ELŻBIETA PAWEŁEK

                                                                                                              FOT. ZILLERTAL TOURISMUS GMBH

<<Największe ośrodki sportów zimowych z niepowtarzalną górską scenerią, snowparki dla snowboardzistów i amatorów freestyl’u oraz setki kilometrów bajecznych nartostrad – to marzenie wszystkich zapalonych narciarzy. Tej zimy każdy powinien poszaleć na nartach w jednym z bajecznych kurortów – z dziećmi, rodziną, przyjaciółmi bądź solo, a czasem nawet w towarzystwie gwiazd z pierwszych stron gazet. >>

Nie od dziś wiadomo, że nic tak nie urozmaica sennego zimowego okresu jak udane podróże. Dlatego też wyjazdy na narty od wielu lat cieszą się dużą popularnością wśród Polaków. Aktywny wypoczynek znakomicie wpływa na organizm człowieka. Urlop na jednej lub dwóch deskach pozwala zachować kondycję, a ciepłe promienie słoneczne, ogrzewające stoki, skutecznie poprawiają wszystkim samopoczucie. Wśród przepięknych górskich widoków, z grupą sprawdzonych przyjaciół czy najbliższych, na pewno uda nam się zapomnieć o codziennej miejskiej szarości.

 

W tym wydaniu All Inclusive wybraliśmy specjalnie dla miłośników białego szaleństwa najlepsze miejscowości i regiony narciarskie w Europie i na obrzeżach Azji. W naszej finałowej dziesiątce królują alpejskie stacje: Sankt Moritz, Zillertal czy Les Trois Vallées, ale nie brak też nowych gwiazd – bułgarskiego Banska i tureckiego Palandöken. Również nasi południowi sąsiedzi, Słowacy i Czesi, mają się czym pochwalić.

 

Zillertal – w królestwie śniegu

Jest tu wszystko, o czym marzą zapaleni narciarze – urozmaicone szlaki i jedyny całoroczny lodowiec w Austrii. Nic więc dziwnego, że dolina rzeki Ziller wielokrotnie zdobywała międzynarodowe nagrody. W jej sześciu ośrodkach – Fügen, Zell am See, Kreuzjoch, Gerlosstein, Finkenberg czy słynnym Mayrhofen – na amatorów białego szaleństwa czeka 671 km tras i prawie 200 wyciągów. O Zillertal mówi się, że to „najbardziej aktywna dolina świata“. Jeden karnet narciarski Zillertal SuperSkipass (215 euro dla osoby dorosłej za 6 dni) uprawnia do korzystania ze wszystkich tutejszych stoków. Do poszczególnych stacji dowiezie nas bezpłatny autobus. Do wyboru są łagodne zbocza osłonięte od wiatru drzewami czy słynna trasa Harakiri, której nachylenie osiąga miejscami 78 proc.! Vans Penken Park w Mayrhofen przyciąga natomiast miłośników freestyle’u.

FOT. VISITFIEMME.IT/ORLERIMAGES.COM

Daiano, Trydent, Włochy

 

Do Hochfügen od 2 do 9 lutego 2013 r. powinni za to zajrzeć miłośnicy freeride’u, ponieważ właśnie wtedy odbędzie się tu Black Diamond Big Mountain, podczas którego mistrzowie tej dyscypliny zawalczą o punkty startowe do Pucharu Świata. Hintertux, najlepszy lodowiec dla wielbicieli białego szaleństwa według portalu Skiresort.info, coraz częściej odwiedzają Polacy i narodowe kadry narciarzy. Mimo doskonałych warunków pierwszy wyciąg krzesełkowy ruszył tutaj dopiero w 1949 r. Wcześniej do wioski Hintertux przyjeżdżali kuracjusze, aby korzystać z gorących źródeł. Lodowiec podchodził wówczas pod samą osadę. Od tamtej pory przesunął się 500 metrów w górę i jest w ciągłym ruchu. Niezapomnianych wrażeń dostarcza wizyta w Naturalnym Pałacu Lodowym (Natur Eispalast), znajdującym się 200 metrów poniżej szczytu Hintertuxa. W wąskiej szczelinie, gdzie schodzi się po ruchomych drabinkach, widać olbrzymie sople lodowe i zamarznięte wodospady. Największą atrakcję stanowią tu jednak niewątpliwie stoki narciarskie. Kolejka Gletscherbus 1 dowozi narciarzy na halę Sommerbergalm. Stamtąd możemy przesiąść się z kolei w Gletscherbus 2, aby dotrzeć do Tuxer Fernerhaus (2600 m n.p.m.) i ruszyć Gletscherbus 3 na wysokość ponad 3200 m n.p.m. lub nową 10-osobową Gefrorene Wand nieco niżej, bo na 3033 m n.p.m. Trasy na lodowcu nie uchodzą za łatwe, ale przyciągają jak magnes ze względu na rozpościerający się wokół las połyskujących w słońcu trzytysięczników.

 

Sankt Moritz – perła Szwajcarii

Wizyta w Sankt Moritz jest jak terapia w najlepszym SPA. Słońce świeci tutaj 322 dni w roku, a lecznicza moc miejscowych wód znana była już 3 tys. lat temu. Jak mówią Szwajcarzy, można tu wyleczyć serce, duszę i ciało. Wizytówką tego miejsca są luksusowe hotele Kulm Hotel St. Moritz, Carlton Hotel St. Moritz, Kempinski Grand Hotel des Bains czy Badrutt’s Palace, wysyłające po swoich gości rolls-royce’a z szoferem.  

Wśród szwajcarskich zimowych kurortów Sankt Moritz stanowi numer 1. Znajdują się w nim trzy ośrodki narciarskie i 350 km perfekcyjnie ubitych nartostrad. 6-dniowy karnet kosztuje 300 euro, ale rezerwując 6 noclegów w hotelu, dostaniemy od 20 października 2012 r. do 20 maja 2013 r. aż 50 proc. zniżki! Największą stacją jest Corviglia z najwyższym szczytem Piz Nair (3057 m n.p.m.), z którego w dół schodzi 30 tras. Dla amatorów spokojnej jazdy przygotowano specjalny szlak Paradiso. Każdy głodny narciarz powinien natomiast zajrzeć do La Marmite – położonej na wysokości 2486 m n.p.m. restauracji Reto Mathisa, który wydał wojnę fast foodom na stokach. Oferuje ona m.in. bliny z gryki z kawiorem czy carpaccio z czarnymi truflami (z własnej hodowli!) i łososiem.

FOT. ENGADIN ST. MORITZ-SWISS-IMAGE.CH/MICHAEL METTLER

Sankt Moritz, Szwajcaria

 

Stoki sąsiedniej Diavolezzy nie są tak atrakcyjne, ale wynagrodzą nam to bajkowe krajobrazy – majestatyczne szczyty ciągną się tu aż po horyzont. Po wjeździe kolejką linową na wysokość 2978 m n.p.m. można posilić się w restauracji, a nawet posiedzieć w jacuzzi pod gołym niebem! Potem pozostaje już tylko zjechać w dół 10-kilometrową trasą off-piste po Morteratsch (najdłuższy zjazd z lodowca w całej Szwajcarii). Według legendy Diavolezza była piękną diablicą, a każdy, kto się w niej zakochał, musiał zginąć.

