Z naszym rodakiem Pawłem Jędruchem, organizatorem wyjazdów grupowych w polonijnym biurze podróży Piast Travel z Kanady i założycielem serwisu wycieczki.ca, rozmawia Michał Domański.

 


Jak to się stało, że trafił Pan do Kanady? Dlaczego zdecydował się Pan związać swoje życie z Krajem Klonowego Liścia?
Kanada zawsze mnie fascynowała. Odkąd dostałem od rodziców almanach Świat w przekroju oraz atlas geograficzny, mój palec wędrował zazwyczaj po Syberii lub Kraju Klonowego Liścia, zwłaszcza po jego północnych rubieżach. Do tego pierwszego regionu dotarłem podczas studiów geograficznych na Uniwersytecie Jagiellońskim, a do Kanady – tuż po ich ukończeniu, ponad dekadę temu. Początkowo realizowałem swoją sportową pasję, pracowałem w polonijnej gazecie, radiu i telewizji, wydawałem magazyn Pasjonat poświęcony wyróżniającym się postaciom polskiego pochodzenia oraz ciekawym przedsięwzięciom organizowanym przez Polonusów. Szybko poznałem wielu ciekawych ludzi mieszkających w Kanadzie, jak i ją jedynie odwiedzających, gdyż pomagałem też w przygotowywaniu imprez artystycznych. Moje życie w Kraju Klonowego Liścia nabrało tempa i kolorytu, postanowiłem więc zostać tu na stałe.

 

W jaki sposób rozpoczęła się Pańska przygoda z branżą turystyczną? Jakie były Pana początki w biurze podróży Piast Travel? Jak zrodził się pomysł stworzenia serwisu wycieczki.ca?
Jestem z wykształcenia geografem, zawsze było mi blisko do turystyki. Lubię organizować, planować, poznawać nowe miejsca. W Toronto skończyłem szkołę turystyczną i zacząłem pracę w małym biurze podróży. Siedzenie za biurkiem i sprzedawanie biletów lotniczych nie było jednak dla mnie, zająłem się więc organizacją wyjazdów grupowych. Na jedną z przygotowanych przeze mnie wycieczek pojechał z żoną właściciel Piast Travel Zdzisław Wójcik, który wkrótce potem zaproponował mi przyłączenie się do jego firmy. Od kilku już lat jesteśmy w jednej drużynie.
Interesują mnie nietuzinkowe kierunki, więc obok standardowych wyjazdów przygotowałem m.in. oferty narciarskie na Alasce, w Argentynie, Chile, Japonii czy Nowej Zelandii, egzotyczne wycieczki objazdowe, np. do Brunei, Lesotho, Omanu, na Malediwy, Madagaskar, Filipiny czy Fidżi, wyprawy do peruwiańskiej i brazylijskiej Amazonii, a ostatnio także trekkingi w Himalajach. Nasza propozycja była dość rewolucyjna, bowiem polonijne biura podróży organizują przede wszystkim pielgrzymki. Spotkała się jednak z dużym zainteresowaniem i szybko zaczęło nam przybywać klientów.
Posiadanie nowoczesnej strony internetowej jest koniecznością w dzisiejszych czasach. Stworzyliśmy zatem serwis wycieczki.ca, w którym przedstawiamy ofertę naszych wycieczek, a także dzielimy się przemyśleniami z wypraw, prowadząc blogi (często czynimy to na bieżąco, co pozwala rodzinom uczestników wyjazdu śledzić pokonywaną trasę), oraz   zamieszczamy artykuły prasowe Kai Cyganik o tematyce podróżniczej.

Czy trudno jest pracować w branży turystycznej w Kanadzie? Czym się charakteryzuje tamtejszy rynek?
W Kanadzie, podobnie jak we wszystkich rozwiniętych krajach świata, dominuje narzędzie zwane internetem. Dla wielu firm turystycznych to prawdziwa zmora, bo klient nie przychodzi już do biura, planuje swoje wakacje w domu, na komputerze. Ja sam chętnie korzystam z tego udogodnienia... Dzięki internetowi wiem, jadąc przygotować trasę w nowe miejsce, które hotele powinienem odwiedzić, z jakimi lokalnymi touroperatorami chcę się spotkać, co warto zobaczyć etc. Wiele osób jest zbyt zapracowanych, aby dotrzeć do tych wszystkich informacji. Wolą one zaufać profesjonalnemu organizatorowi turystyki. Kiedyś agent mógł być pasywny, a i tak miał chętnych na wyjazdy klientów. Teraz musi być aktywny, kreatywny i oryginalny. Ja zdecydowanie preferuję takie środowisko pracy, w którym wykorzystuje się mocno zalety sieci internetowej.
Do niedawna najpopularniejszą formę wypoczynku wśród Kanadyjczyków stanowiły wyjazdy typu all inclusive na Karaiby. Obecnie coraz więcej osób szuka bardziej oryginalnych miejsc, bo nie chce po raz dziesiąty jechać na Kubę, Dominikanę czy do Meksyku. Tutejszy klient, nawet w przypadku wycieczek objazdowych, oczekuje wysokiego standardu usług, np. minimum 4-gwiazdkowych hoteli. W związku z krótkimi urlopami jest też ograniczony czasowo – na ogół wycieczka powinna trwać maksymalnie do 2 tygodni. Większość transakcji w Kanadzie odbywa się przez telefon, z podaniem danych karty kredytowej do obciążenia, a klient otrzymuje rachunek drogą mailową.
Kanadyjska branża turystyczna, jak i każda inna w tym kraju, może się pochwalić bardzo wysokim poziomem usług. Błędy zdarzają się niezmiernie rzadko, jeśli już do nich dojdzie, są rekompensowane z nawiązką.

Czy stara się Pan także promować Polskę w Kanadzie?
Najlepszą reklamą Polski wśród Kanadyjczyków jest pokazanie im naszego kraju, który – po skutecznych reformach – dysponuje zarówno atrakcjami turystycznymi, jak i wysokim poziomem usług. Organizujemy głównie wyjazdy grup młodzieżowych z Kanady – zespołów tanecznych czy sportowych. Często znajdują się w nich nastolatkowie polskiego pochodzenia. Mamy z nimi największy problem, bowiem zakochują się w Polsce, przeżywają w niej pierwsze miłości i nie chcą potem wracać do Kraju Klonowego Liścia…

Czy biuro Piast Travel i serwis wycieczki.ca mogą się pochwalić dużą liczbą polskich turystów? Jakiego rodzaju programy w Kanadzie i USA cieszą się wśród nich największą popularnością? Co jest prawdziwym hitem wśród klientów portalu wycieczki.ca?
Kiedy w 2008 r. Kanada zniosła wizy turystyczne dla Polaków, rynek wyraźnie się ożywił, od tego czasu widać wzrost zainteresowania Krajem Klonowego Liścia wśród podróżników z Polski. Dużą grupę naszych klientów stanowią osoby odwiedzające latem swoje rodziny po drugiej stronie oceanu. Poza tym organizujemy dość często wyjazdy integracyjne, motywacyjne i tematyczne dla polskich firm. Kanada stwarza ogromne możliwości do uprawiania aktywnej turystyki w dziewiczym terenie, dlatego coraz częściej zgłaszają się do nas leśnicy, ogrodnicy, wędkarze, myśliwi, a ostatnio także płetwonurkowie. Takie tematyczne programy szyte na miarę (custom-made) sprzedają się najlepiej. Zimą popularnością cieszy się ice fishing, czyli wędkarstwo podlodowe, z zakwaterowaniem w traperskich chatkach, przejażdżki skuterami śnieżnymi i psimi zaprzęgami, wyprawy w poszukiwaniu zorzy polarnej, a latem – połowy łososi w położonych na północy rzekach, spływy kanu (canoe) pośród kanadyjskiej głuszy czy nurkowanie wrakowe. Nie ma też chyba na świecie piękniejszej jesieni od indian summer („indiańskiego lata”) w Kanadzie. Największym atutem Kraju Klonowego Liścia jest właśnie niesamowita przyroda.
Jeśli mówimy o Stanach Zjednoczonych, dużym zainteresowaniem cieszą się wycieczki do Las Vegas i parków narodowych (Wielkiego Kanionu, Doliny Śmierci, Zion i Bryce), na Florydę i – oczywiście – do Nowego Jorku. Magnetyczną siłę przyciągania ma także Alaska. Z niecierpliwością czekamy na tę chwilę, kiedy rząd USA zniesie wreszcie wizy dla Polaków…
Kolejną grupę naszych polskich klientów stanowią zespoły artystyczne i sportowe, dla których organizujemy często turystyczną część pobytu w Kanadzie. Ostatnio mieliśmy przyjemność pokazywać Niagarę i Toronto reprezentacji Polski w siatkówce grającej z Kanadyjczykami w rozgrywkach Ligi Światowej 2012.
Wśród klientów portalu wycieczki.ca dominuje w tej chwili Polonia kanadyjska i amerykańska, stąd też popularnością cieszą się kierunki egzotyczne, a nie rodzime – Kraj Klonowego Liścia i USA. Największym hitem była ostatnio impreza sylwestrowa w Indonezji (połączona ze zwiedzaniem Malezji, Filipin, Brunei, Hongkongu i Makau), na którą zabrakło już miejsc w kwietniu. Dobrze sprzedaje nam się zawsze Peru z Boliwią, Argentyna z Brazylią, Japonia i Indochiny. Cały czas – z uwagi na stałych klientów, żądnych nowych wrażeń i przygód – pracujemy nad poszerzaniem oferty o nowe kierunki. Osoby preferujące wakacje all inclusive wybierają zaś od lat Meksyk, Kubę i Dominikanę, gdzie znajdują się przepiękne plaże.

W jaki sposób próbuje Pan promować ofertę Piast Travel oraz wycieczki.ca na rynku polskim?
Wielkie możliwości w tym zakresie daje nam internet, za pośrednictwem którego docieramy do potencjalnych klientów poprzez e-mailing, portale społecznościowe, artykuły dostępne w wersji on-line. W styczniu byliśmy obecni na targach turystycznych ITM Warsaw. Wybieramy się teraz, już we wrześniu, na TT Warsaw. Bezpośredni kontakt z potencjalnym klientem wydaje nam się najlepszym rozwiązaniem. Mamy też różne plany promocji telewizyjnej.

Dlaczego – Pańskim zdaniem – warto odwiedzić Kanadę i Amerykę? Co magicznego czeka na nas podczas podróży po tym regionie świata?
Kanada jest krajem, gdzie natura ma do powiedzenia więcej niż człowiek i to właśnie stanowi jej największy skarb. Wystarczy przejechać 1,5 godz. autostradą z Toronto na północ, aby znaleźć się w zupełnej głuszy, z dala od miejskiego zgiełku. Terytorium Nunavutu na Ziemi Baffina, gdzie nie rośnie nic poza mchami i porostami, nie ma dróg, ale za to sporo inuickich osad, Nowa Fundlandia i Labrador z niedawno ukończoną Trans-Labrador Highway, która pozwala objechać dookoła te niezwykłe pustkowia, czy Jukon, pamiętający czasy poszukiwaczy złota i przygód, są miejscami, gdzie można zapomnieć o wszelkich problemach i doskonale wypocząć. Warto wybrać się na wyprawę kanu przez któryś z kanadyjskich parków lub rezerwatów. Spotkamy w nich łosia, niedźwiedzia, bobra czy szopa pracza. Stany Zjednoczone, czegokolwiek by nie mówić o ich politykach i mocarstwowych dążeniach, pod względem geograficznym są – według mnie – najciekawszym regionem świata. Każdy stan to praktycznie inne państwo, bardzo zróżnicowane i interesujące. Ludzie mają tu w sobie wiele luzu i pogody ducha. Poziom obsługi klienta jest na wysokim poziomie i rzadko może coś nas negatywnie zaskoczyć.

 

Artykuły wybrane losowo

Estonia na lato

KAZIMIERZ POPŁAWSKI
www.eesti.pl

<< Chociaż małą Estonię można przemierzyć z zachodu na wschód i z północy na południe w ciągu kilku godzin, nie warto się spieszyć. Lato również długo zbiera się do wizyty w tym kraju. Kiedy już tutaj zajrzy, oferuje podróżnikom to, co najlepsze – słoneczną pogodę, ciepłe morze i białe noce. >>

Więcej…

Viva España i jej słoneczne plaże!

ELŻBIETA I ROBERT PAWEŁEK

 

Jeśli lubicie ciepłe morze, sjestę, owoce morza, wyśmienite wina i atmosferę pueblos blancos, czyli białych miasteczek, na letni urlop powinniście wybrać Hiszpanię . Znajdziecie tu wszystko: wspaniałe zabytki, parki wodne, akweny do nurkowania, kolorowe deptaki, nocne kluby i ciche zatoki. A czasem spotkacie też światowe gwiazdy z pierwszych stron gazet.  

Półwysep Iberyjski jako kierunek turystyczny cieszy się popularnością przez cały rok. Miejscowości nadmorskie przeżywają jednak prawdziwe oblężenie w miesiącach letnich. Szczególnie atrakcyjne są dla tych mieszkańców Europy, którzy po mroźnej zimie marzą o zmianie klimatu i krajobrazu, aby później w pełni sił wrócić do szarej codzienności.

Obfite deszcze w tych stronach to rzadkość. Letnie upały sięgają 40°C. Jeśli jednak nie boimy się wysokich temperatur, pokochamy hiszpańskie wybrzeże, bary z przekąskami zwanymi tapas i kluby, w których można posłuchać flamenco. Dla Hiszpanów synonimem najlepszego wypoczynku jest wyrażenie sol y playa, czyli słońce i plaża. Nic dziwnego, że ponad 3 tys. kilometrów hiszpańskiej linii brzegowej (nie licząc wysp) stało się niekończącą riwierą, wypełnioną amatorami pięknej opalenizny. Dzisiaj sąsiadują tu ze sobą prawdziwe centra turystyczne: tętniąca życiem Costa Blanca, słynna Costa Brava, Costa Dorada i Costa del Azahar, na południu zaś zalane słońcem Costa del Sol, Costa de la Luz, Costa de Almería i Costa Cálida w niewielkim regionie autonomicznym Murcja. 

Więcej…

Kazachstan – kraina różnorodności

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Nowoczesna Astana – widok na miasto z wieżą Bäjterek w oddali

astana  10

© ARCHIWUM AMBASADY KAZACHSTANU W POLSCE

 

Tereny obecnego Kazachstanu zwane były niegdyś skrzyżowaniem Europy i Azji. To miejsce, w którym wpływy Zachodu od wieków ścierały się z kulturą orientalną i tak pozostało do dziś. Historia tego regionu to tysiąclecia migracji, a także najazdów ludów ze wszystkich stron świata. Obszar ten należał m.in. do kaganatu tureckiego, Złotej Ordy, Rosji czy ZSRR. Potężni władcy zabiegali, żeby kazachskie ziemie znalazły się w granicach ich imperiów. Działo się tak nie bez powodu.

 

Ze względu na swoją ogromną powierzchnię (ponad 2,7 mln km2)Kazachstan zalicza się do pierwszej dziesiątki największych państw świata. Mimo iż zdecydowana większość jego terytorium leży w Azji Środkowej, przez co uznawany jest za kraj azjatycki, ok. 13 proc. obszaru pozostaje w granicach Europy (tereny nad Morzem Kaspijskim, na zachód od rzeki Emba). To kraina równin i ciągnących się po horyzont stepów, piaszczystych pustyń i malowniczych pasm górskich. Nieograniczona przestrzeń od wieków przyciąga ludy pasterskie i koczownicze. Nazwa państwa pochodzi z języków starotureckiego i perskiego i odzwierciedla właśnie tę nomadyczną kulturę. „Kazachstan” oznacza „krainę wędrowców”. To terytorium niejednorodne pod względem etnicznym. Tu Wschód spotyka się z Zachodem, a wpływy głównej religii w kraju, islamu, mieszają się ze spuścizną komunistyczną z czasów Związku Radzieckiego (ZSRR), którego republiką było to państwo aż do uzyskania niepodległości 16 grudnia 1991 r.

 

Do Kazachstanu nie docierają masy morskiego powietrza, a jego wybitnie kontynentalny klimat cechują skrajności. Zimy są tutaj niezmiernie mroźne, natomiast lata – suche i upalne. Dość trudne warunki pogodowe i surowość krajobrazu mogą skłaniać do postrzegania tego kraju jako monotonnego i nieprzystępnego. I o ile podróżowanie po nim nie zawsze bywa łatwe, warto odkryć ukrytą w nim różnorodność.

 

Majestatyczny Kanion Szaryński w promieniach zachodzącego słońca

Kazachstan Szaryn1 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Kraj niesamowitych jezior

 

Kazachstan jest największym państwem na świecie pozbawionym dostępu do morza. Nie przeszkadza mu to jednak w posiadaniu własnej floty. Brak ten rekompensują inne akweny, odznaczające się niezwykłą urodą, a także wyjątkowością w skali świata.

 

Zachodnia granica kraju przebiega m.in. wzdłuż brzegów największego na świecie jeziora – Morza Kaspijskiego (371 tys. km² powierzchni). Długość wybrzeża wynosi niemal 1,9 tys. km. W drodze na wschód dotrzemy do leżącego na kazachsko-uzbeckim pograniczu Jeziora Aralskiego (nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim), a raczej tego, co z niego zostało. W wyniku radzieckiego programu wykorzystującego wody Syr-darii i Amu-darii do nawadniania olbrzymich plantacji bawełny, akwen zaczął wysychać i stracił ostatecznie aż ok. 90 proc. swojej pierwotnej powierzchni. Dziś znaczną część jego dawnego obszaru zajmują połacie piachu i uwięzione w nich wraki statków, przemierzających niegdyś wzdłuż i wszerz wielkie Morze Aralskie. Miejsce to znajduje się w niechlubnej czołówce ekologicznych katastrof świata i przykładów destrukcyjnego wpływu człowieka na środowisko. Obecnie organizacje i instytucje międzynarodowe (m.in. Bank Światowy) podejmują działania mające na celu uratowanie zbiornika i osiągają nawet niewielkie sukcesy. Odwrócenie tak ogromnych zniszczeń będzie jednak niezmiernie trudne, a przyszłość dawnej chluby regionu jest niepewna.

 

Wyjątkowy obszar wodny skrywa również rozległa Kotlina Bałchasko-Ałakolska. Mowa o bezodpływowym jeziorze Bałchasz (16,4 tys. km² powierzchni), które wymyka się standardowemu podziałowi zbiorników na słono- i słodkowodne. Wąski przesmyk dzielący akwen nie pozwala na całkowitą wymianę wód. Jedna z jego części pozostaje więc zasolona. Do drugiej natomiast wpływa rzeka Ili. Niesie ona ze sobą masy słodkiej wody pochodzącej z topniejących górskich śniegów.

 

Wśród miejsc, które odwiedziłam w trakcie podróży, niewątpliwie wyróżnia się Kaindy (Kajyngdy). To akwen położony w południowo-wschodniej części kraju, w jednym z pasm gór Tien-szan – Küngej Ałatau. Turkusowy odcień wody i sąsiedztwo zielonych szczytów upodabnia go do innych urokliwych jezior górskich. Jednak Kaindy jest niezmiernie osobliwe. Jego wody skrywają zatopiony las, a widok kikutów świerków wystających na powierzchnię zapada w pamięć na długo. W języku kazachskim „Kaindy” oznacza „brzozowy”, „pełen brzóz”. To niezwykłe jezioro powstało stosunkowo niedawno, w styczniu 1911 r., w wyniku trzęsienia ziemi w dolinie rzeki Czongkemin. Spadające wapienne skały stworzyły naturalną zaporę, a dno wąwozu i rosnący w nim las zostały zalane. Podziwianie zatopionych konarów utrudnia nieco temperatura wody, która nigdy nie wzrasta powyżej 6°C. Jednak widoczne z brzegu drzewa znaczące gładką taflę i tak prezentują się bardzo malowniczo. Mimo iż woda jest lodowata, ze względu na jej przejrzystość ściąga tu wielu nurków chcących podziwiać niesamowitą podwodną scenerię.

 

Podczas wyprawy nad jezioro towarzyszyły nam wspaniałe widoki, ale te w Kazachstanie mogliśmy oglądać niezmiernie często. Dość łatwo dojechaliśmy do wioski Saty, aby po kilku kilometrach minąć cmentarz, przy którym należy skręcić w drogę prowadzącą do zatopionego lasu. I tutaj zaczęły się problemy. Wypożyczony przez nas samochód nie był porządnym autem terenowym, więc wydawało nam się, że to jedna z najgorszych tras, jaką kiedykolwiek przyszło nam pokonać. Prędkość jazdy spadła do 10 km na godzinę, a każda dziura poważnie zagrażała i tak już nadwyrężonemu podwoziu. Niestety, większość wiejskich dróg w Kazachstanie wygląda w ten sposób, dlatego przy planowaniu podróży trzeba wziąć pod uwagę, że dojazd nawet do pozornie blisko położonych miejsc zajmie znacznie więcej czasu, niż można by się spodziewać. Gdy dotarliśmy do przecinającej naszą trasę płytkiej rzeki, wiedzieliśmy, że wyprawa samochodem dobiegła końca. Jakby tego było mało, widoczne na horyzoncie ciemne chmury nad wyraz szybko zaczęły nadciągać w kierunku auta. I choć uwielbiam taką pogodę, to niekoniecznie potrafię się nią cieszyć, kiedy akurat muszę rozkładać namiot. Obawialiśmy się też znacznego pogorszenia warunków na szlaku, który następnego dnia mieliśmy pokonać pieszo. Napływ zwrotnikowych mas powietrza i niewielka ilość chmur sprawiają, że powietrze jest tu latem gorące i bardzo suche. Góry rządzą się jednak własnymi prawami i jak wszędzie mogą zaskoczyć zmianami pogody.

 

Noc upłynęła nam w strugach deszczu, ale poranek zachęcał do ruszenia w drogę. Do celu zostało nam 7 km. Na tym odcinku przekonaliśmy się, że trekking nie należy najwyraźniej do ulubionych zajęć Kazachów. Nikt, dosłownie żaden z miejscowych, nie szedł pieszo, mimo iż okolica wydawała się do tego stworzona. Owszem, ostatni fragment trasy niektórzy przemierzali o własnych siłach, ponieważ nie dało się tu wjechać żadnym pojazdem. Jednak i w tym przypadku sporo osób wybierało przejażdżkę na grzbiecie konia. Piesza wycieczka wydawała się ostatecznością, choć nie wymagała zbytniego wysiłku. Na szlaku napotkaliśmy skupiska jurt i straganów, przy których można było posilić się czy napić herbaty, z czego chętnie skorzystaliśmy.

 

Kaindy nie da się okrążyć, wędrując przy linii wody. Do fragmentów brzegu prowadzą leśne ścieżki. Warto przejść kilkoma z nich, żeby zobaczyć jezioro z różnych stron, gdyż z każdej prezentuje się nieco inaczej. W drodze powrotnej część trasy pokonaliśmy autostopem, ponieważ niezbyt dobrze wyliczyliśmy zapas czasu. Z Kaindy po prostu niełatwo się rozstać.

 

Żyjąca pustynia

 

Wycieczka konna w okolicy Kaindy

Kazachstan Kaindy3 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Ok. 150 km na północny wschód od miasta Ałmaty rozpoczyna się rozległa kraina pretendująca do znalezienia się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To Park Narodowy „Ałtyn-Jemiel”, którego pustynno-stepowy obszar niemal z każdej strony otaczają góry. Latem temperatura bywa tutaj trudna do zniesienia nawet dla osób lubiących upały.

 

Nazwa parku związana jest z historią Mongolii. Użycie po raz pierwszy określenia, które stosuje się do dziś, przypisuje się słynnemu Czyngis-chanowi (urodzonemu między 1155 a 1162 r. i zmarłemu w 1227 r.). Według legendy, gdy w 1219 r. przemierzał te ziemie ze swoją armią i ujrzał na horyzoncie wzgórza skąpane w promieniach słońca, nazwał je „złotym siodłem”, co właśnie znaczy „Ałtyn-Jemiel”. Kiedy zatrzymał się przed wielką równiną, którą chciał wcielić do swojego imperium, użył tego wyrażenia ponownie.

 

Park zajmuje powierzchnię ponad 5,2 tys. km2, dlatego warto przeznaczyć na jego zwiedzanie więcej niż jeden dzień. Zwłaszcza że największe atrakcje, czyli tzw. Śpiewającą Wydmę, góry Aktau i Katutau dzielą od siebie znaczne odległości. Do spędzenia nocy na tym obszarze świetnie nadaje się baza strażników parkowych, będąca zieloną oazą pośrodku pustyni. Można rozstawić tutaj namiot, skorzystać z wody, a nawet z bani, sprawiającej jednak wrażenie używanej dawno temu.

 

Śpiewająca Wydma wznosi się nad płaskim, pustynnym terenem, co sprawia, że góruje nad okolicą. Przy odpowiednim wietrze rozbrzmiewa charakterystycznym dudniącym dźwiękiem. Legendy mówią, że to głosy dusz wojowników pochowanych niegdyś w tym miejscu. Latem „Ałtyn-Jemiel” staje się niemal patelnią. Temperatura sięga 40–50°C i próżno szukać tu przynoszącego ulgę cienia. Dlatego wspinaczka na wysoką na 150 m wydmę w godzinach popołudniowych okazała się zadaniem karkołomnym i zakończyła się dla nas szybciej, niż zakładały plany. Mogliśmy za to chodzić po niej w całkowitej samotności. Wszystkim wybierającym się do parku w okresie letnim polecam jednak przybycie wczesnym rankiem, gdy upał nie daje jeszcze mocno o sobie znać. W tym regionie znajduje się także pięć kamiennych kurhanów Besszatyr, będących cmentarzem i miejscem kultu starożytnych plemion zwanych Sakami (spokrewnionych ze Scytami i Sarmatami), zamieszkujących te ziemie w I tysiącleciu p.n.e. „Ałtyn-Jemiel” sprawia wrażenie rejonu nienadającego się do życia, ale to tylko pozory, gdyż zamieszkują go rozmaite stworzenia. Poza licznymi owadami występuje w tych stronach kilkaset gatunków zwierząt. Zależnie od pory roku można tu spotkać m.in. wilki szare, lisy rude, gazele czarnoogonowe, pieszczanki wielkie, koziorożce syberyjskie, osły azjatyckie (onagery), węże i jaszczurki, a nawet pantery śnieżne (irbisy śnieżne)!

 

Park wolno zwiedzać jedynie od kwietnia do października. Do wstępu na jego teren upoważniają bilety, które kupuje się w biurze w wiosce Basszi. Jeśli nie nabędziemy wejściówek, szlabany ustawione na drodze na granicy obszaru chronionego okażą się najprawdopodobniej przeszkodą nie do przebycia. Basszi to również ostatnie miejsce, w którym możemy zaopatrzyć się w zapasy wody i żywności, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ich uzupełnienie w parku jest niemożliwe.

 

Kazachskie jurty charakteryzują się drzwiami zwróconymi na wschód

Kazachstan jurty Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Na dnie kanionu

 

W południowo-wschodnim Kazachstanie, tuż przy granicy z Chinami, warto odwiedzić też region nietypowy dla azjatyckiego krajobrazu. W rejonie rzeki Szaryn wiatr owiewa wyłonione z morza skały już od 12 mln lat. Kanion Szaryński określany jest mianem młodszego brata słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w stanie Arizona w USA. Wspominając widoki na amerykański cud natury, zastanawiałam się, czy jego kazachski odpowiednik będzie mu w stanie dorównać. Nie zawiodłam się.

 

Czas naszej podróży okazał się nieco niefortunny, gdyż władze kraju wprowadziły akurat ograniczenia w poruszaniu się w strefie przygranicznej. Do odwiedzania miejsc takich jak Kanion Szaryński czy Wielkie Jezioro Ałmaty wymagane były dodatkowe pozwolenia, których wyrobienie trwałoby zbyt długo. Liczyliśmy się z tym, że możemy zostać zawróceni przed samym osiągnięciem celu. Tak się na szczęście nie stało i po wykupieniu biletów w budce strażniczej niezatrzymywani przez nikogo ruszyliśmy przed siebie. Nad krawędź kanionu przybyliśmy w idealnym momencie. Zachodzące słońce oświetlało skały w głębi, wydobywając ich barwę i fakturę. Patrzyliśmy na ten spektakl natury aż do chwili, gdy światło zgasło. Zostawiliśmy samochód na górze, a sami przypominającą serpentynę ścieżką podążyliśmy w dół wąwozu, żeby zanocować w jego wnętrzu. Do celu dotarliśmy po zmroku. Nie byliśmy w stanie ocenić miejsca, w którym rozbijaliśmy namiot. Słyszeliśmy szum przepływającej obok rzeki i wiedzieliśmy, że otaczają nas strome skalne ściany. Wygląd okolicy do rana pozostał tajemnicą.

 

Podczas schodzenia na dno kanionu spotkaliśmy strażnika, u którego wcześniej kupowaliśmy bilety. Pokazał nam, gdzie możemy się rozbić, i zaproponował, żebyśmy po rozstawieniu namiotów podeszli do pobliskiego baru. Nie spodziewałam się niczego więcej niż niewielkiej budki, w której sprzedaje się przekąski i napoje. Nie doceniłam jednak kazachskiej kreatywności. Wspomniany bar był większy, niż myślałam, a dobiegająca z niego muzyka grała znacznie głośniej, niż można by przypuszczać. Przy stołach siedziały grupki miejscowych raczących się piwem i sziszą. Również na niewielkim drewnianym parkiecie robiło się coraz gęściej. Impreza trwała w najlepsze. Okazało się, że bawią się tu głównie ludzie związani z kanionem, m.in. strażnicy czy pracownicy zaplecza turystycznego. Przyjezdnych było jak na lekarstwo. Gospodarze nie pozwolili, abyśmy siedzieli z boku. Po chwili szisza krążyła już wśród nas, zadbano także, żebyśmy zbyt często nie schodzili z parkietu. Wyobrażałam sobie, że noc upłynie nam na toczonych przed namiotem rozmowach i wsłuchiwaniu się w szum Szarynu. W ogóle nie przyszło mi do głowy, iż w takim miejscu będę uczestniczyć w dość hucznej imprezie. Prawdę mówiąc, chociaż świetnie się bawiłam, nie popieram tworzenia tego typu lokali rozrywkowych w regionach o znacznych walorach przyrodniczych. Zwłaszcza że w tej okolicy planuje się ponoć rozbudowanie infrastruktury turystycznej, a nawet postawienie centrum spa. Raczej nie kibicuję temu przedsięwzięciu, bo sam kanion jest naprawdę wystarczającą atrakcją, a im bardziej dziki i naturalny pozostaje, tym lepiej. To – oczywiście – moje zdanie i zdaję sobie sprawę, że niektórym takie udogodnienia mogą odpowiadać.

 

Kazachscy Ujgurzy

 

Wieczór upłynął nam nie tylko na zabawie, ale i na interesujących rozmowach z miejscowymi. Jak się okazało, byli wśród nich Ujgurzy. Są oni grupą etniczną pochodzenia tureckiego. Dawne ujgurskie imperium (kaganat ujgurski, chanat ujgurski), istniejące mniej więcej w latach 744–840, sięgało niemal od Morza Kaspijskiego po Mandżurię, zostało jednak podbite, a jego mieszkańcy w ciągu następnych wieków przenosili się m.in. na tereny podlegające Czyngis-chanowi i kolejnym mongolskim władcom. Ostatecznie Ujgurzy trafili pod panowanie Chińczyków. Obecnie zdecydowana większość ponad 15-milionowej populacji tej ludności zamieszkuje rozległy Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur w północno-zachodnich Chinach. W Kazachstanie żyje ich powyżej 250 tys., osiedlili się głównie na południu, np. w okolicach miasta Ałmaty. Mimo burzliwej przeszłości i braku własnego państwa, Ujgurzy nigdy nie zatracili tożsamości i nie porzucili marzeń o własnym kraju. Świadczą o tym liczne zrywy wolnościowe i powstania, którymi naznaczona jest ich historia. Również i dziś, zmuszani do używania głównie języka mandaryńskiego (standardowego chińskiego, putonghua) i asymilowania chińskiej kultury, nadal walczą o niepodległość. Chociaż uciekają się niekiedy nawet do aktów terroryzmu, większość świata nie wie o ich istnieniu. Ujgurzy opowiadali nam m.in. o swoim pochodzeniu i o tym, czym różni się język ujgurski od kazachskiego. Podkreślanie tych różnic było dla nich bardzo ważne i wiązało się zapewne właśnie z potrzebą zachowania odrębności kulturowej.

 

Spać położyliśmy się dużo później, niż planowaliśmy. Po raz pierwszy przebudziliśmy się o wschodzie słońca. Choć widziany z dna kanionu nie wydawał się zbyt spektakularny, światło pięknie wyeksponowało rozżarzone szczyty otaczających nas skał. Wtedy też zobaczyliśmy, w jak urokliwym miejscu spędziliśmy noc. Na dobre obudziliśmy się kilka godzin później. Zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy na dalsze odkrywanie Kanionu Szaryńskiego. Wracaliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Za dnia mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne w pełnej okazałości.

 

Na koniec warto wspomnieć, że z mniejszością ujgurską związana jest jedna z bardziej oryginalnych budowli znajdujących się na terenie Kazachstanu. Otóż w mieście Żarkent, zaledwie 30 km od granicy z Chinami, wybudowano niezwykły meczet przypominający chińską pagodę. Co ciekawe, wzniesiono go z drewna, bez użycia ani jednego gwoździa. W czasach ZSRR obiekt wykorzystywany był jako wartownia dla pograniczników lub pijalnia herbaty. Od końca lat 60. XX w. uchodzi za zabytek, a władze państwowe przekształciły go w muzeum.

 

Nie tylko przyroda

 

Kazachstan jest nie tylko największym, ale i najbogatszym stabilnie rozwijającym się krajem Azji Środkowej. Widać to zwłaszcza w dużych miastach takich jak Astana czy Ałmaty. To nowoczesne ośrodki, które bez problemu mogą konkurować z zachodnimi metropoliami. Architekci i planiści pragną, żeby ten pierwszy, pełniący od grudnia 1997 r. funkcję stolicy, stał się Berlinem w euroazjatyckim stylu. Jego centrum zaprojektowano z wielkim rozmachem, a futurystyczne budowle i monumentalizm architektury wprawiają w osłupienie. Miasto stanowi zrealizowaną wizję prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, sprawującego swój urząd od początku istnienia współczesnego niepodległego państwa. Zarówno Astana, jak i Ałmaty są ośrodkami przemysłowymi, kulturalno-naukowymi i handlowo-usługowymi. Znajdziemy w nich wiele udogodnień nie tylko dla mieszkańców, ale i turystów. Część miejskiej ludności szybko się bogaci, o czym świadczą liczne drogie samochody przemierzające tutejsze ulice.

 

Symbolem inwestycyjnego rozmachu, tym razem jednak jeszcze z czasów radzieckich, jest kosmodrom Bajkonur. Ten obiekt, wybudowany w 1955 r. ok. 200 km na wschód od Jeziora Aralskiego, to najstarszy i do tej pory nadal największy ośrodek wysyłający statki i promy kosmiczne poza orbitę Ziemi.

 

Mimo iż Kazachstan w porównaniu ze swoimi sąsiadami osiągnął względny sukces gospodarczy związany z wydobyciem surowców naturalnych, dostrzega się tu wyraźnie rozwarstwienie społeczne wynikające z różnic w dochodach, a duże obszary biedy poza wielkimi miastami stanowią wyzwanie dla władz stawiających na ciągły rozwój. Większość społeczeństwa wciąż żyje bardzo skromnie, a o problemach z dostępem do wody w mniejszych miejscowościach mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.

 

Rządzący krajem marzą jednak o zwiększeniu znaczenia Kazachstanu w świecie. To właśnie Astana została gospodarzem Expo 2017, cyklicznej prestiżowej wystawy prezentującej kulturowy, naukowy i techniczny dorobek państw i narodów z całego globu. Impreza rozpocznie się 10 czerwca i potrwa 3 miesiące, a jej temat stanowi energia przyszłości. Jednym z głównych wyzwań będzie uzyskanie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zapewnić bezpieczny i trwały dostęp do energii przy jednoczesnej redukcji emisji dwutlenku węgla.

 

Warto wspomnieć, że w sierpniu 2016 r. pierwszy raz po 14 latach odbyła się oficjalna wizyta prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w Polsce. To spotkanie ma być początkiem zacieśnienia stosunków między oboma państwami. Zapewne przełoży się więc na nasze częstsze kontakty z Kazachami tak w sferze gospodarki, jak i turystyki. Nie bez zasług w dziedzinie budowania wzajemnych relacji pozostaje również działalność kazachskiej ambasady i kierującego nią Ałtaja Abibułłajewa, który doskonale mówi po polsku, co pozwala mu wspaniale promować swoją ojczyznę w Polsce.

 

W 2017 r. Polacy dostaną się do Kazachstanu szybciej i łatwiej. Już od 8 maja Polskie Linie Lotnicze LOT wprowadzają do swojej oferty połączenia z Warszawy do Astany. Będą to pierwsze bezpośrednie loty naszego przewoźnika do Azji Środkowej. W jego rozkładzie znalazły się cztery rejsy w tygodniu (w poniedziałek, środę, czwartek i piątek) samolotami Boeing 737-800 Next Generation. Oprócz tego od 1 stycznia br. polscy obywatele mogą przekraczać kazachską granicę bez wizy, wystarczy jedynie okazanie ważnego paszportu (dotyczy to pobytu do 30 dni). Podróż z Polski do Kazachstanu nigdy jeszcze nie była tak prosta. Warto skorzystać z tej okazji i odkryć ten różnorodny i niezmiernie interesujący kraj.