JAKUB WOLSKI

 

<< Jeszcze w latach 90. ubiegłego stulecia podróż do kraju Drakuli budziła ogólne zdziwienie. Działo się tak dlatego, że strony te nie należały do najbezpieczniejszych i cieszyły się złą sławą. Dziś coraz więcej turystów z całego świata patrzy na Rumunię z zainteresowaniem, a nawet nieskrywaną fascynacją. Potężne Karpaty i owiana aurą tajemniczości historyczna Transylwania mają w sobie coś, czemu trudno się oprzeć… >>

Początki samodzielnego państwa rumuńskiego przypadają dopiero na XIX w. Wcześniej jego tereny trafiały pod panowanie Rzymian, Węgrów, Austriaków, Turków czy Rosjan. Współcześnie najwięcej przedstawicieli w tym kraju liczy sobie mniejszość węgierska. Stanowi ona aż 6,5 proc. mieszkańców 19-milionowej Rumunii. Wiele miast położonych przy granicy z Węgrami czy szczycących się długą historią posiada dwie wersje językowe: rumuńską i węgierską. Tu kończy swój bieg druga najdłuższa rzeka Europy – Dunaj, która u wybrzeży Morza Czarnego tworzy szeroką i widowiskową deltę.

 

Gdy pierwszy raz (jeszcze jako student) odwiedzałem Rumunię, moim celem były Fogarasze – piękne, skaliste pasmo górskie należące do Karpat Południowych. Dotarcie do nich na własną rękę, bez samochodu, wymagało nieco sił i dużo cierpliwości. Do Krakowa pojechaliśmy pociągiem, stamtąd do Budapesztu – autobusem, gdzie znów wybraliśmy połączenie kolejowe do Simerii w Transylwanii (Siedmiogrodzie), aby przesiąść się po raz kolejny i kolejny… Po 30 godz. przerzucania bagaży między różnymi środkami transportu stanęliśmy na peronie, a właściwie na ziemi, bo prawdziwej stacji nigdy w tym miejscu nie było. Przed nami znajdowała się niewielka, malowniczo położona wioska na końcu świata, a za nią góry – przepiękne, dumne i wymagające.

 

Serce Transylwanii

Góry Fogaraskie, nazywane również „Alpami Transylwańskimi”, na pierwszy rzut oka przypominają Tatry. Tutejsze szczyty są skaliste i wznoszą się na wysokość ok. 2500 m n.p.m. Jest jednak jedna podstawowa różnica – brak ludzi. W sezonie na tatrzańskich szlakach ze względu na tłumy turystów nietrudno poczuć się jak na Krupówkach. W Rumunii przez cały dzień możemy nie spotkać nikogo i cieszyć oczy nietkniętymi ludzką ręką krajobrazami. W kotłach polodowcowych lśnią jeziora, jak okiem sięgnąć zielenią się doliny, poprzecinane wąskimi liniami strumieni, na północnych stokach nawet w lecie odbijają światło jęzory śniegu, a sam grzbiet ciągnie się przez ok. 70 km. Przejście całego pasma zajmuje nawet tydzień.

Dużo mniejsze zainteresowanie tym rejonem wynika z tego, że góry te wymagają większego doświadczenia wspinaczkowego – niektóre fragmenty głównego szlaku zostały zabezpieczone łańcuchami i przypominają naszą Orlą Perć. Grozę budzą też miejscowe nazwy, np. Strunga Dracului (Diabelski Żleb) czy La trei paşi de moarte (Trzy kroki od śmierci). Mimo iż opisy niebezpieczeństw wydają się przesadzone, gdy już na trasie przystaniemy na znacznej wysokości na skale, z której roztacza się widok na szeroką i wolną przestrzeń, trzymając się jednocześnie jedną ręką łańcucha, natychmiast nabieramy respektu do tego miejsca. Trudności dodają jednak wspinaczce tylko uroku i zwiększają satysfakcję z osiągnięcia szczytów, takich jak Negoiu (2535 m n.p.m.) czy Moldoveanu (2544 m n.p.m.). Ten drugi jest najwyższą górą Rumunii, oddaloną od asfaltowych dróg o przynajmniej 2 dni wędrówki, co sprawia, że cały ekwipunek (łącznie z jedzeniem) musimy nieść ze sobą. Schroniska leżą tutaj dość nisko, dlatego nocuje się głównie w ogólnodostępnych schronach, wzniesionych najczęściej tuż obok polodowcowych jezior, z których można czerpać wodę. W środku mieści się jedynie 8–12 osób.  

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Negoiu a Moldoveanu grań przechodzi ponad wijącą się w dole Szosą Transfogaraską, wybudowaną na początku lat 70. ubiegłego wieku za komunistycznych rządów Nicolae Ceauşescu (1918–1989). Miała ona umożliwiać sprawne przemieszczanie się czołgów z jednej strony Karpat na drugą. W tym celu na wysokości 2034 m n.p.m. powstał ciągnący się prawie przez kilometr tunel. Ze względu na zalegający śnieg jest on zamykany od października lub listopada do maja lub czerwca. W najwyższym punkcie szosy, po północnej stronie tunelu, znajduje się jezioro Bâlea. Nad jego brzegiem zbudowano zimą 2005/2006 r. pierwszy w południowo-wschodniej części Europy hotel lodowy (Hotel of Ice). Sam nocleg w nim będzie już niezapomnianym przeżyciem, ale jego odwiedziny warto rozpocząć od wjazdu kolejką linową (czynną od 1 listopada), z wagonu której obejrzymy wynurzające się z mgły ośnieżone szczyty. W takim otoczeniu, w sercu Fogaraszy, opowieści o Drakuli nabierają innego, bardziej realnego wymiaru.