Podczas pobytu w Sankt Moritz nie wolno również nie wykorzystać okazji do nocnego szusowania pod rozgwieżdżonym niebem po oświetlonym stoku w ośrodku Corvatsch. Co kilka metrów rozmieszczono tutaj bary z muzyką. 

 

Słowackie Tatry – nowe atrakcje u sąsiadów

Chcąc pokazać, że choć Tatry są niewysokimi górami, mogą śmiało konkurować z Alpami, Słowacy przygotowali na ten sezon wiele udogodnień, np. nowe wyciągi, szkółki narciarskie, jeszcze więcej armatek śnieżnych i bezpłatne parkingi przy stacjach kolejek. Najważniejszą tegoroczną inwestycją jest połączenie północnych i południowych stoków Chopoku (2024 m n.p.m.) nowoczesnymi 24- i 15-osobowymi gondolami. Z siedmiu największych słowackich ośrodków narciarskich możemy obecnie korzystać przy zakupie jednego karnetu elektronicznego Slovakia Super Skipass. Czeka w nich na nas 108 km tras, 29 kolejek linowych i 67 wyciągów. Za całosezonowy karnet wraz z wejściami do Aquaparku Tatralandia zapłacimy w tym sezonie 390 euro. Jeśli znudzi nam się Chopok, warto udać się do Szczyrbskiego Jeziora (Štrbské Pleso) lub Tatrzańskiej Łomnicy (Tatranská Lomnica), gdzie kolejka z 6-osobowymi wagonikami z podgrzewaną kanapą zawiezie nas w 7 min. do pośredniej stacji Štart, a potem nad Łomnicki Staw (Skalnaté pleso, 1751 m n.p.m.) i w końcu na samą Łomnicę (Lomnický štít, 2634 m n.p.m.).

FOT. SŁOWACKIE CENTRUM TURYSTYKI

Nowa kolejka gondolowa na Chopoku

 

Z jej szczytu rozpościera się przepiękna panorama Tatr. Chyba najbardziej swojsko Polacy poczują się jednak w Ski Bachledova,gdzie pamiętają jeszcze wyczyny narciarskie Bachledów z Zakopanego. Stolica polskich Tatr leży zresztą niecałe 40 km stąd. Niedawno ruszył tu w pełni automatyczny system sztucznego naśnieżania. Większość tras ma nachylenie na północną stronę, więc sezon trwa długo. Karnet na dzień kosztuje 22 euro. Do dyspozycji jest kilka wyciągów, w tym jeden wyłącznie dla dzieci, oraz dwie kolejki linowe. Aby odpowiednio zakończyć sportowe szaleństwa na stokach, wypada odwiedzić słowackie termy – Aquapark w Dolným Kubínie lub słynną Tatralandię w Liptowskim Mikulaszu (Liptovský Mikuláš). W tej ostatniej otworzono w grudniu 2012 r. Tropikalny Raj w kształcie muszli – doskonałe miejsce do relaksu, przypominające Karaiby. Natomiast w parku wodnym Gino Paradise Bešeňová na gości czeka nowy kryty basen termalny ze sztucznymi falami oraz wieża widokowa o wysokości 35 metrów z sześcioma zjeżdżalniami.  

 

Dolomity Superski – włoska karuzela

To największy region narciarski na świecie, gdzie można szusować, korzystając z jednego skipassu. Leży na terenie Trydentu-Górnej Adygi (Trentino-Alto Adige) w północnych Włoszech. Każdego roku przyjeżdża tu coraz więcej Polaków. Nic w tym dziwnego – w tym rejonie istnieje aż 450 wyciągów, a ponad 1200 km tras wije się u podnóży majestatycznych Dolomitów. Z karnetem Dolomiti Superski możemy zapuścić się do Val di Fassa, miejscowości Moena czy Val di Fiemme (Doliny Płomieni). Pomiędzy nimi kursują bezpłatne busy dla narciarzy. Nieco dalej leży San Martino di Castrozza, do którego dojazd samochodem jest trudniejszy, ale gdzie widoki naprawdę zapierają dech w piersiach. W tej część Włoch każdy miłośnik białego szaleństwa powinien odwiedzić Sella Rondę (Sellarondę). Dla niektórych to już narciarska klasyka, ale dla nowicjuszy ta słynna pętla stanowi spore przeżycie. 40-kilometrową trasę wokół masywu Sella mogą pokonać nawet średnio doświadczeni narciarze. Aby wrócić przed zmierzchem do punku startu, trzeba się jednak spieszyć. Sella Ronda, szalona karuzela narciarska, jest wymysłem włoskich inżynierów. Przeskakując z wyciągu na wyciąg, w ciągu kilku godzin można objechać aż cztery doliny.Pomarańczowe strzałki prowadzą zgodnie ze wskazówkami zegara z ośrodka Alta Badia w kierunku Arabby, Val di Fassa i Val Gardena, a zielone – w stronę przeciwną. Wybór punktu początkowego należy jedynie do nas. Po drodze krajobraz zmienia się niczym w kalejdoskopie – co chwilę oglądamy nową scenerię: surowe turnie, skalne ściany czy wierzchołki gór w kształcie baszt. Jakoś trudno sobie teraz wyobrazić, że przed milionami lat szumiało tutaj morze, a Dolomity powstały z raf koralowych. Dla zaczerpnięcia oddechu wjedźmy kolejką linową na najwyższy punkt widokowy – Rifugio Maria (2950 m n.p.m.). Restauracja na górze czasem serwuje szampana za darmo! Na trasie Sella Rondy narciarze mogą się też pożywić w Rifugio Comici, które słynie ze świeżych ryb. Delektowanie się krabami i ostrygami na wysokości ponad 2 tys. m n.p.m. dostarcza niekiedy równie dużo przeżyć, co zjazd czarną trasą Pucharu Świata z Piz la Villa. Każdego dnia włoską karuzelą przejeżdżają tysiące narciarzy, jednak nigdzie nie tworzą się kolejki.

 

Maso Corto – polska wyspa

Tę małą miejscowość w Górnej Adydze, czyli Tyrolu Południowym, odkryło już wielu wielbicieli białego szaleństwa z Polski. Położona u stóp lodowca Hochjoch (3280 m n.p.m.) na wysokości 2 tys. metrów zapewnia ośnieżone stoki przez okrągły rok. Znajdują się tu m.in. ciekawa rampa dla miłośników half-pipe’u, trasy do telemarku i carvingu, a przy sprzyjającym wietrze można nawet poszybować z nartami na lotni. Maso Corto nie jest jednak ośrodkiem tylko dla wyczynowców. Posiada też trasy wycieczkowe i saneczkowe. Kolejką w 6 minut wjedziemy na ponad 3 tys. metrów. Na lodowcu śnieg nadaje się do szusowania nawet w maju. Sporym wyzwaniem dla naszych nóg z pewnością okaże się 8-kilometrowa trasa, którą kiedyś przemierzali przemytnicy. Dużo krótsza, południowa będzie natomiast w sam raz na rozgrzewkę na początek dnia.

