Już w marcu zaczynamy zastanawiać się, jak, a przede wszystkim, gdzie spędzimy Majówkę. W tym roku 1 maja wypada we wtorek, dodając do tego dwa weekendy plus 3 dni urlopu – szykuje się aż niemal 10 dni wypoczynku! To wystarczająco dużo, aby móc zrobić sobie krótkie wakacje.

Maj to wyśmienity okres na wypoczynek w ciepłych krajach – przede wszystkim ceny są o wiele niższe, temperatury powietrza sprzyjają zwiedzaniu, a plaże nie są tak zaludnione jak w czerwcu czy lipcu. Nie dziwi więc fakt, że coraz więcej Polaków zainteresowanych jest majowymi wycieczkami zagranicznymi – sprzyjają temu niewątpliwie także kuszące promocje biur podróży.

 

Cypr

Jednym z chętniej odwiedzanych zakątków w porze wiosennej jest Cypr. Sezon turystyczny trwa tutaj przez cały rok. Miłośnicy spędzania wolnego czasu na plaży i kąpielach w krystalicznie czystej wodzie będą zachwyceni pobytem w tym miejscu. Wiosną temperatura na wyspie przekracza 20°C, a dni są długie i słoneczne. Miejscowością chętnie odwiedzaną przez turystów jest Limassol. Jest to drugie co do wielkości miasto Cypru, usytuowane na południowym wybrzeżu wyspy, nad zatoką Akrotiri. Ten malowniczy zakątek kusi przede wszystkim długimi i czystymi plażami. Symbolem miasta jest zamek z XIII w., który w przeciągu stuleci służył m.in. jako twierdza, główna kwatera wojskowa i więzienie. Obecnie znajduje się w nim Muzeum Średniowieczne.

 

Madera

Popularnością cieszy się także Madera – wyspa wiecznej wiosny. Wiosną średnia najwyższych temperatur wynosi 21°C, a najniższych – 16°C. Aura nie tylko sprzyja wypoczynkowi, ale również zwiedzaniu wyspy, która urzeka krajobrazem – kolorowymi kwiatami, gęsto porośniętymi wzgórzami, malowniczymi urwiskami, wodospadami, a także kraterami wulkanicznymi oraz ciemnymi wulkanicznymi plażami. Wyspę cechuje umiarkowanie rozwinięta linia brzegowa z łagodnymi i szerokimi zatokami.

 

Grecja

Miejsce to znajduje się w ofercie każdego biura podróży. Nie ma co się dziwić – Grecja to kraj bogaty w piękną przyrodę, kuszący śródziemnomorskim klimatem, złotymi plażami, a przede wszystkim zabytkami. Zakątek ten powinni wybrać zwłaszcza miłośnicy starożytnej kultury. Na mapie miejsc, które należy odwiedzić, znajdują się Ateny, które są stolicą Grecji. Na uwagę zasługuje tutaj zespół architektoniczny Akropolu: Propyleje, Erechtejon, Świątynia Nike, Partenon, Muzeum Akropolu. Poza tym warto zwiedzić bizantyjskie kościoły oraz Plakę, należącą do najstarszych dzielnic mieszkalnych Aten, leżącą u stóp Akropolu. Godne obejrzenia jest antyczne miasto Olimpia, które leży w zachodniej części Peloponezu. Znajdują się tutaj ruiny starożytnego polis, należące do najlepiej zachowanych w całej Grecji. Centralną budowlę kompleksu stanowi Świątynia Zeusa. Jej powstanie szacowane jest na ok. 470–456 r. p.n.e. Na terenie Olimpii odbywały się pierwsze igrzyska panhelleńskie, zwane później olimpijskimi. Korfu, jedną z najbardziej zielonych greckich wysp, powinni wybrać zwolennicy plażowania i morskich kąpieli.

 

Toskania

Malowniczy region położony w środkowych Włoszech zachwyca przyrodą – jest zielono, kwitnie wiele drzew oraz kwiatów. Temperatura maksymalna w maju wynosi 23°C, a najniższa – 12°C. Warto odwiedzić Montepulciano i spróbować słynnego Vino Nobile di Montepulciano – jednego z najlepszych win Italii, którego receptura sięga czasów średniowiecza. Nie można też zapomnieć o cudownej Florencji,nazywanej perłą Toskanii i uważanej za najpiękniejsze miasto całych Włoch. Jest ona niewątpliwym skarbcem sztuki, zabytków oraz punktów widokowych, które zainteresują każdego.

Majówkom sprzyjają poza tym propozycje wycieczek last minute, m.in. na Wyspy Kanaryjskie. Popularnymi kierunkami podróży są także Egipt, Tunezja, Izrael, Dominikana.

https://www.fostertravel.pl

 

Artykuły wybrane losowo

Czarodziejska moc Sardynii

URSZULA KRAJEWSKA

www.interpretareitalia.com

 

<< Sardynia staje się ostatnio miejscem coraz częściej odwiedzanym przez gości z całego świata. Prawdziwy boom turystyczny przyniósł wyspie miniony rok. Szacuje się, że w 2018 r. zostanie odnotowany ok. 15–20-procentowy wzrost zainteresowania atrakcjami oferowanymi przez lokalne agencje (wycieczkami jednodniowymi, wynajmem samochodów czy jachtów itp.). Oznacza to przede wszystkim, że dotychczas tajemnicza i nieodgadniona Sardynia jest dziś coraz bardziej rozpoznawalna. Nie uchodzi już tylko za modny kierunek dla bogaczy, którzy przybijają do Szmaragdowego Wybrzeża (Costa Smeralda) najdroższymi w Europie jachtami. Powoli wkupia się w łaski zwykłych turystów ciekawych historii, lubiących podziwiać przepiękne widoki czy spędzać czas na łonie natury. >>

 

Na wyspy archipelagu La Maddalena dostaniemy się m.in. łodziami z portu w Palau

© RENATA TRAVEL/WWW.RENATATRAVEL.COM

 

Turystyka na Sardynii zaczęła rozwijać się na dobre dopiero w latach 60. XX w., kiedy to książę Aga Chan IV, przywódca ismailickich nizarytów, zakochany w szmaragdowym kolorze wód oblewających północno-wschodnie wybrzeże wyspy, postanowił wykupić grunty w tym rejonie i rozsławić to miejsce, które uważał za raj na ziemi. Z jego inicjatywy powstało portowe miasteczko Porto Cervo (należące do gminy Arzachena), do dziś uchodzące za symbol luksusu. Odwiedzają je znane i zamożne osoby z całego świata. To dzięki Adze Chanowi IV ludzie, zafascynowani przede wszystkim bezkonkurencyjnymi plażami, zaczęli tłumnie ściągać w okolice położonej na wschodnim wybrzeżu Olbii, 60-tysięcznego miasta z przystanią promową i międzynarodowym portem lotniczym (Aeroporto di Olbia-Costa Smeralda). Z czasem na Sardynii pojawiły się też oferty nie tylko dla turystów z grubym portfelem.

