MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Każdego roku rośnie liczba polskich pasjonatów piwa i wina korzystających z ofert zagranicznych wyjazdów turystycznych stworzonych specjalnie z myślą o nich. Coraz więcej rodzimych biur podróży przygotowuje programy dedykowane koneserom piwnych i winnych zapachów i smaków. Łączą one przyjemność podróżowania, zwiedzania największych atrakcji danego kraju lub regionu z możliwością poznania w lokalnych browarach i winnicach procesów powstawania miejscowych niepowtarzalnych trunków, zamkniętych w kuszących butelkach z pięknymi etykietami. Na uczestników takich wypraw czekają także degustacje świeżo warzonych złocistych napojów z pianką czy najprzedniejszych win. Wśród polskich turystów dużą popularnością cieszą się wyjazdy piwne (turystyka browarna lub birofilska) m.in. do Belgii, zwłaszcza do Walonii i Brukseli. W tym państwie wytwarza się obecnie aż ponad 500 gatunków piwa. Nic więc dziwnego, że na pielgrzymki po belgijskich browarach ciągną miłośnicy złocistego napoju z całej Europy. Natomiast wycieczki winne (enoturystyczne) z Polski często prowadzą na Węgry – do kraju naszych bratanków, gdzie znajdują się aż 22 regiony winiarskie. Nie masz wina nad węgrzyna! – te słynne staropolskie powiedzenie może dziś potwierdzić wielu naszych miłośników szlachetnych gronowych trunków, którzy mieli przyjemność zwiedzać winiarnie w Egerze, Badacsony nad Balatonem czy Villány.

 

Belgia to raj dla piwoszy, państwo tysięcy uroczych piwiarni. Każda z nich ma swoją interesującą historię, oryginalne wnętrze i niepowtarzalny klimat przyciągający turystów z całego świata. Będąc na przepięknym Wielkim Placu (Grand-Place) w stołecznej Brukseli, możemy podziwiać liczne lokale w zabytkowych budynkach serwujące najlepsze regionalne piwa. Jest w czym wybierać, bowiem Belgia słusznie cieszy się opinią producenta wysokiej jakości złocistych napojów z pianką, w dodatku tworzonych z wielką fantazją… To samo, z tym że w odniesieniu do win, można powiedzieć o Węgrzech. Kraj naszych bratanków należy do czołówki państw wytwarzających szlachetne gronowe trunki, a wiele madziarskich produktów uznaje się za jedne z najlepszych na świecie. Wystarczy tylko wspomnieć o tokajach aszú lub szamorodni,czerwonych winach z lokalnego szczepu winogron Kékfrankos z regionu Villány czy słynnej „Byczej krwi” z Egeru – Egri Bikavér.     

W Belgii piwo jest czymś więcej niż tylko napojem z pianką. To przede wszystkim wspaniała tradycja narodowa – zarówno francuskojęzycznych Walonów, jak i posługujących się niderlandzkim Flamandów. W tym niezmiernie zróżnicowanym kulturowo kraju istnieje bardzo dużo kolorów i smaków piwa oraz wiele metod produkcyjnych. Większość gatunków ma długie dzieje, które zaczynają się często w czasach średniowiecza. Nic więc dziwnego, że już w XIV stuleciu powstały tutaj pierwsze cechy piwowarów – w 1308 r. w Brugii, w 1357 r. w Liège i w 1365 r. w Brukseli. Natomiast za najstarszy browar w Belgii z funkcjonującym nadal oryginalnym, XIX-wiecznym wyposażeniem uważa się waloński La Thiérache, dawniej znany jako Fevrier, stworzony w 1825 r. w Momignies w prowincji Hainaut. Każda miejscowość, w której warzono własne piwo, pilnie strzegła jego receptury, dlatego też istniały niezliczone gatunki tego trunku, a każdy z nich posiadał (i tak jest do dziś!) typowy dla siebie kufel. Obecnie działa w tym kraju, mimo fuzji lub kupienia przez zagranicznych inwestorów, ok. 125 belgijskich browarów (na początku XX w. było ich aż ponad 3200!).

                Jeszcze dłuższą tradycją od belgijskiego piwa może się pochwalić węgierskie wino. Od czasów panowania pierwszego króla Madziarów Stefana I Świętego, czyli od ok. 1000 r., produkcja szlachetnego gronowego trunku stała się niezmiernie ważną gałęzią gospodarki Węgier. Wzmianki o uprawie winorośli na Pogórzu Tokajskim (Tokaj-Hegyalja) znajdziemy już w dokumentach z XII w. W drugiej połowie XIII stulecia, w wyniku napływu francuskich i włoskich kolonistów, tutejsze winiarstwo rozwinęło się na dość znaczną skalę. Natomiast w XVI w. Tokaj stał się najważniejszym regionem winiarskim w całym kraju. Zawdzięczał to w dużym stopniu bliskości polskiej granicy i zajęciu przez Turków w 1595 r. konkurującego z nim Egeru. Znane było wówczas powiedzenie Vinum Hungariae natum, Poloniae educatum, czyli wino pochodzące z Węgier, a w Polsce „wykształcone”. Mówiono tak, bowiem sprowadzane do naszego kraju madziarskie szlachetne trunki (nazywane węgrzynami) składowano w beczkach, aby dać im szansę dojrzeć. Słynny tokaj aszú pojawił się po raz pierwszy w dokumencie pochodzącym z 1571 r., a rozsławił go na całą Europę władca Francji Ludwik XIV Wielki (1638–1715), który nadał mu tytuł Wina Królów, Króla Win (Vinum Regum, Rex Vinorum).  

