Pacyfiku, jak Playa Honda i Playa La Restinga. Wyjątkową cechą tej drugiej jest to, że podczas odpływu można z niej przejść na inną, znacznie mniejszą, pagórkowatą wysepkę zwaną El Morro. Nadal da się tu dostrzec ślady dawnej stoczni. Warto nadmienić, że w połowie XIX stulecia Taboga pełniła funkcję znaczącego panamskiego portu. Miejsce obfituje w owoce tropikalne i owoce morza. Papaje i karambole dojrzewają dziko i w przydomowych ogrodach. Serwowane w lokalnych knajpkach ryby, jak podawana na różne sposoby corvina (Cilus gilberti), będąca panamską specjalnością, czy wszelakie owoce morza są tu zawsze świeże i wyśmienite. Smażona corvina najlepiej smakuje z także smażonymi bananami warzywnymi – platanami (plátanos verdes), popijana lodowatym piwem Balboa albo Panama. Wśród dań z owoców morza prawdziwą rozkosz dla podniebienia stanowią almejas al ajillo – delikatne małże z czosnkiem duszone w winie, doprawione odrobiną ostrej papryki i pietruszki. Uśmiech na niejednej twarzy wywoła na pewno rachunek wypisany odręcznie na kawałku tektury, będącej fragmentem jakiegoś opakowania.

 

UROKI SAN PEDRO

 

Po wyśmienitym posiłku warto udać się na sjestę albo pospacerować po okolicy. Już na obrzeżach San Pedro tutejsza nieposkromiona natura daje o sobie znać. Wszędzie coś rośnie, wije się, pleni. Co chwilę słychać chrobot w konarach drzew, ptasie trele i kwilenie, szelest pośród opadłych, wysuszonych liści lub gdzieś w trawie. Człowiek ma ciągle wrażenie, że nie jest sam, że coś mu dotrzymuje kroku i go obserwuje. Pełno tu jaszczurek śmigających między plamami słońca a cieniem. Jedne są małe i szybkie jak pocisk, inne – całkiem spore, wolniejsze i leniwe. Czasem trafi się wąż, lecz zaraz odpełza w swoją stronę.

 

Po powrocie do miasteczka trafimy na kury grzebiące w cieniu bananowców i na gallos de pelea, czyli koguty bojowe zamknięte w klatkach, odkarmione i zadziorne. Wśród nich znajduje się pewnie przyszły el campeón – czempion. Wtedy skojarzymy, że to, co wcześniej widzieliśmy i co przypominało okrągły basen dla dzieci, ze szczątkami piór zamiast wody, jest w istocie areną do kogucich walk. San Pedro ma też cmentarz. Nekropolie w tropiku zawsze sprawiają wrażenie osobliwych, hipnotyzują. Tworzą przestrzeń z pogranicza jawy i snu, gdzie realizm magiczny, który słynny kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez zaklął w swoich powieściach, wkracza do rzeczywistości. Najmocniej intrygują mnie takie nieco chaotyczne, skromne cmentarze. Złożone są one z białych jak wyschnięte piszczele grobowców z typowymi niszami, w które wsuwa się trumny. Część z grobów jest zapadnięta, część powleczona pajęczyną czarnych zacieków, bo wilgoć wypełza w tropiku z każdego kąta. Czasem widać tylko gołe krzyże wyrastające z suchej ziemi. Nie mogę się napatrzeć na takie cmentarze. Fascynuje mnie ten ich jakiś letargiczny charakter, pociągają te wszystkie tajemnice pozaszywane w cieniach i zapisane w osobliwych epitafiach.

