1605

© PATRONATO PROVINCIAL DE TURISMO DE GRANADA

 

MONIKA BIEŃ-KÖNIGSMAN

www.hiszpanskiesmaki.es

 

Andaluzja to czarodziejka, kraina położona pomiędzy – już nie całkiem w Europie, a jeszcze nie w Afryce. Jest jak kobieta tańcząca flamenco w „tablao” i na plaży w nocy. Codzienność ma tu smak tapas i jerez (sherry). Surowe góry sąsiadują z Oceanem Atlantyckim oddzielonym od Morza Alborańskiego Cieśniną Gibraltarską. W Andaluzji znajduje się jeden ze starożytnych słupów Heraklesa. Urodził się w niej słynny gitarzysta flamenco Paco de Lucía. Dziś dźwięki gitary rozbrzmiewają wśród ulic miast, których prawdziwym skarbem są mauretańskie budowle – monumentalne, a jednocześnie finezyjnie zdobione. Wszystkie te elementy tworzą wyjątkową andaluzyjską mozaikę.

 

Ta jedna z 17 wspólnot autonomicznych Hiszpanii leży na południu kraju, najbliżej brzegów Afryki. Od zachodu Andaluzja graniczy z Portugalią. W rejonie Cieśniny Gibraltarskiej znajduje się brytyjskie terytorium zamorskie Gibraltar stanowiące przedmiot sporu między Hiszpanią i Wielką Brytanią.

 

Półwysep Iberyjski to znakomity region na letnie wyjazdy. Do słonecznej Andaluzji wielu turystów przyciąga przede wszystkim jej piękne wybrzeże. Jednak czas spędzimy tu nie tylko na plażowaniu i uprawianiu sportów wodnych. Czekają na nas również wspaniałe zabytki, przysmaki regionalnej kuchni i rozmaite lokalne festiwale.

 

KRÓLEWSKIE MIASTO

 

Naszą podróż po krainie z Księgi tysiąca i jednej nocy zaczniemy od 700-tysięcznej Sewilli, stolicy wspólnoty, jednego z najcieplejszych miejsc w Europie. Najlepiej przyjechać do niej wiosną, późnym latem lub jesienią (w listopadzie termometry pokazują jeszcze 26–30°C). Mijane kobiety zdecydowanym ruchem trzepoczą wachlarzami, w południe bary są pełne ludzi popijających zimne tinto de verano, nawet koty chowają się w cień. Po godz. 17.00 robi się trochę chłodniej. Można wtedy przejść się wąskimi uliczkami Barrio de Santa Cruz, dawnej dzielnicy żydowskiej. Niepowtarzalną atmosferę nadają jej stare budynki z charakterystycznymi elementami takimi jak balustrady balkonów z kutego żelaza oraz obramowania okien i drzwi w kolorze musztardowym.

 

W tym pomarańczowym mieście trzeba zostać na dłużej. Nie sposób w jeden dzień zobaczyć wszystkich jego wspaniałości. Najbardziej rozpoznawalnym symbolem Sewilli jest dziś największa gotycka katedra na świecie – Catedral de Santa María de la Sede de Sevilla (wybudowana m.in. za złoto z odkrytej przez Krzysztofa Kolumba Ameryki). Wieża świątyni zwie się La Giralda. Pierwotnie była ona minaretem należącym do zburzonego później meczetu. Muezzin, aby zwoływać wiernych na modlitwę, wjeżdżał na nią konno. Z La Giraldy można podziwiać wspaniałą panoramę miasta. Nieco dalej znajduje się dawna mauretańska cytadela Alkazar (Real Alcázar de Sevilla), której początki sięgają X w. To tutaj właśnie zapadła decyzja o podróży Ferdynanda Magellana (1480–1521) dookoła świata i w tym miejscu Izabela I Katolicka (1451–1504) i Ferdynand II Katolicki (1452–1516) przyjęli Krzysztofa Kolumba (1451–1506) po jego powrocie z Ameryki. Od patrzenia na niezmiernie bogate ornamenty zdobiące ściany i sklepienia zaczyna się kręcić w głowie. Po nadmiarze wrażeń odpoczniemy w ogrodzie, wśród szmeru wody, pachnących kwiatów i wysokich palm.

 

W Sewilli trzeba jeszcze zobaczyć plac Hiszpanii (Plaza de España de Sevilla, nakręcono tu sceny do filmu Gwiezdne wojny: część II – Atak klonów), arenę walk byków (Plaza de Toros de la Real Maestranza de Caballería de Sevilla), Dom Piłata (Casa de Pilatos), Główne Archiwum Indii (Archivo General de Indias), Złotą Wieżę (Torre del Oro), dawną Królewską Fabrykę Cygar (Real Fábrica de Tabacos) i słynną Trianę – dzielnicę flamenco położoną po drugiej stronie rzeki Gwadalkiwir. W ciągu dnia warto udać się na małą sjestę do hotelu, aby po nabraniu sił wyruszyć wieczorem na miasto i przyjrzeć się Andaluzyjczykom siedzącym przy tapas i po prostu cieszącym się życiem.

 

MAURETAŃSKA STOLICA

 

Na początku VIII w. na Półwysep Iberyjski z Afryki przybyli Maurowie. Ich pierwszą stolicą była Kordoba. W czasach Emiratu Kordoby (756–929), a później Kalifatu Kordoby (929–1031) powstały setki meczetów i publicznych łaźni, wiele szpitali, publicznych bibliotek, szkół i wyższych uczelni. Biblioteka kalifa Al-Hakama II liczyła według niektórych badaczy ok. 400–600 tys. tomów. Pięknem i wielkością Kordoba przyćmiła inne miasta w Europie. Wyróżniała się także panującą w niej wyjątkową tolerancją. Mówiono, że jest miastem trzech kultur – islamu, chrześcijaństwa i judaizmu.

 

Uwagę zwraca tu meczet zwany Mezquitą – budowla niezwykła i jedyna w swoim rodzaju, tak jak jej historia (obecnie świątynia ma status rzymskokatolickiej katedry). Gęsty las kolumn prowadzi wzrok w stronę mihrabu. Budowę tego jednego z najbardziej znanych meczetów na świecie rozpoczęto w 786 r. W 1236 r. Kordobę przejęli chrześcijanie i kawałek po kawałku zaczęli przekształcać Mezquitę we własną świątynię. Zburzyli część niesamowitych kolumn, aby pomiędzy nimi wznieść kaplicę. Jednak w XVI stuleciu król Hiszpanii Karol V Habsburg (późniejszy cesarz rzymski Karol I) po obejrzeniu wnętrza meczetu wstrzymał prace. Dzięki temu dziś można wciąż podziwiać niezwykły kunszt mauretańskich rzemieślników, a miejsce zachowało swoją niepowtarzalną atmosferę.

 

Jednym z najpiękniejszych zakątków historycznej części miasta jest dzielnica żydowska, tzw. Judería. W maju w Kordobie odbywa się Festiwal Patios (Fiesta de los Patios). Dumni mieszkańcy (również Juderíi) otwierają przed zwiedzającymi drzwi do wewnętrznych dziedzińców swoich domów (patios). Na bielonych wapnem ścianach wiszą donice z goździkami, jaśminem, pelargoniami. Z tej okazji organizuje się pokazy flamenco i serwuje pyszne jedzenie. To wszystko w połączeniu z serdecznością gospodarzy sprawia, że chce się poznawać tę zaczarowaną krainę jeszcze dokładniej.

 

Przed opuszczeniem Kordoby trzeba zobaczyć koniecznie Alkazar (Alcázar de los Reyes Cristianos) – twierdzę królów chrześcijańskich, która niegdyś była siedzibą trybunału inkwizycji, Synagogę (Sinagoga de Córdoba) w dzielnicy żydowskiej i malowniczy rzymski most (puente romano de Córdoba). Warto też przekąsić coś w znakomitej knajpce „Casa el Pisto”, założonej w 1880 r. (nazywanej także „Taberna San Miguel”). Posileni i wypoczęci możemy ruszyć dalej, w stronę ostatniego bastionu Maurów i ich pałacu.

 

W KRAINIE BAŚNI

 

Granada, położona malowniczo na tle szczytów pasma Sierra Nevada, przyciąga romantyczną atmosferą, darmowymi tapas dodawanymi do napojów, a przede wszystkim twierdzą Alhambra. Ta ostatnia rezydencja władców muzułmańskich w Andaluzji przypomina szkatułkę, której skarby odkrywamy po wejściu do środka. Z oddali wzrok przyciągają surowe i monumentalne fortyfikacje. Widok Alhambry na tle gór budzi grozę. W środku olśniewają rzeźbione, koronkowe zdobienia i pachnące ogrody, gdzie zawsze szumi woda. Niezapomniane wrażenie robi kompleks z letnim pałacem Generalife. Łatwo tu sobie wyobrazić, jak może wyglądać raj.

 

W podziwianiu Alhambry nie przeszkadzają nawet tłumy turystów (to w końcu jeden z najczęściej odwiedzanych zabytków na świecie, więc bilety najlepiej zarezerwować wcześniej przez internet). Twierdza jest udostępniona do zwiedzania również nocą. Polecam wybrać się do niej dwa razy. Ten skarb Granady warto zobaczyć zarówno w pełnym słońcu, jak i wspaniale oświetlony wieczorną porą.

 

W mieście czeka na nas malownicza dawna dzielnica arabska Albaicín (Albayzín). Składa się na nią labirynt wąskich uliczek z pachnącymi jaśminem ogrodami oraz placami i punktami widokowymi, z których można kontemplować piękno Alhambry i majestatycznych ośnieżonych szczytów pasma Sierra Nevada. Działają tu liczne herbaciarnie w stylu marokańskim zwane teterías. Trzeba też koniecznie wstąpić na tapas, bo w Granadzie przy zamówieniu napoju dostaniemy zwykle przekąskę za darmo (to kelner zadecyduje, co nam poda: kawałek tortilli, pyszne małże lub skwierczące krewetki czy sałatkę z ośmiornicy albo polędwiczkę wieprzową w lekkim sosie). Innym niezwykłym miejscem w tym mieście jest Sacromonte. To dzielnica od dawna związana z andaluzyjskimi Cyganami i flamenco. Poza tym należy jeszcze wstąpić do Katedry i Królewskiej Kaplicy (Capilla Real de Granada), gdzie spoczywają szczątki Izabeli I Katolickiej i Ferdynanda II Katolickiego. 

