Jak przystało na serce Europy, jest ona niezmiernie barwną i wielokulturową metropolią o wielu twarzach. Ciężko poznać wszystkie z nich podczas krótkiego wyjazdu. Z pewnością jednak warto odkryć te najbardziej interesujące oblicza Brukseli. Poniżej prezentujemy więc pewną podpowiedź dla osób zamierzających się wybrać do tego pięknego miasta: pięć największych – naszym zdaniem – atrakcji stolicy Belgii. Wystarczy je bliżej poznać, aby dobrze bawić się w tej metropolii. Wówczas z pewnością stwierdzimy, że Bruksela jest trendy… Stolica Belgów jest idealnym miejscem dla miłośników sztuki, rodzinnych parków rozrywki, dobrego jedzenia i… komiksów. Powinna o tym przekonać wszystkich nasza pierwsza piątka brukselskich hitów...


 

STARE MIASTO, WIELKI PLAC I MANNEKEN PIS

Za serce Brukseli uważa się średniowieczny Grand-Place (Wielki Plac), nad którym dominuje wspaniała 90-metrowa wieża gotyckiego Ratusza z XV w. zwieńczona figurą patrona miasta – św. Michała walczącego ze smokiem. Uważa się go za jeden z najpiękniejszych pod względem architektonicznym rynków na świecie. Grand-Place jest ulubionym miejscem spotkań turystów i mieszkańców stolicy Belgii. W lata parzyste na wiosnę układa się na nim kolorowy dywan z kwiatów, który jest chlubą miasta.

Warto pospacerować po wiekowych wybrukowanych uliczkach Starego Miasta i pooglądać jego architektoniczne perełki. Dwie z nich znajdziemy na samym Wielkim Placu – elegancki Ratusz (Hôtel de Ville) oraz położony naprzeciwko wspaniały budynek z XVI w., który był rezydencją królów hiszpańskich, Maison du Roi (Dom Królewski), a kolejną, jaką jest niewątpliwie gotycka Katedra św. Michała i św. Guduli ze swoimi uroczymi witrażami – na pobliskim wzgórzu Treurenberg.

Oczywiście, żadna wizyta w Brukseli nie może się obejść bez odwiedzenia siusiającego chłopca – Manneken Pis. Ta słynna figurka z brązu ma 61 cm wzrostu, ok. 600 lat oraz wielką kolekcję garderoby, liczącą obecnie niemal 800 strojów z całego naszego globu (często przebiera się ją w różne narodowe, regionalne czy karnawałowe kostiumy). Jeżeli dopisze nam szczęście, to będzie ona ubrana, a nie świecić radośnie golizną... Wszystkie wdzianka Manneken Pis, podarowane przez prawie każde państwo świata, można oglądać w interesującym Muzeum Miejskim – Musée de la Ville (otwartym już w 1887 r.), które mieści się w Maison du Roi na Grand-Place.

 

KRÓLESTWO KOMIKSÓW

Modną i oryginalną atrakcją stolicy zjednoczonej Europy jest działające od 1989 r. tzw. Belgijskie Centrum Komiksu (Belgian Comic Strip Center), znane również jako Muzeum Komiksu. Mieści się ono w centrum miasta w przepięknym secesyjnym budynku zaprojektowanym w 1906 r. przez sławnego brukselskiego architekta Victora Hortę. Placówka ta poświęcona jest „sztuce IX Muzy”, jak mówi się o komiksie, oraz najbardziej znanym i lubianym postaciom stworzonym przez belgijskich rysowników, jak np. Smerfy, Lucky Luke, Tintin wraz z psem Milusiem itd. Każdego roku odwiedza ją ponad 200 tys. gości. Wśród nich jest wielu Polaków, ponieważ bohaterowie belgijskich komiksów cieszą się również wielką popularnością w naszym kraju. Poza tym ujrzymy tu też dzieła znanego polskiego rysownika Grzegorza Rosińskiego, m.in. Thorgala czy Szninkla. Belgijskie Centrum Komiksu można zwiedzać każdego dnia (z wyjątkiem poniedziałku) w godz. od 10.00 do 18.00.

Bruksela jest bez wątpienia europejską stolicą komiksu. Działa tu wiele szkół kształcących rysowników. Tych ostatnich jest w całej Belgii ponad 700! Dużą atrakcją miasta są gigantyczne malowidła słynnych bohaterów stworzonych przez belgijskich rysowników znajdujące się na ścianach budynków – zarówno tych nowoczesnych, jak i zabytkowych. Śmiało więc można stwierdzić, że serce europejskiego komiksu bije w Brukseli. Jej mieszkańcy naprawdę żyją tą sztuką, która stała się w Belgii specjalnością narodową…

 