 

W drodze do hotelu obowiązkowo należy zajrzeć do sklepu, gdzie Chińczyk mówiący po hiszpańsku płynnie i bez akcentu sprzedaje wyborny panamski rum Abuelo trzy razy drożej niż w kontynentalnej części kraju i narodowy trunek wysokoprocentowy z trzciny cukrowej Seco Herrerano w normalnej cenie. Co ciekawe, chińska społeczność w Panamie jest najliczniejsza w całej Ameryce Środkowej (między 135 tys. a 200 tys. mieszkańców, czyli ok. 4 proc. ludności tej ponad 4-milionowej republiki). Nie zaszkodzi zakupić oba trunki i jeszcze kilka limonek, zupełnie innych niż te, jakie znamy. Skórkę mają odrobinę zbrązowiałą, lecz ledwo przekrojone pachną jak marzenie bukietem aromatów pomarańczy i cytryn. Poza tym można z nich wycisnąć pyszny sok do drinka z rumem i coca colą, jeśli ktoś chciałby napić się cuba libre w wolnej Panamie. W hotelu, w położonym na najwyższym piętrze pokoju z wiatrakiem na suficie patrzę z balkonu na rozświetlony wieczorem Pacyfik – dziesiątki statków wyczekują wejścia do Kanału Panamskiego. O zmierzchu rozbrzmiewają żabie serenady. Niesforne psy ganiają się po sąsiednich podwórkach. Wreszcie przychodzi zasłużony sen.

 

O poranku wschodzące słońce odbija się pomarańczowo w otwartych na oścież drzwiach balkonowych. Na śniadanie dostaję smażone jajka, tosty i kawę, jak zawsze przepyszną. Na plaży na krótko przed wejściem na powrotny prom do Panamy wypijam jeszcze wodę z wielkiego, zielonego, dobrze schłodzonego orzecha kokosowego, w którym zmieściłyby się trzy szklanki płynu. Spoglądam na urzekającą Tabogę i żegnam się z nią: Hasta la próxima! („Do następnego razu!”).

 

WIECZÓR W TROPIKU

 

Po wizycie nad Pacyfikiem trafiam dla odmiany na Wyspę Kolumba (Isla Colón) leżącą na Morzu Karaibskim w prowincji Bocas del Toro (w archipelagu o tej nazwie). Jest późne popołudnie, prawie wieczór. Palmy kokosowe, zalane złotym kolorem zachodzącego słońca strzelają ponad skorodowane rdzą dachy z blachy falistej. Czaple białe wzbijają się nad gęste korony namorzynów, zataczają dwa, może trzy kręgi i siadają. Po drugiej stronie ulicy rozgrywa się scena jak z powieści Gabriela Garcíi Márqueza. Tęga doña z wałkami we włosach, odziana w bufiastą, pstrokatą sukienkę, spoczywa na bujanym fotelu przed domem i chłodzi się wachlarzem. Czasem ofuknie dzieciaki próbujące zwaśnić psa z kotem, jakby obu było mało kłótni na co dzień. W klatce o rozmiarach kredensu kuśtyka po drążku papuga o zielonożółtej głowie z czerwonymi policzkami, zapewne rudosterka żółtoskrzydła, występująca tu pod nazwą cotorra catana (Pyrrhura hoffmanni). Ptak skrzeczy, jakby chciał komuś naubliżać. Trzy młode Mulatki, ubrane w mundurki szkolne, kartkują jakąś opasłą książkę, coś w niej zaznaczają, trajkoczą i śmieją się. W tle za nimi znajduje się bananowy zagajnik, wyrośnięty mangowiec jeszcze bez owoców i drzewo chlebowe z owocami wielkimi jak bomby. Zapalają się pierwsze światła domowych lamp. Woda w zatoce mieni się najpierw złotem, potem różem i fioletem, odbijając kolory gasnącego nieba. Kiedy w tropiku kończy się dzień, wiadomo, że zmierzch zapadnie szybko.

 

