Jak przystało na serce Europy, jest ona niezmiernie barwną i wielokulturową metropolią o wielu twarzach. Ciężko poznać wszystkie z nich podczas krótkiego wyjazdu. Z pewnością jednak warto odkryć te najbardziej interesujące oblicza Brukseli. Poniżej prezentujemy więc pewną podpowiedź dla osób zamierzających się wybrać do tego pięknego miasta: pięć największych – naszym zdaniem – atrakcji stolicy Belgii. Wystarczy je bliżej poznać, aby dobrze bawić się w tej metropolii. Wówczas z pewnością stwierdzimy, że Bruksela jest trendy… Stolica Belgów jest idealnym miejscem dla miłośników sztuki, rodzinnych parków rozrywki, dobrego jedzenia i… komiksów. Powinna o tym przekonać wszystkich nasza pierwsza piątka brukselskich hitów...


 

STARE MIASTO, WIELKI PLAC I MANNEKEN PIS

Za serce Brukseli uważa się średniowieczny Grand-Place (Wielki Plac), nad którym dominuje wspaniała 90-metrowa wieża gotyckiego Ratusza z XV w. zwieńczona figurą patrona miasta – św. Michała walczącego ze smokiem. Uważa się go za jeden z najpiękniejszych pod względem architektonicznym rynków na świecie. Grand-Place jest ulubionym miejscem spotkań turystów i mieszkańców stolicy Belgii. W lata parzyste na wiosnę układa się na nim kolorowy dywan z kwiatów, który jest chlubą miasta.

Warto pospacerować po wiekowych wybrukowanych uliczkach Starego Miasta i pooglądać jego architektoniczne perełki. Dwie z nich znajdziemy na samym Wielkim Placu – elegancki Ratusz (Hôtel de Ville) oraz położony naprzeciwko wspaniały budynek z XVI w., który był rezydencją królów hiszpańskich, Maison du Roi (Dom Królewski), a kolejną, jaką jest niewątpliwie gotycka Katedra św. Michała i św. Guduli ze swoimi uroczymi witrażami – na pobliskim wzgórzu Treurenberg.

Oczywiście, żadna wizyta w Brukseli nie może się obejść bez odwiedzenia siusiającego chłopca – Manneken Pis. Ta słynna figurka z brązu ma 61 cm wzrostu, ok. 600 lat oraz wielką kolekcję garderoby, liczącą obecnie niemal 800 strojów z całego naszego globu (często przebiera się ją w różne narodowe, regionalne czy karnawałowe kostiumy). Jeżeli dopisze nam szczęście, to będzie ona ubrana, a nie świecić radośnie golizną... Wszystkie wdzianka Manneken Pis, podarowane przez prawie każde państwo świata, można oglądać w interesującym Muzeum Miejskim – Musée de la Ville (otwartym już w 1887 r.), które mieści się w Maison du Roi na Grand-Place.

 

KRÓLESTWO KOMIKSÓW

Modną i oryginalną atrakcją stolicy zjednoczonej Europy jest działające od 1989 r. tzw. Belgijskie Centrum Komiksu (Belgian Comic Strip Center), znane również jako Muzeum Komiksu. Mieści się ono w centrum miasta w przepięknym secesyjnym budynku zaprojektowanym w 1906 r. przez sławnego brukselskiego architekta Victora Hortę. Placówka ta poświęcona jest „sztuce IX Muzy”, jak mówi się o komiksie, oraz najbardziej znanym i lubianym postaciom stworzonym przez belgijskich rysowników, jak np. Smerfy, Lucky Luke, Tintin wraz z psem Milusiem itd. Każdego roku odwiedza ją ponad 200 tys. gości. Wśród nich jest wielu Polaków, ponieważ bohaterowie belgijskich komiksów cieszą się również wielką popularnością w naszym kraju. Poza tym ujrzymy tu też dzieła znanego polskiego rysownika Grzegorza Rosińskiego, m.in. Thorgala czy Szninkla. Belgijskie Centrum Komiksu można zwiedzać każdego dnia (z wyjątkiem poniedziałku) w godz. od 10.00 do 18.00.

Bruksela jest bez wątpienia europejską stolicą komiksu. Działa tu wiele szkół kształcących rysowników. Tych ostatnich jest w całej Belgii ponad 700! Dużą atrakcją miasta są gigantyczne malowidła słynnych bohaterów stworzonych przez belgijskich rysowników znajdujące się na ścianach budynków – zarówno tych nowoczesnych, jak i zabytkowych. Śmiało więc można stwierdzić, że serce europejskiego komiksu bije w Brukseli. Jej mieszkańcy naprawdę żyją tą sztuką, która stała się w Belgii specjalnością narodową…

 

SZLAK CZEKOLADY

Brukselę nazywa się czekoladową stolicą i ojczyzną pralinek. Wyrabiana tu czekolada uchodzi powszechnie za najbardziej luksusową i najlepszą na świecie. W 1912 r. brukselski mistrz czekoladnictwa Jean Neuhaus II wpadł na pomysł, żeby ją nadziewać masą kremową lub orzechową. W ten sposób powstały słynne belgijskie czekoladki – pralinki. W sercu Europy znajduje się interesujące Muzeum Kakao i Czekolady, czyli Musée du Cacao et du Chocolat. Mieści się ono w pobliżu Grand-Place i jest obowiązkowym punktem zwiedzania dla wszystkich miłośników słodkości. Prezentuje ono historię kakao, pokazuje sposoby produkcji czekolady i tradycyjną metodę wytwarzania belgijskich pralinek. W prawdziwej galerii sztuki i sklepie Maison des Maîtres Chocolatiers Belges (Domu Belgijskich Mistrzów Czekoladnictwa), umiejscowionej przy Grand-Place, będziemy podziwiać niezwykłe ręcznie robione wyroby dziesięciu wiodących mistrzów czekoladnictwa. Są tu oryginalne, prawdziwie artystyczne pralinki (oraz inne zachwycające dzieła z czekolady!), można obejrzeć jak się je przygotowuje oraz spróbować wybranych z nich, a następnie zdecydować się na zakup tych, które najbardziej przypadły nam do gustu (elegancki pamiątkowy zestaw kosztuje 22 euro). Taki czekoladowy prezent będzie z pewnością doskonałą pamiątką ze stolicy Belgii.

Największą sławą wśród licznych producentów pysznej luksusowej belgijskiej czekolady w Brukseli cieszą się historyczne marki – Neuhaus, Godiva, Leonidas, Wittamer, Marcolini, Corné Port-Royal, Mary, Dandoy i Galler. W podróż brukselskim szlakiem czekolady najlepiej wybrać się ze swoją drugą połówką. Nic nie smakuje tak pysznie, jak tradycyjna belgijska pralinka skosztowana z ręki naszego ukochanego bądź ukochanej na malowniczym Grand-Place... 

 

PIWNYM SZLAKIEM

Piwo jest ulubionym napojem mieszkań ców Brukseli, jak również gości, którzy odwiedzają to miasto. Najsłynniejszymi markami, przygotowywanymi według sekretnie strzeżonych starych receptur, są Gueuze, Kriek, Lambic i Faro. Prawdziwi smakosze tego trunku nie ominą na pewno zabytkowego Domu Browarników (Maison des Brasseurs), który wznosi się przy przepięknym Grand-Place. Mieści się tu obecnie interesujące Muzeum „Belgijskich Browarników” (Museé des „Brasseurs Belges”). Jego zwiedzanie połączone jest (jakżeby inaczej!) z degustacją regionalnego piwa. Koneserów tego trunku nie powinno również zabraknąć w rodzinnym browarze Cantillon z 1900 r. W tym miejscu praktycznie nic się nie zmieniło od ponad 100 lat. Działa w nim muzeum lokalnych piw Gueuze i Kriek (oraz wielu innych!) – Museé Bruxellois de la Gueuze. Dowiedzieć się tu można naprawdę wiele o ich historii, składzie, tradycyjnej metodzie produkcji oraz dostępnych rodzajach. A na koniec zwiedzania na piwoszy czeka kolejna wyśmienita degustacja...

Legendarne brukselskie Delirium Café, rozciągające się na kilku piętrach i słynące z niesamowitej atmosfery, chwali się niebotyczną liczbą ponad 2 tys. różnych gatunków piwa (umieszczono je nawet w słynnej na całym świecie Księdze Rekordów Guinnessa!). Znajdziemy je na malowniczej uliczce Impasse de la Fidélité, zaledwie 100 metrów od Grand-Place. Spróbować tu możemy zarówno tradycyjnie ważonych lokalnych piw belgijskich, jak i tych wyszukanych, niezmiernie oryginalnych, o różnych, czasami zaskakujących nas, smakach, jak np. czekolady, grejpfruta itd.

 

MINI-EUROPE I ATOMIUM – PODRÓŻ PO ŚWIECIE MODELI

Na zdjęciach i pocztówkach ze stolicy Belgii jednym z dominujących motywów, obok Grand-Place i figurki Manneken Pis, jest Atomium. Wzniesiono go w 1958 r. z okazji Światowej Wystawy EXPO w Brukseli i kilka lat temu gruntownie odnowiono. Według planów, miała to być budowla czasowa, ale przypadła tak bardzo do gustu brukselczykom i turystom, że ma obecnie ponad 50 lat i nikt już nie myśli o jej rozebraniu. Atomium można podziwiać w malowniczym Parku Heysel w dzielnicy Laeken. Stanowi on część słynnego i niezmiernie atrakcyjnego brukselskiego parku rozrywki – Bruparck. Jest to zbudowany ze stali i aluminium gigantyczny, 102-metrowy model kryształu żelaza, który powiększono 165 mld razy. Składa się on z 9 dużych kul – atomów, z których jedynie 5 udostępniono do zwiedzania turystom. Wewnątrz nich mieszczą się interesujące wystawy – jedna stała prezentująca historię EXPO 1958 w Brukseli oraz cztery czasowe poświęcone tematom naukowym. Z najwyżej położonej kuli futurystycznego Atomium roztaczają się wspaniałe widoki na całą stolicę Europy. Jeśli mamy szczęście i trafiliśmy tu w słoneczną i bezchmurną pogodę, to dojrzeć możemy stąd nawet przedmieścia Antwerpii! Warto zjeść obiad w tutejszej słynnej panoramicznej restauracji. Mamy wówczas zapewnioną wspaniałą ucztę dla ciała i ducha…

U stóp Atomium rozłożył się sympatyczny park Mini-Europe. Odwiedza go rocznie ponad 300 tys. turystów z całego świata. Możemy w nim podziwiać miniatury najważniejszych budynków (w skali 1:25) ze wszystkich 27 krajów członkowskich Unii Europejskiej. Wykonano je z niezwykłą starannością i dbałością o detale. Tylko tutaj w kilka godzin odbędziemy krótką, lecz niezmiernie fascynującą podróż po naszej wspólnej „Małej Europie”... W tym doskonałym na rozrywkę dla całych rodzin parku znajdziemy m.in. paryską Wieżę Eiffla, londyńskiego Big Bena, brukselski Grand-Place, berlińską Bramę Brandenburską, lizbońską Torre de Belém (Wieżę Betlejemską), budapeszteńskie kąpielisko Szechenyi, a także piękne i znane budowle pochodzące z naszego kraju – Dwór Artusa, fontannę Neptuna i Pomnik Poległych Stoczniowców z Gdańska. Mini-Europe nie jest jednak zwykłym, statycznym muzeum na świeżym powietrzu… Na jego terenie zobaczyć możemy także (oczywiście, w miniaturze) jeżdżące po ulicach samochody oraz pędzące po torach słynne francuskie pociągi TGV, pływające po Kanale La Manche promy, gondole pokonujące urocze kanały w Wenecji, delfiny wyskakujące z wody czy strażaków walczących z pożarem w porcie w Barcelonie, jak również posłuchać hymnów narodowych wszystkich 27 państw członkowskich Unii Europejskiej. Niektóre modele „ożywają” po naciśnięciu znajdujących się przy nich przycisków – dzieje się tak w przypadku wulkanu Wezuwiusz (makieta ta wykonana została wyjątkowo w skali 1:100), który wówczas niespodziewanie wybucha, a po jego erupcji ziemia wokół nas zaczyna na chwilę drżeć. Na koniec naszej przygody z parkiem Mini-Europe warto odwiedzić – stworzone tutaj w 2003 r. przez znaną i cenioną belgijską firmę Tempora – niezmiernie ciekawe i wciągające interaktywne centrum Spirit of Europe (Duch Europy). Sprawdzimy w nim swoją wiedzę o naszym kontynencie i o Unii Europejskiej. Będą się tu wyśmienicie bawić zarówno dzieci, jak i dorośli…