FOT. SORIN TOMA/MDRT

151-kilometrowa Szosa Transfogarska przecina Góry Fogaraskie 

 

Jak głosi legenda…

Przy Szosie Transfogaraskiej, po południowej stronie Gór Fogaraskich, na wzgórzu wznoszącym się nad doliną rzeki Ardżesz stoi Cetatea Poenari (Cytadela Poenari). Historia zamku nierozerwalnie wiąże się z pewnym władcą tych ziem, którego świat zna jako hrabiego Drakulę. Pierwowzorem postaci wampira stworzonej w XIX w. przez irlandzkiego pisarza Brama Stokera w książce Dracula był Vlad Drăculea (1431–1476) – hospodar wołoski, który swoich przeciwników kazał wbijać na pal, czym zasłużył sobie na przydomek Palownik (Țepeș). Przyszedł on na świat w Sighişoarze w Transylwanii, malowniczo położonej miejscowości znajdującej się na trasie między Budapesztem a Bukaresztem. Uważa się ją słusznie za jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast Europy Środkowo-Wschodniej, a o palmę pierwszeństwa pod względem uroku i niepowtarzalnego klimatu ze spokojem może walczyć ze starymi dzielnicami Pragi czy Wiednia. Poza takimi cennymi zabytkami, jak Biserica din Deal (Kościół na Wzgórzu) z 500-letnimi freskami, natkniemy się tu również na dom, w którym urodził się podobno okrutny syn hospodara wołoskiego Vlada Dracula, czyli Włada Diabła (ok. 1390–1447).

FOT. SORIN TOMA/MDRT

Wieża Zegarowa w Sighișoarze

 

Choć przestępczość za panowania Włada Palownika zniknęła praktycznie zupełnie, nie cieszył się on sympatią poddanych. Ostatecznie zginął podczas walki z Turkami, nasłanymi prawdopodobnie na niego przez jego konkurenta do tronu Wołoszczyzny Basaraba III Starego. Jego życiorys w połączeniu z literacką wizją Stokera opartą na wierze w wampiry stał się źródłem legendy o niezwykłej popularności. Dziś Cytadela Poenari i Sighişoara nie są jedynymi miejscami związanymi z Drakulą w Rumunii…

FOT. SORIN TOMA/MDRT

Ruiny Cytadeli Poenari

 

Na przełaj przez Parâng

Jeszcze kilka lat temu Transalpina stanowiła prawdziwy raj dla miłośników wypraw off-roadowych, ale dzięki funduszom unijnym ta najwyżej leżąca rumuńska droga krajowa prowadząca przez góry Parâng została zmodernizowana. Zbudowano nowe mosty i wiadukty oraz wylano asfaltową nawierzchnię. W XIX w. była to jedynie pasterska ścieżka, nazywana diabelską, a po I wojnie światowej służyła jako prowizoryczna przeprawa. Aż do 2009 r. sympatycy pojazdów z napędem na 4 koła uważali ją za swoją mekkę. Teraz pokonanie jej nie sprawia już problemów, a amatorzy off-roadu w poszukiwaniu większych wrażeń przenieśli się na pobliskie szlaki.

Modernizacja pociągnęła za sobą także inne skutki. Okolica z raczej odludnej przekształciła się w popularny rejon turystyczny. U podnóża niegdyś spokojnej przełęczy Urdele (2145 m n.p.m.), gdzie biegały dzikie konie i pasły się owce, wzniesiono miasteczko hoteli i pensjonatów Rânca. Cywilizacja wtargnęła tutaj z pełną mocą, a Transalpina pozostała wyzwaniem jedynie dla… rowerzystów – w końcu podjazd ciągnie się przez 60 km! Tylko jedno nie zmieniło się wcale – rewelacyjne widoki, które stały się teraz dostępne dla wszystkich. Kierowców samochodów z napędem na 4 koła na pewno nie uszczęśliwiło przebudowanie drogi, ale w Rumunii jeszcze długo nie zabraknie im odpowiednich terenów. W końcu Karpaty zajmują ponad 1/3 powierzchni kraju i w ogromnej większości nadal są dzikie. Choć góry Bucegi czy Alpy Rodniańskie nie posiadają może legendy Transalpiny, z pewnością dostarczą odpowiedniej dawki adrenaliny.

 

W poszukiwaniu Daków 

W okolicach Transalpiny warto udać się na północ, gdzie rozciąga się pasmo gór Şureanu z najwyżej położonym stanowiskiem archeologicznym w Karpatach. Wiele lat temu na przełęczy Ocolu odkryto pozostałości strażnicy dackiej z I w. n.e., strzegącej od strony południowej dojścia do stołecznej Sarmizegetusy Regii, siedziby ostatniego króla Daków Decebala. Dawna stolica Dacji wraz z ruinami pięciu innych twierdz została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Same zabudowania nie są jednak tak fotogeniczne, jak rozciągająca się na horyzoncie cudowna panorama gór Parâng. Şureanu to również urocze wąwozy, jaskinie krasowe z Şura Mare na czele oraz wielkie bogactwo fauny. Nawet spotkanie niedźwiedzia czy wilka nie powinno tutaj dziwić. Jeśli nie ma się pełnego zaufania do własnych umiejętności posługiwania się mapą, lepiej pomyśleć o wynajęciu przewodnika, bo o szlaki turystyczne i wydeptane ścieżki może być po prostu trudno.

