LUCYNA LEWANDOWSKA

<< Istnieje takie państwo w Europie, w którym nic nie leży za daleko, a niemal wszystko jest po drodze. Z górskich szczytów widać w nim morze, blisko wybrzeża Adriatyku znajdują się liczne zapierające dech w piersiach jaskinie, a kawałek dalej – malownicze rejony winiarskie. To właśnie w niewielkiej Słowenii, dosłownie wciśniętej między Włochy, Austrię, Chorwację i Węgry, natura potrafiła zebrać wszystko to, co w niej najatrakcyjniejsze. >>

Ta nieduża republika o powierzchni powyżej 20 tys. km², zamieszkiwana przez 2 mln ludzi, oddziela Europę Środkową od Półwyspu Bałkańskiego. Niemal 66 proc. jej terytorium zajmują lasy, a 37 proc. (354 jednostki, w tym jeden park narodowy) – tereny chronione w ramach programu Natura 2000. Niezmiernie zielona Słowenia posiada dostęp do błękitnych wód Morza Adriatyckiego. Jako członek Unii Europejskiej w styczniu 2007 r. przyjęła za swoją walutę euro. Funkcję jej stolicy pełni ponad 280-tysięczna Lublana, położona urokliwie nad rzeką Lublanicą.
Do Słowenii warto przyjechać zawsze, a już na pewno nie wolno nie wstąpić do niej z wizytą podczas pobytu w północnych Włoszech, na zachodzie Węgier, na chorwackim wybrzeżu lub w Austrii. W tym jedynym w swoim rodzaju uroczym zakątku kontynentu europejskiego mieszkają głównie gościnni Słoweńcy (stanowią powyżej 83 proc. ludności), mówiący językiem słoweńskim, zaliczanym tak jak polski do grupy językowej słowiańskiej.


PRZEZ GÓRY I DOLINY
Lasy, wzgórza, uprawy winorośli i ponownie lasy – tak na ogół zapamiętuje się przejazd przez ten kraj. Pośród tych krajobrazów – intensywnie zielonych latem i szalenie kolorowych jesienią – wyróżniają się Alpy Julijskie, zbudowane z jasnych wapiennych skał. Góry te leżą w większości na terytorium Włoch, jednak najatrakcyjniejsza i najpiękniejsza ich część (o powierzchni 1542 km²) wraz z najwyższym szczytem Triglavem (2864 m n.p.m.) należy do Słowenii i tworzy jedyny w niej park narodowy (Triglavski narodni park). Na jego terenie poprowadzono kilkadziesiąt szlaków o bardzo zróżnicowanym stopniu trudności oraz czasie przejścia. Są tutaj drogi typowo wspinaczkowe, niektóre zabezpieczone metalowymi linami i klamrami, ale znajdziemy też trasy bardziej turystyczne czy spacerowe. Jeżeli zdecydujemy się na zdobycie majestatycznego Triglavu, to powinniśmy zabrać ze sobą kask ze względu na spadające niekiedy kamienie.