Na Wyspie Kolumba warto wybrać się na Plażę Gwiazd (Playa de las Estrellas) z piaskiem drobnym i jasnym jak mąka, gdzie w płytkiej, przezroczystej wodzie niemal przy samym brzegu wylegują się okazałe rozgwiazdy: pomarańczowe, czerwone, żółte, nakrapiane. Są ich tu dziesiątki, leżą czasem jedna obok drugiej, w tercetach, kwartetach… Aby je podziwiać, trzeba podjechać lokalnym minibusem z Bocas Town (Bocas del Toro) do osady zwanej Boca del Drago (bilet kosztuje 5 dolarów amerykańskich) i dalej powędrować ścieżką biegnącą blisko namorzynów, kryjących setki pociesznych krabów. Idzie się pośród gajów palmowych, migdałowców i powykręcanych konarów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), której hiszpańska nazwa brzmi uva de playa, czyli „winogrono plażowe”. Po nacieszeniu się widokiem rozgwiazd można zamówić smażoną rybę z dodatkami w przyplażowej restauracyjce. Przeważnie w ofercie jest pargo rojo, czyli lucjan czerwony (Lutjanus campechanus), który smakuje znakomicie za każdym razem (zwłaszcza ze zmrożonym panamskim piwem). Warto zerknąć najpierw na świeże sztuki, dopiero co przyniesione z łodzi, i wybrać tę najbardziej nam odpowiadającą, szczególnie z uwagi na cenę.

 

HOTEL NA PALACH

 

Ostatniego dnia pobytu na Wyspie Kolumba wychodzę na werandę hotelu o lirycznej nazwie Olas de la Madrugada (Fale Wczesnego Poranka). Przy barze zwisa malowniczo kiść miniaturowych bananów. Wybieram dwa dojrzałe owoce, obieram nieśpiesznie i zjadam. Gdzieś w oddali puszczają w radio panamski reggaeton. Ta muzyka jest z natury głośna, rytmiczna i dość erotyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o teksty i choreografię w teledyskach. Zrodziła się w wyniku wymiany kulturalnej i muzycznej między Panamą i Portoryko w latach 90. XX w. Zdaniem wielu badaczy reggaeton, nazywany wcześniej reggae po hiszpańsku (reggae en español), pochodzi właśnie z okolic Przesmyku Panamskiego. Dźwięki utworów tego szaleńczego latynoskiego gatunku muzycznego rozchodzą się po wodzie niewielkiej zatoki, ale dystans sprawia, że do moich uszu docierają cichsze, łagodniejsze, co staje się całkiem przyjemnym doznaniem. Pamiętam jeden z usłyszanych kawałków – nazywa się Muchachita. Nagrał go w 2015 r. Fernando Cabrera Guzmán, znany jako Mr. Saik. To dominikański artysta, który zrobił karierę w Panamie.

 

Spoglądam przed siebie. Widzę domy w pastelowych kolorach osadzone na palach, niektóre świeżo pomalowane, inne już nieco zmurszałe, lecz wciąż bijące jakąś radością. Podobnie wygląda mój hotel: żółto-niebieski, trzymający się na filarach zagłębionych w dnie zatoki. Woda jest tu uderzająco przejrzysta i nie brakuje w niej ławic drobnych ryb. Przypomina mi się fragment z Wojny futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego, w którym autor opisuje swój tymczasowy dom w stolicy Ghany – Akrze. Mieszkam na tratwie, w bocznej uliczce handlowej dzielnicy Akry. Tratwa stoi wyniesiona na słupach do wysokości pierwszego piętra i nazywa się Hotel Metropol. W porze deszczów ten dziwoląg architektoniczny gnije i pleśnieje, a w miesiącach suszy – rozsycha się i trzeszczy. Ale się trzyma! Pośrodku tratwy stoi zabudowanie podzielone na osiem przegród. To nasze pokoje. Reszta miejsca objęta rzeźbioną balustradą nazywa się werandą. Tam mamy wielki stół do posiłków i kilka małych stolików, przy których pijemy whisky i piwo. Poza tym, że moja kwatera cechuje się zdecydowanie lepszym stanem, ten opis nawet by do niej pasował. Co najwyżej whisky zamieniłbym na wyśmienity panamski rum.

