SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

<< Dziś coraz więcej czasu spędzamy bez ruchu: przed ekranem komputera, telewizora, w samochodzie, pociągu, samolocie. Nowinki technologiczne sprawiają, że cały świat jest dla nas niemal na wyciągnięcie ręki, ale nasze ciało wciąż domaga się tej samej troski, co zawsze. Chyba dlatego chętniej niż kiedyś interesujemy się różnymi rodzajami turystyki aktywnej, w tym jednym z jej najprostszych i najprzyjemniejszych typów, czyli wycieczkami rowerowymi, na które może wybrać się każdy, czy to stary, czy to młody, i nie potrzebuje do tego żadnych uprawnień ani specjalnych umiejętności. Jazda na rowerze nie tylko poprawia ogólną kondycję fizyczną i wydolność organizmu, lecz także pomaga zrzucić zbędne kilogramy oraz podnosi poziom endorfin, zwanych hormonami szczęścia. Jeśli zwykłą przejażdżkę urozmaicimy oglądaniem pięknych krajobrazów, zwiedzaniem zabytków i poznawaniem nowych miejsc, to mamy już przepis na wyjątkowo zdrowy wypoczynek. >>

Popularna w Europie turystyka rowerowa co roku zdobywa sobie kolejnych wielbicieli również w Polsce. Trend ten przyjął się u nas bardzo dobrze, czego dowodem są ciągle powstające szlaki na terenie całego kraju. Na dwóch kółkach zwiedzimy więc mnóstwo miast, miasteczek, wsi i malowniczych regionów. Na dodatek do niektórych zakątków dużo łatwiej dotrzemy właśnie zwrotnym i wąskim jednośladem. Jednocześnie rynek sprzętu dla cyklistów rozwija się niezmiernie dynamicznie. Oznacza to, że w sklepach stacjonarnych i internetowych aż roi się nie tylko od nowoczesnych modeli rowerów miejskich, górskich, trekkingowych, przełajowych czy szosowych we wszystkich kolorach, lecz także różnorodnych akcesoriów, czasem wyjątkowo wymyślnych (jak ozdobne nakrętki na wentyle w kształcie biedronek czy kotków), oraz ubrań dla rowerzystów – praktycznych, wygodnych i w modnym wzornictwie.

FOT. ARKADIUSZ GRUDZIEŃ

Do Wałbrzycha ściągają liczni miłośnicy kolarstwa górskiego


Gdy moja siostra dobrych kilka lat temu planowała rowerową eskapadę nad Morze Bałtyckie połączoną ze zwiedzaniem kolejnych latarni morskich na trasie, postanowiłam pomóc jej w realizacji tego przedsięwzięcia i zakupić dobry przewodnik po polskim wybrzeżu. Ze zdziwieniem stwierdziłam wtedy, że w księgarniach nie brakuje literatury przedmiotu dla amatorów dwóch kółek oraz map i książek z opisami wycieczek dla cyklistów. Z biegiem czasu przekonałam się za to, że pasjonatów tego typu turystyki przybywa, a wraz z powiększaniem się ich grona rozrasta się też nowoczesna infrastruktura zaspokajająca ich potrzeby. Przyjrzyjmy się zatem bliżej, co czeka wielbicieli dwukołowców w Polsce.

NA WSCHODZIE
W północno-zachodniej Lubelszczyźnie powstała zarządzana przez Lokalną Grupę Działania „Zielony Pierścień” sieć szlaków Kraina Rowerowa o łącznej długości ponad 500 km, obejmująca drogi gruntowe i publiczne o bardzo małym natężeniu ruchu samochodowego. Objechanie jej całej zajmie ok. 2 tygodni. Po drodze można zatrzymać się w 31 miejscach wypoczynkowych dla rowerzystów z zadaszoną wiatą, stołami, ławą, stojakiem na rowery, grillem i tablicą informacyjną. Dodatkowo w 13 punktach udostępniono np. apteczki pierwszej pomocy czy sprzęt do drobnych napraw jednośladów. Trasy prowadzą przez bardzo atrakcyjne tereny pod względem zarówno krajobrazowym, jak i kulturowym, przechodzą przez takie miejscowości jak Dęblin, Nałęczów, Kazimierz Dolny, Puławy czy Kozłówka. Część sieci – od wsi Brześce koło Janowca do Dęblina właśnie – stanowi fragment międzynarodowego Bursztynowego Szlaku Greenways, biegnącego od wybrzeża Bałtyku przez Polskę, a następnie Słowację do stolicy Węgier Budapesztu. Na jego odcinku w województwie lubelskim odwiedzimy m.in. renesansowo-barokowy Zamek w Janowcu, rynek z przepięknymi kamienicami w Kazimierzu Dolnym, Pałac w Celejowie z charakterystyczną białą wieżą, Pałac Czartoryskich w Puławach z oddziałem Muzeum Nadwiślańskiego oraz Twierdzę Dęblin nad Wisłą w okolicy jej dopływu rzeki Wieprz.
Z myślą o turystach wydano też Paszport Krainy Rowerowej przy Bursztynowym Szlaku Greenways z rubrykami na pieczątki potwierdzające dotarcie do konkretnych miejsc. Najbardziej wytrwali mają szansę zdobyć Odznakę Krainy Rowerowej. Lokalna Grupa Działania „Zielony Pierścień” z siedzibą w Kośminie stara się także promować regionalne smakołyki. W dniach 8–9 sierpnia br. zorganizowała Rajd Rowerowy po Produkt Lokalny, którego uczestnicy mogli spróbować przetworów z róży i sezonowych owoców, pysznego miodu, kazimierskich bajgli i wielu innych przysmaków oraz zakupić rękodzieło artystyczne.

NA ZACHODZIE
W 2004 r. Polska Organizacja Turystyczna nadała swój certyfikat Wielkopolskiemu Systemowi Szlaków Rowerowych. Składa się na niego obecnie aż 9 transregionalnych dróg dla miłośników dwóch kółek o łącznej długości niemal 1800 km – krajobrazowych: Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego (2 odcinki) i Szlaku Stu Jezior, historyczno-kulturowych: Piastowskiego Traktu Rowerowego, Transwielkopolskiej Trasy Rowerowej (2 części), Bursztynowego Szlaku Rowerowego, a także typowo regionalnych: Ziemiańskiego Szlaku Rowerowego i Pierścienia Rowerowego dookoła Poznania. Centrum sieci stanowi Poznański Węzeł Rowerowy, którego drogowskazy umieszczono nad brzegiem Jeziora Maltańskiego (sztucznego zbiornika utworzonego na rzece Cybina, dopływie Warty) w Poznaniu.
    Wszystkie te trasy zostały oznakowane zgodnie z wytycznymi PTTK (Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego). W trakcie ich przemierzania zwiedzimy m.in. historyczne zabytki Poznania i Gniezna, a także liczne parki krajobrazowe: Rogaliński, Żerkowsko-Czeszewski, Nadwarciański, Lednicki czy Promno. Co ciekawe, fragment systemu szlaków (Pierścienia Rowerowego dookoła Poznania) wiedzie przez tereny poligonu wojskowego w Biedrusku, gdzie kręcono sceny do filmu Ogniem i mieczem w reżyserii Jerzego Hoffmana. Jako tło dla aktorów posłużyły ruiny późnogotyckiego kościoła oraz zbudowana specjalnie na potrzeby produkcji makieta zamku w Chojnicy – oba obiekty znajdują się tam do dziś. Tutaj też nagrywano szarżę husarii pod Zbarażem z Michałem Żebrowskim jako Janem Skrzetuskim. Dużym udogodnieniem dla turystów w Wielkopolsce, również tych poruszających się na dwóch kółkach, jest cyfrowa mapa regionu dostępna do pobrania na stronie internetowej www.gpswielkopolska.pl za darmo dzięki Urzędowi Marszałkowskiemu Województwa Wielkopolskiego.