 

Podziemna Rumunia

Pośród dziesiątek pasm górskich jest w Rumunii jeszcze przynajmniej jedno, którego nie wolno przegapić – Masyw Bihorski i obszar krasowy Padiş (Padisz). W te góry nikt nie przyjeżdża jednak zdobywać szczytów, bowiem największe atrakcje kryją się tu pod ziemią. Na każdym kroku natykamy się na zapadliska, studnie krasowe z wiecznym lodem, groty pełne szaty naciekowej, podziemne jeziora czy wywierzyska. Wszystko to przyciąga swoim mrokiem i skrywaną wewnątrz tajemnicą. Wystarczy wybrać się do krasowego kompleksu Cetăţile Ponorului (Twierdzy Ponoru), aby poczuć dreszcz emocji i duży skok adrenaliny we krwi. Zejście do jaskini zostało opatrzone łańcuchami i drabinkami. Wchodzi się do niej przez ogromną skalną bramę, mierzącą 70 m wysokości, przez którą wpływa do środka potok, wytryskający następnie u podnóża Padiszu. Korytarz prowadzi coraz dalej i coraz głębiej, aż dociera do podziemnej rzeki i wielkiego zapadliska. Jaskinia w najwyższym punkcie ma aż 100 m!  

FOT. SORIN TOMA/MDRT

Jaskinia Niedźwiedzia w okręgu Bihor

 

Twierdza Ponoru to tylko jedna z licznych atrakcji Gór Bihorskich. Znajdują się tutaj również groty lodowe Scărişoara oraz Ghețarul de la Focul Viu. Wprawdzie najbardziej spektakularne ich części są udostępnione tylko dla naukowców speleologów, ale nawet to, co może zobaczyć zwykły śmiertelnik, robi olbrzymie wrażenie. Schodząc w czeluść, po kilku minutach trafiamy do mroźnej krainy wypełnionej stalagmitami i stalaktytami, oświetlonej ciepłym światłem budującym bajkowy nastrój. Bihorskie jaskinie tworzą niesamowity podziemny świat. W tym rejonie tajemnicze głębiny intrygują turystów na każdym kroku, lecz wiele z nich obejrzą tylko ci, którzy posiadają odpowiedni sprzęt i umiejętności, a niejednokrotnie także dodatkowe uprawnienia. Wśród gór leży też potężny krasowy wąwóz Cheile Galbenei z gigantycznym wywierzyskiem oraz rzeką wypływającą z jaskini i tworzącą wodospad. Jego teren jest ogólnodostępny – w niektórych miejscach na wąskich ścieżkach przytwierdzono do ścian skalnych łańcuchy do asekuracji, ale przemierzanie go stanowi raczej przyjemny spacer niż prawdziwą wspinaczkę.

 

Pracowity Dunaj

Największym skarbem Rumunii są zdecydowanie Karpaty, lecz to deltę Dunaju uważa się za ewenement na skalę światową. Ten fascynujący zakątek naszego globu ulega nieustannym zmianom. Rzeka niesie ze sobą ogromne ilości mułu (ok. 2 t na sekundę), który powiększa obszar lądowy kraju o mniej więcej 40 m rocznie. W ten sposób rumuńskie terytorium każdego roku rozrasta się bez ingerencji człowieka. Co więcej, udział w tym biorą wszystkie państwa, przez które przepływa Dunaj. Niesamowity krajobraz delty najlepiej podziwiać z perspektywy łódki czy kajaka. W wiele miejsc, jak choćby do regionu Caraorman (tur. Czarny Las), po prostu nie da się dostać inaczej. W te strony ściągają licznie miłośnicy ornitologii. Można tutaj spotkać aż ok. 300 gatunków migrujących ptaków, a wśród nich jedyną w Europie wielką kolonię pelikanów kędzierzawych i różowych.

 

Polscy górnicy

Jeśli podczas podróży przez północne regiony Rumunii usłyszymy nagle polską mowę, nie powinniśmy się dziwić. W okolicach miasta Suczawa, niedaleko granicy z Ukrainą, leżą wioski, w których mieszkają głównie Polacy. Na terenach historycznej Bukowiny pierwsi nasi rodacy pojawili się podobno już w XIV w., choć to nie oni zbudowali tu swoje osiedla. W 1791 r. w miejscowości Kaczyka (rum. Cacica) powstała kopalnia soli. Od tego czasu zaczęto sprowadzać do niej grupy polskich rodzin górniczych z Bochni oraz Wieliczki, aby podzieliły się swoim doświadczeniem z początkującymi bukowińskimi górnikami. Z czasem przyjechali tutaj również górale czadeccy, za którymi podążyli kolejni emigranci. Zaczęto zakładać polskie szkoły, kościoły, stowarzyszenia, a społeczność Polaków rozrosła się na tyle, że obecnie traktowani są oni oficjalnie jako mniejszość narodowa. Dziś w Kaczyce działa Dom Polski, a w okolicznych świątyniach katolickich odprawia się msze w naszym języku. Wprawdzie zamieszkujący wioski koło Suczawy Polacy na przestrzeni lat wymieszali się z miejscową ludnością, ale nawet od dzieci można tu czasem usłyszeć swojskie dzień dobry.


