MATEUSZ BAJEK

 

U zarania dziejów Bóg zebrał wszystkie narody, aby podzielić między nie ziemię. Ustawiła się długa kolejka, a każdy chciał być pierwszy. Tylko Gruzini uznali, że zamiast czekać godzinami na słońcu, lepiej usiąść w cieniu, wznosić winem toasty, radośnie śpiewać, tańczyć i oddać się ucztowaniu. Kiedy już ostatnie narody otrzymały w posiadanie swój kawałek ziemi, Bóg usłyszał odgłosy wesołych pieśni i słowa kwiecistych przemów dobiegające spod drzewa. Stwórcy zrobiło się żal pogodnych i uśmiechniętych Gruzinów. Przywołał ich do siebie i powiedział: Wprawdzie, podzieliłem już całą planetę między inne narody, ale pozostał mi jeszcze najpiękniejszy zakątek – kipiący zielenią, pełen żyznych pól i malowniczych gór. To istny raj na ziemi, dlatego chciałem zatrzymać go dla siebie, abym miał gdzie odpoczywać. Jednak gdy was zobaczyłem, uznałem, że ta rajska kraina stanie się waszym domem.

Legenda o powstaniu Gruzji, położonej na dzielącym Europę i Azję Kaukazie, w pełni oddaje piękno tego miejsca i charakter jego mieszkańców. Choć przez długie lata ten targany konfliktami kraj wydawał się zapomniany przez Boga, dziś odradza się w zawrotnym tempie, zyskując miano Perły Kaukazu.

Różnorodność krajobrazów jest tu ogromna. Wiecznie zielone lasy Adżarii, herbaciane pola Gurii, cytrusowe gaje Niziny Kolchidzkiej, półpustynne równiny Dżawachetii, winnice Kachetii, a także wiecznie białe szczyty Kaukazu tworzą niezwykłą mozaikę na terytorium odpowiadającym ok. 22 proc. powierzchni Polski. Jednak to zaledwie ułamek tego, co może zaoferować nam Gruzja.

 

W tym mieście śpią nocą gwiazdy

Tbilisi, stolica kraju, to miasto pełne niespodzianek. Po wylądowaniu na miejscowym lotnisku wjeżdżamy do niego ogromną arterią nazwaną na cześć byłego prezydenta USA aleją George’a W. Busha, której koniec przecina się z ulicą... polskiego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jadąc dalej w stronę centrum, odkrywamy prawdziwą magię gruzińskiej metropolii. Mijamy najwyższą na Kaukazie Katedrę Świętej Trójcy, XIII-wieczną Cerkiew Matki Boskiej Metechskiej, zwaną Metechi, i nagle przed naszymi oczami pojawia się rzeka Kura, przepiękne stare miasto w Dzweli Tbilisi (Starym Tbilisi) z wybijającymi się ponad zabudowania dachami świątyń i królującą nad wszystkim twierdzą Narikała z IV w. Po przebyciu mostu natrafiamy na Abanotubani – dzielnicę łaźni, których budynki wieńczą oryginalne kopuły. Szczególnie pięknie prezentuje się kompleks Orbeliani, pokryty niebieską mozaiką. Grzechem byłoby nie skorzystać z dobrodziejstw wypływającej tu gorącej wody siarkowej i nie poddać się zabiegom u miejscowych masażystów.

Wspinając się na szczyt twierdzy, mijamy meczet i uroczy, znajdujący się w głębokiej kotlinie, Ogród Botaniczny z wodospadem. Ze wzgórza rozciąga się niezapomniany widok na Tbilisi – setki zabytkowych domów, dziesiątki kościołów, nowoczesny Pałac Prezydencki, wijącą się malowniczo w dole rzekę Kurę. Po zapadnięciu zmroku panorama ta wydaje się jeszcze piękniejsza. Trudno nie zgodzić się z gruzińskimi poetami, którzy twierdzą, że to tu gwiazdy chodzą nocą spać.

 

Spacerując po Starym Tbilisi, na każdym kroku natykamy się na świątynie. Najważniejszą tbiliską cerkwią jest Katedra Sioni zbudowana w VI i VII w., w której przechowuje się krzyż św. Nino, patronki Gruzji. Poza tym miejscowa architektura stanowi wielokulturową mieszankę. Znajdziemy tutaj secesyjne kamienice z podwieszanymi drewnianymi balkonami, kościoły ormiańskie, synagogę, a nawet świątynię hinduskich czcicieli ognia (zaratusztrian) – Ateszga. Podczas zwiedzania historycznego centrum obowiązkowo należy wstąpić do jednej z wielu restauracji oferujących gruzińską kuchnię, gdzie możemy spróbować pieczonych bakłażanów nadziewanych orzechami, sycącego placka chaczapuri, a także wyśmienitego miejscowego wina.