FOT. VISIT WIELKOPOLSKA

Wielkopolski Park Narodowy zachwyca bogactwem przyrody


W samym Poznaniu warto przejechać się wzdłuż brzegów wspomnianego malowniczego Jeziora Maltańskiego, wokół którego poprowadzono ciągi pieszo-rowerowe. Jeśli nie posiadamy swojego jednośladu, wynajmiemy go np. w pobliskiej wypożyczalni MaltaBike (2 punkty przy zachodnim krańcu Malty). Gdy odbijemy na wschód od tego najbardziej znanego poznańskiego akwenu, otoczonymi drzewami drogami towarzyszącymi biegowi rzeki Cybiny dojedziemy do stawów: Olszak, Browarnego, Młyńskiego czy Antoninek. Wielu miłośników dwóch kółek postanawia także poznać od strony lądu promowany ostatnio mocno szlak wodny tzw. Wielkiej Pętli Wielkopolski o długości blisko 690 km (na terytorium województw: wielkopolskiego, lubuskiego i kujawsko-pomorskiego), obejmujący głównie fragmenty Noteci i Warty. Godne uwagi w jego okolicy są np. trasy w powiecie konińskim, a to ze względu na urzekające jeziora (m.in. Gosławskie, Pątnowskie, Licheńskie, Mikorzyńskie czy Ślesińskie). Bardziej wytrwali turyści mogą spróbować pokonać wschodni (250-kilometrowy) lub zachodni (122-kilometrowy) odcinek Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego albo objechać inny słynny zbiornik wodny – Gopło, i wstąpić do Kruszwicy, gdzie wznosi się Mysia Wieża, z którą wiąże się znana legenda o królu Popielu.

NA PÓŁNOCY
Na rowerzystów postawił również Gdańsk. Z myślą o nich przygotowano stronę internetową www.rowerowygdansk.pl, na której znajdą przydatne informacje, np. o wypożyczalniach rowerów oraz imprezach odbywających się w mieście. Pobiorą oni stąd także mapę ścieżek, dostępną w wersji papierowej w dwóch lokalizacjach: na Długim Targu i ul. 3 Maja. Razem tutejsze trasy liczą sobie 470 km, a w znaczącej części obejmują ulice o dopuszczalnej prędkości do 30 km/godz. i drogi rowerowe. Na dwóch kółkach dotrzemy do najpopularniejszych punktów w Gdańsku – Ratusza Głównego Miasta, Dworu Artusa, Bazyliki Mariackiej (największego gotyckiego kościoła na świecie wzniesionego z cegły), Złotej Bramy, Długiego Pobrzeża i Żurawia, Pomnika Poległych Stoczniowców 1970, Nowego Portu graniczącego z Westerplatte, Lasów Oliwskich niegdyś należących do cystersów czy Bazyliki w Gdańsku-Oliwie, gdzie posłuchamy utworów odgrywanych na słynnych wielkich organach.
    Władze miasta starają się promować ten rodzaj sportu, turystyki i komunikacji za pomocą różnych akcji. 9 sierpnia br. gdańszczanie i nie tylko mogli wziąć udział w bezpłatnej rowerowej grze terenowej „Gdańsk – Miasto Jutra”, która rozpoczynała się i kończyła na Targu Węglowym. Uczestnicy zebrani w drużyny musieli wykonywać zadania w przestrzeni miejskiej, a walczyli o rowery, tablety i czytniki książek elektronicznych.

NA POŁUDNIU
Zwolennicy bardziej ekstremalnej jazdy na rowerze stawiają na kolarstwo górskie. W polskich mediach spopularyzowała je zwłaszcza nasza wicemistrzyni olimpijska z 2008 r., mistrzyni świata MTB XC (2010 r.) i Europy MTB XC (2009 r.) Maja Włoszczowska. Za miasto MTB (od ang. mountain terrain bike, czyli rower górski) uchodzi położony w województwie dolnośląskim Wałbrzych. Miejscowe świetnie przygotowane szlaki przeznaczone są tak dla amatorów, jak i zawodowców. Odbywają się na nich różne imprezy sportowe, np. Bike Maraton czy Puchar Polski MTB.
    Do wyboru mamy przejazdy o różnych poziomach trudności: od najcięższej trasy wokół Niedźwiadków (zdecydowanie dla zaawansowanych kolarzy) przez te wymagające dobrej kondycji wokół Borowej i na Chełmiec do łatwiejszych wokół Książańskiego Parku Krajobrazowego i Ptasiej Kopy. Bardziej doświadczeni miłośnicy rowerów górskich powinni spróbować okrążyć Wałbrzych. Czerwony szlak ciągnący się przez 61 km wiedzie przez interesujące krajobrazowo tereny (także w sąsiednich gminach Szczawno-Zdrój, Boguszów-Gorce i Jedlina-Zdrój), a najwyższy jego punkt Rozdroże Ptasie leży na 729 m n.p.m. Po drodze podziwia się na nim Góry Wałbrzyskie: widoki na szczyty Ptasia Kopa (590 m n.p.m.) i Lisi Kamień (613 m n.p.m.) czy też Chełmiec (851 m n.p.m.) i Mniszek (711 m n.p.m.), oraz panoramę Kotliny Wałbrzyskiej czy najdłuższy tunel kolejowy w Polsce pod wzniesieniem Mały Wołowiec (720 m n.p.m.). Na potrzeby turystów na stronie internetowej www.mtb.walbrzych.pl dodano w formie do ściągnięcia mapę okolicy z oznaczonymi traktami.

SMAK RYWALIZACJI
Naszego kraju nie omijają również najlepsi zawodowi kolarze, zarówno polscy, jak i zagraniczni, a to za sprawą prestiżowego Tour de Pologne, należącego do cyklu najważniejszych zawodów UCI (Union Cycliste Internationale – Międzynarodowej Unii Kolarskiej) World Tour. Tegoroczną, 71. już edycję, wygrał Rafał Majka.

FOT. SZYMON GRUCHALSKI/IMG STUDIO

Rafał Majka świętuje zwycięstwo


    Historia tego wyścigu szosowego sięga 1928 r., kiedy to we wrześniu odbył się on po raz pierwszy pod nazwą I Bieg Kolarski dookoła Polski z inicjatywy Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów i gazety Przegląd Sportowy. Po II wojnie światowej wznowiono go w 1947 r. jako konkurencję amatorską. Dopiero w 1993 r. otrzymał rangę zawodową po tym, jak kierownictwo nad nim przejął Czesław Lang – polski kolarz, wicemistrz olimpijski z 1980 r. Dzięki jego wysiłkowi dziś Tour de Pologne może poszczycić się nie tylko wysoką pozycją w hierarchii UCI, lecz także faktem, że stanowi wielkie sportowe wydarzenie medialne, transmitowane w wielu wersjach językowych przez zagraniczne telewizje i ściągające przed ekrany miliony kibiców z całego świata. Wyścig składa się zawsze z kilku etapów. W br. było ich 7 o łącznej długości 1251 km: Gdańsk–Bydgoszcz, Toruń–Warszawa, Kielce–Rzeszów, Tarnów Gemini Park–Katowice, Zakopane–Szczyrbskie Jezioro na Słowacji, BUKOVINA Terma Hotel Spa–Bukowina Tatrzańska i odcinek 25-kilometrowej jazdy indywidualnej na czas ze startem i metą na krakowskim Rynku Głównym. W związku z 25. rocznicą wolnych wyborów uczestnicy rozpoczęli zmagania 3 sierpnia spod Stoczni Gdańskiej.
    Tym profesjonalnym zawodom towarzyszy m.in. Tour de Pologne Amatorów. Może w nim wziąć udział każdy, kto ukończył 18 lat, a za pisemną zgodą opiekuna nawet osoby od 16 roku życia. Rywalizacja odbywa się na jednym z fragmentów właściwego Tour de Pologne (w br. na 38 km etapu VI w okolicy Bukowiny Tatrzańskiej). W podobny sposób upowszechnia kolarstwo górskie Skandia Maraton Lang Team, który również organizuje Lang Team Czesława Langa. Ten cykl wyścigów co roku gości w różnych miastach Polski, ale zawsze ma 4 dystanse: Rodzinna Parada (ok. 10 km), Mini (30 km), Medio (60 km) i Grand Fondo (90 km). Pierwszy z nich charakteryzuje się typowo rekreacyjną formułą, za to na pozostałych trzech prowadzi się pomiar czasu (zawodnicy dostają numery startowe z chipem). Najbliższe tegoroczne edycje zaplanowano na 27 września w Dąbrowie Górniczej i 4 października w Kwidzynie.

Z POLSKI ZA GRANICĘ
Coraz większa popularność turystyki rowerowej w naszym kraju sprawia, że i u nas zaczynają pojawiać się firmy sprzedające tego typu wyprawy zagraniczne. Okazuje się, że dzięki nim na popularnym jednośladzie zwiedzimy dziś niemal cały świat. W końcu już w latach 30. XX w. polski podróżnik Kazimierz Nowak (1897–1937) przemierzył samotnie m.in. z jego pomocą bezdroża Afryki, w tym surowe tereny pustynne. Obecnie nikt nie wymaga od nas takiej samowystarczalności, a touroperatorzy pomagają wszystkim zainteresowanym w planowaniu podróży od podstaw.
    W tej dziedzinie specjalizują się np. mojeRowery.pl, posiadające swoją platformę w internecie i oferujące miłośnikom dwóch kółek rajdy po Europie. Do wyboru mamy tu kilka rodzajów wycieczek: wakacje na rowerze, wyprawy rowerowe i MTB. Różnią się one poziomem trudności oraz stopniem samodzielności uczestników. Możemy więc wybrać zorganizowany wyjazd obejmujący zakwaterowanie i opiekę pilota, wersję z jedną bazą i kiedy to my decydujemy, ile czasu chcemy spędzić na jeździe, albo transport grupy w preferowany przez nią rejon kontynentu. W przypadku wypraw rowerowych nasze bagaże między kolejnymi miejscami noclegowymi, przewidzianymi w hotelach, pensjonatach lub na kempingach, przewozi firmowy bus. Sami ustalamy, czy dany region zwiedzamy razem ze wszystkimi, czy też na własną rękę. Klienci dostają komplet informacji o okolicy, jej mapę i GPS z zaznaczonymi trasami rowerowymi, które warto przejechać. Chętni mogą u organizatora również wypożyczyć rowery. Wśród rozmaitych ofert, skierowanych do osób o różnym przygotowaniu kondycyjnym, każdy znajdzie coś dla siebie.

FOT. MOJEROWERY.PL

Rowerem wzdłuż wybrzeża Dalmacji


Na stronie internetowej mojeRowery.pl zarezerwujemy wycieczki do Austrii, Chorwacji, Czech, Danii, Francji, Niemiec, Rumunii, Słowenii i Włoch. Do ciekawszych propozycji należą na pewno „Transylwania – nie tylko Drakula” (w planie oglądanie zabytków z Listy Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO: dackich fortec w górach Orăștie, historycznego centrum Sighișoary, wiosek Viscri i Câlnic z kościołami obronnymi), „Wzdłuż Dunaju” (ok. 300-kilometrowa trasa rozpoczyna się w niemieckiej Pasawie, a kończy w stolicy Austrii Wiedniu), „Sardynia – lazurowa wyspa” (przez całą drogę od starego portu Alghero do Costa Smeralda, czyli Szmaragdowego Wybrzeża, i wysepki La Maddalena rowerzystom towarzyszą piękne widoki na Morze Śródziemne) bądź „Dalmatyńskim szlakiem” (zwiedzanie nadmorskich miast w chorwackiej Dalmacji z Trogirem i Splitem na czele).

EUROPA DLA ROWERZYSTÓW
Polskę z Europą łączy nie tylko zamiłowanie do turystyki rowerowej. Nasz kraj w przyszłości pokryje część sieci szlaków EuroVelo, wiodących wzdłuż lokalnych tras i ścieżek. Przedsięwzięciu temu, współfinansowanemu ze środków Unii Europejskiej, patronuje Europejska Federacja Cyklistów (European Cyclists’ Federation – EFC), a ma ono na celu promować przesiadanie się z samochodów na rowery, również podczas codziennych przejazdów z domu do szkoły lub pracy. 14 ponumerowanych dróg przecinających cały kontynent z północy na południe i ze wschodu na zachód według planów będzie w pełni gotowych do 2020 r.
    Na terytorium Polski poprowadzono odcinki 6 tras. EuroVelo 2 – Szlak Stolic (Capitals Route) wiedzie m.in. przez Kostrzyn nad Odrą, Poznań, Gniezno, Włocławek, Warszawę, Siedlce i Białowieżę. Rowerzyści przemierzający EuroVelo 4 – Szlak Europy Centralnej (Central Europe Route) dojadą do Jastrzębia-Zdroju, Pszczyny, Krakowa, Tarnowa, Rzeszowa czy Przemyśla. Wzdłuż wybrzeża Morza Bałtyckiego staną drogowskazy EuroVelo 10 i 13 (Szlaku wokół Bałtyku – Baltic Sea Cycle Route i Szlaku Żelaznej Kurtyny – Iron Curtain Trail). Z Gdańska do granicy z Czechami (przez Gniezno, Poznań, Wrocław, Kąty Wrocławskie i Świdnicę) dotrzemy EuroVelo 9 (Bałtyk–Adriatyk – Baltic–Adriatic), a z Litwy EuroVelo 11 (Szlak Europy Wschodniej – East Europe Route) przez Warszawę i Kraków dostaniemy się na Słowację. Nie wszystkie z wymienionych długodystansowych tras zostały już ukończone, ale ich stan sprawdzimy na przeznaczonej dla turystów stronie internetowej www.eurovelo.com, na której obejrzymy też interaktywną mapę całej sieci.