 

Artykuły wybrane losowo

Turystyka rowerowa wkręca Polaków

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

<< Dziś coraz więcej czasu spędzamy bez ruchu: przed ekranem komputera, telewizora, w samochodzie, pociągu, samolocie. Nowinki technologiczne sprawiają, że cały świat jest dla nas niemal na wyciągnięcie ręki, ale nasze ciało wciąż domaga się tej samej troski, co zawsze. Chyba dlatego chętniej niż kiedyś interesujemy się różnymi rodzajami turystyki aktywnej, w tym jednym z jej najprostszych i najprzyjemniejszych typów, czyli wycieczkami rowerowymi, na które może wybrać się każdy, czy to stary, czy to młody, i nie potrzebuje do tego żadnych uprawnień ani specjalnych umiejętności. Jazda na rowerze nie tylko poprawia ogólną kondycję fizyczną i wydolność organizmu, lecz także pomaga zrzucić zbędne kilogramy oraz podnosi poziom endorfin, zwanych hormonami szczęścia. Jeśli zwykłą przejażdżkę urozmaicimy oglądaniem pięknych krajobrazów, zwiedzaniem zabytków i poznawaniem nowych miejsc, to mamy już przepis na wyjątkowo zdrowy wypoczynek. >>

Więcej…

Wenezuela – wakacje pełne przygód

ANNA JANOWSKA

 

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

Na południu kraju budzi podziw najwyższy wodospad świata – Salto Ángel. Na północy zachwycają wenezuelskie Malediwy, czyli rajski archipelag Los Roques, oraz karaibska wyspa Margarita. Poza tym znajdziemy tu jeszcze jedną z większych atrakcji atlantyckiego wybrzeża – gigantyczną deltę rzeki Orinoko, krainę Indian Warao. Wenezuela jest wymarzonym miejscem na podróż pełną przygód zakończoną relaksem na karaibskiej plaży w ciepłych promieniach słońca – odwiedzenie tego południowoamerykańskiego państwa może stać się dla każdego wyprawą życia.

Wenezuelskie wyspy przyciągają co roku setki tysięcy turystów. Jedni przyjeżdżają tu, żeby nurkować wśród przepięknych raf koralowych, inni – by godzinami wylegiwać się na piaszczystych plażach. Jednak oprócz błogiego relaksu wśród rajskich krajobrazów Wenezuela oferuje także niezapomniane emocje. Wystarczy wybrać się na odkrywczą wyprawę po kontynentalnej części tego kraju. Wędrówka pośród olbrzymich płaskich szczytów gór stołowych (tepuyes), rejs łodzią przez kręte meandry jednej z wielkich rzek Ameryki Południowej czy połów drapieżnych piranii – to tylko niektóre z czekających na nas tutaj atrakcji.

Więcej…

Kambodża śladami Lary Croft

MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK

www.myfengstyle.com

                                      

<< Kiedy Europejczyk słyszy o Kambodży, często przed oczami stają mu pola minowe i zasieki, a na myśl przychodzi bieda i śmierć setek tysięcy ludzi za krwawych rządów Czerwonych Khmerów. Za tą nazwą kryje się jednak przepiękny krajobrazowo kraj o niezwykłej kulturze, szczycący się wieloma wspaniałymi zabytkami, w tym słynnym kompleksem Angkor ze świątynią Ta Prohm, gdzie Lara Croft w filmie „Lara Croft: Tomb Raider” zwinnie przeskakiwała z jednej komnaty do drugiej. Większość osób nie ma pojęcia o tym, jak bardzo jest interesujący. Kambodża dopiero zaczyna zyskiwać popularność jako cel podróży. Dlatego warto ją odwiedzić, aby wyrobić sobie własną opinię. Najlepiej wyruszyć w drogę już teraz, póki jeszcze wszystkie magiczne zakątki nie zostały zadeptane przez tłumy turystów. Również i mnie przyciągnęła tu właśnie ciekawość. >>

 

Deptak Pub Street w mieście Siem Reap tętni życiem zwłaszcza po zmroku

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

Przekraczanie kambodżańskiej granicy już samo w sobie stanowi przygodę. Od turystów pobierane są odciski palców, fotografuje się także twarze przybywających. Obywateli Polski obowiązują wizy, ale można je bez problemu załatwić przy wjeździe do kraju. Trzeba być jednak przygotowanym na długie kolejki. My przyjechaliśmy do Kambodży z Tajlandii, przez tajlandzkie miasto graniczne Aranyapradet (Aranyaprathet). Sama przeprawa z urzędnikami może trwać wiele godzin albo… niecałą godzinę. Podobnie jak w większości krajów tak i tutaj odpowiednia suma pieniędzy otwiera każde drzwi. Nieoficjalna zasada każe wręczyć pewną kwotę obsłudze, aby przyspieszyć odprawę bagażu. Po przekazaniu datku pojawia się życzliwy człowiek z wozem drabiniastym, na który ładuje się walizki, żeby odebrać je już po właściwej stronie granicy. Nie mam pojęcia, czy ktoś w ogóle ogląda bagaże. Prawdopodobnie (sądząc po ilości czasu) nikt ich nie sprawdza, są przewożone wprost przez przejście. Słyszeliśmy za to opowieści o turystach, którzy chcieli oszczędzić na tej łapówce i spróbować przejść całą procedurę normalnie. Niewykluczone, że wciąż jeszcze czekają na wszystkie swoje walizki, torby czy plecaki…