 

MUCHA NIE SIADA

 

4127637849 20f015d8e6 o

W Kordobie warto spróbować tradycyjnych dań i specjałów tutejszej kuchni

© TURISMO DE CORDOBA

 

Przy opisywaniu Andaluzji nie sposób nie poświęcić kilku zdań tapas. W tutejszym upalnym klimacie muchy były wielkim utrapieniem gości barów, bo często wpadały do kieliszków i szklanek z napojami. Aby temu zaradzić, ludzie zaczęli przykrywać naczynia talerzykami, a na nich układać drobne przekąski: chleb, oliwki, plasterki szynki lub sera. To jedna z wielu teorii na temat powstania tapas. W tym przypadku pewny jest tylko fakt, że istnieje właściwie nieograniczona liczba ich rodzajów. Te przekąski spożywa się koniecznie w towarzystwie – najlepiej podczas spotkania ze znajomymi oraz przy wesołej i głośnej rozmowie. Jeśli podłogę w barze z tapas pokrywają w całości pestki, wykałaczki i serwetki, nie należy wpadać w panikę. To znak, że w tym lokalu podaje się pyszne jedzenie i warto w nim coś zamówić. Wszystko zostanie później posprzątane.

 

W STRONĘ ŚWIATŁA

 

W położonej nad Morzem Alborańskim 570-tysięcznej Maladze urodzili się malarz Pablo Picasso (1881–1973) i aktor Antonio Banderas (w 1960 r.). To miasto nowoczesne i radosne, stworzone do spacerów. Niedawno wybudowana urocza nadmorska promenada przyciąga miejscowe rodziny i młodzież tak samo jak turystów. Prowadzi do licznych restauracji, a dalej do plaży. Można się tu opalać, zażywać kąpieli, a w międzyczasie zajadać sardynki z grilla serwowane na piaszczystym wybrzeżu. Gdy plażowanie już nam się trochę znudzi, warto pospacerować uliczkami historycznego centrum, wstąpić do świetnego Muzeum Picassa (Museo Picasso Málaga) i domu, gdzie się urodził (Museo Casa Natal). Do zobaczenia jest jeszcze Katedra i wyniosła Alcazaba leżąca na zboczach wzgórza. Wyżej (na wysokości 130 m n.p.m.) znajduje się Zamek Gibralfaro (Castillo de Gibralfaro). Polecam się do niego wdrapać, bo z jego murów rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na całą Malagę, port i okolicę.

 

Jeżeli udamy się stąd wzdłuż wybrzeża na południowy zachód, dotrzemy do Marbelli, miasta luksusu i drogich jachtów, z piękną historyczną zabudową. Przy deptaku prowadzącym prosto do morza ustawiono kolekcję rzeźb Salvadora Dalego. Plaża jest mała, osłonięta od wiatru, i sąsiaduje z barami tapas i kawiarniami. Warto napić się kawy i wstąpić na drobną przekąskę.

 

Stąd niedaleko już do ostatniej brytyjskiej kolonii. W okolicy widać rozległe pola golfowe i nowe osiedla na wzgórzach. Powstały dla Brytyjczyków, Niemców czy Hiszpanów. Mają oni tutaj swoje drugie domy lub nieruchomości kupione z myślą o spędzeniu w nich emerytury. Polecam zajrzeć na chwilę do niewielkich luksusowych kompleksów Sotogrande bądź La Alcaidesa z doskonałą infrastrukturą, położonych nad brzegiem morza.

 

Potężna Skała Gibraltarska (426 m n.p.m.) jest widoczna już z daleka. Aby dostać się na terytorium zamorskie Wielkiej Brytanii, musimy przejść przez granicę hiszpańsko-brytyjską, na której należy okazać odpowiedni dokument (w przypadku Polaków wystarczy dowód osobisty). Jeśli właśnie ma lądować samolot, szlabany są zamknięte. To dlatego, że linia graniczna znajduje się w pobliżu pasa startowego, który trzeba przekroczyć. Na obszarze Gibraltaru mieszają się ze sobą różne światy. Pod palmami działa pub, w którym podaje się piwo Guinness Extra Cold, a obok funkcjonuje lokal z tapas. Są też czerwone budki telefoniczne, płaci się funtami gibraltarskimi, a królowa brytyjska przyjeżdża w te strony z wizytą. Zbudowano tu katolicką katedrę, synagogi i meczet. Słychać rozmaite języki, widać różne tradycyjne stroje. Warto wejść na Skałę Gibraltarską i popatrzeć na okolicę. Przy dobrej widoczności zobaczymy Afrykę. W tym miejscu trzeba tylko uważać na półdzikie magoty gibraltarskie. Te małe sprytne makaki berberyjskie potrafią podbiec i zabrać jedzenie z ręki, a porwane przedmioty wrzucić wprost do wody.

 

KONIEC ŚWIATA

 

Skała Gibraltarska to jeden ze starożytnych słupów Heraklesa. Drugi znajduje się po przeciwnej stronie Cieśniny Gibraltarskiej, w Afryce. Kiedyś wyznaczały one koniec świata. Za nimi nie było już nic. Dalej leży jednak malownicze Wybrzeże Światła (Costa de la Luz) z jednym z najstarszych miast Europy – Kadyksem, założonym przez Fenicjan w XII w. p.n.e. (jako Gádir). 

 

Jeśli jedzie się drogą biegnącą pięknymi wzgórzami blisko morza, można dostrzec po drugiej stronie cieśniny afrykański ląd. Do marokańskiego Tangeru z hiszpańskiej Tarify jest bardzo blisko (tylko ok. 30 km w linii prostej). Wystarczy wsiąść na prom i po krótkim rejsie znajdziemy się w mieście, gdzie kiedyś francuski malarz Henri Matisse (1869–1954) tworzył swoje obrazy, a Amerykanin Paul Bowles (1910–1999) pisał powieść Pod osłoną nieba.

 

W Tarifie koniecznie trzeba się zatrzymać na trochę dłużej. W tym miejscu morze spotyka się z oceanem. Miasto bywa nazywane stolicą wiatru. Doskonałe warunki sprawiają, że miłośnicy takich sportów jak wind- i kitesurfing czy nurkowanie znajdą tu dla siebie prawdziwy raj. Szerokie, złote plaże przyciągają surferów i osoby spragnione innych wrażeń niż te dostarczane na bardziej zabudowanym Wybrzeżu Słońca (Costa del Sol). Piękna stara architektura oraz pyszne dania ze świeżych owoców morza i ryb dodatkowo uprzyjemniają wizytę w Tarifie.

 

WINO BRYTYJCZYKÓW

 

Ferdynand Magellan przed swoją wyprawą dookoła świata zabrał podobno na statek więcej wina jerez (sherry) niż broni. Wypływał 20 września 1519 r. z miasta Sanlúcar de Barrameda, położonego nieopodal Kadyksu. Ta okolica uchodzi właśnie za krainę sherry. Tu znajdują się miejscowości, w których od wieków produkuje się to wzmacniane, jedyne w swoim rodzaju wino.

 

Początki upraw winorośli w tym rejonie sięgają czasów fenickich. Potem Maurowie przywieźli ze sobą receptury procesu destylacji, a winiarze przedłużali trwałość trunku, dodając do niego czysty alkohol. W ten sposób narodziło się słynne sherry.

 

Wzmacniane andaluzyjskie wino zaczęło zdobywać sławę, gdy w 1587 r. pirat Francis Drake (ok. 1540–1596) zaatakował Kadyks. Wśród łupów, które wywiózł do Anglii, było 3 tys. beczek tego trunku. Tak rozpoczęła się wielka miłość Brytyjczyków do sherry. Jego nazwa to angielska wersja toponimu Jerez.

 

To wino występuje w wielu odmianach: od wytrawnych po słodkie. Za najbardziej wyrafinowane uchodzi sherry fino (bardzo wytrawne i jasne). Serwuje się je schłodzone jako aperitif do tapas i potraw z owocami morza. Nie wolno zapominać, że próbowanie regionalnych dań i lokalnych trunków jest podczas podróży po Andaluzji równie ważne jak podziwianie zabytków i przyrody.

 

RENESANS, FILM I MOST NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Olvera 2

Olvera (prowincja Kadyks), jedno z białych miast Andaluzji (pueblos blancos)

© WWW.CADIZTURISMO.COM

 

Ten region Hiszpanii to nie tylko piękne wybrzeże i jej najsłynniejsze miejscowości ze śladami arabskiego panowania. W Andaluzji są również białe miasta (pueblos blancos) poukrywane między górami (pasmo Sierra de Grazalema), malownicze rezerwaty przyrody czy pustynia w prowincji Almería (desierto de Tabernas). W okolicach Jaén rosną drzewa oliwne, z których wytwarza się płynne złoto, czyli oliwę. Miasta Úbeda i Baeza uchodzą natomiast zaperły hiszpańskiego renesansu (przykłady architektury tej epoki są rzadko spotykane w orientalnej południowej krainie Hiszpanii).

 

W Andaluzji swoją karierę rozpoczął amerykański aktor i reżyser Clint Eastwood oraz włoski kompozytor Ennio Morricone. W latach 60. XX w. na pustyni Tabernas w prowincji Almería włoski reżyser Sergio Leone (1929–1989) zaczął kręcić spaghetti westerny. Główne role powierzył Clintowi Eastwoodowi, pisaniem muzyki zajął się Ennio Morricone. W tym rejonie nagrywano też sceny do filmów Lawrence z Arabii (1962) i Indiana Jones i ostatnia krucjata (1989).

 

Jedno z najpiękniejszych i najbardziej spektakularnych miejsc w Andaluzji stanowi bez wątpienia Ronda. To ją amerykański pisarz Ernest Hemingway (1899–1961) charakteryzował zdaniem: Całe miasto jak okiem sięgnąć jest niczym innym, jak romantyczną kulisą teatralną. Zabudowania miasta wznoszą się na skałach. Rondę przecina wąwóz El Tajo (Tajo de Ronda) o głębokości ponad 100 m. Na jego dnie płynie rzeka Guadalevín. Na południu znajduje się starsza, mauretańska część miasta (La Ciudad), po drugiej stronie wąwozu zaś – późniejsza, chrześcijańska (El Mercadillo). Te dwa rejony Rondy łączy m.in. most Nowy (Puente Nuevo), który ma prawie 100 m wysokości i jest wybitnym przykładem XVIII-wiecznej sztuki inżynieryjnej.

