Pokój w Hotelu Aubrecht Country Spa Resort nad jeziorem Szczytno

14

© HOTEL AUBRECHT COUNTRY SPA RESORT

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL


Moda, wbrew pozorom, nie dotyczy tylko sfery ubrań bądź fryzur. Od zawsze zmianom stylu w sztuce towarzyszyło dostosowanie architektury i wnętrz do nowych kierunków. Chyba najlepiej widać to zjawisko na wciąż przebudowywanych w ciągu lat swojego istnienia obiektach, takich jak zamki, pałace, dwory, kamienice, kościoły czy klasztory. Choć z naszej perspektywy wyjątkowo ważne wydaje się zachowanie dawnych romańskich lub gotyckich budowli, ich właściciele i zarządcy często decydowali się na udoskonalenia zgodne z duchem czasu. I dziś wielu z nas odnosi się zresztą z ciekawością do nowych tendencji i chętnie wykorzystuje je we własnym otoczeniu. Nie biorą się przecież one znikąd, lecz zazwyczaj są odpowiedzią na zapotrzebowanie ludzi i w pewnej mierze odzwierciedlają różne procesy zachodzące w społeczeństwie.


Dziś, w dobie globalizacji, za przyczyną szybko rozwijających się technologii i błyskawicznego obiegu informacji mody zmieniają się w mgnieniu oka. W zaskakujących proporcjach mieszają się ze sobą style z całego świata, pomysły projektantów, nawiązania do epok w sztuce, realizacje całkowicie przemyślane i zupełnie przypadkowe. Przy aranżacji wnętrz najczęściej najważniejszym kryterium wyboru bywa funkcjonalność i dostosowanie do określonej grupy odbiorców. Nie inaczej jest m.in. w obiektach noclegowych. Pomieszczenia hotelowe i ich wyposażenie muszą z powodzeniem odgrywać swoją rolę, a jednocześnie dostarczać doznań estetycznych. Goście powinni się czuć i komfortowo, i przyjemnie. Dodatkowo każdy wystrój przekazuje tak naprawdę obserwatorowi i użytkownikowi komunikat – sielskie pensjonaty przekonują, aby zrelaksować się w nich jak w domu, przestronne, oszklone sale konferencyjne zapewniają o swoim profesjonalizmie, eleganckie hole są wizytówką usług na wysokim poziomie. Wygląd wnętrz ma więc ogromne znaczenie, szczególnie w niektórych branżach.


Nie jest łatwo śledzić nowe trendy w wyposażeniu hoteli, zwłaszcza w czasach tak szybkich zmian i ogromnej popularności mediów społecznościowych, w których nowinki obiegają świat z szybkością naciśnięcia przycisku na klawiaturze komputera lub smartfona. Mimo to spróbujemy przedstawić niektóre aktualne rozwiązania wprowadzane do obiektów, gdzie stawia się na podążanie za tendencjami designerskimi i technologicznymi.


MEBLE DO SPANIA


W wezgłowiu modelu Pilar zamontowano panel z oświetleniem LED

Pilar LED M01 B004 rendering
© A.R.M. RÓŻAŃSCY S.C./WWW.POPROSTULOZKA.COM.PL

Niewątpliwie najważniejszy mebel w pokoju hotelowym stanowi łóżko. Goście chcą często przede wszystkim wypocząć i wyspać się po podróży albo dniu wypełnionym zajęciami. W tym przypadku obowiązują zazwyczaj pewne standardy. Łóżka pojedyncze z reguły mają wymiar 90 x 200 m, a podwójne – co najmniej 160 x 200 m (w rozmiarze king size – 200 x 200 m). W luksusowych apartamentach można spodziewać się olbrzymich łóż o niestandardowych rozmiarach. Od lat dużą popularnością cieszą się ramy z wezgłowiami, również tymi przymocowanymi na stałe do ściany. To rozwiązanie korzystne zarówno z punktu widzenia gościa, jak i dla utrzymania czystości w pokoju. Z jednej strony pozwala na przyjęcie wygodnej pozycji siedzącej (np. przy czytaniu książki czy oglądaniu telewizji), z drugiej – zapobiega brudzeniu się ścian. Większy komfort zapewniają wezgłowia tapicerowane, które dodają także pomieszczeniu przytulności. Ciekawym pomysłem są łóżka pokryte w całości tapicerką i z już zamontowanym zagłówkiem. Takie meble oferuje m.in. rodzinna firma A.R.M. Różańscy s.c. z siedzibą w podwarszawskim Majdanie (gmina Wiązowna). Szczególnie nowatorsko prezentują się modele o zakrzywionej linii oparcia – projekt zyskuje wtedy spójną sylwetkę o nieco opływowym kształcie. Niezmiennie elegancji nadaje też pikowany panel przywodzący na myśl fotele i kanapy z dawnych salonów. Pokrycia łóżek tapicerowanych produkcji A.R.M. Różańscy wykonano ze skóry syntetycznej, chętnie używanej do obijania mebli ze względu na jej liczne zalety. Obecnie w procesie technologicznym można uzyskać tak wysoką jakość tego materiału, że do złudzenia przypomina swoją fakturą skórę naturalną, a w przeciwieństwie do niej jest znacznie bardziej odporny na odkształcenia, działanie promieni słonecznych czy środków chemicznych. Dzięki takim właściwościom nie odbarwia się, łatwo się czyści i niemal nie wymaga pielęgnacji (skórzane obicia natomiast z czasem stają się szorstkie i ulegają przesuszeniu, trzeba więc nawilżać je odpowiednimi preparatami). To szczególnie ważne również z powodów praktycznych – pokoje hotelowe są często sprzątane i muszą być szybko gotowe na przyjęcie nowych gości. Nie bez znaczenia pozostaje także fakt, że skóry sztuczne mogą być farbowane na każdy kolor i przyjmować rozmaite faktury, dlatego wybór bywa tu bardzo szeroki. Popularne rozwiązanie stanowi też montowanie w wezgłowiu paneli z oświetleniem ledowym. Taki akcent nadaje łóżkom nowoczesny, a czasem wręcz trochę futurystyczny charakter, a jednocześnie dzięki jednolitym obudowom miękko rozpraszającym światło diody LED przyjemnie ocieplają wnętrze. Z mody nie wyszły również – oczywiście – meble z litego drewna, jednak wykorzystuje się je zwykle w aranżacjach pokojów o określonym stylu, np. nawiązującym do materiałów naturalnych bądź inspirowanym wystrojami dawnych rezydencji i apartamentów.

               
Do ramy należy poza tym dobrać materac (na rynku dostępne są głównie sprężynowe, piankowe i lateksowe). Dużym zainteresowaniem cieszy się obecnie model zapewniający podparcie siedmiu odcinków ciała, podzielony na siedem odpowiadających im stref twardości (głowy, barków, kręgów lędźwiowych, miednicy, ud, łydek i stóp). Produkuje się go w różnych odmianach, m.in. ze sprężynami kieszeniowymi jak Ortopedico 7 Stref z oferty A.R.M. Różańscy. Świetną propozycję stanowią także materace z tzw. pianki visco, czyli pianki wysoko elastycznej, które uginają się pod wpływem ciepła. Dzięki tym właściwościom wydają się one niezmiernie miękkie i przyjemnie otulają ciało, a jednocześnie zmniejszenie nacisku poprawia krążenie, co pozwala z kolei odpocząć naszym mięśniom. Gdy wstaniemy z łóżka, materiał po chwili powraca do swojego pierwotnego kształtu.