 

***

Podczas wypraw rowerowych przez różne mniej lub bardziej znane nam regiony zawsze czujemy się odrobinę jak odkrywcy – czy to dlatego, że otaczający nas świat mamy na wyciągnięcie ręki, czy też ponieważ jesteśmy zdani na własne siły oraz zmienne warunki pogodowe i musimy ocenić swoją wytrzymałość bądź wreszcie z powodu tego, iż w każdej chwili wolno nam skręcić z obranej drogi w kierunku miejsca, które przyciągnęło nasz wzrok. W książce Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931–1936 z relacjami wspomnianego już Kazimierza Nowaka przeczytamy: A zatem równik mam poza sobą! Okazuje się, że można tu dotrzeć rowerem… jeśli się tylko naprawdę tego pragnie. Słowa te polski podróżnik napisał w pierwszej połowie XX w. Kilkadziesiąt lat wcześniej, w 1902 r. Henry Sturmey i James Archer wynaleźli przekładnię do zmiany biegów montowaną przy tylnej piaście (obecnie przerzutki należą do standardowego wyposażenia większości modeli, oprócz tych z ostrym kołem). Dzisiejszymi rowerami dojedziemy zatem rzeczywiście wszędzie, a wybór celu podróży zależy jedynie od naszych upodobań, ilości wolnego czasu i możliwości finansowych. Ja na początek polecam poznanie własnego podwórka, czyli pełne wrażeń wycieczki po Polsce, a potem wyruszenie na dwóch kółkach na wyprawy po zawsze atrakcyjnej Europie.

Artykuły wybrane losowo

Kolumbia – na granicy magii i rzeczywistości

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Od Amazonii przez szczyty Andów i aksamitnie zielone wzgórza aż po piaszczyste wybrzeże i pustynię – Kolumbia to kraj intensywnych kolorów, fantastycznych krajobrazów oraz chyba najbardziej radosnych i życzliwych ludzi w całej Ameryce Południowej. Choć wciąż jeszcze zmaga się z łatką miejsca niebezpiecznego, opanowanego przez kartele narkotykowe i partyzantów, z roku na rok staje się coraz bardziej popularnym celem wyjazdów turystów. Przyciągają ich piękne plaże otoczone bujną, tropikalną roślinnością oraz urocze miasteczka, gdzie w powietrzu unosi się zapach świeżo parzonej kawy i egzotycznych owoców, a wieczorami rozbrzmiewa zmysłowa muzyka. >>

To jedyne państwo kontynentu południowoamerykańskiego, które ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i nad Atlantykiem (a dokładnie Morzem Karaibskim). Na południu przez jego terytorium przechodzi linia równika (90 proc. kraju leży na półkuli północnej, a departament Amazonas – na półkuli południowej). Na północy wznoszą się dwa najwyższe, bliźniacze szczyty w tej republice – Pico Cristóbal Colón, czyli Szczyt Krzysztofa Kolumba (5775 m n.p.m.), i Pico Simón Bolívar (ok. 5775 m n.p.m.).

 

Luksusowa Hacienda Buenavista w regionie kawy

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

Kolumbia zachwyca swoją wielką bioróżnorodnością. Pod tym względem w rankingach wyprzedza ją jedynie kilkukrotnie większa Brazylia. Różnorodne ekosystemy zapewniają idealne warunki rozwoju dla imponującej liczby zwierząt i roślin. To przede wszystkim prawdziwy raj dla miłośników ptaków – według naukowców występuje tu niemal 1950 ich gatunków (blisko 90 z nich to endemity).

 

ZŁOTA BRAMA AMERYKI

Naszym pierwszym przystankiem jest piękna i romantyczna Perła Karaibów – Cartagena. Pełna nazwa miasta brzmi Cartagena de Indias. Zostało założone 1 czerwca 1533 r. przez konkwistadora Pedra de Heredię i przez lata było najważniejszym hiszpańskim portem na wybrzeżu karaibskim. Dzięki temu stanowiło łakomy kąsek dla piratów i padło ofiarą wielu ataków. Świadectwem tej dramatycznej przeszłości jest rozbudowany system murów obronnych, które powstały wokół najstarszej części Cartageny (nazywanej Ciudad Amurallada, czyli Miastem za Murami) w kilku etapach na przestrzeni dwóch wieków. Spacerujemy po nich, obserwując, jak ognista kula zachodzącego słońca powoli znika w morzu. Wokół nas panuje gwar. To jedno z ulubionych miejsc spotkań nie tylko turystów, ale też mieszkańców. Mamy tutaj świetny widok zarówno na pokryte dachówką kolonialne budynki, jak i na strzeliste wieżowce nowoczesnej dzielnicy Bocagrande. Z pobliskiej restauracji dobiega muzyka, a siedząca obok nas zakochana para odpływa w tańcu. Z podziwem przyglądamy się ich lekkim ruchom i ruszamy w plątaninę wąskich uliczek otoczonych kolorowymi kamieniczkami.

Mimo iż zapadł już zmrok, ulice miasta tętnią życiem. Plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo) jest szczelnie wypełniony kawiarnianymi stolikami. Nieprzyzwyczajeni do wysokich temperatur turyści mogą w końcu odetchnąć od upału. Czekają na nich liczne restauracje, bary i sklepy z pamiątkami. Uliczni artyści dbają o dobrą atmosferę – urozmaicają wieczór swoją muzyką, śpiewem, tańcem. W powietrzu czuć radość i beztroskę. Przysiadamy na jednym z placów i przyglądamy się nocnemu życiu Cartageny. Nad wybrukowanymi uliczkami głośne echo niesie stukot końskich kopyt – niektórzy zamiast spaceru wybierają przejazd dorożką. Niedaleko nas rozkładają się stoiska z jedzeniem. Są domowe hamburgery, dużym powodzeniem cieszą się też salchipapas – frytki z dodatkiem kiełbasy. Nasze zainteresowanie wzbudzają jednak arepas con queso. Arepa to nieduży kukurydziany placek przypominający tortillę. Może być różnych rozmiarów i grubości, w Kolumbii spożywa się go o każdej porze dnia i nocy, jako dodatek, przekąskę czy danie główne (wtedy znajdziemy w nim całe bogactwo składników). Nasz wypełniony jest białym, ziarnistym serem (queso) i polany słodkim mleczkiem.