 

REGIONALNE SPECJAŁY

 

Andaluzyjczycy mówią, że jeśli zwiedziło się całą Andaluzję, a nie spróbowało hiszpańskiej szynki, to jakby niczego się nie poznało. Od lat trwa spór, która szynka smakuje lepiej: jamón ibérico z Hiszpanii czy prosciutto crudo z Włoch. W tej kwestii decydują jednak raczej indywidualne upodobania.

 

W górskiej części Andaluzji hoduje się długonogie świnie zwane cedros ibéricos. Wypasa się je w lasach porośniętych dębami korkowymi (jesienią zwierzęta zjadają nawet do 10 kg żołędzi). Dzięki tak wyrafinowanej diecie z mięsa tych świń wyrabia się najlepszą i najbardziej poszukiwaną szynkę – jamón ibérico. Podaje się ją pokrojoną na cienkie jak papier plastry. Tak smakuje najlepiej.

 

Innym symbolem kuchni andaluzyjskiej jest gazpacho. To zupa na zimno z surowych warzyw, octu i oliwy, bardzo prosta do zrobienia. Podstawą tutejszej wersji dania są pomidory.

 

Aż pięć z ośmiu prowincji tego regionu stanowią krainy nadmorskie. Nic więc dziwnego, że na stołach dominują ryby i owoce morza. Do perfekcji wręcz opanowano w Andaluzji sztukę ich smażenia na oliwie z oliwek, dlatego niekiedy ten rejon Hiszpanii bywa nazywany zona de los fritos („strefą smażalni”).

 

Oprócz tego jada się tutaj także sporo potraw mięsnych. Kordoba słynie z dań z dziczyzny, a Jaén – z kuropatw. W okolicach Sewilli popularne są potrawy z dzikiej kaczki. Ulubionym mięsem Andaluzyjczyków jest jednak wieprzowina. Poza szynką i kiełbasami (czerwoną chorizo i czarną morcillą) przyrządza się z niej wiele dań, chociażby mielone pulpety w sosie migdałowym.

 

URLOP NA SPORTOWO

 

 M6B0736

Caminito del Rey – szlak ciągnący się wzdłuż stromych ścian wąwozu Gaitanes

© WWW.CAMINITODELREY.INFO

 

Jeśli zamierzamy często delektować się andaluzyjskimi przysmakami, powinniśmy dostarczyć sobie więcej ruchu. Na szczęście w Andaluzji do wyboru mamy wiele rodzajów aktywności.

 

Zimą warto wybrać się urlop na mocno nasłonecznione zbocza pasma Sierra Nevada. Leży ono nieco ponad godzinę drogi samochodem od pięknych plaż Wybrzeża Tropikalnego (Costa Tropical) i pół godziny od zachwycającej Granady z Alhambrą. Nie można chyba wymarzyć sobie lepszego położenia. Sierra Nevada to dzikie i trudne góry z 23 szczytami o wysokości ponad 3 tys. m n.p.m. (z Mulhacén na czele – 3478,6 m n.p.m.). Znajduje się tu kurort Pradollano.Jest to najdalej wysunięty na południe ośrodek sportów zimowych w Europie kontynentalnej i zarazem najwyżej leżący w całej Hiszpanii (2100 m n.p.m.). Pod względem infrastruktury stacja narciarska Sierra Nevada (przez Hiszpanów nazywana Sol y Nieve, czyli Słońce i Śnieg) dorównuje kurortom w Austrii i Dolomitach. Działa tutaj 21 wyciągów, w tym 14 krzesełkowych, 2 gondolowe, 1 orczykowy i 4 taśmy transportujące. Łączna długość tras wynosi ok. 107 km. Sierra Nevada to również snowboardowy raj z ogromnym snowparkiem Sulayr.

 

W okolicy wietrznej Tarify natomiast można uprawiać wind- i kitesurfing czy żeglarstwo lądowe oraz nurkować i jeździć konno po plaży. Szerokie piaszczyste wybrzeże Atlantyku i wysoka temperatura wody (w zimie nie niższa niż 16°C) zachęcają do spędzania czasu nad oceanem. W tym rejonie funkcjonują liczne szkoły i wypożyczalnie sprzętu.

 

W 1993 r. w Hiszpanii zaczęto realizować program Vías Verdes (Zielone Ścieżki), którego celem było przerobienie nieużywanych linii kolejowych na ścieżki rowerowe. W ten sposób powstało kilkadziesiąt wspaniałych i komfortowych szlaków. Trasy kolejowe nadawały się do tego znakomicie, bo zazwyczaj są one stosunkowo proste i nie prowadzą po stromych wzniesieniach. Poza tym większość tych ścieżek przebiega przez obszary o wyjątkowej urodzie. Jeden z najpiękniejszych szlaków to Vía Verde de la Sierra. Mierzy 36,5 km długości, przecina góry w północnej części prowincji Kadyks i południowym rejonie prowincji Sewilla.

 

Osoby, które nie mają lęku wysokości, koniecznie powinny wybrać się na wycieczkę Ścieżką Króla (Caminito del Rey). Wydawnictwo Lonely Planet ogłosiło ją jedną z najgorętszych nowych atrakcji 2015 r. (w tym właśnie roku nastąpiło ponowne otwarcie trasy). Szlak powstał na samym początku XX w., ale zaczęto go używać dopiero w 1921 r. Wtedy to został otwarty przez króla Alfonsa XIII (1886–1941), który osobiście przeszedł całą trasę. Od tego czasu nazywa się go Caminito del Rey i uważa za jeden z cudów świata. Szlak wiedzie wzdłuż głębokiego wąwozu, a niektóre jego odcinki nadają się tylko dla ludzi o mocnych nerwach i pozbawionych całkowicie lęku wysokości. Pozostali amatorzy pieszych wędrówek na pewno znajdą coś dla siebie wśród mnóstwa andaluzyjskich tras.

 

Andaluzja jest częścią Hiszpanii najchętniej odwiedzaną przez wielbicieli gry w golfa. Nie bez powodu na Wybrzeże Słońca, czyli Costa del Sol, mówi się Costa del Golf. W tym regionie można grać w przepięknych sceneriach i jednocześnie korzystać z doskonałej pogody i możliwości zwiedzania okolicznych zabytkowych miast czy delektowania się pysznym jedzeniem. To w Andaluzji znajdują się dwa najlepsze hiszpańskie 18-dołkowe pola golfowe według serwisu Leadingcourses.com: Real Club Valderrama w resorcie Sotogrande w prowincji Kadyks (9,3 pkt) i Finca Cortesin Golf Course w Casares w prowincji Malaga (9,1 pkt). W tej części Hiszpanii funkcjonuje niemal 120 pól, istnieją także kompleksy golfowe oferujące najwyższe standardy pobytu. Na oficjalnej stronie internetowej wspólnoty Andaluzja umożliwiono wyszukiwanie obiektów dla golfistów według kryteriów takich jak liczba dołków bądź położenie (www.andalucia.org/en/golf).

 

Po aktywnym dniu spędzonym na uprawianiu sportu należy się zrelaksować i uspokoić zarówno ciało, jak i umysł. Na początek polecam udać się do arabskiej łaźni, gdzie pod ceglanymi łukami i wśród wyłożonych pięknymi kafelkami azulejos ścian czekają zimne i gorące baseny parowe. Warto zafundować sobie sesję kąpielową z masażem. Gdy już poczujemy się całkowicie zrelaksowani, powinniśmy zajrzeć do jednej z teterías (arabskich herbaciarni), których goście odpoczywają na wygodnych poduszkach przy dźwiękach orientalnej muzyki i filiżance herbaty. Niemal można się tu przenieść w czasie do muzułmańskiego Al-Andalus (711–1492).

 

KAWAŁEK WŁASNEGO RAJU

 

Jeśli ktoś po podróży po Andaluzji zakocha się w tym południowym regionie Półwyspu Iberyjskiego, pozostaje mu tylko jedno rozwiązanie. Powinien pomyśleć o zakupie własnego apartamentu lub domu w tej bajkowej krainie. Ceny andaluzyjskich nieruchomości są obecnie wyjątkowo atrakcyjne. Najwięcej nowych inwestycji powstaje na Costa del Sol. Wybór jest ogromny: od domów i apartamentów położonych nad morzem przez niewielkie mieszkania i obszerne wille z basenem po lokale przeznaczone do remontu. Na rynku znajdziemy też typowo andaluzyjskie finki i hacjendy. Można zdecydować się również na tzw. nieruchomość golfową, usytuowaną tuż przy polu do gry.

 

Jeżeli nie planujemy zostać w Andaluzji na dłużej, warto stąd przywieźć ze sobą jakąś pamiątkę, która w domowym zaciszu będzie nam przypominać o wspaniałej wyprawie. Polecam szczególnie ręcznie malowaną ceramikę. Występuje w wielu bardzo różnorodnych formach. Po wzorach na naczyniach można rozpoznać, w jakim mieście zostały wyprodukowane. Urocza filiżanka będzie nam przypominać Kadyks, który niemal z każdej strony otoczony jest wodą. Jego położenie i charakterystyczny kształt historycznego centrum, a przede wszystkim sposób, w jaki światła miejskie odbijają się w oceanie, spowodowały, że mówi się na niego La Tacita de Plata (Srebrna Filiżaneczka).

 

Warto także wrócić do domu z niebiesko-białym kafelkiem azulejo ozdobionym geometrycznymi lub kwiatowymi motywami (np. z Granady) albo piękną skórzaną torebką (wyroby ze skóry produkowane są w Kordobie od czasów Maurów). Jeśli mamy więcej miejsca w bagażu, koniecznie kupmy mały ręcznie tkany dywan z górzystej krainy Alpuhara (La Alpujarra). Nie można – oczywiście – zapomnieć również o artykułach spożywczych takich jak oliwa z oliwek, np. z Baeny, szynka jamón ibérico, kiełbasa chorizo, dżem z pomarańczy, wędzona papryka w proszku czy szafran. To wszystko pomoże nam na dłużej zachować w pamięci wrażenia z podróży do cudownej Andaluzji.