Musimy również przejść się najsłynniejszą w Tbilisi aleją Szoty Rustawelego, zaczynając od placu Wolności ze wspaniałym Ratuszem. Dalej znajduje się socrealistyczny budynek Parlamentu Gruzji. To właśnie plac przed nim był głównym teatrem wydarzeń słynnej Rewolucji Róż, która w listopadzie 2003 r. wyniosła do władzy obecnego prezydenta-reformatora Michaiła Saakaszwilego. Przy alei Rustawelego mieszczą się także Pałac Młodzieży oraz tbiliskie teatry: Opery i Baletu, Pantomimy, Szoty Rustawelego, Aleksandra Gribojedowa. W Tbilisi trudno się nie zakochać. Piękno tego miasta, naturalność i gościnność jego mieszkańców urzekną każdego!

Kraina wina

Z Tbilisi warto udać się do położonej na wschód Kachetii. Kraina ta jest prawdziwym rajem dla miłośników sztuki sakralnej, średniowiecznych klasztorów, książęcych pałaców i kamiennych twierdz. To również królestwo wina i najlepsze miejsce, żeby spróbować trunku, który narodził się właśnie tutaj siedem tysięcy lat temu!

Zwiedzanie najlepiej rozpocząć od okolic Telawi. Położony niedaleko miasta kompleks klasztorny Ikalto z VI w., mimo zniszczeń podczas najazdu perskiego w XVII w., zachował w dużej części swój mistyczny charakter. Oddalając się nieco na północny zachód, napotkamy 900-letnią Katedrę Alawerdi, położoną malowniczo wśród pól. Trochę dalej, bo w miejscowości Gremi, drogi strzegą wieża zamkowa i Cerkiew Świętych Archaniołów z XVI w. – jedyna pozostałość po średniowiecznej stolicy Kachetii, zburzonej przez perskiego szacha Abbasa I Wielkiego w 1616 r.

W gruzińskim domu

Podczas podróży po Gruzji wielokrotnie będziemy mieli okazję poznać bliżej jej mieszkańców. Gruzini są niezmiernie ciepłym i gościnnym narodem, który przywiązuje dużą wagę do tradycji. Szczególnie interesujące wydają się zwyczaje dotyczące biesiadowania. Supra, czyli uczta, stanowi centrum życia towarzyskiego Gruzinów. Przy suto zastawionych stołach rozmawia się o rodzinie, polityce, Bogu i zmarłych. Żadna supra nie odbywa się bez toastów. Są one specjalnością tamady, czyli przewodnika stołu, wodzireja. Rolę tę pełni najczęściej mężczyzna o wyjątkowych zdolnościach oratorskich, który dba o porządek podczas biesiady. To on wyznacza moment, kiedy należy przerwać rozmowę, a biesiadnicy powinni podnieść swoje kielichy i wysłuchać przemowy. Tradycyjnie w czasie uczty obowiązuje określona kolejność wznoszenia toastów. To właśnie tamada pilnuje ich prawidłowego następowania po sobie. Pierwszy toast związany jest z okazją, z jakiej odbywa się uczta. Potem goście piją m.in. za przodków, przyjaciół, ojczyznę czy miłość. Gruzińskie toasty są bogato rozbudowane i mogą trwać nawet kilkanaście minut!

Parki Kachetii

W Kachetii znajduje się jeszcze wiele miejsc, które obowiązkowo trzeba odwiedzić. Pierwszym z nich jest Park Narodowy Lagodechi. To tu w XIX w. polski przyrodnik i podróżnik Ludwik Młokosiewicz (1831–1909) założył rezerwat przyrody. W tym rejonie możemy wybrać się na kilkudniową wyprawę w góry na koniach, np. wzdłuż granicy Azerbejdżanu i Republiki Dagestanu (Federacji Rosyjskiej) do Jeziora Czarnych Skał.

Kolejne godne polecenia miejsce stanowi Tsinandali. Założony tu 18-hektarowy ogród wokół pałacu poety i księcia Aleksandra Czawczawadze (1786–1846) powstał w stylu angielskim i porastają go wiekowe drzewa i egzotyczne rośliny, m.in. bambusy i sekwoje. W położonej tu winnicy obejrzymy niezwykły skarb kompleksu – największą i najstarszą w Gruzji piwnicę winną. W kolekcji przechowywanych w niej trunków honorowe miejsce najbardziej wiekowego egzemplarza spośród dziesiątek tysięcy butelek zajmuje miód pitny przywieziony z Polski w 1814 r. W każdej z tsinandalskich winnic organizowane są degustacje tutejszego wina. Poczęstują nas nim także praktycznie w każdym domu, ponieważ jego produkcja stanowi w Gruzji domenę mieszkańców wsi i miasteczek.