FOT. SLOVENIA.INFO/KLEMEN KUNAVER

Jezioro Podwójne (Dvojno jezero) w Triglavskim Parku Narodowym


Bardzo rozległą panoramę Triglavskiego Parku Narodowego podziwiać można ze stoków szczytu Vogel (1922 m n.p.m.), na których działa jednocześnie ważny ośrodek narciarski (Vogel Ski Center). Mimo bliskości Adriatyku (ok. 50 km w linii prostej) pojeździmy tu na naturalnym śniegu od grudnia nawet aż do końca kwietnia. Na wysokość 1535 m n.p.m. dociera czynna cały rok kolejka linowa. Z tego miejsca warto podjechać 4-osobowym wyciągiem krzesełkowym Šija jeszcze 265 m wyżej, skąd widać leżące w dole duże granatowe jezioro – Bohinjsko jezero (3,3 km² powierzchni) – oraz najważniejsze okoliczne wierzchołki wraz z wybijającym się pośród nich Triglavem. Pod koniec lata okolice tego uroczego zbiornika często spowija mgła, ale czasami dobrze jest zaryzykować i wjechać na górę. Zdarza się, że chmury szczelnie zakrywają dolinę Bohinj, za to szczyty lśnią w słońcu.
Jeżeli w wyższych partiach gór panuje dość kiepska widoczność, oprócz zachwycania się spektakularnymi widokami mamy do wyboru też inne atrakcje. Kilkunastometrowe skoki w miniaturowe oczka wodne, zjazd na linie w sercu wodospadu, spływ nurtem górskiego potoku – tak reklamują się firmy organizujące kanioning w Słowenii. Centrum tego sportu znajduje się w miasteczku Bovec, położonym w północno-zachodniej części kraju, niedaleko granicy z Włochami. Dużą popularnością cieszą się zwłaszcza pobliskie kaniony Sušec, Fratarca, Grmečica czy Jerečica. Jeśli będzie nam jeszcze mało, możemy wybrać się na rafting na rzekach Soczy i Sawie, spływy kajakowe lub stosunkowo nowy hydrospeed (spływ na plastikowej desce). Coraz więcej zwolenników zyskuje sobie również nurkowanie, zarówno w przejrzystych wodach zachwycającego Blejsko jezero (1,45 km² powierzchni), jak i ciemnej toni jeziora Bohinj, do którego przyciągają trzy zatopione małe łódki.
Huczące wodospady pośród wysokich skalnych ścian mogą zobaczyć z bliska nie tylko osoby lubiące sporty ekstremalne. Przez malowniczy i wąski wąwóz Vintgar (Soteska Vintgar) koło Bledu płynie alpejska rzeka Radovna. Przejście nad spienionym potokiem oraz dziesiątkami kaskad umożliwiają wygodne drewniane pomosty ciągnące się wzdłuż nurtu. Dzięki dużej wilgotności skały porasta bujna roślinność. Mostki i galeryjki wiją się raz na jednym, raz na drugim brzegu niczym krzew winorośli. Nazwa tego miejsca oznacza zresztą podobno „winnicę” (od niemieckiego Weingarten). Trasa ta doskonale nadaje się także na niedługi rodzinny spacer z dziećmi.

TAM, GDZIE MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ
Górskie obszary Słowenii kryją w sobie jeszcze jeden niezmiernie urokliwy zakątek. Miasto Bled, znane z łagodnego klimatu i wręcz pocztówkowych krajobrazów, zaliczane jest do wyjątkowych kurortów alpejskich. Grzbiety Alp Julijskich oraz masyw Karawanki (Karavanke) leżący na pograniczu z Austrią chronią je od zimnych wiatrów północnych. Dobra pogoda oraz usytuowanie we wspaniałym otoczeniu sprzyjają grze w golfa, zwłaszcza że sezon trwa tu wyjątkowo długo, bo od wiosny do późnej jesieni. Już w 1937 r. powstał w Bledzie jeden z najpiękniejszych obiektów golfowych w Europie, obecnie najstarszy i największy w Słowenii. Jego 18-dołkowe pole klasy mistrzowskiej zostało przebudowane w 1972 r. przez znanego angielskiego projektanta Donalda Harradine’a (1911–1996). W ciągu ostatnich lat Bled Golf Course było gospodarzem licznych ważnych imprez na poziomie europejskim, takich jak LPGA Tour, The Challenge Tour, European Boys’ Team Championship i European Senior Ladies’ Team Championship.  
Samemu miastu uroku dodaje pobliskie bajkowe jezioro Bled (Blejsko jezero) położone na wysokości 475 m n.p.m. Temperatura wody w górskich zbiornikach rzadko pozwala na przyjemną kąpiel, tutaj jednak osiąga latem ok. 20°C (czasem nawet 25°C) dzięki ogrzaniu przez źródła termalne. Odpowiednie do pływania warunki utrzymują się w tym akwenie najdłużej spośród wszystkich słoweńskich alpejskich miejscowości. Dlatego też mieszka w nim wiele ryb, widocznych już przy brzegu.