SZLAK CZEKOLADY

Brukselę nazywa się czekoladową stolicą i ojczyzną pralinek. Wyrabiana tu czekolada uchodzi powszechnie za najbardziej luksusową i najlepszą na świecie. W 1912 r. brukselski mistrz czekoladnictwa Jean Neuhaus II wpadł na pomysł, żeby ją nadziewać masą kremową lub orzechową. W ten sposób powstały słynne belgijskie czekoladki – pralinki. W sercu Europy znajduje się interesujące Muzeum Kakao i Czekolady, czyli Musée du Cacao et du Chocolat. Mieści się ono w pobliżu Grand-Place i jest obowiązkowym punktem zwiedzania dla wszystkich miłośników słodkości. Prezentuje ono historię kakao, pokazuje sposoby produkcji czekolady i tradycyjną metodę wytwarzania belgijskich pralinek. W prawdziwej galerii sztuki i sklepie Maison des Maîtres Chocolatiers Belges (Domu Belgijskich Mistrzów Czekoladnictwa), umiejscowionej przy Grand-Place, będziemy podziwiać niezwykłe ręcznie robione wyroby dziesięciu wiodących mistrzów czekoladnictwa. Są tu oryginalne, prawdziwie artystyczne pralinki (oraz inne zachwycające dzieła z czekolady!), można obejrzeć jak się je przygotowuje oraz spróbować wybranych z nich, a następnie zdecydować się na zakup tych, które najbardziej przypadły nam do gustu (elegancki pamiątkowy zestaw kosztuje 22 euro). Taki czekoladowy prezent będzie z pewnością doskonałą pamiątką ze stolicy Belgii.

Największą sławą wśród licznych producentów pysznej luksusowej belgijskiej czekolady w Brukseli cieszą się historyczne marki – Neuhaus, Godiva, Leonidas, Wittamer, Marcolini, Corné Port-Royal, Mary, Dandoy i Galler. W podróż brukselskim szlakiem czekolady najlepiej wybrać się ze swoją drugą połówką. Nic nie smakuje tak pysznie, jak tradycyjna belgijska pralinka skosztowana z ręki naszego ukochanego bądź ukochanej na malowniczym Grand-Place... 

 

PIWNYM SZLAKIEM

Piwo jest ulubionym napojem mieszkań ców Brukseli, jak również gości, którzy odwiedzają to miasto. Najsłynniejszymi markami, przygotowywanymi według sekretnie strzeżonych starych receptur, są Gueuze, Kriek, Lambic i Faro. Prawdziwi smakosze tego trunku nie ominą na pewno zabytkowego Domu Browarników (Maison des Brasseurs), który wznosi się przy przepięknym Grand-Place. Mieści się tu obecnie interesujące Muzeum „Belgijskich Browarników” (Museé des „Brasseurs Belges”). Jego zwiedzanie połączone jest (jakżeby inaczej!) z degustacją regionalnego piwa. Koneserów tego trunku nie powinno również zabraknąć w rodzinnym browarze Cantillon z 1900 r. W tym miejscu praktycznie nic się nie zmieniło od ponad 100 lat. Działa w nim muzeum lokalnych piw Gueuze i Kriek (oraz wielu innych!) – Museé Bruxellois de la Gueuze. Dowiedzieć się tu można naprawdę wiele o ich historii, składzie, tradycyjnej metodzie produkcji oraz dostępnych rodzajach. A na koniec zwiedzania na piwoszy czeka kolejna wyśmienita degustacja...

Legendarne brukselskie Delirium Café, rozciągające się na kilku piętrach i słynące z niesamowitej atmosfery, chwali się niebotyczną liczbą ponad 2 tys. różnych gatunków piwa (umieszczono je nawet w słynnej na całym świecie Księdze Rekordów Guinnessa!). Znajdziemy je na malowniczej uliczce Impasse de la Fidélité, zaledwie 100 metrów od Grand-Place. Spróbować tu możemy zarówno tradycyjnie ważonych lokalnych piw belgijskich, jak i tych wyszukanych, niezmiernie oryginalnych, o różnych, czasami zaskakujących nas, smakach, jak np. czekolady, grejpfruta itd.

 