Artykuły wybrane losowo

Bali – perła Indonezji

Balijki w bogato zdobionych kostiumach w trakcie tańca legong

Photo Balinese - Kopia

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MARTINA ZAWADZKA

http://lovelajf.pl/

 

Bali od stuleci przyciąga turystów i podróżników z całego świata. Odwiedzają oni wyspę ze względu na jej wielowiekową kulturę, zapierające dech w piersiach krajobrazy i egzotyczną przyrodę. Pragną osobiście przekonać się, czy wszystko, co słyszeli na jej temat, jest prawdą. Po kilku dniach od przybycia na miejsce wiedzą już, że na Bali czeka ich dużo więcej. W tym niezwykłym zakątku ziemi mieszkają przecież przyjaźni, uśmiechnięci ludzie i od samego początku daje się wyczuć panującą w nim specyficzną atmosferę duchowości. Większość obcokrajowców w chwili wylotu zdaje sobie sprawę, iż nie była tu po raz ostatni i na pewno wróci odkrywać kolejne sekrety tego fascynującego lądu.

 

Tworzące piękne tarasy pola ryżowe nawadniane systemem przelewowym

rice flields Bali Mkhail Tsyganov

 

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE/MKHAIL TSYGANOV

 

Indonezja leży na 17 508 wyspach, z których w przybliżeniu jedna trzecia – ok. 6 tys. – pozostaje stale zamieszkana. Zdecydowanie najpopularniejsza jest Bali, wchodząca w skład archipelagu Małych Wysp Sundajskich, położonego na granicy Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Znajduje się ona między znacznie większą od siebie Jawą (dzieli je cieśnina Bali) a nieco mniejszą Lombok (odseparowane są cieśniną Lombok). Stolicę prowincji stanowi 850-tysięczne miasto Denpasar, w linii prostej oddalone od Warszawy o ok. 11 tys. km. Bali ma powierzchnię zaledwie 5780 km2 (razem z sąsiednimi wysepkami Nusa Penida, Nusa Lembongan czy Nusa Ceningan), czyli trochę mniej niż połowa województwa świętokrzyskiego, jednego z najmniejszych w naszym kraju. Maksymalna długość wyspy z północy na południe wynosi mniej więcej 112 km, a szerokość – jakieś 153 km.

 

Aby dostać się z Polski do tej części Indonezji, trzeba przekroczyć linię równika. Ze względu na położenie geograficzne przez cały rok panuje tutaj stabilny klimat. Przewodniki turystyczne ostrzegają przed występującą w tym regionie porą deszczową, która trwa zwykle od października do kwietnia. Jednak z doświadczenia wiem, że sytuacja nie wygląda wówczas tak źle. Deszcz i burze pojawiają się głównie wieczorem bądź w nocy, rzadko w ciągu dnia, ale nawet jeśli pada, wciąż jest ciepło. Średnia roczna temperatura powietrza na wybrzeżu wynosi 28°C, w głębi lądu osiąga wartość 26°C, a wyżej w górach – 23°C. Dlatego można wybrać się tu praktycznie zawsze.

 

INNY ŚWIAT

 

Ta perła Indonezji wyróżnia się na tle reszty kraju. W przeciwieństwie do innych wysp, na których żyją głównie wyznawcy islamu, dominującą religię w tym rejonie stanowi hinduizm w odmianie balijskiej. Nie znaczy to jednak, że nie spotkamy w nim muzułmanów (ponad 13 proc. tutejszej ludności) czy chrześcijan (niemal 2 proc. Balijczyków). Miejscowi traktują się nawzajem z szacunkiem. Dużą przyjemność sprawia obserwowanie, jak bardzo tolerancyjne społeczeństwo tworzą. Podczas mojej podróży dookoła świata miałam szansę przez kilka tygodni mieszkać u tradycyjnej rodziny z Bali. Ketut i jego żona Puspa wyznawali właśnie hinduizm balijski. To najpopularniejsza odmiana tej religii na wyspie. Łączy w sobie również elementy buddyzmu i animistycznych wierzeń lokalnych.

 

Balijczycy uważają, że każdego z nich od urodzenia obciążają trzy długi (Tri Rna), które muszą spłacić w trakcie swojego życia. Pierwszym z nich jest Dewa Rna (dług życia). Należy za niego wynagrodzić bogu Sang Hyang Widhi Wasa, który stworzył człowieka. Drugi dług to Pitra Rna (dług miłości i oddania). Za niego trzeba uczynić zadość swoim przodkom. Trzeci – Rsi Rna (oznaczający nabytą mądrość) – spłaca się kapłanom. Większość obrzędów i ceremonii religijnych na Bali dotyczy realizacji tych zobowiązań. Balijczycy liczą, iż bogowie i zmarli krewni uznają ich starania po śmierci.

 

Poza tym dla mieszkańców wyspy bardzo ważna jest karma. Wierzą, że wszystko, co człowiek daje innym, zarówno dobro, jak i zło, wraca do niego z podwojoną siłą, czyli czyny mają wpływ na nasze życie. Jeśli więc siejemy nienawiść, możemy być pewni, iż prędzej czy później takie działanie wyda plony i to, na co pracowaliśmy, zostanie zniszczone.

 

Oprócz tego Balijczycy wierzą w dobre i złe bóstwa. Znajduje się tu kilkadziesiąt tysięcy różnych miejsc kultu. Mimo iż ta liczba wydaje się ogromna jak na tak niewielką wyspę, mieszkańcy praktykują swoją religię nie tylko w ich pobliżu. Sfera sacrum obejmuje znacznie więcej, co dostrzega się na każdym kroku.

 

W BALIJSKIM DOMU

 

Przygotowywanie ofiarnych koszyków

offiar

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Podczas gościny u balijskiej rodziny miałam możliwość przyjrzeć się z bliska niektórym obrzędom oraz oddawaniu czci siłom przyrody i bogom. Niezmiernie dużą rolę odgrywają tutaj także kult przodków i wiara w demony. Puspa (podobnie jak większość kobiet na Bali) codziennie przygotowywała ofiarę złożoną z pięknych kwiatów, ryżu, świeżych owoców i pachnących kadzideł umieszczonych w małym koszyczku z liści palmowych. Jest to bardzo ważny rytuał. Czasem dorzuca się też drobne monety i papierosy. Cudownie przyozdobione kolorowe dary składane są w różnych intencjach zarówno dobrym, jak i złym bóstwom. Ofiarne koszyczki można zobaczyć prawie na każdym ulicznym rogu, chodnikach, przy domach i sklepach, a nawet na plażach.

 

Pewnego dnia Puspa i Ketut obudzili mnie z samego rana i poprosili, żebym wyprowadziła swój skuter, ponieważ chcieliby poświęcić pojazdy. Aby to zrobić, najpierw należało przyozdobić je kwiatami i ofiarami. Podeszli do tego niesamowicie poważnie. Powiedzieli, że po poświęceniu nie będą musieli się o mnie martwić, gdy wybiorę się gdzieś samodzielnie skuterem, bo nie zagrozi mi już żadne niebezpieczeństwo. Obrzęd wraz z przygotowaniami trwał mniej więcej godzinę. Na początek wspólnie pokroiliśmy owoce, przycięliśmy kwiaty i wykonaliśmy koszyczki z liści palmy, a następnie udekorowaliśmy nimi zaparkowane na podjeździe pojazdy. Po kilku minutach ich samochód i mój skuter przypominały przystrojone na święta Bożego Narodzenia choinki. Wtedy przyszedł czas na modlitwę. Poprowadziła ją najstarsza osoba z obecnych, czyli ojciec Puspy. Wszyscy, włącznie ze mną, byliśmy ubrani w tradycyjne koronkowe koszule i długie spódnice, a biodra przepasaliśmy sarongiem (chustą zasłaniającą nogi), który miał nas chronić przed demonami wychodzącymi z wnętrza ziemi. Ceremonia odbywała się na werandzie domu moich gospodarzy. Przed nią stały zaparkowane pojazdy, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł. Siedzieliśmy ze skrzyżowanymi nogami i rękoma złożonymi na wysokości klatki piersiowej. Ojciec Puspy powtarzał słowa modlitwy, którą co jakiś czas przerywał, aby zadzwonić małym dzwonkiem, gdy my oddawaliśmy pokłon.

 

MUZYKA I TANIEC

 

Mimo iż Bali jest niewielką wyspą, może poszczycić się niezmiernie barwną kulturą. To nieprawda, że tutejsze budowle i wytwory artystyczne mają tylko przyciągać turystów. Przejawy sztuki dostrzeżemy praktycznie wszędzie, a jej cel stanowi zadowolenie bogów. Już po opuszczeniu samolotu na lotnisku w Denpasar orientujemy się, iż znaleźliśmy się w zupełnie innej, magicznej części świata. Atmosferę duchowości wyczujemy również w domach, świątyniach, budynkach rządowych, biurach i hotelach.

 

Gdy po raz pierwszy usłyszałam balijską muzykę, byłam zachwycona! Jednak po kilku dniach słuchania jej w kółko, zaczęłam mieć wrażenie, że towarzyszy mi ciągle ten sam utwór… Na wyspie rozwinął się wyjątkowy styl muzyczny i taneczny, rozpoznawany na całym świecie, a zwany gamelanem. Utwory gra się na tradycyjnych metalofonach, gongach, ksylofonach i bębnach. Zespołów tego typu można posłuchać na Bali przy każdej okazji – podczas pokazów artystycznych, występów tancerzy czy rozmaitych uroczystości, np. weselnych.

 

Według statystyk na tej niewielkiej wyspie funkcjonują setki grup tanecznych wykonujących więcej niż 200 rodzajów tańca tradycyjnego. Oryginalny układ choreograficzny wykorzystuje głównie mowę ciała, mimikę i ruchy palców, nadgarstka, stóp, szyi, a nawet ust i oczu. Jeden z najstarszych gatunków (jego dzieje sięgają XV stulecia) nosi nazwę gambuh, charakteryzuje się wolnym rytmem i swoistym mistycyzmem. Bez wątpienia taniec u Balijczyków należy do sfery sacrum.