Najbardziej bajkowym miejscem w Kachetii jest położone malowniczo na wzgórzach i otoczone murem obronnym Sighnaghi. Ze względu na panującą tu atmosferę bywa nazywane gruzińskim miastem miłości. Niedawno odrestaurowane słynie z położonego niedaleko monastyru w Bodbe z grobem św. Nino oraz wytwarzania tradycyjnych dywanów.

W stronę morza

Z Kachetii warto udać się na wyprawę ku wybrzeżu. Już na rogatkach Tbilisi leży dawna stolica Gruzji – Mccheta. Przez długi okres to właśnie ona była duchowym i politycznym sercem państwa. Do dziś funkcjonują w niej najstarsze i najważniejsze cerkwie w kraju, w tym Katedra Sweti Cchoweli z XI w., gdzie odbywają się najistotniejsze ceremonie religijne Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Świątynia ta wraz z zabytkowym centrum miasta znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Po zwiedzeniu Mcchety trzeba koniecznie wybrać się do leżącego na wzgórzu za rzeką monastyru Dżwari. Roztacza się stąd wyjątkowy widok na miasteczko i oblewające go Kurę i Aragwi – w opowieściach miejscowych nazywane dwiema siostrami. W położonym na zachód Gori, gdzie urodził się Józef Stalin, możemy podziwiać największe na świecie muzeum jego imienia.

Leżące na zachodzie Kutaisi również było dawną stolicą Gruzji. Spośród szeregu jego zabytków do najważniejszych z nich należą stojąca w centrum ruina Katedry Bagrati oraz kompleks klasztorny Gelati, znajdujący się na wzgórzach pod miastem. Niezmiernie urzekający jest także niedaleki rezerwat Sataplia z endemicznymi gatunkami flory i fauny oraz śladami dinozaurów. Z Kutaisi warto wybrać się do położonej wysoko w górach Swanetii. Dotrzemy do niej helikopterem lub samochodem (wówczas będziemy potrzebować na to całego dnia). W tym niesamowicie fotogenicznym miejscu dominuje kolor soczystej zieleni. Na horyzoncie widnieją szczyty cztero- i pięciotysięczników, a także zarysy ok. 175 kamiennych baszt obronnych z IX–XIII w., zbudowanych dla ochrony przed napadami sąsiednich plemion.

Ważnym przystankiem w wycieczce po Gruzji powinna być letnia stolica tego kraju – Batumi nad Morzem Czarnym. Urocze centrum miasta wypełniają tureckie meczety, rosyjskie, francuskie, angielskie i kolonialne budynki mieszkalne i publiczne. W tym niezmiernie szybko rozwijającym się kurorcie z przepięknie zagospodarowanym nadbrzeżem, ogromem hoteli, restauracji i klubów wypoczywa duża część mieszkańców Kaukazu, a nawet Turcji.

Przy gruzińskim stole

Łagodny klimat południowego Kaukazu zapewnia Gruzinom urodzaj i różnorodność płodów rolnych. Na żyznych glebach Kolchidy i Kachetii dojrzewają winogrona, arbuzy, bakłażany i lokalne zioła, natomiast na trawiastych górskich łąkach pasą się stada krów i owiec. Świeża wołowina i baranina oraz sery i płody ziemi gwarantują różnorodność potraw i bogactwo smaków. Na gruzińskich stołach na początku uczty pojawiają się sałatki ze świeżych warzyw, przekąski, np. saciwi, czyli kurczak w sosie orzechowym, czy chaczapuri i sery, w tym najsłynniejszy suluguni czy też długodojrzewający pleśniowy dambali chaczo. Do najczęściej przyrządzanych dań głównych zalicza się mtswadi – aromatyczne szaszłyki, adżapsandali – duszone z warzywami bakłażany, a także chinkali – faszerowane mięsem lub ziemniakami i grzybami gruzińskie pierogi o oryginalnym kształcie. Na deser podaje się świeże owoce oraz miejscowe słodycze, z których najsłynniejsza jest czurczchela, czyli nawleczone na nitkę orzechy laskowe lub włoskie w polewie z zagęszczonego soku z winogron.

Mimo niewielkiej powierzchni, Gruzja ma bardzo urozmaiconą kuchnię lokalną. Chaczapuri, które na wschodzie jest jedynie plackiem z serem suluguni, w portowym Batumi wygląda jak łódeczka z wbitym w nią jajkiem. Podobnie rzecz się ma z chinkali – zupełnie inaczej smakuje w stołecznym Tbilisi niż w górskiej Chewsuretii, gdzie nad mięso wołowe miejscowi przedkładają baraninę.