Dzięki temu, że tanie linie lotnicze (Ryanair i Wizz Air) uruchamiają nowe połączenia, obecnie z Polski (Katowic, Krakowa, Warszawy i Modlina) można dostać się bezpośrednio na dwa sardyńskie lotniska – Cagliari i Alghero, a na trzecie z nich – pod Olbią – latają w sezonie letnim czartery polskich biur podróży. Do wyboru jest jeszcze inna ciekawa możliwość – podróż promowa z Półwyspu Apenińskiego. Dotarcie samochodem do jednego z portów zachodniego wybrzeża Włoch i rejs na Sardynię zajmuje zaledwie dwa dni. Coraz więcej turystów decyduje się na ten drugi sposób dostania się tutaj, a to ze względu na fakt, że podróżowanie swoim autem pozwala odkrywać wyspę na własną rękę. Jednak na stronach internetowych czy nawet w profesjonalnych przewodnikach brakuje szczegółowych informacji o mniej znanych sardyńskich atrakcjach. Dlatego zdecydowanie warto zwrócić się do lokalnych biur podróży o radę, jak w pełni wykorzystać urlop na czarującej Sardynii.

 

MIEJSCA DO ZOBACZENIA

Dla ciekawych, gdzie zaczęła się historia sardyńskiej turystyki, obowiązkowym przystankiem podczas zwiedzania będzie wspomniane Porto Cervo, eleganckie miasteczko z portem z luksusowymi jachtami, pełne ekskluzywnych butików, salonów samochodowych i wykwintnych restauracji. Niedaleko nabrzeża wznosi się biały Kościół Gwiazdy Morza (Chiesa di Stella Maris), idealnie wkomponowany w starannie zaprojektowane hotele i posiadłości, nazywany dziełem sztuki nowoczesnej. Został on zbudowany w typowo sardyńskim, surowym stylu przy użyciu surowców dostępnych na wyspie. Do wejścia do środka zachęca obraz Mater Dolorosa autorstwa El Greca.

Od lat wizytówką Sardynii pozostaje archipelag La Maddalena, znajdujący się na północnym wschodzie. Tworzy go 7 głównych, większych wysp (La Maddalena, Caprera, Santo Stefano, Budelli, Santa Maria, Razzoli i Spargi) i ponad 60 mniejszych. Zwane europejskimi Malediwami, przyciągają rzesze urlopowiczów. Mimo iż turyści przybywają tu przede wszystkim ze względu na słynące z przejrzystej, błękitnej wody i białego piasku plaże, warto zajrzeć także do stolicy archipelagu – 11-tysięcznego miasteczka La Maddalena. To urokliwa miejscowość z wąskimi uliczkami, połączona groblą z pobliską Caprerą, nazywaną wyspą Giuseppe Garibaldiego, gdyż ten włoski bohater narodowy właśnie na niej spędził ostatnie lata życia i zmarł w czerwcu 1882 r.

Na wschodnim wybrzeżu leży mniej znana, bo przyćmiona przez sławę La Maddaleny, zatoka Orosei (Golfo di Orosei), urzekająca zróżnicowaną linią brzegową o długości ponad 40 km. Wzdłuż niej ciągną się góry i lasy, poprzecinane trasami trekkingowymi, z których rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki. Większość plaż zatoki dostępna jest tylko od strony morza. Do niektórych można ewentualnie dotrzeć pieszo, ale taka wycieczka trwa ok. 3 godz. Najsłynniejsza z tutejszych plaż – Cala Luna – pojawia się często na zdjęciach reklamujących Sardynię. Jednak zatoka Orosei skrywa też kilka innych perełek, takich jak Cala Mariolu czy Cala Goloritzè.

Kolejnym ważnym punktem na turystycznej mapie wyspy jest zdecydowanie Alghero, zwane Barcelonetą, czyli małą Barceloną. To 44-tysięczne miasto ma prawdziwie hiszpański, a właściwie kataloński charakter. Można go dostrzec nie tylko w zabytkowej architekturze, ale także w lokalnej kuchni czy języku, którym posługują się miejscowi. Alghero słynie również z tego, że leży niedaleko (ok. 25 km) od cypla Caccia (Capo Caccia). U podnóży 110-metrowego klifu znajduje się tu jedna z najbardziej interesujących i unikatowych atrakcji Sardynii – Groty Neptuna (Grotte di Nettuno). Na tle innych europejskich jaskiń wyróżnia się ogromnym zróżnicowaniem form krasowych.

Podczas pobytu w okolicach Alghero większość osób decyduje się też na zahaczenie o miejscowość Stintino i plażę La Pelosa, która w 2013 r. zdobyła tytuł najpiękniejszej w całej Italii. W pobliżu znajdziemy także malownicze miasteczko Castelsardo słynące z wyrobu koszy wiklinowych. Swój urok zawdzięcza średniowiecznemu zamkowi wznoszącemu się nad zabudowaniami. Turystów przyciąga w te strony również zabytek przyrody – skała w kształcie słonia (La Roccia dell’Elefante). Innym urokliwym miastem położonym nieopodal jest Bosa, która oczarowuje kolorami ścian domów. Widok na nie często zdobi pocztówki z Sardynii. Pastelowe domy położone nad rzeką Temo to pochodzące z XVI stulecia warsztaty garbarzy, które według wielu odwiedzających przypominają Stary Most (Ponte Vecchio) z Florencji.

Na zachodzie wyspy znajdują się też pozostałości kolonii Tharros, założonej przez Fenicjan w VIII w. p.n.e. Miłośnicy archeologii wybierają jednak Sardynię ze względu na nuragi. Tych obiektów jest tu ok. 7 tys. Zbudowane z kamieni stożkowate wieże stanowią ślad po kulturze nuragijskiej. Choć do ich wzniesienia nie użyto żadnej zaprawy, zachowały się do dziś. Rzekomo właśnie tej cywilizacji mieszkańcy wyspy zawdzięczają fakt, że ich DNA jest inne niż Włochów. Najnowsze badania, z lutego 2017 r., pokazują, że Sardynia stanowi wyjątkowe miejsce na genetycznej mapie Europy. Prawie 80 proc. mitogenomów współczesnych Sardyńczyków nie występuje nigdzie indziej.

 

Zabytkowe Alghero podziwiane od strony morza

© UFFICIO STAMPA DELLA REGIONE AUTONOMA DELLA SARDEGNA

 

MAGIA, NATURA I DŁUGIE ŻYCIE

Jedno z najczęstszych haseł reklamujących wakacje w tym miejscu brzmi: Sardynia – wyspa magiczna. Większość osób ją wybierających jest przekonana, że określenie to wymyślono ze względu na przejrzystą wodę, białe plaże czy dziewiczy krajobraz. Jednak ta magiczność Sardynii dotyczy przede wszystkim wierzeń jej mieszkańców i ich zwyczajów. Mimo iż jak w całych Włoszech na wyspie największą grupę stanowią katolicy, to jeden z tych regionów Italii, gdzie zachowało się najwięcej lokalnych tradycji niezwiązanych z chrześcijaństwem. Większość z nich praktykuje się tylko podczas karnawału, ale odmienność miejscowych da się dostrzec na co dzień.

Osoby lubiące atmosferę magii powinny wybrać się do wnętrza Sardynii. Docierają tu nieliczni turyści, a mieszkańcy wiodą spokojne życie niewiele różniące się od tego, jakie było udziałem ich pradziadków. Będzie to wyprawa do kompletnie innego świata, gdzie oddycha się powietrzem nasyconym tradycjami, które Sardyńczycy traktują niezmiernie poważnie. W górzystym regionie Barbagia dawne zwyczaje praktykowane są nie tylko przez ludzi starszych, ale także i młodych, dumnych ze swojej kultury i pragnących zachować ją dla następnych pokoleń. Sardyńskie dziewczyny obwieszają się amuletami. Najbardziej znany z nich to su coccu, czyli okrągły obsydianowy kamień, który chroni przed złym spojrzeniem – klątwami rzucanymi przez osoby, które źle nam życzą. Na palcach u dłoni zarówno młode, jak i starsze kobiety noszą tzw. fede sarda. Ta cienka obrączka z kuleczkami oznaczającymi ziarna zboża to tradycyjny symbol płodności. Niektóre przedstawicielki płci pięknej udają się na prywatne sesje do szeptuchy, aby ta z oliwy wylanej na talerz odczytała, kto rzuca na nie złe uroki. Inne chodzą do fryzjera tylko wtedy, gdy księżyc znajduje się w ostatniej kwadrze, bo uważają, że podcięcie końcówek włosów w tym czasie sprawi, iż będą szybciej rosły.

Sardyńczycy są zresztą zdania, że wpływ księżyca na ludzki organizm jest znaczący. Od jego faz uzależniają również sadzenie i podcinanie roślin. Wyspiarze mają niezwykły kontakt z naturą, dlatego też wyjątkowo ją szanują. Na Sardynii nie zobaczymy zaśmieconych ulic jak w niektórych miejscach we Włoszech. Położone na północnym zachodzie wyspy Sassari w 2014 r. uzyskało tytuł najczystszego włoskiego miasta, a Nuoro (stolica Barbagii) i Oristano (leżące na zachodzie) zostały okrzyknięte miastami z najczystszym powietrzem w kraju. Sardyńczycy obsesyjnie przestrzegają zasad segregacji śmieci, a nade wszystko dbają o przetrwanie gatunków roślin i zwierząt zagrożonych wyginięciem. Wokół wybrzeża Sardynii dno morskie porasta posidonia, która nie tylko dezynfekuje wodę i sprawia, że jest ona przejrzysta niczym lustro. Gdy nadchodzi mistral – jeden z wiatrów dominujących w tej okolicy – wyrzucone na brzeg rośliny swoim ciężarem utrzymują piasek na ziemi. Dla mieszkańców wyspy to bardzo ważne. Już od wielu lat obowiązują tu ogromne kary pieniężne za wywożenie muszli, kamieni, żwiru czy piasku, dochodzące do kilku tysięcy euro. Niektórym takie podejście może się wydawać absurdalne, ale według oficjalnych danych zebranych przez lotnisko w Elmas (pod Cagliari) latem 2015 r. tylko w ciągu trzech miesięcy turyści odwiedzający Sardynię próbowali wywieźć ponad 5 t morskiego piasku! Dodatkowo w tym roku na jednej z najbardziej znanych plaż, La Pelosie leżącej niedaleko Stintino, wprowadzono zakaz rozkładania ręczników. Ma to zapobiec zbytniemu ugniataniu piasku, a także wynoszeniu go poza strefę przybrzeżną. Z każdym kolejnym sezonem letnim wydłuża się też lista plaż, na których obowiązują ograniczenia co do liczby przebywających na nich osób. Celem tych wszystkich decyzji administracyjnych jest – oczywiście – ochrona sardyńskich cudów natury przed zniszczeniem.

Jedno z największych wyróżnień, jakie spotkało tę drugą pod względem wielkości wyspę Morza Śródziemnego (po Sycylii), stanowi fakt, że należy ona do grupy pięciu istniejących na świecie Błękitnych Stref (Blue Zones). Oznacza to, że odnotowano tu znaczny odsetek stulatków. Co jeszcze ciekawsze, Sardyńczycy są społecznością z największą liczbą stuletnich mężczyzn. Mieszkańcy wyspy cieszą się dobrym zdrowiem i ponadprzeciętną kondycją fizyczną przez długie lata. Dan Buettner, amerykański badacz, który wprowadził termin Blue Zones, twierdzi, że długowieczność wyspiarzy wynika z właściwego odżywiania, odpowiedniej ilości czerwonego wina w diecie oraz prowadzenia aktywnego trybu życia.

Prowincję Ogliastra i Barbagię (tzw. Blue Zone) zamieszkuje duża liczba stulatków

© FOTOTECA ENIT

 

PROSTE PRZYJEMNOŚCI

Kuchnia Sardynii jest prosta i opiera się na lokalnych składnikach, dostępnych w danym okresie. Nie sprowadza się tu żywności z zewnątrz i nie korzysta z półproduktów. Miejscowi żartują, że na wyspie mieszka ponad 1,6 mln ludzi i ok. 4 mln owiec. Ma to swoje odbicie w diecie – na liście typowo sardyńskich produktów dominują sery owcze (w tym pecorino sardo). Sardynia jest regionem pasterskim. Do tradycyjnych lokalnych potraw można zaliczyć gotowaną w rosole jagnięcinę (pecora bollita). Najstarsze sardyńskie przepisy pochodzą z wnętrza wyspy, gdzie pasterze ukrywający się przed najeźdźcami zmuszeni byli do zaopatrywania się w produkty o długim terminie ważności. Mało kto jada tutaj zwykły, świeży chleb. Sardyńczycy zadowalają się pane carasau – cienkim plackiem, przypominającym podpłomyk, wypiekanym jedynie z mąki z pszenicy durum, drożdży, wody i soli. Jego ulepszona wersja to pane guttiau, nasączony oliwą i posolony chleb, często serwowany jako zamiennik chipsów. Za tutejszy unikatowy produkt uchodzą również miody, m.in. miele di asfodelo (ze złotogłowia), miele di cardo (z kwiatów ostu) czy miele di corbezzolo (z chruściny jagodnej). Ten ostatni charakteryzuje się gorzkim smakiem i jest często podawany z serami. W rejonie wybrzeża popularnością cieszy się też zdecydowanie bottarga, czyli suszona ikra cefala lub tuńczyka o intensywnym pomarańczowym kolorze. Najczęściej stanowi ona dodatek do makaronu, ale wielbiciele potraw rybnych jedzą ją także samą, pokrojoną w plasterki i w połączeniu np. z karczochami. Pierwsze miejsce wśród najdziwniejszych i najbardziej tradycyjnych produktów na wyspie zajmuje od lat casu marzu, znany bardziej jako tzw. ser z robakami. Mimo iż dyrektywy unijne zakazują oferowania degustacji i sprzedaży tego owczego przysmaku, to jego produkcja w gospodarstwach domowych nie została całkowicie wstrzymana. U niektórych pasterzy w Barbagii wciąż jeszcze kupimy go nieoficjalnie. Robaki, które się w nim znajdują, to żywe larwy muchówki gatunku Piophila casei (sernicy pospolitej).

Przy omawianiu lokalnej kuchni nie sposób nie wspomnieć też o wyrobach alkoholowych. Szczep cannonau rosnący w Olienie został przywieziony na Sardynię z Toskanii przez jezuitów. To z niego powstaje czerwone wino cannonau i nepente. Oba są wytrawne i charakteryzują się dość dużą zawartością alkoholu. O sardyńskim winie śpiewano, czyniono je tematem poematów i zachwycano się nim w całym kraju. Gabriele D’Annunzio (1863–1938), włoski pisarz i poeta pochodzący z Pescary, pisał: Tobie, o wino z wyspy, oddaje swe ciało, a także i duszę. (…) Obym mógł do ostatniego tchu mego cieszyć się twym zapachem i od twego koloru mieć nos na zawsze rumiany. Warto dodać, że cannonau zawiera bardzo dużą ilość polifenoli, czyli związków chemicznych uważanych za niezmiernie korzystne dla zdrowia. Przypisuje się im m.in. działanie przeciwnowotworowe. Jako napitek ułatwiający trawienie na Sardynii stosuje się likier mirto robiony z jagód mirtu. Na wyspie znajdziemy również lody mirtowe i marmoladę czy torrone, czyli kolejny sardyński przysmak, przygotowany na bazie miodu i migdałów zatopionych w masie z białka jaja kurzego, przypominający znany wszystkim nugat.

 

ZROZUMIEĆ SARDYŃCZYKA

Kolejną rzeczą wyróżniającą Sardynię na tle innych regionów Włoch jest język. Wbrew temu, co sądzi wiele osób, nie należy on do dialektów włoskiego. Dopiero w 1997 r. sardyński (limba sarda, sardu) stał się oficjalnym językiem urzędowym na wyspie. W 1999 r. uzyskał status języka mniejszościowego, co oznacza, że znacznie odróżnia się od oficjalnego języka państwa oraz języków imigrantów. Uważa się, że przypomina on mieszankę hiszpańskiego, greckiego i włoskiego. Na zachodzie Sardynii mówi się po katalońsku, czyli dokładnie tak jak np. w Barcelonie. Prawdziwy sardyński da się usłyszeć – oczywiście – w centrum wyspy. Na wybrzeżu spotkamy jego przeróżne odmiany, bo wyróżnia się tu mniej więcej sześć dialektów. Większość Sardyńczyków poznaje język włoski dopiero na pierwszych lekcjach w szkole. Można więc powiedzieć, że są narodem dwujęzycznym. W efekcie mieszkańcy wyspy mówią bardzo poprawnie po włosku i dogadamy się z nimi, jeśli także nauczyliśmy się języka z książek. Dzięki nowym projektom unijnym sardyński zostanie wprowadzony do szkół. Sardyńczycy czują się z tego powodu – oczywiście – niezmiernie dumni.

W Barbagii można poza tym spotkać jeszcze tenores – mężczyzn śpiewających a cappella w języku sardyńskim. Ich śpiew (canto a tenore, cantu a tenore) wpisano w 2008 r. na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Występy odbywają się zawsze w kwartecie (solista, bas, kontralt i baryton).

 

BOSKI ŚLAD

Poznanie wszystkich wspomnianych atrakcji wymaga aktywności i dociekliwości ze strony turystów, często też wsparcia doświadczonych miejscowych przewodników. Bardzo przydatna w tym przypadku jest również dobra znajomość języka włoskiego.

Ze względu na rozwój turystyki na Szmaragdowym Wybrzeżu do wyspy w ostatnich latach przylgnęła łatka drogiego, ekskluzywnego kierunku z rajskimi plażami dla milionerów. Taką Sardynię także można zobaczyć. Jednak z pewnością nie to stanowi jej największą atrakcję.

Im więcej tajemnic wyspy odkrywamy, tym bardziej nas ona wciąga i fascynuje. Jednocześnie zaczynamy rozumieć, na czym naprawdę polega jej magia. Jedna wizyta na pełnej kontrastów czarującej Sardynii nie wystarczy. Zresztą mało kto odwiedza ją tylko raz i nie marzy o powrocie.

Legend o powstaniu wyspy jest wiele. Według jednej z najbardziej znanych, gdy Bóg stworzył świat, zorientował się, że zostało mu w dłoni kilka kamieni. Rzucił je zatem gdzieś na środek morza, po czym przycisnął dokładnie stopą. Starogrecka nazwa Sardynii (w formie zlatynizowanej) – Ichnusa – oznacza właśnie stopę (sandał). Ponieważ Bóg widział, że jego nowe dzieło nie jest idealne, postanowił wziąć z każdego kontynentu to, co najpiękniejsze, i przenieść te cuda natury właśnie tutaj. Dlatego też do dziś Sardynię nazywa się wyspą siedmiu kontynentów albo małym kontynentem. Rzeczywiście, na powierzchni 24 tys. km2 znajdziemy tu po trochu wszystkiego i właśnie to osobliwe połączenie sprawia, że sardyńskie krajobrazy są jedyne w swoim rodzaju i coraz więcej osób chce na własne oczy przekonać się, czym zachwycają się wszyscy, którzy już odwiedzili ten magiczny zakątek Włoch.