 

KARAIBSKIE REFLEKSJE

 

Ciężko było mi wyjeżdżać z Bocas Town (Bocas del Toro) na Wyspie Kolumba, a szczególnie żegnać się z tym miejscem o świcie. Za dobrze się tu czułem. Klimat Karaibów potrafi niezmiennie człowieka rozczulić. Niebywałe, jak umie go także zmienić przez pokazanie mu innego życia, często bardzo skromnego, choć kto wie, czy nie lepszego, pełniejszego, bliższego ludzkim sprawom. Wielu wraca z karaibskich tropików, myśląc, że być może mieć mniej znaczy mieć więcej. Dużo jest w tej krainie serdeczności, przyjaznych spojrzeń, pomocnych gestów. Ciągle odczuwa się potrzebę bliskości, towarzystwa drugiego człowieka niezbędnego do tańczenia, gry w domino, wypicia szklaneczki rumu. Poza tym wszyscy cały czas pragną tutaj rozmawiać. Na Karaibach komunikacja jest podstawą codziennego życia. Te rozmowy nigdzie tak szybko nie ujawniają charakteru rozmówców, ich temperamentu i emocji. Dyskutuje się głośno, bez umiaru, gestykulując przy tym żywiołowo. Czy rozmawiają dwie sędziwe matrony w zatłoczonym busie, czy nastolatki jazgoczące do swoich wymuskanych telefonów komórkowych – każdy wykazuje ogromne zaangażowanie. O tym właśnie najbardziej marzą ludzie uciekający z poukładanej północy na bezładne, nieprzewidywalne południe. Chcą doświadczyć obfitości życia i jego barwności we wszystkim, pociągającego luzu i braku pośpiechu, tej chwilowej, ale wyczekiwanej wolności.

 

DESZCZ NA POŻEGNANIE

 

O 5.00 lało jak z cebra. O 6.30 deszcz nie ustawał. Z nieba, jaśniejącego z oporem, spadały krople wielkości awokado. To była prawdziwa tropikalna ulewa. Nie chciała wypuścić mnie z hotelu i wyspy. Właściwie nie czułem się tym zmartwiony. Samolot linii Air Panama odlatywał za ponad godzinę, a do lotniska miałem niespełna 800 m. Najpierw planowałem dotrzeć na nie piechotą i po drodze spojrzeć ostatni raz na malownicze, budzące się domy. Jednak w tym potopie mój plan wydawał się bez sensu. Wyskoczyłem na ulicę i pobiegłem do centrum miasteczka, aby złapać taksówkę. Kierowca tej jedynej w zasięgu wzroku zaczynał dopiero dzień. Dopijał kawę w żółtym kubku z logo „Café Durán”, najpopularniejszej sieci w Panamie. Byłem jego pierwszym pasażerem, do tego przemokniętym do suchej nitki. Podrzucił mnie na miejsce, bo mu się nawinąłem, lecz wyczułem, że chętnie przedłużyłby sobie ten kawowy poranek.

 

Na lotnisku ociekający wodą turbośmigłowy samolot Fokker 50 czekał na poprawę pogody. Tą maszyną miałem odlecieć do stolicy. W końcu przestało padać i wyszło słońce. Ściana deszczu zwykle zmienia widoki w tropiku w coś na kształt kontrolnego obrazu z telewizora. Na szczęście promienie słoneczne przywróciły wszelkie utracone barwy. Rozejrzałem się – miałem przed sobą niewielkie lotnisko, mały samolot i krótki pas startowy. Za to karta pokładowa w mojej dłoni była długa jak spory rachunek z supermarketu. W bliskim sąsiedztwie pasa rosły bananowce i palmy. Natomiast tam, gdzie się kończył, zaczynało się boisko do baseballu i piłki nożnej. Niedawno Panama po raz pierwszy w historii awansowała na mundial (mistrzostwa świata odbędą się w Rosji w czerwcu i lipcu 2018 r.). Można więc przypuszczać, w co chętniej będą teraz grać wyspiarze koło lotniska. Lot z Wyspy Kolumba do Ciudad de Panamá trwał 45 min. W odwrotnym kierunku podróżowałem nocnym autobusem linii Tranceibosa (jedynej obsługującej bezpośrednie połączenie) przeszło 10 godz. Co więcej, klimatyzacja w pojeździe była chyba ustawiona na mrożenie pasażerów. Nie pomogła piersiówka z panamskim rumem. Potem, już o świcie, na przystani w miasteczku Almirante wskoczyłem do szybkiej łodzi płynącej do Bocas Town. Przyznam jednak, że pokonałbym tę całą trasę ponownie, każdym środkiem transportu, bo warto dotrzeć na czarujący archipelag Bocas del Toro, w ten czy inny sposób. To w końcu Karaiby!