 

PIWNYM SZLAKIEM PO MALOWNICZEJ WALONII

Region Waloński znany jest z kilku dużych browarów, jak np. Dubuisson w Pipaix (Leuze-en-Hainaut), Val-Dieu – opactwo koło miasteczka Aubel, Bocq w Purnode, Val de Sambre w Gozée (Thuin) czy Achouffe we wsi o tej samej nazwie położonej w Ardenach, a także z wielu małych producentów. Wytwarzają oni razem ogromną liczbę różnorodnych piw wysokiej jakości. Z pewnością warto odwiedzić Brasserie Dubuisson z 1769 r. Browar ten, znajdujący się niedaleko zabytkowego miasta Tournai, uważa się za najstarszy i najbardziej autentyczny nie tylko w prowincji Hainaut, ale i w całej Walonii. Koniecznie trzeba tu spróbować Bush Ambrée, stworzonego w 1933 r., mającego charakterystyczny bursztynowy kolor i aż 12 proc. zawartości alkoholu, co czyni z niego najmocniejsze belgijskie piwo.

                Niezmiernie interesującym miejscem jest też dawne opactwo cysterskie Val-Dieu z XIII w. Wznosi się ono nieopodal Aubel w prowincji Liège. To jedyny klasztor w Belgii, który ocalał z pożogi rewolucji francuskiej (1789–1799). Historyczny browar prowadzony tutaj przez zakonników przez wiele wieków został zburzony pod koniec XIX stulecia. W 1997 r. udało się jednak przywrócić tradycję warzenia piwa w murach opactwa. Do specjalności browaru Val-Dieu należą cztery gatunki trunków: „blond” (blonde) – lager (poddane dolnej fermentacji, 6-procentowe), „ciemne” (brune) – ale (wytwarzane przy pomocy drożdży górnej fermentacji, o delikatnym smaku kawowo-czekoladowym, 8-procentowe), „trójniak” (triple) – mocne, mające 9 proc. zawartości alkoholu – oraz tzw. Bière de Noël (Piwo św. Mikołaja), stanowiące zawsze prawdziwą niespodziankę dla birofilów.

                Warto również zajrzeć do Bocq usytuowanego w samym sercu Ardenów, w dolinie małej rzeki, od której wziął swoją nazwę, we wsi Purnode koło Yvoir w prowincji Namur. Ten uroczy, malowniczo położony tradycyjny browar został założony przez rodzinę Belot w 1858 r. Od tego czasu poświęciła się ona sztuce warzenia piwa. Możemy się tu dowiedzieć wielu interesujących rzeczy o technikach produkcji, a na koniec naszej wizyty skosztować wytwarzanych w Brasserie du Bocq wyśmienitych trunków: Gauloise (jasne, ciemne, bursztynowe, różowe owocowe, świąteczne na koniec roku i od niedawna mocne, 10-procentowe), Saison Regal, Triple Moine, Blanche de Namur, Saint-Benoît (jasne i ciemne) czy wreszcie lekkich, owocowych Applebocq czy Redbocq.

                Miłośników piwa nie zawiedzie także zwiedzanie z przewodnikiem małego browaru Val de Sambre mieszczącego się w dolinie Paix, w centrum dawnego opactwa Aulne w mieście Thuin w prowincji Hainaut. W średniowieczu cystersi produkowali tu dwa rodzaje trunków: mocne, zarezerwowane dla ojców przełożonych i ich gości, oraz lżejsze dla braci zakonnych i biedaków. W 1752 r. opactwo zostało niemal całkowicie zniszczone przez pożar. Jednak w 1796 r. zakonnikom udało się reaktywować historyczny browar, który zakończył ostatecznie swoje działanie przed 1850 r. Dopiero po 150 latach przywrócono tradycję warzenia piwa w tym zabytkowym miejscu. W 2000 r. otworzono tutaj Brasserie du Val de Sambre, gdzie wytwarza się obecnie tzw. Aulne Abbey Beers (ADA) – prawdziwe piwa zakonne, tworzone na bazie dawnych receptur cystersów. 

                Żaden szanujący się birofil nie powinien ominąć też założonego w 1982 r. browaru Achouffe, w którym produkuje się przez cały rok napoje z pianką o nazwie La Chouffe (jasne, złociste, z dodatkiem kolendry) i Mc Chouffe (ciemne, nazywane „szkocką Ardenów”, mające 8 proc. zawartości alkoholu), a w okresie zimowym również N’Ice Chouffe (mocne, 10-procentowe, ciemne, przyprawiane tymiankiem i curaçao). Te doskonałe piwa warzone są na bazie czystej wody źródlanej, nie podlegają filtrowaniu ani pasteryzacji. 

                W sumie w całej Walonii turyści mogą złożyć wizytę w ponad 40 interesujących browarach. Wybór jest więc ogromny. My jednak po zwiedzaniu i pysznych degustacjach, które czekały na nas w przedstawionych powyżej 5 miejscach, udajemy się już z niecierpliwością do Brukseli, nazywanej przecież „europejską stolicą piwa”...  

 

BRUKSELA – PIWNA METROPOLIA

Piwo to ulubiony napój brukselczyków, jak również gości odwiedzających to miasto. Najsłynniejszymi gatunkami, których muszą tutaj spróbować uczestnicy wyjazdów piwnych, są m.in. lambic (poddany fermentacji spontanicznej, produkowany ze słodu jęczmiennego z dodatkiem pszenicy), gueuze (powstający przez zmieszanie kilku roczników tego pierwszego, a następnie ponownie fermentujący w butelkach typu szampańskiego), kriek (z wiśniami), faro (tworzony przez kupażowanie lambika, dosładzany kandyzowanym lub  skarmelizowanym cukrem, zawiera od 4 do 6 proc. alkoholu) czy framboise (klasyczny lambic miesza się z konwencjonalnie fermentowanym napojem z pianką, potem dodaje się wyciąg z malin). Każdy prawdziwy birofil nie powinien przegapić wizyty w zabytkowym Domu Piwowarów (Maison des Brasseurs). Wznosi się on przy zachwycającym Wielkim Placu (Grand-Place). Działa tu obecnie interesujące Muzeum „Belgijskich Piwowarów” (Musée des „Brasseurs Belges”). Jego zwiedzanie połączone jest (nie może być przecież inaczej!) z degustowaniem regionalnego piwa. Miłośników tego trunku nie powinno także zabraknąć w słynnym rodzinnym browarze Cantillon, założonym w 1900 r., mieszczącym się w brukselskiej dzielnicy Anderlecht. W tym miejscu niemal nic się nie zmieniło od ponad 110 lat. Funkcjonuje w nim muzeum (Musée Bruxellois de la Gueuze) lokalnych rodzajów piwa – gueuze i kriek (oraz wielu innych!). Zdobędziemy tutaj naprawdę mnóstwo ciekawych informacji o dziejach, składzie, tradycyjnej technice produkcji oraz dostępnych na rynku typowo belgijskich gatunkach napoju z pianką. A na koniec zwiedzania browaru Cantillon czeka na nas następna wyśmienita degustacja...   