MINI-EUROPE I ATOMIUM – PODRÓŻ PO ŚWIECIE MODELI

Na zdjęciach i pocztówkach ze stolicy Belgii jednym z dominujących motywów, obok Grand-Place i figurki Manneken Pis, jest Atomium. Wzniesiono go w 1958 r. z okazji Światowej Wystawy EXPO w Brukseli i kilka lat temu gruntownie odnowiono. Według planów, miała to być budowla czasowa, ale przypadła tak bardzo do gustu brukselczykom i turystom, że ma obecnie ponad 50 lat i nikt już nie myśli o jej rozebraniu. Atomium można podziwiać w malowniczym Parku Heysel w dzielnicy Laeken. Stanowi on część słynnego i niezmiernie atrakcyjnego brukselskiego parku rozrywki – Bruparck. Jest to zbudowany ze stali i aluminium gigantyczny, 102-metrowy model kryształu żelaza, który powiększono 165 mld razy. Składa się on z 9 dużych kul – atomów, z których jedynie 5 udostępniono do zwiedzania turystom. Wewnątrz nich mieszczą się interesujące wystawy – jedna stała prezentująca historię EXPO 1958 w Brukseli oraz cztery czasowe poświęcone tematom naukowym. Z najwyżej położonej kuli futurystycznego Atomium roztaczają się wspaniałe widoki na całą stolicę Europy. Jeśli mamy szczęście i trafiliśmy tu w słoneczną i bezchmurną pogodę, to dojrzeć możemy stąd nawet przedmieścia Antwerpii! Warto zjeść obiad w tutejszej słynnej panoramicznej restauracji. Mamy wówczas zapewnioną wspaniałą ucztę dla ciała i ducha…

U stóp Atomium rozłożył się sympatyczny park Mini-Europe. Odwiedza go rocznie ponad 300 tys. turystów z całego świata. Możemy w nim podziwiać miniatury najważniejszych budynków (w skali 1:25) ze wszystkich 27 krajów członkowskich Unii Europejskiej. Wykonano je z niezwykłą starannością i dbałością o detale. Tylko tutaj w kilka godzin odbędziemy krótką, lecz niezmiernie fascynującą podróż po naszej wspólnej „Małej Europie”... W tym doskonałym na rozrywkę dla całych rodzin parku znajdziemy m.in. paryską Wieżę Eiffla, londyńskiego Big Bena, brukselski Grand-Place, berlińską Bramę Brandenburską, lizbońską Torre de Belém (Wieżę Betlejemską), budapeszteńskie kąpielisko Szechenyi, a także piękne i znane budowle pochodzące z naszego kraju – Dwór Artusa, fontannę Neptuna i Pomnik Poległych Stoczniowców z Gdańska. Mini-Europe nie jest jednak zwykłym, statycznym muzeum na świeżym powietrzu… Na jego terenie zobaczyć możemy także (oczywiście, w miniaturze) jeżdżące po ulicach samochody oraz pędzące po torach słynne francuskie pociągi TGV, pływające po Kanale La Manche promy, gondole pokonujące urocze kanały w Wenecji, delfiny wyskakujące z wody czy strażaków walczących z pożarem w porcie w Barcelonie, jak również posłuchać hymnów narodowych wszystkich 27 państw członkowskich Unii Europejskiej. Niektóre modele „ożywają” po naciśnięciu znajdujących się przy nich przycisków – dzieje się tak w przypadku wulkanu Wezuwiusz (makieta ta wykonana została wyjątkowo w skali 1:100), który wówczas niespodziewanie wybucha, a po jego erupcji ziemia wokół nas zaczyna na chwilę drżeć. Na koniec naszej przygody z parkiem Mini-Europe warto odwiedzić – stworzone tutaj w 2003 r. przez znaną i cenioną belgijską firmę Tempora – niezmiernie ciekawe i wciągające interaktywne centrum Spirit of Europe (Duch Europy). Sprawdzimy w nim swoją wiedzę o naszym kontynencie i o Unii Europejskiej. Będą się tu wyśmienicie bawić zarówno dzieci, jak i dorośli…

 

Artykuły wybrane losowo

Słodkie życie w Kalabrii

MARZENA PAWŁOWICZ

 

Jeśli zdecydujemy się na podróż na słoneczny południowy kraniec Włoch, będziemy czuć się na miejscu jak prawdziwi odkrywcy. W Kalabrii można delektować się pełnym relaksem nad ciepłym Morzem Tyrreńskim, odpoczynkiem na pięknych plażach, uprawianiem sportów wodnych, bogatą przyrodą, wspaniałymi zabytkami, przepyszną kuchnią i słynnym, przyjemnym dolce vita, czyli „słodkim życiem”.

Więcej…

Tajlandia zmysłowa

 

 

temple_of_the_emerald_buddha.jpg

Bangkocka Świątynia Szmaragdowego Buddy

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Katarzyna Byrtek

 

Prawdopodobnie większość Europejczyków słyszała o tajskich niebiańskich plażach, białym piasku i lazurowej wodzie. Jednak Tajlandia to nie tylko rajska kraina uśmiechów, idealna na wakacyjny leniwy wypoczynek, lecz także kraj dostarczający różnorodnych i mocnych wrażeń. Zapewnią nam je m.in. degustacje najlepszej kuchni świata, oglądanie emocjonujących walk boksu syjamskiego („muay thai”) na ringu i zwiedzanie niezmiernie kolorowego podwodnego królestwa zamieszkanego przez wyjątkowe stworzenia. 