 

Artykuły wybrane losowo

Z czym kojarzy się Peru…?

opracował

MICHAŁ DOMAŃSKI

Zapytaliśmy o to pięciu wybranych ekspertów, którzy znają doskonale tę magiczną krainę Inków… Poniżej znajdują się ich krótkie wypowiedzi na ten temat.

 

JUSTYNA CEMPEL-RYBICKA

PREZES DELUXE TRAVEL CLUB

Tajemnicze, dzikie, bogate w historię i fascynujące Peru kojarzę przede wszystkim z Cuzco, które uznawane jest za najstarsze wciąż zamieszkane miasto kontynentu oraz za archeologiczną stolicę Ameryki. Dzieje świetności i upadku imperium Inków można poznać podczas zwiedzania pobliskich ruin – Sacsayhuamán. Mimo iż Cuzco w języku keczua (miejscowych Indian) oznacza pępek świata, to jednak – moim zdaniem – określenie to pasuje dzisiaj bardziej do wprawiającego w zachwyt, otulonego mgłą i owianego tajemnicą Machu Picchu. Jest to najlepiej zachowane inkaskie miasto. Wzniesiono je w XV w., kiedy cywilizacja Inków znajdowała się u szczytu potęgi. Po ok. 100 latach zostało jednak opuszczone w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach. Machu Picchu podzielone jest na dwie części – rolniczą oraz mieszkalną ze Świątynią Słońca, Pałacem Królewskim, Świętym Placem i obserwatorium astronomicznym Intihuatana. W lipcu 2007 r. ogłoszono je jednym z siedmiu cudów świata nowożytnego.

Więcej…

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM

 

Cabo Verde – wyspiarskie oblicze Afryki

ROBERT STEFANICKI

Jeśli nie lubimy długich podróży samolotem, a marzy nam się Ameryka Południowa, warto odwiedzić wówczas Wyspy Zielonego Przylądka (Cabo Verde). W odległości jedynie ośmiu godzin lotu z Warszawy znajdziemy wulkany, solniska, tarasowe pola i rozległe plaże. Nie ma tylko lam.

Republika Zielonego Przylądka obejmuje archipelag złożony z Wysp Zawietrznych (Ilhas de Barlavento) i Podwietrznych (Ilhas de Sotavento), leżący w pobliżu najdalej na zachód wysuniętego fragmentu kontynentu afrykańskiego – Przylądka Zielonego. Miejsce to jako pierwsi zasiedlili Portugalczycy, którzy ściągnęli tu niewolników z Czarnego Lądu. Do dziś językiem urzędowym pozostaje portugalski.

To nie jest miłość od pierwszego wejrzenia. Wyspa Sal, na której mieści się lotnisko, oglądana z okien podchodzącego do lądowania samolotu wygląda jak naleśnik z brudnego piachu. Trudno doszukać się choćby skrawka zieleni, zawartej w nazwie tego państwa. Jeśli jednak nie zniechęcimy się na początku, na pewno nie wyjedziemy stąd zawiedzeni.

Więcej…