                Po wizycie w nim każdy birofil powinien zapamiętać, że jedynie w Brukseli i jej okolicach wytwarza się najbardziej winne z piw produkowanych na całym świecie – lambic. Powstaje ono tylko w tym miejscu, w dolinie rzeki Senne, bowiem wyłącznie tu może podlegać spontanicznej fermentacji (bez użycia tradycyjnych drożdży) w olbrzymich drewnianych kadziach, co zawdzięcza występującej tutaj bakterii Brettanomyces. Czyste piwo lambic (rzadko dostępne w tej formie) jest prawie niegazowane, niesłodzone i niemieszane, nie ma pianki, a w smaku przypomina trochę sok jabłkowy. Taki trunek wytwarza się właśnie w browarze Cantillon.   

                Legendarne brukselskie Delirium Café,składające się z kilku pięter i słynące z doskonałej atmosfery, szczyci się ogromną liczbą ponad 2 tys. różnych gatunków piwa. Nic więc dziwnego, że miejsce to znalazło się nawet w Księdze Rekordów Guinnessa. Znajdziemy je na uroczej uliczce Impasse de la Fidélité, jedynie 100 metrów od Grand-Place. Skosztować tu możemy zarówno tradycyjnie warzonych lokalnych piw belgijskich, jak i tych wyszukanych, bardzo oryginalnych, o różnych, czasami zaskakujących smakach, m.in. czekolady, banana czy grejpfruta. Spośród wielu piwiarni znajdujących się na brukselskim Wielkim Placu i w jego najbliższych okolicach polecamy też kultową À la Mort Subite. Będąc w stolicy Belgii i degustując tutejsze wyśmienite trunki, z pewnością nauczymy się na pamięć toastu à votre santé!, czyli Wasze zdrowie!. Uczestnikom podróży piwnych przyda się również rada od brukselczyków, którzy mówią, że jeśli za pierwszym razem nie zasmakowało się w lambiku, to znaczy, że należy go spróbować ponownie… À votre santé!

 

TOKAJ – WINO KRÓLÓW I KRÓL WIN

Z kolei wielbicieli wina z pewnością nie trzeba namawiać do odwiedzin zawsze atrakcyjnych i przyjaznych nam Węgier oraz tutejszych dwóch słynnych regionów winiarskich – Tokaju i Egeru. Krajobraz kulturowy tego pierwszego, położonego na północy kraju naszych bratanków i ustanowionego oficjalnie w 1737 r., został nawet wpisany w 2002 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obok niego znajdują się na niej jeszcze tylko trzy inne regiony winne: francuskie Saint-Emilion w Akwitanii oraz portugalskie Alto Duoro (górne Duero) i Pico w archipelagu Azorów, gdzie wytwarza się porto. Na Pogórzu Tokajskim (Tokaj-Hegyalja) powstaje najszlachetniejsze słodkie wino świata, jakim jest tokaj aszú. Historia tych ziem zawsze związana była z uprawą winorośli. Krajobraz kulturowy Tokaju w żywy sposób świadczy o długiej tradycji produkcji wina w tym malowniczym regionie, który tworzą niewysokie pagórki oraz doliny rzeczne. Zawiła siatka winnic, uroczych zabytkowych wiosek i miasteczek, z ich historycznym labiryntem piwnic, prezentuje wszystkie etapy powstawania tutejszych słynnych szlachetnych gronowych trunków. Warto przypomnieć, że swoją światową karierę tokaj aszú, zdobywca ponad 10 tys. złotych medali na konkursach winiarskich, zawdzięcza polskim kupcom, którzy zaczęli nim handlować na szeroką skalę w XVI w. Przywozili węgrzyna do kraju, a potem spławiali Wisłą do Gdańska i sprzedawali w całej Europie. Nic więc dziwnego, że wiele węgierskich możnych rodzin posiadało na Pogórzu Tokajskim własne piwnice – wystarczy choćby wymienić Batorych, Bethlenów, Rakoczych czy Thökölych. Król Francji Ludwik XIV Wielki, lord protektor Anglii, Szkocji i Irlandii Oliver Cromwell (1599–1658), car Rosji Piotr I Wielki (1672–1725) czy cesarzowa Katarzyna II Wielka (1729–1796) to tylko niektóre z wybitnych postaci, które uwielbiały pochodzące stąd wino.

Dzisiaj turystów przyciąga tu m.in. wzniesiona w XV w. słynna piwnica Rakoczych (Rákóczi Pince) w mieście Sárospatak, kulturalnym centrum regionu. Można w niej spróbować wyśmienitych, wielokrotnie nagradzanych tokajskich szlachetnych gronowych trunków. O ich doskonałym smaku decyduje łagodny i ciepły klimat, urodzajne wulkaniczne gleby oraz unikalny skład pleśni w miejscowych piwnicach winnych. Uczestnicy podróży enoturystycznych (w tym i my!) nie omijają również Bortemplom, czyli Kościoła Winnego w Sátoraljaújhely (obecnie jedynego tego typu na Węgrzech), w którego podziemiach składowano wino. W tym sympatycznym mieście, rozsławionym w Polsce przez pierwszą część filmu C.K. Dezerterzy, warto także zajrzeć do tutejszych piwnic (Ungvári Pince). Na koniec naszej krótkiej wizyty na Pogórzu Tokajskim udajemy się jeszcze do wspaniałej historycznej winnicy Oremus w miejscowości Tolcsva. Założył ją w 1616 r. książę Siedmiogrodu Jerzy I Rakoczy (1593–1648). Od 1993 r. znajduje się ona w rękach hiszpańskiej rodziny Álvarez. Czas nas jednak nagli i musimy już jechać do Egeru… Obiecujemy sobie, że w przyszłym roku wrócimy na dłużej do pięknego tokajskiego regionu winiarskiego.  