STANOWISKO PRACY


Zestaw mebli gabinetowych linii Maestro od Mikomax Smart Office

Maestro Mikomax Smart Office
© MIKOMAX SMART OFFICE

Gośćmi hotelów często bywają uczestnicy konferencji, kongresów i spotkań biznesowych. Z tego względu w pokojach pojawiają się też meble do pracy. W ich przypadku zazwyczaj dominuje nowoczesny design charakteryzujący się prostotą formy, brakiem przeładowania i znaczną funkcjonalnością. W takim zestawieniu dobrze współgrają ze sobą drewno i metal w odcieniu srebra. Wiele osób korzysta dziś z laptopów, dlatego narzędzie pracy może zabrać ze sobą niemal wszędzie. Hotelowe biurka powinny więc zapewniać swobodę ruchów, ale nie przytłaczać zbyt dużą powierzchnią. Dodatkowo dzięki lekkim konstrukcjom wnętrza wydają się bardziej przestronne.

               
Na polskim rynku interesujące systemy mebli biurowych oferuje Mikomax Smart Office z siedzibą w Łodzi. Ta rodzinna firma z 25-letnim doświadczeniem ma na swoim koncie realizacje projektów dla klientów polskich i zagranicznych, takich jak AstraZeneca (międzynarodowy koncern farmaceutyczny), Marks & Spencer (biuro w Londynie w Wielkiej Brytanii), poznańska Biblioteka Raczyńskich, wrocławski oddział przedsiębiorstwa ubezpieczeniowego XL Catlin czy Sąd Okręgowy w Poznaniu. Proponowane przez nią rozwiązania są przede wszystkim funkcjonalne, dopasowane do zadań, jakie będą spełniać jako miejsca spotkań, relaksu bądź pracy indywidualnej lub grupowej. Tym rolom podporządkowana jest nowoczesna forma, często ascetyczna i czysta (np. meble gabinetowe Maestro), a czasami bardziej elegancka, inspirowana zaokrąglonymi liniami stylu art déco (meble gabinetowe Tess). Projekty firmy wpisują się również we wciąż modny trend futurystyczny czy stanowią znakomite uzupełnienie industrialnych wystrojów wnętrz. Takie aranżacje sprawdzają się także w różnego typu salach konferencyjnych i szkoleniowych, które znajdują się w wielu hotelach, nie tylko nastawionych głównie na klienta biznesowego. Tu też najbardziej przyjazne dla użytkowników okazują się przestrzenie zorganizowane zgodnie z priorytetem funkcjonalności. Szczególnie pomysłowe rozwiązanie to składane stoły Flipper, wyposażone w kółka i dające się łączyć w dowolnych konfiguracjach w zależności od rodzaju prezentowanych materiałów, typu szkolenia, wielkości pomieszczenia czy liczby uczestników. Interesującym akcentem są elementy w żywych kolorach, nadające charakteru, ale nie przytłaczające i rozpraszające. W projektach Mikomax Smart Office wyraźnie widać całkiem słuszne przekonanie, że wygląd miejsca pracy i jego dostosowanie do potrzeb korzystających z nich osób ma ogromne znaczenie dla efektywności wykonywanych zadań.


SYSTEMY KLIMATYZACYJNE

Bardzo istotna w hotelu jest cykliczna wymiana powietrza. Zapewniają ją systemy klimatyzacji i wentylacji. Ze względu na komfort gości muszą być one ciche. Oprócz tego powinny płynnie regulować temperaturę powietrza i nie powodować przeciągów. Do standardowego wyposażenia pokojów coraz częściej należy ścienny sterownik, dzięki któremu można zmieniać ustawienia według indywidualnych potrzeb. Zazwyczaj stosuje się instalacje bazujące na połączeniu agregatu wody lodowej i poszczególnych klimakonwektorów w pomieszczeniach albo system VRV, w którym jedna jednostka zewnętrzna współpracuje z wieloma klimatyzatorami (jednostkami wewnętrznymi). Najkorzystniej wypadają urządzenia dające zsynchronizować się z tzw. BMS (Building Management System – systemem zarządzania budynkiem), ponieważ pozwalają efektywnie i oszczędnie zarządzać obiektem. Z tradycyjnymi rozwiązaniami z powodzeniem konkurują nowsze wersje klimatyzacji, np. belki i stropy chłodzące. Mają one sporo zalet, m.in. są ciche i nie wywołują ciągów powietrza o zwiększonej prędkości, utrzymują równy poziom temperatury w różnych punktach pomieszczenia, nie trzeba w ich przypadku budować instalacji odprowadzania skroplin, wpływają na obniżenie zużycia energii elektrycznej oraz nie wymagają specjalnej zabudowy, bo nie zajmują dużo miejsca. Nie wymienia się w nich też filtrów ani żadnych elementów ruchomych. Belki chłodzące dzieli się na pasywne (przez które przepływa powietrze z pomieszczenia) i aktywne (korzystające ze świeżego powietrza z zewnątrz).

               
Kompleksowe rozwiązanie wentylacyjno-grzewczo-chłodzące stanowią centrale z rewersyjną pompą ciepła, również sterowane zdalnie. Umożliwiają rezygnację z zewnętrznych agregatów skraplających i wody lodowej. Są energooszczędne – wykorzystują jako energię tzw. ciepło odpadowe.


W POKOJU

Interesującym i wcześniej nieco nietypowym wyposażeniem pokojów hotelowych jest ekspres do kawy. O ile przyzwyczailiśmy się do obecności czajników i zestawów herbat umieszczonych na stoliku na użytek gości, o tyle sprzęt do zaparzania aromatycznego czarnego napoju wydaje się ciągle nowością. Jego rozpowszechnienie umożliwił jednak postęp technologiczny. Stosowany w gastronomii, także w kawiarniach i barach w hotelu, ekspres tradycyjny, czyli kolbowy, wymaga obsługi wykwalifikowanego baristy. Oczywiście, wielu z nas może sobie pozwolić na zakup takiego urządzenia do domu i nauczyć się przygotowywać kawę z jego pomocą, ale ta umiejętność uchodzi raczej za rzadką. Dlatego nikogo nie dziwi popularność ekspresów automatycznych, idealnie nadających się do pokojów hotelowych właśnie. Korzystanie z nich jest proste, polega na wybraniu odpowiedniego przycisku, a przyrządza się w nich i espresso, i cappuccino, i latte macchiato. Większe modele ze stałym podłączeniem do wody to często nieodłączny element wyposażenia sal konferencyjnych lub śniadaniowych. Mniejsze wersje sprawdzą się w użytkowaniu indywidualnym. Wśród nich odrębną grupę stanowią urządzenia na kapsułki, chyba najłatwiejsze w obsłudze. Wystarczy wybrać konkretny rodzaj kawy z zestawu, załadować zamknięty hermetycznie pojemnik i ustawić program według wskazówek. Takie ekspresy są lekkie i mają ciekawy design, oferują je np. Nespresso i Dallmayr. Inne modele automatyczne produkuje firma Krups. Wyposażono je w młynek do ziaren, dyszę spieniającą do mleka i programy czyszczące. Swoim klasycznym wyglądem nawiązują do ekspresów kolbowych. Dzięki takiemu sprzętowi każdy gość może cieszyć się filiżanką doskonałej kawy z samego rana w zaciszu swojego pokoju.