 

KULTUROWA MIESZANKA

Następnego dnia zaczynamy zwiedzanie wcześnie. Na ulicach jest jeszcze pusto i spokojnie. Przechodzimy przez charakterystyczną żółtą Bramę Zegarową (Puerta del Reloj), nazywaną także Wieżą Zegarową (Torre del Reloj), i wkraczamy do historycznego serca miasta. Na centralnym placu, Plaza de los Coches, powoli gromadzą się sprzedawcy, pojawiają się pierwsi przechodnie i turyści. Kilkaset lat temu właśnie w tym miejscu odbywał się jeden z największych targów niewolników w Ameryce Południowej. Transportowani w podłych warunkach na statkach z Afryki, przybywali wycieńczeni i przerażeni do Cartageny, gdzie kupowano ich do pracy na okolicznych plantacjach lub w kopalniach w głębi kraju. Niewolnictwo zostało w Kolumbii zniesione 1 stycznia 1852 r. Dziś wpływy kultury afrykańskiej można dostrzec w wielu jej regionach – przede wszystkim właśnie na wybrzeżu karaibskim.

Jedną z wizytówek nie tylko Cartageny, ale i całego kraju są palenqueras. Czarnoskóre kobiety ubrane w kolorowe, rozłożyste suknie od lat sprzedają na ulicach miasta egzotyczne owoce oraz słodycze na bazie kokosa. Swoje towary zazwyczaj przenoszą w koszach lub miskach, które wdzięcznie trzymają na głowie. Wszyscy turyści chcą zrobić im zdjęcie, biada jednak temu, kto wyjmie aparat i spróbuje sfotografować je niepostrzeżenie. W takich momentach na twarzach sprzedawczyń pojawia się nieprzyjazny grymas, potrafią fuknąć, syknąć, a nawet rzucić soczystym przekleństwem. Ich podejście zupełnie się zmienia, jeśli kupimy od nich cokolwiek. Wtedy rozpływają się w uśmiechach i przybierają najróżniejsze pozy niczym profesjonalne modelki. Większość palenqueras nie mieszka w Cartagenie, a w oddalonym o ok. 50 km stąd San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio). Ta niewielka miejscowość w gminie Mahates (mniej więcej 3,5-tysięczna) została założona przez afrykańskich niewolników, którym udało się wyrwać z niewoli. Zasłynęła w świecie jako pierwsze wolne miasto w Amerykach. Jego dzisiejsi mieszkańcy pielęgnują zwyczaje i tradycje swoich przodków pochodzących z Afryki. Mają też własny język – palenquero (criollo palenquero), który stanowi mieszankę hiszpańskiego, portugalskiego i języków afrykańskich (głównie bantu). W 2008 r. przestrzeń kulturowa San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio) została wpisana na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Podczas spaceru uliczkami historycznego centrum Cartageny można przez chwilę poczuć się jak gość w bajkowym świecie. Zadbane, kolorowe budynki mają drewniane balkony ozdobione kwitnącymi pnączami. Niemal każdy zaułek wygląda jak perfekcyjnie przygotowana scenografia do sesji zdjęciowej. Jednak bardziej do gustu przypadła nam dzielnica Getsemaní. Nie jest aż tak wymuskana jak zabytkowe centrum, panuje w niej niezobowiązujący klimat i ceny są znacznie niższe. Jej mieszkańcy przesiadują na wąskich uliczkach, plotkując z sąsiadami i grając w karty. Podniszczone mury budynków pokrywają barwne murale, które nawiązują do tradycji miasta i kraju, często także poruszają ważne tematy społeczne, np. problem rasizmu lub przemocy wobec kobiet. Głównym centrum wydarzeń jest Plaza de la Trinidad, gdzie sprzedawcy rozkładają stoiska z przekąskami, a wieczorami występują uliczni artyści.

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Cartagena przyciąga turystów nie tylko zadbaną zabytkową zabudową, ale też tropikalną pogodą i możliwością błogiego wypoczynku na karaibskim wybrzeżu. Wystarczy jedynie godzina lub dwie rejsu motorówką i można spełnić swoje marzenie o raju. Piaszczysta plaża otoczona turkusową wodą i pyszne kokosy prosto z wysmukłej palmy – czego więcej potrzeba do szczęścia… Na popularną Białą Plażę (Playa Blanca) da się dotrzeć nawet drogą lądową, ale w tym miejscu najtrudniej również uciec od innych turystów. Warto więc poświęcić trochę więcej czasu i wybrać mniej oblegany zakątek w pobliskim archipelagu Wysp Różańcowych (Islas del Rosario). Poza leniwym plażowaniem zaglądamy także pod wodę i podziwiamy imponującą rafę koralową, która stanowi dom dla wielu gatunków kolorowych ryb. Kolejną ciekawą atrakcją jest zjawisko bioluminescencji – niezwykły pokaz świecącego planktonu w Zaczarowanej Lagunie (Laguna Encantada). Tysiące maleńkich organizmów rozświetla powierzchnię wody niczym gwiazdy, a my wpatrujemy się jak zahipnotyzowani.

Po kilku dniach w Cartagenie i okolicach ruszamy dalej wzdłuż wybrzeża w kierunku Santa Marty. Po drodze przejeżdżamy przez Barranquillę. To czwarte co do liczby mieszkańców miasto Kolumbii (po stołecznej Bogocie, Medellín i Cali) na pierwszy rzut oka wygląda raczej niepozornie i nieciekawie. Większe emocje wzbudza jedynie wśród fanów Shakiry – tu urodziła się ta najsłynniejsza kolumbijska piosenkarka. Na cztery dni w roku Barranquilla zmienia się nie do poznania. Ogarnia ją szaleństwo kolorów, tańca i śpiewu, a gorące rytmy cumbii nie milkną ani na chwilę. Właśnie w niej odbywa się drugi największy karnawał na świecie. Barranquilla ustępuje miejsca jedynie boskiemu Rio de Janeiro. Tutejszy karnawał to nie tylko świetna zabawa, ale również okazja do pielęgnowania wieloletnich tradycji i wierzeń przodków oraz wyraz niezwykłej różnorodności kulturowej Kolumbii. Mieszają się na nim wpływy lokalne, europejskie i afrykańskie.

Najstarsze miasto Kolumbii, Santa Marta (założona 29 lipca 1525 r. przez hiszpańskiego konkwistadora Rodriga de Bastidasa), jest malowniczo położone na wybrzeżu i otoczone imponującymi górami. Dla większości turystów stanowi jednak jedynie bramę do jednego z najbardziej znanych kolumbijskich parków narodowych. Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona) skrywa nieziemsko piękny fragment wybrzeża u podnóża drugiego (zaraz po Górach Świętego Eliasza w Kanadzie i USA – 5959 m n.p.m.) najwyższego przybrzeżnego pasma górskiego na świecie – Sierra Nevada de Santa Marta (wznoszącego się na wysokość 5775 m n.p.m.). Bujna tropikalna roślinność wdziera się w tym miejscu na rajskie plaże otoczone wysmukłymi palmami, między gałęziami wędrują małpki i tukany, a na skałach wygrzewają się dorodne iguany. Można tutaj spędzić noc w hamaku, namiocie lub chatce z widokiem na morze. Choć wytyczone ścieżki prowadzą przez las deszczowy, trudno natknąć się na niebezpieczne zwierzęta. Największym zagrożeniem są spadające kokosy i silne prądy morskie – ze względu na nie na niektórych plażach obowiązuje zakaz kąpieli.

Te rejony to również obszar wciąż zamieszkiwany przez rdzenną ludność, która żyje na trudniej dostępnych terenach w prostych domach zbudowanych z kamieni, gliny i liści palmowych oraz zachowała swoje tradycyjne zwyczaje. Miłośnicy przygód mogą wyruszyć na wymagający trekking przez tropikalny las aż do Zaginionego Miasta (Ciudad Perdida). W latach świetności było ono stolicą państwa Taironów (Tayronas) i nosiło nazwę Teyuna. Obecnie uważane jest za jeden z najważniejszych zabytków prekolumbijskich w Ameryce Południowej. Składa się aż ze 169 kamiennych tarasów, ale jak na razie odkryto jedynie ich część. Wciąż trwają prace badaczy. Miasto odnalezione zostało w 1972 r. przez poszukiwaczy skarbów. Kilka lat później, kiedy na czarnym rynku zaczęły się pojawiać nieznanego pochodzenia złote artefakty i ceramiczne urny, do dzieła wkroczyli archeolodzy. Do Ciudad Perdida można dotrzeć jedynie z lokalnym przewodnikiem. Trzeba pokonać trasę o długości 42 km w upale, wśród gęstej roślinności tropikalnej selwy, często wiodącą przez rzekę Buritaca. Trudy wędrówki wynagradzają jednak wspaniałe widoki na miejscu.

 

Wieża Zegarowa, brama do centrum historycznego

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

CODZIENNOŚĆ MAGICZNA

Po dwóch tygodniach spędzonych na wybrzeżu czas ruszyć na południe, w głąb kraju. Naszym pierwszym przystankiem jest mikroskopijna kropka na mapie, niewielkie jak na Kolumbię, 40-tysięczne miasto Aracataca. Zjeżdżamy z głównej drogi na szeroką szutrówkę. Mijamy mężczyznę wolno sunącego na skrzypiącym rowerze. Wokół nas unosi się kurz, a powietrze jest aż lepkie od upału. Po kilku minutach kluczenia wąskimi uliczkami docieramy na miejsce. Zatrzymujemy się przed domem, w którym urodził się laureat Nagrody Nobla i jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez (1927–2014). Dziś działa w nim muzeum. Co prawda, jego opiekunka od razu ostudza atmosferę, mówiąc, że nie zachowały się żadne oryginalne sprzęty i wszystko jest repliką.

Ślady twórczości Márqueza można znaleźć w wielu miastach. Choćby w Cartagenie, w której toczy się akcja powieści Miłość w czasach zarazy (1985 r.). Nigdzie jednak nie mieliśmy tak silnego poczucia przebywania na granicy magii i rzeczywistości jak w Mompox. Oficjalna nazwa miasta brzmi Santa Cruz de Mompox. W przeszłości pełniło funkcję swoistego skarbca dla Hiszpanów. Wywożono tutaj złoto i kosztowności w obawie przed atakami piratów na wybrzeżu. Obecnie przypomina miejsce zagubione w czasie. Nie tak łatwo tu dojechać. Niewinnie wyglądająca na mapie droga zupełnie niespodziewanie zmienia się w spore wyboje. Asfalt znika, co znacznie wydłuża nam czas jazdy, i kiedy zapada zmrok, jesteśmy gdzieś pośrodku niczego. Wtedy następuje kolejna niespodzianka: trasa nagle się kończy, a przed nami rozciąga się w całej okazałości najważniejsza żeglowna rzeka Kolumbii – Magdalena (o długości ok. 1530 km). Most podobno gdzieś jest, ale kilka kilometrów dalej, a mieszkańcy podają nam sprzeczne informacje co do tego, w którym kierunku powinniśmy jechać. Pozostaje nam archaiczny prom mogący przetransportować kilka samochodów. Przedostajemy się na drugi brzeg i mamy wrażenie, że przekroczyliśmy bramę do innego świata.

Choć funkcjonujemy w tropikalnym klimacie już od kilku miesięcy i zdążyliśmy przyzwyczaić się do wysokich temperatur, upał w Mompox daje nam popalić. Miasto otoczone jest rozlewiskami, powietrze stoi, a ubrania lepią się do skóry. Nic dziwnego, że koło południa życie zamiera, mieszkańcy kryją się w hamakach i z wytęsknieniem wyczekują rześkiej bryzy znad rzeki. Na spacery po malowniczych kolonialnych uliczkach wybieramy się rano i późnym popołudniem, a resztę dnia spędzamy na ocienionym bulwarze, zajadając się soczystym ananasem. Nie musimy się nigdzie spieszyć, wszystkie najciekawsze miejsca w mieście leżą w rejonie trzech ulic. Z sennością pomaga walczyć aromatyczne tinto – kolumbijska mała czarna. Częstują nas nim właściciele naszego hostelu i kobiety w sklepach, a na placach mężczyźni rozlewają do kubeczków ciemny napój z termosów. Wcale nie tak łatwo trafić na dobrą kawę, częściej zdarza się słodki ulepek.

W Kolumbii magicznych miasteczek nie brakuje. Przekonaliśmy się o tym w trakcie tej podróży wielokrotnie. Niektóre są wyjątkowo ładne, urzekają urokliwym położeniem i kolorami. Inne prezentują się trochę mniej atrakcyjnie. Wszystkie jednak są estetyczne i zadbane, a życie ich mieszkańców skupia się na zazwyczaj skąpanym w zieleni głównym placu. Nie inaczej wygląda Villa de Leyva. To, co tu zaskakuje, to rozmiar samego brukowanego placu – ma on aż 14 tys. m2! Tym samym jest największy w całej Kolumbii (i według niektórych nawet w całej Ameryce Południowej), a jego ogromna powierzchnia wydaje się nieproporcjonalna w stosunku do wielkości tego zabytkowego, 17-tysięcznego miasteczka. Na tutejszym Plaza Mayor (Plaza Principal) próżno również szukać drzew dających odrobinę cienia i chroniących przed palącym słońcem. Villa de Leyva zachwyca brukowanymi uliczkami, bielonymi ścianami budynków, otaczającymi ją malowniczymi górami oraz życzliwością mieszkańców.