FOT. TOP***RESIDENCE KURZ

Maso Corto - Top Residence Kurz nocą

 

Na stokach działa kilka kameralnych schronisk, gdzie serwują bombardino (ajerkoniak na gorąco ze śmietanką) oraz przysmaki tyrolskiej kuchni. Mówi się, że Maso Corto dla polskich narciarzy odkryli instruktorzy z Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie podczas poszukiwań odpowiednich miejsc do treningów na tyczkach kilkanaście lat temu. Od tamtej pory Polacy na dobre zagościli w tej uroczej wiosce. Dziś często obok języka niemieckiego, powszechnie używanego w Tyrolu Południowym, czy włoskiego słyszy się tutaj także polski. Rodzime nazwy produktów umieszczane są nawet w tutejszych sklepach i barach. Kilkakrotnie organizowano już tzw. Polskie Dni w Maso Corto (ostatnie w czerwcu 2010 r.) z muzyką, zawodami sportowymi, festiwalem kuchni, pokazami mody i występami gwiazd. Ich gości kwaterowano w Top Residence Kurtz z 25-metrowym basenem, centrum Wellness i siłownią. Na koniec warto wspomnieć, że w okolicy znaleziono w 1991 r. szczątki Ötzi, czyli „człowieka lodu” zmarłego ok. 3300 lat p.n.e., który z miejsca stał się wielką atrakcją turystyczną. Postawiono mu nawet pomnik, a jego mumię umieszczono w pobliskim Muzeum Archeologicznym Górnej Adygi w Bolzano.

 

Vallnord i Grandvalira – pirenejski odlot

Zimą Księstwo Andory zamienia się w wielki ośrodek narciarski. Ośnieżone stoki oplecione są siecią nowoczesnych wyciągów. Czasem trochę tu wietrznie, ale najczęściej pogoda dopisuje, a szusowanie wśród malowniczej scenerii Pirenejów stanowi wielką przyjemność. Jeśli znudzą nam się narty, możemy spróbować jazdy psimi zaprzęgami lub na skuterach, pochodzić na rakietach śnieżnych albo zrobić zakupy w strefie wolnocłowej. Każdego roku Andora przyciąga coraz więcej polskich miłośników białego szaleństwa, czemu sprzyjają tanie połączenia lotnicze z Barceloną (Wizz Air czy Ryanair). Na miejscu do wyboru mamy dwie nowoczesne stacje, niczym nie ustępujące tym w Alpach: Vallnord i Grandvalirę. Pierwszą z nich okupują zazwyczaj młodzi pasjonaci snowboardu. W jej okolicy leżą trzy malownicze miejscowości – Arcalís, Arinsal i Pal. Z prawie 100 km tutejszych tras dwie posiadają homologację FIS (Międzynarodowej Federacji Narciarskiej).

Sąsiednia Grandvalira jest bardziej rodzinna i konserwatywna, ale to największy ośrodek narciarski w całych Pirenejach. Znajdziemy tu cztery świetne snowparki (w tym jeden nocny!) i ponad 200 km nartostrad: od zielonych dla początkujących aż po strome, których połowę oznakowano jako czerwone i czarne. Można stąd przeskoczyć na francuskie stoki w Porte des Neiges. Z 67 wyciągów wywożących w górę 100 tys. osób na godzinę większość to wygodne gondole (niektóre z nich mają podgrzewane krzesła). W miejscowości Soldeu, gdzie na czarnej trasie Avet rozgrywa się Puchar Świata w narciarstwie alpejskim kobiet, dla wygody narciarzy zainstalowano windy i schody ruchome! Z sąsiedniego Encamp szybko dostaniemy się na najwyższe szczyty nowoczesną koleją Funicamp. Po całym dniu spędzonym na nartach odpoczniemy natomiast w Caldea Thermoludic Centre z oddanym właśnie do użytku nowym centrum Wellness. To jedno z największych górskich SPA w Europie z basenami z gorącą wodą termalną, łaźniami tureckimi, saunami, fitness i gabinetami odnowy biologicznej. W małym Księstwie Andory mamy wszystko, czego dusza zapragnie.

 

Trzy Doliny – 600 km białego szaleństwa

Les Trois Vallées (Trzy Doliny) to, jak żartują Francuzi, największy cyrk narciarski świata. Mamy tu 600 km tras, które są gładkie i szerokie niczym autostrady, a w dodatku połączone tak misterną siecią wyciągów, że jeździ się po nich bez odpinania nart! Wokół nich wznoszą się zapierające dech w piersiach monumentalne Alpy. Serce Trzech Dolin stanowi Méribel, z którą sąsiadują słynne stacje Courchevel i Val Thorens. Na narciarzy czeka tutaj 40 gondoli (część gruntownie odnowionych), nazywanych przez Francuzów „bąblami”, a przez Anglików – „jajkami”. Duże wrażenie robią zwłaszcza dwie wysokogórskie kolejki – każda z nich zabiera do góry 160 osób! Z najwyższego szczytu Cime de Caron (3195 m n.p.m.) widać Mont Blanc (4810 m n.p.m.). Mówi się, że ten narciarski raj nigdy by nie powstał, gdyby nie miłość pewnego szkockiego pułkownika do Méribel. W 1938 r. stworzył on w tym miejscu alpejską stację (Méribel les Allues), która wkrótce stała się zimowym kurortem Brytyjczyków. Sąsiednia Val Thorens, leżąca na wysokości 2300 m n.p.m. (najwyżej położona stacja narciarska w Europie), przyciąga wielu młodych amatorów białego szaleństwa, pragnących sprawdzić się na jej trudnych stokach. W nieco snobistycznym Courchevel widuje się gwiazdy i polityków z pierwszych stron gazet. Ceny bywają w nim astronomiczne, w sam raz dla szejków z Arabii Saudyjskiej czy milionerów z Rosji, którzy bez mrugnięcia oka płacą po 1000 euro za nocleg. Dzięki częstszym połączeniom lotniczym z Polski do Lyonu i Genewy oraz sieci shuttle busów, które sprawnie przewiozą nas w góry, marzenia o szusowaniu na tutejszych stokach mogą teraz łatwo się ziścić. Aby przyjechać do Trzech Dolin, tak naprawdę wcale nie trzeba być krezusem. Wystarczy pamiętać, że koszty wyjazdu będą dużo mniejsze, jeśli zamieszka się w komfortowym apartamencie z własnym wyżywieniem.   