 

Ze względu na bardzo duże zainteresowanie tym elementem kultury wśród turystów, pokazy odbywają się niemal wszędzie. Tancerzy coraz częściej można podziwiać w restauracjach, hotelach, a nawet centrach handlowych. Żeby zapobiec profanacji w przypadku religijnych odmian tańca balijskiego, w 1992 r. lokalne władze podjęły decyzję o całkowitym zakazie prezentowania niektórych gatunków w nieodpowiednich dla ich charakteru miejscach.

 

KRAINA SPOKOJU I PIĘKNA

 

Jak większość mieszkańców Azji Balijczycy są ludźmi raczej niskimi, lecz o wielkich sercach i szczerym uśmiechu. W odróżnieniu od Europejczyków żyją zdecydowanie wolniej. Z przyjemnością można przyglądać się, jak celebrują czas spędzany z rodziną i jak ogromnym szacunkiem obdarzają osoby starsze. Zdają sobie sprawę z tego, że wszystko, co mają, zawdzięczają swoim przodkom i tego uczą swoje dzieci. I nie oznacza to wcale majątku, a dar życia. Balijczycy skupiają się na codziennych zajęciach, nie rozmyślają o przyszłości i nie snują długoterminowych planów. Oprócz pracy rytm kolejnych dni wyznaczają im religijne obrzędy i święta. Żyją w zgodzie z tradycją.

 

Podróż na Bali dostarcza mnóstwa wrażeń.Na wyspie działa bardzo dużo ośrodków oferujących zajęcia z jogi i sesje poświęcone nauce medytacji. Najwięcej znajduje się ich w ponad 30-tysięcznym mieście Ubud. Stanowi ono tutejsze centrum kulturalne, a także jest ważnym duchowym ośrodkiem regionu. Powinna do niego zawitać każda osoba szukająca odpowiedniego miejsca, aby móc skupić myśli i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Bali to idealny zakątek na skoncentrowanie się na przywróceniu równowagi w swoim życiu.

 

Miłośnicy sportów wodnych też bez wątpienia nie będą się tu nudzić. W pobliżu plaż (np. w sąsiedztwie miasta Kuta) miejscowi oferują wypożyczenie nart wodnych, sprzętu surfingowego, windsurfingowego i łodzi do żeglowania. Balijskie wybrzeże cieszy się wielką popularnością wśród surferów, zarówno tych początkujących, jak i zaawansowanych. Co więcej, wiele osób uważa je za najpiękniejszą okolicę do nurkowania na świecie. Tutejsze rafy koralowe bywają określane mianem cudu natury. Ich niesamowicie bogatą faunę i niespotykane kształty można podziwiać m.in. w południowym rejonie Bali – Nusa Dua, koło wysepki Nusa Penida i plaży Sanur, niedaleko miejscowości Padang Bai (Padangbai) i Candi Dasa (Candidasa), rybackiej wioski Tulamben i zatoki Cemeluk (Jemeluk) oraz wysepki Menjangan i osady Pemuteran.

 

ATRAKCJE WYSPY

 

We wspomnianym mieście Ubud leży Ubud Monkey Forest. To park z hinduistycznymi świątyniami położony w wiosce Padangtegal i zamieszkany przez liczne makaki krabożerne. Przed jego odwiedzeniem warto zaopatrzyć się w banany. Dzięki takiej przynęcie małpy będą bardzo chętnie do nas podchodziły.

 

Miejscem godnym polecenia w pobliżu Ubud jest Satria Coffee Plantation (Satria Agrowisata).Podczas spaceru można tu obejrzeć nie tylko plantację wiecznie zielonych krzewów kawowca, ale również uprawy egotycznych owoców i przypraw. Za jedną z najlepszych i najdroższych kaw na świecie uchodzi kopi luwak. Powstaje ona w specyficzny sposób. Jagody kawowca stanowią pożywienie łaskuna muzanga (nazywanego cywetą, a lokalnie luwakiem). Ten drapieżny ssak z rodziny łaszowatych nie trawi jednak nasion, a jedynie miąższ. Wydalone ziarna, które zostały poddane działaniu enzymów w przewodzie pokarmowym, wybiera się z odchodów zwierzęcia, następnie suszy i pali. W Satria Coffee Plantation przyjrzymy się temu procesowi na własne oczy, a także spróbujemy tej pysznej kawy i innych indonezyjskich przysmaków.

 

Indonezja jest też trzecim największym producentem ryżu na świecie (po Chinach i Indiach). Ze względu na uprawianie różnych jego gatunków zbiory odbywają się co kilka miesięcy, a więc Balijczycy sadzą i zbierają plony przez okrągły rok.W centrum Bali nieodłączną częścią krajobrazu są zielone pola ryżowe. Pokrywają one wzgórza i tworzą piękne wielopoziomowe tarasy.

 

Egzotycznym i jednocześnie mistycznym przeżyciem będzie dla Europejczyków wizyta w Pura Tirta Empul, zwanej również Świątynią Świętej Wody. Pielgrzymi z całej wyspy przybywają do niej w celu oczyszczenia bądź uleczenia ciała i duszy. W odświętnych strojach zanurzają się w kamiennym basenie z fontannami. Po kolei podchodzą do każdej z nich i odmawiają modlitwy, po czym opłukują twarz i ciało tryskającą z otworu wodą. Ceremoniom towarzyszy zapach kadzideł unoszący się w powietrzu.

 

Do najstarszych świątyń na Bali należy XI-wieczna Pura Uluwatu (Pura Luhur Uluwatu). Wznosi się ona na 97-metrowym klifie, znajdującym się na południowym krańcu wyspy. Oprócz podziwiania samej budowli (niestety, turyści nie mogą wejść do środka) atrakcję w tej okolicy stanowi także spacer po przepięknym urwistym wybrzeżu.

 

Pierwszą świątynią, do której zabrali mnie Puspa i Ketut, była Pura Tanah Lot z XVI stulecia. Właśnie od niej polecono mi zacząć odkrywanie Bali i uważam, że to właściwy wybór. Miejsce kultu umieszczono tu na wspaniałej formacji skalnej, której osobliwy kształt wyrzeźbiły fale oceanu. Nazwa Tanah Lot oznacza po balijsku „Ziemię w morzu”. Jeżeli zdecydujemy się na odwiedziny w trakcie przypływu, to zobaczymy właśnie, jak całkowicie oddzielone od lądu skały oblewa z każdej strony woda. W pobliżu znajduje się poza tym słynna jaskinia węży morskich, które podobno chronią świątynię przed intruzami i złymi duchami. Warto też pamiętać, że w przypadku większości obiektów sakralnych przed wizytą na ich terenie trzeba zadbać o odpowiedni ubiór. Należy założyć ubranie zakrywające nogi albo osłonić je sarongiem, który można kupić przed wejściem.

 

W odległości niemal 2 km od świątyni Ulun Danu Bratan (Pura Ulun Danu Bratan) odkryłam miejsce, które skradło moje serce. Prawdopodobnie nie wspomina o nim żaden przewodnik, ale podczas pobytu w urokliwym rejonie miejscowości Bedugul bardzo polecam się tutaj wybrać. Mam na myśli majestatyczną bramę będącą kiedyś wejściem do pobliskiego miasta. Ciężko oddać słowami niecodzienny widok, jaki tworzy ona wraz z wznoszącymi się w tle malowniczymi zielonymi górami. W okolicy stoją wiejskie domy i leżą pola uprawne, a w środku tego sielskiego krajobrazu wyrasta samotny portal przypominający przejście do innego świata.

 

Istnieje mnóstwo powodów, aby odwiedzić Bali. Jednym z nich są bez wątpienia cudowne rajskie plaże. Najpiękniejsze i najbardziej zapadające w pamięć to według mnie Suluban, Padang Padang i Balangan.

 

OSOBLIWY SYSTEM

 

Pura Ulun Danu Bratan w górach nad jeziorem Bratan niedaleko Bedugul

15-photos-that-will-make-you-want-to-travel-to-indonesia

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE

 

W trakcie mojego pobytu gospodarze domu kilkakrotnie próbowali mi wyjaśnić, dlaczego większość koleżanek i kolegów Ketuta nosi takie samo imię i skąd pochodzi jego własne. Muszę przyznać, że miałam duży problem ze zrozumieniem zależności w tutejszym systemie nazywania dzieci stosowanym przez Balijczyków żyjących zgodnie z tradycją. Zasady dotyczą głównie potomków mężczyzn pochodzących z najliczniejszych rodzin i najniższej kasty bądź mężczyzn z wyższej kasty, którzy poślubili kobiety z kasty najniższej. Oprócz przynależności kastowej o imieniu decyduje również kolejność urodzin. Pierwsze dziecko powinno nazywać się Wayan (co pochodzi od słowa wayahan oznaczającego „starszy”), Gede (Duży) lub Putu, czyli Wnuk. Płeć dziecka nie zawsze ma znaczenie. Imię Putu częściej nadaje się dziewczynkom, Wayan i Gede natomiast – chłopcom. Nie jest to jednak regułą. W innych przypadkach te same imiona mogą nosić zarówno synowie, jak i córki. W celu rozróżnienia płci Balijczycy stosują odpowiednie przedrostki. Gdy mówi się o chłopcach, należy użyć „i”, np. I Putu, kiedy wspomina się o dziewczynce, wstawia się „ni”, jak w Ni Putu.

 

Drugi w kolejności potomek to Made (imię zostało prawdopodobnie utworzone od słowa madya, czyli „środek”, „średni”), Nengah (tengah oznacza „w środku”) albo Kade czy Kadek (wyraz adik określa „młodszego brata”). Na trzecie dziecko zazwyczaj woła się Nyoman bądź Komang (co wywodzi się według pewnych hipotez od anom – „młody”, „mały” lub uman – „koniec”, „odpoczynek”). Ostatniego, najmłodszego malca nazywa się Ketut (przypuszczalnie od kitut, czyli „ogon”). Widać więc, że w pewnym uproszczeniu imię danej osoby zależy od kasty, kolejności urodzin, a czasem także od rejonu, z którego pochodzi rodzina. Trzeba przyznać, iż ten system nie jest łatwy i można się w nim pogubić.