FOT. SLOVENIA.INFO/FRANCI FERJAN

Otoczone górami magiczne Blejsko jezero z naturalną wysepką Bled


Arnold Rikli (1823–1906), szwajcarski lekarz, który spędził znaczną część swojego życia w ponad 5-tysięcznym dziś Bledzie, jako jeden z pierwszych docenił korzystny wpływ miejscowych źródeł leczniczych na ludzki organizm. Rozpoczął tu budowę ośrodka zdrowia, basenów termalnych i łaźni z podgrzewaną do 30°C wodą. Kiedy w I połowie XX w. jugosłowiańska rodzina królewska Karadziordziewiciów wzniosła w mieście swoją letnią rezydencję, stało się ono coraz chętniej odwiedzanym kurortem. Dzisiaj wieczorami z piaszczystej plaży widać wspaniale oświetlone zabudowania miejskie i mury zamku z XI stulecia (Blejski grad) wznoszącego się na wysokiej skale oraz zarysy gór, które do późnej wiosny pokrywa śnieg. Nie sposób nie wspomnieć również o jednym z najbardziej znanych turystycznych symboli Słowenii, małej wyspie na jeziorze Bled (Blejski otok) ze starym kościółkiem w barokowym stylu. Mnóstwo osób przybywa na nią ze względu na tzw. dzwon życzeń. Legenda mówi, że kto nim porusza, ten oddaje cześć Maryi Pannie, a jego marzenie zostanie spełnione.


„IN AQUA SANITAS” – W WODZIE ZDROWIE
Źródła termalne w okolicach Bledu dla współczesnych odkrył Arnold Rikli, te na wschodzie kraju oraz na wybrzeżu Adriatyku pierwsi wykorzystywali już starożytni Rzymianie. Wody lecznicze mają tutaj zróżnicowaną temperaturę – od 32° do 73°C. Pobliskie ośrodki zapewniają najwyższej jakości opiekę zdrowotną, bogaty wachlarz zabiegów oraz ciekawe programy rekreacyjne.
W maleńkim regionie Prekmurje, tuż przy granicy z Węgrami, znajdziemy Zdravilišče Radenci ze źródłami mineralnymi docenionymi w XIX w. przez dwór austriacki, Terme 3000 w Moravskich Toplicach z niezwykłą czarną wodą termalną oraz Terme Lendava, gdzie największą atrakcją są baseny z naturalną parafiną. Dolna Kraina (Dolenjska) nazywana „rowerową stolicą Słowenii” posiada trzy nowoczesne uzdrowiska, w tym jedno z największych w kraju Terme Čatež. Jednak najwięcej rozbudowanych kompleksów spa & wellness jest w regionie Styria (Štajerska), słynącym z wyrobu wyśmienitego białego wina, szczególnie Ljutomer Riesling, oraz niezmiernie popularnego wśród narciarzy łańcucha górskiego Pohorje czy zabytkowego Mariboru nad rzeką Drawą, drugiego co do wielkości słoweńskiego miasta (100 tys. mieszkańców). Spośród tutejszych siedmiu miejscowości kuracyjnych wyróżnia się Rogaška Slatina, gdzie historia wodolecznictwa sięga ok. 400 lat wstecz. XVII-wieczna legenda z nią związana wspomina czasy jeszcze wcześniejsze. Otóż grecki bóg piękna i słońca Apollo miał nakazać mitycznemu skrzydlatemu koniowi Pegazowi uderzyć kopytem w ziemię, aby z tego punktu wytrysnęło źródło dające zdrowie, pełne czystej, boskiej mocy. Głęboko pod powierzchnią ziemi (między 280 a 606 m) miejscowa woda źródlana zostaje w naturalny sposób wzbogacona minerałami z rozpuszczających się skał, m.in. magnezem (aż 1040 mg/l!), wapniem, sodem, potasem, siarczanem. Z leczniczych właściwości powstałej w tym procesie Donat Mg (nazwa od pobliskiej góry Donačka) można korzystać m.in. w Medical Center Rogaška, jednym z największych centrów medycznych w kraju.
Słoweńskie wybrzeże (Slovenska obala) liczy niemal 47 km. Na tak z pozoru niewielkim odcinku, obok zabytkowych i niezmiernie klimatycznych miast takich jak Koper, Piran czy Izola, istnieją kolejne dwa uzdrowiska termalne w rejonie słynnego kurortu wypoczynkowego Portorož (Port Róż). Ośrodki Talaso Strunjan oraz Terme & Wellness LifeClass Portorož są uznanymi w Europie centrami talasoterapii. Można w nich nie tylko poddać się dobroczynnemu wpływowi wody i morskiego klimatu, ale także skorzystać z szerokiego wachlarza zabiegów kosmetycznych i zdrowotnych z zastosowaniem morskich soli i błota.
Każda ze słoweńskich miejscowości kuracyjnych dysponuje bogatą bazą noclegową, licznymi basenami, doskonałym zapleczem sportowo-rekreacyjnym oraz spa & wellness. Wydobywane w nich wody leczą dolegliwości reumatyczne, neurologiczne, gastryczne, ruchowe, schorzenia skóry i wiele innych. Tereny wokół kurortów leczniczych to najczęściej doskonałe okolice do uprawiania sportów: golfa, tenisa, joggingu, żeglarstwa czy wędkarstwa, a pokrywają je gęste sieci szlaków pieszych, rowerowych, konnych i winnych. Do odwiedzenia tych uzdrowisk dodatkowo zachęca ich wciąż rosnąca renoma.

SZLACHETNE LIPICANY
Kilkanaście kilometrów od wybrzeża Adriatyku i 80 km od stołecznej Lublany, niedaleko od granicy z Włochami, znajduje się znana stadnina w Lipicy, utworzona już w 1580 r. Jeździectwo w Słowenii posiada wielowiekową tradycję. Wycieczki w siodle to przyjemność oferowana przez liczne ośrodki jeździeckie i gospodarstwa agroturystyczne. Na konne wyprawy można wybrać się wokół grodzonych pól, do parków krajobrazowych, a nawet do Triglavskiego Parku Narodowego. W Stadninie Lipica (Kobilarna Lipica) rezyduje ponad 350 pięknych i silnych siwych lipicanów (koni lipicańskich). Wyhodowano je na potrzeby wiedeńskiego dworu cesarskiego z miejscowego gatunku Karster oraz koni hiszpańskich i neapolitańskich. Po dziś dzień ogiery lipicańskie zobaczymy podczas występów w słynnej Hiszpańskiej Szkole Jazdy w Wiedniu. Obecnie Lipica zaprasza turystów m.in. na zwiedzanie historycznej stadniny i nowoczesnego muzeum (Muzej Lipikum), przejażdżkę karetą lub powozem wśród bujnej zieleni posiadłości, jazdę konną w terenie, a także pokazy tresury i jeździectwa, które wymagają kilku lat codziennego treningu. Odbywają się tutaj również niezmiernie widowiskowe międzynarodowe konkursy w powożeniu i ujeżdżeniu, będące częścią Pucharu Świata. Na pewno niezapomniane przeżycie stanowi też sam widok klaczy ze źrebiętami wychodzących na pastwisko o poranku albo gra w golfa na malowniczym 9-dołkowym polu, czynnym przez cały rok.

W SŁOWEŃSKICH JAMACH
Lipica leży na skraju sporego płaskowyżu zwanego Krasem. Jego kamienisty z pozoru obszar wypełniają przepiękne doliny, jeziora, źródła i rzeki, które raz płyną po powierzchni ziemi, a raz ukrywają się pod nią. Region ten słynie przede wszystkim z kilkuset jaskiń krasowych. Do najbardziej znanych z nich należą z pewnością Jaskinie Szkocjańskie (Škocjanske jame), wpisane w 1986 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W ich kompleksie czekają na nas fascynujące i często gigantyczne formacje naciekowe, kanion rzeki Reka, naturalne przeprawy, leje, wodospady oraz jedna z największych podziemnych komór w Europie – Martelova dvorana (wysoka na 146 m, szeroka na 120 i długa na 300). Chodzi się tu m.in. po wykutych w skale półkach, metalowych kładkach oraz po zawieszonym 50 m nad nurtem rzecznym moście Cerkvenikov. Niesamowite wrażenie robi też znajdująca się niedaleko studnia krasowa – ogromne zapadlisko o 100 m głębokości.