 

Czechy – teraz jeden skipass

U naszych kolejnych południowych sąsiadów, czyli Czechów, mamy 450 km tras zjazdowych w ponad 200 ośrodkach narciarskich. Najsłynniejszy z nich to Szpindlerowy Młyn (Špindlerův Mlýn) w Karkonoszach, ok. 50 km od polskich Jakuszyc. Na narciarzy czeka w nim 25 km nartostrad, kilkanaście wyciągów orczykowych i cztery krzesełkowe, a na snowboardzistów – duży snowpark. Miejsc, gdzie można poszaleć na desce, jest zresztą w Czechach znacznie więcej. Warto wymienić choćby kompleksy w malutkich Rejdicach na pograniczu Karkonoszy i Gór Izerskich, a także w Rudawach – najlepsza czeska U-rampa. Ofertę wzbogaciły nowe ośrodki Kouty nad Desnou w paśmie Jesioniki (Jeseníky) czy Skipark Červená Voda w Górach Orlickich. W niektórych z nich – Pecu pod Śnieżką i Czarnej Górze (Černá hora) – można już korzystać ze wspólnego skipassu. Najmłodsi miłośnicy białego szaleństwa nauczą się jeździć na nartach pod okiem instruktorów w specjalnie wydzielonych parkach. Największy z nich znajduje się w Lipnie na Szumawie. Z kolei w Harrachovie na dzieci czekać będzie zamek ze śniegu, a w mieście Kašperské Hory – snowtubing w rynnie oraz slalom z postaciami z bajek. Kompleks narciarski Malá Úpa (SKiMU) we wschodnich Karkonoszach (zaledwie 25 km od Karpacza) zaprasza na rodzinny wypoczynek. To jeden z najwyżej położonych ośrodków w Czechach – dolna stacja wyciągu usytuowana jest tutaj na wysokości ponad 1000 m n.p.m. W tegorocznym sezonie w Malej Úpie dzieci do lat 6 jeżdżą na nartach za darmo. Amatorzy białego szaleństwa mogą zakupić Karkonosze Regioncard – pierwszą czesko-polską regionalną kartę gościa, która uprawnia do ponad 250 atrakcyjnych zniżek po obu stronach granicy. Jej zimowy wariant (ważny przez 14 dni od 1 listopada 2012 r. do 30 kwietnia 2013 r.) obejmuje rabaty m.in. na wyciągi, wypożyczalnie i serwisy sprzętu, szkółki narciarskie, ośrodki SPA & Wellness, restauracje, sklepy czy muzea. Cena karty dla osoby dorosłej wynosi 17 zł. W dniach 11–15 stycznia w osadzie Pustevny w Beskidach obejrzymy lodowe rzeźby. Poza tym między 22 a 26 stycznia 2013 r. odbędą się tu wyścigi psich zaprzęgów. A jeśli znudzą się nam te wszystkie atrakcje, warto połączyć wyjazd na narty z kuracją w Mariańskich lub Jańskich Łaźniach czy też Luhačovicach.

 

Bansko – narodziny gwiazdy

Bułgaria od dawna, oprócz wybrzeża Morza Czarnego i jego pięknych plaż, oferuje znakomite stoki narciarskie. Kto lubi wielkomiejski blichtr, wybierze masyw górski Witosza w sąsiedztwie Sofii. Wyciągi krzesełkowe, gondola i snowpark czekają tu zarówno na początkujących narciarzy, jak i mistrzów dwóch desek. Podobnie w Pamporowie, które uchodzi za perłę wśród bułgarskich stacji w paśmie Rodopów – prawie 40 km tras, szkółki narciarskie, a przy stokach sympatyczne tawerny. Ostatnio jednak furorę robi przede wszystkim Bansko – namaszczone przez samego Alberto Tombę, który miał powiedzieć, że to najlepszy ośrodek sportów zimowych w Europie Wschodniej. W przeciwieństwie do Pamporowa, gdzie stoki są dość łagodne, tu każdy znajdzie coś dla siebie. Spośród 70 km nartostrad większość jest sztucznie naśnieżana. Sam ośrodek robi duże wrażenie – hotele, wyciągi, trasy lśnią nowością jak w zachodnich stacjach. Co pół godziny kursują darmowe busy dla narciarzy, a po białym szaleństwie czeka na nas 200 malowniczych tawern w miasteczku. W restauracji Veselo Selo odbywają się pokazy folklorystyczne, podczas których można spróbować bułgarskiej kuchni i mocnej rakii.

 

Turcja – egzotyka na stoku

Narty w Turcji?! Dziś nikogo nie zdziwi taki wybór kierunku wyjazdu zimowego. Do Erzurum, stolicy całego regionu narciarskiego (ponad 380 tys. mieszkańców), można dostać się samolotem, odkąd powstał tu międzynarodowy port lotniczy. Stąd blisko już do nowoczesnych stacji dla amatorów białego szaleństwa w Górach Pontyjskich. W 2011 r. odbyła się tutaj Zimowa Uniwersjada, a rok później Mistrzostwa Świata Juniorów w narciarstwie klasycznym. Najbardziej znanym ośrodkiem narciarskim jest Palandöken, położony zaledwie ok. 5 km od Erzurum. Do dyspozycji mamy w nim 9 wyciągów, w tym dwie gondole, oraz 22 trasy, a wśród nich slalomowe FIS, poprowadzone na wysokości 2200–3200 m n.p.m. Sezon trwa tu od połowy grudnia do maja. Kontynentalny klimat sprawia, że drobny i suchy śnieg wręcz idealnie nadaje się dla narciarzy. Niecałe 20 km od Erzurum znajdziemy inny nowoczesny ośrodek – Konaklı Alp Disiplini Kayak Tesisi. Wybudowano go na potrzeby Zimowej Uniwersjady, dysponuje 6 wyciągami krzesełkowymi i ciekawymi trasami. Wielbiciele dużych prędkości zazwyczaj okupują przejazd przygotowany do slalomu giganta, gdzie mogą poczuć się prawie jak słynny Herminator, Hermann Maier…


 

Artykuły wybrane losowo

Rajskie wyspy Indonezji

 Prambanan temple

Hinduistyczny kompleks Prambanan na Jawie

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MAJA KAŹMIERCZAK-BARTHEL

www.TRAVELINGROCKHOPPER.COM

 

Według mnie Indonezja słynie z licznych wulkanów, tradycyjnego dania „nasi goreng”, orangutanów z Sumatry i Borneo oraz waranów z Komodo. Choć każdy z moich przykładów da się uzasadnić, większość osób kojarzy ją jednak z rajską Bali. Czy właśnie ta wyspa najlepiej reprezentuje cały kraj? Zdecydowanie nie i… trochę tak.

 

Indonezja leży w Azji Południowo-Wschodniej i częściowo Oceanii. To największe wyspiarskie państwo na świecie (o powierzchni ponad 1,9 mln km²). Swoimi granicami obejmuje 17 508 wysp, z czego mniej więcej 6 tys. pozostaje zamieszkanych. Ten rozległy kraj oddziela Pacyfik od Oceanu Indyjskiego.

 

Przy tak dużym wyborze naprawdę trudno zdecydować, gdzie zawitać podczas podróży po Indonezji. Mnóstwo jej wysp kusi turystów obietnicą rajskich wakacji. W tym ogromie znajduje się wiele prawdziwych perełek.

 

KRAINA BOGÓW

 

Bali z jednej strony jawi się jako turystyczny eden, egzotyczna kraina o wyjątkowej kulturze, z cudowną przyrodą, piaszczystymi plażami i idealną pogodą. Z drugiej strony wiele osób mówi, że wyspa jest przereklamowana, zatłoczona czy wręcz niewarta odwiedzenia, ponieważ w Indonezji znajduje się mnóstwo ciekawszych miejsc. Obie te opinie są słuszne. Na Bali funkcjonują rewelacyjne resorty, ale także kiepskiej jakości hotele. Rozwinęła się tu interesująca kultura i balijska odmiana hinduizmu, przetrwał odrębny język (balijski, basa bali), jednak inne rejony kraju też są wyjątkowe. Na wyspie leży dużo pięknych plaż, lecz wiele z nich jest zatłoczonych. W tym regionie panuje klimat równikowy z dwoma porami w roku: suchą i deszczową. W trakcie trwania tej drugiej (zazwyczaj od października do kwietnia) nie należy raczej spodziewać się idealnej pogody. Mnóstwo miejsc na Bali ma charakter typowo turystyczny, komercyjny, ale nie wszystkie, uchowało się tutaj również wiele urokliwych zakątków. Choć to nieduża wyspa (ma ponad 5,5 tys. km² powierzchni), jednak jest na tyle rozległa, że dzięki sporemu zróżnicowaniu prawie każdy znajdzie na niej coś dla siebie. Zdecydowanie warto ją odwiedzić i poznać rozmaite jej oblicza. W końcu nie bez przyczyny nazywana bywa krainą bogów.

 

Jednym z powodów, dla których turyści udają się na Bali, są jej przepiękne plaże. Wybrzeże wyspy w wielu miejscach pokrywa biały piasek. Natkniemy się też na czarne, wulkaniczne brzegi (plaża Lovina na północy), także bardzo malownicze. Amatorzy wszelkich sportów wodnych poczują się tu jak w raju. Ogromną popularnością cieszą się surfing i nurkowanie. Ciekawą atrakcję stanowi poza tym obserwowanie delfinów.

 

Indonezja jest w większości muzułmańska (powyżej 87 proc. ludności), jednak Balijczycy wyznają przede wszystkim lokalną odmianę hinduizmu (ok. 83,5 proc. mieszkańców wyspy), co w dużej mierze sprawiło, że kultura balijska tak bardzo różni się od tej z innych rejonów kraju. Na Bali znajduje się ponad 6 tys. świątyń hinduistycznych! Nie sposób ich wszystkich odwiedzić, ale do kilku koniecznie należy się wybrać, gdyż są dość specyficzne. Jedne z piękniejszych to np. Besakih na zboczu góry Agung (3031 m n.p.m.), Tirta Empul i Gunung Kawi w mieście Tampaksiring, sanktuarium Goa Gajah (Jaskinia Słonia) koło Ubud, zbudowana na klifie XI-wieczna świątynia Uluwatu (zwana również Luhur Uluwatu) oraz dwie najchętniej fotografowane budowle: Ulun Danu Bratan nad brzegiem jeziora Bratan i usytuowana na skale Tanah Lot niedaleko Denpasar.

 

Zwiedzanie obiektów sakralnych na wyspie można połączyć z oglądaniem przedstawienia muzyczno-tanecznego. Mimo iż takie spektakle bywają zwykle przeznaczone głównie dla turystów, warto je zobaczyć, gdyż prezentują interesujące elementy balijskiej kultury. Do typowych widowisk należy pokaz tańca lwa (barong), ilustrującego wieczną walkę dobra ze złem.

 

Podczas pobytu na Bali albo w innej części Indonezji polecam zainteresować się także batikiem. To technika malowania tkanin polegająca na nakładaniu wielu warstw wosku na materiał, a następnie zanurzaniu go w barwniku, który farbuje jedynie nie pokryte niczym miejsca. Aby uzyskać rozmaite efekty, proces woskowania i farbowania powtarza się wielokrotnie. Ta metoda zdobienia znana jest w różnych krajach, np. w Indonezji, Malezji, Singapurze, Indiach, Bangladeszu, Nigerii, Senegalu, Mali, Chinach, Japonii, Iranie, na Sri Lance i Filipinach. Historia batiku sięga starożytności, już w IV w. p.n.e. w Egipcie używano podobnie dekorowanych tkanin do owijania zwłok. Co ciekawe, ten indonezyjski uchodzi za zdecydowanie najsłynniejszy. W 2009 r. batik z Indonezji wpisano na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od tego czasu tutejszy rząd zachęca obywateli, aby w piątki nosili ubrania wykonane z tak zdobionych tkanin, a 2 października obchodzi się w kraju Dzień Batiku.

 

Ciekawą atrakcją Bali jest również Małpi Las Ubud (Ubud Monkey Forest). To park o powierzchni ok. 12,5 ha. Żyje w nim mniej więcej 700 małp (makaków krabożernych), występują tutaj rozmaite gatunki roślin i znajdują się trzy świątynie. Wizyta w tym miejscu powinna być doznaniem duchowym, przynieść nam spokój i równowagę.

 

Jeden z moich ulubionych rejonów na wyspie stanowią tarasy ryżowe (Tegallalang lub Jatiluwih). Ryż jest podstawowym produktem spożywczym na Bali (jak i w całym kraju), częścią tutejszej kultury. Co więcej, jego uprawa to ważny element indonezyjskiej gospodarki. Indonezja znajduje się na trzecim miejscu wśród największych światowych producentów ryżu (po Chinach i Indiach). Niestety, uprawianie tej rośliny stanowi skomplikowane i trudne zajęcie. W Azji rolnicy coraz częściej rezygnują z pracy na polu, gdy widzą, że łatwiej czerpać dochody z branży turystycznej. Trudno im się dziwić, ale żal patrzeć na niszczejące tarasy ryżowe.

 

Bali szczyci się też typowo indonezyjską atrakcją, jaką są wulkany. Dwa najsłynniejsze to Batur (1717 m n.p.m.) i Agung (3031 m n.p.m.). Ze szczytu pierwszego z nich turyści często podziwiają zachwycający wschód słońca. Góra Agung jest wyższa i wspinaczka na nią wymaga dużo więcej wysiłku. Na dodatek od sierpnia 2017 r. aktywność tego wulkanu bardzo wzrosła i w listopadzie doszło do kilku znacznych wybuchów. Z tego powodu odwołano wszystkie loty z i na Bali, a wiele osób ewakuowano. Większa erupcja może całkowicie odmienić oblicze wyspy...

 

RAJ BEZ TURYSTÓW

 

Jeżeli wakacje na Bali ciągle nie brzmią do końca przekonująco, polecam wybrać się na Lombok. Obie wyspy są do siebie podobne pod względem przyrodniczym (niektóre miejsca nawet mają takie same nazwy, np. plaża Kuta). Lombok bywa jednak słusznie nazywana Bali bez tłumów. Warto się spieszyć, żeby ją odwiedzić, bo każdego roku przybywa na nią coraz więcej turystów.