               
Do standardowego już wyposażenia hotelowego należą natomiast telewizory. Modele przeznaczone do takich właśnie obiektów mają zaprogramowane specjalne opcje, m.in. blokowanie dostępu do niektórych funkcji, co zapobiega przypadkowemu rozstrajaniu, ustawianie planszy powitalnej, i charakteryzują się szczególnymi parametrami, jak wyjście na dodatkowy głośnik (np. w łazience), matryca przystosowana do dłuższej pracy w ciągu doby. Najnowsze urządzenia zapewniają wyjątkową jakość obrazu przy jednoczesnym zmniejszeniu zużycia energii. Dzieje się tak dzięki zastosowaniu technologii LED, czyli umieszczeniu w telewizorach LCD diod ledowych. Z jednej strony pozwala to na uzyskanie lepszego kontrastu, z drugiej umożliwia wyprodukowanie jeszcze cieńszych ekranów, prezentujących się w niemal niewidocznej obudowie niezmiernie elegancko. Goście mogą też do hotelowego sprzętu podłączać własne nośniki danych i odtwarzać z nich swoje pliki multimedialne, ustawić pobudkę lub automatyczne wyłączenie.


ELEMENTY DESIGNU

Wystrój wnętrz obiektów noclegowych również podlega zmieniającym się modom. Podporządkowany jest całościowej koncepcji hotelu, która determinuje wybór odpowiedniego wykończenia. W przypadku podłóg duże znaczenie ma ich wytrzymałość na zużycie i upływ czasu. Naturalne materiały, np. drewno, właściwie pielęgnowane w procesie starzenia otrzymują walor klasycznego, nieprzemijającego piękna. Współczesne metody impregnacji pozwalają je z kolei dłużej utrzymać w doskonałym stanie. Tworzywa sztuczne dzięki nowoczesnym technologiom są natomiast bardziej wytrzymałe, mogą być barwione na dowolne kolory, mieć różnorodne faktury i inne dodatkowe zalety (łatwość w czyszczeniu, dobre tłumienie dźwięków, właściwości bakteriostatyczne itp.). Oprócz tego potrafią idealnie naśladować materiały naturalne lub łączyć się z nimi w formie interesujących kompozycji. Nowym trendem w podłogach hotelowych jest zastosowanie posadzek typowo przemysłowych, czyli betonowych bądź żywicznych. Świetnie wpisują się one w założenia minimalistycznych aranżacji, łatwo utrzymać je w czystości i trudno uszkodzić. Pozwalają na pokrycie każdej, nawet rozległej płaszczyzny jednolitą, gładką warstwą bez przejść czy fug. Podłogi betonowe w połączeniu z innymi detalami (drewnem, szkłem, kamieniem, metalem) uwypuklają te elementy wystroju wnętrza, zwracają na nie uwagę patrzącego. Posadzki żywiczne to niemal nieograniczone możliwości kreowania przestrzeni – zatapia się w nich dowolne wzory, obrazy, zdjęcia bądź logo i napisy, da się je wykończyć matowo albo na wysoki połysk.

               
W wystroju wnętrz hotelowych nadal utrzymuje się eklektyzm i choć sama tendencja nie jest niczym nowym, to jej realizacja potrafi zaskoczyć. To zresztą jedna z zalet łączenia rozmaitych stylów pochodzących z różnych epok czy charakterystycznych dla odmiennych nurtów we wzornictwie. Takie komponowanie pozornie nieprzystających do siebie elementów uwypukla ich cechy, także te niewidoczne w klasycznych aranżacjach z ich użyciem. Za rozszerzenie tego eklektyzmu można uznać zestawianie ze sobą materiałów o innych fakturach, właściwościach i przeznaczeniu: zimnych w pierwszym odczuciu metali, szkła albo kamienia z ciepłym drewnem, tkaninami, miękkimi obiciami, eleganckiej skóry z surowością industrialnych pomieszczeń oświetlonych nietypowymi lampami kojarzącymi się z fabrycznymi halami, minimalistycznego wystroju z niezmiernie dekoracyjnymi detalami nawiązującymi do przepychu baroku. Uwagę skupiają wyjątkowe projekty oświetleniowe. Dużą popularnością cieszy się też design z lat 50. i 60. XX w. – fornirowane meble, fotele na cienkich nogach, krzesła z siedziskiem z jednego kawałka sklejki (inspirowane krzesłem mrówka słynnego duńskiego projektanta Arne Jacobsena), stoliki kawowe z trójkątnym blatem o zaokrąglonych rogach. Aranżacje wnętrz są także uzupełnieniem architektonicznego planu jak najbardziej harmonijnego wkomponowania obiektu w otoczenie, z którego czerpią kolorystykę i którego cechy starają się oddać. Nie tylko bryła budynku pasuje do charakteru konkretnego obszaru – nowoczesnych rejonów miasta, historycznej zabudowy bądź naturalnych krajobrazów. Nawiązuje do niego również wygląd pomieszczeń, zazwyczaj stanowiący wariację na zadany temat z zastosowaniem pewnych elementów z okolicy lub przyswajający zastane warunki do swoich potrzeb jak w przypadku budynków zabytkowych poddanych renowacji.


INNOWACYJNE PROJEKTY

Lobby Hotelu Almond z kamiennymi płytami z onyksu przy recepcji
LOBBY IMG 2207-HDR3 OK1 popr1
© HOTEL ALMOND BUSINESS & SPA

Przy okazji warto wspomnieć o nowych inwestycjach hotelowych w Polsce wpisujących się we współczesne trendy. Niedaleko brzegów Wisły w warszawskiej dzielnicy Wawer powstał hotel sieci DoubleTree by Hilton. Do dyspozycji gości oddano w nim 359 pokojów i apartamentów z bardzo wygodnymi łóżkami Sweet DreamsTM, indywidualnie sterowaną klimatyzacją, bezpłatnym bezprzewodowym i przewodowym dostępem do internetu czy dużymi telewizorami LCD LED, a także Salę Balową (o powierzchni prawie 2 tys. m²) idealną do organizowania bankietów i 20 sal konferencyjnych. W obiekcie działają „Restauracja Garden”, „Lobby Bar”, „Alchemy Bar”, „Zazen Entertainment Lounge” i „Spa Lounge”. Poza tym można skorzystać z oferty centrum spa i wellness oraz basenu z nisko zasoloną wodą, studia fitness i siłowni. Wnętrza charakteryzują się nowoczesną aranżacją z zastosowaniem ciekawych rozwiązań oświetleniowych i są utrzymane w eleganckiej kolorystyce beżów, brązów i szarości. Pierwszy w Polsce hotel sieci DoubleTree by Hilton otwarto jednak w Łodzi trzy lata temu (w 2013 r.), a najnowsza inwestycja zrealizowana pod tą marką – DoubleTree by Hilton Hotel Wroclaw (część kompleksu OVO Wrocław o futurystycznej opływowej bryle) – została oddana do użytku w sierpniu br. Znajduje się w niej 189 pokojów (w tym w wersji deluxe i executive) i apartamentów (wśród nich jeden prezydencki z widokiem na Park Słowackiego z Panoramą Racławicką), 7 sal konferencyjnych, 317-metrowa sala balowa, restauracja z patio („OVO Bar & Restaurant”) dostępna dla gości z zewnątrz i zaplecze konferencyjne na światowym poziomie.