Gdy wreszcie przekraczamy w Poipet (sąsiadującym z Aranyapradet) bramę z napisem Królestwo Kambodży, towarzyszy nam niezwykłe uczucie. Już sam wjazd zapowiada krainę piękna, tajemniczości i przygód. Przed nami otwiera swoje podwoje wspaniały kraj, z ciekawą, choć smutną, historią i życzliwymi, pracowitymi mieszkańcami.

 

KAMBODŻAŃSKA CODZIENNOŚĆ

Naszym celem był kompleks Angkor i okolice miasta Siem Reap (Siĕm Réab). Poza tym nastawiliśmy się na chłonięcie tutejszej atmosfery. Zdaję sobie sprawę, że nie widzieliśmy różnych innych ciekawych miejsc ani stolicy czy pozostałych miast, ale to, co zobaczyliśmy, i tak wystarczyło, aby Kambodża zapadła nam mocno w pamięć i na zawsze zamieszkała w naszych sercach. Przede wszystkim zwróciliśmy uwagę na ludzi: drobnych, ze zmęczonymi, ale nieraz pięknymi twarzami, bardzo uczynnych, wręcz usłużnych. Co ciekawe, nie spotkaliśmy osób żebrzących. Dostrzegaliśmy biedę panującą wokół, lecz też poczucie godności i zaradność mieszkańców. Zamiast usiąść na ulicy i żebrać każdy coś ze sobą niósł czy ciągnął: obwoźną garkuchnię, wyciskarkę soków lub towary do sprzedania. Potrawy przygotowywane na takich prowizorycznych stoiskach są niezmiernie smaczne i można je bezpiecznie jeść. Wybór jest bardzo szeroki – spróbujemy zarówno miejscowych specjałów, takich jak szaszłyki z larw, pająków i różnych owadów, jak i bardziej tradycyjnych zup lub pieczonych mięs i ryb. Gdziekolwiek trafiamy, zawsze staramy się zaznajomić z lokalną kuchnią, bo w ten sposób bliżej poznaje się dane miejsce.

                Lepiej też odwiedzać lokale, gdzie jadają Kambodżanie, niż te nastawione na turystów. Kuchnia kambodżańska jest zbliżona do tajskiej, wiele w niej słodkich smaków, ale również ostrych przypraw. Koniecznie trzeba spróbować miejscowych lodów zamrażanych na płycie i zwijanych w rulonik – niebo w gębie! Przeróżne soki świeżo wyciskane z tropikalnych owoców znakomicie gaszą pragnienie podczas upału. Jednak prawdziwym przebojem w gorące dni jest dobrze schłodzona woda kokosowa podawana w orzechu z wetkniętą słomką. Jeden taki napój wystarczy, aby się nieco orzeźwić i odzyskać siły. Sprzedawcy kokosów są niemal wszędzie, stoją praktycznie na każdym rogu ulicy, spotkamy ich nawet przy świątyniach kompleksu Angkor.

 

Uliczne stoisko z przysmakami – szaszłykami z larw, pająków i owadów

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NA PROWINCJI

Jeśli zamierzamy przywieźć z naszej podróży pamiątki, pomyślmy o czymś niestandardowym. Warto zatrzymać się po drodze przy wiejskiej chacie i kupić świeży kambodżański ryż, prawie prosto z pola. Ma zupełnie inny aromat i smak niż ten ze sklepu. Można także przyjrzeć się, jak miejscowi robią cukierki z owoców palmy cukrowej (arengi pierzastej) i przy okazji zakupić trochę takich słodyczy. Przy domach często znajdują się stoły z wystawionymi na sprzedaż naczyniami i ozdobami wyplatanymi z liści palmy czy z trzciny. Mieszkańcy Kambodży w ten sposób zarabiają na życie i dzięki kupującym mogą stanąć na nogi i polepszyć swój byt. W wielu miejscach sprzedaje się też niezwykłą kambodżańską herbatę w różnych smakach i kolorach. Odwiedziliśmy jeden z takich prywatnych domów i gospodarze z radością pokazali nam jego wnętrze oraz nową, umieszczoną na zewnątrz „łazienkę”, gdzie z dumą wskazali na pompę wodną, stanowiącą luksus na prowincji. Dostęp do świeżej wody wciąż jest tu utrudniony. Po wielu latach wojny część brzegów rzek i pola są nadal zaminowane. Co roku wiele osób ginie od min przeciwpiechotnych podczas uprawiania ziemi lub czerpania wody. Swoje uprawy miejscowi podlewają często wodą przyniesioną z daleka, każda zwyczajna czynność bywa więc okupiona dużym trudem, ale nikt nie okazuje niezadowolenia czy zniechęcenia. Mieszkańcy kambodżańskiej wsi ciężko pracują i nie mają czasu na narzekanie. O dziwo, do życia są nastawieni optymistycznie i życzliwie odnoszą się do innych. To jest właśnie niesamowite w tym kraju. Wielu lokalnych przewodników wycieczek prowadzi wśród turystów zbiórki niewykorzystanych hotelowych kosmetyków czy jednorazowych szczoteczek do zębów i grzebieni. Potem te podarki jadą na wieś, a w zamian można otrzymać woreczek świeżego ryżu. Czyż to nie cudowna wymiana?

 

SMUTEK I RADOŚĆ

Aby lepiej zrozumieć Kambodżę, jej mieszkańców i ich problemy, warto udać się do Muzeum Min Lądowych w pobliżu miasta Siem Reap. Założył je Aki Ra, który jako dziecko został siłą wcielony do wojska Czerwonych Khmerów. Później walczył przeciwko nim, a po wojnie poświęcił się szukaniu i rozbrajaniu min. W muzeum można dowiedzieć się, jakiego ogromu cierpienia ten naród doświadczył w przeszłości i – niestety – znaleźć też akcent polski: granaty i miny produkowane w Polsce…

                Z tego miejsca wychodzi się przygnębionym, ale na szczęście potem niemal od razu wtapiamy się w różnokolorowy, optymistyczny i pracowity tłum w Siem Reap. To całkiem duże miasto (ok. 200-tysięczne) i stanowi wspaniałą bazę wypadową do kompleksów świątynnych. Znajdują się w nim przyjemne, a nawet eleganckie hotele, wiele sklepów (m.in. wielki sklep bezcłowy, świetnie zaopatrzony i z korzystnymi cenami), a także Pub Street – deptak słynący z bogatego nocnego życia, mnóstwa knajpek i ulicznych występów. To właśnie przy nim działa znany klub „Angkor What? Bar”, gdzie drinki serwowane są w… wiadrach.

                Pub Street najlepiej odwiedzić wieczorem, ponieważ wtedy otwierają się puby, restauracje, przeróżne kluby i sklepy. Wszystko rozbłyskuje kolorowymi światłami. Deptak zastawiony jest przenośnymi garkuchniami i rozmaitymi stoiskami, a wszędzie dookoła przelewa się rzeka ludzi mówiących w niezliczonych językach. Czasem turystę zaczepi właściciel tutejszej knajpki czy klubu i wręczy ulotkę z aktualnymi promocjami. Trochę dalej ktoś gra na jakimś instrumencie, magik pokazuje sprytne sztuczki. W innym miejscu znów skąpo ubrane hostessy zapraszają do klubu go-go. Na Pub Street zagraniczni goście spędzają wiele godzin, ani chwili się nie nudząc. Można tu wtopić się w wielobarwny tłum i płynąć łagodnie z punktu do punktu albo zasiąść w którejś z knajpek na tarasie i obserwować żywą rzekę z góry, sącząc jakiegoś drinka lub zajadając się lokalnym rarytasem. Nie trzeba się przejmować brakiem miejscowej waluty, ponieważ podstawowym środkiem płatniczym jest tutaj dolar amerykański, a ceny są bardzo przystępne.

 

W CIENIU ZABYTKÓW

W Siem Reap zatrzymaliśmy się w miejscu, które szczerze polecam – to Mémoire d’Angkor Boutique Hotel. Wnętrza wyglądają przepięknie, urządzono je ze smakiem, a obsługa staje na rzęsach, aby goście byli zadowoleni. Codziennie w pokoju pojawia się też taca z owocami i butelkowana woda. Picie tej ostatniej jest w Kambodży koniecznością. Należy pamiętać o tym, że lokalna woda nie nadaje się dla zagranicznych turystów. Miejscowi są przyzwyczajeni do specyficznej flory bakteryjnej i jakości tutejszej wody, przyjezdni po jej spożyciu mogą – niestety – cierpieć na nieprzyjemne dolegliwości. Co zaskakujące, bezprzewodowy internet działa w hotelach i pubach bardzo dobrze. Wynika to z tego, że infrastruktura sieci komunikacyjnych została w kraju zbudowana niedawno i zastosowane rozwiązania nadal uchodzą za w miarę nowoczesne.

Jednak najciekawsze i najcenniejsze w Kambodży są świątynie i dawne miasta. To prawdziwe perły architektury, ukryte głęboko w dżungli. Wśród nich znajduje się kompleks Angkor – kiedyś głośny i zatłoczony, dziś opuszczony i poprzerastany niezwykłymi drzewami i pnączami. Natura, zgodnie z odwiecznym prawem, zaczęła w nim powracać na swoje. Tutejsze budowle były niemym świadkiem historii i ludzkich dramatów. Z niewiadomych przyczyn mieszkańcy porzucili to miejsce, aby już nigdy do niego nie powrócić. Przez wieki świątynie okradano, później niszczyły je przechodzące tędy oddziały Czerwonych Khmerów. Historycy mówią, że gdyby materiały wybuchowe były bardziej dostępne, z pewnością cały kompleks zostałby wysadzony w powietrze, na zawsze grzebiąc pod gruzami ten fragment dziejów Kambodży. Na szczęście tak się nie stało, chociaż w wielu miejscach widać ślady po kulach. Dżungla i deszcze dokonały reszty zniszczeń. To, co ocalało, wciąż robi jednak ogromne wrażenie. Angkor został w 1992 r. wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i obecnie napędza rozwój turystyki w kraju. Sylwetka Angkor Wat (najbardziej znanej tutejszej świątyni) znajduje się nawet na fladze Kambodży.

 

Ruiny wspaniałej świątyni buddyjskiej Bajon

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NAJCENNEJSZY SKARB

Angkor warto odwiedzić o świcie. Budowle oświetlają wtedy ciepłe promienie słońca. Wieże Angkor Wat odbijają się przepięknie w wodach stawu. Do kompleksu wchodzi się długim mostem. Z Siem Reap można tu dojechać wypożyczonym rowerem lub popularnym w Azji tuk-tukiem. Droga jest całkiem przyzwoita i dobrze oznaczona.

                Cały kompleks zajmuje dość rozległy teren, ale największe zainteresowanie wzbudza główna świątynia – Angkor Wat – do której prowadzą bardzo strome schody. U ich stóp strażnicy kontrolują strój wchodzących. Trzeba pamiętać, że obowiązuje tutaj zwyczaj zakrywania ramion, dekoltów i kolan u kobiet. Również mężczyźni nie wejdą w szortach. Należy także zapomnieć o klapkach (sandały nie będą źle widziane). Miejsce to nadal uchodzi za święte i wciąż składa się w nim ofiary, pali kadzidła i wznosi modły.

Podczas wędrówki po labiryncie komnat za każdym narożnikiem można odkryć coś ciekawego: ukryty w małej wnęce posąg Buddy z palącymi się przed nim kadzidełkami lub fragment dziedzińca z porozrzucanymi kawałkami murów dekorowanych pięknymi reliefami. Ściany zdobią płaskorzeźby przedstawiające boginie, bóstwa i tancerki w niezwykłych pozach. Tu też znajduje się jeden z największych skarbów Angkoru – kamienny relief mający ponad 900 m długości i prezentujący sceny z indyjskich eposów: Ramajany i Mahabharaty.

                Świątynię zaczęto budować w pierwszej połowie XII w., za panowania władcy Imperium Khmerskiego Surjawarmana II (1113–1150), i pierwotnie była poświęcona hinduistycznemu bogu Wisznu. Potem przez pewien czas służyła buddystom, aż w końcu przywrócono jej pierwotny charakter. Wiele osób uważa, że Angkor Wat jest najpiękniejszą budowlą sakralną świata. Oczywiście, to raczej kwestia gustu, ale niewątpliwie ta niepowtarzalna świątynia, tajemnicza i magiczna, potrafi zachwycić swoją surowością i majestatem.

 

MIASTO I FILMOWA SŁAWA

Innym wspaniałym i równie ciekawym obiektem w okolicy są pozostałości miasta Angkor Thom, ostatniej stolicy państwa Khmerów. Prowadzi do niej most i pięknie zdobiona Brama Południowa. Po obu stronach tego pierwszego umieszczono posągi strażników strzegących wjazdu do stolicy.

                Obecnie z dawnej świetności zostało już niewiele, ale u schyłku średniowiecza Angkor Thom było jednym z najludniejszych miast świata i miało mniej więcej 150 tys. mieszkańców. Właśnie tutaj znajduje się przepiękna świątynia buddyjska Bajon ze słynnymi wieżami ozdobionymi głowami Awalokiteśwary, za którego wcielenie uważał się król Imperium Khmerskiego Dżajawarman VII (panujący w latach 1181–1218). Spacer pośród krzyżujących się spojrzeń kamiennych twarzy z zastygłym delikatnym uśmiechem dostarcza niezapomnianych wrażeń.

                Z miasta zostały już tylko ruiny. Większość budynków jest zawalonych i poprzerastanych korzeniami drzew, ale cały ten obszar stanowi niesamowity labirynt, w którym czas się zatrzymał.

Niedaleko świątyni Bajon znajduje się Taras Słoni długi na niemal 350 m i wysoki na ok. 4 m. Jego mur pokrywają realistyczne płaskorzeźby słoni. Stąd oglądano parady wojskowe, zawody sportowe i widowiska. Podczas oficjalnych wizyt i audiencji taras zamieniał się w trybunę. Prawdopodobnie stanowił część pałacu królewskiego, ale sam pałac zachował się tylko w szczątkowym stanie. Pozostały z niego ruiny, rzeźby, piękne schody i fragmenty takich udogodnień jak łaźnia. Ponieważ dużo zabudowań było drewnianych, niestety, nie przetrwały do naszych czasów. Wciąż jednak wzrok przyciągają tu piękne zdobienia w formie kwiatów i ślady po fosie broniącej dostępu do pałacu.

                Kolejna świątynia, choć niewielka, jest niemal tak samo znana jak Angkor Wat. Nazywa się Ta Prohm i to właśnie w niej kręcono w 2000 r. słynne sceny do filmu Lara Croft: Tomb Raider z Angeliną Jolie w roli Lary Croft. Tropikalna roślinność rozsadza tutaj korzeniami każdy mur i podważa każdy kamień. Tak wygląda prawdziwa walka z naturą. Dżungla skutecznie sięga po swoją własność. Przy Ta Prohm zbiera się zazwyczaj wielu turystów i trzeba zaczekać w kolejce, aby móc ją uwiecznić na fotografii. Powstały na przełomie XII i XIII stulecia obiekt służył nie tylko jako świątynia. Znajdował się tu również buddyjski uniwersytet, biblioteka i świetnie zaopatrzony skarbiec. Przechowywano w nim podobno 5 t srebra, diamenty i tysiące drogocennych kamieni szlachetnych. Warto zejść z głównego szlaku i pochodzić wśród murów i rozrzuconych brył. Gdy uważnie się patrzy, można czasem wśród wijących się jak węże korzeni drzew odnaleźć twarz tancerki zdobiącą oderwany kawałek reliefu.

 

NIEPOZORNY KLEJNOT

Mniej więcej 25 km od Angkor Wat i Angkor Thom znajduje się jeszcze jedna przepiękna świątynia, zwana Twierdzą Kobiet – Banteay Srei. Została ona wzniesiona w X w., jednak nie na polecenie khmerskich władców – jak te już wspomniane – a dwóch braminów i doradców królewskich. Jeśli ktoś widział misterne arabskie ornamenty wyrzeźbione w drewnie, od razu dostrzeże tę samą precyzję w wykonaniu tutejszych zdobień w kamieniu. Ta mała świątynia jest prawdziwą perełką. Zbudowano ją w większości z czerwonego piaskowca, co nadaje jej niezwykły wygląd. Szczególnie wspaniale prezentuje się o zachodzie słońca, gdy jego promienie nasycają czerwień ścian, a koronkowe reliefy pokrywające dosłownie każdy metr muru zachwycają bardziej niż w innych porach dnia. Całość stanowi ciekawą kompozycję przestrzenną – wiele bram występuje tutaj w szeregu. Ma się zatem wrażenie, jakby oglądało się widoki otoczone podwójną czy nawet potrójną ramą obrazu. W Banteay Srei uprawiano kult hinduistycznego boga Śiwy, ale dlaczego budowlę nazwano Twierdzą Kobiet (w innych źródłach – Cytadelą Kobiet lub Cytadelą Piękna), niestety, nie wiadomo. Być może nazwa ta nawiązuje do delikatnych, jakby utkanych kobiecą ręką wzorów na kamiennych ścianach…

                Na tyłach świątyni jest piękny staw otoczony bujną roślinnością. Zazwyczaj panuje nad nim cisza, bo nie docierają tu tłumy turystów skupionych głównie na bramach i komnatach po drugiej stronie. W tym cichym zakątku można więc w spokoju kontemplować magiczne piękno tego miejsca.

 

Kambodżańskie tancerki podczas wykonywania tradycyjnego tańca khmerskiego

©MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

WSKAZÓWKI DLA ZWIEDZAJĄCYCH

Podczas pobytu w okolicy poza zwiedzaniem świątyń warto wybrać się na organizowane w Siem Reap przedstawienia i pokazy dawnych tańców khmerskich. Polecam szczególnie „Restaurację Koulen”, w której podaje się wspaniałe potrawy lokalnej kuchni. Odbywają się w niej występy taneczne i prezentacje różnych miejscowych rytuałów. Takie pokazy najlepiej oglądać po wizycie w Angkor Wat i Angkor Thom oraz pozostałych wspomnianych obiektach. Wtedy ma się wrażenie, że apsary – przepiękne i zwinne indyjskie boginki zaklęte w reliefach na murach świątyń – ożywają na naszych oczach. Na moment zapomina się o codziennym życiu i zanurza w świecie magicznych ceremonii, bajecznie kolorowych strojów i poruszających się z ogromnym wdziękiem khmerskich tancerek. Na zakończenie można zrobić sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie.

                Jaki okres jest najlepszy na zwiedzanie Kambodży? My podróżowaliśmy w porze deszczowej, w czerwcu. Deszcz padał raz dziennie, około południa, potem wychodziło słońce. Co kilka dni zdarzała się wieczorna ulewa trwająca mniej więcej godzinę lub dwie, ale nie przypominała opadów, jakie obserwujemy w Polsce. Z nieba spływała ściana wody, a ulice zamieniały się w rwące potoki. Sam deszcz nie stanowi problemu, bo można go gdzieś przeczekać. Dużo bardziej uciążliwa jest wysoka wilgotność powietrza powodująca, że po kilku krokach człowiek staje się cały mokry od potu. Osoby odwiedzające częściej tę część Azji twierdzą jednak, że pora sucha znacznie bardziej daje się we znaki, bo ze względu na upał ciężko zwiedzać cokolwiek. Dla nas istotny był fakt, że w porze deszczowej do Kambodży przyjeżdża mniej turystów i dzięki temu przyjemniej poznaje się ten kraj. Mniej jest kolejek i tłumów, a ceny bywają nieco niższe. Zamiast peleryn przeciwdeszczowych lepiej jednak zabrać ze sobą parasol, ponieważ przy wysokich temperaturach i wilgotności pod nieprzepuszczającym powietrza materiałem człowiek przemaka od… potu. Nie zaszkodzi też krem do opalania z filtrem i dobry środek odstraszający komary (przeznaczony do używania w warunkach tropikalnych). Tych ostatnich nie ma zbyt wiele i w okolicy głównych atrakcji Kambodży nie trzeba obawiać się zagrożenia chorobami przez nie przenoszonymi. Tak zaopatrzeni możemy śmiało ruszać na odkrywanie tego tajemniczego kraju.

 

Wydanien Lato 2018