FOT. SLOVENIA.INFO/D. MLADENOVIČ

Fantastyczne formacje wapienne w Jaskiniach Szkocjańskich


Zdecydowanie najczęściej odwiedzaną jaskinią w Słowenii (aż 35 mln turystów w ciągu niemal 200 lat!) jest jednak już od 1819 r. Postojna (Postojnska jama), także szczycąca się fantastycznymi kształtami wapiennych nacieków oraz 21 km podziemnych pasaży, galerii, łuków i bajkowych sal. Posiada ona dwie unikatowe atrakcje. Jej ogromne i długie tunele przemierza się specjalnym elektrycznym pociągiem. Poza tym ujrzymy tutaj rzadkiego odmieńca jaskiniowego (Proteus anguinus), zwanego „ludzką rybką”. Te ślepe i pozbawione pigmentu ogoniaste płazy zamieszkują wody niewielkiego zbiornika, do którego dociera się pod koniec zwiedzania. Postojnska jama słynie również z przepięknego stalagmitu – 5-metrowego Brylantu (Briljant). Wizyta w niej stanowi bez wątpienia wspaniałą przygodę dla całej rodziny. Tak samo zresztą jak w pobliskim zapierającym dech w piersiach Zamku Predjamskim (Predjamski grad).  

NA SZLAKU WINNYM
Dopełnieniem wszystkich cudownych słoweńskich atrakcji powinny być miejscowe wyśmienite trunki. W regionach uprawy winorośli, zarówno latem, jak i jesienią, odbywają się liczne barwne festiwale. 11 listopada Słoweńcy obchodzą hucznie Martinovanje, czyli Dzień Świętego Marcina, znany i w innych krajach Europy, ale tylko w Słowenii i Chorwacji celebrowany jako święto wina, kończące okres zbiorów. Mówi się, że do tego czasu winne grona są nieczyste i grzeszne. Dopiero błogosławieństwo św. Marcina zamienia je w nowe i niczym nieskażone.
    Słowenia, mimo niewielkiej powierzchni, może się pochwalić dużą różnorodnością szlachetnych trunków. Regiony winiarskie rozciągają się przy granicach z sąsiadami. Dzięki temu do rodzimych metod wytwarzania przenikają elementy z innych kultur. Dawniej swoje wpływy zaznaczyli tu starożytni Rzymianie, potem Niemcy, Austriacy i Węgrzy. Dzisiaj dominuje podobieństwo do szczepów winnych z północno-wschodnich Włoch. Z czerwonych odmian uprawia się w Słowenii m.in. Merlot, Cabernet Sauvignon, Cabernet Franc, Zweigelt, Modri pinot, Refošk czy Kraški teran, a z białych (dużo częstszych) – Sauvignon Blanc, Chardonnay, Malvaziję, Muškat otonel, Šipon, Renski rizling, Laški rizling, Traminec, Sivi pinot i Beli pinot.

FOT. SLOVENIA.INFO/B. BAJŽELJ

Winnice w północno-wschodnim regionie Słowenii – Styrii (Štajerska)


Słoweńskie wino produkuje się w trzech najważniejszych rejonach. Pierwszy z nich to Przymorze (Primorska), zgodnie z nazwą położony w pobliżu Adriatyku. Bardzo ciepłe lato oraz wietrzna i wilgotna zima powodują, że uprawiane w nim winogrona są bardziej słodkie niż w pozostałych częściach kraju. Wśród szczepów białych wyróżniają się cztery niespotykane nigdzie indziej: Zelen, Pinela, Pikolit i Klarnica.
Kolejnym regionem jest Posavje rozciągające się na południowym wschodzie nad rzeką Sawą, teren o bardzo różnorodnych rodzajach gleby, a także zmiennych warunkach klimatycznych. Na jego obszarze przeważają małe winnice z rodzinnymi tradycjami, wytwarzające m.in. czerwone, wytrawne wino Cviček, które powstaje z mieszanki gron białych i czerwonych.
Najdalej na wschód znajduje się Podravje. Nazwano je od rzeki Drawy, drugiej co do wielkości w Słowenii (po Sawie). To największy region winiarski w kraju. Słynie on głównie z bardzo owocowych i aromatycznych win białych (np. Laški rizling, Renski rizling, Zeleni silvanec, Beli pinot czy Kerner). Większość z nich ma północne pochodzenie, w smaku przypominają te z dolin Renu i Mozeli.  
Słoweńscy producenci coraz częściej starają się stawiać na gatunki lokalne, charakterystyczne dla danego rejonu. Jeżeli chcemy poznać nowe, wyjątkowe rodzaje tych szlachetnych trunków, powinniśmy wybrać się na jedną z kilkunastu winnych tras (vinske ceste). Oznaczono je brązowymi drogowskazami zachęcającymi do odwiedzenia urokliwych winnic wraz z piwnicami, rozlewniami i sklepikami. Za najpiękniejszy uchodzi szlak Vinska cesta Jeruzalem w podrawskim podregionie Ljutomer-Ormož. Według legendy zatrzymał się w tej okolicy oddział krzyżowców, aby odpocząć w drodze do Jerozolimy. Ich pobyt mocno się przedłużył z uwagi na wspaniałe wina serwowane przez gościnnych mieszkańców. Ponieważ rycerze nie potrafili zrezygnować z raczenia się tak wyśmienitym alkoholem, uznali, że ich Jerozolima leży właśnie tutaj i... zostali.
Wy także, drodzy Czytelnicy magazynu All Inclusive, musicie koniecznie odwiedzić ten nieduży, malowniczy, niezmiernie klimatyczny kraj, jakim jest Słowenia. Gdy wypijecie kieliszek słoweńskiego wina i spojrzycie na cudowne zielone wzgórza, sami postanowicie… wrócić jak najszybciej w te słoneczne strony.

Artykuły wybrane losowo

Wśród turkusowych miast Uzbekistanu

fot_11.jpg

Błękitno-turkusowa fasada budynku w nekropolii Szach-i Zinda

© SŁAWEK JANAS/ODPRAWIENI.PL


Sławomir Janas

Magdalena Oczkowska-Janas

 www.odprawieni.pl

 

Bajkowe krajobrazy, egzotyczny klimat, miasta spowite błękitem, atmosfera jak z „Baśni tysiąca i jednej nocy”, a do tego najsłodsze arbuzy i melony pod słońcem – tak wyobrażaliśmy sobie Uzbekistan, zanim go odwiedziliśmy. Te przewidywania w większości się sprawdziły, ale dziś możemy powiedzieć, że przed wyjazdem nasz obraz tego serca Azji Środkowej był niepełny. Trudno przecież tak naprawdę poznać jakiś region bez ruszania się z domu. Zapraszamy więc do zapoznania się z naszymi doświadczeniami z podróży do tej wyjątkowej azjatyckiej republiki.

Więcej…

W Gwatemali, kraju wiecznej wiosny

NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

 

<< Określana mianem kraju wiecznej wiosny tajemnicza Gwatemala, kipiąca zielenią i zachwycająca piramidami otulonymi mistyczną mgłą lasu deszczowego to niewielka kraina ludzi o ogromnych sercach. Niezmiennie od lat przyciąga ona podróżników szukających kontaktu z wciąż żywą kulturą Majów. Lawirując pomiędzy jej przeszłością i teraźniejszością, odkrywamy jej unikatowy na skalę światową charakter, tak różnorodny jak paleta barw majańskiej chusty. >>

Więcej…

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM