Miejscowość Azenhas do Mar położona na stromym klifie w gminie Sintra
T09ARH1E

© TURISMO DE PORTUGAL/JOSE MANUEL

MAGDALENA BARTCZAK


Przyjazny śródziemnomorski klimat, egzotyczne krajobrazy, różnorodna kuchnia, fascynująca historia, bogactwo architektury, liczne plaże rozciągnięte nad Atlantykiem i ogromna gościnność mieszkańców to tylko niektóre z wielu zalet Portugalii. Ten nieduży kraj pełen turystycznych atrakcji leży na samym krańcu Europy. Dlatego przez długi czas jego terytorium określano mianem „finis terrae”, czyli „koniec świata” bądź „koniec lądu”.


Właśnie tu znajduje się najdalej na zachód wysunięty punkt stałego lądu kontynentu europejskiego – Cabo da Roca, skalisty przylądek położony ok. 40 km od Lizbony, w Parku Naturalnym Sintra-Cascais (Parque Natural de Sintra-Cascais). Od lat pozostaje jedną z najbardziej niezwykłych atrakcji Portugalii. Jest to miejsce magiczne i obdarzone niezaprzeczalnym urokiem, a to m.in. z tego powodu, że przez wieki, aż do pierwszych międzykontynentalnych ekspedycji i odkryć geograficznych było dla Europejczyków symbolicznym końcem znanego im świata. Świadczy o tym chociażby zdanie, które do dziś widnieje na tablicy umieszczonej na tutejszym obelisku. Pochodzi ono z eposu Luzjady autorstwa jednego z najsłynniejszych portugalskich mistrzów pióra, nazywanego księciem poetów, Luísa Vaza de Camõesa (ok. 1524–1580): Tu, gdzie ziemia się kończy, a morze zaczyna.


Najcharakterystyczniejszy punkt przylądka, od którego otrzymał on swoją nazwę, stanowi potężny klif (wnoszący się na 144 m n.p.m.), wspinający się pod niebo nad niespokojnymi wodami oceanu. Ponoć dokładnie tutaj, w miejscu zwanym przez starożytnych Rzymian Wielkim Przylądkiem (Promontorium Magnum), można podziwiać najpiękniejsze i najbardziej spektakularne zachody słońca w Portugalii. Urody Cabo da Roca dodaje zbudowana w 1772 r. latarnia morska (Farol do Cabo da Roca) i samo otoczenie – dziki, nieco opustoszały krajobraz przywodzący na myśl niepokojące obrazy z gotyckich powieści.


ZŁOCISTE WYBRZEŻE

Równie zjawiskowo prezentuje się całe portugalskie wybrzeże. W tym niewielkim kraju (ponad 92 tys. km² powierzchni i niemal 10,5 mln mieszkańców) mnóstwo jest urokliwych nadmorskich miasteczek, klimatycznych wiosek rybackich i pięknych, często nieodkrytych przez turystów plaż. W samej okolicy Cabo da Roca leży np. dzika i otoczona potężnymi skałami Plaża Niedźwiedzia (Praia da Ursa), na której ze względu na utrudniony dostęp raczej nie natkniemy się – nawet w sezonie – na tłumy ludzi. W pobliżu wspomnianego przylądka, także na terenie Parku Naturalnego Sintra-Cascais, znajduje się również rozległa i całkowicie piaszczysta Praia Grande (czyli Wielka Plaża), słynąca m.in. ze znakomitych warunków do uprawiania sportów wodnych. Ich miłośnicy ściągają tu z całego kraju, a przede wszystkim z położonej ok. 30 km na wschód stąd Lizbony.


W sąsiedztwie stolicy wybierzemy się też na dużo innych godnych polecenia plaż, które regularnie trafiają na listy najlepszych tego typu miejsc nie tylko w Portugalii, lecz także w Europie. Wiele z nich znajduje się w miejscowości Cascais. Od Lizbony dzieli ją zaledwie pół godziny jazdy podmiejskim pociągiem. Z założonej w XII w. osady rybackiej zmieniła się ona w elegancki kurort, kuszący uroczymi wąskimi uliczkami, wartym dłuższej wizyty targiem z rybami i owocami morza oraz licznymi parkami, skwerami i muzeami. To właśnie w sąsiedztwie Cascais, w pobliżu XVII-wiecznej fortecy zamienionej w hotel i restaurację (Fortaleza do Guincho) rozciąga się rozległa i złocista plaża Guincho (Praia do Guincho), nieco dzika i pełna soczyście zielonych wydm. Słynie ona z występujących w tym rejonie silnych wiatrów (znacznie łatwiej i przyjemniej jest tutaj więc uprawiać surfing, kite- i windsurfing niż się kąpać) i tego, że kilkakrotnie pojawiła się na dużym ekranie. Najbardziej znaną produkcją, w której posłużyła za scenerię, był jeden z filmów o przygodach Jamesa Bonda – W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości (1969). W tej okolicy brytyjski agent (grany przez George’a Lazenby’ego) ratował z burzliwych fal oceanu piękną Tracy (czyli Contessę Teresę di Vicenzo), kreowaną przez Dianę Rigg.


Mnóstwo cudownych portugalskich plaż – uznawanych za prawdziwe skarby przyrody – kryje również region Algarve, czyli najdalej na południe wysunięta część kraju. Znajdziemy tu m.in. otoczoną skałami, jaskiniami i klifami bajeczną Praia da Marinha czy Praia da Rocha, która zachwyca krystalicznie przejrzystą, lazurową wodą i grotami wyrzeźbionymi w wapieniu przez fale Atlantyku.


PORTUGALSKIE SMAKI

Kolejną zaletą portugalskiego wybrzeża jest niewątpliwie wspaniała kuchnia słynąca z ryb i owoców morza, dostępnych – oczywiście – w restauracjach, sklepikach i supermarketach w całym kraju, ale ze względu na codzienne połowy najlepiej smakujących właśnie nad oceanem. Portugalczycy – obok Islandczyków i Japończyków – należą do społeczeństw spożywających statystycznie najwięcej ryb na świecie (ok. 60 kg na osobę rocznie). Ich narodową potrawę stanowi dorsz (bacalhau), którego podobno przyrządza się tu na ponad 360 sposobów! Prawdziwym kulinarnym skarbem Portugalii są także sardynki (sardinhas), jedna z najpopularniejszych przekąsek. Zjada się je równie chętnie na słono, jak i na słodko.


Mieszkańcy tego kraju przepadają też za wszelkiego rodzaju gulaszami i zupami, a za najbardziej typową pozycję w ich menu uchodzi przysmak, który łączy w sobie te dwa typy dań. Caldeirada, bo o niej mowa, przypomina gęstą zupę rybną przygotowaną m.in. z dorsza bądź halibuta, małż, kalmarów i ostryg. Wydaje się zresztą, że zakochani w owocach morza Portugalczycy dodają je do niemal każdej potrawy. Wystarczy wspomnieć, iż jedno z najpopularniejszych dań mięsnych to porco à alentejana, czyli gotowana wieprzowina z małżami (wieprzowina po alentejańsku). Poza tym wśród mięs królują wołowina i baranina, często podawane w formie grillowanej, w towarzystwie znakomitej tutejszej oliwy (określanej ze względu na swoją wysoką jakość płynnym złotem) i licznych przypraw, m.in. czosnku, goździków i słodkiego pieprzu. Jedno można stwierdzić na pewno: choć miłość mieszkańców Portugalii do wszystkiego, co da się wyłowić z morza, jest od wieków niezmienna, to ich kuchnia szczyci się niezmiernie różnorodnymi smakami i inspiracjami. Przyczyniły się do tego np. panowanie Arabów, wyprawy odkrywcze i kolonizacja obszarów na innych kontynentach. Dziś w portugalskiej sztuce kulinarnej znajdziemy wpływy arabskie, chińskie, japońskie, hinduskie, brazylijskie bądź afrykańskie. To bez wątpienia sprawia, że uchodzi ona za jedną z najciekawszych i najbardziej zróżnicowanych na świecie.


Prawdziwą specjalność Portugalczyków stanowią również znakomite szlachetne trunki, m.in. produkowane na północnym zachodzie kraju vinho verde. Najsłynniejszym tutejszym wyrobem alkoholowym pozostaje jednak porto – najczęściej słodkie (choć zdarzają się także odmiany wytrawne i półwytrawne) wino wzmacniane, powstające w wyniku fermentacji winogron zbieranych na północy, w dolinie rzeki Douro. Zdecydowanie najlepiej smakuje ono w noszącym tę samą nazwę niemal 240-tysięcznym mieście, drugim pod względem wielkości po Lizbonie. W Porto i okolicy działa wiele znakomitych winiarni, do których warto wybrać się na degustację. Na zainteresowanie zasługują choćby te w miejscowości Vila Nova de Gaia (w obszarze metropolitalnym Porto), położone tuż nad rzeką. Rozciąga się stąd wspaniały widok na oba brzegi, a w pobliskim porcie wciąż można natknąć się na tradycyjne drewniane barki wykorzystywane niegdyś do przewozu wina w dół Douro.


CERAMICZNE OBRAZY

Malownicze krajobrazy regionu winiarskiego Alto Douro (Górne Douro)

7842182530 4b9846dd63 o
© PORTO CONVENTION & VISITORS BUREAU

W Porto powinno się spędzić co najmniej 2–3 dni, aby odkryć jego piękno i na spokojnie móc poddać się jego urokowi. Stare portugalskie przysłowie mówi: W Porto pracują, w Bradze się modlą, w Coimbrze studiują, a w Lizbonie wydają. To zdanie świetnie oddaje charakter tego ruchliwego, nieco zabieganego miasta, które od rana do wieczora tętni życiem. Spacer po nim najlepiej będzie rozpocząć od leżącej nad samą rzeką dzielnicy Ribeira, pełnej krętych, klimatycznych uliczek i interesujących zabytków. Do tych ostatnich należą m.in. potężna, a przy tym niezwykle surowa w swojej architekturze Katedra (Sé do Porto) z XII stulecia czy oszałamiający bogatym wystrojem Kościół św. Franciszka (Igreja de São Francisco), ukończony w 1410 r. Warto też skusić się na przechadzkę po ogromnym Mercado do Bolhão – najstarszym w Porto nieprzerwanie działającym targowisku, gdzie od samego rana można kupić przepyszne ryby, owoce morza, warzywa i owoce czy piękne kwiaty. W innym budynku (z 1885 r.), który niegdyś stanowił popularny targ, czyli Mercado Ferreira Borges, znajduje się dziś cieszące się dużym zainteresowaniem centrum kulturalne. Organizuje się w nim spektakle teatralne, happeningi, wystawy i koncerty. Z placu Wolności (Praça da Liberdade) przez aleję Aliantów (Avenida dos Aliados) dotrzemy z kolei do okazałego Ratusza Miejskiego (Paços do Concelho do Porto, Câmara Municipal do Porto), jednego z największych w Europie. Wygląda, jakby miał kilkaset lat, ale jego budowę rozpoczęto w 1920 r.


Ogromne wrażenie robi również pobliski późnobarokowy Kościół św. Ildefonsa (Igreja de Santo Ildefonso), ukończony w 1739 r. Jego fasadę zdobią azulejos – kwadratowe ceramiczne płytki stanowiące znak rozpoznawczy architektury portugalskich miast i miasteczek. Sposób ich wyrobu przywieźli ze sobą Maurowie. Dekorowanie nimi budynków stopniowo rozwinęło się w prawdziwą sztukę. Ułożone z nich mozaiki przedstawiają najczęściej ważne sceny z historii, motywy mitologiczne lub religijne bądź miejskie krajobrazy, kwiaty, drzewa i zwierzęta. Azulejos pokrywają całe ściany, podłogi i place w wielu parkach, pałacach, kościołach i klasztorach, a nawet zwykłych budynkach mieszkalnych.


Jeden z najwspanialszych w Portugalii przykładów wykorzystania tej techniki ozdabiania budowli stanowi Pałac Narodowy w Sintrze (Palácio Nacional de Sintra), położony ok. 25 km od Lizbony. Jego historia sięga jeszcze czasów islamskich, ale swoją współczesną postać zawdzięcza on przebudowom przeprowadzonym w XIV, XV i XVI w. już z inicjatywy portugalskich władców, którzy mieli tu swoją letnią rezydencję. Do dziś pałac ten (zachwycający oszałamiającymi wnętrzami wyłożonymi misterną siatką azulejos) należy do najdoskonalszych w całym kraju obiektów łączących styl manueliński i mauretański. Zdecydowanie zasługuje więc na dłuższą wizytę, podczas której będziemy mogli w pełni docenić jego czar.


STOLICA MELANCHOLII

Arco da Rua Augusta przy lizbońskim placu Handlowym ukończono w 1875 r.
Praca-do-Comercio-I

© TURISMO DE LISBOA VISITORS & CONVENTION BUREAU

Każde miasto świata wydaje się mieć w sobie smutek, z którego nie potrafi się wyzwolić. W pewnych miejscach jest on prawie niezauważalny, w innych stanowi element dominujący, wgryza się w każdy kąt i wypełnia ulice i skwery. Melancholia przenika roztańczone tangiem Buenos Aires, gdzie pojawia się pod postacią mufy. Nad Wiedniem unosi się Traurigkeit. Stambułowi natomiast lirycznej urody dodaje tzw. hüzün, czyli – jak pisał m.in. turecki noblista Orhan Pamuk – rodzaj zbiorowego smutku, na jaki cierpią jego mieszkańcy. Na liście miast, którym czaru i urody dodaje unoszący się w powietrzu melancholijny nastrój, niewątpliwie znajduje się też Lizbona, najdalej na zachód wysunięta stolica kontynentalnej Europy, zamieszkana (wraz z przedmieściami tworzącymi zespół metropolitalny) przez ponad 2,8 mln ludzi. Jej ulice, place i podwórka wydają się przesiąknięte saudade. To słowo, według Portugalczyków nieprzetłumaczalne na inne języki, kryje w sobie tęsknotę za przeszłością, doświadczanie przemijania bądź poczucie braku czegoś, co zostało utracone. Wydaje się, że ten „narodowy smutek”, jak nazywał go jeden z najbardziej znanych portugalskich autorów Fernando Pessoa (1888–1935), najmocniej odczuwalny bywa w Alfamie. Tej dzielnicy nie można ominąć przy okazji wizyty w Lizbonie. Właśnie w tym rejonie znajdują się najstarsze budynki w całym mieście, ponieważ był jedną z nielicznych jego części niedotkniętych przez potężne (i należące do największych w historii ludzkości) trzęsienie ziemi z 1 listopada 1755 r., które niemal doszczętnie zrujnowało stolicę Portugalii.


Do najsłynniejszych tutejszych budowli zalicza się Zamek św. Jerzego (Castelo de São Jorge), górująca nad okolicą twierdza, wzniesiona w połowie XI w. przez Maurów. Forteca pozostawała w ich rękach do października 1147 r. Wówczas w trakcie rekonkwisty odbił ją pierwszy portugalski król Alfons I Zdobywca (1109–1185). W połowie XIII stulecia, gdy przeniesiono stolicę królestwa z Coimbry do Lizbony, zamek stał się siedzibą dworu. Przez pewien okres służył również za koszary i więzienie. Wspomniane trzęsienie ziemi okazało się dla niego tragiczne w skutkach – został wtedy poważnie zniszczony i dopiero w latach 40. XX w. rozpoczęto w nim prace restauratorskie, przywracające mu wcześniejszą świetność i czyniące go wizytówką miasta. Położona malowniczo na wzgórzach Alfama pełna jest nie tylko historycznych atrakcji, ale też stromych brukowanych uliczek. Niektóre są tak wąskie, że niewskazane byłyby próby wjechania w nie samochodem. Wśród nastrojowych zaułków natkniemy się na mnóstwo barów i restauracji z graną na żywo muzyką fado. Narodziła się ona w XIX w. m.in. w tej dzielnicy, wówczas jednej z najuboższych w całej stolicy. Według samych Portugalczyków ten gatunek, określany także mianem portugalskiego bluesa, najlepiej wyraża ich poczucie melancholii i ma charakter trudny do podrobienia poza granicami kraju.


Kolejnym charakterystycznym elementem lirycznego pejzażu Alfamy jest żółty pojazd, który już na dobre stał się wizytówką Lizbony. Mowa o legendarnym tramwaju nr 28 (eléctrico 28). Należy on do starego taboru pochodzącego jeszcze z końca XIX w. i od tego czasu niemal nieprzerwanie służącego lizbończykom. Dla porządku warto jednak dodać, że choć ta linia, zainaugurowana w 1914 r., kojarzona bywa głównie z tą dzielnicą, to tak naprawdę prowadzi również przez inne części miasta, a swoją trasę zaczyna w parafii (freguesia) Campo de Ourique, obok której leży XIX-wieczny Cmentarz Prazeres (Cemitério dos Prazeres), ważne miejsce w stolicy. Po drodze tramwaj nr 28 przejeżdża też np. przez położony w centralnej dzielnicy Baixa reprezentacyjny plac Handlowy (Praça do Comércio) ze wznoszącymi się nad nim pomnikiem króla Józefa I Reformatora (1714–1777) i kamiennym łukiem triumfalnym (Arco da Rua Augusta). To bez wątpienia prawdziwe serce Lizbony. Właśnie tu znajduje się również m.in. najstarsza kawiarnia w całym mieście – Café-Restaurante Martinho da Arcada, która działa nieprzerwanie od kilku stuleci. Stała się ona jednym z ulubionych miejsc spotkań towarzyskich lizbończyków już w styczniu 1782 r.


Z tymi klimatycznymi, zanurzonymi w portowej atmosferze placami, ulicami i lokalami wydaje się kontrastować nowoczesna dzielnica o nazwie Park Narodów (Parque das Nações). Ten obszar rozwinął się pod koniec lat 90. XX w. przy okazji wystawy światowej Expo’98 zorganizowanej w 1998 r. w Lizbonie. Podziwiać tutaj można wiele budynków, które zachwycą nas swoim nowoczesnym minimalizmem. Wśród nich jest największe w Europie Oceanarium Lizbony (Oceanário de Lisboa) ze zgromadzonymi na powierzchni 20 tys. m² ponad 8 tys. stworzeń morskich reprezentujących 500 różnych gatunków. Od momentu powstania w 1998 r. uchodzi za jedną z najwspanialszych atrakcji turystycznych stolicy Portugalii. Inny symbol tutejszej architektury stanowi znajdujący się niedaleko oceanarium słynny most Vasco da Gamy (Ponte Vasco da Gama), łączący wchłoniętą już właściwie przez miasto miejscowość Sacavém z drugim brzegiem Tagu, a ściślej miasteczkami Montijo i Alcochete. Został on oddany do użytku jeszcze przed Expo’98, 29 marca 1998 r., w 500. rocznicę odkrycia drogi morskiej z Europy do Indii przez portugalskiego żeglarza. Rozpięta nad Tagiem konstrukcja robi ogromne wrażenie nie tylko ze względu na swój nowoczesny styl, lecz także rozmiary. Ponte Vasco da Gama ma ponad 17 km długości i 6 pasów ruchu, co czyni go najdłuższym mostem na kontynencie europejskim i jednym z najszerszych.


WIECZNA WIOSNA

Urokliwe miasto Câmara de Lobos

Camara Lobos TS Turismo da Madeira 01
© T. S./TURISMO DA MADEIRA

Portugalię często określa się mianem małego kraju pełnego wielkich marzycieli. To właśnie dzięki nim w przeszłości stała się ona potężnym imperium kolonialnym. Dzięki kolejnym wyprawom i odkryciom takich podróżników jak Ferdynand Magellan (1480–1521) czy Vasco da Gama (ok. 1460 lub 1469–1524) stopniowo poszerzała swoje pozaeuropejskie granice. Była zresztą pierwszym państwem ówczesnej Europy, które organizowało zamorskie podboje. Pierwsza tego typu wyprawa odbyła się w sierpniu 1415 r. i zakończyła się zdobyciem afrykańskiej Ceuty (przejętej później, w 1580 r., przez Hiszpanów). W czasach świetności Portugalia swoimi wpływami sięgała trzech kontynentów i panowała na kilkudziesięciu podbitych terytoriach – od Brazylii przez Mozambik i Angolę oraz znaczącą część Indii aż po tereny Dalekiego Wschodu, w tym m.in. Timor Portugalski i japońskie Nagasaki. Ten europejski kraj najdłużej zachował też swoje kolonie – ostatnim miejscem opuszczonym przez Portugalczyków było miasto Makau, przekazane w grudniu 1999 r. Chinom.


Do takich marzycieli podbijających świat należała również dwójka odkrywców, którzy w 1418 r. podczas jednego z rejsów za sprawą gwałtownego sztormu trafili przypadkiem na wysepkę Porto Santo (42,5 km² powierzchni) w bezludnym wówczas archipelagu leżącym niemal 1 tys. km od Lizbony i mniej więcej 700 km od wybrzeża Afryki. Żeglarze João Gonçalves Zarco (ok. 1390–1471) i Tristão Vaz Teixeira (ok. 1395–1480), do których dołączył Bartolomeu Perestrelo (ok. 1394–1457), służący w portugalskim wojsku, w kolejnych miesiącach przybili do następnych wysp położonych w pobliżu – niedużej Vermeli Fory i największej ze wszystkich (ponad 740 km2 powierzchni) Madery. Ta ostatnia od razu zachwyciła Portugalczyków swoją wielką urodą. Ze względu na wszechobecną soczystą zieleń i liczne drzewa zdecydowanie odróżniała się od innych, bardziej pustynnych rejonów archipelagu. Nazwana przez odkrywców „Wyspą Drewna” (madeira po portugalsku oznacza „drewno”), stała się prawdziwym skarbem rodzącego się portugalskiego imperium i stanowiła odtąd częsty cel kolejnych wypraw. Coraz liczniejsi mieszkańcy Madery, której kolonizacja rozpoczęła się w 1425 r., zaczęli bogacić się na współpracy handlowej nie tylko z kontynentalną częścią kraju, ale też nowoodkrytymi terenami w Ameryce Południowej (w 1500 r. Portugalczycy dopłynęli do brzegów późniejszej Brazylii), a region zyskiwał na znaczeniu.


Choć od tego czasu wiele zdążyło się zmienić, a Portugalia przestała być imperialną potęgą i straciła swoją wysoką pozycję polityczną, to odkryty przez trójkę żeglarzy archipelag do dziś przyciąga swoją egzotyczną urodą. Stanowi nieco zagadkową i trudną do zaklasyfikowania ziemię pogranicza – zagubioną wśród wód Oceanu Atlantyckiego, leżącą między Europą a Afryką, oddaloną o setki kilometrów od wybrzeży obu kontynentów. Ze względu na łagodny klimat nazywa się Maderę „krainą wiecznej wiosny”. Temperatury rzadko osiągają w tym rejonie ekstremalne wartości. Latem wynoszą nie więcej niż 25°C, a zimą – nie mniej niż 20. Dzięki doskonałym warunkom klimatycznym i żyznym wulkanicznym glebom panują tu znakomite warunki do wytwarzania wina madera, które obok porto ma opinię najlepszego w całym kraju. Historia produkcji tego szlachetnego trunku na archipelagu sięga ponad 300 lat wstecz. Obecnie jego sprzedaż jest najważniejszą częścią lokalnej gospodarki zaraz obok turystyki, która z roku na rok coraz bardziej się rozwija, co potwierdza m.in. fakt, że w 2016 r. w głosowaniu organizowanym wśród użytkowników największego na świecie serwisu podróżniczego TripAdvisor Madera, nazywana Perłą Atlantyku, została uznana za jedną z 10 najlepszych wysp w Europie. Czym zasłużyła sobie na taki tytuł? Niewątpliwie jednym z powodów była różnorodność przyrody, która robi tym większe wrażenie, jeśli uświadomimy sobie, na jak małym terytorium się rozwija. Na tym niewielkim lądzie znajdziemy zarówno gęsto zalesione, jak i piaszczyste góry, liczne wodospady i zatoki oraz oszałamiające skaliste klify wznoszące się nad Oceanem Atlantyckim. Najwyższym z nich jest liczący 589 m Cabo Girão, uważany jednocześnie za jeden z największych w całej Europie. Wyjątkowości temu miejscu dodaje zbudowany na nim w październiku 2012 r. szklany taras widokowy, z którego rozpościera się zachwycający widok na okolicę. Słynny klif oraz tutejsze wąwozy i szczyty (m.in. spektakularny Pico Ruivo – 1862 m n.p.m. – i Pico das Torres – 1851 m n.p.m.) są charakterystycznymi elementami pejzażu Madery, ukształtowanej w wyniku serii wybuchów podwodnego wulkanu.


SERCE MADERY

Zapierający dech w piersiach Cabo Girão leży na trasie łączącej dwa najważniejsze miasta na wyspie – Câmara de Lobos i Funchal (stolicę Madery). Pierwsze z nich, niewielkie, 18-tysięczne, położone tuż nad rozciągającą się w dole zatoką, wydaje się miejscem, w którym czas się zatrzymał. Na każdym kroku czuje się w nim, że jeszcze niedawno było skromną i niepozorną osadą rybacką. W porcie do dziś można natknąć się na kutry, których właściciele przed chwilą powrócili z połowów, a na wzgórzach – przespacerować się wśród uroczych białych domków tutejszych rybaków i żeglarzy. To właśnie w Câmara de Lobos znajduje się najstarsza świątynia katolicka na Maderze, wybudowana w 1420 r. Kaplica Matki Boskiej z Conceição (Capela de Nossa Senhora da Conceição). Kilka uliczek dalej przez jakiś czas mieszkał jeden z najsłynniejszych gości, którzy zawitali na tę wyspę, sam brytyjski premier Winston Churchill (1874–1965). Polityk oddawał się tutaj błogiemu odpoczynkowi, ale też rozwijał swoją artystyczną pasję. Zainspirowany otaczającymi go uroczymi krajobrazami uwieczniał je na obrazach.


Z drugim ze wspomnianych miast, liczącym 112 tys. mieszkańców Funchal związane są losy innej osobistości, tym razem ze świata sportu. W nim właśnie (w parafii Santo António) 31 lat temu urodził się słynny piłkarz Cristiano Ronaldo, świeżo upieczony mistrz Europy. O ile o obecności Winstona Churchilla na wyspie świadczy kilkanaście pejzaży i kawiarnia nazwana jego imieniem (w której miał on ponoć godzinami przesiadywać), o tyle osoba popularnego sportowca cieszy się obecnie zdecydowanie większym zainteresowaniem. Pod koniec 2014 r. w centrum Funchal postawiono mu wielki pomnik z brązu, a od trzech lat fanów piłki nożnej i jego samego przyciąga tu poświęcone mu Muzeum CR7 (nazwa pochodzi od pseudonimu Portugalczyka). Placówka szczyci się kolekcją liczącą ponad 150 eksponatów związanych z karierą Cristiano Ronaldo. Składają się na nią m.in. jego pierwsze piłkarskie trofea, prywatne zdjęcia, filmy i figura woskowa piłkarza.


Innym znakiem rozpoznawczym stolicy Madery jest położona w jej historycznym centrum , w dzielnicy Santa Maria Maior, potężna Forteca św. Jakuba (Fortaleza de São Tiago do Funchal), przyciągająca wzrok swoim intensywnie żółtym kolorem. Stanowi nie tylko znakomity punkt widokowy, z którego można podziwiać ocean i dużą część wyspy, lecz także największy na niej raj dla miłośników sztuki. Od 1992 r. w murach twierdzy działa Muzeum Sztuki Współczesnej Funchal (Museu de Arte Contemporânea do Funchal – MACFunchal) prezentujące portugalskie dzieła powstałe w ciągu ostatnich 50 lat. Wśród stromych uliczek dzielnicy São Pedro znajdziemy m.in. renesansowe i modernistyczne wille oraz pałace, ogromny Klasztor św. Klary (Convento de Santa Clara), którego dzieje rozpoczynają się pod koniec XV stulecia, oraz Muzeum Historii Naturalnej (Museu de História Natural do Funchal), najstarszą tego typu placówkę na archipelagu, funkcjonującą już od 1929 r. Równie dużo atrakcji oferuje cała rozległa Zona Velha, czyli najdawniejsza część Funchal, słynąca choćby z tego, że właśnie w jej rejonie wybudowali domy pierwsi osadnicy. Po spacerze wśród XV-wiecznych kamienic warto odwiedzić pobliski Targ Rolników (Mercado dos Lavradores) w przepięknym budynku otwartym w listopadzie 1940 r., utrzymanym w stylu art déco i modernizmu. Zobaczymy tu barwny dziedziniec kwiatowy, wspaniałe dekoracje z płytek azulejos i przejdziemy się między stoiskami z rękodziełem artystycznym i kolorowymi straganami, gdzie będziemy mogli spróbować najbardziej typowych lokalnych przysmaków – egzotycznych owoców, serów, wina, owoców morza i ryb, m.in. suszonego wedle tradycyjnej portugalskiej receptury dorsza (bacalhau). Wreszcie na sam koniec zwiedzania najlepiej zostawić sobie ok. 15-minutową wycieczkę koleją gondolową (Teleférico Funchal-Monte) łączącą Zona Velha z leżącą wyżej parafią Monte. Co ciekawe, ze szczytu można zjechać tradycyjnymi wiklinowymi saniami charakterystycznymi dla Funchal. Kierują nimi mężczyźni w słomkowych kapeluszach. Swoje pojazdy rozpędzają, odpychając się nogami od podłoża. Widok przypominających kosze sań w zestawieniu z nowoczesną kolejką znakomicie oddaje charakter zarówno samej Madery, jak i całej Portugalii, kraju na każdym kroku pełnego niespodzianek i harmonijnie łączącego w sobie melancholijny nastrój ze śródziemnomorską radością życia czy dawne tradycje z nowoczesnością.

Artykuły wybrane losowo

MAGIA WIELKIEGO BŁĘKITU – 7 KONTYNENTÓW

DAREK SEPIOŁO

 

Głębiny mórz i oceanów przyciągają ciszą i zjawiskowym pięknem, kto raz uległ ich urokowi wie, że wielki błękit działa jak magnes. Wystarczy odpowiednio na niego spojrzeć, a roztoczy przed nami widoki, które chciałoby się oglądać w nieskończoność.

Dla większości nurków pierwsze chwile pod wodą to zwykle fascynacja niezmiernie bujnym i kolorowym światem raf. Filipiny, Indonezja i Malezja leżą w samym środku koralowego trójkąta, czyli obszaru największego rozkwitu podwodnego życia. Właśnie tam zaczyna się nasza fascynująca podróż po 7 kontynentach. Centralny rejon Filipin, jakim jest archipelag Visayas, to mało znany turystom zakątek Azji. Przybywają tutaj właściwie jedynie miłośnicy nurkowania z całego świata. Visayas oferuje im ciągnące się po horyzont ogrody koralowe, a także spotkanie z jednym z najrzadszych gatunków rekina – kosogonem. Malezyjska wyspa Sipadan została wpisana na listę podwodnych skarbów przez samego Jacquesa Cousteau. Od prawie 20 lat jest uznawana za jedno z najpiękniejszych miejsc do nurkowania. Sąsiadująca z Malezją Indonezja słynie z unikalnego w skali światowej ekosystemu, który powstał w cieśninie Lembeh. Takiej różnorodności przedziwnych podwodnych stworzeń nie ma nigdzie indziej na naszej planecie.

Więcej…

Tajlandia zmysłowa

 

 

temple_of_the_emerald_buddha.jpg

Bangkocka Świątynia Szmaragdowego Buddy

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Katarzyna Byrtek

 

Prawdopodobnie większość Europejczyków słyszała o tajskich niebiańskich plażach, białym piasku i lazurowej wodzie. Jednak Tajlandia to nie tylko rajska kraina uśmiechów, idealna na wakacyjny leniwy wypoczynek, lecz także kraj dostarczający różnorodnych i mocnych wrażeń. Zapewnią nam je m.in. degustacje najlepszej kuchni świata, oglądanie emocjonujących walk boksu syjamskiego („muay thai”) na ringu i zwiedzanie niezmiernie kolorowego podwodnego królestwa zamieszkanego przez wyjątkowe stworzenia. 

Z klimatyzowanego samolotu przez klimatyzowany terminal docieram aż do metra prowadzącego do centrum Bangkoku. Wagon pociągu jest tak wychłodzony, że nie zdejmuję i nie chowam swojego europejskiego swetra. Wkrótce dojeżdżamy jednak do stacji końcowej i wysiadam w bangkocką noc – parną, duszną, gorącą tak, że fala ciepła zatrzymuje mnie na peronie na ułamek sekundy. Moje ciało ciągle pamięta środek warszawskiej zimy. Jak ja tu będę żyć przez dwa miesiące – myślę. W Tajlandii w najchłodniejszym okresie temperatura sięga 30°C, a woda w morzu nagrzewa się do 26°C. W trakcie naszej jesieni i zimy trwa w tym rejonie pora sucha, a powietrze jest przyjemniejsze i mniej wilgotne niż np. w lecie, kiedy część kraju dręczą uparte monsuny i deszcze. Wytchnienie dają klimatyzowane pomieszczenia. Zresztą mieszkańcy całej Azji Południowo-Wschodniej mają niemal obsesję na punkcie chłodzenia się. Klimatyzacja zwykle bywa nastawiona nie na komfortowe dla Europejczyka 20–22°C, ale na temperaturę znacznie niższą. Dlatego do kina zawsze trzeba się ciepło ubrać, przed podróżą nocnym autobusem wyjąć bluzę i szal, a nawet narzucić coś na siebie przy każdej przejażdżce metrem.

Tajlandia cieszy się dużą popularnością wśród turystów z całego świata głównie ze względu na przepiękne plaże i lazurowe morze. Warto jednak wyjść nieco poza ten schemat, zrezygnować z błogiego wylegiwania się na złotym piasku choć na kilka dni i przeżyć o wiele więcej. To idealny cel wyjazdów dosłownie dla wszystkich – rodzin z dziećmi, backpackerów, którzy muszą nieraz zaciskać pasa, miłośników sportów i wielbicieli leniuchowania, samodzielnych podróżników czy królów imprez.

Raj dla kubków smakowych

Jedzenie stanowi wielką atrakcję w czasie wizyty w Tajlandii. Nie bez powodu kuchnia tajska uważana jest za najciekawszą i najlepszą na świecie. Niespróbowanie miejscowych przysmaków byłoby prawdziwym grzechem. Trzeba jednak pamiętać, że tosty zapiekane z szynką sprzedawane w popularnej sieci sklepów 7-Eleven wcinają tylko przyjezdni, a tutejsze śniadanie, obiad i kolacja niespecjalnie się od siebie różnią – rano można spokojnie zajadać się grillowaną wieprzowiną, kurczakiem czy dużą miską wywaru mięsnego z makaronem ryżowym.

Jeśli do obiadu nie dostaliście pałeczek, lecz sztućce, nie martwcie się, nikt nie zwątpił w wasze umiejętności posługiwania się nimi. W Tajlandii większość dań je się po prostu łyżką i widelcem (noże to rzadkość). Pałeczki, razem z łyżką, podawane są najczęściej do zupy z makaronem ryżowym.

W kuchni tajskiej wszystko kręci się wokół ryżu (zamówić go można nawet w miejscowym KFC), intensywnych przypraw i różnych rodzajów mięsa. Najsłynniejsze jest boskie pad thai, czyli smażony makaron ryżowy m.in. z jajkiem, sosem rybnym, orzeszkami, krewetkami, serwowany z połówką limonki i kiełkami. Nie wolno nie spróbować chociaż jednej z wersji curry (mieszanki przypraw rozprowadzanej w mleku kokosowym podawanej z mięsem, warzywami i ryżem) – do wyboru czerwone, zielone, żółte bądź łagodniejsze phanaeng curry (panang curry lub penang curry). Z kolei tom yam (tom yum) to intensywna kwaśno-pikantna zupa na mleku kokosowym. Ciekawą propozycję na lunch stanowi też sałatka z papai. Na deser często zamawia się lepki ryż khao niaw z bananem, mlekiem kokosowym czy jajkiem.

Przed wyruszeniem na wędrówkę w poszukiwaniu tajskich specjałów trzeba również odrzucić restrykcyjne zasady polskiego sanepidu, aby móc beztrosko zapuścić się w uliczki, gdzie na każdym kroku spotkać można dymiące wózki pełne świeżo przygotowanych smakołyków (wspomnianej zupy albo np. nadzianego na patyki mięsa). Wokół nich chaotycznie poustawiane są małe stoliki z niskimi plastikowymi krzesłami – nie ma na nich serwetek i sztućców, ale atmosfera jedzenia na ulicy jest niepowtarzalna. We wszystkich miastach i punktach, gdzie zatrzymują się autobusy dalekobieżne, znajduje się przynajmniej kilka niewielkich targów, na których oprócz świeżych owoców czy ryb sprzedaje się przeróżne mieszanki mięsa z lokalnymi warzywami przyprawione prawdziwie po tajsku. Posiłki na wynos pakuje się do zawiązywanych woreczków. Duża część lokali typowo restauracyjnych powstała dla turystów, dlatego ceny bywają w nich nawet kilkakrotnie większe, a dania – nie zawsze oryginalne.

W słynnej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej Pattaya,uchodzącej za jedno z centrów seksbiznesu,koniecznie należy odwiedzić chińsko-tajskie restauracje z rodzaju all you can eat (pol. jesz, ile chcesz). Pośrodku stołu znajduje się w nich wielki rozgrzany gar, w którym goście samodzielnie gotują lub przysmażają jedzenie. W formie szwedzkiego stołu wystawione są przeróżne warzywa, owoce, mięsa i najrozmaitsze owoce morza. Większe porcje tych dwóch ostatnich składników można wybrać samemu i oddać w ręce obsługi, która przygotuje je na grillu.

Moje własne curry

W Tajlandii przyrządzimy też miejscowe przysmaki samodzielnie pod okiem doświadczonego szefa kuchni w czasie kursu gotowania. Nawet największym obżartuchom powinien wystarczyć półdniowy wariant takiego szkolenia, w trakcie którego przygotowuje się kilka dań, a potem je konsumuje. W menu pojawiają się doskonała zupa kokosowa tom kha czy wspomniana już tom yam, makaronowe pad thai, jeden z rodzajów sajgonek i deser. W moździerzu uciera się również proszek curry, którego później dodaje się do potrawy z ryżem. Takie własnoręcznie przyrządzone specjały to prawdziwe niebo w gębie.

Największy wybór godnych polecenia kursów gotowania znajdziemy w mieście Chiang Mai, położonym w północnej części kraju. To jeden ze standardowych przystanków wszystkich turystów w Tajlandii, dlatego zaplecze usługowe jest w nim na tyle rozwinięte, że przyjezdni mogą siedzieć tu ponad tydzień i nigdy się nie nudzić.

Dzień najlepiej zacząć na lokalnym targu. Niektóre sprzedawane na nim produkty są tak niezwykłe, że człowiek z Europy Środkowej nie tylko dziwi się, że Tajowie je jedzą, ale też zastanawia, jak to robią. Do najsłynniejszych tego typu osobliwości należy zielonkawy durian z grubą skórką przypominającą nieco kolce. Ciągnie się za nim opinia najbardziej śmierdzącego owocu świata. Kiedy w pokoju w hostelu czuć zapach starych skarpetek, niekoniecznie winę za to musi ponosić niechlujny współlokator. Może ktoś nielegalnie (większość obiektów noclegowych wywiesza kartki z rysunkiem przekreślonego duriana) przemycił cuchnący smakołyk. Podobno nie wolno spożywać go także z alkoholem lub kawą.

Ciało do ciała

Po spacerze z orzeźwiającym świeżo zmiksowanym sokiem z owoców egzotycznych w ręce przychodzi czas na relaks. Wbrew obiegowej opinii większość tajskich masaży wcale nie kończy się zaspokojeniem seksualnym. Zabieg ten ma długą historię, a za jego legendarnego twórcę uchodzi sam lekarz Buddy – Shivago Komarpaj (Jīvaka Komarabhācca), żyjący ok. VI w. p.n.e. W rzeczywistości rozwój tej techniki masowania był bardziej złożony, bo czerpie ona z tradycji Chin, Indii i innych południowoazjatyckich krajów.

Wizyta w miejscowym salonie bywa niełatwym przeżyciem dla osób nieśmiałych i kruchych – taki masaż jest wyjątkowo kontaktowy i intensywny. Przed nim rozbieramy się do majtek albo zakładamy coś w rodzaju luźnego szlafroka i kładziemy się na materacu lub specjalnej leżance. W trakcie zabiegu masażystka używa różnych części ciała: łokci, stóp, kciuków bądź przedramion, może na nas siadać, trzymać za rękę, przyciskać nasze ciało do swojego. W przypadku tej techniki nie chodzi tyle o delikatne ugniatanie mięśni i skóry, co o naciskanie odpowiednich punktów i rozciąganie. Tajski masaż łączy elementy akupresury, pasywnej jogi i refleksologii. Czasem wywołuje chwilowy ból, ale po wszystkim człowiekowi wydaje się, że jest na tyle rozciągnięty, iż urósł kilka centymetrów. Taka sesja niesamowicie odpręża, dlatego zaleca się korzystanie z jej dobrodziejstw przynajmniej raz w tygodniu, nie tylko na urlopie. Osoby krępujące się tak bliskiego kontaktu z obcym człowiekiem mogą skusić się na wymasowanie stóp czy karku i głowy. Salony masażu znajdziemy tutaj dosłownie wszędzie, m.in. na południowych wyspach, w Bangkoku lub północnym Chiang Mai (gdzie działa zresztą najbardziej renomowana szkoła masażu).

Wielki błękit

scuba_diving_andaman_sea.jpg

W wodach Morza Andamańskiego nurkowie spotkają m.in. rekiny brodate

©THAITRAVELMART.COM



Ciepłe przejrzyste morze, bogactwo kolorowych ryb i zapierające dech w piersiach rafy koralowe przyciągają co roku do południowej Tajlandii tysiące turystów, a podwodny świat tego regionu od zawsze trafia do pierwszych dziesiątek rankingów najciekawszych nurkowisk na ziemi. Jeśli ktoś nie wie nic o nurkowaniu, to nic nie szkodzi. Może kupić albo wypożyczyć maskę, rurkę oraz płetwy i wybrać się na eksplorację dna morskiego na własną rękę na płytkie wody blisko brzegu. Dobrze dopytać się o lokalne warunki – w niektórych miejscach występują silne prądy lub fale, które wyrzucają na skały czy rafy. Najlepsze do snorkelingu są okolice wysp Koh Lipe, Koh Chang i Koh Samui.

Warto jednak zarezerwować sobie kilka dni bądź tydzień i wykupić podstawowy kurs nurkowy ze sprzętem – tutejsze ceny należą do najkorzystniejszych na świecie, a to, co zobaczymy pod powierzchnią morza w Tajlandii, jest zdecydowanie atrakcyjniejsze niż widoki podczas szkoleń prowadzonych na basenie i jeziorach w Polsce. Co więcej, sprzyjające warunki panują tu cały rok (z małymi wyjątkami), temperatura wody w zasadzie nie spada poniżej 26°C, a najlepszy okres do nurkowania to styczeń–marzec, czyli szczyt tajskiego sezonu. Zwykle nie ma konieczności zapisywania się na lekcje z wyprzedzeniem. Nawet na mniejszych turystycznych wyspach działa po kilka firm, bez problemu już na miejscu sprawdzimy ceny, dostępność i terminy kursów. Dobrze też zainteresować się, jakie certyfikaty posiada instruktor, czy dogadamy się z nim w jakimś języku, którym władamy, i co dokładnie zawiera dana oferta.

Cisza pod wodą, otaczające człowieka rozległe przestrzenie czy uczucie latania to dodatkowe argumenty przemawiające za spróbowaniem nurkowania. Niemal 75 proc. wszystkich gatunków fauny morskiej i koralowców na świecie występuje właśnie w Azji Południowo-Wschodniej – od malutkich koników morskich, przez płaszczki, ośmiornice, węże wodne, po kilku- lub kilkunastometrowe ryby. Spotkania z tymi stworzeniami nigdy się nie zapomina. Zachwycają również podwodne jaskinie, bloki skalne i wraki łodzi. Tajlandię można podzielić na trzy rejony idealne dla nurków. Pierwszy z nich stanowi zachodnie wybrzeże ze słynną wyspą Phuket oraz archipelagiem Phi Phi, leżący na północ od niego obszar, na który składają się wyspy Similan, Koh Bon, Koh Tachai i Skała Richelieu (Richelieu Rock), a także region południowy, czyli Koh Haa, Hin Daeng, Hin Muang i Koh Lipe. Z kolei w północnej części Zatoki Tajlandzkiej warto odwiedzić Pattayę i Koh Chang. Natomiast na jej południowym terenie miłośników podwodnych przygód przyciągają Koh Tao i Koh Samui.

Na siedzeniu tuk-tuka

phi-ph-island-1.jpg

Koh Phi Phi Don jest największą wyspą w archipelagu Phi Phi

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND



Istnieje wiele sposobów podróżowania po kraju Tajów. Wielką frajdą będzie na pewno zwiedzanie wybranej wyspy na własną rękę wypożyczonym na jeden lub kilka dni skuterem. Samodzielne prowadzenie środka transportu (wynajęcie samochodu bywa znacznie droższe) daje dużą niezależność. Nie tylko nie jesteśmy wówczas uzależnieni od rozkładów jazdy, lecz także bez problemu możemy zatrzymać się przy opuszczonej rajskiej plaży i wskoczyć wprost do orzeźwiającej wody.

W dużym mieście warto choć raz przejechać się tuk-tukiem, czyli autorikszą pełniącą funkcję taksówki. Taki trzykołowy pojazd wygląda jak motor z dobudowanym z tyłu wózkiem, który pomieści kilka osób. Jazda zatłoczonymi ulicami Bangkoku podniesie ciśnienie krwi niejednemu Europejczykowi. Jeśli ktoś podróżuje samodzielnie, może skorzystać z taksówek motorowych i skuterowych. Pasażer plecak wkłada pod kierownicę i wskakuje na siedzenie za kierowcą, który pędzi, przeciskając się między samochodami i ignorując większość znaków drogowych. Trudno powiedzieć, czy to aby na pewno bezpieczne, ale przeżycia z takiej przejażdżki są z pewnością niezapomniane.

Tajlandia to wręcz wymarzone miejsce dla miłośników morza i wysp, a co za tym idzie, zapalonych żeglarzy. Wystarczy zebrać grupę znajomych i wypożyczyć jacht albo katamaran, aby przemierzać bezkresną Zatokę Tajlandzką, a podczas rejsu zatrzymywać się w każdej chwili przy opuszczonych lądach, opalać bez towarzystwa tłumu turystów i nurkować z maską wśród bajecznych raf koralowych.

W świetle księżyca

shopping_at_khao_san_road1.jpg

Ulicę Khao San w centrum Bangkoku odwiedzają tłumy turystó

©THAITRAVELMART.COM



Wieczorem siadamy w jednym z barów. Noc jest gorąca, w środku stoją plastikowe krzesła i stół bilardowy, gra głośna muzyka. Podają tutaj tajskie piwa Chang i Singha bądź popularnego Tigera z Singapuru, czasem z lodem. Dla niektórych wakacje to moment, kiedy wreszcie mogą beztrosko imprezować i nie martwić się wczesnym wstawaniem. Do najlepszych do tego miejsc należy Bangkok – znajdziemy w nim słynną ulicę dla backpackerów Khao San, luksusowe bary na dachach wieżowców (rooftop bars) czy dzielnicę czerwonych latarni Patpong odwiedzaną przez licznych zagranicznych przybyszów. Wiele osób przyciągają kolorowe nocne światła położonego na wybrzeżu miasta Pattaya, centrum tajskiego seksbiznesu, w którym przy głównej ulicy działają kluby dla gejów oraz lokale oferujące pokazy erotyczne lub występy kathoey, czyli tzw. ladyboys (osób, które przyswoiły sobie cechy przeciwnej płci, uważanych w buddyzmie za trzecią płeć). Dzikie noce w ociekającej alkoholem i seksem Pattayi niezbyt przypadną do gustu osobom ceniącym zwykłego typu rozrywki czy rodzinom z dziećmi. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że seksturystyka to nie tylko niewinna wakacyjna zabawa, lecz także branża kontrolowana przez mafie i związana z wykorzystywaniem kobiet oraz zmuszaniem nieletnich do prostytucji.


Bawić można się wszędzie, ale dobre towarzystwo i odpowiedni termin to czasem podstawa. Tajlandia słynie na świecie z full moon party, czyli całonocnych imprez nad brzegiem morza organizowanych na południu kraju w dzień przed pełnią księżyca, w jej trakcie albo dzień po niej. Zwyczaj ten zainicjowano na plaży Haad Rin na wyspie Phangan w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej. W 1985 r. odbyło się pierwsze takie wydarzenie dla kilkudziesięciu osób. Wkrótce zyskało sławę i dziś przyciąga przynajmniej kilka tysięcy uczestników, w większości turystów, a jego odpowiedniki spotkamy również na innych wyspach. Na full moon party usłyszymy muzykę reggae, trance, rhythm and blues, techno, house czy drum and bass. Alkohol leje się strumieniami, nierzadko pojawiają się też inne środki odurzające. Trzeba jednak wiedzieć, że kary za posiadanie i sprzedawanie narkotyków w Tajlandii są wyjątkowo surowe.

Emocje na ringu

Wielbiciele widowisk podnoszących poziom adrenaliny we krwi także nie będą się w tym kraju nudzić. Muay thai, czyli boks tajski (boks syjamski), to bardzo popularna sztuka walki, szczycąca się niemal statusem sportu narodowego i przyciągająca tysiące żądnych wrażeń Tajów i zagranicznych turystów. Zwykle podoba się nawet osobom, które nie są fanami bijatyk na ringu. Ma wielowiekową tradycję, a wiele ze starych elementów przetrwało do dzisiaj – pojedynek zaczyna się od rytualnego tańca wojownika wai khru. Kiedyś w jego trakcie prezentowano region, z którego pochodził zawodnik. Ta część stanowi jednocześnie rozgrzewkę. Cała walka odbywa się na stojąco, przeciwnicy używają niskich kopnięć okrężnych, uderzeń łokciami i kolanami oraz tzw. klinczu, czyli chwytu klamrowego rękami. Niesamowitą atmosferę na widowni tworzy rozemocjonowana publiczność zawsze reagująca na silniejszy cios, przekrzykująca się, obstawiająca wynik w każdym momencie spotkania. Walczą w większości Tajowie, ale zdarzają się też zawodnicy z innych krajów. Niektórzy z nich są bardzo młodzi – trafiają się nawet 15-latkowie. Za najlepsze areny bokserskie uchodzą Lumpinee Boxing Stadium i Rajadamnern Stadium w Bangkoku oraz te na Phuket i Koh Samui czy w Chiang Mai.

Noc w dżungli

Liczne parki narodowe, dziewicza przyroda i zielona dżungla, w głąb której urządza się kilkudniowe wędrówki, czekają na wszystkich mających odwagę zejść nieco ze standardowego szlaku pełnego piaszczystych plaż i taniego piwa Chang. Leśnych ścieżek i zorganizowanych wycieczek szukać można w różnych częściach kraju, zarówno na popularnej północy, jak i w regionie wschodnim, często omijanym przez turystów. Dużo wypraw trekkingowych organizuje się w prowincjach Chiang Mai i Chiang Rai, Mae Hong Son, Kanchanaburi, Krabi, dystrykcie Mae Sot czy Parku Narodowym Khao Yai. Jeśli musimy wybrać jedno miejsce, warto zaufać ekspertom z UNESCO i odwiedzić Kompleks Leśny Dong Phayayen-Khao Yai, leżący w środkowej Tajlandii, stosunkowo niedaleko od stolicy. Podczas planowania wędrówek należy brać pod uwagę porę roku. Inaczej niż na wybrzeżu w okresie zimowym temperatura powietrza na terenach wyżej położonych bywa znacznie niższa od tej panującej w pozostałych miesiącach.

Światło i dym

Tajlandia to kraj o długiej historii i bogatej tradycji, dobrze więc poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jej najważniejszymi zabytkami i dowiedzenie się czegoś więcej o dominującym tutaj buddyzmie. Do obowiązkowych miejsc do zwiedzenia w Bangkoku zaliczają się przepiękny Wielki Pałac Królewski z Wat Phra Kaew (Świątynią Szmaragdowego Buddy), jedna z najstarszych tajskich budowli sakralnych Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy) oraz Wat Suthat z 28 chińskimi pagodami symbolizującymi 28 postaci Buddy. Na prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO znajdują się m.in. stanowisko archeologiczne Ban Chiang, dawna stolica Syjamu Ayutthaya, ruiny miasta Sukhothai czy rezerwaty dzikiej przyrody rozciągające się wzdłuż granicy z Birmą występujące pod wspólną nazwą Thung Yai-Huai Kha Khaeng.

Choć flaga Tajlandii jest niebiesko-biało-czerwona, to zdecydowanie dominują tu kolory pomarańczowy, złoty i biały. Można się o tym przekonać w trakcie jednego z buddyjskich świąt. W jakimkolwiek mieście wtedy będziemy, udajmy się do najbliższej świątyni i przeżyjmy je razem z Tajami. W czasie pełni księżyca obchodzi się Makha Bucha (Magha Puja), kiedy to rozbłyskają setki świateł, a w powietrzu unosi się dym. Pochód ze świeczkami i kwiatami prowadzony przez ubranych na pomarańczowo mnichów okrąża kilkakrotnie kompleks świątynny. Z kolei Songkran to tradycyjny tajski Nowy Rok (wypada na połowę kwietnia). Na ogół spędza się go w gronie rodziny, a do jego zwyczajów należy obmywanie posągów Buddy w świątyniach lub w czasie procesji (przewozi się je na bagażnikach samochodów). Przez kilka dni ulice pełne są roześmianych ludzi, którzy malują się białą kredą i oblewają wodą. Przypomina to trochę nasz śmigus-dyngus.

Tajskie niezwykłości

W Tajlandii zaskoczy nas wiele rzeczy. Na śniadanie dostaniemy ryż z mięsem lub zupę z makaronem ryżowym, a niedojrzałe mango serwuje się tu z sosem rybnym albo chilli. Do większości potraw otrzymamy łyżkę i widelec. Piwo z kolei często podaje się z lodem.

Do zwykłych widoków należą w tym kraju mnich bawiący się telefonem komórkowym czy słonie spacerujące po ulicach. Na drogach trzeba zachować ostrożność, bo przepisy dla uczestników ruchu traktuje się raczej jako wskazówki niż nakazy i zakazy.

Niemal wszystkie kremy dostępne w sklepach przeznaczone są do rozjaśniania skóry. Klimatyzacja w środkach komunikacji i pomieszczeniach ustawiona jest na dość niską temperaturę – sweter w autobusie to konieczność. Hymn państwowy rozbrzmiewa z głośników dwa razy dziennie, dodatkowo również przed każdym seansem w kinie.

Île-de-France, czyli wokół stolicy Francji

ALEKSANDRA SOROCZYŃSKA

<< Paryż nie bez powodu zajmuje pierwsze miejsce na podróżniczej liście wielu turystów zarówno z Europy, jak i całego świata. Tu, pod żelazną Wieżą Eiffla odkrywają oni swoje ulubione zakątki, które wspominają później po powrocie do domu. I choć niektórym z nich wydaje się, że w tej części Francji widzieli już chyba wszystko, na pewno się mylą. Przed nimi zostało jeszcze wiele do zobaczenia. >>

Île-de-France to najbardziej zaludniony francuski region (12-milionowy), którego centrum stanowi jedno z najchętniej odwiedzanych europejskich miast – Paryż. Tłumaczenie nazwy tego obszaru brzmi Wyspa Francji i trzeba przyznać, że w pełni zasługuje on na swoje miano. Nigdzie indziej w tym kraju nie znajdziemy tak wielkiej liczby francuskich zabytków, muzeów, galerii, teatrów, kin i innych centrów rozrywki, jak właśnie tutaj.

Więcej…