               
Na uwagę zasługuje też z pewnością 4-gwiazdkowy Hotel Almond w Gdańsku, położony nad Motławą w dokładnie odtworzonych zabudowaniach fabryki marcepanu i kakao (objętych ochroną konserwatora zabytków) zaaranżowanych zgodnie z najnowszymi trendami. Można w nim przekonać się, jak harmonijnie łączą się ze sobą te dwa zupełnie odmienne style – proste wyposażenie w stonowanych kolorach idealnie współgra z surowością starych pomieszczeń zakładu produkcyjnego i ścianami z czerwonobrązowej cegły. W pokojach i apartamentach z indywidualnie sterowaną klimatyzacją, bezpłatnym bezprzewodowym dostępem do internetu i telewizją satelitarną umieszczono wygodne biurka do pracy. Po męczącym dniu goście mogą zrelaksować się w strefie spa i wellness (z sauną suchą, parową, jacuzzi i pięcioma gabinetami zabiegowymi) lub popływać w basenie z niechlorowaną wodą oczyszczaną roztworem koloidalnym srebra.


Intrygująco zapowiada się oprócz tego inna stołeczna inwestycja – hotel i centrum konferencyjne (otwarcie ma odbyć się pod koniec 2017 r.), projektowane w sercu Starej Pragi na terenie Warszawskiej Wytwórni Wódki Koneser, obecnie w Centrum Praskim Koneser. Plany zagospodarowania całego 5-hektarowego obszaru wyglądają naprawdę imponująco, a obejmują m.in. również powstanie lokali mieszkaniowych, biurowych i usługowych, barów i restauracji oraz Muzeum Polskiej Wódki. To świetny pomysł na rewitalizację tego rejonu Warszawy i przyciągnięcie do niego także gości zagranicznych. Projekt doskonale wpisuje się poza tym we współczesną tendencję wykorzystywania dawnych budynków fabrycznych i nadawania ich wnętrzom nowego wyglądu przy jednoczesnym zachowaniu najcharakterystyczniejszych cech tej już historycznej architektury. Otwarty w zabudowaniach byłej destylarni hotel będzie należał do marki Moxy (sieć Marriott International), która stawia na kreatywne rozwiązania i kieruje swoją ofertę do osób ceniących współczesne wzornictwo. Do dyspozycji gości zostanie oddanych 141 pokojów, podziemny parking i bar. Mają mieć oni też zapewniony dostęp do nowoczesnych technologii, szybkiego bezprzewodowego internetu i samoobsługowego serwisu cateringowego Grab&Go przez całą dobę. Ogromnym atutem Centrum Praskiego Koneser jest jego lokalizacja – dzięki istniejącym w pobliżu przystankom tramwajowym i autobusowym oraz stacji metra szybko dostaniemy się stąd na warszawskie klimatyczne Stare Miasto czy do Śródmieścia.


W Polsce wciąż wznoszone są kolejne obiekty hotelowe czerpiące inspiracje ze światowych trendów. Nasz rynek przyciąga inwestorów, dlatego co roku możemy przyglądać się, jak na mapie kraju pojawiają się interesujące realizacje zamysłów projektantów, trzymające bardzo wysoki poziom.

Artykuły wybrane losowo

GRECJA DLA KAŻDEGO

WOJCIECH KUDER

 

Gdzie wyjechać na urlop, żeby ani przez chwilę się nie nudzić? Jak połączyć marzenia o beztroskim wypoczynku, fascynującej podróży w czasie i przygodach, o których z wypiekami na twarzy opowiada się potem przez szereg długich, zimowych wieczorów? Rozwiązaniem w tym przypadku może być z pewnością Grecja… Mityczna kraina wszechmocnych bogów i odważnych bohaterów, ojczyzna poetów, słońca i wyśmienitego wina, po którym świat wygląda jakby wyszedł spod pędzla mistrzów impresjonizmu. To jedno z tych miejsc, gdzie wraca się wielokrotnie. Jest niby zaginione pośród morskich fal królestwo wiecznej szczęśliwości, w którym każdy znajdzie coś dla siebie!

Więcej…

Z czym kojarzy się Argentyna…?

opracował:

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Zapytaliśmy o to czterech wybranych ekspertów, którzy bardzo dobrze znają ten południowoamerykański kraj, ojczyznę wyśmienitego wina, empanadas (pysznych pierożków), najlepszych steków na świecie, orzeźwiającej yerba mate, magicznego tanga, słynnej Evity czy odważnych gauchos… Poniżej znajdują się ich krótkie wypowiedzi na ten temat.

 

TERESA GÓRECKA

PREZES BIURA TURYSTYKI ZNP LOGOSTOUR

Kiedy myślę czasami o Argentynie, niczym slajdy z podróży, przesuwają mi się przed oczami trzy skrajnie różne obrazy. Ich kolejność jest przypadkowa, zależy od nastroju chwili. Dla mnie, niezależnie od szerokości geograficznej, zawsze w centrum uwagi znajduje się człowiek. Jeśli więc myślę o Argentyńczykach, widzę gauchos, czyli kowbojów z bezkresnej pampy. Chociaż obecnie częściej popisują się oni zręcznością w siodle przed turystami, a nie przy wypasie koni czy bydła, to trudno nie podziwiać ich, gdy w pełnym galopie, podczas zawodów corrida de sortija, trafiają w mały, zawieszony nad głową pierścień (sortija). Wiele z dawnych hacjend należących do gauchos w prowincji Buenos Aires zostało przemienionych w komfortowe estancias (historyczne hotele). Oferują one m.in. możliwość zakosztowania prawdziwego wiejskiego życia, pokazy tradycyjnych tańców (a także ich naukę), popisy zręczności argentyńskich kowbojów oraz przejażdżki konne po pampie. Turyści częstowani są w estancias obfitością regionalnych potraw, wśród których prym wiodą dania z grilla – asado. Oczywiście, towarzyszą im doskonałej jakości miejscowe wina. Tych wszystkich atrakcji można doświadczyć w znajdującej się w naszej ofercie, utrzymanej w stylu kolonialnym Estancia Santa Susana.

Więcej…

Kolumbia – kraj nierzeczywisty

Cartagena de Indias  Cortesia ProColombia

Kolonialna Cartagena de Indias – wieża Katedry św. Katarzyny Aleksandryjskiej

© PROCOLOMBIA

 

MARIA HAWRANEK, SZYMON OPRYSZEK

www.intoamericas.com

 

To niewiarygodne, że Kolumbia istnieje naprawdę. Znajdziemy w niej wszystko: od karaibskich plaż przez tropikalne lasy po andyjskie szczyty. Na dodatek żyją tu najmilsi ludzie na kontynencie, a atmosfera w tym kraju pełna jest magii. Nic dziwnego, że to tutaj urodził się jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez.