 

GWIAZDY EGERU

Eger, usytuowany w północno-wschodniej części kraju, stanowi kolebkę najsłynniejszego węgierskiego czerwonego wina – Egri Bikavér. Początki uprawy winorośli na tych ziemiach sięgają XI w., kiedy to za panowania króla Stefana I Świętego założono tu biskupstwo (w 1009 r.), a przybywający w te strony zakonnicy sprowadzili ze sobą winne grona.

Stolicą regionu winiarskiego jest Eger, modne uzdrowisko ze źródłami wód termalnych, położone malowniczo między Górami Bukowymi i pasmem górskim Mátra. Ta 60-tysięczna miejscowość może się pochwalić m.in. uroczym historycznym centrum (Belváros), nazywanym często „barokową perłą Europy”, wspaniałym średniowiecznym zamkiem (znanym wszystkim Madziarom ze zwycięskiej obrony przed Turkami w 1552 r.), zabytkowymi kościołami i pałacami czy wreszcie biegnącym pod ulicami i budynkami całym systemem piwnic winnych, który rozciąga się na długości ponad 140 km. Tłumy turystów przyciągają tutaj znajdujące się na każdym kroku klimatyczne winiarnie i kawiarnie. Żelaznym punktem wycieczek enoturystycznych jest tzw. Dolina Pięknej Pani (Szépasszony-völgy), leżąca 1,5 km od centrum. Słynie ona z ok. 200 wykutych w wulkanicznym tufie piwniczek winnych oraz licznych gospód z tradycyjną kuchnią węgierską, nazywanych czardami. Koniecznie trzeba też obejrzeć należącą do 4-gwiazdkowego Hotelu Korona ponad 220-letnią Piwnicę Świętego Stefana i Narodowe Muzeum Wina (István Pince és Nemzeti Bormúzeum), gdzie prezentowane są zbiory przedstawiające dzieje węgierskiego winiarstwa (wszystkich 22 regionów), przeprowadza się degustacje wyśmienitych szlachetnych trunków pochodzących od najlepszych miejscowych winiarzy i organizuje występy folklorystyczne.

Eger słynie nie tylko z czerwonych, ale i białych win o wysokiej jakości. Jednych z najprzedniejszych z nich (Egri Chardonnay, Egri Csillag czy Egri Királyleányka) spróbujemy w piwnicy rodziny Thummerer, która mieści się w Noszvaj, uroczej, zielonej miejscowości usytuowanej kilka kilometrów od Egeru, mającej podobno najczystsze powietrze na Węgrzech. Po degustacji warto się udać na relaksujące zabiegi SPA & Wellness do położonego tuż obok w lesie nowego 4-gwiazdkowego Oxigén Hotel & ZEN SPA, a potem skorzystać z doskonałej karty win restauracji hotelowej, zawierającej szeroki wybór najlepszych białych i czerwonych szlachetnych gronowych trunków z regionu Egeru. My postanowiliśmy w tym malowniczym miejscu, że powrócimy w te okolice, do Noszvaj, już za rok. Czeka tu na nas przecież tyle jeszcze atrakcyjnych miejsc do zobaczenia i tyle wyśmienitych win do skosztowania! Eger ma do odkrycia mnóstwo prawdziwych gwiazd, ale o tym następnym razem… Egészségetekre!, czyli Wasze zdrowie!.  

 

 

 

 

               

                    

               

                 

                 

 

 

 

 

 

Artykuły wybrane losowo

Peru – duch Inków

PIOTR MACIEJ MAŁACHOWSKI

 

Peru jest fascynującym państwem, ale może też rozczarować tych, którzy nie znają choć trochę historii kraju Inków, jeśli po przyjeździe tutaj nie spotkają nie tylko żadnego z nich, a nawet ich potomków. Pod względem bogactwa dziedzictwa historycznego Peru zajmuje trzecie miejsce na świecie, zaraz po Włoszech i Izraelu. Tak wynika z analizy marek państw przeprowadzonej przez globalną organizację FutureBrand. W pozostałych czterech wskaźnikach – poziom oferty turystycznej, klimat dla przedsiębiorczości, jakość życia i system wartości – kraju utożsamianego z Inkami nie ma nawet w pierwszej trzydziestce.

Więcej…

Tajlandia zmysłowa

 

 

temple_of_the_emerald_buddha.jpg

Bangkocka Świątynia Szmaragdowego Buddy

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Katarzyna Byrtek

 

Prawdopodobnie większość Europejczyków słyszała o tajskich niebiańskich plażach, białym piasku i lazurowej wodzie. Jednak Tajlandia to nie tylko rajska kraina uśmiechów, idealna na wakacyjny leniwy wypoczynek, lecz także kraj dostarczający różnorodnych i mocnych wrażeń. Zapewnią nam je m.in. degustacje najlepszej kuchni świata, oglądanie emocjonujących walk boksu syjamskiego („muay thai”) na ringu i zwiedzanie niezmiernie kolorowego podwodnego królestwa zamieszkanego przez wyjątkowe stworzenia. 