 

Malownicze wybrzeże w Parku Narodowym Tayrona otacza bujna, tropikalna roślinność

© PROCOLOMBIA

 

MIASTO WIECZNEJ WIOSNY

Tak jak uwielbiamy spokojne, niewielkie miejscowości, tak zdecydowanie mniejszą sympatią darzymy duże ośrodki i szybko z nich uciekamy. Medellín – ukochane miasto najsłynniejszego barona narkotykowego, Pabla Escobara (1949– 993) – jest wyjątkiem od tej reguły. Położone w dolinie Aburrá, między zielonymi wzgórzami, zostało rozsławione ostatnio przez serial Narcos (o którym mieszkańcy nie lubią rozmawiać). Jeszcze 20 lat temu zaliczane było do najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. Dziś uchodzi za symbol przemian, miasto nowoczesnych inwestycji, inicjatyw społecznych i artystycznych oraz świetnego systemu komunikacji miejskiej – działa tu jedyne jak na razie w Kolumbii metro. Nieodłącznym elementem panoramy Medellín są kolejki linowe (Metrocable de Medellín). Pozwalają także spojrzeć na nie z innej perspektywy.

Większość turystów zatrzymuje się w El Poblado – dzielnicy szklanych wieżowców, modnych restauracji i zadbanych parków. My znaleźliśmy niewielkie mieszkanie w San Javier, słynnej Comunie 13. Jego największą zaletą było wyjście na dach i rozpościerający się z niego niesamowity widok na miasto. Comuna 13 stanowiła kiedyś siedlisko zła. Oprowadza nas po niej Laura – dziewczyna w naszym wieku, która tutaj się urodziła. Dawniej wstydziłam się przyznać, skąd pochodzę. Kiedy byłam mała, zdarzały się takie dni, że mama nie pozwalała nam wyjść, bo bała się, że zginiemy. Dziś z dumą przyprowadzam tu turystów, opowiadam naszą historię i pokazuję twórczość lokalnych artystów – opowiada. Sztuka uliczna jest tutaj bardzo ważną formą ekspresji. To nie tylko kolorowe malunki na ścianach, ale też historie o strachu, niesprawiedliwości, sile, nadziei i miłości. Nie znaczy to jednak, że przemoc i narkotyki całkowicie zniknęły z ulic. Mieszkańcy wciąż zmagają się z wieloma problemami.

Życie w metropolii może męczyć. W Medellín wystarczy jednak zaledwie pół godziny, żeby uciec od zgiełku wielkiego miasta. A jeżeli mamy trochę więcej czasu, zdecydowanie warto wybrać się do oddalonego o ok. 80 km Guatapé. Są aż trzy powody, aby odwiedzić to 10-tysięczne miasteczko: sztuczne jezioro o turkusowym kolorze, z rozsianymi na jego powierzchni wysepkami, El Peñón de Guatapé (Piedra del Peñol), czyli wysoka na 220 m skała, na której szczyt prowadzi blisko 660 schodów i skąd roztaczają się najlepsze widoki na okolicę, oraz chyba najbardziej kolorowe uliczki w całej Kolumbii (a konkurencja jest spora). Charakterystyczny element dekoracyjny stanowią tutaj zócalos, czyli barwne płaskorzeźby przedstawiające historię i tradycje właściciela domu. Nawet jak na wysokie kolumbijskie standardy Guatapé jest wyjątkowo urocze. W jego klimatycznych uliczkach można spokojnie zagubić się na ładnych parę godzin.

 

ZIELONE KRÓLESTWO KAWY

Eje Cafetero, czyli region kawy, który obejmuje departamenty Caldas, Risaralda i Quindío, skrywa tysiące odcieni zieleni, urokliwe miasteczka oraz jeden z największych skarbów kraju. Kolumbia jest trzecim na świecie producentem kawy zaraz za Brazylią i Wietnamem. Wiele osób uważa jednak, że to właśnie kolumbijskie ziarna są najlepsze pod względem jakości. Niestety, jeszcze do niedawna zwykli Kolumbijczycy mieli niewielkie szanse się o tym przekonać. Najlepsze ziarna zawsze szły na eksport, a w kraju zostawały tylko te najniższej jakości, które nazywamy „cafe basura” („kawowe odpady”) – opowiada nam don Leo, właściciel rodzinnej plantacji Finca Alsacia w niewielkim miasteczku Buenavista w departamencie Quindío. Kawy z nich nie da się pić, to właśnie dlatego dodaje się do niej tyle cukru. Trzeba zabić ten smak. Na szczęście teraz sytuacja znacznie się poprawiła, ale wciąż nie tak łatwo znaleźć dobrą kawę poza naszym regionem.

Staramy się w pełni wykorzystać pobyt w kawowym raju i wizytę w każdym nowym dla nas miasteczku zaczynamy od filiżanki tinto. Najbardziej popularne wśród turystów jest Salento. W kolorowych uliczkach można znaleźć wiele przytulnych kafejek, restauracji, sklepów z pamiątkami. Codziennie rano z głównego placu odjeżdżają charakterystyczne jeepy willysy, które zawożą chętnych do oddalonej o kilka kilometrów doliny – Valle de Cocora. To miejsce słynie z najwyższych na świecie palm woskowych (palma de cera del Quindío). Sięgają nawet 60 m, a przy tym są wyjątkowo smukłe. Ich wierzchołki często kryją się we mgle, co jedynie dodaje krajobrazom magii. Przez kilka godzin wędrujemy po malowniczej dolinie. Kiedy wychodzimy, jest ciepło i słonecznie, ale wkrótce widoczność znacznie słabnie. Gdy tylko dochodzimy do Domu Kolibrów – Rezerwatu Przyrody Acaime (La Casa de los Colibríes – Reserva Natural Acaime), zaczyna lekko padać. Uzupełniamy energię gorącą czekoladą z serem i podglądamy różne gatunki kolibrów. Droga powrotna ma w sobie coś z przygody – przeskakujemy przez strumienie, przechodzimy przez liczne linowe mostki i staramy się nie wpaść w błoto po kostki.

 

ZŁOTO I SZMARAGDY

Choć większość poznanych w Kolumbii osób odradzała nam wizytę w stołecznej Bogocie, na swój sposób polubiliśmy to miasto. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka nas nie zachwyciła. Jedyne, co dostrzegliśmy, to ogromna miejska dżungla i korki ciągnące się po horyzont. Sympatia przyszła z czasem. Turystycznym sercem stolicy kraju jest tętniąca życiem i kolorami zabytkowa La Candelaria. Tutaj można znaleźć wiele barwnych murali, klimatycznych knajpek i kafejek. Bogota najładniej prezentuje się z góry, szczególnie w promieniach popołudniowego słońca. Najlepsze widoki rozpościerają się ze szczytu Monseratte (3152 m n.p.m.), na który wjeżdża kolejka, oraz tarasu na Torre Colpatria – 196-metrowym drapaczu chmur. Jeśli komuś Kolumbia kojarzy się jedynie z tropikami, może przeżyć lekki szok. Miasto położone jest na wysokości ponad 2600 m n.p.m. i wieczory są tu dość chłodne. W razie niepogody dobrze ukryć się w jednym z licznych muzeów, np. słynnym Muzeum Złota (Museo del Oro). Nam jednak najbardziej przypadło do gustu muzeum kolumbijskiego malarza i rzeźbiarza Fernanda Botera (Museo Botero), który słynie z upodobania do charakterystycznie zaokrąglonych postaci. Imponującą kolekcję każdy może zobaczyć za darmo – taki był warunek artysty, zanim przekazał dzieła miastu.