 

Wydanie Lato 2018

Egzotyczny Madagaskar czekający na odkrycie

MICHAŁ SZULIM

www.miejscezamiejscem.pl

 

<< Nazwę tej wyspy znają niemal wszyscy Polacy, a jednak niewielu z nich na nią dotarło. To ogromna szkoda, bo jeśli ktoś ceni sobie prawdziwą egzotykę i jednocześnie szuka pięknych, niebiańskich plaż, a poza tym chce spędzić czas w kontakcie z niewiarygodnie wręcz cudowną przyrodą, powinien jak najszybciej wybrać się na Madagaskar. A spieszyć się trzeba, bo zapewne lada chwila ten kraj zostanie odkryty przez masową turystykę, która prędko zamieni wciąż rajski kawałek świata w kolejny zatłoczony i nieprzyzwoicie komercyjny, jak dla mnie, Zanzibar. >>

 

Słynną aleję koło Morondavy tworzy ok. 250 endemicznych baobabów Grandidiera

© ONTM

 

Na początek zagrajmy w skojarzenia. Gdy słyszymy nazwę „Madagaskar”, w głowach wielu z nas pojawia się pewnie postać sympatycznego lemura katta króla Juliana z popularnego filmu animowanego czy też polskiego podróżnika, żołnierza i awanturnika Maurycego Augusta Beniowskiego (1746–1786), który w drugiej połowie XVIII w. dotarł tu po długiej wędrówce, a gdy wrócił w to miejsce, został obwołany jego władcą. Pierwsza myśl jest jak najbardziej słuszna – na Madagaskarze żyje kilkadziesiąt rodzajów lemurowatych. Jednak o Beniowskim dzisiaj już nikt tutaj nie pamięta, a przypomina o nim tylko niewielka tabliczka zawieszona na jednym z budynków w stolicy kraju.

Poza tym wyspa kojarzy się także z polskimi zamiarami jej kolonizacji i projektem przesiedlenia na nią Żydów z Europy. Mimo to plany odkupienia Madagaskaru od Francji (do której należał aż do początku lat 60. XX w.) przez Polskę trzeba traktować przede wszystkim jako mrzonkę ówczesnych polityków, którzy chcieli podbudować nieco znaczenie naszej ojczyzny i uważali, że osiągną ten cel, jeśli przyłączą do niej egzotyczne terytorium zamorskie. Zresztą nawet słynny pisarz i podróżnik Arkady Fiedler (rząd polski oddelegował go w 1937 r. na wyspę jako jednego z ekspertów) odradzał ten pomysł, pogrzebany ostatecznie przez wybuch II wojny światowej. Tak oto zakończyły się marzenia Polski o kolonii. Choć w sumie chyba dobrze się stało. Na pewno nie przyniosłaby nam zbyt wielkich zysków. Ropy tutaj nie znaleziono, region zalicza się raczej do biedniejszych części świata, a dodatkowo w tamtych czasach podróż statkiem na wyspę musiała trwać bardzo długo, skoro dzisiaj, w dobie nowoczesnych technologii, z Polski leci się na nią najkrócej ok. 10,5 godz. (od 22 czerwca 2018 r. pojawiło się bezpośrednie połączenie czarterowe biura Itaka z Warszawy na Nosy Be).

 

Nosy Iranja to właściwie dwie wysepki połączone piaszczystą mierzeją

© ONTM

 

RAJ NA ZIEMI

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że pierwszym miejscem, do którego dotrzemy w tym wyspiarskim państwie położonym na Oceanie Indyjskim, u południowo-wschodnich brzegów Afryki, będzie wulkaniczna wysepka Nosy Be usytuowana w odległości mniej więcej 8 km od północno-zachodniego wybrzeża Madagaskaru i połączona z nim regularnie kursującym promem czy łodziami. Tu właśnie, w miejscowości Fascene, znajduje się lotnisko, gdzie ląduje sporo samolotów z Europy, głównie z Mediolanu i ostatnio również z Warszawy. Sama wyspa jest naprawdę dość niewielka, zajmuje powierzchnię powyżej 320 km² (zamieszkiwaną przez ponad 75 tys. ludzi), ale przecież nie chodzi o jej rozmiar. Nosy Be wyróżnia się głównie swoją urodą. Kiedy już na niej wylądujemy, z pewnością stwierdzimy, że… znaleźliśmy się w raju na ziemi! Plaże są bardzo szerokie i piaszczyste. Część z nich zagospodarowały hotele i ośrodki wypoczynkowe, ale niektóre pozostają zupełnie dzikie i puste. Woda ma turkusowy kolor i zachęca do pływania, bo ocean jest tutaj wyjątkowo ciepły.

Nosy Be to jakby przedsionek Madagaskaru, idealne miejsce na początek naszej przygody z tym egzotycznym krajem. Plasuje się gdzieś pomiędzy znanymi z Europy standardami a afrykańskimi realiami. Możemy tu spokojnie przeczekać kilka pierwszych dni, zanim oswoimy się nieco z zupełnie innym światem. To także najbardziej turystyczna i komercyjna wysepka Madagaskaru i najbardziej europejska w swoim charakterze (wiele firm z sektora usług otworzyli na niej Europejczycy). Tutaj nawet drogi są najlepsze w całym kraju, a pod względem widoków i plaż Nosy Be nie ustępuje w niczym innym sielskim wyspom na naszym globie z Mauritiusem, Seszelami i Zanzibarem na czele. Przewyższa je za to tym, że biznes wakacyjny dopiero na niej raczkuje. Ten raj nie został jeszcze odkryty przez masową turystykę – nie ma w nim tłumów ludzi okupujących każdy wolny skrawek piasku, niewiele jest też ogromnych i luksusowych resortów, które miejscami dominują w krajobrazie jej konkurentów i kawałek po kawałku anektują i odgradzają co piękniejsze fragmenty wybrzeża. Owszem, miejscowość Ambatoloaka to typowa nadmorska wioska żyjąca z turystów, ale i tak czujemy się w niej swojsko. Spokojnie można więc ją potraktować jako bazę wypadową na czas pobytu na Nosy Be.

A zdecydowanie jest tutaj co robić. Leżenie plackiem na plaży, nawet urozmaicone najbardziej wymyślnymi tropikalnymi drinkami z palemką, w końcu się znudzi. Wtedy warto poszukać innych zajęć. Z Nosy Be możemy popłynąć na jedną z okolicznych małych wysepek, takich jak dziewicze Nosy Iranja, Nosy Komba, Nosy Tanga czy Nosy Sakatia, gdzie będziemy mieli okazję popływać wokół przepięknej rafy koralowej. Dużo miejscowych biur podróży organizuje całodniowe wycieczki na nie, obejmujące nie tylko transport, ale też posiłek z pysznych ryb i owoców morza oraz wypożyczenie sprzętu do nurkowania. Warto również wybrać się w głąb Nosy Be. Do tego celu najlepiej wypożyczyć skuter. Wysepkę spokojnie można objechać w jeden dzień. Po drodze będziemy wspinać się na wulkaniczne wzniesienia i podziwiać z nich fantastyczne widoki (najwyższym szczytem jest Mont Lokobe – 455 m n.p.m.), a także obejrzymy kilka z 11 tutejszych jezior kraterowych. Polecam poza tym wizytę w największym mieście na Nosy Be, czyli 40-tysięcznym Andoany (Hell-Ville), w którym panuje typowy madagaskarski gwar i afrykański chaos. Odwiedziny na lokalnym targu pozostaną na długo w naszej pamięci, nie tylko ze względu na… szczególnie intensywny zapach ryb. Z przystani promowej odpływają łodzie i motorówki na wyspę Madagaskar.

 

Sifaka biało-kasztanowa na Nosy Be

© ONTM

 

KIEPSKIE DROGI I PIĘKNA PRZYRODA

Po opuszczeniu rajskiej Nosy Be udajemy się na Madagaskar gotowi na przygodę. Na początku musimy się – niestety – przygotować na twarde lądowanie, bo tutejsze drogi są fatalne. Jeśli ktoś narzeka na stan infrastruktury drogowej w Polsce, w tym kraju szybko zmieni punkt widzenia. Dziury mające 40 cm głębokości niekiedy bywają szersze niż sama droga. Jazda samochodem przypomina slalom – raz szosa schodzi do rzeki, a innym razem prowadzi po prowizorycznym mostku złożonym z dwóch kawałków drewna. Większość dróg wybudowali jeszcze Francuzi i nie były remontowane od ok. 60 lat. Najgorzej jest w porze deszczowej (od końca listopada do marca lub początku kwietnia), kiedy ulewy podmywają część tras i podróż wydłuża się czasem do kilku dni. Po stosunkowo dobrych szosach na Nosy Be sytuacja na Madagaskarze potrafi zaskoczyć. Na rajskiej wysepce jednak turyści zostawiają większość swoich pieniędzy, więc rząd postanowił jej infrastrukturę utrzymywać w lepszym stanie.

Nic dziwnego, że wielu podróżujących decyduje się na wynajem jeepa wraz z kierowcą. To jedyny sposób, żeby w miarę szybko przemieszczać się z miejsca na miejsce. Koszt jest dość spory, ale jeśli rozbije się go na kilka osób, pomysł okazuje się całkiem korzystny. Alternatywą są taksówki (często w katastrofalnym stanie, również technicznym), a dla najbardziej odważnych – taxi-brousse, czyli zawsze przepełnione busy, które przewożą pasażerów stłoczonych jak sardynki w 40-stopniowym upale i poruszają się w żółwim tempie. Tym środkiem transportu można pokonać co najwyżej 100 km dziennie. Na więcej nie pozwala – niestety – jakość tutejszych dróg…

Co właściwie poza przepięknymi plażami zasługuje na zainteresowanie na Madagaskarze? Warto już na początku zaznaczyć, że zabytków nie ma tu prawie wcale (poza stolicą – Antananarywą, gdzie znajdują się m.in. dwa pałace Andafiavaratra i Ambohitsorohitra oraz kilka innych ciekawych budynków). Turystów przyciąga w te strony przede wszystkim niesamowita przyroda. Pod tym względem wyspa uchodzi za prawdziwy fenomen w skali światowej! Mniej więcej 80 proc. tutejszej fauny i 90 proc. flory to organizmy endemiczne, czyli niewystępujące nigdzie indziej na ziemi. Na dodatek każdego roku odkrywa się kolejne, nieznane wcześniej gatunki roślin i zwierząt, dlatego ten kraj jest rajem dla miłośników przyrody. Zaręczam, że nawet jeśli biologia w szkole kogoś nudziła, tutaj nie da się pozostać obojętnym na wdzięki natury. Pierwszym spotkaniem z egzotyką na Madagaskarze bywa zwykle zetknięcie się z kameleonem. Ten sympatyczny gad powinien być umieszczony w godle państwa, bo na wyspie występuje niemal wszędzie. Co ciekawe, wśród mieszkańców cieszy się on szacunkiem graniczącym nawet… ze strachem. Nie wolno nigdy pokazywać kameleona palcem, ponieważ według wierzeń przynosi to nieszczęście. Trzeba zgiąć palec wskazujący i dopiero wtedy skierować go na zwierzę. Kameleon przechodzący przez ulicę na Madagaskarze odgrywa rolę naszego czarnego kota. Należy poczekać, aż sobie spokojnie pójdzie, żeby nie igrać z losem…

 

PRAWDZIWY SKARB

O ile kameleona spotkamy praktycznie wszędzie, o tyle z innymi zwierzętami i unikatowymi roślinami nie pójdzie nam tak łatwo. Już podczas podróży samochodem terenowym przez wyspę można zauważyć, że… praktycznie nie ma na niej drzew. Powód jest smutny, ale prozaiczny: kolejne rządy prowadziły zakrojony na szeroką skalę wyręb lasów i handlowały drewnem na potęgę. Poza tym wśród Malgaszów dużą popularnością cieszy się rolnictwo żarowe polegające na wypalaniu obszarów leśnych i przekształcaniu ich w pola ryżowe. Szacuje się, że w wyniku tych działań ludzkich z powierzchni Madagaskaru zniknęło… niemal 90 proc. drzewostanu o charakterze pierwotnym! Dlatego właśnie, aby poznać wyjątkową faunę i florę wyspy, trzeba udać się do jednego z parków narodowych lub rezerwatów, których powstało w kraju kilkadziesiąt. Jeden z nich – Lokobe (Réserve Naturelle Intégrale de Lokobe) – znajdziemy nawet na południowym wschodzie wspomnianej wcześniej Nosy Be (słynie on z lemurii czarnej i kameleona lamparciego), ale ja radzę odwiedzić położone na północy Madagaskaru Park Narodowy Ankarana (Parc National Ankarana, Réserve Spéciale Ankarana) czy też Park Narodowy Montagne d’Ambre (Parc National Montagne d’Ambre). Warto zdawać sobie sprawę, że tutejsze tereny parkowe są naprawdę dzikie. Nie wjedziemy na nie samochodem, dlatego trzeba się przygotować na wycieczki piesze. Do wyboru mamy zwykle kilkanaście tras ekoturystycznych: od kilkukilometrowych po nawet kilkunastokilometrowe, których przebycie zajmuje cały dzień.

Obowiązkowo należy także wynająć przewodnika. Koszt takiej usługi rozkłada się na całą grupę, ale – proszę mi wierzyć – są to chyba najlepiej wydane pieniądze podczas pobytu na wyspie. Po pierwsze dlatego, że przewodnicy mówią po angielsku, co na Madagaskarze nie jest wcale takie oczywiste. Po drugie, ci ludzie cechują się niewyobrażalną wręcz spostrzegawczością. Gdy idziemy w towarzystwie takiego przewodnika przez park, potrafi on w pewnym momencie nagle przerwać rozmowę i polecić nam być cicho, aby po chwili wpatrywania się gdzieś w dal pokazać małego ptaszka na odległym drzewie w głębi lasu albo lemura siedzącego na gałęzi wysoko nad naszymi głowami.

Jeśli wybieramy się więc do rezerwatu lub parku narodowego, musimy przygotować się na solidną dawkę emocji i częste spotkania ze zwierzętami nie występującymi nigdzie indziej na ziemi. Oprócz oglądania rzadkich ptaków, owadów, kilkudziesięciu rodzajów lemurów czy kameleonów (tych ostatnich do czerwca 2015 r. odkryto aż 202 gatunki!) będziemy mogli jeszcze podziwiać przepiękne widoki na naturalne wąwozy, wyjątkowe formacje skalne z wapienia zwane po malgasku tsingy bądź majestatyczne wodospady (na czele z 62-metrowym Cascade d’Antomboka w Parku Narodowym Montagne d’Ambre) i wulkaniczne jeziora lub przejść się zwodzonym mostem (w Parku Narodowym Ankarana) i pohuśtać na zwisających między drzewami lianach. Poza tym możemy odwiedzić jeden z bujnych lasów deszczowych, które wycina się bezlitośnie na całym świecie. Gorąco polecam zwiedzić kilka parków narodowych i rezerwatów, żeby zrozumieć, dlaczego tutejszy świat przyrodniczy należy do najbardziej fascynujących na naszym globie. Odrębną ciekawostką jest słynna Aleja Baobabów położona na drodze między Morondavą a Belon’i Tsiribihina w regionie Menabe na zachodzie Madagaskaru, chyba jedna z najczęściej fotografowanych przez turystów atrakcji w kraju.

 

ZAPACH KAKAO I ZGIEŁK MIASTA

Podczas pobytu na północy wyspy możemy również poświęcić 3–4 godz. na wizytę na plantacji kakao Millot w Andzavibe koło miasta Ambanja (założonej w 1904 r.), która zaopatruje w ziarna kakaowca m.in. wytwórnie słynnej francuskiej ekskluzywnej czekolady Valrhona. Mamy tu szansę zobaczyć, jak wygląda cały proces produkcji, począwszy od zerwania owoców, przez poddanie ich fermentacji i suszenie, na pakowaniu skończywszy. Plantacja jest spora, a jeśli dopisze nam szczęście, to obwiezie nas po niej sama niebywale charyzmatyczna właścicielka, która opowie z pasją o swoim przedsięwzięciu. Przy okazji będziemy mieć możliwość spróbowania takich specjałów jak pieprz czerwony (zerwany prosto z drzewa), zobaczenia, jak rośnie wanilia, a nawet skosztowania dojrzałych owoców kakaowca przed obróbką. Zwiedzanie kończy wyborny obiad, do którego podaje się ciasto zrobione z czekolady wytworzonej na bazie pochodzącego stąd surowca, a także likier czekoladowy z ziaren kakaowych. Proszę mi uwierzyć, że po wizycie tutaj każda tabliczka czekolady zjedzona po przyjeździe do domu będzie smakować inaczej i kojarzyć się już na zawsze z tym miejscem.

Jeśli ktoś jest z natury mieszczuchem i ciągnie go do dużych skupisk ludzi, to na Madagaskarze też znajdzie coś dla siebie. W stolicy kraju, wspomnianej już Antananarywie (zwanej potocznie Taną), oprócz kilku większych zabytkowych obiektów można znaleźć całkiem dużo budynków w stylu kolonialnym i doświadczyć prawdziwie afrykańskiego tłoku na ulicach (jej obszar metropolitalny zamieszkuje ok. 2,7 mln osób). Niestety, przy obecnym katastrofalnym stanie dróg podróż z Nosy Be do miasta potrafi zająć kilka dni. Dlatego amatorzy życia miejskiego powinni rozważyć wizytę w położonym na północy dawnym Diego-Suarez, w 1975 r. przemianowanym na Antsirananę. Miłośnicy architektury kolonialnej, zakochani w charakterystycznych łukach i zdobieniach, znajdą tu całe kwartały z zabudową w tym stylu. To pozostałość po panowaniu Francuzów na wyspie. Zresztą europejską atmosferę wyczuwa się w tym mieście bardzo wyraźnie. Antsiranana jest również dobrą bazą wypadową na wspaniałe plaże, których nie brakuje w pobliżu. Symbol tego 130-tysięcznego miasta stanowi Głowa Cukru (Pain de Sucre), czyli charakterystyczna wulkaniczna wysepka wystająca z wody na środku tutejszej zatoki Diego-Suarez (Baie de Diego-Suarez), będąca najpopularniejszym obiektem ze zdjęć z tej okolicy.

 

EGZOTYKA W STYLU AFRYKI

Madagaskar kusi jednak nie tylko osoby lubiące błogi wypoczynek na plaży, nurkowanie, wędkarstwo, kajakarstwo, surfing, kite- i windsurfing, żeglarstwo czy spędzanie czasu w otoczeniu przyrody. Ten kraj fascynuje swoją egzotyką i karmi nas widokami, których nie mamy szansy zobaczyć w Europie. Po pierwsze, musimy tu przyzwyczaić się do afrykańskiego stylu życia i zupełnie innych standardów, dotyczących nie tylko stanu dróg. W małych miejscowościach dominuje zabudowa złożona z chat zrobionych z blachy falistej czy bambusa. Przed domami wylegują się Malgasze, którzy spędzają większość dnia na słodkim nicnierobieniu. Trzeba także przywyknąć do wszechobecnego chaosu, widoku zebu (garbatych krów) chodzących sobie spokojnie pomiędzy samochodami na ulicach, podobnie zresztą jak ludzi mających w zwyczaju iść środkiem szosy. Kolejnym szczegółem, który rzuca się w oczy, jest fakt, że wszyscy ciągle coś tu sprzedają. Na wyspie obowiązuje zasada mówiąca, iż kto handluje, ten żyje. Punktem sprzedaży może być kawałek blachy falistej na ulicy czy prowizoryczny stołek. Kobiety sprzedają towary, które noszą w wielkich misach na głowie. Nie tylko owoce i warzywa są przedmiotem transakcji, w obiegu jest dosłownie wszystko.

Na Madagaskarze nic się nie marnuje. Stare, rozklejone buty, podziurawiona koszula lub wyszczerbiona ze starości miotła – te przedmioty mają tutaj po kilka żyć, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce je kupić. Procedury handlowe są mocno uproszczone i nikt nie zawraca sobie głowy takimi drobiazgami jak dokładne ważenie towarów. Na bazarze obowiązują tylko dwie miary: duża i mała puszka po kawie. To nimi odmierza się kolejne porcje ryżu, soli czy cukru. Z drugiej strony wszędzie można odczuć wpływ kultury Francuzów, więc jeśli znamy francuski, poczujemy się na Madagaskarze jak ryba w wodzie. Większość jego mieszkańców posługuje się tym językiem, a kiedy otworzymy menu w restauracji, znajdziemy w nim francuskie nazwy potraw. Nic więc dziwnego, że wielu emerytów z Francji osiedla się na wyspie na starość.

Jednak najbardziej rzucają się tu w oczy samochody. Jak powszechnie wiadomo, jednymi z symboli Kuby są amerykańskie krążowniki szos z lat 40. i 50. XX w. Na Madagaskarze za ich odpowiedniki uchodzą równie stare francuskie auta – pozostałość po kolonizatorach z Europy. Leciwe pojazdy marki Citroën, Renault czy Peugeot wciąż pozostają w tym kraju w użytku. Ich karoserie zamalowuje się kolejnymi warstwami lakieru, przykrywającymi ogromne płaty rdzy. Stan techniczny madagaskarskich samochodów mógłby wywołać szok u europejskiego mechanika. Popękane szyby, brak kilku przełożeń w skrzyni biegów, zbite reflektory, lusterka czy oderwany zderzak to cechy charakterystyczne tutejszych aut. Pomiędzy nimi jeżdżą po ulicach żółte pojazdy napędzane silnikiem motorowym – odpowiedniki azjatyckich tuk-tuków, które pełnią funkcję taksówek. W dużych miastach możemy również przejechać się rikszą.

Przy okazji warto też wspomnieć o zwyczaju wręczania łapówek, który na Madagaskarze jest czymś najzupełniej normalnym. Nikt się tu nie dziwi, gdy na drodze przy prowizorycznym szlabanie zrobionym z bambusowych kijów i sznurka, czyli spontanicznie ustanowionym punkcie kontrolnym, ustawia się dwóch policjantów. Każdy kierowca wie, że tym stróżom prawa zawsze chodzi o jedno i to samo, dlatego ma przyszykowane kilka groszy schowanych w brudnym dowodzie rejestracyjnym. Także wręczenie na lotnisku dolara czy dwóch funkcjonariuszowi, który nagle zainteresował się tym, gdzie kupiliśmy cynamon i czy posiadamy odpowiedni certyfikat (nawet jeśli takowy nie istnieje), to normalna praktyka. Zwykle mała łapówka skutecznie ucina ciekawość służb kontrolnych.

 

Kobiety sprzedające turystom kolorowe chusty na madagaskarskiej plaży

© ONTM

 

NA KAŻDĄ KIESZEŃ

Na koniec zostawiłem jeszcze jedną rzecz, o której warto wspomnieć. Madagaskar to bajecznie tani kraj, szczególnie w porównaniu z pobliskim Mauritiusem, a nawet z Grecją czy Portugalią. Czysty pokój w hotelu lub pensjonacie z bardzo podstawowym wyposażeniem możemy tutaj wynająć już za równowartość 40–50 złotych. Podobnie ma się rzecz z jedzeniem, za które – nawet w dobrych restauracjach – zapłacimy mniej więcej jedną trzecią tego, co musielibyśmy wydać na wakacjach w Europie. Jeśli ktoś lubi świeże owoce morza, to na wyspie Nosy Be poczuje się jak w niebie. Można tu spróbować dziesiątek gatunków ryb oceanicznych, krewetek, ośmiornic, kalmarów i wszystkiego, co tylko ocean daje człowiekowi, a ceny są bardzo rozsądne. Tropikalne drinki na plaży kosztują w przeliczeniu kilka (!) złotych (lokalna waluta to ariary). Nic w tym zresztą dziwnego, skoro za litr tutejszego rumu (marki Dzama lub Madi Rum) w sklepie trzeba dać... równowartość 7 złotych, bo alkohol na Madagaskarze jest również bajecznie tani. Stosunkowo drogo wychodzi jedynie wynajęcie jeepa z kierowcą. Ceny biletów do parków narodowych i rezerwatów przyrody są z kolei mniej więcej takie jak w przypadku wstępu do muzeów w Europie.

Jeśli więc ktoś nie ma pomysłu na urlop, a marzą mu się wakacje w egzotycznym i stosunkowo mało popularnym rejonie, z całego serca polecam Madagaskar. To wyspa, której największym skarbem obok przepięknych, niebiańskich plaż jest fascynująca natura. Obserwowanie codziennego życia Malgaszów pozwala poznać prawdziwie afrykański charakter tego miejsca. Najlepiej udać się tutaj w okresie od końca marca do listopada, aby móc w pełni skorzystać z uroków pory suchej. Radzę się jednak pospieszyć, bo lada chwila także i to wyspiarskie państwo zostanie odkryte przez miliony turystów, czego, szczerze mówiąc, wcale mu nie życzę.

 

Wydanie Lato 2018

Katalonia – więcej niż region

Kurort Tossa de Mar na Costa Brava
151126 MAALV 1208

© AGENCIA CATALANA DE TURISME

ANETA KOTARSKA


Katalonia to część Hiszpanii, która kryje w sobie wiele przeciwieństw. Katalończycy obrali za swój symbol osła reprezentującego mądre i spokojne, lecz uparte dążenie do celu, Hiszpanie natomiast – byka ucieleśniającego temperament i siłę. Katalońskie tradycje mieszają się tu z hiszpańskimi, obok siebie współistnieją też dwa języki, kosmopolityzm łączy się z nacjonalizmem, sztuka z przemysłem, ruiny rzymskie z modernizmem. Nawet pod względem geograficznym region charakteryzują kontrasty – morze przeplata się w nim z górami.

Więcej…