Z klimatyzowanego samolotu przez klimatyzowany terminal docieram aż do metra prowadzącego do centrum Bangkoku. Wagon pociągu jest tak wychłodzony, że nie zdejmuję i nie chowam swojego europejskiego swetra. Wkrótce dojeżdżamy jednak do stacji końcowej i wysiadam w bangkocką noc – parną, duszną, gorącą tak, że fala ciepła zatrzymuje mnie na peronie na ułamek sekundy. Moje ciało ciągle pamięta środek warszawskiej zimy. Jak ja tu będę żyć przez dwa miesiące – myślę. W Tajlandii w najchłodniejszym okresie temperatura sięga 30°C, a woda w morzu nagrzewa się do 26°C. W trakcie naszej jesieni i zimy trwa w tym rejonie pora sucha, a powietrze jest przyjemniejsze i mniej wilgotne niż np. w lecie, kiedy część kraju dręczą uparte monsuny i deszcze. Wytchnienie dają klimatyzowane pomieszczenia. Zresztą mieszkańcy całej Azji Południowo-Wschodniej mają niemal obsesję na punkcie chłodzenia się. Klimatyzacja zwykle bywa nastawiona nie na komfortowe dla Europejczyka 20–22°C, ale na temperaturę znacznie niższą. Dlatego do kina zawsze trzeba się ciepło ubrać, przed podróżą nocnym autobusem wyjąć bluzę i szal, a nawet narzucić coś na siebie przy każdej przejażdżce metrem.

Tajlandia cieszy się dużą popularnością wśród turystów z całego świata głównie ze względu na przepiękne plaże i lazurowe morze. Warto jednak wyjść nieco poza ten schemat, zrezygnować z błogiego wylegiwania się na złotym piasku choć na kilka dni i przeżyć o wiele więcej. To idealny cel wyjazdów dosłownie dla wszystkich – rodzin z dziećmi, backpackerów, którzy muszą nieraz zaciskać pasa, miłośników sportów i wielbicieli leniuchowania, samodzielnych podróżników czy królów imprez.

Raj dla kubków smakowych

Jedzenie stanowi wielką atrakcję w czasie wizyty w Tajlandii. Nie bez powodu kuchnia tajska uważana jest za najciekawszą i najlepszą na świecie. Niespróbowanie miejscowych przysmaków byłoby prawdziwym grzechem. Trzeba jednak pamiętać, że tosty zapiekane z szynką sprzedawane w popularnej sieci sklepów 7-Eleven wcinają tylko przyjezdni, a tutejsze śniadanie, obiad i kolacja niespecjalnie się od siebie różnią – rano można spokojnie zajadać się grillowaną wieprzowiną, kurczakiem czy dużą miską wywaru mięsnego z makaronem ryżowym.

Jeśli do obiadu nie dostaliście pałeczek, lecz sztućce, nie martwcie się, nikt nie zwątpił w wasze umiejętności posługiwania się nimi. W Tajlandii większość dań je się po prostu łyżką i widelcem (noże to rzadkość). Pałeczki, razem z łyżką, podawane są najczęściej do zupy z makaronem ryżowym.

W kuchni tajskiej wszystko kręci się wokół ryżu (zamówić go można nawet w miejscowym KFC), intensywnych przypraw i różnych rodzajów mięsa. Najsłynniejsze jest boskie pad thai, czyli smażony makaron ryżowy m.in. z jajkiem, sosem rybnym, orzeszkami, krewetkami, serwowany z połówką limonki i kiełkami. Nie wolno nie spróbować chociaż jednej z wersji curry (mieszanki przypraw rozprowadzanej w mleku kokosowym podawanej z mięsem, warzywami i ryżem) – do wyboru czerwone, zielone, żółte bądź łagodniejsze phanaeng curry (panang curry lub penang curry). Z kolei tom yam (tom yum) to intensywna kwaśno-pikantna zupa na mleku kokosowym. Ciekawą propozycję na lunch stanowi też sałatka z papai. Na deser często zamawia się lepki ryż khao niaw z bananem, mlekiem kokosowym czy jajkiem.

Przed wyruszeniem na wędrówkę w poszukiwaniu tajskich specjałów trzeba również odrzucić restrykcyjne zasady polskiego sanepidu, aby móc beztrosko zapuścić się w uliczki, gdzie na każdym kroku spotkać można dymiące wózki pełne świeżo przygotowanych smakołyków (wspomnianej zupy albo np. nadzianego na patyki mięsa). Wokół nich chaotycznie poustawiane są małe stoliki z niskimi plastikowymi krzesłami – nie ma na nich serwetek i sztućców, ale atmosfera jedzenia na ulicy jest niepowtarzalna. We wszystkich miastach i punktach, gdzie zatrzymują się autobusy dalekobieżne, znajduje się przynajmniej kilka niewielkich targów, na których oprócz świeżych owoców czy ryb sprzedaje się przeróżne mieszanki mięsa z lokalnymi warzywami przyprawione prawdziwie po tajsku. Posiłki na wynos pakuje się do zawiązywanych woreczków. Duża część lokali typowo restauracyjnych powstała dla turystów, dlatego ceny bywają w nich nawet kilkakrotnie większe, a dania – nie zawsze oryginalne.

W słynnej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej Pattaya,uchodzącej za jedno z centrów seksbiznesu,koniecznie należy odwiedzić chińsko-tajskie restauracje z rodzaju all you can eat (pol. jesz, ile chcesz). Pośrodku stołu znajduje się w nich wielki rozgrzany gar, w którym goście samodzielnie gotują lub przysmażają jedzenie. W formie szwedzkiego stołu wystawione są przeróżne warzywa, owoce, mięsa i najrozmaitsze owoce morza. Większe porcje tych dwóch ostatnich składników można wybrać samemu i oddać w ręce obsługi, która przygotuje je na grillu.

Moje własne curry

W Tajlandii przyrządzimy też miejscowe przysmaki samodzielnie pod okiem doświadczonego szefa kuchni w czasie kursu gotowania. Nawet największym obżartuchom powinien wystarczyć półdniowy wariant takiego szkolenia, w trakcie którego przygotowuje się kilka dań, a potem je konsumuje. W menu pojawiają się doskonała zupa kokosowa tom kha czy wspomniana już tom yam, makaronowe pad thai, jeden z rodzajów sajgonek i deser. W moździerzu uciera się również proszek curry, którego później dodaje się do potrawy z ryżem. Takie własnoręcznie przyrządzone specjały to prawdziwe niebo w gębie.

Największy wybór godnych polecenia kursów gotowania znajdziemy w mieście Chiang Mai, położonym w północnej części kraju. To jeden ze standardowych przystanków wszystkich turystów w Tajlandii, dlatego zaplecze usługowe jest w nim na tyle rozwinięte, że przyjezdni mogą siedzieć tu ponad tydzień i nigdy się nie nudzić.