 

Na wyspie znajdują się wspaniałe plaże (w tym wyjątkowa różowa Tangsi), piękne wodospady (Benang Kelambu i Senaru), góry i wulkany. Jej okolica świetnie nadaje się do surfowania i nurkowania. Lombok to również znakomite miejsce na romantyczną podróż dla nowożeńców. Tutejsze tradycje i kulturę można poznać bliżej w wiosce grupy etnicznej Sasak.

 

Na północy wyspy wznosi się jeden z najwyższych i najbardziej aktywnych indonezyjskich wulkanów – Rinjani (3726 m n.p.m.). Wyprawa na jego szczyt zajmuje ok. dwa–trzy dni, mimo to przyciąga on wielu chętnych. Z góry rozpościera się wspaniała panorama na całą Lombok, widać nawet pobliską Bali.

 

U północno-zachodnich wybrzeży leżą tu trzy małe wysepki Gili. Dość długo ten archipelag był uznawany za rajski, idealny na idylliczne wakacje dla mniej zamożnych turystów. Obecnie wszystko się zmienia, jednak wysepki Gili ciągle wydają się być ciekawą propozycją turystyczną.

 

SEN NA JAWIE

 

bromo

Rozległa kaldera Tengger z dymiącym kraterem czynnego wulkanu Bromo

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Najbardziej zaludnioną wyspę na świecie stanowi indonezyjska Jawa. Zamieszkuje ją aż ok. 145 mln osób. Zdecydowanie nie brzmi to jak zachęta do jej odwiedzenia, ale jest tutaj kilka wspaniałych miejsc, bez zobaczenia których wizyta w Indonezji byłaby niepełna. To właśnie na Jawie znajdują się mistyczne świątynie Borobudur i Prambanan, zachwycające okolice z wulkanami Bromo (2329 m n.p.m.) i Ijen (2443 m n.p.m.) oraz Madakaripura – wodospad pozostający na długo w pamięci. Tutejsze cuda wbrew nazwie wyspy wydają się jak ze snu.

 

Zwiedzanie najlepiej zacząć od ponad 400-tysięcznej Yogyakarty (Jogyakarty). Uchodzi ona za centrum kultury i sztuki jawajskiej. Miasto jest warte zobaczenia, a do tego tutejsze restauracje kuszą smaczną kuchnią. Z Yogyakarty obowiązkowo trzeba wybrać się do wspomnianych wyjątkowych zabytków sakralnych.

 

Borobudur należy do największych buddyjskich świątyń na świecie. Pochodzi według szacunków z VIII–IX w. W 1991 r. obiekt ten został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Moim zdaniem to najpiękniejsza i najciekawsza świątynia w Indonezji, nie tylko ze względu na detale architektoniczne, liczne rzeźby (m.in. 504 posągi Buddy) i płaskorzeźby (2672 reliefy). Zachwyca także jej okolica. Jedynie ogromna popularność tego miejsca, a co za tym idzie, ściągające tu codziennie tłumy turystów, mogą odstręczać od wizyty. Co ciekawe, kompleks Borobudur przez kilka stuleci był ukryty pod pyłem wulkanicznym i porośnięty bujną roślinnością. Został opuszczony prawdopodobnie na przełomie X i XI w., ale dopiero w 1814 r. natrafiono na pierwsze ślady budowli. Przez kolejne lata odkrywano ją po kawałku, a obecnie jest jedną z głównych atrakcji kraju.

 

Prambanan to hinduistyczny zespół świątynny z połowy IX w. Ten największy tego typu obiekt w Indonezji umieszczono zresztą w 1991 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niestety, w wyniku trzęsień ziemi, zwłaszcza ostatniego z maja 2006 r., wiele miejscowych świątyń zostało zniszczonych. Niektóre z nich odbudowano, ale część nadal czeka na renowację. Prambanan również uchodzi za jedną z ważniejszych atrakcji kraju. Każdego dnia odwiedzają go rzesze turystów. Jednak i tu można znaleźć spokój i miejsce tylko dla siebie.

 

W Indonezji jest prawie 130 czynnych wulkanów. Na Jawie, o ile pozwalają na to względy bezpieczeństwa, polecam odwiedzić okolice Bromo i Ijen. Czasem z powodu dużej aktywności nie zaleca się wycieczek w ich rejony. Należy więc wcześniej sprawdzić aktualną sytuację.

 

Najpopularniejszy w Indonezji Bromo wchodzi w skład masywu Tengger. Najaktywniejszym i najwyższym wulkanem na Jawie jest jednak Semeru (zwany też Mahameru, 3676 m n.p.m.). Od 1967 r. regularnie (co ok. 20 min.) wydobywa się z niego dym, a czasem wydostają się również chmury pyłu lub kamienie. Bromo i Semeru położone są wewnątrz kaldery o średnicy mniej więcej 10 km i otoczone przez tzw. morze piasków (z drobnego piasku wulkanicznego). Okolica wulkanów stanowi popularne miejsce na podziwianie wschodu słońca. Jakkolwiek banalnie to brzmi, zapewniam, że jest cudownym doświadczeniem. Wyłaniający się spod pierzyny chmur krajobraz wygląda niesamowicie. Po przeżyciach natury estetycznej można pokrążyć w pobliżu i nawet zajrzeć do krateru. W drodze powrotnej trzeba koniecznie zobaczyć Madakaripurę – według mnie jeden z najwspanialszych wodospadów w Azji.

 

Równie wyjątkowo prezentuje się zespół czynnych wulkanów Ijen (Kawah Ijen, Gunung Iljen). W jednym z kraterów znajduje się największe na świecie kwaśne jezioro charakteryzujące się pięknym turkusowym kolorem. Ijen często bywa celem nocnych wycieczek, których uczestnicy chcą zobaczyć tzw. niebieski płomień. Zjawisko to zachodzi na skutek wysokiego stężenia związków siarki. Nie jest to jedyne miejsce na naszym globie, gdzie można je obserwować, jednak w Indonezji widuje się największe niebieskie ognie. Niestety, okolica słynie także z niezmiernie ciężkich warunków pracy. Mężczyźni wydobywający siarkę wspinają się po zboczu, aby dostać się do złóż. Nie mają żadnego specjalistycznego sprzętu, strojów ochronnych czy chociażby masek przeciwgazowych. Rozłupują ogromne bloki, a potem układają żółte bryły w dwóch sporych koszach i niosą je na plecach stromą i długą ścieżką. Mimo włożonego wielkiego wysiłku nie zarabiają zbyt dużo. Na ten temat nakręcono kilka filmów dokumentalnych, m.in. Śmierć człowieka pracy (Workingman’s Death) z 2005 r. w reżyserii Austriaka Michaela Glawoggera.