Skalne metropolie

Podczas pobytu w Gruzji powinniśmy także zaplanować wizytę w jednym ze słynnych gruzińskich skalnych miast. Należy jednak pamiętać o tym, że latem ich zwiedzanie może nam utrudniać wysoka temperatura.

Dawid Garedża leży na granicy gruzińsko-azerbejdżańskiej, niedaleko Tbilisi. Jego główna część, zwana Ławrą, została założona w VI w. Przez następne stulecia kolejni mnisi osiedlali się w okolicy i tworzyli monumentalny kompleks klasztorny, dziś rozdzielony pomiędzy dwa kraje. Obok Ławry możemy podziwiać tutaj również m.in. zespół jaskiń Udabno. Są one bogato zdobione kilkusetletnimi freskami. Roztacza się stąd magiczny widok na stepy Azerbejdżanu.

 

Najstarszym skalnym miastem w Gruzji jest Uplistsikhe, które powstałe w epoce brązu niedaleko Gori. Miejsce to było początkowo polityczną i religijną stolicą starożytnej Gruzji z szeregiem świątyń ku czci bogini słońca. Przez pewien czas stanowiło również rezydencję gruzińskich królów i ważny przystanek dla kupców podróżujących Jedwabnym Szlakiem. Dziś zachwyca ogromem wykutych sal i liczbą ich zdobień, a także niesamowitą panoramą, która rozciąga się ze szczytu Uplistsikhe.

Status największego i najsłynniejszego gruzińskiego skalnego miasta ma natomiast leżąca niedaleko tureckiej granicy Wardzia, usytuowana na wzniesieniu nad rzeką Kurą. Utworzona w XII w., pełniła funkcję fortecy i monastyru dla prawie 2000 mnichów. W wyniku trzęsienia ziemi kompleks został zniszczony. Obecnie możemy w nim podziwiać prawie 120 jaskiń, 25 piwnic winnych i kilkanaście wykutych w skale kościołów.

Niełatwe rozstania

Mimo wielu wspaniałości Gruzji trzeba ją jednak kiedyś opuścić. Dla wielu podróżników kraj ten staje się synonimem raju. Prawdę mówiąc, trudno im się dziwić. Znajdziemy tu zabytki z czasów, kiedy rodziły się i umierały wielkie imperia, oraz przyrodę, która niezależnie od regionu zachwyca swoim pięknem na każdym kroku. Spotkamy w tym kraju wspaniałych ludzi. Zachowali oni do dzisiejszych czasów oryginalne i ciekawe tradycje oraz autentyczną miłość do drugiego człowieka. Niełatwo rozstawać się również z miejscową kuchnią, pełną niezwykłych smaków i tak różną od europejskiej. Czas pędzi jednak nieubłaganie, a więc: Do widzenia Gruzjo! Na pewno jeszcze do Ciebie wrócimy!

 

Artykuły wybrane losowo

Toskańskie dolce far niente

ANNA KŁOSSOWSKA

italiannawdrodze.blogspot.com

 

<< „A tavola ’un s’invecchia”, czyli „Przy stole się nie starzeje” – przekonuje w lokalnym dialekcie regionalne przysłowie. Właśnie od posiłku z kieliszkiem wina warto zacząć podróż po Toskanii. Niekoniecznie trzeba ruszać tropem zdyszanych grup, w tempie „presto” zaliczających w letnim skwarze popularne zabytki: Krzywą Wieżę w Pizie, Piazza del Campo w Sienie słynącej z wyścigu konnego, Palio, czy Katedrę Matki Boskiej Kwietnej z kopułą Filippa Brunelleschiego i tzw. Most Złotników, Ponte Vecchio, we Florencji. Jest tu wiele innych miejsc do zobaczenia. >> 

Więcej…

Najlepsze miejsca do nurkowania na świecie – top 10

MAGDALENA ZDRENKA

 

FOT. TOURISM AUSTRALIA

W morskich głębinach kryje się tak wielkie bogactwo podwodnych krajobrazów, unikalnych ekosystemów i różnorodnych gatunków, że trudno wybrać jeden najpiękniejszy i najciekawszy rejon. Na szczęście wcale nie musimy tego robić. Możemy zwiedzać je wszystkie po kolei, ale nie łudźmy się niepotrzebnie, na pewno nie uda nam się zobaczyć wszystkiego. Jedno życie to za mało na poznanie całego podmorskiego raju na ziemi.

Więcej…

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA