MICHAŁ DOMAŃSKI

WOJCIECH KUDER

 

<< Ekskluzywne apartamenty i tętniące życiem centra rozrywki, multipleksy, aquaparki i kasyna, których nie powstydziłoby się Las Vegas, galerie sztuki, luksusowe butiki z ubraniami sławnych projektantów i restauracje serwujące najlepsze dania z kuchni całego świata, a wszystko to w jednym miejscu, na pokładzie statku wycieczkowego pływającego po morzach i oceanach w poszukiwaniu najbardziej urokliwych zakątków na kuli ziemskiej. Brzmi nieprawdopodobnie? A jednak to nie urywek z futurystycznej powieści, ale prawdziwe atrakcje dostępne podczas rejsów wycieczkowych i zaledwie niewielki fragment turystycznych cudów, jakie dziś oferuje coraz popularniejszy „cruising”. >>

 

Niegdyś zwykły turysta z Polski mógł jedynie marzyć o wyprawie luksusowym statkiem przez ocean na ciepłe i słoneczne wyspy. Jemu pozostawało na ogół tylko żeglowanie po Bałtyku, Mazurach, ewentualnie Adriatyku czy Morzu Śródziemnym. Obecnie tego typu wakacje mamy już na wyciągnięcie ręki, bowiem także na naszym rynku pojawia się ostatnio coraz więcej usługodawców (pierwsi z nich zaczęli działać ponad 20 lat temu) wypełniających tę lukę w naszej branży turystycznej i wychodzących naprzeciw klientom, którzy wcześniej musieli wykupywać najwspanialsze wycieczki morskie zagranicą.

Temat luksusowych podróży po bliższych i dalszych akwenach przybliżą nam eksperci z Rejsy.pl (portalu należącego do firmy Marco Polo Travel), Niebieskiej Mili, RejsClub.pl, Grupy Atlas Tours, SONRISO i Kruzy.pl (Grupa VENITI S.A.). Zajmują się oni sprzedażą tego typu usług turystycznych polskim klientom. Poprosiliśmy ich o odpowiedzi na kilka interesujących – naszym zdaniem – pytań.

 

Linie marzeń

Obecnie statki zabierające turystów w rejsy wycieczkowe to już nie tyle ekskluzywne hotele na wodzie, ile prawdziwe pływające kompleksy wypoczynkowe spełniające marzenia o podróży doskonałej i zapewniające nocleg w warunkach, jakich nie powstydziłyby się 5-gwiazdkowe obiekty sieci Hilton czy Sheraton, gwarantujące wyszukaną rozrywkę, najwyższy komfort, poczucie prestiżu i elitarności. Nie dziwi więc fakt, że ta gałąź turystyki rozwija się dziś w błyskawicznym tempie. Linie oceaniczne wciąż podnoszą i tak już niezmiernie wysoki poziom usług. – Mamy w ofercie wszystkich liczących się armatorów, w tym tych najbardziej luksusowych. Dla mnie synonim ekskluzywności stanowią kameralne statki z prywatnym serwisem na pokładzie. Znajdziemy je m.in. we flocie Silversea Cruises czy Regent Seven Seas Cruises (RSSC) – zdradza Tomasz Szczęsny, wiceprezes Marco Polo Travel, właściciela serwisu Rejsy.pl. Ta pierwsza luksusowa linia, założona w 1994 r. i mająca siedzibę główną w Monako, dysponuje 8 statkami, które pływają po całym świecie przez okrągły rok. Z kolei Regent Seven Seas Cruises, wcześniej znana jako Radisson Seven Seas Cruises, istnieje 4 lata dłużej. Słynie ona z niezmiernie bogatej formuły all inclusive.

FOT. MSC CRUISES
Bar La Piazzetta na pokładzie MSC Splendida (MSC Cruises)

 

Jarosław Kruszka, dyrektor zarządzający z biura podróży SONRISO, ma innych ulubieńców, z którymi bez wahania wybrałby się w podróż marzeń po morzach i oceanach. – Jestem pod wrażeniem tego, co oferuje np. Celebrity Cruises, szczególnie jeśli chodzi o statki klasy Solstice – mówi. – Ten amerykański armator postrzega luksus w bardzo nowoczesny sposób. Celebrity Cruises to połączenie wyszukanego designu, wyśmienitej kuchni, niestandardowych atrakcji i wyjątkowego serwisu. Jednak ostatnio doceniam walory rejsów mniejszymi, choć równie ekskluzywnymi statkami. Przypadła mi do gustu zwłaszcza oferta francuskiej linii Compagnie du Ponant. Na pokładzie podróżuje maksymalnie 260 pasażerów, którzy odwiedzają niezmiernie dziewicze i egzotyczne regiony świata – dodaje Jarosław Kruszka. Nieco innego faworyta ma Maciej Szymański, prezes zarządu spółki VENITI, właściciela marki Kruzy.pl. Jako ulubioną firmę żeglugową wskazuje on znaną i cenioną od ćwierć wieku MSC Cruises, która łączy marynistyczne tradycje ze śródziemnomorską kulturą i sztuką kulinarną. Wyróżnia ją również to, że promuje rodzinną formułę rejsów. Dzięki temu dzieci do lat 18 pływają należącymi do niej statkami bezpłatnie lub za symboliczną opłatą. – Flota MSC charakteryzuje się elegancją i niezrównanym włoskim stylem, a doskonała obsługa, konkurencyjne ceny i ciekawe trasy sprawiają, że wycieczki tego armatora mogę polecić każdemu – podsumowuje Maciej Szymański. Linii żeglugowych działa na rynku – oczywiście – znacznie więcej. Do światowej czołówki zalicza się także założona już w 1854 r. w Genui Costa Cruises. Od 60 lat oferuje ona rejsy wycieczkowe po morzach i oceanach. Poza tym koniecznie należy też wspomnieć o wyznaczającym obecnie kierunki światowej żeglugi luksusowej operatorze Norwegian Cruise Line (NCL) z siedzibą na Florydzie w Stanach Zjednoczonych. Wielką renomą cieszy się również brytyjsko-amerykańska Carnival Cruise Lines, która dysponuje statkiem dla niepalących o wiele mówiącej nazwie Paradise, czyli „Raj”. Prestiżowe miejsce w rankingu zajmują Royal Caribbean International oraz legendarna Cunard Line, będąca symbolem luksusu już od lat 40. XIX w. Pierwsza z nich to norwesko-amerykańska linia, znana na całym świecie ze swoich olbrzymich jednostek. Warto tu wymienić choćby Oasis of the Seas (dla łącznie 6360 gości i 2394 członków personelu) czy Allure of the Seas (dla maksymalnie 6318 pasażerów i 2384 osób załogi). – Moim zdecydowanym faworytem jest Royal Caribbean International. Statki należące do tego armatora to prawdziwe pływające miasta. Na ich pokładzie można znaleźć niemal wszystko – począwszy od kilku basenów, poprzez ogromną liczbę barów i restauracji, a kończąc na lodowiskach! – opowiada Sebastian Laskiewicz, dyrektor marketingu Grupy Atlas Tours. Wśród polskich klientów bardzo dużym zainteresowaniem cieszą się także rejsy klasycznym liniowcem transatlantyckim RMS Queen Mary 2 (linia Cunard Line), o czym informuje nas Tomasz Szczęsny. Niezmiernie oryginalny jest Zbigniew Kąkol, właściciel RejsClub.pl. Jego żeglarskie korzenie zadecydowały o tym, że ma on wielki sentyment do floty należącej do Star Clippers. Podróże luksusowymi żaglowcami tego armatora oferują pasażerom, oprócz – oczywiście – wyśmienitej kuchni i komfortowego zakwaterowania, bardzo ciekawą formułę, która kładzie duży nacisk na aktywne spędzanie czasu w każdym odwiedzanym porcie. – Z uwagi na mniejsze zanurzenie Royal Clipper, Star Clipper i Star Flyer docierają tam, gdzie próżno szukać wielkich statków wycieczkowych. Pozwalają nam podziwiać niezmiernie magiczne i dziewicze zakątki na naszym globie. W tym roku miałem przyjemność płynąć pierwszym z nich. Royal Clipper stanowi nie tylko największy żaglowiec należący do Star Clippers. To także najpotężniejsza tego typu jednostka na świecie. Do tej pory jestem pod jej ogromnym wrażeniem – tłumaczy.

 

  FOT. CARNIVAL CRUISE LINES Carnival Magic (Carnival Cruise Lines)

 

Flota nie z tej ziemi

Konkurencję panującą pomiędzy poszczególnymi operatorami rejsowymi można by określić jako osobliwy wyścig zbrojeń. Armatorzy dokładają wszelkich starań, aby to ich statki zasługiwały na miano tych najbardziej ekskluzywnych. Rywalizacja toczy się na wielu płaszczyznach: zaczynając od poziomu komfortu w części mieszkalnej, przez infrastrukturę służącą rekreacji i gastronomię, kończąc na jakości obsługi i atrakcyjności oferowanych tras wycieczkowych. – Niemal każdego roku linie wprowadzają do sprzedaży miejsca na nowych statkach, które wzbogacono o wcześniej niedostępne rozwiązania czy atrakcje dla pasażerów. Jedne z nich, jak np. Cunard Line, dbają o podkreślenie ekskluzywnego charakteru swoich jednostek. Na należącym do niej słynnym liniowcu transatlantyckim RMS Queen Mary 2 pokład zbudowano z drewna tekowego. Z kolei Norwegian Cruise Line zadbała o cały park wodny na Norwegian Breakaway, który odbył swój pierwszy rejs na wiosnę 2013 r. Natomiast na statku Royal Princess linii Princess Cruises na pasażerów czeka niesamowity, zapewniający zapierające dech w piersiach widoki The SeaWalk®, czyli zewnętrzny, zamknięty taras z przeszkloną podłogą oraz ścianami – stwierdza wiceprezes Marco Polo Travel, właściciela serwisu Rejsy.pl. Ta ostatnia luksusowa jednostka zaczęła służyć turystom od czerwca 2013 r. Od tego czasu zdobyła już zagorzałych fanów. Maciej Szymański ma również swój ulubiony statek. Linia MSC Cruises oddała go do użytku zaledwie kilka miesięcy temu. – Miałem okazję podróżować wieloma wspaniałymi jednostkami, ale jestem wielbicielem MSC Preziosa – mówi prezes zarządu VENITI S.A. – Ten statek wyróżnia duża elegancja oraz nowoczesne rozwiązania. Zadowoli nawet bardzo wymagających gości, a na pokładzie każdy znajdzie coś dla siebie – argumentuje. Swojej sympatii do floty MSC Cruises nie kryje też Zbigniew Kąkol. – Mam kilka ulubionych jednostek. Należą do nich MSC Armonia i MSC Sinfonia, na które zawsze wracam z wielkim sentymentem – zdradza nam właściciel RejsClub.pl. Te dwa dawne statki greckiej linii Festival Cruises (pierwszy – 12-letni, a drugi o rok młodszy) zostały sprzedane po jej bankructwie w 2004 r. właśnie MSC Cruises. Zbigniew Kąkol stał się jednak ostatnio zdecydowanym zwolennikiem mniejszych jednostek. – Miałem niedawno okazję wyruszyć w podróż z francuskim armatorem Compagnie du Ponant. Rejs jego luksusowym statkiem Le Boréal stanowił dla mnie nowe doświadczenie i bardzo dużą przyjemność – mówi. Podobne odczucia przedstawia nam także Jarosław Kruszka. Przyznaje on jednak jednocześnie, że ze względu na dużą liczbę obiektów najwyższej klasy wybranie faworyta staje się niezmiernie trudne. Jego zdaniem na wysokie noty zasługują: 5 statków klasy Solstice należących do floty Celebrity Cruises oraz niektóre mniejsze jednostki takich linii, jak np. Compagnie du Ponant, Paul Gauguin Cruises czy Silversea Cruises. Przy okazji podkreśla też, że na ocenę wpływa wiele czynników, a wymagania ludzi są sprawą bardzo indywidualną. – Wszystko zależy od charakteru rejsu, trasy i tego, czego spodziewamy się po programie podróży. Dla wielu osób statek to rzecz drugorzędna, bo liczą się dla nich przede wszystkim miejsca, które zwiedzają. Z kolei inni skupiają się właśnie na środku transportu i dla tego wymarzonego będą w stanie wykupić nawet wycieczkę w dobrze im już znane strony – wyjaśnia dyrektor zarządzający SONRISO. Problem z wyborem swojej jednej ulubionej jednostki ma też Sebastian Laskiewicz. – Na pewno nigdy nie zapomnę moich pierwszych wakacji na morzu. Był to rejs po Morzu Śródziemnym przepięknym statkiem Costa Mediterranea. Urządzono go w stylu włoskich pałaców z XVII w. Na każdym pokładzie witają nas tutaj prawdziwe dzieła sztuki. W najbardziej eleganckiej restauracji można podziwiać nie tylko mistrzostwo kulinarne kucharzy z Włoch, ale również ponad 130 wspaniałych wyrobów ze srebra, którymi ją ozdobiono. Robi to ogromne wrażenie! – tłumaczy nam dyrektor marketingu Grupy Atlas Tours. Zdarzają się jednak jednostki, które na wszystkich bez wyjątku robią niesamowite wrażenie: posiadające gigantyczne rozmiary i przypominające pływające kurorty turystyczne. Zaliczają się do nich na pewno liczący 311 m długości MS Navigator of the Seas (Royal Caribbean International) i liniowiec transatlantycki RMS Queen Mary 2 (Cunard Line), który odbywa 30 kursów w ciągu roku między Southampton w Wielkiej Brytanii a Nowym Jorkiem na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Nie wypada nie wspomnieć też o mogącym pomieścić na pokładzie ponad 4,3 tys. pasażerów i powyżej 1,3 tys. członków załogi Independence of the Seas (Royal Caribbean International) oraz słynącym z ogromnego aquaparku Norwegian Epic (Norwegian Cruise Line). Tytuł prawdziwego króla mórz i oceanów powinien otrzymać natomiast Oasis of the Seas (Royal Caribbean International). Ten mierzący niemal 362 m długości kolos jest pięć razy większy niż słynny Titanic i kosztował ok. 1,5 mld dolarów. Jego pasażerowie mają do dyspozycji m.in. lodowisko, kręgielnię i centrum wspinaczkowe. Rejs urozmaicają gościom turnieje minigolfa, spektakle typu światło-dźwięk oraz… spacery po obsadzonym prawdziwymi drzewami parku o powierzchni pełnowymiarowego boiska do piłki nożnej!

 

Co wybrać

Statki wycieczkowe docierają dziś do najdalszych zakątków kuli ziemskiej i gwarantują niezapomnianą morską przygodę w zaskakująco komfortowej i przyjemnej formie, zadającej kłam stereotypom mówiącym, że transoceaniczne podróże muszą wiązać się z monotonną kuchnią, wilgocią i ciasnymi kajutami. Dzięki niezmiernie rozbudowanej bazie ofert możemy też obecnie wybierać spośród wielu atrakcyjnych tras i akwenów. W zależności od upodobań każdy bez trudu znajdzie coś w sam raz dla siebie. Rejsy odbywają się 365 dni w roku po wszystkich morzach i oceanach, w przepięknych zakątkach globu. – Wśród Polaków w okresie wakacyjnym od lat największą popularnością cieszy się basen Morza Śródziemnego. Nasi rodacy doceniają rozbudowane formuły „all inclusive”, bogate programy dla rodzin z dziećmi oraz możliwość zwiedzenia wielu ciekawych miejsc w kilku krajach podczas jednego wyjazdu. Zimą królują natomiast Karaiby, szczególnie chętnie wybierane przez miłośników ciepłych klimatów i rajskich plaż. Wszyscy ci, których przyciągają cudowne widoki i dziewicza przyroda, rezerwują z kolei rejsy po fiordach norweskich lub Alasce – komentuje Tomasz Szczęsny. Statystyki pokazują, że w okresie wiosenno-letnim większość turystów z Polski wybiera trasy śródziemnomorskie. Natomiast sezon jesienno-zimowy to czas gorących i radosnych Karaibów. –Nie ukrywam, że jestem wielbicielem krajów basenu Morza Śródziemnego. Bardzo lubię Włochy, południe Francji i śródziemnomorskie wyspy. Uważam, że zdecydowanie się na rejs w tym regionie – choć tak powszechnie popularnym wśród turystów – to naprawdę dobry pomysł, szczególnie dla osób, które po raz pierwszy planują urlop na statku. Na mnie samym wielkie wrażenie wywarła wyprawa po norweskich fiordach. To bezsprzecznie magiczne miejsce, ale należy pamiętać, że sezon w tym rejonie trwa tylko 3 miesiące. Niezapomnianych przeżyć dostarczają też wycieczki po Azji Południowo-Wschodniej, wyspach Pacyfiku, do Ameryki Południowej z wizytą na Amazonce czy przez Kanał Panamski i na Alaskę. Aktualnie wśród naszych klientów bardzo popularne są bezwizowe rejsy po Morzu Karaibskim hiszpańskiej linii Pullmantur. Ich tygodniowe programy rozpoczynają się na Dominikanie, a pasażerowie mają okazję odwiedzić malownicze wyspy Saint Lucię, Barbados, Martynikę, St. Kitts i Tortolę, a wszystko w formule „all inclusive”. W cenę wliczony został również bezpośredni przelot czarterowy z Madrytu na Dominikanę. Już od 1189 euro od osoby zimowe ferie spędzimy na słonecznych Karaibach – opisuje Jarosław Kruszka. Z kolei Sebastian Laskiewicz nie ukrywa, że uwielbia rejsy po hiszpańskich Wyspach Kanaryjskich, położonych malowniczo na Oceanie Atlantyckim, na północny zachód od wybrzeża Afryki. Poza tym zawsze z wielką przyjemnością wraca pamięcią do podróży po uroczych wyspach greckich. Decydują o tym głównie przepiękne krajobrazy, wspaniała przyroda i spokojne, beztroskie życie, czyli wszystko to, z czego słyną na świecie oba te popularne kierunki turystyczne. Zdaniem dyrektora marketingu Grupy Atlas Tours cały urok wakacji na morzu polega na tym, że trudno wybrać swój jeden ulubiony rejs wycieczkowy. Każdy z nich jest inny. Poza tym codziennie budzimy się w tej samej kabinie, ale z jakżeż odmiennym widokiem za oknem. To – według niego – wielki i niepodważalny atut tego typu turystyki. – Zimą nasi klienci wybierają miejsca, w których mogą się wygrzać na słońcu, czyli przede wszystkim Karaiby, a także Hawaje, Australię i Nową Zelandię czy Polinezję Francuską. Latem zdecydowanie największą popularnością wśród nich cieszy się basen Morza Śródziemnego oraz fiordy norweskie – mówi Sebastian Laskiewicz. Na wielką atrakcyjność Morza Karaibskiego zwraca uwagę również prezes zarządu VENITI S.A., który przyznaje, że jego najbardziej udany rejs odbywał się na statku MSC Divina przemierzającym właśnie ten uroczy akwen. Zapytany o najpopularniejsze dziś kierunki bez wahania wskazuje wybrzeże Azji Południowo-Wschodniej. Zainteresowanie turystów właśnie nim tłumaczy niedawno uruchomionymi, wygodnymi połączeniami lotniczymi z Warszawy (Emirates, Qatar Airways) oraz niskimi cenami na miejscu. Klienci szukają nowych doznań, a ich doskonałym źródłem są orientalne porty azjatyckie. Z kolei właściciel RejsClub.pl nie ma jednego ulubionego rejsu. Jego zdaniem trasa nie jest najważniejsza. – Lubię przebywać na statku. Kiedy patrzę na bezkres mórz i oceanów, naprawdę odpoczywam. Mam jednak swoich faworytów, jeżeli chodzi o porty. Są to m.in. Valletta na Malcie, Kadyks i Walencja w Hiszpanii, Miami na Florydzie, Cartagena de Indias w Kolumbii czy Gytheio w Grecji. Uwielbiam zatrzymywać się także na takich wyspach, jak np. grecka Hydra oraz karaibskie Aruba, Saint Lucia i Dominikana. To miejsca, które przyciągają mnie cudowną atmosferą – tłumaczy Zbigniew Kąkol. Wszystkich tras oferowanych przez armatorów ze zrozumiałych przyczyn nie da się wymienić. Liczba rzadko dotąd odwiedzanych zakątków ziemi, które otwierają się na tego rodzaju turystykę, wydaje się doprawdy imponująca. Luksusowe statki wycieczkowe pływają dosłownie wszędzie: od spalonego słońcem wybrzeża Afryki po mroźną Kamczatkę, od wietrznych wód Australii i Nowej Zelandii po lazurowe laguny Hawajów i Bahamów. Coraz częściej też zdarza się taka sytuacja, że klienci wybierają swój rejs, patrząc przede wszystkim na daną jednostkę i armatora, a nie tylko na samą trasę. – Do tej pory polscy turyści traktowali wakacje na morzu na ogół jako wygodną formę wycieczki objazdowej. Coraz więcej osób decyduje się jednak na podróże ekskluzywnymi statkami najwyższej klasy, w których miejsca oferowane są ostatnio w naprawdę atrakcyjnych cenach – opowiada nam właściciel RejsClub.pl.

 

Najnowsza moda

Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że turystyczne trendy zależą od zmieniającej się mody oraz od pory roku. Dotyczy to również rejsów wycieczkowych. Raz na topie znajdują się podróże bliższe lub regiony o chłodniejszym klimacie, takie jak Alaska czy kraje skandynawskie, kiedy indziej – króluje daleka Azja czy gorące Karaiby. Maciej Szymański poproszony o wyrażenie swojej opinii co do preferencji turystów na 2014 r. wypowiada się z dużą dozą ostrożności: – Ciężko byłoby ocenić przyszły sezon tak wcześnie, ale na pewno furorę zrobią w nim dwa nowe luksusowe statki: Norwegian Getaway linii NCL przeznaczony na wody Morza Karaibskiego, którego wodowanie zaplanowano na luty, oraz Costa Diadema, który Costa Cruises zaprezentuje jesienią. Oba już teraz cieszą się ogromnym zainteresowaniem. O nieco odważniejszą prognozę pokusił się Jarosław Kruszka z SONRISO. Uważa on, że na przyszłoroczne trendy mogą wpłynąć różnego rodzaju czynniki zewnętrzne, m.in. wielkie wydarzenie medialno-sportowe, jakim niewątpliwie będą Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej 2014 w Brazylii. Dlatego też zapewne wielu klientów wykupi rejsy po Ameryce Południowej odbywające się w czasie rozgrywek piłkarskich, czyli od 12 czerwca do 13 lipca 2014 r. Jego zdaniem futbol zagości także w programach większości armatorów. Poza tym wspomina on również o ciekawej ofercie włoskiej linii MSC Cruises wygasającej pod koniec marca, czyli tygodniowych wycieczkach po Wyspach Kanaryjskich i na portugalską Maderę. – Coraz więcej ludzi będzie decydować się na Morze Czarne, a nowością staną się rejsy po Morzu Barentsa i Morzu Białym (z norweskiego Tromsø do portów w północno-zachodniej Rosji) czy też z Grenlandii na Alaskę – organizowane przez Compagnie du Ponant. Nieustającym hitem lata pozostanie Morze Śródziemne. Zimą natomiast, jak zwykle zresztą, najliczniejszą grupę chętnych przyciągną Karaiby – podsumowuje nasz ekspert z biura podróży SONRISO. Armatorzy proponują niezmiernie szeroki wybór różnych atrakcyjnych tras śródziemnomorskich. Każdego roku można więc popłynąć w inny rejs po tym malowniczym regionie świata, odwiedzając przy okazji do tej pory mniej popularne miejsca. Coraz bardziej świadomi bogactwa ofert klienci szukają nowych doznań. – Zwróciłbym tu uwagę zwłaszcza na Zatokę Kotorską w południowej części Adriatyku w Czarnogórze. To niepowtarzalny zakątek naszego globu. Tutejsze krajobrazy przywodzą na myśl najwspanialsze norweskie fiordy. Warto jednak wspomnieć, że obecnie turyści z Polski mogą wybierać spośród aż 4 tys. rejsów na całym świecie. Moim zdaniem czarnym koniem 2014 r. będą Zjednoczone Emiraty Arabskie, na czele z luksusowym Dubajem. Kierunek ten ma ogromny potencjał. Zresztą coraz więcej osób nas o niego pyta. Obecna moda na Dubaj wynika z niezmiernie przystępnych cen biletów lotniczych z Polski oraz niedługiego, mniej więcej 5-,6-godzinnego, przelotu. To dziś prawdziwa konkurencja dla znacznie odleglejszych Karaibów. Poza tym za rejs z Dubaju w okresie ferii zimowych zapłacimy już od 399 euro – stwierdza wiceprezes Marco Polo Travel. Natomiast dyrektor marketingu Grupy Atlas Tours uważa, że największym hitem 2014 r. będą fiordy norweskie. – Cieszą się one u nas ogromną popularnością. Na niektóre rejsy z polskim pilotem w lipcu i sierpniu przyszłego roku nie mamy już wolnych miejsc. Oczywiście, poza przepięknymi fiordami norweskimi, w dalszym ciągu utrzyma się moda na basen Morza Śródziemnego. Tutaj również rozpoczęliśmy już sprzedaż oferty na lato 2014 r. i jak na razie jej wyniki są bardzo zadowalające – zdradza nam Sebastian Laskiewicz. Dla Zbigniewa Kąkola hitem w Polsce staje się już sam produkt. – Coraz więcej osób wybiera właśnie taką formę spędzenia swojego urlopu. Przystępna cena i niezmiernie wysoka jakość usług powodują, że rejsy wycieczkowe można uznać dzisiaj za doskonałą alternatywę dla standardowych wakacji – uważa właściciel RejsClub.pl.   

FOT. STAR CLIPPERS4-masztowy Star Clipper żeglujący po wodach Tajlandii

 

Teraz Polska

Rejsy ekskluzywnymi statkami zyskują coraz większą popularność także wśród Polaków. Duża w tym zasługa firm, które wzbogaciły nasz rynek szeroką ofertą luksusowych morskich podróży do najdalszych zakątków świata. To, co nie było możliwe jeszcze kilka lat temu, dziś okazuje się dostępne. A z czego są dumni współorganizatorzy tej oryginalnej formy wypoczynku? Tomasz Szczęsny zdradza nam, że cieszy się z faktu, iż – jako działający najdłużej na polskim rynku sprzedawca rejsów wycieczkowych (od ponad 20 lat) – Marco Polo Travel ma swój wielki udział w budowaniu popularności tego rodzaju podróży wśród naszych rodaków. – Już od kilkunastu lat obserwujemy, m.in. dzięki nam, stale rosnące zainteresowanie Polaków niegdyś egzotycznym dla nich „cruisingiem”. Cały czas pracujemy też nad zmianą postrzegania tego produktu w Polsce. Pragniemy pokazać, że jest on dostępny dla przeciętnej rodziny, która planuje wypoczynek za granicą. Dumą napawa nas to, że konsekwentnie tworzymy w naszym kraju modę na rejsy – mówi Tomasz Szczęsny z portalu Rejsy.pl. Z kolei Maciej Szymański z Kruzy.pl najbardziej ceni to, że klienci do nich wracają. – Niektórzy korzystali z naszych usług już kilkanaście razy. Cieszymy się też z tego, że wyznaczamy nowe trendy na polskim rynku rejsów wycieczkowych dzięki nowoczesnym narzędziom sprzedaży. Byliśmy pierwszą firmą, która udostępniła agentom system zakupu miejsc na statkach działający w całości online. Teraz znów jako pierwsi uruchamiamy podobny program w ramach platform rezerwacyjnych TOM i BlueVendo. Z wytrwałością popularyzujemy ten sposób wypoczynku, jednocześnie co roku dynamicznie zwiększając przychody spółki i wprowadzając coraz szerszą gamę produktów. Szczycimy się tym, że pracują u nas także specjaliści doświadczeni w organizowaniu wyjazdów motywacyjnych – tłumaczy nam prezes zarządu spółki VENITI. Jarosław Kruszka przyznaje za to, że zarządzanie nową marką, jaką jest SONRISO, to duże i niezmiernie pasjonujące wyzwanie. – Zadebiutowaliśmy w maju 2013 r., otwierając równocześnie dwa biura: w Warszawie i w Poznaniu, więc odczuwam satysfakcję z tego, że szybko zdobywamy sympatię i zaufanie klientów. Staramy się działać nieszablonowo, przygotowujemy luksusowe pakiety wakacyjne (nie tylko rejsy) nie jedynie w oparciu o standardowe oferty katalogowe, lecz również biorąc pod uwagę indywidualne potrzeby klientów. Organizujemy zatem tzw. wyjazdy szyte na miarę. Nie jesteśmy i nie będziemy kolejnym sklepem internetowym z wycieczkami. Stworzyliśmy nowatorski portal, na którym prezentujemy wyselekcjonowane produkty, w tym te mniej popularne w Polsce. Dociera do mnie wiele pozytywnych opinii na nasz temat i to cieszy mnie najbardziej – mówi. Natomiast Sebastian Laskiewicz nie ukrywa zadowolenia z wyników sprzedaży, które osiągnęła Grupa Atlas Tours w 2013 r. – Odnotowaliśmy aż 3-krotny wzrost w porównaniu do statystyk z minionego roku. Jesteśmy obecnie z pewnością największą firmą w Polsce organizującą rejsy wycieczkowe z polskim pilotem oraz czołowym touroperatorem zajmującym się tego typu turystyką w naszym kraju. To zdecydowanie wielki powód do dumy – twierdzi. Z kolei Zbigniew Kąkol cieszy się z dynamicznego rozwoju stworzonej przez niego marki RejsClub.pl. – Posiadamy obecnie jedną z najbogatszych ofert na rynku polskim. Wprowadzamy też do sprzedaży mniejsze, niszowe linie, rejsy rzeczne i ekspedycyjne. Z uwagi na coraz większą liczbę organizowanych przez nas podróży dla firm stworzyliśmy osobny dział zajmujący się tego typu wyjazdami. Aktualnie kładziemy także duży nacisk na połączenie rejsu z pobytem i zwiedzaniem, przygotowując specjalne programy STAY & CRUISE. Nowością w naszej ofercie są m.in. wycieczki statkami po Grenlandii, podczas których można poszaleć na nartach – tzw. SKI & SAIL. Przede wszystkim jednak jesteśmy dumni z tego, że klienci wracają do nas, doceniając wysoki poziom naszych usług, profesjonalizm i wielką pasję – opowiada. Może więc naprawdę warto wybrać się w przyszłym roku w jakiś ciekawy rejs? Wybór trasy, linii i statku pozostawiamy już Państwu…     


 

Artykuły wybrane losowo

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.

 

SKARBY SRI LANKI

ALINA WOŹNIAK

 

<< Ogromne bogactwo tropikalnej przyrody, ziół i przypraw, bezcenne pamiątki przeszłości, kamienie szlachetne i wyśmienita herbata – wszystko to znajdziemy na niewielkiej wyspie, która niczym łza opada z Półwyspu Indyjskiego. A powitają nas na niej ludzie, którym spokoju ducha może pozazdrościć każdy Europejczyk. >>

  FOT. SRI LANKA TOURISM

Mimo iż położona na wyspie Cejlon Sri Lanka ma zaledwie ok. 65,6 tys. km2, to jest ogromnie zróżnicowana, pulsuje kolorami, a krajobrazy zmieniają się tu jak w kalejdoskopie: od wiecznie zielonych lasów po góry wysokie jak Tatry, suche równiny, malownicze rzeki i wodospady, laguny, plantacje herbaty i tropikalnych owoców oraz skąpane w słońcu, długie i piaszczyste plaże z rozwiniętą infrastrukturą turystyczną. To prawdziwie rajski zakątek dla spragnionych błogiego leniuchowania, kontaktu z dziewiczą naturą i wspaniałymi zabytkami. Aż 8 tutejszych obiektów znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO – starożytne miasta Polonnaruwa, Sigiriya, Anuradhapura i Kandy, Rezerwat Leśny Sinharaja, Stare Miasto Galle i jego fortyfikacje, buddyjska Złota Świątynia Dambulla i Płaskowyż Centralny.

Więcej…

Kanada – niezapomniany zapach wolności

PIOTR TOMZA

 

Takiego połączenia zaawansowanego rozwoju cywilizacyjnego z surową i dziką przyrodą nie ma chyba w żadnym innym kraju na świecie. Choć może raczej należałoby powiedzieć: „w żadnych innych dwóch krajach”. Bo nazwa „Kanada” nie wszędzie brzmi jednakowo. Za to kraj, do którego odsyła, wszystkich zniewala swym pięknem.

Do tego, żeby Kanada definitywnie podzieliła się na dwie części, brakowało naprawdę niewiele i to całkiem niedawno… W 1995 r. w referendum zorganizowanym przez secesjonistów, domagających się niepodległości dla francuskojęzycznego Québecu, zwolennicy utrzymania jedności państwa zwyciężyli w stosunku zaledwie 50,6 do 49,4 proc. głosów. Kanada pozostała więc jednym krajem, co nie oznacza, że zniknęły wewnętrzne różnice.

Więcej…