 

Na Jawie znajduje się również stolica, a zarazem największe miasto Indonezji – ponad 10-milionowa Dżakarta. Nie jest ona jednak zbyt ciekawa. Właściwie warto polecić w niej jedynie piękny park Taman Mini Indonesia Indah, który prezentuje w miniaturze rozmaite atrakcje kraju. Wizyta w nim może być swojego rodzaju inspiracją do odwiedzenia poszczególnych wysp. Dżakarta sprawia też wrażenie najbardziej holenderskiego miejsca w Indonezji. Przez kilka wieków nazywana była Batawią (od 1619 do 1949 r.) i stanowiła stolicę Holenderskich Indii Wschodnich (od 1800 do 1949 r.). Dziś w Holandii działa wiele restauracji indonezyjskich. W Indonezji można za to spotkać Holendrów i znaleźć wiatraki.

 

 Sunrise at Kawah Ijen

Turkusowe kwaśne jezioro wulkaniczne w aktywnym kraterze Kawah Iljen

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

U ORANGUTANÓW

 

Sumatra to szósta pod względem wielkości wyspa na świecie (ma powierzchnię ponad 443 tys. km²) i największa należąca w całości do Indonezji. Słynie ona przede wszystkim z przepięknej przyrody. Znajdziemy tutaj tropikalne lasy, wulkany i jeziora. Poza tym wyspę zamieszkuje także endemiczny gatunek orangutana (orangutan sumatrzański). Polecam szczególnie dwa akweny na Sumatrze – Toba i rzekę Bahorok.

 

Pierwszy z nich to największe jezioro wulkaniczne na świecie, które powstało po wybuchu ogromnego wulkanu, prawdopodobnie ok. 75–80 tys. lat temu. Toba ma powierzchnię 1130 km². Znajduje się na nim wyspa o nazwie Samosir. Okolica cieszy się dużą popularnością wśród Indonezyjczyków, ale niewielu obcokrajowców słyszało o tym miejscu. Muszę przyznać, że otoczenie jeziora wygląda całkiem przyjemnie, wokół wznoszą się majestatyczne góry, jest tu spokojnie (prawie nie ma turystów) i można wypocząć. Jednak bardzo rozczarowała mnie jakość wody. Niestety, obecnie Toba nie nadaje się nawet do pływania. Widok ludzi myjących w nim kanistry na benzynę zdecydowanie nie polepsza sytuacji. Może kiedyś się to zmieni.

 

Lasy deszczowe na Borneo i Sumatrze zamieszkują orangutany. Te wyjątkowe zwierzęta są dziś zagrożone wyginięciem. Ich populacja zmniejsza się ze względu na wycinanie drzew i wypalanie skupisk leśnych (często nielegalne). Uważam, że podczas podróżowania po świecie trzeba zachowywać się odpowiedzialnie i starać się jak najmniej wpływać na miejsca, do których się trafia. Dotyczy to szczególnie środowiska naturalnego. Polecam więc odwiedzać rezerwaty (a nie ogrody zoologiczne), gdzie można nauczyć się czegoś o ich mieszkańcach i dowiedzieć się, jak pomóc przetrwać zagrożonym gatunkom. Jednym z takich obszarów specjalnej ochrony jest sanktuarium w miejscowości Bukit Lawang na Sumatrze. Ośrodek nad rzeką Bahorok został założony w 1973 r. właśnie z myślą o osieroconych, rannych lub urodzonych w niewoli orangutanach. To wspaniałe centrum rehabilitacji leży na wschodnim skraju Parku Narodowego Gunung Leuser.

 

NA GRANICY

 

Trzecią co do wielkości wyspę na świecie stanowi Borneo (ma blisko 750 tys. km² powierzchni). Jej terytorium jest podzielone między trzy kraje: Malezję, Brunei i Indonezję. Do tego ostatniego należy największy obszar (ok. 73 proc. powierzchni wyspy). Borneo po indonezyjsku nazywa się Kalimantan. Co ciekawe, nie ma na niej wulkanów (z wyjątkiem Bombalai w malezyjskiej części), nie występuje również zagrożenie tsunami. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyspę pokrywały głównie lasy deszczowe. Niestety, ten stan bardzo drastycznie się zmienił. Niemniej dla turystów Borneo wciąż jest wielkim tropikalnym lasem z rozmaitymi gatunkami roślin i zwierząt. W indonezyjskiej części wyspy obowiązkowo trzeba odwiedzić Park Narodowy Tanjung Puting słynący z ochrony orangutanów i nosaczy sundajskich.

 

WSPANIAŁY OGRÓD

 

Sulawesi (Celebes) leży między Borneo i Molukami (Wyspami Korzennymi). Jest jedną z głównych wysp Indonezji (ma ponad 180 tys. km² powierzchni), ale ciągle pozostaje niemal nieodkrytą perełką. Znajdują się na niej piękne plaże, góry, tarasy ryżowe czy lasy deszczowe. Rozwinęła się tutaj także bogata kultura i tradycje. Na Sulawesi można spotkać wiele endemicznych gatunków zwierząt, np. anoa nizinnego, babirussę sulaweską, łaskuniaka (łaskuna) brązowego, wyraka karłowatego, nogala hełmiastego, makaka czarnego czy makaka czubatego (który przeniósł się też na sąsiednie mniejsze wyspy). Okoliczne wody budzą duże zainteresowanie wśród miłośników nurkowania, ponieważ rozciąga się w nich przepiękna kolorowa rafa koralowa (m.in. w rejonie wysepki Bunaken, archipelagu Wakatobi lub Togian).

 

Sulawesi ma bardzo specyficzny kształt – składa się z czterech półwyspów. Na poszczególnych jej obszarach występuje charakterystyczna dla nich fauna i flora. Mieszkańcy każdego półwyspu wymieniają tysiące powodów, dla których turyści powinni odwiedzić właśnie ich region. Ja jednak ograniczyłabym się do kilku najpiękniejszych miejsc (np. jeziora Tondano, obszaru Tana Toraja), chyba że czas pozwala komuś na dłuższy pobyt.

 

Wyspę zamieszkują różne grupy etniczne, w tym m.in. Toradżowie (Toraja), którzy zajmują się od lat uprawą ryżu, rybołówstwem i myślistwem. Warto rozważyć wizytę w rejonie Tana Toraja, aby poznać zwyczaje jego mieszkańców, ich styl życia czy specyficzne podejście do śmierci i oryginalne tradycje pogrzebowe. Poza tym to wyjątkowo malownicza okolica z zielonymi dolinami i górami.

 

Na Sulawesi nie bez powodu przyciągają wielu turystów dwa obszary chronione. W końcu przyroda jest najpiękniejszym skarbem tej wyspy. W Parku Narodowym Bogani Nani Wartabone żyje mnóstwo endemicznych gatunków zwierząt, w tym anoa nizinny, niezmiernie rzadko widywana sowica cynobrowa, babirussa sulaweska, świnia celebeska czy jego symbol – nogal hełmiasty. Podobnym bogactwem fauny szczyci się pięknie usytuowany Rezerwat Naturalny Tangkoko Batuangus, gdzie ujrzymy choćby makaka czubatego i wyraka upiornego.

 

NIEZNANY SKARB

 

Flores przez wielu uważana jest za najpiękniejszą i najbardziej fascynującą wyspę Indonezji. Długo pozostawała w cieniu np. dużo popularniejszej Bali i dzięki temu nie została jeszcze zalana przez tłumy turystów. Dlatego tym bardziej polecam rozważyć zatrzymanie się na niej podczas planowania wakacji w tym fascynującym kraju. Flores reklamuje się jako wyspa dla osób aktywnych, ze wspaniałymi miejscami do nurkowania i snorkelingu oraz spektakularnymi wulkanami idealnymi na trekkingi. Poza tym kładzie się tu też nacisk na ekoturystykę, promowanie lokalnych tradycji i kultury.

 

Największą atrakcją wyspy jest zdecydowanie góra Kelimutu (1639 m n.p.m.). Zdjęcia prezentujące trzy tutejsze niesamowite wulkaniczne jeziora zdecydowanie zachęcają do odwiedzenia Flores. Widoki w tej okolicy rzeczywiście zapierają dech w piersiach. W przeszłości trzy jeziora w kraterze często zmieniały swój kolor. Obecnie jedno jest czarnobrązowe, drugie – turkusowoniebieskie, a trzecie ma barwę przechodzącą z zielonej w czerwoną. Ich woda wybarwia się prawdopodobnie za sprawą minerałów, które nasycają ją w różnej ilości w zależności od aktywności wulkanu. Ze względu na występowanie tego zjawiska lokalna ludność uważa to miejsce za święte. Okolica wulkanu Kelimutu zachwyca o każdej porze dnia, jednak najwięcej ludzi przyciąga o wschodzie słońca lub wcześnie rano.

 

Aby poznać kulturę Flores i jej mieszkańców, najlepiej wybrać się do wioski Wae Rebo. Żyją w niej przedstawiciele grupy etnicznej Manggarai. Osada jest ukryta wśród malowniczych gór i żeby się do niej dostać, trzeba maszerować przez ok. 3–4 godz. Nagrodę za ten wysiłek stanowi wyjątkowe doświadczenie obcowania z rdzenną ludnością Indonezji. Co więcej, w Wae Rebo można także spędzić noc w charakterystycznym domu w kształcie stożka.

 

Całkowicie inną wioską, niemniej fascynującą, jest Bena. To najbardziej znana i najczęściej odwiedzana tradycyjna osada na Flores. Podobnie jak Wae Rebo ona również leży w pięknej scenerii. Wizyta w niej będzie więc nie tylko poznawaniem kultury grupy etnicznej Ngada (Ngadha), ale też doznaniem estetycznym.

 

Inne ciekawe miejsce na wyspie stanowi jaskinia Liang Bua. Sama w sobie jest warta odwiedzenia, ale cieszy się obecnie zainteresowaniem głównie ze względu na cenne znalezisko. W 2003 r. odkryto tutaj szczątki Homo floresiensis, czyli człowieka z Flores. Naukowcy wciąż spierają się, czy był to osobny gatunek, czy odnaleziony osobnik cierpiał na jakąś chorobę, np. genetycznie uwarunkowany zespół Downa bądź zespół Larona. Niezależnie od tego, jakie okaże się wyjaśnienie tej zagadki, Flores jest dumna ze swojego hobbita, jak potocznie nazywa się hominida, którego szczątki zachowały się w Liang Bua. W okolicy warto również odwiedzić dwie pobliskie jaskinie – Gua Galang i Gua Tanah.

 

 Wae Rebo

Wioska Wae Rebo na wyspie Flores z domami mbaru niang w kształcie stożka

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

INDONEZYJSKIE SMOKI

 

Na zakończenie należy dodać chociaż kilka słów o jednym z symboli Indonezji – waranie (smoku) z Komodo. To największa współcześnie żyjąca jaszczurka. Dorosły osobnik może ważyć ponad 70 kg i osiągnąć 3 m długości. Co ciekawe, warany z Komodo nie mają naturalnych wrogów, przynajmniej wśród innych zwierząt, ale zdarza się, że zjadają młode swojego gatunku. Potrafią być też dość agresywne i choć zdarza się to wyjątkowo rzadko, mogą zaatakować człowieka. Muszę przyznać, że gdy kiedyś spotkałam jednego z nich na plaży (akurat wyszedł zza krzaków, wydając charakterystyczne odgłosy), bardzo szybko przeniosłam się w inne, bezpieczniej wyglądające miejsce. W celu ochrony warana w 1980 r. założono Park Narodowy Komodo (od 1991 r. znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Zajmuje on powierzchnię 1817 km² i obejmuje wiele wysp i wysepek, m.in. Komodo, Padar i Rincę (Rindję).

 

Madagaskar a sprawa polska

MAREK RACHOŃ

www.e-rachon.pl

Wyobraźcie sobie egzotyczny kraj, oddalony od Warszawy o jakieś 10 godzin lotu, gdzie pół Polski z całymi rodzinami wyrusza co roku na wakacje. Do tego bez przerwy świeci tam słońce i jest przyjemnie ciepło… Wyobraźcie sobie ląd, na którym tubylcy o skórze w kolorze przypieczonego chleba mówią po polsku. Takim miejscem mógł być Madagaskar. Oczywiście, gdyby historia potoczyła się nieco inaczej. Gdyby Francuzi w latach 30. ubiegłego wieku przekazali nam tę wyspę, a naszym rodakom udało się ją skolonizować. Mielibyśmy wówczas w Afryce trochę polskiej kultury i kuchni, na plażach swojsko brzmiące napisy, a w głębi lądu przewodników posługujących się językiem Miłosza i Gombrowicza. Nasze narodowe linie lotnicze obrałyby Madagaskar za jeden ze swoich głównych wakacyjnych kierunków, a dzieci w szkole uczyłyby się historii tego kraju. Szkoda wam trochę? Bo mnie tak.

Madagaskar ma jednak jeden polski akcent. Chodzi tu o Maurycego Beniowskiego (1746–1786). Malgasze obwołali go w 1776 r. królem wyspy. Chociaż urodził się w Verbó (obecnie słowackie miasteczko Vrbové), na terenie ówczesnych Węgier, uważał się za Polaka, co podkreślał w swoim Pamiętniku.  

Więcej…

Saksonia – Niemcy mniej znane

590.jpg

Panorama historycznego centrum Drezna oglądana od strony Łaby

©TOURISMUS MARKETING GESELLSCHAFT SACHSEN MBH (TMGS)/ ANJA UPMEIER

JULITA CZECHOWICZ


Gdyby spytać Bawarczyka o to, z czym kojarzą mu się Saksonia i Saksończycy, pewnie uśmiechnąłby się z lekkim lekceważeniem i powiedział, że z dialektem. Rzeczywiście, Niemcy uważają dialekt saksoński za trudny w odbiorze, ale niewielu wie, iż to tą odmianą językową posłużył się w XVI w. Marcin Luter w swoim tłumaczeniu Biblii, pod wpływem którego wykształcił się później standardowy język niemiecki („Hochdeutsch”). Jednak wystarczy raz odwiedzić Saksonię, aby przekonać się, że jest miejscem jedynym w swoim rodzaju.

Więcej…