Dzień najlepiej zacząć na lokalnym targu. Niektóre sprzedawane na nim produkty są tak niezwykłe, że człowiek z Europy Środkowej nie tylko dziwi się, że Tajowie je jedzą, ale też zastanawia, jak to robią. Do najsłynniejszych tego typu osobliwości należy zielonkawy durian z grubą skórką przypominającą nieco kolce. Ciągnie się za nim opinia najbardziej śmierdzącego owocu świata. Kiedy w pokoju w hostelu czuć zapach starych skarpetek, niekoniecznie winę za to musi ponosić niechlujny współlokator. Może ktoś nielegalnie (większość obiektów noclegowych wywiesza kartki z rysunkiem przekreślonego duriana) przemycił cuchnący smakołyk. Podobno nie wolno spożywać go także z alkoholem lub kawą.

Ciało do ciała

Po spacerze z orzeźwiającym świeżo zmiksowanym sokiem z owoców egzotycznych w ręce przychodzi czas na relaks. Wbrew obiegowej opinii większość tajskich masaży wcale nie kończy się zaspokojeniem seksualnym. Zabieg ten ma długą historię, a za jego legendarnego twórcę uchodzi sam lekarz Buddy – Shivago Komarpaj (Jīvaka Komarabhācca), żyjący ok. VI w. p.n.e. W rzeczywistości rozwój tej techniki masowania był bardziej złożony, bo czerpie ona z tradycji Chin, Indii i innych południowoazjatyckich krajów.

Wizyta w miejscowym salonie bywa niełatwym przeżyciem dla osób nieśmiałych i kruchych – taki masaż jest wyjątkowo kontaktowy i intensywny. Przed nim rozbieramy się do majtek albo zakładamy coś w rodzaju luźnego szlafroka i kładziemy się na materacu lub specjalnej leżance. W trakcie zabiegu masażystka używa różnych części ciała: łokci, stóp, kciuków bądź przedramion, może na nas siadać, trzymać za rękę, przyciskać nasze ciało do swojego. W przypadku tej techniki nie chodzi tyle o delikatne ugniatanie mięśni i skóry, co o naciskanie odpowiednich punktów i rozciąganie. Tajski masaż łączy elementy akupresury, pasywnej jogi i refleksologii. Czasem wywołuje chwilowy ból, ale po wszystkim człowiekowi wydaje się, że jest na tyle rozciągnięty, iż urósł kilka centymetrów. Taka sesja niesamowicie odpręża, dlatego zaleca się korzystanie z jej dobrodziejstw przynajmniej raz w tygodniu, nie tylko na urlopie. Osoby krępujące się tak bliskiego kontaktu z obcym człowiekiem mogą skusić się na wymasowanie stóp czy karku i głowy. Salony masażu znajdziemy tutaj dosłownie wszędzie, m.in. na południowych wyspach, w Bangkoku lub północnym Chiang Mai (gdzie działa zresztą najbardziej renomowana szkoła masażu).

Wielki błękit

scuba_diving_andaman_sea.jpg

W wodach Morza Andamańskiego nurkowie spotkają m.in. rekiny brodate

©THAITRAVELMART.COM



Ciepłe przejrzyste morze, bogactwo kolorowych ryb i zapierające dech w piersiach rafy koralowe przyciągają co roku do południowej Tajlandii tysiące turystów, a podwodny świat tego regionu od zawsze trafia do pierwszych dziesiątek rankingów najciekawszych nurkowisk na ziemi. Jeśli ktoś nie wie nic o nurkowaniu, to nic nie szkodzi. Może kupić albo wypożyczyć maskę, rurkę oraz płetwy i wybrać się na eksplorację dna morskiego na własną rękę na płytkie wody blisko brzegu. Dobrze dopytać się o lokalne warunki – w niektórych miejscach występują silne prądy lub fale, które wyrzucają na skały czy rafy. Najlepsze do snorkelingu są okolice wysp Koh Lipe, Koh Chang i Koh Samui.

Warto jednak zarezerwować sobie kilka dni bądź tydzień i wykupić podstawowy kurs nurkowy ze sprzętem – tutejsze ceny należą do najkorzystniejszych na świecie, a to, co zobaczymy pod powierzchnią morza w Tajlandii, jest zdecydowanie atrakcyjniejsze niż widoki podczas szkoleń prowadzonych na basenie i jeziorach w Polsce. Co więcej, sprzyjające warunki panują tu cały rok (z małymi wyjątkami), temperatura wody w zasadzie nie spada poniżej 26°C, a najlepszy okres do nurkowania to styczeń–marzec, czyli szczyt tajskiego sezonu. Zwykle nie ma konieczności zapisywania się na lekcje z wyprzedzeniem. Nawet na mniejszych turystycznych wyspach działa po kilka firm, bez problemu już na miejscu sprawdzimy ceny, dostępność i terminy kursów. Dobrze też zainteresować się, jakie certyfikaty posiada instruktor, czy dogadamy się z nim w jakimś języku, którym władamy, i co dokładnie zawiera dana oferta.

Cisza pod wodą, otaczające człowieka rozległe przestrzenie czy uczucie latania to dodatkowe argumenty przemawiające za spróbowaniem nurkowania. Niemal 75 proc. wszystkich gatunków fauny morskiej i koralowców na świecie występuje właśnie w Azji Południowo-Wschodniej – od malutkich koników morskich, przez płaszczki, ośmiornice, węże wodne, po kilku- lub kilkunastometrowe ryby. Spotkania z tymi stworzeniami nigdy się nie zapomina. Zachwycają również podwodne jaskinie, bloki skalne i wraki łodzi. Tajlandię można podzielić na trzy rejony idealne dla nurków. Pierwszy z nich stanowi zachodnie wybrzeże ze słynną wyspą Phuket oraz archipelagiem Phi Phi, leżący na północ od niego obszar, na który składają się wyspy Similan, Koh Bon, Koh Tachai i Skała Richelieu (Richelieu Rock), a także region południowy, czyli Koh Haa, Hin Daeng, Hin Muang i Koh Lipe. Z kolei w północnej części Zatoki Tajlandzkiej warto odwiedzić Pattayę i Koh Chang. Natomiast na jej południowym terenie miłośników podwodnych przygód przyciągają Koh Tao i Koh Samui.

Na siedzeniu tuk-tuka

phi-ph-island-1.jpg

Koh Phi Phi Don jest największą wyspą w archipelagu Phi Phi

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND



Istnieje wiele sposobów podróżowania po kraju Tajów. Wielką frajdą będzie na pewno zwiedzanie wybranej wyspy na własną rękę wypożyczonym na jeden lub kilka dni skuterem. Samodzielne prowadzenie środka transportu (wynajęcie samochodu bywa znacznie droższe) daje dużą niezależność. Nie tylko nie jesteśmy wówczas uzależnieni od rozkładów jazdy, lecz także bez problemu możemy zatrzymać się przy opuszczonej rajskiej plaży i wskoczyć wprost do orzeźwiającej wody.

W dużym mieście warto choć raz przejechać się tuk-tukiem, czyli autorikszą pełniącą funkcję taksówki. Taki trzykołowy pojazd wygląda jak motor z dobudowanym z tyłu wózkiem, który pomieści kilka osób. Jazda zatłoczonymi ulicami Bangkoku podniesie ciśnienie krwi niejednemu Europejczykowi. Jeśli ktoś podróżuje samodzielnie, może skorzystać z taksówek motorowych i skuterowych. Pasażer plecak wkłada pod kierownicę i wskakuje na siedzenie za kierowcą, który pędzi, przeciskając się między samochodami i ignorując większość znaków drogowych. Trudno powiedzieć, czy to aby na pewno bezpieczne, ale przeżycia z takiej przejażdżki są z pewnością niezapomniane.

Tajlandia to wręcz wymarzone miejsce dla miłośników morza i wysp, a co za tym idzie, zapalonych żeglarzy. Wystarczy zebrać grupę znajomych i wypożyczyć jacht albo katamaran, aby przemierzać bezkresną Zatokę Tajlandzką, a podczas rejsu zatrzymywać się w każdej chwili przy opuszczonych lądach, opalać bez towarzystwa tłumu turystów i nurkować z maską wśród bajecznych raf koralowych.

W świetle księżyca

shopping_at_khao_san_road1.jpg

Ulicę Khao San w centrum Bangkoku odwiedzają tłumy turystó

©THAITRAVELMART.COM



Wieczorem siadamy w jednym z barów. Noc jest gorąca, w środku stoją plastikowe krzesła i stół bilardowy, gra głośna muzyka. Podają tutaj tajskie piwa Chang i Singha bądź popularnego Tigera z Singapuru, czasem z lodem. Dla niektórych wakacje to moment, kiedy wreszcie mogą beztrosko imprezować i nie martwić się wczesnym wstawaniem. Do najlepszych do tego miejsc należy Bangkok – znajdziemy w nim słynną ulicę dla backpackerów Khao San, luksusowe bary na dachach wieżowców (rooftop bars) czy dzielnicę czerwonych latarni Patpong odwiedzaną przez licznych zagranicznych przybyszów. Wiele osób przyciągają kolorowe nocne światła położonego na wybrzeżu miasta Pattaya, centrum tajskiego seksbiznesu, w którym przy głównej ulicy działają kluby dla gejów oraz lokale oferujące pokazy erotyczne lub występy kathoey, czyli tzw. ladyboys (osób, które przyswoiły sobie cechy przeciwnej płci, uważanych w buddyzmie za trzecią płeć). Dzikie noce w ociekającej alkoholem i seksem Pattayi niezbyt przypadną do gustu osobom ceniącym zwykłego typu rozrywki czy rodzinom z dziećmi. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że seksturystyka to nie tylko niewinna wakacyjna zabawa, lecz także branża kontrolowana przez mafie i związana z wykorzystywaniem kobiet oraz zmuszaniem nieletnich do prostytucji.


Bawić można się wszędzie, ale dobre towarzystwo i odpowiedni termin to czasem podstawa. Tajlandia słynie na świecie z full moon party, czyli całonocnych imprez nad brzegiem morza organizowanych na południu kraju w dzień przed pełnią księżyca, w jej trakcie albo dzień po niej. Zwyczaj ten zainicjowano na plaży Haad Rin na wyspie Phangan w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej. W 1985 r. odbyło się pierwsze takie wydarzenie dla kilkudziesięciu osób. Wkrótce zyskało sławę i dziś przyciąga przynajmniej kilka tysięcy uczestników, w większości turystów, a jego odpowiedniki spotkamy również na innych wyspach. Na full moon party usłyszymy muzykę reggae, trance, rhythm and blues, techno, house czy drum and bass. Alkohol leje się strumieniami, nierzadko pojawiają się też inne środki odurzające. Trzeba jednak wiedzieć, że kary za posiadanie i sprzedawanie narkotyków w Tajlandii są wyjątkowo surowe.

Emocje na ringu

Wielbiciele widowisk podnoszących poziom adrenaliny we krwi także nie będą się w tym kraju nudzić. Muay thai, czyli boks tajski (boks syjamski), to bardzo popularna sztuka walki, szczycąca się niemal statusem sportu narodowego i przyciągająca tysiące żądnych wrażeń Tajów i zagranicznych turystów. Zwykle podoba się nawet osobom, które nie są fanami bijatyk na ringu. Ma wielowiekową tradycję, a wiele ze starych elementów przetrwało do dzisiaj – pojedynek zaczyna się od rytualnego tańca wojownika wai khru. Kiedyś w jego trakcie prezentowano region, z którego pochodził zawodnik. Ta część stanowi jednocześnie rozgrzewkę. Cała walka odbywa się na stojąco, przeciwnicy używają niskich kopnięć okrężnych, uderzeń łokciami i kolanami oraz tzw. klinczu, czyli chwytu klamrowego rękami. Niesamowitą atmosferę na widowni tworzy rozemocjonowana publiczność zawsze reagująca na silniejszy cios, przekrzykująca się, obstawiająca wynik w każdym momencie spotkania. Walczą w większości Tajowie, ale zdarzają się też zawodnicy z innych krajów. Niektórzy z nich są bardzo młodzi – trafiają się nawet 15-latkowie. Za najlepsze areny bokserskie uchodzą Lumpinee Boxing Stadium i Rajadamnern Stadium w Bangkoku oraz te na Phuket i Koh Samui czy w Chiang Mai.