 

To czwarte pod względem powierzchni państwo Ameryki Południowej może poszczycić się wyjątkowym położeniem. Ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i Atlantykiem (a dokładniej Morzem Karaibskim). Jego stolica, Bogota, leży na średniej wysokości 2640 m n.p.m. Najbardziej na południe wysunięty odcinek granicy przebiega wzdłuż Amazonki.

 

Do jakiego kraju byście wrócili? Dokąd w Ameryce Południowej warto pojechać? – pytają nas często słuchacze podczas prelekcji podróżniczych. Niezmiennie wśród naszych trzech ukochanych miejsc wymieniamy właśnie Kolumbię, której w Polsce wciąż przypina się nieaktualną już od dawna łatkę niebezpiecznej krainy koki. Warto odrzucić stereotypy i odkryć skarby tego naprawdę magicznego zakątka świata.

 

UKOCHANA ZIEMIA

 

Cali to miasto najszybszej salsy na świecie, w którym niemal na każdym kroku wyrasta szkoła tańca, a w klubach tancerze wykonują akrobacje. Oczami wyobraźni już widzieliśmy, jak pocimy się na parkiecie. Ale w dniu wylotu do Cali z Brazylii dostaliśmy maila z propozycją pracy na wolontariacie w prowincjonalnej szkole położonej 40 km od Bogoty, gdzie pilnie potrzebowali nauczycieli angielskiego.

 

Dlatego w czasie przesiadki na lotnisku w kolumbijskiej stolicy, zamiast kontynuować podróż – szukamy autobusu do miasta Zipaquirá. Przyjeżdżamy na rekonesans we wtorek wieczorem, a już w środę rano o godz. 7.00 stoimy pod tablicą. Przez najbliższe trzy miesiące będziemy prowadzić lekcje w miejscowości Cogua, gdzie na przerwach słychać muczenie krów. Alejandro Clavijo, koordynator programu, tłumaczy nam, że zaprasza obcokrajowców do swojej szkoły z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby nasi uczniowie w końcu nauczyli się angielskiego. Na naszym hiszpańskojęzycznym kontynencie ze zrozumiałych powodów nie jest popularny, ale kiedy tylko chcemy wyjechać, w mig rozumiemy, jak bardzo się przydaje. A po drugie, abyście zobaczyli, że Kolumbia to już dawno nie jest kraj białego proszku, „narcos” i FARC-u (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia – Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii). Zresztą nigdy w pełni nim nie była, tylko świat przyzwyczaił się tak o nas myśleć.

 

Po wielu tygodniach spędzonych w Kolumbii mamy poczucie głębokiej niesprawiedliwości, że za tą perłą Ameryki Południowej ciągnie się taka krzywdząca opinia. Przepiękne, wściekle zielone pagórki regionu Zona Cafetera, gdzie uprawia się kawę, zjawiskowe, karaibskie plaże, tropikalne lasy – czego jeszcze można chcieć?

 

Każdy dzień na wolontariacie zaczynamy od pobudki o chłodnym poranku na wysokości mniej więcej Kasprowego Wierchu i przytulania się z uczniami na dzień dobry (z przyjemnością odkrywamy, że łączy ich z nauczycielami prawdziwa, oparta na zaufaniu i bliskości więź). Przed przyjazdem do Kolumbii słyszeliśmy, że jest w niej wspaniale, bo Kolumbijczycy to najmilsi ludzie na kontynencie. Nauczeni doświadczeniem, aby na takie slogany patrzeć przez palce, nie dowierzaliśmy im – przecież wszyscy Latynosi są otwarci i sympatyczni. A jednak – ten kraj stał się naszym miejscem na świecie właśnie dzięki jego mieszkańcom. Gdzie indziej klientka w sklepie mięsnym zapyta ekspedientkę: czy podaruje mi pani kurze udko?. Gdzie dwudziestolatek, który odchodzi od grupy znajomych przy piwie, żeby się wysikać, powie: za pozwoleniem? Kolumbijczycy śpiewają o swojej ojczyźnie w najsłynniejszej cumbii: Colombia tierra querida („Kolumbia ukochana ziemia”). Podzielamy ich uczucia.

 

MIASTO POTWÓR

 

Większość stolic Ameryki Południowej to przerośnięte i przytłaczające aglomeracje, w których dojazdy z jednego punktu do drugiego zajmują zbyt dużo czasu w zbyt wielkim ścisku. Kolumbijska Bogota niestety nie jest wyjątkiem – mieszka tu ponad 8 mln ludzi, długie przegubowe autobusy pędzą ulicami wypełnione po brzegi. To zdecydowanie najmniej przyjazne miasto w Kolumbii, więc najlepiej uciec z niego jak najszybciej. Poza małą, urokliwą La Candelarią, którą można obejść w trakcie nie wymagającego wysiłku spaceru i gdzie warto udać się na smaczną kolację, żadna dzielnica nie zachwyca. Wieczorami wiele ulic, nawet tych w centrum, nie jest oświetlonych – nieoswojeni z miastem turyści mogą się przez to czuć niekomfortowo.

 

Dla tych, którzy muszą zakosztować stolicy, mamy jednak trzy propozycje. Po pierwsze, wizytę w spektakularnym Muzeum Złota (Museo del Oro), gdzie znajduje się ogromna kolekcja eksponatów sztuki złotniczej kultur prekolumbijskich (niemal 60 tys. przedmiotów). Po drugie, polecamy zajrzeć do Muzeum Botero (Museo Botero) z dziełami najważniejszego współczesnego kolumbijskiego malarza, rzeźbiarza i rysownika, rozpoznawalnego na całym świecie Fernanda Botera. Grubaśne postaci przedstawione na jego obrazach są charakterystyczne dla stylu twórcy – trochę zabawne, czasem smutne, na swój sposób piękne. Poza tym muzeum mieści się w starym budynku z urokliwym patio – to kolejny powód, aby je odwiedzić. Po trzecie, warto spędzić noc przy rytmach salsy, cumbii i vallenato. Najlepiej skorzystać z usług jednej z kilku agencji turystycznych. Oferują one udział w pokazach i lekcjach z profesjonalnymi tancerzami, ale też zabierają do najlepszych miejscówek w mieście, do których trudno trafić samemu.

 

KATEDRA Z SOLI

 

Kiedy rozpoczynaliśmy wolontariat w kolumbijskiej szkole, nie mieliśmy pojęcia, że miasto Zipaquirá, w którym zamieszkaliśmy, słynie z Katedry Solnej (Catedral de Sal) i że Kolumbijczycy byli kilka lat temu w polskiej kopalni w Wieliczce na wizycie studyjnej, żeby podpatrzyć nowe pomysły na turystykę.

 

Obecny podziemny kościół powstał w latach 90. XX w. Pierwszą kapliczkę, w której górnicy modlili się przed rozpoczęciem pracy, założono w kopalni na początku XX stulecia, ale nie został po niej żaden ślad. W latach 50. na jej miejscu pod ziemią wyrosła katedra. Jednak 40 lat później, po serii podmyć i tąpnięć, ze względów bezpieczeństwa trzeba było ją zamknąć. Mniej więcej 60 m pod nią zbudowano Nową Katedrę (Nueva Catedral).