 

POZA CZASEM

 

Życie na Bali upływa w swoim tempie i to nie tylko dlatego, że niemal zawsze świeci tu słońce, a w okolicy są same piaszczyste plaże, ciepły ocean i wysokie palmy kokosowe. Gdy mieszkałam u Puspy i Ketuta, codziennie rano obserwowałam, jak przeglądali gazetę i sprawdzali, kiedy będzie pełnia księżyca i jakie święta przypadają w najbliższym czasie według ich rachuby. Balijczycy mają swój własny tradycyjny kalendarz, na który składają się dwa systemy: 210-dniowy Pawukon (6 miesięcy po 35 dni) i księżycowy Saka (12-miesięczny). W każdym roku współistnieje ze sobą 10 osobnych cykli. Na podstawie ich wzajemnych zależności określa się m.in. daty ceremonii religijnych odprawianych w świątyniach.

 

Czas zatrzymuje się na wyspie w Nowy Rok, zwany Nyepi (wypada w marcu, niekiedy w kwietniu – w 2017 r. w dniu 28 marca). Ulice pustoszeją, sklepy, banki, a nawet urzędy są zamknięte. Lotnisko w Denpasar nie funkcjonuje i nie sposób dostać się tutaj w jakikolwiek sposób. Nie wolno jeździć samochodami i nikt nawet nie myśli o tym, aby wsiąść na skuter. Co więcej, w tym dniu Balijczycy rezygnują również z używania elektryczności, rozpalania ognia i wszelkich aktywności. Okna w domach pozostają zasłonięte, nikt nie wychodzi na zewnątrz. Mieszkańcy Bali wierzą, że w tym czasie nad wyspą przelatują demony, dlatego starają się je przekonać, iż cała okolica jest wyludniona, aby nie dać im powodu do zatrzymania się.

              

Ten tzw. Dzień Ciszy przeznacza się na medytację, rozmyślanie i pogrążenie się w zadumie. Stanowi on okazję do oczyszczenia umysłu, osiągnięcia wewnętrznej równowagi i zebrania myśli. Pozwala oderwać się od rzeczywistości, odseparować od świata zewnętrznego po to, aby odnaleźć spokój w sobie. Bali jest zresztą przez cały rok znakomitym miejscem na odkrywanie samego siebie. Panująca na wyspie atmosfera sprzyja błogiemu relaksowi i skupieniu się na swoim wnętrzu. Warto zatrzymać się choć na chwilę w codziennym pędzie, żeby odwiedzić ten wyjątkowy zakątek Indonezji.

Najpiękniejsze miejsca do nurkowania na Ziemi

opracował:

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

W tym wydaniu magazynu All Inclusive mamy obszerny artykuł Darka Sepioły, ilustrowany jego niezwykłymi zdjęciami, poświęcony magii wielkiego błękitu. Ten podróżnik, dziennikarz, fotograf i filmowiec, a przede wszystkim znany w Polsce nurek, który spędził pod wodą aż 2 tys. godzin, opowiada o najwspanialszych miejscach na świecie, jakie można znaleźć w głębinach mórz i oceanów. Jego tekst, będący cudowną podróżą po 7 kontynentach, zainspirował nas do przygotowania większego materiału na temat prawdziwych rajów dla miłośników podwodnych przygód. Postanowiliśmy zapytać kilku wybranych ekspertów i pasjonatów nurkowania o ich ulubione, najpiękniejsze miejsca pod wodą na Ziemi, jakie do tej pory odwiedzili. Dzięki nim odbywamy wspaniałą podróż po morskich głębinach…   

Więcej…

Gwatemala – serce świata Majów

HANNA BORA

www.sledznas.pl

<< Gwatemala to z pewnością jeden z najciekawszych krajów Ameryki Centralnej. Zachwyca wielką różnorodnością. Można tu zagubić się w bujnym tropikalnym lesie podczas odkrywania pozostałości cywilizacji Majów, wspinać się na majestatyczne wulkany, kąpać się w turkusowych wodospadach, odwiedzać kolonialne miasta i kolorowe targi. Nic dziwnego, że to miejsce staje się coraz bardziej popularnym celem podróży dla turystów z całego świata. Zdecydowanie warto wybrać się do Gwatemali. >>

 

Wzniesiony pod koniec XVII stulecia Łuk Świętej Katarzyny w mieście Antigua

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Ten kraj graniczy z Meksykiem, Belize, Hondurasem i Salwadorem. Ma wybrzeże zarówno nad Morzem Karaibskim, jak i nad Pacyfikiem. Przez terytorium Gwatemali przebiega łańcuch Kordylierów Południowych z licznymi wulkanami.

Nasza wyprawa do tej części Ameryki Centralnej była niezapomnianym przeżyciem. Czas spędzaliśmy na trekkingach i wycieczkach do gwatemalskich cudów natury. Z zainteresowaniem poznawaliśmy też miejscową kulturę – podziwialiśmy pozostałości cywilizacji Majów i odkrywaliśmy zwyczaje ich potomków.

 

WYBUCHOWA NOC

Jest chłodna noc. Kulimy się w naszych śpiworach w namiocie. Na szczęście mamy ze sobą jeszcze koc. Po zachodzie słońca temperatura znacząco spadła. Zerkam na zegarek. Jest dopiero 21.00, do pobudki pozostało ponad 7 godz. Staram się zasnąć. Jednak kiedy tylko zapadam w sen, wyrywa mnie z niego potężny huk. Potem jeszcze przez dłuższą chwilę słychać spadające kamienie. Tej nocy powtórzy się to kilka razy.

Przed naszym namiotem co kilkadziesiąt minut rozgrywa się niesamowite widowisko. Mamy świetny widok na szalejący Wulkan Ognia (Volcán de Fuego, 3763 m n.p.m.) – najbardziej aktywny w Ameryce Centralnej i jeden z niemal 40 znajdujących się w Gwatemali. To niezwykłe doświadczenie. Zanim położyliśmy się spać, wpatrywaliśmy się zahipnotyzowani w gęste obłoki dymu i rozżarzone strumienie lawy spływające po zboczach. Potęga natury jednocześnie przeraża i zachwyca. Trudno od tego spektaklu oderwać wzrok.

Budzimy się o 4.00. Zziębnięci próbujemy ogrzać się kawą przy ognisku. Przed nami ostatni odcinek szlaku na wulkan Acatenango. Spieszymy się, żeby zobaczyć z jego szczytu wschód słońca. Drogę już znamy. Poprzedniego dnia dotarliśmy do naszego obozowiska wczesnym popołudniem i postanowiliśmy wejść na wierzchołek na zachód słońca. Tym razem jednak idzie się trudniej. Panuje zupełny zmrok rozświetlany jedynie światłem naszych czołówek. Przystajemy, kiedy słyszymy głośniejsze pomruki wulkanu, żeby nie ominąć kolejnego wybuchu. Po nieprzespanej nocy bardziej dokucza nam wysokość. Wspinamy się na 3976 m n.p.m.

Gwiazdy powoli bledną i robi się coraz jaśniej. Niebo zaczyna się mienić kolorami. Pomiędzy chmurami przebłyskują światła okolicznych miast. Do wierzchołka niewiele nam już brakuje. Na szczycie spotykamy inne grupy turystów. Poprzedniego wieczoru byliśmy tu sami. Teraz jednak chętnych do podziwiania tego niezwykłego spektaklu jest znacznie więcej. Obecnie dla wielu osób ta nocna wędrówka to największa atrakcja Gwatemali, a w pobliskiej Antigui działa kilkanaście agencji organizujących grupowe trekkingi. Można też dojechać do wioski La Soledad i w niej znaleźć lokalnego przewodnika lub wybrać się w góry samemu, o ile ma się odpowiednie doświadczenie w wyprawach wysokogórskich.

Wschód rzeczywiście jest spektakularny. Słońce wstaje nad kolejnym szczytem – Wulkanem Wody (Volcán de Agua, 3760 m n.p.m.). Jego promienie tańczą pomiędzy chmurami i dodają kolorom ciepła. Fuego wciąż wykazuje aktywność i wypuszcza spore kłęby dymu. Nie musimy się nigdzie spieszyć, więc spokojnie obchodzimy krawędź krateru, podziwiając widoki. Przed nami rozciągają się łańcuchy górskie, leżą jeziora, miasta i mniejsze wioski. W pewnym momencie możemy nawet dostrzec imponujący cień wulkanu. Poza nami nie ma już prawie nikogo. Jest naprawdę magicznie.

Schodzimy też do środka krateru, gdzie znajduje się nieduża, prosta chata. Niewielkie refugio („schronisko”) imienia doktora Axela Carranzy zbudowano tutaj w 2017 r. po tym, jak sześcioro turystów (w tym wspomniany gwatemalski chirurg) zginęło na wulkanie z powodu nagłego załamania pogody. Warunki tego dnia były fatalne – opowiada nam Alberto, spotkany na górze lokalny przewodnik. Radziliśmy im, żeby zawrócili, ale nie chcieli zrezygnować. Wieczorem zerwał się silny wiatr, który porwał ich namioty. Temperatura spadła poniżej zera i większość z nich zmarła z wyziębienia. Mamy nadzieję, że nigdy więcej nie dojdzie do takiej tragedii. Słuchamy jego słów w milczeniu i przyglądamy się tablicom pamiątkowym. Góry są nieprzewidywalne i uczą człowieka pokory.

W drodze powrotnej z wulkanu ekscytacja powoli ustępuje w nas miejsca zmęczeniu. Napakowane ciepłymi ubraniami plecaki ciążą, mięśnie zaczynają się buntować. Zejście zawsze wydaje nam się bardziej monotonne i mozolne, nawet jeśli trwa krócej. Mijamy liczne grupy turystów wdrapujących się na szczyt. Niektórzy wypytują nas o wrażenia. Potwierdzamy, że Wulkan Ognia jest bardzo aktywny i można liczyć na pokaz naturalnych fajerwerków. Sami marzymy już tylko o tym, żeby się położyć i odpocząć.

 

MIASTO W CIENIU WULKANÓW

Na odpoczynek ruszamy do dawnej stolicy hiszpańskiej kolonii Capitanía General de Guatemala (z lat 1540–1776). Antigua (Antigua Guatemala) sprawia wrażenie, jakby czas się w niej zatrzymał. Niska zabudowa, brukowane uliczki, kolonialne budynki w różnych kolorach i dachy pokryte czerwoną dachówką zachwycają turystów. Poza tym rozpościerają się stąd wspaniałe widoki na trzy wulkany: Ognia, Wody i Acatenango. To malownicze położenie dodaje miastu uroku, ale bywało też źródłem nieszczęść. Antigua była wielokrotnie nękana przez trzęsienia ziemi. W 1773 r. została zniszczona niemal doszczętnie, a trzy lata później zarządzający kolonią zadecydowali o przeniesieniu stolicy. Śladami po tym dramatycznym wydarzeniu są liczne ruiny barokowych kościołów. Ich popękane mury przypominają o nieustannym zagrożeniu.