Noc w dżungli

Liczne parki narodowe, dziewicza przyroda i zielona dżungla, w głąb której urządza się kilkudniowe wędrówki, czekają na wszystkich mających odwagę zejść nieco ze standardowego szlaku pełnego piaszczystych plaż i taniego piwa Chang. Leśnych ścieżek i zorganizowanych wycieczek szukać można w różnych częściach kraju, zarówno na popularnej północy, jak i w regionie wschodnim, często omijanym przez turystów. Dużo wypraw trekkingowych organizuje się w prowincjach Chiang Mai i Chiang Rai, Mae Hong Son, Kanchanaburi, Krabi, dystrykcie Mae Sot czy Parku Narodowym Khao Yai. Jeśli musimy wybrać jedno miejsce, warto zaufać ekspertom z UNESCO i odwiedzić Kompleks Leśny Dong Phayayen-Khao Yai, leżący w środkowej Tajlandii, stosunkowo niedaleko od stolicy. Podczas planowania wędrówek należy brać pod uwagę porę roku. Inaczej niż na wybrzeżu w okresie zimowym temperatura powietrza na terenach wyżej położonych bywa znacznie niższa od tej panującej w pozostałych miesiącach.

Światło i dym

Tajlandia to kraj o długiej historii i bogatej tradycji, dobrze więc poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jej najważniejszymi zabytkami i dowiedzenie się czegoś więcej o dominującym tutaj buddyzmie. Do obowiązkowych miejsc do zwiedzenia w Bangkoku zaliczają się przepiękny Wielki Pałac Królewski z Wat Phra Kaew (Świątynią Szmaragdowego Buddy), jedna z najstarszych tajskich budowli sakralnych Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy) oraz Wat Suthat z 28 chińskimi pagodami symbolizującymi 28 postaci Buddy. Na prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO znajdują się m.in. stanowisko archeologiczne Ban Chiang, dawna stolica Syjamu Ayutthaya, ruiny miasta Sukhothai czy rezerwaty dzikiej przyrody rozciągające się wzdłuż granicy z Birmą występujące pod wspólną nazwą Thung Yai-Huai Kha Khaeng.

Choć flaga Tajlandii jest niebiesko-biało-czerwona, to zdecydowanie dominują tu kolory pomarańczowy, złoty i biały. Można się o tym przekonać w trakcie jednego z buddyjskich świąt. W jakimkolwiek mieście wtedy będziemy, udajmy się do najbliższej świątyni i przeżyjmy je razem z Tajami. W czasie pełni księżyca obchodzi się Makha Bucha (Magha Puja), kiedy to rozbłyskają setki świateł, a w powietrzu unosi się dym. Pochód ze świeczkami i kwiatami prowadzony przez ubranych na pomarańczowo mnichów okrąża kilkakrotnie kompleks świątynny. Z kolei Songkran to tradycyjny tajski Nowy Rok (wypada na połowę kwietnia). Na ogół spędza się go w gronie rodziny, a do jego zwyczajów należy obmywanie posągów Buddy w świątyniach lub w czasie procesji (przewozi się je na bagażnikach samochodów). Przez kilka dni ulice pełne są roześmianych ludzi, którzy malują się białą kredą i oblewają wodą. Przypomina to trochę nasz śmigus-dyngus.

Tajskie niezwykłości

W Tajlandii zaskoczy nas wiele rzeczy. Na śniadanie dostaniemy ryż z mięsem lub zupę z makaronem ryżowym, a niedojrzałe mango serwuje się tu z sosem rybnym albo chilli. Do większości potraw otrzymamy łyżkę i widelec. Piwo z kolei często podaje się z lodem.

Do zwykłych widoków należą w tym kraju mnich bawiący się telefonem komórkowym czy słonie spacerujące po ulicach. Na drogach trzeba zachować ostrożność, bo przepisy dla uczestników ruchu traktuje się raczej jako wskazówki niż nakazy i zakazy.

Niemal wszystkie kremy dostępne w sklepach przeznaczone są do rozjaśniania skóry. Klimatyzacja w środkach komunikacji i pomieszczeniach ustawiona jest na dość niską temperaturę – sweter w autobusie to konieczność. Hymn państwowy rozbrzmiewa z głośników dwa razy dziennie, dodatkowo również przed każdym seansem w kinie.

Na północ przez Litwę, Łotwę i Estonię

Drewniana kaplica w Kiernowie nad Wilią
Kernav - Laimonas Ciunys
© WWW.LITHUANIA.TRAVEL/LAIMONAS CIŪNYS

Potężne tallińskie średniowieczne mury obronne z basztami i bramami

panorama-tornidevaljak

© VISIT ESTONIA/KAUPO KALDA

Piękna fasada Domu Bractwa Czarnogłowych na Starym Mieście w Rydze

house-of-the-blackheads

© WWW.LATVIA.TRAVEL

KATARZYNA BYRTEK


Litwa, Łotwa i Estonia, choć na pierwszy rzut oka wydają się do siebie podobne, są jednak całkiem inne. Podróż po tych trzech bałtyckich krajach będzie z pewnością pełna porównań, ale też nietypowych atrakcji. Zwiedzanie parku z socjalistycznymi pomnikami i wyspy, na której rządzą kobiety, podziwianie mnóstwa wspaniałych secesyjnych budynków, spacer po bagnach i oglądanie białych nocy – to wszystko przeżyjemy podczas naszej wyprawy. Ruszamy na północ!

Więcej…