 

Podobno co niedzielę odbywa się tu msza, ale odnieśliśmy wrażenie, że ten przybytek ma bardziej komercyjny niż duchowy charakter. W katedrze jest mrocznie, ale nie mistycznie. Stacje gigantycznej drogi krzyżowej (Viacrusis) są praktycznie nie do odróżnienia. Wnętrze tworzą trzy nawy. W porównaniu z wielicką Kaplicą św. Kingi świątynia w Zipaquirze wygląda monumentalnie – jest prawie trzy razy dłuższa (ma 80 m) i o połowę wyższa (mierzy ponad 16 m) – ale świeci pustkami. Chociaż opisuje się ją jako „osiągnięcie współczesnej architektury”, na nas nie robi wielkiego wrażenia.

 

O wiele bardziej ucieszyło nas odkrycie, że w mieście przez cztery lata mieszkał w internacie i chodził do liceum Gabriel García Márquez, kolumbijski noblista, którego śladami mieliśmy w planie wyruszyć (w jego dawnym liceum działa dziś Centro Cultural Casa del Nobel Gabriel García Márquez). Zresztą w Kolumbii znajduje się mnóstwo zdecydowanie piękniejszych i ciekawszych miejsc niż solny kościół, jak chociażby pobliska Villa de Leyva.

 

TAM, GDZIE CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ

 

Villa de Leyva wygląda jak wyobrażenie o czasach kolonialnych w Ameryce Łacińskiej. Położona ok. 170 km od Bogoty na średniej wysokości 2149 m n.p.m., zalicza się do najbardziej fotogenicznych (obok Guatapé) kolumbijskich miasteczek. W 1954 r. uznano ją za skarb narodowy. Powstała w 1572 r. jako miejscowość wypoczynkowa dla sędziwych konkwistadorów, kleru i szlachty. Od tamtej pory niewiele sięzmieniło. Najlepiej przyjechać do miasteczka w tygodniu – wtedy będziemy mieć szansę na spokojne poznanie tego miejsca. W weekendy wąskie uliczki pękają w szwach, ściągają tu amatorzy butikowych hoteli i ekskluzywnych restauracji – mieszkańcy stolicy chętnie wpadają do Villi de Leyva na dwudniowy odpoczynek.

 

Centrum miejscowości stanowi oczywiście Plaza Mayor (Plaza Principal), według niektórych największy brukowany plac w Ameryce Południowej (ma 14 tys. m2 powierzchni). Obowiązkowym miejscem do zwiedzenia dla Kolumbijczyków jest również Dom Muzeum Kapitana Antonia Ricaurtego (Casa Museo Capitán Antonio Ricaurte). Walczył on o niepodległość u boku największego bohatera narodowego Kolumbii i wyzwoliciela wielu krajów kontynentu – Simóna Bolívara (1783–1830). Villę de Leyva otacza malownicza półpustynia. Dzięki temu i położeniu wysoko w górach miasteczko zachowało swój niezmieniony kształt.

 

KRAJ KAWY

 

Choć Kolumbia jest trzecim największym po Brazylii i Wietnamie producentem kawy na świecie, ze zdziwieniem odkryliśmy, że niełatwo się tu napić czegoś w stylu espresso – mocnego, aromatycznego i gorzkiego. Od rana na ulicach stoją mężczyźni z wózkami (często są podprowadzone z supermarketu) wypełnionymi termosami z tinto. To słodka, dosyć słaba kawa, podawana w plastikowych kubeczkach (na początku mieliśmy kłopot z zapamiętaniem tej nazwy, ponieważ w innych hiszpańskojęzycznych krajach oznacza czerwone wino). Byliśmy w Kolumbii, kiedy Starbucks, który zaopatruje się tutaj w kawę, otwierał swoją pierwszą kawiarnię w Bogocie (Parque 93). Z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak lokalni hipsterzy od świtu stali w kolejce, aby kupić amerykański napój z rodzimych ziaren. W dłoniach trzymali słodkie tinto.

 

Jednak jedno jest pewne – miejsca, w których uprawia się kawowce, są zjawiskowe. Położona na zachód od Bogoty w kawowym trójkącie – departamentach Caldas, Risaralda i Quindío – Zona Cafetera (Eje Cafetero) od kilku lat znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na soczyście zielonych pagórkach leżą posiadłości z plantacjami (fincas), a w dolinach rosną najwyższe palmy na świecie – palmy woskowe. Zakochaliśmy się w tym rejonie od pierwszego wejrzenia.

 

Zwiedzanie kawowego regionu zwykle zaczyna się w Salento (tu również najlepiej zawitać poza weekendem). W miasteczku jest dużo gringos, ale warto zatrzymać się w nim na noc i spróbować lokalnego specjału – pstrąga ze smażonymi plackami z platana (patacones). Tę odmianę banana pod różnymi postaciami podaje się w Kolumbii do większości posiłków (nam najbardziej smakował pieczony). Poza tym trzeba zagrać w tejo, narodową kolumbijską grę (najlepiej w barze „Los Amigos”). Polega ona na rzucaniu ciężkich metalowych dysków do celu. Jeśli trafi się w fajerwerk ukryty pod piaskiem, następuje wybuch.

 

Prawdziwe skarby znajdują się jednak w okolicy miasteczka. Na piechotę można dojść do plantacji rodziny Eliasów (Finca Las Brisas, Café Don Elias), biznesu prowadzonego od lat na niewielką skalę. Kolejnego dnia warto pojechać jeepami (odjeżdżają z głównego placu) do Valle de Cócora, spektakularnej doliny z wysmukłymi palmami woskowymi. Samochody dowożą nas do początkowego punktu czterogodzinnej trasy pieszej. Po drodze pokonujemy łąki, pagórki i linowe mosty rozwieszone nad strumieniami, aż w końcu dochodzimy do sanktuarium kolibrów Acaime. Starsza para, która je prowadzi, częstuje gorącą czekoladą lub kawą i kawałkiem sera (za symboliczną opłatą). Z filiżanką w dłoni obserwujemy, jak do rozwieszonych wszędzie poidełek podlatują kolejne kolibry. W Kolumbii występuje aż ok. 165 gatunków tego małego ptaka! W drodze powrotnej zaglądamy do jednej z licznych fincas. Do tego regionu najlepiej przyjeżdżać w okresie od stycznia do lutego, kiedy trwają zbiory kawy i dużo się dzieje.

 

KOLUMBIJSKI TYGRYS

 

Paisaje Cultural Cafetero

Departament Quindío to unikatowy przykład urodzajnego krajobrazu kulturowego

© PROCOLOMBIA

 

Od kiedy masową wyobraźnią zawładnęły obrazy z serialu Narcos, miasto Medellín znowu kojarzy się z kokainą, przestępstwami i Pablem Escobarem. Skojarzenia te są częściowo słuszne, ale od ok. 25 lat nieaktualne i stygmatyzujące. Owszem, Medellín było stolicą biznesu narkotykowego w latach 80. XX w., jednak gdy zabito Pabla Escobara w 1993 r. i rozprawiono się z innymi baronami, postawiło na zmianę i rozwój. W tej chwili to najbardziej dynamiczne i nowoczesne miasto w Kolumbii. Kwitnie tu biznes i nowe technologie (zainwestowano m.in. w sieć kolejek gondolowych i największe słodkowodne akwarium w Ameryce Południowej – do obejrzenia w interaktywnym centrum naukowo-technologicznym Parque Explora). Ze względu na swoje położenie w andyjskiej dolinie zwanej Valle de Aburrá, w otoczeniu zielonych wzgórz, i panujący w niej klimat słynie jako miasto wiecznej wiosny (la ciudad de la eterna primavera).