Na spacer po mieście najlepiej wybrać się rano, kiedy ulice wciąż pozostają puste i dopiero budzą się do życia. Łatwiej wtedy wypatrzyć najbardziej klimatyczne zaułki i detale, które składają się na wyjątkowy charakter tego miejsca. Dzień zaczynamy od typowego gwatemalskiego śniadania – desayuno chapín („śniadania mistrzów”). Na stole pojawiają się: jajecznica, pasta z czerwonej fasoli, smażone banany, plasterki awokado, kawałek białego sera i oczywiście tortille – bez nich w Gwatemali nie ma posiłku. Nie sposób się nie najeść. Do tego wypijamy czarną kawę. W końcu to główny towar eksportowy kraju. Niestety, ta podawana w ulicznych jadłodajniach lub na targu zazwyczaj nie jest zbyt mocna.

Po dodającym mnóstwa energii posiłku włóczymy się wąskimi uliczkami i obserwujemy życie mieszkańców, którzy powoli gromadzą się na licznych placach. Z zachwytem patrzymy na tradycyjne, niezwykle kolorowe stroje kobiet. Kierujemy się w stronę żółtego Łuku Świętej Katarzyny (Arco de Santa Catalina). To najbardziej charakterystyczny punkt miasta i jedna z wizytówek Gwatemali. Kawałek za nim znajduje się piękny barokowy Kościół Miłosierdzia (Iglesia de la Merced) ukończony w 1767 r. Siadamy na ławce i przypatrujemy się misternym, białym zdobieniom. Zaraz obskakuje nas grupka dzieciaków próbujących sprzedać nam plecione bransoletki, kolorowe torebki i zabawki. Grzecznie odmawiamy, ale młodzi handlarze nie dają za wygraną i wpatrują się w nas dużymi, ciemnymi oczami. Trudno się nie złamać.

Obowiązkowym punktem na trasie zwiedzania Antigui jest Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz). Prowadzi na nie rząd schodów, ale na górę można wjechać też taksówką lub samochodem. Kilka lat temu to miejsce nie cieszyło się najlepszą sławą. Podobno zdarzały się tu napady na turystów. Obecnie od rana do zmierzchu patrole policyjne pilnują porządku w okolicy. Na wzgórzu jest spokojnie, spotyka się na nim sporo zakochanych par wymieniających czułości i rodzin z dziećmi. Z Cerro de la Cruz rozciąga się imponująca panorama miasta z Wulkanem Wody w tle. Dopiero stąd widać idealny plan ulic układających się w szachownicę. W środkowym punkcie znajduje się Park Centralny (Parque Central) otoczony najważniejszymi budynkami i przytulnymi kawiarniami. Oglądanie Antigui ze wzgórza to idealne uzupełnienie zwiedzania. Rozpoznajemy odwiedzone wcześniej miejsca i odnajdujemy te, które przez przypadek ominęliśmy.

Pomimo zniszczeń miasto zdołało zachować swój unikatowy, kolonialny charakter. W 1979 r. zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obecnie Antigua jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc nie tylko w Gwatemali, ale i całej Ameryce Centralnej. Wielu turystów postanawia zatrzymać się w niej na dłużej. Nie brakuje tu eleganckich hoteli z pięknymi dziedzińcami, budżetowych hosteli, szkół językowych, sklepów z pamiątkami i organiczną żywnością. Mamy wrażenie, że wymyślnych restauracji działa w mieście znacznie więcej niż tanich jadłodajni. Osobom zainteresowanym lokalnym kolorytem polecamy wizytę na głównym targowisku. Tuż za nim znajduje się dworzec, gdzie możemy zobaczyć swoistą wystawę kolejnego symbolu Gwatemali. Lśniące i jaskrawo pomalowane chicken busy są nieodłącznym elementem krajobrazu tego kraju. To stare szkolne autobusy z USA, które otrzymały szansę na nowe życie i sprawdzają się na najtrudniejszych drogach Ameryki Centralnej. Nie sposób ich nie zauważyć. Mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Kierowcy wykazują się dużą kreatywnością przy dekorowaniu swoich wehikułów. Często też nadają im imiona, polecają opiece świętych i opatrzności Bożej.

Przejażdżka takim pojazdem to prawdziwa przygoda. Pasażerowie upychani są do granic możliwości, nie zdarza się, żeby dla kogoś zabrakło miejsca. Bagaże i wszelkiego rodzaju pakunki lądują na dachu. Niektórzy przewożą też zwierzęta, głównie kury. Właśnie stąd najprawdopodobniej wzięła się popularna, angielska nazwa. Kiedy nieustraszony kierowca mknie po górskich serpentynach, jego pomocnik wykrzykuje nazwę docelowego miasta, aby wyłapać kolejnych podróżnych. Wtóruje mu donośnie klakson. Czas przejazdu umilają pasażerom ulubione piosenki kierowcy (puszczane z głośników najgłośniej jak się da) oraz niekończące się korowody sprzedawców oferujących przekąski, napoje i masę niepotrzebnych przedmiotów wszelkiej maści.

 

Stożek aktywnego wulkanu Acatenango nocą

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

NAJPIĘKNIEJSZE JEZIORO ŚWIATA

Jeszcze zanim wyjechaliśmy z Antigui nad jezioro Atitlán, zdążyliśmy wiele o tym miejscu usłyszeć. Na cały świat rozsławił je angielski pisarz Aldous Huxley, autor wydanej w 1932 r. powieści Nowy wspaniały świat. To właśnie on stwierdził, że jest najpiękniejszym jeziorem na ziemi i tę opinię do dziś powtarzają niemal wszystkie przewodniki i foldery turystyczne. Od wielu osób słyszeliśmy o malowniczym położeniu, kolorowych majańskich wioskach rozsianych wzdłuż brzegów i niezwykłej energii, która nie pozwala szybko stąd wyjechać. Zazwyczaj podchodzimy do takich zachwytów sceptycznie. Pozwala nam to uniknąć zbędnych rozczarowań. Jednak już na krętej, prowadzącej stromo w dół drodze zaczęliśmy rozumieć, skąd wzięły się te entuzjastyczne oceny. Chcąc nie chcąc, sami ulegliśmy w końcu magii tego miejsca.

Na czym polega urok tej okolicy? Na ten temat krąży wiele legend. Według jednej z nich w czasach konkwisty hiszpański żołnierz zakochał się w pięknej majańskiej dziewczynie, którą ujrzał nad brzegiem jeziora. Niestety, jego wybranka nie zwracała na niego uwagi. Wybrał się więc do lokalnej szamanki z prośbą o pomoc. Otrzymał od niej pierścień i zapewnienie, że jeśli dziewczyna go założy, jej serce będzie należało do niego. Tak rzeczywiście się stało. Choć zakochana para spotykała się potajemnie, wkrótce o związku dowiedział się dowódca oddziału i wpadł w szał. Swojego podwładnego wtrącił do więzienia, a dziewczynę skazał na śmierć. Tuż przed egzekucją zauważył na jej dłoni pierścień. Postanowił go zatrzymać. Po kilku dniach zaczął jednak odczuwać niepokojące przywiązanie do niepokornego żołnierza. Nie potrafił nad nim zapanować. Którejś nocy wypłynął łódką na środek jeziora i wyrzucił pierścień do wody. Od tej pory Atitlán rzuca czar na każdego, kto na nie spojrzy.

Jezioro leży na wysokości ponad 1500 m n.p.m. i wypełnia rozległą kalderę, która powstała w wyniku wybuchu wulkanu ok. 85 tys. lat temu. Ma powierzchnię 130 km2. Otaczają je góry i trzy wulkaniczne szczyty: Atitlán (3537 m n.p.m.), Tolimán (3158 m n.p.m.) i San Pedro (3020 m n.p.m.). Głównym miasteczkiem w okolicy jest Panajachel (w skrócie Pana). W latach 60. XX w. upodobali je sobie hippisi. To najłatwiej dostępne, ale też najbardziej turystyczne miejsce w tym rejonie. Wystarczy jednak wsiąść w wodną taksówkę, aby przenieść się do jednej ze spokojniejszych miejscowości. San Pedro La Laguna cieszy się popularnością wśród osób młodych. Można znaleźć tutaj najtańsze noclegi, szkoły języka hiszpańskiego oraz wiele restauracji i barów czynnych do późna. San Juan La Laguna przyciąga artystów, a San Marcos La Laguna – praktykujących jogę i medytację. Warto wybrać się też do miasta Santiago Atitlán, gdzie można odwiedzić lokalny targ, a także majańskiego boga Maximóna. To nieoficjalny gwatemalski święty, którego drewnianą figurę przyozdabia bandana i kapelusz. Wiele osób zwraca się do niego z prośbami, a w zamian za ich spełnienie zostawia mu pieniądze, alkohol lub papierosy. Atitlán to świetne miejsce na spotkanie z kulturą i tradycjami współczesnych Majów.

Osoby zafascynowane dawnym majańskim imperium powinny zajrzeć pod wodę. W 1996 r. biznesman i nurek Roberto Samayoa natknął się w jeziorze na nietypowe znalezisko. Odkrył podwodne miasto – prawdziwą Atlantydę Majów. Nazwał je Samabaj. Początkowo nikt mu nie wierzył. Po pewnym czasie jednak okazało się, że jego odkrycie jest unikatowe na skalę całej Mezoameryki. Rozpoczęto więc prace archeologiczne. Na ich podstawie badacze doszli do wniosku, że wcześniej była tu niewielka wyspa, która została zatopiona ok. 2 tys. lat temu w wyniku naturalnej katastrofy, takiej jak wybuch wulkanu.