Z klimatyzowanego samolotu przez klimatyzowany terminal docieram aż do metra prowadzącego do centrum Bangkoku. Wagon pociągu jest tak wychłodzony, że nie zdejmuję i nie chowam swojego europejskiego swetra. Wkrótce dojeżdżamy jednak do stacji końcowej i wysiadam w bangkocką noc – parną, duszną, gorącą tak, że fala ciepła zatrzymuje mnie na peronie na ułamek sekundy. Moje ciało ciągle pamięta środek warszawskiej zimy. Jak ja tu będę żyć przez dwa miesiące – myślę. W Tajlandii w najchłodniejszym okresie temperatura sięga 30°C, a woda w morzu nagrzewa się do 26°C. W trakcie naszej jesieni i zimy trwa w tym rejonie pora sucha, a powietrze jest przyjemniejsze i mniej wilgotne niż np. w lecie, kiedy część kraju dręczą uparte monsuny i deszcze. Wytchnienie dają klimatyzowane pomieszczenia. Zresztą mieszkańcy całej Azji Południowo-Wschodniej mają niemal obsesję na punkcie chłodzenia się. Klimatyzacja zwykle bywa nastawiona nie na komfortowe dla Europejczyka 20–22°C, ale na temperaturę znacznie niższą. Dlatego do kina zawsze trzeba się ciepło ubrać, przed podróżą nocnym autobusem wyjąć bluzę i szal, a nawet narzucić coś na siebie przy każdej przejażdżce metrem.

Tajlandia cieszy się dużą popularnością wśród turystów z całego świata głównie ze względu na przepiękne plaże i lazurowe morze. Warto jednak wyjść nieco poza ten schemat, zrezygnować z błogiego wylegiwania się na złotym piasku choć na kilka dni i przeżyć o wiele więcej. To idealny cel wyjazdów dosłownie dla wszystkich – rodzin z dziećmi, backpackerów, którzy muszą nieraz zaciskać pasa, miłośników sportów i wielbicieli leniuchowania, samodzielnych podróżników czy królów imprez.

Raj dla kubków smakowych

Jedzenie stanowi wielką atrakcję w czasie wizyty w Tajlandii. Nie bez powodu kuchnia tajska uważana jest za najciekawszą i najlepszą na świecie. Niespróbowanie miejscowych przysmaków byłoby prawdziwym grzechem. Trzeba jednak pamiętać, że tosty zapiekane z szynką sprzedawane w popularnej sieci sklepów 7-Eleven wcinają tylko przyjezdni, a tutejsze śniadanie, obiad i kolacja niespecjalnie się od siebie różnią – rano można spokojnie zajadać się grillowaną wieprzowiną, kurczakiem czy dużą miską wywaru mięsnego z makaronem ryżowym.

Jeśli do obiadu nie dostaliście pałeczek, lecz sztućce, nie martwcie się, nikt nie zwątpił w wasze umiejętności posługiwania się nimi. W Tajlandii większość dań je się po prostu łyżką i widelcem (noże to rzadkość). Pałeczki, razem z łyżką, podawane są najczęściej do zupy z makaronem ryżowym.

W kuchni tajskiej wszystko kręci się wokół ryżu (zamówić go można nawet w miejscowym KFC), intensywnych przypraw i różnych rodzajów mięsa. Najsłynniejsze jest boskie pad thai, czyli smażony makaron ryżowy m.in. z jajkiem, sosem rybnym, orzeszkami, krewetkami, serwowany z połówką limonki i kiełkami. Nie wolno nie spróbować chociaż jednej z wersji curry (mieszanki przypraw rozprowadzanej w mleku kokosowym podawanej z mięsem, warzywami i ryżem) – do wyboru czerwone, zielone, żółte bądź łagodniejsze phanaeng curry (panang curry lub penang curry). Z kolei tom yam (tom yum) to intensywna kwaśno-pikantna zupa na mleku kokosowym. Ciekawą propozycję na lunch stanowi też sałatka z papai. Na deser często zamawia się lepki ryż khao niaw z bananem, mlekiem kokosowym czy jajkiem.

Przed wyruszeniem na wędrówkę w poszukiwaniu tajskich specjałów trzeba również odrzucić restrykcyjne zasady polskiego sanepidu, aby móc beztrosko zapuścić się w uliczki, gdzie na każdym kroku spotkać można dymiące wózki pełne świeżo przygotowanych smakołyków (wspomnianej zupy albo np. nadzianego na patyki mięsa). Wokół nich chaotycznie poustawiane są małe stoliki z niskimi plastikowymi krzesłami – nie ma na nich serwetek i sztućców, ale atmosfera jedzenia na ulicy jest niepowtarzalna. We wszystkich miastach i punktach, gdzie zatrzymują się autobusy dalekobieżne, znajduje się przynajmniej kilka niewielkich targów, na których oprócz świeżych owoców czy ryb sprzedaje się przeróżne mieszanki mięsa z lokalnymi warzywami przyprawione prawdziwie po tajsku. Posiłki na wynos pakuje się do zawiązywanych woreczków. Duża część lokali typowo restauracyjnych powstała dla turystów, dlatego ceny bywają w nich nawet kilkakrotnie większe, a dania – nie zawsze oryginalne.

W słynnej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej Pattaya,uchodzącej za jedno z centrów seksbiznesu,koniecznie należy odwiedzić chińsko-tajskie restauracje z rodzaju all you can eat (pol. jesz, ile chcesz). Pośrodku stołu znajduje się w nich wielki rozgrzany gar, w którym goście samodzielnie gotują lub przysmażają jedzenie. W formie szwedzkiego stołu wystawione są przeróżne warzywa, owoce, mięsa i najrozmaitsze owoce morza. Większe porcje tych dwóch ostatnich składników można wybrać samemu i oddać w ręce obsługi, która przygotuje je na grillu.

Moje własne curry

W Tajlandii przyrządzimy też miejscowe przysmaki samodzielnie pod okiem doświadczonego szefa kuchni w czasie kursu gotowania. Nawet największym obżartuchom powinien wystarczyć półdniowy wariant takiego szkolenia, w trakcie którego przygotowuje się kilka dań, a potem je konsumuje. W menu pojawiają się doskonała zupa kokosowa tom kha czy wspomniana już tom yam, makaronowe pad thai, jeden z rodzajów sajgonek i deser. W moździerzu uciera się również proszek curry, którego później dodaje się do potrawy z ryżem. Takie własnoręcznie przyrządzone specjały to prawdziwe niebo w gębie.

Największy wybór godnych polecenia kursów gotowania znajdziemy w mieście Chiang Mai, położonym w północnej części kraju. To jeden ze standardowych przystanków wszystkich turystów w Tajlandii, dlatego zaplecze usługowe jest w nim na tyle rozwinięte, że przyjezdni mogą siedzieć tu ponad tydzień i nigdy się nie nudzić.

Dzień najlepiej zacząć na lokalnym targu. Niektóre sprzedawane na nim produkty są tak niezwykłe, że człowiek z Europy Środkowej nie tylko dziwi się, że Tajowie je jedzą, ale też zastanawia, jak to robią. Do najsłynniejszych tego typu osobliwości należy zielonkawy durian z grubą skórką przypominającą nieco kolce. Ciągnie się za nim opinia najbardziej śmierdzącego owocu świata. Kiedy w pokoju w hostelu czuć zapach starych skarpetek, niekoniecznie winę za to musi ponosić niechlujny współlokator. Może ktoś nielegalnie (większość obiektów noclegowych wywiesza kartki z rysunkiem przekreślonego duriana) przemycił cuchnący smakołyk. Podobno nie wolno spożywać go także z alkoholem lub kawą.

Ciało do ciała

Po spacerze z orzeźwiającym świeżo zmiksowanym sokiem z owoców egzotycznych w ręce przychodzi czas na relaks. Wbrew obiegowej opinii większość tajskich masaży wcale nie kończy się zaspokojeniem seksualnym. Zabieg ten ma długą historię, a za jego legendarnego twórcę uchodzi sam lekarz Buddy – Shivago Komarpaj (Jīvaka Komarabhācca), żyjący ok. VI w. p.n.e. W rzeczywistości rozwój tej techniki masowania był bardziej złożony, bo czerpie ona z tradycji Chin, Indii i innych południowoazjatyckich krajów.

Wizyta w miejscowym salonie bywa niełatwym przeżyciem dla osób nieśmiałych i kruchych – taki masaż jest wyjątkowo kontaktowy i intensywny. Przed nim rozbieramy się do majtek albo zakładamy coś w rodzaju luźnego szlafroka i kładziemy się na materacu lub specjalnej leżance. W trakcie zabiegu masażystka używa różnych części ciała: łokci, stóp, kciuków bądź przedramion, może na nas siadać, trzymać za rękę, przyciskać nasze ciało do swojego. W przypadku tej techniki nie chodzi tyle o delikatne ugniatanie mięśni i skóry, co o naciskanie odpowiednich punktów i rozciąganie. Tajski masaż łączy elementy akupresury, pasywnej jogi i refleksologii. Czasem wywołuje chwilowy ból, ale po wszystkim człowiekowi wydaje się, że jest na tyle rozciągnięty, iż urósł kilka centymetrów. Taka sesja niesamowicie odpręża, dlatego zaleca się korzystanie z jej dobrodziejstw przynajmniej raz w tygodniu, nie tylko na urlopie. Osoby krępujące się tak bliskiego kontaktu z obcym człowiekiem mogą skusić się na wymasowanie stóp czy karku i głowy. Salony masażu znajdziemy tutaj dosłownie wszędzie, m.in. na południowych wyspach, w Bangkoku lub północnym Chiang Mai (gdzie działa zresztą najbardziej renomowana szkoła masażu).

Wielki błękit

scuba_diving_andaman_sea.jpg

W wodach Morza Andamańskiego nurkowie spotkają m.in. rekiny brodate

©THAITRAVELMART.COM



Ciepłe przejrzyste morze, bogactwo kolorowych ryb i zapierające dech w piersiach rafy koralowe przyciągają co roku do południowej Tajlandii tysiące turystów, a podwodny świat tego regionu od zawsze trafia do pierwszych dziesiątek rankingów najciekawszych nurkowisk na ziemi. Jeśli ktoś nie wie nic o nurkowaniu, to nic nie szkodzi. Może kupić albo wypożyczyć maskę, rurkę oraz płetwy i wybrać się na eksplorację dna morskiego na własną rękę na płytkie wody blisko brzegu. Dobrze dopytać się o lokalne warunki – w niektórych miejscach występują silne prądy lub fale, które wyrzucają na skały czy rafy. Najlepsze do snorkelingu są okolice wysp Koh Lipe, Koh Chang i Koh Samui.

Warto jednak zarezerwować sobie kilka dni bądź tydzień i wykupić podstawowy kurs nurkowy ze sprzętem – tutejsze ceny należą do najkorzystniejszych na świecie, a to, co zobaczymy pod powierzchnią morza w Tajlandii, jest zdecydowanie atrakcyjniejsze niż widoki podczas szkoleń prowadzonych na basenie i jeziorach w Polsce. Co więcej, sprzyjające warunki panują tu cały rok (z małymi wyjątkami), temperatura wody w zasadzie nie spada poniżej 26°C, a najlepszy okres do nurkowania to styczeń–marzec, czyli szczyt tajskiego sezonu. Zwykle nie ma konieczności zapisywania się na lekcje z wyprzedzeniem. Nawet na mniejszych turystycznych wyspach działa po kilka firm, bez problemu już na miejscu sprawdzimy ceny, dostępność i terminy kursów. Dobrze też zainteresować się, jakie certyfikaty posiada instruktor, czy dogadamy się z nim w jakimś języku, którym władamy, i co dokładnie zawiera dana oferta.

Cisza pod wodą, otaczające człowieka rozległe przestrzenie czy uczucie latania to dodatkowe argumenty przemawiające za spróbowaniem nurkowania. Niemal 75 proc. wszystkich gatunków fauny morskiej i koralowców na świecie występuje właśnie w Azji Południowo-Wschodniej – od malutkich koników morskich, przez płaszczki, ośmiornice, węże wodne, po kilku- lub kilkunastometrowe ryby. Spotkania z tymi stworzeniami nigdy się nie zapomina. Zachwycają również podwodne jaskinie, bloki skalne i wraki łodzi. Tajlandię można podzielić na trzy rejony idealne dla nurków. Pierwszy z nich stanowi zachodnie wybrzeże ze słynną wyspą Phuket oraz archipelagiem Phi Phi, leżący na północ od niego obszar, na który składają się wyspy Similan, Koh Bon, Koh Tachai i Skała Richelieu (Richelieu Rock), a także region południowy, czyli Koh Haa, Hin Daeng, Hin Muang i Koh Lipe. Z kolei w północnej części Zatoki Tajlandzkiej warto odwiedzić Pattayę i Koh Chang. Natomiast na jej południowym terenie miłośników podwodnych przygód przyciągają Koh Tao i Koh Samui.

Na siedzeniu tuk-tuka

phi-ph-island-1.jpg

Koh Phi Phi Don jest największą wyspą w archipelagu Phi Phi

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND



Istnieje wiele sposobów podróżowania po kraju Tajów. Wielką frajdą będzie na pewno zwiedzanie wybranej wyspy na własną rękę wypożyczonym na jeden lub kilka dni skuterem. Samodzielne prowadzenie środka transportu (wynajęcie samochodu bywa znacznie droższe) daje dużą niezależność. Nie tylko nie jesteśmy wówczas uzależnieni od rozkładów jazdy, lecz także bez problemu możemy zatrzymać się przy opuszczonej rajskiej plaży i wskoczyć wprost do orzeźwiającej wody.

W dużym mieście warto choć raz przejechać się tuk-tukiem, czyli autorikszą pełniącą funkcję taksówki. Taki trzykołowy pojazd wygląda jak motor z dobudowanym z tyłu wózkiem, który pomieści kilka osób. Jazda zatłoczonymi ulicami Bangkoku podniesie ciśnienie krwi niejednemu Europejczykowi. Jeśli ktoś podróżuje samodzielnie, może skorzystać z taksówek motorowych i skuterowych. Pasażer plecak wkłada pod kierownicę i wskakuje na siedzenie za kierowcą, który pędzi, przeciskając się między samochodami i ignorując większość znaków drogowych. Trudno powiedzieć, czy to aby na pewno bezpieczne, ale przeżycia z takiej przejażdżki są z pewnością niezapomniane.