 

Zwiedzanie Medellín zaczynamy od placu imienia wspomnianego artysty Fernanda Botera, pełnego opasłych rzeźb jego autorstwa. Jeśli ktoś nie był w jego muzeum w Bogocie, koniecznie musi zajrzeć do Muzeum Antioquii (Museo de Antioquia) i obejrzeć kolekcję dzieł tego twórcy. Wieczory spędzamy w Parku Lleras (Parque Lleras) – w nim mieszkańcy miasta zbierają się wieczorem na szklaneczkę aguardiente przed imprezą i tańce do rana. Na ciekawe popołudnie wybieramy się do Comuny 13 (San Javier), dawniej niebezpiecznej dzielnicy, gdzie wałęsali się partyzanci z FARC-u i gangsterzy. Dziś wypełniają ją kolorowe domy, galerie sztuki i murale, przeprowadza się w niej ekologiczne i artystyczne projekty (ale wciąż lepiej nie kusić losu nocnymi spacerami). Amatorzy jazdy kolejką gondolową na pewno chętnie skorzystają z jednej z czterech linii (J, K, L i H), które łączą położone na wzgórzach dzielnice Medellín (zanim powstały kolejki, mieszkańcy tych rejonów spędzali na dojeździe do pracy nawet po 2–3 godz. dziennie!). Jeśli kogoś goni czas, naszym zdaniem lepiej jednak zajrzeć na Mercado Minoristai na tym targu urządzić sobie degustację świeżych tropikalnych owoców – niektóre występują tylko w Kolumbii! My po zakosztowaniu soku z lulo nie mogliśmy odżałować, że w żadnym sąsiednim kraju go nie spotkaliśmy. Na stoiskach sprzedaje się też mangostany, pitaje, guanábany czy tamarillo (tomates de árbol, pomidory drzewiaste).

 

Z Medellín można wybrać się na jednodniową wycieczkę do odległego o ok. 80 km miasteczka uchodzącego za najbardziej kolorowe w Kolumbii – Guatapé. To idealne miejsce dla miłośników fotografii i wolno płynącego czasu. Oprócz szukania odpowiednich ujęć, zajadania przysmaków z ulicznych stoisk i popijania tinto nie ma tu nic do roboty. W drodze powrotnej można wysiąść w miejscowości Santa Elena słynącej z pięknych kwiatów, które co roku dostarcza na sierpniowy festiwal Feria de las Flores w Medellín – powstają z nich niesamowite barwne konstrukcje. W tej okolicy ze względu na doskonałe warunki – żyzne ziemie, odpowiednią wysokość bezwzględną i temperaturę – kwiaty rosną jak szalone. Turyści zwykle wybierają się na zachód słońca do położonego nieopodal malowniczego Parku Arví (Parque Arví), gdzie czekają na nich lasy, jeziora, ptaki (ponad 100 gatunków) i owady (powyżej 160 gatunków).

 

KARAIBSKA PERŁA KOLUMBII

 

Cartagena de Indias to obowiązkowy przystanek dla turystów podróżujących po Kolumbii. Pewnie dlatego, że ten dawniej jeden z najważniejszych karaibskich portów, założony w 1533 r., zachował swój kolonialny urok. Po rozległym starym mieście jeżdżą trochę kiczowate bryczki (podobne do tych w Krakowie), ale można też znaleźć mniej turystyczne zakątki. Dlatego oprócz zwiedzania najważniejszych zabytków, takich jak plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo), Zamek św. Filipa (Castillo de San Felipe de Barajas), Katedra św. Katarzyny Aleksandryjskiej (Catedral de Santa Catalina de Alejandría), kościoły: św. Piotra Klawera (Iglesia de San Pedro Claver), św. Trójcy (Iglesia de la Santísima Trinidad) i św. Turybiusza de Mogrovejo (Iglesia de Santo Toribio de Mogrovejo) czy Pałac Inkwizycji (Palacio de la Inquisición), wybieramy się również w inne strony. Wchodzimy na potężne mury, gdzie próbujemy wyobrazić sobie, jak musieli się czuć konkwistadorzy, gdy przybijali do tych karaibskich brzegów, zanurzamy się w dzielnicę Getsemaní, pełną stylowej sztuki ulicznej, tworzonej przez znanych lokalnych i międzynarodowych artystów. To tutaj znajdujemy tętniące życiem bary, do których trafiają tylko zdeterminowani gringos.

 

Dla wielu osób Cartagena de Indias jest bazą wypadową na koralowe Wyspy Różańcowe (Islas del Rosario), gdzie można podziwiać akwarium na otwartym morzu i kąpać się przy bielutkich plażach. Niestety ta część parku narodowego (Parque Nacional Natural Corales del Rosario y de San Bernardo) to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju – w sezonie przeżywa prawdziwe oblężenie, co nie pozwala na swobodne rozkoszowanie się naturą. Dlatego dla nas Cartagena de Indias stała się bazą do wyprawy na niezwykły, ledwie nadgryziony przez turystów i zupełnie nieznany w Polsce archipelag San Bernardo. Po 2 godz. rejsu motorówką lądujemy w raju na wyspie Múcura, gdzie funkcjonują tylko dwa hotele, a jeden z nich – ekskluzywny Punta Faro – to ziszczenie marzeń o relaksie. Czeka nas nurkowanie lub snorkeling w przejrzystej wodzie pełnej egzotycznych ryb, płaszczek i homarów, samotne kąpiele przy pustych plażach i wycieczki kajakami wzdłuż wybrzeża.

 

Kilka minut rejsu łódką od Múcury leży zupełnie inna wyspa, Santa Cruz del Islote, do której brzegów przybiliśmy, żeby pod pretekstem nauki angielskiego poznać jej społeczność, a potem, za jej zgodą, napisać reportaż do naszej książki Tańczymy już tylko w Zaduszki. Santa Cruz del Islote uchodzi za najgęściej zaludnioną wyspę świata – zajmuje niecały hektar powierzchni, a na co dzień mieszka na niej niemal 800 osób. Kiedy dzieci wracają do domu na wakacje z kontynentalnej Kolumbii, gdzie chodzą do szkoły z internatem, ta liczba zwiększa się nawet do 1,2 tys. Wyspa wygląda jak kawałek betonowego osiedla wrzucony w morze – nie ma tu plaż ani palm. Mieszkańcy nieustannie rozbudowują Santa Cruz de Islote. W miejscach, gdzie jest wystarczająco płytko, wykładają mieliznę muszlami ślimaków morskich (będących składnikiem codziennej diety), wielkogabarytowymi śmieciami i betonem. Żeby zagrać w piłkę, płyną na przestronną i zieloną Múcurę. Aby pochować zmarłego, udają się na cmentarz na sąsiednią Tintipán. Warto ich odwiedzić, ale najlepiej zrobić to na własną rękę, wynajętą łódką, a nie z chmarą turystów, którzy chodzą po wyspie w kapokach i pokazują sobie wyspiarzy palcami.