 

TARGOWISKO RÓŻNOŚCI

W niedzielę wybieramy się do Chichicastenango. Leży zaledwie godzinę drogi od jeziora. Na pierwszy rzut oka miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak dwa razy w tygodniu – w czwartki i niedziele – jego ulice wypełniają się gwarem, kolorami i zapachami, gdy zamieniają się w ogromne targowisko. Można tutaj kupić wszystko. Stragany uginają się od towarów, na wieszakach powiewają pięknie haftowane bluzki (huipiles). Do tego aż roi się od barwnych chust, pasów, toreb i plecaków, wszelkiego rodzaju figurek, obrazków… Łatwo dostać oczopląsu od tych wszystkich kolorów. Targ w Chichi przyciąga jak magnes turystów poszukujących pamiątek z podróży. Z tego względu ceny często są na nim dość mocno zawyżone i trzeba się targować. Targowisko ma jednak też swoją mniej turystyczną stronę – pojawiają się na nim liczne stoiska z warzywami, owocami, ziołami i przyprawami, na których zaopatrują się mieszkańcy okolicznych wiosek.

W samym sercu miasteczka znajduje się Kościół św. Tomasza z Akwinu (Iglesia de Santo Tomás de Aquino). Prowadzi do niego 18 stopni. Zanim na te tereny przybyli Hiszpanie, były to schody majańskiej świątyni. Każdy stopień symbolizuje jeden miesiąc z kalendarza Majów. Nawet dziś można na nich spotkać lokalnych szamanów odprawiających tradycyjne rytuały. Schody okupują również kobiety sprzedające kwiaty, które wierni składają w ofierze. Wszędzie unosi się zapach kadzidła. Choć z zewnątrz kościół nie różni się specjalnie od innych katolickich świątyń, obrzędy odprawiane w środku zupełnie nie przypominają tych powszechnie znanych. Wnętrze jest ciemne, oświetlone jedynie wątłymi płomieniami świeczek. Słyszymy ludzi mruczących modlitwy. Przyglądamy się z zafascynowaniem. Turyści są w kościele mile widziani. Pod żadnym pozorem jednak nie można w nim robić zdjęć.

 

Naturalne turkusowe baseny tworzące niezwykły wodospad Semuc Champey

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

DACH AMERYKI CENTRALNEJ

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest drugie największe miasto Gwatemali – Quetzaltenango, znane też jako Xelajú lub Xela. Nie wygląda ono tak ładnie i fotogenicznie jak Antigua. Spotyka się też w nim zdecydowanie mniej turystów. Nam jednak się tutaj podoba. Włóczymy się bez celu ulicami i zaglądamy na miejscowy targ. Na obiad wstępujemy do gwarnej jadłodajni, gdzie podaje się głównie kurczaka w przeróżnej postaci. Między stołami biegają psy czyhające na smaczne kąski. Najwięcej czasu spędzamy na… cmentarzu. Jest ogromny – przypomina miasto w mieście, barwne i malowniczo otoczone wulkanami. Nie brakuje na nim dostojnych, marmurowych grobowców, w których spoczywają najważniejsze lokalne osobistości. Najwięcej tu jednak wielopiętrowych, kolorowych krypt.

W mieście nie zostajemy długo. Wyruszamy na kolejny wulkan. Wznoszący się na 4220 m n.p.m. Tajumulco to najwyższy szczyt nie tylko Gwatemali, ale i całej Ameryki Centralnej. Trasa nie jest trudna i spokojnie można ją pokonać w obie strony w jeden dzień. Postanawiamy jednak spędzić noc na szczycie, żeby obejrzeć z niego zachód i wschód słońca. Mamy namiot, karimaty, śpiwory i sporo ciepłych ubrań. Początkowy odcinek stanowi monotonna, brukowana droga. Jesteśmy na trasie sami. Gdy przechodzimy wzdłuż pól kukurydzy, spotykamy miejscową rodzinę. Pozdrawiają nas życzliwie i życzą powodzenia. Ścieżka powoli zaczyna się piąć w górę. Szlak nie jest oznaczony. Kilka razy z niego zbaczamy i przedzieramy się przez krzaki. Trudno jednak byłoby się tutaj zgubić. Cały czas widzimy wyraźnie przed sobą wierzchołek wulkanu.

Na szczyt docieramy po 5 godz. Jesteśmy zmęczeni i lekko rozczarowani, bo wręcz toniemy w chmurach. Z pięknych widoków nici. Rozstawiamy namiot i przez chwilę walczymy z pokusą, żeby zaszyć się w środku i odpocząć. Na szczęście zwycięża nasza silna wola. Tuż przed zachodem słońca część chmur się rozchodzi i możemy podziwiać cały łańcuch wulkaniczny Gwatemali. Po chwili słońce zaczyna opadać coraz niżej, a niebo rozpalają odcienie czerwieni. Jak zauroczeni wpatrujemy się w magiczny spektakl natury.

Kryzys przychodzi nocą, kiedy zaczynamy odczuwać skutki braku aklimatyzacji. Organizm się buntuje. Głowa pulsuje i nie daje zasnąć. Po kilku godzinach przerywanego snu budzą nas głosy przed namiotem. Okazuje się, że tego dnia na wulkan wybrała się też spora grupa prowadzona przez organizację Quetzaltrekkers. Trzęsąc się z zimna, zbieramy się na wschód słońca. Niestety, nie jest już tak spektakularny jak zachód.

 

OAZA W ŚRODKU TROPIKALNEGO LASU

Po zdobyciu dachu Ameryki Centralnej należy nam się odpoczynek. Możemy wybrać się na wybrzeże Pacyfiku, wyruszamy jednak nad wodospad Semuc Champey. Turkusowe kaskady otoczone gęstym lasem tropikalnym wydają nam się bardziej atrakcyjne niż plaża i palmy. Jedynym wyzwaniem jest dojazd. Ten cud natury znajduje się w odległym rejonie (w departamencie Alta Verapaz), a prowadząca do niego kręta, wyboista droga przecina serpentynami góry. Dla nas brzmi to zachęcająco. Ruszamy w stronę miasta Cobán. Po godzinie jazdy utykamy w sznurze samochodów. Dalej nie dojedziecie – informuje nas jeden z czekających kierowców. Droga jest zamknięta przez protesty. Otworzą ją dopiero po południu. Tego nie przewidzieliśmy. Staramy się rozeznać w sytuacji – może znajdziemy jakiś objazd? Miejscowi kręcą głowami. Nie mamy szans przejechać, wszystko jest poblokowane. Pozostaje nam czekać. W centrum wydarzeń znajduje się kilkunastoosobowa grupa z megafonem. Wytykają władzom pazerność i korupcję. Przyglądamy się protestującym i czytamy hasła z ich żądaniami. Są przyjaźnie nastawieni, uśmiechają się. Podpytują nas o Polskę i opowiadają o swojej sytuacji. Bardzo dużo płacimy za prąd. Nie powinno tak być! – słyszymy od kilku osób. Niektórzy mówią nam jednak, że protesty są ustawione, a mieszkańcy wiosek otrzymują wynagrodzenie za blokowanie dróg. Za to my tracimy przez nich pieniądze, bo nie dowieziemy towarów na czas – narzeka jeden z mężczyzn.

Po 14.00 droga zostaje w końcu odblokowana. Ruszamy dalej. Krajobrazy wokół nas stają się coraz bardziej imponujące. Przejeżdżamy przez porośnięte gęstą zielenią góry. Zabudowań jest znacznie mniej. Z oddali dociera do nas huk rzeki Cahabón. Przepływa przez okoliczne doliny, aż nagle znika pod naturalnym wapiennym mostem. Na jego powierzchni powstały baseny wypełnione krystalicznie czystą wodą, która przelewa się między nimi, tworząc dziesiątki strumieni i wodospadów. Tak właśnie wygląda Semuc Champey. Najładniej prezentuje się z góry. Wchodzimy w głąb tropikalnego lasu i wspinamy się stromą ścieżką na punkt widokowy. W powietrzu unosi się wilgoć. Choć trasa nie jest ani specjalnie trudna, ani długa, pot leje się z nas strumieniami. Nie możemy się już doczekać chwili, gdy zanurzymy się w przejrzystej wodzie. W basenach można spędzić cały dzień na przepływaniu z jednego do drugiego, korzystaniu z naturalnych zjeżdżalni i skakaniu z wysokich półek skalnych. To prawdziwa oaza i idealne miejsce na odpoczynek.

 

Świątynia II (Świątynia Masek) w dawnym majańskim mieście Tikal

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŚLADAMI MAJÓW

Gwatemala to dawne serce imperium Majów. Porośnięta gęstym lasem nizina Petén położona na północy kraju zajmuje mniej więcej 33 proc. jego powierzchni. Jednocześnie stanowi najrzadziej zaludniony gwatemalski region. To właśnie tutaj ukryte są ruiny dawnych miast. Najsłynniejszym z nich jest Tikal. Turystów wpuszcza się na jego teren od godziny 6.00. Wstajemy jeszcze przed wschodem słońca, żeby zdążyć przed większymi grupami odwiedzających. Gęsty las powoli budzi się do życia. Ciszę rozdzierają głośne wołania wyjców. Najpierw kierujemy się do Świątyni IV (Świątyni Dwugłowego Węża) – najwyższej, na którą można się wspiąć (prawie 70 m). Wpatrujemy się w kolejne piramidy wyłaniające się pomiędzy koronami drzew. Wciąż spowite są poranną mgłą, która jeszcze nie zdążyła opaść.

Tikal uważany jest za ważny ośrodek dawnego państwa Majów. Okres jego największego rozkwitu przypadł na VII–VIII w. Co ciekawe, już niecałe 200 lat później z nieznanych przyczyn miasto zostało opuszczone i zapomniane. Dopiero w XVII stuleciu odkryli je hiszpańscy misjonarze. Jego centrum zajmuje Wielki Plac (Gran Plaza) ze słynną Świątynią Wielkiego Jaguara (Świątynią I) i zabudowaniami Akropolu. Kontynuujemy spacer między ruinami i docieramy do placu o wymownej nazwie Zaginiony Świat (Mundo Perdido). Kompleks obejmuje kilka świątyń. Dawniej prowadzono tu także obserwacje astronomiczne. Przysiadamy na kamiennych stopniach i wsłuchujemy się w szept historii. Choć Tikal to niewątpliwie jedna z największych atrakcji turystycznych Gwatemali, w niektórych miejscach jesteśmy sami. Towarzyszą nam jedynie dzikie zwierzęta takie jak zabawne ostronosy, małpy czepiaki i różne gatunki egzotycznych ptaków.

 

Wydanie Wiosna 2018