Tajlandia to wręcz wymarzone miejsce dla miłośników morza i wysp, a co za tym idzie, zapalonych żeglarzy. Wystarczy zebrać grupę znajomych i wypożyczyć jacht albo katamaran, aby przemierzać bezkresną Zatokę Tajlandzką, a podczas rejsu zatrzymywać się w każdej chwili przy opuszczonych lądach, opalać bez towarzystwa tłumu turystów i nurkować z maską wśród bajecznych raf koralowych.

W świetle księżyca

shopping_at_khao_san_road1.jpg

Ulicę Khao San w centrum Bangkoku odwiedzają tłumy turystó

©THAITRAVELMART.COM



Wieczorem siadamy w jednym z barów. Noc jest gorąca, w środku stoją plastikowe krzesła i stół bilardowy, gra głośna muzyka. Podają tutaj tajskie piwa Chang i Singha bądź popularnego Tigera z Singapuru, czasem z lodem. Dla niektórych wakacje to moment, kiedy wreszcie mogą beztrosko imprezować i nie martwić się wczesnym wstawaniem. Do najlepszych do tego miejsc należy Bangkok – znajdziemy w nim słynną ulicę dla backpackerów Khao San, luksusowe bary na dachach wieżowców (rooftop bars) czy dzielnicę czerwonych latarni Patpong odwiedzaną przez licznych zagranicznych przybyszów. Wiele osób przyciągają kolorowe nocne światła położonego na wybrzeżu miasta Pattaya, centrum tajskiego seksbiznesu, w którym przy głównej ulicy działają kluby dla gejów oraz lokale oferujące pokazy erotyczne lub występy kathoey, czyli tzw. ladyboys (osób, które przyswoiły sobie cechy przeciwnej płci, uważanych w buddyzmie za trzecią płeć). Dzikie noce w ociekającej alkoholem i seksem Pattayi niezbyt przypadną do gustu osobom ceniącym zwykłego typu rozrywki czy rodzinom z dziećmi. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że seksturystyka to nie tylko niewinna wakacyjna zabawa, lecz także branża kontrolowana przez mafie i związana z wykorzystywaniem kobiet oraz zmuszaniem nieletnich do prostytucji.


Bawić można się wszędzie, ale dobre towarzystwo i odpowiedni termin to czasem podstawa. Tajlandia słynie na świecie z full moon party, czyli całonocnych imprez nad brzegiem morza organizowanych na południu kraju w dzień przed pełnią księżyca, w jej trakcie albo dzień po niej. Zwyczaj ten zainicjowano na plaży Haad Rin na wyspie Phangan w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej. W 1985 r. odbyło się pierwsze takie wydarzenie dla kilkudziesięciu osób. Wkrótce zyskało sławę i dziś przyciąga przynajmniej kilka tysięcy uczestników, w większości turystów, a jego odpowiedniki spotkamy również na innych wyspach. Na full moon party usłyszymy muzykę reggae, trance, rhythm and blues, techno, house czy drum and bass. Alkohol leje się strumieniami, nierzadko pojawiają się też inne środki odurzające. Trzeba jednak wiedzieć, że kary za posiadanie i sprzedawanie narkotyków w Tajlandii są wyjątkowo surowe.

Emocje na ringu

Wielbiciele widowisk podnoszących poziom adrenaliny we krwi także nie będą się w tym kraju nudzić. Muay thai, czyli boks tajski (boks syjamski), to bardzo popularna sztuka walki, szczycąca się niemal statusem sportu narodowego i przyciągająca tysiące żądnych wrażeń Tajów i zagranicznych turystów. Zwykle podoba się nawet osobom, które nie są fanami bijatyk na ringu. Ma wielowiekową tradycję, a wiele ze starych elementów przetrwało do dzisiaj – pojedynek zaczyna się od rytualnego tańca wojownika wai khru. Kiedyś w jego trakcie prezentowano region, z którego pochodził zawodnik. Ta część stanowi jednocześnie rozgrzewkę. Cała walka odbywa się na stojąco, przeciwnicy używają niskich kopnięć okrężnych, uderzeń łokciami i kolanami oraz tzw. klinczu, czyli chwytu klamrowego rękami. Niesamowitą atmosferę na widowni tworzy rozemocjonowana publiczność zawsze reagująca na silniejszy cios, przekrzykująca się, obstawiająca wynik w każdym momencie spotkania. Walczą w większości Tajowie, ale zdarzają się też zawodnicy z innych krajów. Niektórzy z nich są bardzo młodzi – trafiają się nawet 15-latkowie. Za najlepsze areny bokserskie uchodzą Lumpinee Boxing Stadium i Rajadamnern Stadium w Bangkoku oraz te na Phuket i Koh Samui czy w Chiang Mai.