 

Isla Mucura Cortesia ProColombia

 

SIELSKI ZAKĄTEK

 

Jeden z najpopularniejszych parków narodowych w Kolumbii to Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona). W sezonie trzeba liczyć się w nim z dużą liczbą turystów. Nic w tym dziwnego, w końcu karaibskie wybrzeże spotyka się tutaj z tropikalnym lasem. Kiedy staniemy w jednej z licznych zatoczek zwróceni twarzą w stronę morza, nad głową ujrzymy wysmukłe palmy, a za plecami będziemy mieli bujną leśną roślinność i pasmo Sierra Nevada de Santa Marta.

 

W Parku Tayrona koniecznie należy wybrać się na pocztówkowy przylądek – Cabo San Juan de Guía. Przy odrobinie szczęścia po drodze można spotkać papugi, legwany (to akurat pewne), a nawet małpy! Ten zjawiskowy rejon kryje też w swoich lasach niewielkie ruiny osady Taironów (El Pueblito) i pozostałości ich kultury (kamienny krąg Nueve Piedras). Przede wszystkim znajdują się tu jednak niesamowite plaże, jak La Piscina czy Arrecifes.

 

Miasto Santa Marta, które mijamy po drodze z Cartageny de Indias, jest malownicze, ale naszym zdaniem na wybrzeżu o wiele lepiej spędzać czas w otoczeniu natury niż wśród murów. Wielbiciele plaż mogą zatracić się w Parku Tayrona, ale mamy jeszcze jedną propozycję: wycieczkę do położonej o ok. 15 km od Santa Marty wioski Minca otulonej tropikalną zielenią. Od rana rozbrzmiewa tu głośny śpiew ptaków (w tym rejonie występuje ponad 360 gatunków, a lokalne agencje organizują spacery ornitologiczne). Poza tym roztacza się stąd cudowny widok na wybrzeże i okolicę, bo miejscowość leży na wysokości 650 m n.p.m. Warto pójść na spacer do punktu widokowego Los Pinos albo do dwóch małych jezior Pozo Azul, żeby zanurzyć się w chłodnej kąpieli. A jeśli jeszcze uda się komuś zarezerwować nocleg w wyjątkowym kameralnym hostelu Casa Loma, który wygląda jak domek na drzewie, wizyta w Mince będzie niezapomniana.

 

W Santa Marcie można też spełnić marzenie niejednego odkrywcy – zapisać się na niezwykły kilkudniowy trekking przez tropikalny las do zaginionego miasta, czyli Ciudad Perdida (Teyuna). Odkryli je lokalni poszukiwacze skarbów w 1972 r. Kiedy złote figury i biżuteria oraz starodawne naczynia zaczęły pojawiać się na targach, w głąb lasu ruszyli archeolodzy. Ustalili, że miasto pochodzi prawdopodobnie z ok. 800 r. (czyli założono je jakieś 650 lat przed słynnym Machu Picchu), a zostało opuszczone w trakcie hiszpańskiej konkwisty. Rdzenne lokalne społeczności, m.in. Arhuaco, Kogi (Kagaba) i Wiwa, odwiedzały to miejsce od zawsze, ale nie dzieliły się nim ze światem. Przez wiele lat, kiedy na tym terenie operował FARC, wycieczka do Ciudad Perdida była ryzykowna, ale od 2005 r. na szlaku działają agencje turystyczne i taka wyprawa jest bardzo bezpieczna (nie należy jednak wędrować samotnie, bo nietrudno się zgubić, poza tym spacer po tropikalnym lesie wymaga merytorycznego przygotowania). Kto zdecyduje się na trekking, musi wiedzieć, że do pokonania ma ok. 46 km przy dużej wilgotności powietrza.

 

W drodze powrotnej z Parku Tayrona można wysiąść w mieście Barranquilla, a jeśli trwa karnawał, to nawet trzeba! Tu odbywa się najsłynniejsza zabawa karnawałowa w całym kraju, na którą przybywa ponad milion gości. Jej korzenie sięgają XIX w. W Barranquilli mieszają się ze sobą różne kultury z wybrzeża karaibskiego – ich wpływy widać przede wszystkim w muzyce, tańcach i przebraniach. Poza tym miasto ma jeszcze jeden powód do dumy: w 1977 r. urodziła się tu najsłynniejsza współczesna kolumbijska piosenkarka – Shakira (jako ciemna brunetka).

 

KOLEBKA REALIZMU MAGICZNEGO

 

Casa Museo Gabriel Garcia Marquez Aracataca 1

Muzeum Gabriela Garcíi Márqueza w mieście Aracataca otworzono w 2010 r.

© PROCOLOMBIA

 

Jest takie miasto w Kolumbii, do którego nie zajrzy nikt, kto nie zaczytał się choć raz w prozie Gabriela Garcíi Márqueza. To Aracataca. Dla fanów realizmu magicznego wizyta w niej będzie niewielkim nadłożeniem drogi – leży ona zaledwie 80 km od Santa Marty.

 

Aracataca – ta nazwa wybija rytm jak koła pociągu, który przejeżdżał przez miasto wyładowany owocami w okresie boomu bananowego podsycanego przez United Fruit Company. Na te czasy przypadło dzieciństwo pisarza – Gabo, jak pieszczotliwie mówią na niego Latynosi, spędził tu pierwszych osiem lat życia. Aracataca stanowi pierwowzór mitycznego Macondo z powieści Sto lat samotności (1967 r.). Musieliśmy do niej przyjechać, żeby spróbować zrozumieć, jak to się stało, że w opowieściach Márqueza rzeczywistość tak płynnie przechodzi w fantazję, że trudno stwierdzić, co jest bardziej autentyczne – to, co prawdopodobne, czy też to, co wydaje się wytworem wyobraźni.

 

W tym sennym, trochę zapomnianym mieście wszystko dzieje się powoli i nie wiadomo, czy wydarza się naprawdę. Nad murami i chodnikami latają żółte motyle (te owady wciąż towarzyszyły Mauriciowi Babilonii, jednej z postaci Stu lat samotności). Odwiedzamy muzeum, dawny dom pisarza, ale sąsiadka tłumaczy nam, że nie ma on wiele wspólnego z autentycznym, który był dużo skromniejszy. To po prostu replika zbudowana na wzór posiadłości ze słynnej powieści Márqueza, z pokojami ciotek i warsztatem dziadka.

 

Inny sąsiad, Hannibal Caí (dziś dobiega już setki), rozsiada się w bujanym fotelu i opowiada o tym, jak jedna z ciotek Gabo, Francisca, podpaliła kiedyś ich dom. Zajmowała się świętymi w naszym kościele, przystrajała ich ołtarze kwiatami, zapalała świeczki. W domu też miała ołtarzyk. Zapaliła świeczkę i buch, cały dom po chwili stanął w płomieniach. Pomagałem gasić – śmieje się do wspomnień.

 

Próbujemy ustalić, czy jest w miasteczku jakiś pomnik Márqueza. Nie ma i nigdy nie było – twierdzi część mieszkańców. Nie ma, ale był – mówią pozostali. Jaki? Poznajemy trzy różne wersje. Najbardziej podoba nam się ta: ktoś postawił pomnik nagiego Gabita, ale ten przyjechał, obejrzał dzieło i zdecydował, że trzeba je zburzyć – przecież on nie ma takiego małego przyrodzenia!