 

5  Buceo Bocas del Toro1

Malowniczy bar z pomostem na Wyspie Kolumba zbudowany na palach na wodzie

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

BYSTRE OKO KINOMANA

 

Kiedy oglądam film i widzę w różnych scenach urzekające tropikalne plenery, jak choćby parujący las deszczowy, wybrzeże usiane wysmukłymi palmami kokosowymi albo fragment wiekowej kolonialnej zabudowy, natychmiast zaczynam szukać w internecie informacji, gdzie nakręcono te ujęcia. Szczególnie gdy tropik prezentuje się wyjątkowo realnie i niemal czuć ten bijący z ekranu żar, jaki oblepia aktorów – czoła im błyszczą, a włosy skręcają się w sprężynki od niepojętej wilgoci. Tego nie można sfabrykować. Jeśli tropik jest prawdziwy, od razu to wiadomo.

 

Tak było z filmem Escobar: Historia nieznana z 2014 r. z Benicio del Toro w roli tytułowej, do tego bardzo wyrazistej i przekonującej. Ten wszechstronny portorykański aktor grał dotąd m.in. wilkołaka, baseballistę czy Ernesta Che Guevarę, a w końcu wcielił się w postać kolumbijskiego barona narkotykowego. Jednak we wspomnianym filmie nie ujrzymy tak naprawdę Kolumbii. Zastąpiła ją Panama, czyli sąsiadka zza miedzy (nawiasem mówiąc, niezmiernie szerokiej, bagnistej i malarycznej, jeśli uznamy za nią przesmyk Darién oddzielający oba kraje). Panamskie pejzaże zostały tutaj zaprezentowane tak, że człowiek od razu nabiera ochoty, aby znaleźć się w okolicy z kadrów. Panama jest wyjątkowo fotogeniczna i skutecznie kusi nieujarzmionym interiorem. Najbardziej cieszy mnie powtórne – choć tym razem ograniczone do filmowych scen – odkrywanie miejsc, które już widziałem na własne oczy. Nieraz zdarzają się niespodzianki. Ostatnio okazało się, że Benicio del Toro gościł wraz z ekipą filmowców na... Bocas del Toro! Właśnie tam jeździłem rowerem: wzdłuż długiej i spektakularnej plaży Bluff na Wyspie Kolumba albo w Bocas Town. Oba miejsca pokazano w filmie kilka razy. Benicio del Toro na Bocas del Toro – brzmi to niesamowicie i zabawnie. Uwielbiam takie odkrycia. A Panama jest po prostu piękna!

 

Gwatemala – wulkaniczna ziemia Majów

 Arco_de_Antigua.jpg

Arco de Santa Catalina w Antigu

©INSTITUTO GUATEMALTECO DE TURISMO (INGUAT)

 


KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA

www.karolinasypniewska.pl

W tym niezwykłym kraju usianym wulkanami świątynie Majów wyrastają ponad korony drzew tropikalnej puszczy. Ekstremalna przejażdżka po lokalnych drogach odbyta „chicken busem” w towarzystwie kolorowo ubranych Gwatemalczyków dostarcza wielu wrażeń i satysfakcji prawdziwym podróżnikom. Kto zawita do Gwatemali, nie zazna spokoju, dopóki nie wróci do niej po raz kolejny, aby znów zanurzyć się w ten niesamowity świat.

Więcej…

Hamburg – metropolia na wodzie

 

Magdalena Ciach-Baklarz


W tej charyzmatycznej i gwarnej metropolii z przepięknymi jeziorami położonymi w samym jej sercu działa prężnie olbrzymi port zapewniający jej bogactwo. Hamburg zawsze był i do dziś jest wolnym miastem, tak kulturowo, jak i obyczajowo i politycznie. To tu żyją najszczęśliwsi mieszkańcy Niemiec, choć z drugiej strony to podobno najmniej niemiecki ośrodek w kraju.Warto sprawdzić, jak dziś wygląda dawne centrum handlu należące do Hanzy.

Więcej…