Noc w dżungli

Liczne parki narodowe, dziewicza przyroda i zielona dżungla, w głąb której urządza się kilkudniowe wędrówki, czekają na wszystkich mających odwagę zejść nieco ze standardowego szlaku pełnego piaszczystych plaż i taniego piwa Chang. Leśnych ścieżek i zorganizowanych wycieczek szukać można w różnych częściach kraju, zarówno na popularnej północy, jak i w regionie wschodnim, często omijanym przez turystów. Dużo wypraw trekkingowych organizuje się w prowincjach Chiang Mai i Chiang Rai, Mae Hong Son, Kanchanaburi, Krabi, dystrykcie Mae Sot czy Parku Narodowym Khao Yai. Jeśli musimy wybrać jedno miejsce, warto zaufać ekspertom z UNESCO i odwiedzić Kompleks Leśny Dong Phayayen-Khao Yai, leżący w środkowej Tajlandii, stosunkowo niedaleko od stolicy. Podczas planowania wędrówek należy brać pod uwagę porę roku. Inaczej niż na wybrzeżu w okresie zimowym temperatura powietrza na terenach wyżej położonych bywa znacznie niższa od tej panującej w pozostałych miesiącach.

Światło i dym

Tajlandia to kraj o długiej historii i bogatej tradycji, dobrze więc poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jej najważniejszymi zabytkami i dowiedzenie się czegoś więcej o dominującym tutaj buddyzmie. Do obowiązkowych miejsc do zwiedzenia w Bangkoku zaliczają się przepiękny Wielki Pałac Królewski z Wat Phra Kaew (Świątynią Szmaragdowego Buddy), jedna z najstarszych tajskich budowli sakralnych Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy) oraz Wat Suthat z 28 chińskimi pagodami symbolizującymi 28 postaci Buddy. Na prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO znajdują się m.in. stanowisko archeologiczne Ban Chiang, dawna stolica Syjamu Ayutthaya, ruiny miasta Sukhothai czy rezerwaty dzikiej przyrody rozciągające się wzdłuż granicy z Birmą występujące pod wspólną nazwą Thung Yai-Huai Kha Khaeng.

Choć flaga Tajlandii jest niebiesko-biało-czerwona, to zdecydowanie dominują tu kolory pomarańczowy, złoty i biały. Można się o tym przekonać w trakcie jednego z buddyjskich świąt. W jakimkolwiek mieście wtedy będziemy, udajmy się do najbliższej świątyni i przeżyjmy je razem z Tajami. W czasie pełni księżyca obchodzi się Makha Bucha (Magha Puja), kiedy to rozbłyskają setki świateł, a w powietrzu unosi się dym. Pochód ze świeczkami i kwiatami prowadzony przez ubranych na pomarańczowo mnichów okrąża kilkakrotnie kompleks świątynny. Z kolei Songkran to tradycyjny tajski Nowy Rok (wypada na połowę kwietnia). Na ogół spędza się go w gronie rodziny, a do jego zwyczajów należy obmywanie posągów Buddy w świątyniach lub w czasie procesji (przewozi się je na bagażnikach samochodów). Przez kilka dni ulice pełne są roześmianych ludzi, którzy malują się białą kredą i oblewają wodą. Przypomina to trochę nasz śmigus-dyngus.

Tajskie niezwykłości

W Tajlandii zaskoczy nas wiele rzeczy. Na śniadanie dostaniemy ryż z mięsem lub zupę z makaronem ryżowym, a niedojrzałe mango serwuje się tu z sosem rybnym albo chilli. Do większości potraw otrzymamy łyżkę i widelec. Piwo z kolei często podaje się z lodem.

Do zwykłych widoków należą w tym kraju mnich bawiący się telefonem komórkowym czy słonie spacerujące po ulicach. Na drogach trzeba zachować ostrożność, bo przepisy dla uczestników ruchu traktuje się raczej jako wskazówki niż nakazy i zakazy.

Niemal wszystkie kremy dostępne w sklepach przeznaczone są do rozjaśniania skóry. Klimatyzacja w środkach komunikacji i pomieszczeniach ustawiona jest na dość niską temperaturę – sweter w autobusie to konieczność. Hymn państwowy rozbrzmiewa z głośników dwa razy dziennie, dodatkowo również przed każdym seansem w kinie.

Sycylia od kuchni

Stragany na uliczce w Palermo uginają się od świeżych warzyw
food-and-wine-palermo-street-markets

© WWW.SICILY.CO.UK

Dominika Friedrich

www.sycyliabocznymidrogami.pl


Sycylia należy do tzw. Mezzogiorno, południowych regionów Włoch. To najbardziej odległy od kontynentalnej Europy zakątek kraju, oddzielony od niej Cieśniną Mesyńską, i najbliższy reszcie świata. Trójkątny ląd otaczają trzy morza – Jońskie, Tyrreńskie i Śródziemne.

Więcej…