Stołeczne lotnisko nie bez przyczyny nosi nazwę Aeropuerto Internacional El Dorado. Hiszpańscy konkwistadorzy, którzy przybyli na teren dzisiejszej Kolumbii w pierwszej połowie XVI stulecia, marzyli o złocie. Nietrudno sobie wyobrazić, jak podziałała na nich historia o świętym jeziorze, gdzie podczas lokalnych rytuałów zatapiano łodzie wypełnione złotem i szmaragdami. Przybyszom z Europy udało się je zlokalizować – była to położona ok. 70 km na północny wschód od Bogoty Guatavita (Laguna de Guatavita). Poświęcili wiele czasu na poszukiwania, próbowali nawet osuszyć jezioro. Niektóre źródła podają, że konkwistadorzy trudzili się bezskutecznie. Inne zapewniają, że kilku szczęśliwców znalazło kosztowności. Obecnie Bogota wciąż przyciąga wielbicieli drogocennych kamieni – to właśnie w Kolumbii wydobywa się najlepszej jakości szmaragdy na świecie. Na ulicach stolicy kupimy je w licznych butikach, a osoby z żyłką hazardzisty mogą spróbować szczęścia na czarnym rynku, który funkcjonuje nieopodal Muzeum Złota.

Po kilku dniach w Bogocie mamy już dość zgiełku i zimna. Kierujemy się do departamentu Huila na pustynię Tatacoa (Desierto de la Tatacoa). Choć w ostatnich latach to miejsce zaczyna być coraz bardziej popularne, wciąż pozostaje na uboczu turystycznego szlaku. Nazwa jest dość myląca. Tak naprawdę to nie pustynia, a suchy las tropikalny. Hiszpańscy konkwistadorzy z XVI w. nazywali ją również Doliną Smutków (Valle de las Tristezas). Tatacoa mieni się kolorami, wśród których dominują czerwony i szary. Fascynujące formacje skalne tworzą swoisty labirynt upstrzony wielkimi kaktusami. Żar leje się z nieba. Z radością znajdujemy niewielką oazę z basenem. Natychmiast wskakujemy do wody, aby się orzeźwić. Po południu temperatura staje się przyjemniejsza, a gra światła ożywia niezwykły krajobraz. Zupełnym przypadkiem trafiamy na pokaz tradycyjnego tańca w wykonaniu młodej pary. Wracamy do hostelu późnym wieczorem, obserwując rozgwieżdżone niebo.

 

Guatapé nazywa się miasteczkiem zócalos

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

ROZTAŃCZONE CALI

Ostatnim przystankiem w naszej kolumbijskiej podróży jest Cali (pełna nazwa miasta to Santiago de Cali). Choć stanowi ważny ośrodek finansowy i przemysłowy, w świecie słynie raczej jako stolica salsy. Dźwięki muzyki wyznaczają tutaj rytm życia. Dwa razy w roku ulice Cali zamieniają się w wielki taneczny parkiet: we wrześniu w trakcie Światowego Festiwalu Salsy (Festival Mundial de Salsa de Cali) oraz w okolicy Bożego Narodzenia, kiedy odbywa się widowiskowe święto miasta (Feria de Cali).

Mimo iż w ubiegłych latach donoszono o wzroście przestępczości w Cali, wyczuwamy w nim dobrą energię. Cieszymy się smakiem świeżych egzotycznych owoców, przesiadujemy na placach i wdajemy się w rozmowy z życzliwymi mieszkańcami. Rozpromieniają się, kiedy mówimy, jak bardzo podoba nam się ich kraj. Dopytują, czy na pewno spróbowaliśmy wszystkich lokalnych specjałów i zaraz zamawiają coś, czego nie zdążyliśmy wcześniej posmakować. Te dni są pełne szczerego uśmiechu i spontanicznej radości. Bo właśnie ludzie to największy skarb Kolumbii.

 

Wydanie jesień-zima 2018

Malta – między Europą a Afryką

PAWEŁ CHOIŃSKI
WWW.MOJA-MALTA.PL

<< Malta to jedno z najmniejszych państw Starego Kontynentu. Łączna powierzchnia wszystkich wysp archipelagu wynosi zaledwie 316 km2, a ich populacja – ok. 450 tys. mieszkańców. Jednak co roku kraj ten odwiedza mniej więcej 1,5 mln turystów. Co sprawia, że jest on aż tak chętnie wybieranym celem podróży? Na pewno duży wpływ na tę popularność ma miejscowy klimat. Jak mówią statystyki, w ciągu okrągłych 12 miesięcy zdarza się tu ok. 300 słonecznych dni, a średnia temperatura powietrza od maja do października utrzymuje się na poziomie powyżej 25oC, tak jak i temperatura wody w morzu w sierpniu i wrześniu. >>

Więcej…

Argentyna - podróż życia

EMILIA GRZESIK

 

<< Tam, gdzie strzeliste szczyty łaskoczą niebo, ziarnka piasku ścigają się z wiatrem przez bezkresne równiny Patagonii, a Ocean Spokojny konkuruje z Atlantykiem – tam rodzi się przygoda. Wytrwałość podróżników przemierzających setki kilometrów surowej patagońskiej ziemi i odwaga żeglarzy wpływających w zdradliwe wody Cieśniny Magellana lub okolic przylądka Horn nabierają zupełnie nowego znaczenia, kiedy podziwiamy majestat andyjskich lodowców. Krajobrazy południowej Argentyny należą do jednych z najbardziej spektakularnych na naszej planecie. Dla mnie Patagonia wraz z Ziemią Ognistą stanowią wręcz symbole wielkich wypraw życia. >>

Południowoamerykańska Republika Argentyńska to kraj bardzo zróżnicowany. Ze względu na jego specyficzne położenie występuje tu kilka stref klimatycznych. Ukształtowanie terenu również nie jest jednolite: wschodnią granicę stanowi wybrzeże Oceanu Atlantyckiego, a zachodnią – wysokie Andy. Pomiędzy nimi rozciągają się bezkresne równiny i porośnięta trawą pampa, na której pasie się bydło. To stąd pochodzi najlepsza na świecie argentyńska wołowina, królowa popularnego asado, czyli tradycyjnego grilla dla rodziny i przyjaciół (barbecue).

W moich oczach Argentyna zawsze była ziemią poszukiwaczy nowych lądów. Dlatego też by poczuć się jak oni, postanowiłam wyruszyć na jej najdalej wysunięty na południe kraniec, stanąć na brzegu kontynentu i rzucić wyzwanie nieznanemu.

Więcej…